background image
background image
background image

LISTY DO FELICJI I INNE Z LAT
1912-1916

Franz Kafka

Tom l

[Na papierze firmowym Zakładu Ubezpieczeń]

Praga, 20 września 1912
Wielce Szanowna Pani!
Na wypadek gdyby Pani, co jest zupełnie możliwe, nie mogła mnie już sobie

przypomnieć ani trochę, przedstawiam się jeszcze raz: nazywam się Franz Kafka i
jestem tym człowiekiem, który po raz pierwszy przedstawił się Pani w Pradze na
wieczorze u pana dyrektora Broda, a następnie przez stół podawał Pani, jedną po
drugiej, fotografie z podróży pod znakiem Talii, i wreszcie w tej ręce, którą teraz
uderza  o  klawisze  maszyny,  trzymał  Pani  rękę,  którą  potwierdziła  Pani  swoją
obietnicę odbycia razem z nim w przyszłym roku podróży do Palestyny.

Jeśli  wciąż  jeszcze  ma  Pani  ochotę  na  tę  wyprawę  —  wtedy  powiedziała

Pani, że nie jest w swych postanowieniach chwiejna, a i ja nic takiego u Pani nie
zauważyłem  —  to  będzie  rzeczą  nie  tylko  wskazaną,  lecz  bezwzględnie
konieczną, ażebyśmy już teraz starali się porozumieć co do tej podróży. Będziemy
bowiem musieli czas naszych urlopów, o wiele za krótki na podróż do Palestyny,
gruntownie wykorzystać, to zaś uda się nam tylko wtedy, jeżeli przygotujemy się
możliwie najlepiej i wszystkie przygotowania uzgodnimy.

Jedno tylko muszę wyznać, choć już samo w sobie brzmi to niedobrze, a poza

tym bardzo źle pasuje do tego, o czym mowa była wyżej: jestem korespondentem
niepunktualnym. A byłoby z tym jeszcze gorzej, niż jest, gdybym nie miał maszyny
do  pisania,  bo  jeśli  zdarzyłoby  się  nawet,  że  moje  usposobienie  nie  byłoby
dostatecznie  dobre  do  napisania  listu,  to  ostatecznie  są  jeszcze  zawsze  czubki
palców zdolne do pisania. Ale za to nie oczekuję też nigdy, że listy do mnie będą
nadchodzić  punktualnie;  nawet  wtedy,  gdy  czekam  na  list  w  napięciu  każdego
dnia  nowym,  nigdy  nie  odczuwam  zawodu,  jeśli  nie  nadejdzie,  a  gdy  w  końcu
nadchodzi, łatwo popadam w trwogę. Przy zakładaniu nowego papieru widzę, że
może odmalowałem siebie o wiele trudniejszym, niż jestem. Jeśli popełniłem ten
błąd,  byłaby  to  zasłużona  kara,  dlaczego  bowiem  piszę  ten  list  po  pięciu
godzinach  pracy  biurowej  i  na  maszynie,  do  której  nie  bardzo  jestem
przyzwyczajony.

Ale  mimo  to,  mimo  to  —  jest  to  jedyna  zła  strona  pisania  na  maszynie,  że

człowiek tak się rozprasza — nawet gdyby były jakieś zastrzeżenia, mam na myśli
zastrzeżenia  praktyczne,  przeciw  zabieraniu  mnie  ze  sobą  w  podróż  jako  tej
podróży towarzysza, przewodnika, balast, tyrana, czy co jeszcze  innego mogłoby

background image

się  ze  mnie  rozwinąć,  to  przeciw  mnie  jako  korespondentowi  —  a  tylko  o  to
chodziłoby na razie — nie można z góry wysunąć żadnych zarzutów i na pewno
może Pani ze mną spróbować.

Serdecznie oddany

dr Franz Kafka

Praga, Pořič 7

[Na papierze firmowym Zakładu Ubezpieczeń]
Praga, 28.IX.12
Szanowna Pani, proszę mi wybaczyć, że nie piszę na maszynie, ale mam Pani

tak straszliwie dużo do napisania, a maszyna stoi po drugiej stronie korytarza, a
ponadto  ten  list  wydaje  mi  się  tak  pilny,  i  jest  też  dziś  w  Czechach  dzień
świąteczny  (co  zresztą  nie  wiąże  się  już  tak  ściśle  z  wyżej  podanym
usprawiedliwieniem),  a  także  maszyna  nie  pisze,  jak  dla  mnie,  dostatecznie
szybko,  i  jest  też  ładna  pogoda,  ciepło,  okno  jest  otwarte  (ale  moje  okna  są
zawsze  otwarte),  do  biura  szedłem,  co  mi  się  już  dawno  nie  zdarzyło,  trochę
podśpiewując,  i  gdybym  nie  przyszedł  po  to,  by  odebrać  list  od  Pani,  nie
wiedziałbym  w  rzeczy  samej,  po  co  miałbym  przychodzić  do  biura  dzisiaj,  w
dniu świątecznym.

Jak  zdobyłem  Pani  adres?  Nie  o  to  Pani  wszakże  pyta,  gdy  pyta  Pani  o  to.

Pani  adres  właściwie  wyżebrałem.  Naprzód  podano  mi  nazwę  jakiejś  spółki
akcyjnej,  ale  to  mi  się  nie  podobało.  Potem  dostałem  Pani  adres  prywatny,  ale
bez  numeru  domu,  następnie  zaś  także  numer.  Teraz  byłem  już  zadowolony,  i
właśnie dlatego naprzód jeszcze nie pisałem, uważałem bowiem, że adres to już
jest jednak coś, a poza tym obawiałem się, że adres może być fałszywy, bo kto to
był  Immanuel  Kirch?  A  nie  ma  nic  smutniejszego  niż  wysyłać  list  na  adres
niepewny,  nie  jest  to  wtedy  list,  jest  to  raczej  westchnienie.  Kiedy  się  potem
dowiedziałem,  że  na  Pani  ulicy  stoi  kościół  Św.  Immanuela,  znowu  mi  to  na
pewien  czas  wystarczało.  Następnie  zaś  chciałem  mieć  przy  Pani  adresie  także
kierunek  geograficzny,  ponieważ  zawsze  podaje  się  go  przecież  przy  adresach
berlińskich.  Jeśli  o  mnie  idzie,  to  rad  bym  umieścić  Panią  w  stronie  północnej,
chociaż jest to, o ile wiem, dzielnica uboga.

Ale niezależnie od tych kłopotów z adresem (w Pradze nie wiedzą na pewno,

czy  mieszka  Pani  pod  numerem  20,  czy  30),  ile  musiał  mój  żałosny  list
wycierpieć,  zanim  został  napisany.  Teraz,  gdy  drzwi  między  nami  zaczynają  się
uchylać  lub  też  gdy  co  najmniej  trzymamy  rękę  na  klamce,  mogę  to  wszakże
powiedzieć, nawet jeśli tego powiedzieć nie muszę. Gdyby Pani wiedziała, jakim
ja podlegam humorom! Jestem pod nieustannym gradem niepokojów. Czego chcę
teraz,  tego  już  nie  chcę  za  chwilę.  Gdy  wszedłem  już  po  schodach  na  górę,  nie
wiem  jeszcze,  w  jakim  będę  nastroju,  gdy  wejdę  do  mieszkania.  Muszę
nagromadzić w sobie niepewności, zanim staną się one jakąś małą pewnością lub
listem. Ileż to razy — żeby nie przesadzać, powiedzmy przez dziesięć wieczorów
—  układałem  sobie  przed  zaśnięciem  ów  pierwszy  list. Ale  jest  jedną  z  moich
chorób, że tego, co sobie przedtem porządnie ułożyłem, nie mogę potem napisać

background image

jednym ciągiem. Moja pamięć jest rzeczywiście bardzo zła, ale nawet najlepsza
pamięć  nie  mogłaby  mi  pomóc  w  dokładnym  zapisaniu  choćby  jednego  małego
ustępu  przedtem  wymyślonego  i  zachowanego  tylko  w  pamięci,  ponieważ
wewnątrz każdego zdania są przejścia, które przed zapisaniem muszą być jeszcze
chwiejne.  Gdy  potem  siadam,  by  zapamiętane  zdanie  napisać,  widzę  tylko
okruchy, które leżą oto przede mną rozsypane, ani między nimi nic nie widzę, ani
poza  nimi,  i  pozostawałoby  mi  tylko  rzucić  pióro,  co  najlepiej  by  odpowiadało
mojemu  niezdecydowaniu.  Mimo  to  obmyślałem  ów  list,  bo  jeszcze  nie  byłem
zdecydowany,  czy  go  napiszę,  a  takie  obmyślenie  jest  też  najlepszym  właśnie
środkiem,  by  mnie  od  pisania  powstrzymać.  Raz,  przypominam  sobie,  wstałem
nawet z łóżka, by to, co dla Pani obmyśliłem, napisać. Ale natychmiast położyłem
się z powrotem do łóżka, ponieważ — to jest moja druga choroba — wyrzucałem
sobie  niedorzeczność  swego  niepokoju  i  sam  siebie  zapewniałem,  że  to,  co
dokładnie  mam  w  głowie,  będę  mógł  zapisać  także  rano.  O  północy  takie
zapewnienia są zawsze przekonujące.

Ale  taką  drogą  nigdy  nie  dojdę  do  końca.  Rozgadałem  się  o  swoim  liście

poprzednim,  zamiast  napisać  Pani  to  mnóstwo  rzeczy,  które  mam  Pani  do
napisania. Proszę zwrócić uwagę na to, skąd bierze się owa doniosłość, jaką ma
dla mnie tamten list. Bierze się stąd, że Pani nań odpowiedziała listem, który leży
tu przede mną, który sprawia mi śmieszną radość i na którym teraz kładę rękę, by
czuć  jego  posiadanie.  Proszę  rychło  napisać  do  mnie  znowu.  Niech  Pani  nie
zadaje  sobie  trudu,  list  wymaga  wysiłku,  jakkolwiek  się  go  traktuje;  proszę  mi
więc  pisać  mały  dziennik,  w  ten  sposób  ofiara  będzie  mniejsza,  a  dar  większy.
Naturalnie  będzie  Pani  musiała  pisać  więcej,  niż  gdyby  pisała  Pani  tylko  dla
siebie, ponieważ ja Pani przecież wcale nie znam. Raz będzie więc Pani musiała
napisać  tak  że,  o  której  godzinie  przychodzi  Pani  do  biura,  co  Pani  jadła  na
śniadanie,  jaki  jest  widok  z  okien  Pani  pokoju  biurowego,  na  czym  polega  Pani
praca,  jak  się  nazywają  Pani  przyjaciele  i  przyjaciółki,  dlaczego  dają  tam  Pani
upominki,  kto  chce  zaszkodzić  Pani  zdrowiu,  ofiarowując  Jej  w  upominku
czekoladki,  i  tysiąc  innych  rzeczy,  o  których  istnieniu  i  możliwości  nic  w  ogóle
nie wiem. — A co z podróżą do Palestyny? W przyszłości trochę dalszej, jeszcze
dalszej,  ale  na  przyszłą  wiosnę  lub  jesień  na  pewno.  —  Operetka  Maksa  teraz
odpoczywa,  on  sam  jest  we  Włoszech,  ale  już  wkrótce  rzuci  na  Pani  Niemcy
olbrzymi  rocznik  literacki.  Moja  książka,  książeczka,  zeszycik,  została  dobrze
przyjęta.  Nie  jest  jednak  bardzo  dobra,  lepsze  rzeczy  muszą  zostać  napisane.
Wraz z tym słowem proroczym proszę przyjąć moje najlepsze pozdrowienia!

Oddany Franz Kafka

13.X.12
Łaskawa Pani!
Przed  15  dniami  o  godzinie  10  rano  otrzymałem  pierwszy  Pani  list  i  już  po

kilku  minutach  siedziałem  przy  biurku  i  napisałem  do  Pani  cztery  strony
olbrzymiego  formatu.    Nie  żałuję  tego,  ponieważ  nie  mógłbym  był  spędzić  tego
czasu  w  większej  radości,  i  boleć  powinienem  tylko  nad  tym,  że  gdy  wtedy

background image

zakleiłem kopertę, napisany był zaledwie bardzo mały początek tego, co chciałem
napisać, tak iż ta część listu, która wówczas została stłumiona, wypełniała mnie
przez dni całe i wprawiała w niepokój, aż niepokój ów przeszedł w oczekiwanie
odpowiedzi od Pani i w tego oczekiwania stawanie się coraz słabszym.

Dlaczego  więc  Pani  do  mnie  nie  napisała?  —  Jest  możliwe,  a  zważywszy

charakter  tej  mojej  wypowiedzi  prawdopodobne,  że  w  moim  liście  znalazło  się
coś głupiego, co mogło Panią wprowadzić w błąd, ale nie jest możliwe, żeby nie
dostrzegła Pani dobrej intencji na dnie każdego z moich słów. — Czyżby któryś
list  zaginął?  Ale  mój  był  wysyłany  zbyt  żarliwie,  żeby  się  pozwolił  gdzieś
zarzucić, a Pani list był za bardzo oczekiwany. I czy listy w ogóle giną? Czy nie
giną  tylko  w  niepewnym  oczekiwaniu,  które  nie  znajduje  już  innego
wytłumaczenia?  —  Czyżby  mój  list  nie  został  Pani  doręczony  z  powodu  nie
pochwalanej podróży do Palestyny? Ale czy taka rzecz może się w ogóle zdarzyć
w rodzinie, i to w stosunku do Pani? A wedle mojego obliczenia ten list powinien
był nadejść akurat w niedzielę przed południem. — Pozostawałaby więc tylko ta
smutna możliwość, że jest Pani chora. W to jednak nie wierzę, jest Pani na pewno
zdrowa i wesoła. — Ale w takim razie zawodzi także mój rozum i piszę ten list
nie tyle w nadziei na odpowiedź, co z obowiązku wobec samego siebie.

Obym to ja był listonoszem z Immanuelkirchstrasse, który przyniósłby ten list

do  Pani  mieszkania,  nie  dał  się  zatrzymać  przez  żadnego  ze  zdziwionych
domowników i przez wszystkie pokoje poszedłby prosto do Pani i oddał list do
Pani rąk; albo jeszcze lepiej, obym to ja sam stał przed drzwiami Pani mieszkania
i  nieskończenie  długo  naciskał  dzwonek  z  rozkoszą,  z  rozkoszą  rozładowującą
całe napięcie!

Oddany Franz K.

Praga, Pořič 7

Do Zofii Friedmann

14.X.12
Droga i Łaskawa Pani!
Dziś wieczorem przypadkiem i bez wyraźnego pozwolenia — nie będzie Pani

gniewać się na mnie za to — w Pani liście do Jej Rodziców przeczytałem uwagę,
że  panna  Bauer  utrzymuje  ze  mną  ożywioną  korespondencję.  Ponieważ  jest  to
prawdą  tylko  bardzo  względną,  a  z  drugiej  strony  bardzo  by  odpowiadało
mojemu pragnieniu, zwracam   się, Droga i Łaskawa Pani, z prośbą o kilka słów
wyjaśnienia do owej uwagi, co nie powinno być trudne, ponieważ niewątpliwie
jest Pani z panną Bauer w kontakcie listownym.

Korespondencja, którą nazwała Pani „ożywioną", w rzeczywistości wygląda

następująco: Po upływie może dwóch miesięcy od owego wieczoru, kiedy to po
raz  pierwszy  i  ostatni  widziałem  pannę  Bauer  u  Pani  Rodziców,  napisałem  do
niej list, o którego treści nie warto tu więcej mówić, ponieważ nastąpiła po nim
przyjazna  odpowiedź.  Nie  była  to  bynajmniej  odpowiedź  zdawkowa,  lecz  w
swym  tonie  i  treści  mogła  być  zupełnie  dobrze  uznana  za  wstęp  do

background image

korespondencji, która z czasem przerodziłaby się może w przyjacielską wymianę.
Okres między moim listem i odpowiedzią wynosił co prawda dziesięć dni, i teraz
wydaje  mi  się,  że  to  ociąganie  się,  choć  samo  w  sobie  niezbyt  długie,
powinienem  był  uznać  za  wskazówkę,  pisząc  swoją  odpowiedź.  Z  rozmaitych
powodów,  o  których  również  nie  warto  wspominać  —  prawdopodobnie
wspomniałem już o zbyt wielu rzeczach, które Drogiej i Łaskawej Pani wydadzą
się niewarte wspomnienia — tego nie uczyniłem, lecz natychmiast, nawiązując do
tego  listu  przeczytanego  pod  pewnym  względem  może  niedostatecznie
gruntownie,  napisałem  swój  list,  który  zapewne  w  oczach  wielu  ludzi  musiałby
wyglądać na wybuch uczuć nieuchronnnie głupi. W każdym razie mogę przysiąc,
że  przy  uznaniu  zasadności  wszelkich  zarzutów  wobec  tamtego  listu,
niesprawiedliwy  byłby  jednak  zarzut  nieuczciwości,  a  to  powinno  być  przecież
najważniejsze  w  stosunkach  między  ludźmi,  którzy  nie  są  do  siebie  nawzajem
uprzedzeni. Od tego listu do dziś upłynęło szesnaście dni, a dotąd nie otrzymałem
odpowiedzi i nie wiem już w rzeczy samej, jaka przyczyna mogłaby jeszcze teraz
wywołać  spóźnioną  odpowiedź,  ponieważ  ówczesny  mój  list  był  jednym  z  tych
listów, które kończy się tylko po to, by jak najszybciej dać okazję do odpowiedzi.
W  czasie  tych  szesnastu  dni  napisałem  do  panny  Bauer,  żeby  być  wobec  Pani
zupełnie  szczerym,  jeszcze  dwa  listy,  których  jednak  nie  wysłałem,  i  one  to
jedynie upoważniałyby mnie, gdybym mógł się zdobyć na humor, do mówienia

o  ożywionej  korespondencji.  Naprzód  mogłem  jeszcze  wierzyć,  że  to  może

jakieś  przypadkowe  okoliczności  stanowiły  przeszkodę  dla  odpowiedzi  lub  ją
uniemożliwiły,  ale  teraz  przemyślałem  wszystkie  możliwości  i  w  okoliczności
przypadkowe już nie wierzę.

Nie  ośmieliłbym  się  na  pewno,  Droga  i  Łaskawa  Pani,  ani  wobec  Pani,  ani

wobec samego siebie uczynić tej małej spowiedzi, gdyby ta właśnie uwaga w Jej
liście zbyt silnie mnie do tego nie popchnęła i gdybym ponadto nie wiedział, że
ten  list,  którego  treść  nie  nadaje  się  akurat  do  tego,  by  miał  być  pokazywany,
dostanie się do rąk życzliwych

i zręcznych.
Serdecznie pozdrawiam Panią i Jej Drogiego Małżonka

szczerze oddany Franz Kafka

Praga, Pořič 7

Do Zofii Friedmann

[Na papierze firmowym Zakładu Ubezpieczeń]
18.X.12
Droga i Łaskawa Pani!
Biuro  musi  ustąpić  przed  doniosłością  tego  listu  będącego  odpowiedzią  na

Pani  list  z  16,  który  w  tym,  co  napisała  Pani  od  siebie,  jest  kochany,  dobry  i
jasny,  tak  jak  tego  oczekiwałem,  podczas  gdy  cytat  z  listu,  który  Pani  przytacza,
nawet  po  dziesięciu  lekturach  nie  daje  się  rozszyfrować.  A  więc  tej  uwagi  o

background image

„ożywionej korespondencji" w rzeczywistości nie uczyniła Pani tylko przelotnie i
bez uzasadnienia, jak sądziłem ku własnej hańbie, aczkolwiek nie przyznając się
do  tego  w  poprzednim  liście,  ponieważ  byłby  on  w  takim  razie  zbyteczny.  Ta
ożywiona  korespondencja  miała  więc  rzeczywiście  mieć  miejsce  3  lub
najwcześniej 2 października, a więc w czasie gdy mój drugi list, ten nieszczęsny
list  bez  odpowiedzi,  bezwzględnie  musiał  już  być  w  Berlinie.  Może  więc
odpowiedź została jednak napisana, ponieważ cytowane przez Panią miejsce jest
wszakże  przyznaniem  się  do  znajomości  tego  listu?  Tak,  ale  czy  listy  w  ogóle
giną?  Czy  nie  giną  tylko  w  niepewnym  oczekiwaniu  tego,  kto  nie  znajduje
żadnego  innego  wytłumaczenia?  Musi  Pani  jednak  przyznać,  Droga  i  Łaskawa
Pani,  że  postąpiłem  słusznie,  pisząc  do  Pani,  i  że  jest  to  sprawa,  która  bardzo
potrzebowała anioła stróża.

Najserdeczniej pozdrawiam Panią i Jej Drogiego Małżonka

wdzięczny Franz K.

[Na papierze firmowym Zakładu Ubezpieczeń]
23.X.12
Łaskawa Pani!
Nawet  gdyby wszyscy trzej moi dyrektorzy ustawili się dokoła mego biurka i

patrzyli na moje pióro, muszę Pani odpisać od razu, ponieważ Pani list spada na
mnie  jak  z  obłoków,  ku  którym  przez  trzy  tygodnie  wyglądałem  daremnie.
(Właśnie  w  tej  chwili  spełniło  się życzeni e w  odniesieniu  do  mojego
bezpośredniego  szefa.)  Jeśli  miałbym  Pani  na  opis  Jej  życia  w  tym  okresie
odpowiedzieć  czymś  podobnym,  to  moje  życie  składało  się  co  najmniej  w
połowie z czekania na list od Pani, a do tego czekania mógłbym zapewne zaliczyć
również trzy małe listy, które napisałem w czasie tych trzech tygodni (akurat w tej
chwili jestem zapytywany o ubezpieczenie więźniów, mój Boże!) i z których dwa
mogłyby  od  biedy  zostać  teraz  wysłane,  podczas  gdy  trzeci,  a  właściwie
pierwszy,  w  żaden  sposób  odejść  nie  może.  A  więc  Pani  list,  jak  się  okazuje,
zaginął  (o  jakiejś  apelacji  do  ministerstwa,  wniesionej  przez  Józefa  Wagnera  z
Góry Św. Katarzyny, nic nie wiem, byłem zmuszony przed chwilą wyjaśnić) i na
moje ówczesne pytania nie dostanę odpowiedzi, a przecież tej straty nie ja jestem
winien.

Jestem  niespokojny  i  nie  mogę  przyjść  do  siebie,  jestem  zupełnie  w  takim

nastroju, że mógłbym bez przerwy tylko się skarżyć, mimo że dzisiaj nie jest już
równie źle jak wczoraj, ale to, co się nagromadziło, przelewa się do lepszych dni
i w nich się rozpuszcza.

To,  co  piszę  Pani  dzisiaj,  nie  jest  odpowiedzią  na  Pani  list,  odpowiedzią

będzie  dopiero  ten  list,  który  napiszę  jutro,  a  może  dopiero  ten,  który  napiszę
pojutrze. Oczywiście mój sposób pisania jest idiotyczny nie tylko sam dla siebie,
lecz jest dokładnie tak samo idiotyczny jak mój obecny sposób życia, który kiedyś
mogę Pani także opisać.

I wciąż jest Pani obdarowywana! Te książki, cukierki i kwiaty rozłożone na

background image

Pani stole biurowym? Na moim stole jest tylko dziki nieład, a kwiat od Pani, za
który  ręce  Pani  całuję,  szybko  schowałem  do  teczki,  w  której  poza  tym,  mimo
braku owego pani listu zaginionego i już nie do zastąpienia, znajdują się już dwa
listy  od  Pani,  jako  że  Pani  list  do  Maksa  wyżebrałem  od  niego,  co  jest  może
trochę śmieszne, nie powinno jednak być mi brane za złe.

To  pierwsze  zacięcie  się  naszej  korespondencji  było  może  zupełnie  dobre,

teraz  wiem,  że  wolno  mi  pisać  do  Pani  także  przeskakując  listy  zaginione. Ale
odtąd żadne listy nie powinny już ginąć. — Niechaj Pani będzie zdrowa i myśli o
prowadzeniu małego dziennika.

 
 

oddany Franz K.

[Na górnym marginesie pierwszej strony]
Jestem tak zdenerwowany z powodu możliwości ginięcia listów, a także mój

adres  pisze  Pani  niezupełnie  prawidłowo,  trzeba  pisać  tak:  Pořič  7,  z  dwoma
haczykami  nad  r  i  c,  a  dla  pewności  lepiej  podawać  też  nazwę  Zakładu
Ubezpieczeń.

Datę urodzin pani Zofii podam jutro.

[Na papierze firmowym Zakładu Ubezpieczeń]
24.X.12
Łaskawa Pani!
Była  to  dziś  noc  prawdziwie  bezsenna,  kiedy  to  jeszcze  pod  sam  koniec,  w

ciągu  ostatnich  dwóch  godzin,  człowiek  przewraca  się  do  wymuszonego,
wydumanego  snu,  w  którym  senne  marzenia  już  dawno  nie  są  senne,  a  sam  sen
tym bardziej nie jest już prawdziwym snem. A poza tym przed bramą uderzyłem
się  o  skrzynię,  którą  niósł  jakiś  czeladnik  rzeźnicki,  i  jej  drewno  wciąż  jeszcze
czuję nad lewym okiem.

Po  takim  przygotowaniu  na  pewno  nie  wprowadzę  się  w  stan  bardziej

sprzyjający przezwyciężeniu trudności, jakie sprawia mi pisanie do Pani i jakie
w coraz to innych postaciach chodziły mi po głowie także tej nocy. Nie polegają
one  na  tym,  żebym  tego,  co  chcę  napisać,  nie  mógł  wypowiedzieć,  to  są  rzeczy
zupełnie proste, ale jest ich tyle, że nie mogę ich zmieścić w czasie i przestrzeni.
Niekiedy, zwłaszcza w nocy, gdy sobie to uświadamiam, chciałbym wszystkiego
poniechać, nic już więcej nie pisać i raczej już od tego, co nie napisane, niż od
tego, co napisane, pójść na dno.

Pisze  Pani  o  swoich  wrażeniach  z  teatrów,  co  bardzo  mnie  interesuje,

ponieważ,  po  pierwsze,  jest  Pani  tam  w  Berlinie  u  źródła  wszystkich  wydarzeń
teatralnych,  po  drugie,  dobrze  wybiera  Pani  spektakle  (z  wyjątkiem  teatru
Metropol, w którym i ja także byłem, ziewając tak szeroko, że chyba szerzej niż
cały otwór sceny), i po trzecie, ponieważ ja sam zupełnie się na teatrze nie znam.
Ale co mi da wiedza o tym, jakie Pani oglądała przedstawienia, skoro nie wiem
tego  wszystkiego,  co  było  przedtem  i  potem,  skoro  nie  wiem,  jak  Pani  była

background image

ubrana, jaki to był dzień tygodnia, jaka była pogoda, jakie miała Pani miejsce, w
jakim  i  jak  umotywowanym  była  Pani  humorze,  i  wielu  jeszcze  innych  rzeczy,
które  mogą  przyjść  na  myśl.  Naturalnie  jest  niemożliwe,  żeby  mi  Pani  o  tym
wszystkim pisała, ale też wskutek tego wszystko staje się niemożliwe.

Urodziny pani Zofii — żeby napisać coś dającego się poprawnie i całkowicie

przekazać  —  są  dopiero  18  marca,  a  kiedy  są  Pani  urodziny,  żeby  zapytać  bez
ogródek?

To nie tylko niepokój, jaki w tej chwili panuje w biurze, pcha moje pisanie

już to w tym, już to w innym kierunku, tak że teraz zapytam znowu o coś zupełnie
innego:  Zapamiętałem  mniej  więcej  wszystko,  co  powiedziała  Pani  owego
wieczoru w Pradze, o ile do tego rodzaju przeświadczeń można mieć zaufanie, i
tylko  jedno  nie  jest  dla  mnie  zupełnie  jasne,  jak  to  sobie  uświadamiam  przy
czytaniu  Pani  listu,  i  to  musi  mi  Pani  uzupełnić.  Gdy  szliśmy  z  p.  dyrektorem
Brodem  z  mieszkania  do  hotelu,  byłem  w  ogóle,  prawdę  mówiąc,  rozdrażniony,
nieuważny  i  znudzony,  czemu  nie  była  winna,  w  każdym  razie  w  mojej
świadomości, obecność p. dyrektora. Przeciwnie, byłem względnie zadowolony,
czując  się  pozostawionym  samemu  sobie.  Była  też  wtedy  mowa  o  tym,  że
niewielki  bierze  Pani  udział  w  życiu  nocnym  dzielnic  centralnych,  nawet  wtedy
nie,  gdy  bywa  Pani  w  teatrze,  i  że  wracając  z  teatru  szczególnym  sposobem
klaskania  w  ręce  daje  Pani  z  ulicy  znak  swojej  Matce,  która  wówczas  każe
otworzyć  Pani  bramę.  Czy  ten  nieco  dziwny  sposób  jest  rzeczywiście
odpowiedni?  I  czy  wyjątek,  jakim  było  wzięcie  klucza,  gdy  szła  Pani  do  teatru
Metropol, był spowodowany jedynie szczególnie późnym powrotem? Moja twarz
jest zupełnie poważna, a jeżeli Pani się śmieje, to proszę śmiać się przyjaźnie i
odpowiedzieć dokładnie.

Najpóźniej  na  wiosnę  ukaże  się  u  Rowohlta  w  Lipsku Rocznik  Literacki,

którego  redaktorem  jest  Maks.  Będzie  w  nim  moje  małe  opowiadanie: Wyrok  z
dedykacją:  „Dla  panny  Felicji  B".  Czy  oznacza  to  zbyt  despotyczne  nieliczenie
się  z  Pani  prawami?  Tym  bardziej  że  owa  dedykacja  już  od  miesiąca  widnieje
nad  tym  opowiadaniem,  a  rękopis  nie  znajduje  się  już  w  moim  posiadaniu?  A
może usprawiedliwieniem, które za takie można uznać, jest to, że przemogłem się
i  usunąłem  dodatek  (dla  panny  Felicji  B.)  „ażeby  upominków  nie  dostawała
zawsze tylko od innych? Zresztą historia ta w   swej  istocie,  na  ile  sam  to  mogę
ocenić,  nie  ma  najmniejszego  związku  z  Panią,  poza  tym  jednym,  że  przelotnie
pojawiająca  się  w  niej  dziewczyna  nazywa  się  Frieda  Brandenfeld,  a  więc,  jak
zauważyłem  później,  inicjały  imienia  i  nazwiska  ma  wspólne  z  Panią.  Jedyny
związek  polega  raczej  tylko  na  tym,  że  ta  mała  historia  usiłuje  być  choć  trochę
Pani godną. I to też wyrażać ma dedykacja.

Ciężko mi z tym, że nie dowiem się, co odpisała mi Pani na mój przedostatni

list.  Tyle  minęło  lat,  w  czasie  których  nic  o  Pani  nie  słyszałem,  a  teraz
najzupełniej  niepotrzebnie  ma  być  dorzucony  jeszcze  jeden  miesiąc  niepamięci.
Będę naturalnie dopytywał się na poczcie, ale niewielka jest szansa, że dowiem
się  tam  więcej  niż  to,  co  Pani  z  owego  listu  jeszcze  zachowała  w  pamięci.  Czy
nie mogłaby mi Pani tego napisać w kilku słowach?

background image

Definitywny koniec, definitywny koniec na dzisiaj. Już na poprzedniej stronie

zaczęły się zakłócenia nawet w tym cichym pokoju, w którym się ukryłem. Dziwi
się Pani, że mam w biurze tyle wolnego czasu (jest to przywilej wymuszony) i że
piszę tylko w biurze. Także i to ma swoje wytłumaczenie, nie ma jednak czasu, by
o tym pisać.

Niechaj  będzie  Pani  zdrowa  i  nie  gniewa  się  z  powodu  podpisywania  co

dzień recepisów.

Oddany Franz K.

 

Do Zofii Friedmann

[Na papierze firmowym Zakładu Ubezpieczeń]
24.X.12
Droga i Łaskawa Pani!
Dziękuję  Pani  bardzo  za  delikatność,  z  jaką  zajęła  się  Pani  tą  sprawą,  która

wydaje się teraz całkowicie w porządku. W Pani nieodpisaniu na mój ostatni list,
który  za  pewne  nie  wymagał  też  osobnej  odpowiedzi,  nie  muszę  więc  widzieć
kary  za  jakąś  głupotę,  która  ze  zdenerwowania  lub  z  innych  przyczyn  łatwo  się
mogła zaplątać do moich dwóch listów. Ale Pani już wie, Droga i Łaskawa Pani,
jak cierpię z powodu nieotrzymywania odpowiedzi, toteż za jakąś głupotę byłaby
mnie Pani na pewno ukarała raczej należytym listem, niż nieodpowiadaniem. To
rozważywszy,  także  i  teraz  nie  spodziewam  się  bezwzględnie  odpowiedzi,  lecz
obstaję  przy  tym,  by  i  nadal  była  mi  Pani  tak  życzliwa,  jak  mi  Pani  dała  tego
dowód swoją niedawną pomocą. Także drogiemu Pani Małżonkowi chętnie bym
podziękował  osobno,  nie  czynię  tego  jednak,  ponieważ,  po  pierwsze,
nieuchronnie  czułbym  się  przy  tym  trochę  jednak  skrępowany,  a  po  wtóre,
ponieważ,  o  ile  wiem,  Pani  i  Jej  Drogi  Małżonek  stanowicie  taką  jedność,  że
podziękowanie 

złożone 

bezpośrednio 

Pani 

także 

On 

otrzymuje.

Najserdeczniejsze pozdrowienia łączę

oddany Dr F. Kafka

27.X.12
Łaskawa Pani!
Nareszcie o godzinie 8 wieczorem — jest niedziela — mogę do Pani napisać,

a  przecież  wszystko,  co  robiłem  w  ciągu  całego  dnia,  do  tego  zmierzało,  bym
mógł  to  uczynić  możliwie  rychło.  Czy  wesoło  spędza  Pani  niedziele?  Ależ  na
pewno, po Pani nadmiernej pracy. Dla mnie niedziela jest co najmniej od półtora
miesiąca  cudem,  którego  złudność  widzę  już  w  poniedziałek  rano  przy
przebudzeniu.  Pozostaje  jednak  problem,  żeby  powlec  cały  tydzień  aż  do
niedzieli, pociągnąć pracę przez te dni powszednie, i jakkolwiek bym się do tego
nie  zabrał,  w  piątek  zazwyczaj  już  nie  mogę  dłużej.  Gdy  tak  się  spędza  tydzień,
godzina  za  godziną,  nawet  za  dnia  niewiele  mniej  przytomnie  niż  człowiek

background image

spędzający  bezsenną  noc,  i  gdy  się  tak  rozejrzeć  w  nieubłaganej  maszynerii
takiego tygodnia, to napraw dę człowiek powinien być jeszcze szczęśliwy, że te
dni rozpaczliwie nakładające się na siebie nie walą się w tył, żeby się zacząć od
nowa, lecz bez oporu przemijają i wreszcie, żeby można było odetchnąć, zaczyna
się wieczór i noc.

Bywam  także  weselszy,  ale  nie  dzisiaj;  swojej  niedzielnej  przechadzki

zostałem  pozbawiony  wskutek  pogody  deszczowej;  pół  dnia  spędziłem,  co
wstępnemu stwierdzeniu tylko pozornie przeczy, w łóżku, miejscu najlepszym do
żalu  i  refleksji;  Turcy  przegrywają,  co  mogłoby  mnie  skłonić  do  tego,  bym  jako
fałszywy prorok ogłosił odwrót nie tylko dla żołnierzy, lecz dla wszystkiego (jest
to  też  wielki  cios  dla  naszych  kolonii),  i  nie  pozostaje  nic  innego,  jak
zamknąwszy oczy i uszy zagrzebać się w swych normalnych pracach.

Ależ ja Panią zabawiam! Droga Pani, czy mam wstać i przerwać pisanie? Ale

może  Pani  pod  tym  wszystkim  widzi,  że  ostatecznie  jestem  jednak  bardzo
szczęśliwy, a w takim razie mogę pozostać w łóżku i pisać dalej.

W swoim liście wspomina Pani, jak nieswojo czuła się Pani owego wieczoru

w Pradze, i chociaż nie chciała Pani tego powiedzieć, i niezupełnie to miała na
myśli, z tego miejsca w liście zdaje się wynikać, że dopiero wraz ze mną weszła
wówczas  nieswojość,  przedtem  bowiem  Maks  nic  prawie  nie  mówił  o  swojej
operetce, która nie nasuwała mu zresztą szczególnie dużo  trosk  i  problemów,  ja
zaś tą swoją śmieszną paczką nie zakłóciłem jeszcze harmonii towarzystwa. Poza
tym  był  to  jeszcze  wtedy  ten  właśnie  okres,  gdy  często  urządzałem  sobie  taką
zabawę,  że  Ottona  Broda,  który  przywiązuje  wielką  wagę  do  punktualnego
kładzenia  się  do  snu,  w  czasie  moich  częstych  odwiedzin,  przez  szczególne
ożywienie,  które  wzrastało  z  posuwaniem  się  wskazówki  zegara,  tak  długo
powstrzymywałem  od  spania,  aż  zazwyczaj  cała  rodzina,  wspólnymi  siłami,
oczywiście  w  sposób  bardzo  serdeczny,  wyrzucała  mnie  z  mieszkania.  Dlatego
też  moje  pojawienie  się  o  tak  późnej  godzinie  —  było  już  chyba  dobrze  po
dziewiątej — oznaczało pewne zagrożenie. W głowach rodziny walczyły więc ze
sobą  dwie  wizyty:  Pani,  której  na  pewno  chciano  okazać  tylko  największą
życzliwość i uprzejmość, i ja, zawodowy zakłóciciel snu. Dla Pani np. grano na
fortepianie, a dla mnie np. Otto fechtował się z  parawanem przed piecem, co się
już od dawna przyjęło jako znak dla mnie, że czas iść spać, a co dla kogoś, kto
tego  nie  wiedział,  wyglądało  zupełnie  bezsensownie  i  męcząco.  Otóż  ja  nie
byłem w najmniejszym stopniu przygotowany na to, że trafię na wizytę; umówiłem
się tylko z Maksem, że przyjdę o ósmej (przyszedłem jak zwykle godzinę później)
i  ustalę  z  nim  układ  rękopisu,  o  co  się  do  tej  pory  zupełnie  nie  zatroszczyłem,
chociaż miał być wysłany następnego dnia rano. A tymczasem trafiłem na wizytę i
byłem  o  to  trochę  zły.  Ale  niewątpliwie  w  sprzeczności  z  tym  uczuciem  był
znowu  fakt,  że  ta  wizyta  wcale  mnie  nie  zdziwiła.  Wyciągnąłem  do  Pani  rękę
przez  wielki  stół,  jeszcze  zanim  zostałem  Pani  przedstawiony  i  mimo  że  Pani
prawie  się  nie  podniosła  i  prawdopodobnie  nie  miała  ochoty  podać  mi  ręki.
Spojrzałem  na  Panią  tylko  przelotnie,  usiadłem  i  wszystko  wydawało  mi  się  w 
najlepszym  porządku,  prawie  że  nie  odczuwałem  wobec  Pani  tego  lekkiego

background image

podniecenia, jakie wywołują u mnie zawsze obcy w towarzystwie znajomym. W
sytuacji  gdy  myślałem  o  tym,  że  nie  będę  mógł  z  Maksem  przejrzeć  swego
rękopisu,  podawanie  fotografii  z  podróży  pod  znakiem  Talii  było  bardzo  miłym
urozmaiceniem.  (Za  to  słowo,  które  bardzo  dobrze  oddaje  to,  co  wówczas
czułem,  mógłbym  dzisiaj,  gdy  jestem  tak  daleko  od  Pani,  sam  siebie  zbić.)  Pani
potraktowała oglądanie obrazków bardzo poważnie i podnosiła oczy tylko wtedy,
gdy  Otto  dodawał  jakieś  objaśnienie  albo  gdy  ja  podawałem  nowe  zdjęcie.
Komuś z nas, nie wiem już komu, przy objaśnianiu któregoś zdjęcia przydarzyło
się jakieś śmieszne nieporozumienie. Aby móc oglądać fotografie, przestała Pani
jeść, a gdy Maks zrobił jakąś uwagę o jedzeniu, powiedziała Pani coś takiego, że
nic  nie  jest  dla  Pani  bardziej  odrażające  niż  ludzie,  którzy  wciąż  jedzą.
Tymczasem odezwał się dzwonek (już dawno minęła jedenasta w nocy, godzina,
o której normalnie zaczyna się moja właściwa praca, ale nie mogę się oderwać
od  listu),  odezwał  się  więc  dzwonek,  a  Pani  opowiadała  o  wstępnej  scenie
operetki Das  Autogirl, którą  widziała  Pani  w  Residenztheater  (czy  jest  w
Berlinie  jakiś  Residenztheater?  I  czy  była  to  operetka?),  gdzie  na  scenie  jest  15
osób, do których podchodzi ktoś z przedpokoju, skąd słychać dzwonek telefonu, i
każdego  po  kolei  tą  samą  formułą  wzywa,  by  podszedł  do  telefonu.  Także  tę
formułę  jeszcze   pamiętam,  ale  wstydzę  się  ją  napisać,  ponieważ  nie  umiem  jej
poprawnie wymówić, a co dopiero napisać, mimo że wtedy nie tylko dokładnie
ją  usłyszałem,  lecz  odczytałem  z  Pani  warg,  i  że  od  tego  czasu  wiele  razy
przechodziła  mi  przez  głowę,  zawsze  z  usiłowaniem,  by  ją  prawidłowo
zbudować. Nie wiem, w jaki sposób potem (nie, przedtem, bo wtedy siedziałem
jeszcze blisko drzwi, a więc naprzeciw Pani na ukos) rozmowa zeszła na bicie i
na  rodzeństwo.  Zostały  wymienione  imiona  kilku  członków  rodziny,  o  których
nigdy  nie  słyszałem,  padło  także  imię  Ferry  (to  może  Pani  brat?)  i  Pani
opowiadała,  że  jako  mała  dziewczynka  była  Pani  często  bita  przez  braci  i
kuzynów (czy także przez pana Friedmanna?) i była wobec nich dosyć bezbronna.
Przesunęła  Pani  ręką  po  lewym  ramieniu,  które  w  tamtych  czasach  było  pełne
siniaków.  Nie  wyglądała  Pani  jednak  wcale  na  obolałą,  ja  zaś,  choć  nie  zdając
sobie  z  tego  dobrze  sprawy,  nie  mogłem  zrozumieć,  jak  ktokolwiek  mógł  się
odważyć Panią uderzyć, nawet jeśli była Pani wtedy tylko małą dziewczynką. —
Potem powiedziała Pani mimochodem, podczas gdy coś Pani oglądała lub czytała
(o  wiele  za  mało  podnosiła  Pani  wówczas  oczy,  a  ów  wieczór  był  wszakże  tak
krótki), że uczyła się Pani hebrajskiego. Z jednej strony byłem pełen podziwu, z
drugiej strony (wszystko to są tylko ówczesne moje sądy i już dawno przeszły one
przez  gęste  sito)  byłbym  wolał  nie  usłyszeć  tego  w  formie  uwagi  zrobionej  tak
przesadnie  mimochodem,  toteż  ucieszyłem  się  skrycie,  gdy  później  nie  umiała
Pani  przetłumaczyć  nazwy  Tel Awiw.  —  Teraz  więc  okazało  się  także,  że  jest
Pani  syjonistką,  z  czego  byłem  bardzo  zadowolony.  —  Jeszcze  w  tym  samym
pokoju  mówiło  się  o  Pani  pracy  zawodowej,  a  pani  Brodowa  wspomniała  o
ładnej sukni z batystu, którą widziała w Pa ni pokoju hotelowym, bo jechała Pani,
zdaje się, na jakiś ślub, który — bardziej zgaduję, niż sobie przypominam — miał
się odbyć w Budapeszcie. Gdy Pani wstała, okazało się, że miała Pani na nogach

background image

pantofle  domowe  pani  Brodowej,  ponieważ  Pani  buty  musiały  wyschnąć.  Przez
cały dzień była okropna pogoda. Te pantofle trochę Pani przeszkadzały i na końcu
drogi  przez  ciemny  pokój  przechodni  powiedziała  mi  Pani,  że  jest
przyzwyczajona  do  pantofli  na  obcasach.  Że  w  ogóle  istnieją  takie  pantofle,  to
była  dla  mnie  nowość.  —  Potem  w  pokoju  z  fortepianem  siedziała  Pani
naprzeciw  mnie,  a  ja  zacząłem  rozkładać  swój  rękopis.  W  sprawie  wysyłki
padały  ze  wszystkich  stron  śmieszne  rady  i  nie  mogę  już  sobie  przypomnieć,  co
Pani mi doradzała. Natomiast przypominam sobie jeszcze coś z innego pokoju, co
tak  mnie  zdumiało,  że  uderzyłem  ręką  o  stół.  Powiedziała  Pani  mianowicie,  że
przepisywanie  rękopisów  sprawia  Pani  przyjemność,  że  w  Berlinie  także
przepisuje Pani rękopisy dla jakiegoś pana (przeklęty dźwięk tego słowa, gdy nie
ma  przy  nim  nazwiska  ani  wyjaśnienia!),  i  prosiła  Pani  Maksa,  by  Jej  przysyłał
swoje  rękopisy.  Najlepszą  rzeczą,  jakiej  dokonałem  tego  wieczoru,  było  to,  że
przypadkowo  miałem  przy  sobie  jeden  zeszyt  czasopisma  „Palästina"  ,  i  za  to
niechaj wszystko inne będzie mi wybaczone. Omawiana była podróż do Palestyny
i  przy  tym  podała  mi  Pani  dłoń,  albo  raczej  ja  ją  jakimś  podszeptem
przywabiłem. — Podczas gry na fortepianie siedziałem za Panią na ukos, założyła
Pani  nogę  na  nogę  i  często  poprawiała  fryzurę,  której  nie  mogę  sobie
przedstawić,  jak  wyglądała en  face, i  o  której  z  czasu  owej  gry  na  fortepianie
wiem tylko tyle, że z boku trochę odstawała. — Później całe towarzystwo bardzo
się  rozsypało,  pani  Brodowa  drzemała  na  kanapie,  pan  Brod  coś  robił  przy
bibliotece,  Otto  fechtował  się  z  parawanem  przed  piecem.  Mowa  była  o
książkach  Maksa,  Pani  coś  powiedziała  o Arnoldzie  Beerze, wspomniała  o
jakiejś  recenzji  w  „Ost  und  West"     i  w  końcu  powiedziała,  przeglądając  tom
dzieł Goethego w wydaniu Propyläen, że także Zamek  Nornepygge Pani zaczęła,
ale nie mogła doczytać do końca. Przy tej uwadze faktycz nie zastygłem, za siebie,
za  Panią  i  za  wszystkich.  Czy  nie  była  to  niepotrzebna,  niczym  nie  dająca  się
wytłumaczyć  obraza?  Pani  jednak,  jak  bohaterka,  to,  co  wydawało  się  nie  do
uratowania,  doprowadziła  do  dobrego  końca,  podczas  gdy  my  wszyscy
patrzyliśmy  na  Pani  głowę  pochyloną  nad  książką.  Okazało  się,  że  nie  była  to
żadna  obraza  i  nawet  nie  jakakolwiek  opinia,  lecz  tylko  fakt,  który  samą  Panią
dziwił, i dlatego też zamierzała Pani przy najbliższej okazji ponownie zabrać się
do tej książki. Ładniej nie można było tego rozwiązać i pomyślałem, że wszyscy
powinniśmy  czuć  się  wobec  Pani  trochę  zawstydzeni.  Żeby  zmienić  temat,  pan
dyrektor przyniósł tom z ilustracjami owego wydania Propyläen i zapowiedział,
że pokaże Pani Goethego w kalesonach. Pani zacytowała: „On pozostaje królem
także  w  kalesonach  ,  i  ten  cytat  był  jedyną  rzeczą,  która  mi  się  tego  wieczoru  u
Pani  nie  podobała.  Od  tego  niesmaku  poczułem  niemal  ucisk  w  gardle  i
powinienem był właściwie sam siebie zapytać, dlaczego to mnie tak obeszło. Ale
jestem bardzo niedokładny. — Szybkość, z jaką na koniec wybiegła Pani z pokoju
i wróciła już w butach, wprawiła mnie w oszołomienie. Jednakże porównanie z
gazelą,  jakie  dwa  razy  zrobiła  pani  Brodowa,  nie  podobało  mi  się.  Dosyć
dokładnie widzę jeszcze, jak wkładała Pani kapelusz i wpinała szpilki. Kapelusz
był  dosyć  duży,  z  białą  podszewką.  —  Na  ulicy  zapadłem  od  razu  w  jeden  z

background image

nierzadkich  u  mnie  stanów  przyćmienia,  kiedy  niczego  nie  rozpoznaję  wyraźnie
oprócz własnej bezużyteczności. — Na ulicy Perłowej zapytała mnie Pani, może
aby mi pomóc wydobyć się z mojego przykrego zaniemówienia, gdzie mieszkam,
i  chciała  Pani  oczywiście  dowiedzieć  się,  czy  moja  droga  do  domu  i  droga  do
Pani hotelu są zbieżne, czy nie, ja zaś, nieszczęsny głupiec, z kolei zapytałem, czy
chce  Pani  znać  mój  adres,  oczywiście  w  przypuszczeniu,  że  gdy  tylko  zajedzie
Pani  do  Berlina,  natychmiast,  jakby  się  paliło,  będzie  Pani  chciała  do  mnie
napisać  w  sprawie  podróży  do  Palestyny  i  boi  się  Pani  narazić  na  rozpaczliwą
sytuację  nieposiadania  od  razu  pod  ręką  mojego  adresu.  To,  co  wyraziłem  tak
niezręcznie,  oczywiście  peszyło  mnie  jeszcze  w  czasie  dalszej  drogi,  jeśli  coś
mogło  mnie  wtedy  jeszcze  bardziej  speszyć.  Jeszcze  na  górze,  w  pierwszym
pokoju, a potem na ulicy była mowa o jakimś panu z praskiej filii Pani instytucji,
z  którym  po  południu  była  Pani  dorożką  na  Hradczynie.  Z  powodu  tego  pana
wydało  mi  się  niemożliwe,  żeby  rano  przyjść  na  dworzec  z  kwiatami,  co  mi  od
pewnego  czasu  świtało  w  postaci  chwiejnego  postanowienia.  Wczesna  godzina
Pani  odjazdu,  niemożliwość  dostania  od  razu  kwiatów  o  tej  porze  ułatwiły  mi
zrezygnowanie  z  tego  pomysłu.  Na  ulicy  Owocowej  i  Na  Przykopie  mówił
głównie p. dyrektor Brod, a Pani opowiedziała tylko historię o tym, jak to Matka
na Pani klaskanie każe otworzyć Pani bramę, historię, w związku z którą jest mi
Pani jeszcze winna wyjaśnienie. Poza tym czas ten został haniebnie zmarnowany
na porównywanie ruchu ulicznego w Pradze i w Berlinie. Była też, jeśli się nie
mylę,  wzmianka  o  tym,  że  podwieczorek  jadła  Pani  w  Domu  Reprezentacyjnym
naprzeciw swego hotelu. Na koniec pan Brod dawał Pani jeszcze rady na podróż
i podał Pani nazwy kilku stacji, na których dostanie Pani coś do zjedzenia. Pani
zamierzała  zjeść  śniadanie  w  wagonie  restauracyjnym.  Teraz  dowiedziałem  się
także,  że  zapomniała  Pani  w  pociągu  parasolkę,  i  ten  drobiazg  (drobiazg  dla
mnie)  dodał  nowy  szczegół  do  mojego  Pani  obrazu.  —  To,  że  nie  była  Pani
jeszcze spakowana i że w dodatku chciała Pani jeszcze czytać w łóżku, wprawiło
mnie w niepokój. Poprzedniej nocy czytała Pani do 4 rano. Jako lekturę na drogę
miała Pani ze sobą: Björnsona Flagi nad miastem i portem i Andersena Książkę
ilustrowaną  bez  ilustracji. 
Miałem  wrażenie,  że  byłbym  mógł  te  książki
odgadnąć,  czego  oczywiście  nigdy  w  życiu  bym  nie  potrafił.  Przy  wejściu  do
hotelu  w  jakimś  onieśmieleniu  pchałem  się  do  tego  samego  skrzydła  drzwi
obrotowych,  do  którego  Pani  szła,  i  omal  nie  nadepnąłem  Pani  na  nogę.  Potem
staliśmy  wszyscy  troje,  nieco  przed  kelnerem,  przy  windzie,  w  której  za  chwilę
miała Pani zniknąć i której drzwi były już otwarte. Wygłosiła Pani jeszcze krótką,
bardzo wyniosłą mowę do kelnera, której brzmienie — gdy się nad nią zatrzymam
—  mam  jeszcze  w  uszach.  Niełatwo  dała  sobie  Pani  wytłumaczyć,  że  do
pobliskiego dworca nie jest potrzebna dorożka. Zapewne sądziła Pani, że będzie
Pani  odjeżdżać  z  dworca  Franciszka  Józefa.  —  Potem  pożegnaliśmy  się
ostatecznie i ja raz jeszcze wspomniałem o podróży do Palestyny, tak niezręcznie,
jak  tylko  to  było  możliwe,  jako  że  w  ogóle  wydało  mi  się  w  tej  chwili,  że  w
ciągu  całego  wieczoru  o  wiele  za  często  napomykałem  o  tej  podróży,  której
prawdopodobnie nikt oprócz mnie nie brał poważnie.

background image

To  są  na  razie,  z  niewielkimi  tylko  i  nieistotnymi,  choć  licznymi

opuszczeniami,  wszystkie  zewnętrzne  wydarzenia  owego  wieczoru,  które  mogę
sobie dziś jeszcze przypomnieć, po przeszło trzydziestu innych wieczorach, które
od  tamtego  czasu  spędziłem  u  rodziny  Brodów  i  które  niestety  niejedno  mogły
zatrzeć.  Spisałem  je,  ażeby  odpowiedzieć  na  Pani  uwagę,  że  owego  wieczoru
niewiele  się  Panią  zajmowano,  a  także  dlatego,  że  zbyt  już  długo  opierałem  się
chęci,  żeby  wspomnienia  z  tego  wieczoru,  na  tyle,  na  ile  są  one  jeszcze  żywe,
kiedyś  zapisać. Ale  teraz  Pani  patrzy  oto  z  przerażeniem  na  tę  masę  zapisanego
papieru,  przeklina  naprzód  tę  swoją  uwagę,  która  to  spowodowała,  potem
przeklina  samą  siebie,  która  ma  to  wszystko  przeczytać,  potem  może  z  lekkiej
ciekawości czyta jednak do końca, podczas gdy Jej herbata zupełnie już wystygła,
i  na  koniec  wpada  Pani  w  tak  zły  humor,  że  na  wszystko,  co  jest  Jej  drogie,
przysięga,  iż  w  żadnym  wypadku  nie  zechce  Pani  moich  wspomnień  trochę
uzupełnić, przy czym w tej złości nie zastanawia się Pani nad tym, że uzupełnienie
nie  sprawia  tyle  wysiłku  co  pierwsze  spisanie  i  że  takim  uzupełnieniem
sprawiłaby  mi  Pani  przyjemność  o  wiele  większą,  niż  mnie  się  to  udało  w
stosunku do Pani przez to pierwsze zebranie materiału. — Teraz jednak powinna
Pani  mieć  już  rzeczywiście  spokój  ode  mnie  i  być  już  tylko  najserdeczniej
pozdrowiona.

Oddany Franz K.

Jeszcze  nie  koniec,  jeszcze  pytanie,  i  to  takie,  na  które  trudno  jest

odpowiedzieć: Jak długo można przechowywać czekoladę, żeby się nie zepsuła?

29.X.12
Łaskawa Pani!
Teraz  będzie  coś  bardzo  ważnego,  choć  tylko  w  wielkim  pośpiechu.  (Tego

nie  piszę  już  w  biurze,  bo  moja  praca  biurowa  buntuje  się  przeciw  pisaniu  do
Pani,  tak  na  wskroś  obca  jest  mi  ta  praca  i  nie  ma  ona  żadnego  wyobrażenia  o
tym,  co  jest  mi  potrzebne.)  Nie  powinna  więc  Pani  sądzić,  że  listem  bez  końca,
takim  jak  ten  przedwczorajszy,  z  powodu  którego  już  dosyć  robiłem  sobie
wyrzutów,  nie  tylko  czas  na  lekturę  chcę  Pani  odebrać,  lecz  jeszcze  i  czas  na
odpoczynek,  i  zobowiązać  Panią  do  obszernych  i  punktualnych  odpowiedzi,
musiałbym się wszakże wstydzić, gdybym do Pani wyczerpujących dni pracy miał
się dołączyć jako plaga Pani wieczorów. Tego więc nie chcą moje listy, tego nie
chcą  ani  trochę,  ale  w  końcu  to  jest  oczywiste  i  na  pewno  nie  inaczej  Pani  to
oceni. Tylko nie powinna Pani — i to jest właśnie to ważne — to jest to ważne
(tak  jest  ważne,  że  w  pośpiechu  robi  się  u  mnie  z  tego  litania)  —  wieczorem
pisać do mnie dłużej, nawet gdyby miała Pani, bez względu na moje listy, sama z
siebie ochotę na pisanie. Choć tak ładnie wyobrażam sobie Panią w Jej biurze —
czy jest Pani sama w pokoju? — nie chcę już mieć poczucia, że zatrzymałem tam
Panią  do  późnych  godzin  wieczornych.  Pięć  linijek,  tak,  tyle  mogłaby  Pani

background image

wieczorem napisać do mnie od czasu do czasu, przy czym, mimo że przed tym się
bronię, nie mogę się powstrzymać od zrobienia prostackiej uwagi, że pięć linijek
można  pisać  częściej  niż  długie  listy.  Widok  Pani  listów  w  drzwiach  —
przychodzą  teraz  około  południa  —  mógłby  mi  kazać  zapomnieć  o  wszelkich
względach  dla  Pani,  ale  odczytywanie  godziny,  którą  podaje  Pani  przy  dacie,
albo też przypuszczenie, że może obrabowałem Panią ze spaceru, jest znowu nie
do zniesienia. Czy mam tedy prawo odradzać Pani piramidon, skoro to ja jestem
współwinny  Pani  bólów  głowy?  Kiedy  właściwie  odbywa  Pani  spacery?  Dwa
razy  w  tygodniu  gimnastyka,  trzy  razy  Profesor  —  w  tym  liście  zaginionym
musiała  Pani  o  nim  pisać  —  ile  więc  jeszcze  zostaje  wolnego  czasu?  A  w
niedzielę  jeszcze  robótki  ręczne,  po  co  jeszcze  i  to?  Czy  może  to  cieszyć  Pani
Matkę,  skoro  wie,  że  musi  Pani  na  nie  zużywać  swój  czas  odpoczynku?
Zwłaszcza że, jak wynika z Pani listów, w swojej Matce ma Pani, jak się wydaje
najlepszą,  wesołą  przyjaciółkę.  Gdyby  zechciała  mnie  Pani  jednak  na  pięciu
linijkach co do tego wszystkiego uspokoić, żebyśmy nie musieli już o tym pisać i
myśleć,  lecz  spokojnie  i  bez  robienia  sobie  samym  wyrzutów  mogli  na  siebie
nawzajem patrzeć i siebie słuchać, Pani zgodnie ze swoją dobrocią i mądrością,
ja tak, jak muszę.

Oddany Franz K.

[Na papierze firmowym Zakładu Ubezpieczeń]
31.X.12
Łaskawa Pani!
Niech  Pani  spojrzy,  ile  jest  w  naszym  pisaniu  niemożliwości.  Czy  mogę

prośbie takiej jak ta, żeby pisała Pani do mnie tylko pięć linijek, odebrać pozór
obrzydliwej, nieprawdziwej szlachetności? To jest niemożliwe. A czy prośby tej
nie myślę szczerze? Na pewno myślę ją szczerze. A czy może nie myślę jej także
nieszczerze? Oczywiście myślę ją nieszczerze, i to jak nieszczerze ją myślę! Gdy
w  końcu  jest  już  list,  po  tych  wszystkich  godzinach,  gdy  drzwi  mojego  pokoju
tysiąc razy się otwierały, ażeby zamiast woźnego z listem wpuścić całe mnóstwo
ludzi,  którzy  ze  spokojnym,  a  dla  mnie  z  tego  właśnie  powodu  męczącym,
wyrazem  twarzy  czują  się  na  swoim  miejscu  tu,  gdzie  wszakże  tylko  woźny  z
listem i nikt inny ma prawo się pojawić — gdy więc ten list już jest, wtedy myślę
przez chwilę, że teraz mogę być spokojny, że się nim nasycę i że dzień przejdzie
mi  dobrze.  Ale  potem  go  przeczytałem,  jest  w  nim  więcej,  niż  kiedykolwiek
śmiałbym  pragnąć  się  dowiedzieć,  na  ten  list  zużyła  Pani  swój  wieczór  i  może
niewiele tylko pozostało już czasu na spacer po Leipziger Strasse, odczytuję list
jeden  raz,  odkładam  go  i  czytam  znowu,  biorę  do  ręki  jakiś  akt,  a  czytam
właściwie  tylko  Pani  list,  stoję  przy  maszyniście,  któremu  mam  dyktować,  a
znowu  Pani  list  powoli  wsuwa  mi  się  do  ręki,  i  zaledwie  go  wyjąłem,  jacyś
ludzie pytają mnie o coś, i dobrze wiem, że nie powinienem teraz myśleć o Pani
liście, ale to jest też ta jedyna rzecz, która mi przychodzi na myśl — ale po tym

background image

wszystkim jestem zgłodniały jak przedtem, niespokojny jak przedtem, a już znowu
drzwi  zaczynają  się  wesoło  poruszać,  jak  gdyby  znowu  miał  wejść  woźny  z
listem.  To  jest  ta  „mała  przyjemność  ,  jaką  wedle  Pani  wyrażenia  sprawiają  mi
Pani listy. Jest to też odpowiedź na Pani pytanie, czy nie jest mi niemiło co dzień
dostawać  w  biurze  list  od  Pani.  Naturalnie  jest  rzeczą  prawie  niemożliwą
stworzyć jakikolwiek związek między otrzymaniem listu od Pani i pracą biurową,
ale również niemożliwe jest pracować i daremnie czekać na list albo pracować i
myśleć o tym, że może w domu leży list. Niemożliwości ze wszystkich stron! A
mimo  to  nie  jest  tak  źle,  bo  w  ostatnich  czasach  udały  mi  się  z  moją  pracą
biurową  także  inne  niemożliwości,  nie  należy  kapitulować  przed  mniejszymi
niemożliwościami,  wtedy  bowiem  wielkich  niemożliwości  w  ogóle  by  się  nie
widziało.

Dziś  nie  mam  zresztą  prawa  się  skarżyć,  ponieważ  oba  Pani  ostatnie  listy

doszły  do  mnie  przedzielone  tylko  dwugodzinnym  interwałem  i  naturalnie  tak
samo  wczoraj  przeklinałem  nieporządek  panujący  na  poczcie,  jak  dzisiaj  go
błogosławię.

Ale wcale nie odpowiadam na pytania i sam prawie nie pytam, a to wszystko

tylko  dlatego,  że  radość  pisania  do  Pani,  chociaż  sobie  tego  od  razu  nie
uświadamiam,  wszystkie  listy  do  Pani  od  razu  nastawia  na  objętość
nieskończoną, a wtedy naturalnie na pierwszej karcie nie musi się pisać żadnych
rzeczy istotnych. Ale niech Pani czeka, jutro, miejmy nadzieję (nadzieją jest to dla
mnie), będę miał dosyć czasu, żeby jednym ciągiem odpowiedzieć na wszystkie
pytania  i  samemu  tyle  pytań  zadać,  że  przynajmniej  na  chwilę  będzie  mi  lżej  na
sercu.

Dziś  powiem  jeszcze  tylko,  że  przy  tym  ustępie  Pani  listu,  w  którym  jest

mowa  o  Pani  kapeluszu,  ugryzłem  się  w  język.  A  więc  jego  podszewka  była
czarna? Gdzie ja miałem oczy? A mało znacząca nie była dla mnie ta obserwacja
na  pewno.  Ale  w  takim  razie  sam  kapelusz  był  biały,  i  to  mogło  mnie  zmylić,
ponieważ  z  powodu  swego  wyższego  wzrostu  widziałem  Panią  z  góry. A  także
głowę miała Pani trochę pochyloną, gdy wkładała Pani kapelusz. Krótko mówiąc,
jak  zawsze  są  okoliczności  usprawiedliwiające,  ale  czego  nie  wiedziałem
zupełnie dokładnie, o tym nie powinienem był pisać.

Łączę najserdeczniejsze pozdrowienia i, jeśli mi wolno, ręce Pani całuję
Oddany Franz K.
Droga Panno Felicjo!
Nie powinna Pani tej formy brać mi za złe, przynajmniej tym razem, bo jeśli

mam  pisać,  czego  Pani  już  kilka  razy  żądała,  o  swoim  sposobie  życia,  będę
musiał  prawdopodobnie  powiedzieć  jednak  pewne  rzeczy  dla  siebie  drażliwe,
których nie potrafiłbym chyba z siebie wydobyć wobec „łaskawej Pani . A poza
tym ta nowa forma nie może być niczym tak bardzo złym, inaczej nie byłbym jej
sobie wymyślił z tak wielkim i wciąż jeszcze trwającym zadowoleniem.

Moje życie składa się, i właściwie składało się zawsze z prób pisania, i to z

prób najczęściej nieudanych. Gdybym jednak nie pisał, to leżałbym już na ziemi,
wart tylko tego, by zostać wymiecionym. Moje siły były jednak zawsze żałośnie

background image

małe i, chociaż sam jasno sobie tego nie uświadamiałem, to jednak wynikało stąd
samo przez się, że od wszystkich innych stron musiałem być oszczędny, wszędzie
sobie  czegoś  odmawiać,  ażeby  do  tego,  co  wydawało  mi  się  moim  celem
głównym,  zachować  siłę  od  biedy  wystarczającą.  Gdy  zdarzało  się,  że  tego
jednak  nie  czyniłem  (mój  Boże!  nawet  w  tym  dniu  świątecznym  w  dzienniku
podawczym  biura  nie  ma  spokoju,  lecz  jedna  wizyta  za  drugą,  jakby  się  małe
piekło rozwarło), lecz chciałem sam siebie jakoś przekroczyć, czułem się od razu
odepchnięty,  zraniony,  zawstydzony,  na  zawsze  osłabiony,  bo  to  właśnie,  co
chwilami czyniło mnie nieszczęśliwym, z biegiem czasu napełniło mnie ufnością i
zacząłem  wierzyć,  że  gdzieś,  chociaż  trudna  do  znalezienia,  musi  być  jakaś
szczęśliwa  gwiazda,  pod  którą  można  będzie  dalej  żyć.  Kiedyś  zrobiłem  sobie
szczegółowy  rachunek  tego,  co  sam  poświęciłem  dla  pisania,  oraz  tego,  co  na
rzecz  pisania  zostało  mi  odebrane,  lub  raczej,  czego  utratę  tylko  takie
wytłumaczenie pozwala znieść.82

I w rzeczy samej, tak jak jestem chudy, a jestem najchudszym człowiekiem ze

wszystkich  ludzi,  jakich  znam  (  a  to  coś  mówi,  bo  wiele  już  przebywałem  w
sanatoriach),  tak  też  i  poza  tym  nie  ma  we  mnie  nic,  co  można  by  z  uwagi  na
pisanie nazwać nadmiarem, i to nadmiarem w dobrym tego słowa znaczeniu. Jeśli
więc  jest  jakaś  siła  wyższa,  która  mną  chce  się  posłużyć  lub  się  posługuje,  to
jestem w jej ręku narzędziem przynajmniej wyraźnie uformowanym; jeśli nie, to
jestem niczym i nagle znajdę się w jakiejś przerażającej próżni.

Teraz  rozszerzyłem  swoje  życie  o  myślenie  o  Pani  i  zaiste  nie  ma  prawie

kwadransu  w  czasie  mojej  jawy,  w  którym  nie  myślałbym  o  Pani,  a  wiele  jest
takich  kwadransów,  kiedy  nie  robię  nic  innego.  Ale  także  i  to  pozostaje  w
związku  z  moim  pisaniem,  tylko  fale  mojego  pisania  mnie  określają  i  w  fazie
marnego pisania na pewno nie byłbym miał odwagi zwrócić się do Pani. Jest to
tak prawdziwe, jak prawdą jest, że od owego wieczoru czu łem się tak, jakbym
miał  w  piersi  otwór,  przez  który  z  ssaniem  i  niepowstrzymanie  to  pisanie
wchodzi i wychodzi, aż którejś nocy w łóżku dzięki przypomnieniu sobie pewnej
opowieści  biblijnej  ujawniła  mi  się  dowodnie  konieczność  tego  uczucia  i
jednocześnie  prawda  owej  opowieści  biblijnej.  Jak  bardzo  jest  Pani  jednak
spokrewniona  także  z  moim  pisarstwem,  mimo  że  dotąd  sądziłem,  iż  właśnie
podczas pisania w najmniejszej mierze nie myślę o Pani, to stwierdziłem ostatnio
ze  zdumieniem.  W  małym  ustępie,  który  napisałem,  znalazły  się  między  innymi
następujące  odniesienia  do  Pani  i  do  Jej  listów:  Ktoś  dostał  w  upominku
tabliczkę  czekolady.  Mówiono  o  drobnych  urozmaiceniach,  jakie  ktoś  miał  w
czasie  pracy.  Potem  był  jakiś  telefon..  I  wreszcie  ktoś  na  kogoś  nalegał,  żeby
szedł spać, i groził mu, że jeśli nie usłucha, zaprowadzi go aż do jego pokoju, co
na  pewno  było  reminiscencją  gniewu  Pani  Matki,  gdy  tak  długo  była  Pani  w
biurze. Takie miejsca są mi szczególnie drogie, w nich trzymam Panią, przy czym
Pani tego nie czuje i nie musi się zatem bronić. A gdyby nawet kiedyś przeczytała
Pani  coś  z  tych  rzeczy,  tych  drobiazgów  na  pewno  Pani  nie  zauważy.  Ale  to
powinna  Pani  wiedzieć,  że  może  nigdzie  na  świecie  nie  może  Pani  dać  się
schwytać tak bez obaw jak tutaj.

background image

Mój  tryb  życia  jest  nastawiony  tylko  na  pisanie,  a  gdy  ulega  pewnym

zmianom, to tylko w tym celu, żeby w miarę możliwości lepiej służył pisarstwu,
bo czas jest krótki, siły są niewielkie, biuro jest zmorą, mieszkanie jest głośne i
trzeba  próbować  przebić  się  za  pomocą  jakiejś  sztuki,  jeśli  się  komuś  ładne,
proste  życie  nie  udaje.  Zadowolenie  z  takiej  sztuki,  której  udało  się  komuś
dokonać  w  jego  rozkładzie  dnia,  jest  jednakże  niczym  w  porównaniu  z  wieczną
rozpaczą nad tym, że w tym, co zostało napisane, każde zmęczenie zaznacza się o
wiele  silniej  i  wyraźniej  niż  to,  co  się  właściwie  chciało  napisać.  Od  półtora
miesiąca mój rozkład zajęć, z pewnymi zakłóceniami, które wystąpiły w ostatnich
dniach z powodu nieznośnej słabości, jest następujący: Od 8 do 2 lub 2 biuro, do
3 lub wpół do czwartej obiad, od tego momentu sen w łóżku (na ogół tylko próby
uśnięcia, przez cały tydzień widziałem w tym śnie tylko Czarnogórców z wysoce
przykrą,  wywołującą  ból  głowy  wyrazistością  każdego  szczegółu  ich
skomplikowanego ubioru) do wpół do ósmej, potem 10 minut gimnastyki, nago i
przy  otwartym  oknie,  potem  godzinny  spacer,  samotnie  lub  z  Maksem  albo  z
innym  przyjacielem,  potem  kolacja  z  rodziną  (mam  trzy  siostry,  jedna  zamężna,
druga  zaręczona,  trzecia,  jeszcze  wolna,  jest  mi,  przy  całej  miłości  do  tamtych
dwóch, szczególnie droga,) potem o wpół do jedenastej (ale często dopiero

o wpół do dwunastej) zasiadam do pisania i trwam przy nim, w zależności od

sił,  ochoty  i  szczęścia,  do  godziny  1,  2,  3,  raz  nawet  do  6  rano.  Potem  znowu
gimnastyka, jak wyżej, tylko oczywiście z unikaniem wszelkiego wysiłku, mycie,

i  do  łóżka,  najczęściej  z  lekkim  bólem  głowy  i  dygoczącymi  mięśniami

brzucha.  Potem  wszelkie  możliwe  usiłowania,  żeby  usnąć,  tzn.  osiągnąć  rzecz
niemożliwą,  ponieważ  nie  można  spać  (a  jaśnie  pan  wymaga  co  więcej  snu  bez
snów)  i  jednocześnie  myśleć  o  swoich  pracach,  a  ponadto  chcieć  niezawodnie
rozstrzygnąć  problem,  który  niezawodnie  rozstrzygnąć  się  nie  da,  czy  nazajutrz
nadejdzie list od Pani i o jakiej porze. Tak więc noc składa się z dwóch części,
jednej w stanie czuwania i drugiej bezsennej, i gdybym chciał Pani o tym napisać
obszernie, a Pani chciałaby tego wysłuchać, nigdy bym nie skończył. Oczywiście
nie ma potem nic szczególnie dziwnego w tym, że w biurze zaczynam rano pracę
ledwie resztkami sił. Przed jakimś czasem w korytarzu, przez który zawsze idę do
mojego  maszynisty,  stały  nosze,  na  których  transportuje  się  akta  i  druki,  i  za
każdym  razem,  gdy  obok  nich  przechodziłem,  wydawało  mi  się,  że  są  te  nosze-
mary przede wszystkim dla mnie przystosowane i że na mnie czekają.

Dla ścisłości, nie wolno mi nie wspomnieć, że jestem nie tylko urzędnikiem,

lecz  także  fabrykantem.  Mianowicie  mój  szwagier  jest  właścicielem  fabryki
azbestu, ja zaś (co prawda tylko z racji wkładu pieniężnego mojego oj ca) jestem
jej  udziałowcem  i  w  tym  charakterze  jestem  też  zaprotokołowany.  Ta  fabryka
kosztowała  mnie  już  dosyć  cierpień  i  trosk,  o  których  jednak  nie  chcę  teraz
opowiadać, w każdym razie od dłuższego czasu ją zaniedbuję (tzn. odmawiam jej
swojej zresztą nieużytecznej współpracy), jak tylko się da, a jakoś się daje.

Oto znowu tak niewiele opowiedziałem i o nic nie zapytałem, a znowu muszę

już kończyć. Ale żadna odpowiedź, a tym bardziej żadne pytanie nie powinno się
zagubić.  Otóż  istnieje  wprawdzie  zaklęcie  magiczne,  za  pomocą  którego  dwie

background image

osoby,  nawzajem  się  nie  widząc,  nie  rozmawiając  ze  sobą,  mogą  wzajemnie
poznać  co  najmniej  większą  część  swojej  przeszłości  dosłownie  za  jednym
zamachem, nie musząc do siebie pisać, ale jest to bądź co bądź środek z arsenału
już  niemal  wyższej  magii  (aczkolwiek  na  to  nie  wygląda),  i  chociaż  do  niej  nie
dochodzi  się  nigdy  bez  nagrody,  to  jeszcze  pewniej  nigdy  też  bez  poniesienia
kary.  Dlatego  też  go  nie  wymawiam,  musi  je  Pani  odgadnąć.  Jest  straszliwie
krótkie, jak wszystkie formuły czarodziejskie.

Niech Pani będzie zdrowa i pozwoli mi to życzenie jeszcze przypieczętować

długim ucałowaniem rąk.

Oddany Franz K.

[Na papierze firmowym Zakładu Ubezpieczeń]
2.X.12. [2 listopada 1912]
Łaskawa Pani!
Jak  to?  Pani  także  jest  zmęczona?  Jest  to  dla  mnie  uczucie  prawie

niesamowite,  wiedzieć,  że  zmęczona  i  sama  siedzi  Pani  wieczorem  w  swoim
biurze. Jak jest Pani ubrana w biurze? I na czym polega Pani zasadnicza praca?
Pisze  Pani  czy  dyktuje?  Musi  to  być  jednak  wysokie  stanowisko,  jeśli  Pani
rozmawia  z  tyloma  ludźmi,  ponieważ  mały  urzędnik  siedzi  wszakże  niemo  przy
swoim biurku.

Że  przy  Pani  biurze  jest  fabryka,  tego  się  już  domyśliłem,  ale  co  się  w  niej

produkuje?  Tylko  parlografy?  A  czy  ktoś  to  potem  kupuje?  Ja  zaś  mam  być
szczęśliwy  (gdy  wyjątkowo  sam  nie  piszę  na  maszynie),  że  mogę  dyktować
żywemu człowiekowi (to jest moje główne zajęcie), który od czasu do czasu, gdy
akurat  nic  mi  nie  przychodzi  do  głowy,  trochę  się  zdrzemnie  albo  zapali  fajkę,
albo pozwala mi w tym czasie spokojnie patrzeć przez okno? Albo który, jak np.
dzisiaj, gdy mu wymyślałem z powodu powolnego pisania, przypomniał mi, żeby
mnie  uspokoić,  że  otrzymałem  list.  Czy  istnieje  taki  parlograf,  który  to  potrafi?
Przypominam  sobie,  że  niedawno  zademonstrowano  nam  dyktafon  (wtedy  nie
byłem jeszcze, jak dzisiaj, uprzedzony do wyrobów Pani konkurencji), ale był to
przyrząd niezmiernie powolny i niepraktyczny. Nie mogę więc dobrze wyobrazić
sobie tego przedsiębiorstwa i życzyłbym sobie tylko, żeby także w rzeczywistości
było zorganizowane tak chwiejnie i luźno, jak w moim wyobrażeniu, i żeby Pani
wiodła w nim żywot odpowiednio lekki i nie wymagający wysiłku. Poza tym nie
mogę też odnaleźć Waszej filii w Pradze, która wedle zapamiętanej przeze mnie
jednej  z  Pani  uwag  powinna  się  znajdować  na  Owocowej  lub  na  ulicy
Ferdynanda.  Wiele  już  razy  jej  szukałem,  ponieważ  już  sam  widok  tabliczki
firmowej powinien mi wszakże dać jakiś znak od Pani albo jakieś przeczucie.

Opisywanie  mojej  pracy  biurowej  niezbyt  mi  jest  przyjemne.  Sama  w  sobie

nie  jest  ona  warta  tego,  by  się  Pani  o  niej  dowiadywała,  i  nie  jest  też  warta,
żebym Pani o niej pisał, bo nie daje mi czasu i spokoju na pisanie do Pani, czyni
mnie  tak  zdenerwowanym  i  bezmyślnym,  jak  jestem  teraz,  ale  z  zemsty  tak  jest
znowu przerywana myśleniem o Pani, że aż miło.

background image

Wszystkiego  najlepszego!  Jutro  będzie  prawdopodobnie  spokojna  niedziela,

wtedy napiszę Pani bardzo dużo. I niech się Pani nie zapracowuje! Nie zasmuca
mnie!  —  A  te  ostatnie  słowa  piszę  w  dniu,  w  którym  Pani  otrzymała  mój  list
pełen skarg. Jak słabą istotą jest człowiek!

Oddany Franz K.

3.XI.12
Droga Panno Felicjo!
W  tej  chwili  w  pokoju  obok  płacze  mój  siostrzeniec,    moja  matka  bez

przerwy nazywa go po czesku swoim „dzielnym chłopcem lub swoim „malcem ,
jest już godzina 6 wieczorem, nie, już wpół do siódmej, jak widzę na zegarze, po
południu  za  długo  zatrzymałem  się  u  Maksa,  który  mi  przeczytał  dwa  rozdziały
swojego  nowego  opowiadania Ze   szkoły  szycia, które  jest  udane  i  pełne
dziewczęcych  uczuć,  ale  które  mimo  to  miejscami  zupełnie  mi  się  rozsypywało
wobec  pragnienia,  żeby  zacząć  ten  list,  do  którego  ciągnęło  mnie,  jeśli  dobrze
liczę,  już  od  godziny  2  w  nocy,  od  momentu,  gdy  skończyłem  to  swoje  inne
pisanie. Ale  teraz  jest  już  tak  późno,  mój  tyrański  rozkład  czasu  właściwie  już
nakazuje,  żebym  się  godzinę  przespał,  poza  tym  jest  teraz  w  mieszkaniu  ostatni
okres  względnej  ciszy,  jaką  mogę  mieć  przed  właściwym  spokojem  nocy,  i
wreszcie  leżą  tu  arkusze  korekty,  które  już  od  kilku  dni,  jeszcze  ich  nie
przejrzawszy,  mam  na  stole  i  które  jutro  powinny  być  odesłane,  a  które  mi
odbiorą  ładnych  kilka  godzin  wieczoru  i  nocy;  z  tych  wszystkich  w  większości
głupich  przyczyn  nie  będzie  to  list  systematyczny,  jak  zamierzałem  i  jakby  też
wypadało w niedzielę. Ale z tych wszystkich przyczyn, ostatniej nie wyłączając,
jestem niezadowolony i smutny, a malutki, zupełnie młody kotek, którego słyszę z
kuchni, miauczy tak, jakby z mojego skarżył się serca. Poza tym, a niczego innego
oczywiście nie można było oczekiwać, nie dostałem listu od Pani, ponieważ Pani
listy  zawsze  przychodzą  dopiero  z  drugą  pocztą,  która  nie  jest  roznoszona  w
niedzielę,  dostanę  go  więc  w  najlepszym  razie  dopiero  jutro  rano  po  długiej
nocy.  Czy  w  takich  okolicznościach  może  mi  ktoś  zabronić,  żebym  jako  małe
zadośćuczynienie za to wszystko zwracał się do Pani tak, jak to uczyniłem wyżej?
I czy ta forma, sama dla siebie i w całości, nie jest tak dopasowana, że gdy się
raz już jej użyło, nie można się już od niej odzwyczaić?

Droga  panno  Felicjo,  jak  spędziła  Pani  tę  piękną,  tak  straszliwie  krótką

niedzielę? Gdyby miało człowiekowi przeszkadzać to, że ktoś inny o nim myśli,
to  musiałaby  się  Pani  przestraszyć  w  środku  nocy,  rano  przy  czytaniu  w  łóżku
musiałaby  Pani  gubić  linijki,  przy  śniadaniu  musiałaby  Pani  kilka  razy  nie
dostrzegać  kakao  i  bułeczek,  a  nawet  swojej  Matki,  orchidee,  które  niosła  Pani
do nowego mieszkania, musiałyby Pani w końcu zesztywnieć w dłoni i może tylko
przy Ucieczce Schillinga miałaby Pani spokój, teraz bowiem ja nie myślę o Pani,
lecz  jestem  u  Pani.  Jednak  nie  jestem  u  Pani,  bo  bezpośrednio  po  kropce
usłyszałem,  jak  ojciec,  który  właśnie  przyszedł  do  domu,  w  sąsiednim  pokoju
opowiada jakąś bardzo niedobrą wiadomość dotyczącą interesów, wszedłem tam
i przez kilka chwil smutny i roztargniony stałem obok ojca i matki.

background image

W  ostatnich  dniach  przypomniałem  sobie  jeszcze  dwa  uzupełnienia  do

naszego  wspólnego  wieczoru,  pierwsze  znalazłem  przypadkowo  w  Pani  listach,
na drugie sam wpadłem.

Istotnie  opowiadała  Pani  już  wtedy,  i  nie  rozumiem,  jak  mogłem  to

zapomnieć,  że  jest  dla  Pani  uczuciem  nieprzyjemnym  mieszkać  samej  w  hotelu.
Powiedziałem  wtedy  na  to  prawdopodobnie,  że  ja,  przeciwnie,  w  pokoju
hotelowym  czuję  się  szczególnie  dobrze.  I  tak  rzeczywiście  u  mnie  jest,
doświadczyłem  tego  szczególnie  w  ubiegłym  roku,  kiedy  w  pełni  zimy  przez
dłuższy czas musiałem jeździć po miastach i miasteczkach północnoczeskich. Tę
przestrzeń  pokoju  hotelowego  z  wyraźnymi  czterema  ścianami  posiadać  dla
siebie  tak,  że  można  ją  zamknąć,  mieć  świadomość,  że  się  swój  dobytek,
składający  się  z  określonych  przedmiotów,  rozmieściło  w  

określonych

miejscach, w szafach, na stołach i na wieszakach; daje mi to zawsze co najmniej
tchnienie  jakiegoś  poczucia  egzystencji  nowej,  niezużytej,  do  czegoś  lepszego
przeznaczonej,  możliwie  najbardziej  napiętej,  co  wprawdzie  nie  jest  być  może
niczym innym, jak wyrzuconą na zewnątrz rozpaczą, która w tym zimnym grobie
pokoju  hotelowego  jest  na  swoim  miejscu.  W  każdym  razie  czułem  się  tam
zawsze  bardzo  dobrze  i  niemal  o  wszystkich  pokojach  hotelowych,  w  których
mieszkałem, mogę powiedzieć tylko rzeczy najlepsze. A w ogóle to oboje niezbyt
dużo zapewne podróżujemy. Ale jak to jest z tym Pani niemiłym uczuciem, które
nie pozwala Pani spokojnie iść w nocy samej po schodach Pani domu? Musi Pani
zresztą mieszkać zupełnie nisko, bo inaczej jak można by słyszeć Pani klaskanie
w  dłonie  z  ulicy  (w  ogóle  nie  rozumiem,  jak  można  je  słyszeć  przez  zamknięte
okna). I nawet po tych niewysokich schodach nie chce Pani wchodzić sama? Pani,
która wydaje się tak spokojna i ufna. Nie, w takim razie to, co mi Pani napisała o
otwieraniu bramy, nie może mi wystarczyć.

Owego  wieczoru  była  też  mowa  o  teatrze  żydowskim  grającym  w  żargonie.

Dwa  razy  widziała  Pani  takie  przedstawienie,  nie  mogła  sobie  Pani  jednak
przypomnieć  tytułu  sztuki.  Teraz  taka  trupa  gra  właśnie,  jak  mi  się  wydaje,  w
Berlinie,  a  w  niej  mój  dobry  przyjaciel,  niejaki  J.  Löwy.  On  zresztą  był  tym
człowiekiem, który w czasie mojego długiego wyczekiwania między Pani listem
pierwszym  i  drugim  w  sposób  nie  zamierzony,  ale  godzien  największej
wdzięczności, przekazał mi małą wiadomość o Pani. Pisuje do mnie mianowicie
bardzo  często  i  także  w  innych  przypadkach  przesyła  mi  również  fotografie,
plakaty, wycinki z gazet itp. I otóż tym razem przesłał mi plakat z występu swej
trupy  w  Lipsku.  Leżał  on  na  moim  biurku  nie  rozłożony  i  prawie  nie  obejrzany.
Ale jak to zwykle bywa na biurku, że w pewnym momencie to, co było na samym
spodzie, wydostaje się na wierzch, zupełnie niezamierzenie, pewnego razu także
ten właśnie plakat (a nie na przykład coś innego) leżał na wierzchu, a w dodatku
był  całkiem  rozłożony.  Do  tego  przypadku  dołączył  się  drugi,  że  mianowicie
przeczytałem  go  dokładniej,  bo  są  tam  rzeczy  dosyć  zabawne  (aktorka,  starsza
pani, zamężna, którą skądinąd bardzo podziwiam, jest tam nazwana „primadonną"
,  a  Löwy  nazywa  siebie  wręcz  „dramatystą"  ),  ale  w  dolnym  rogu  widniała,
niewątpliwie  żeby  mnie  przestraszyć,  Im  manuelkirchstrasse  w  Berlinie  pn.-

background image

wsch., gdzie plakat został wydrukowany. I dlatego z wdzięczności myślę dzisiaj,
kiedy  na  szczęście  nie  muszę  się  już  zadowalać  tego  rodzaju  wiadomościami  o
Pani,  czy  nie  miałaby  Pani  ochoty  zobaczyć  kiedyś  tych  aktorów,  o  których
mógłbym  Pani  zresztą  opowiadać  bez  końca.  Nie  jestem  zupełnie  pewien,  czy
teraz grają oni w Berlinie, ale sądząc z kartki od tego Löwy'ego, leży ona gdzieś
na moim stole, wolno mi chyba tak przypuszczać. Na pewno bardzo by się Pani
ten człowiek spodobał, przynajmniej na piętnaście minut. Mogłaby Pani, gdyby to
Jej  sprawiło  przyjemność,  przed  spektaklem  albo  po  spektaklu  przywołać  go,
przez  powołanie  się  na  mnie  ośmielić  i  chwilkę  go  posłuchać.  Cały  ten  teatr
żargonowy  jest  dobry,  w  ubiegłym  roku  byłem  chyba  dwadzieścia  razy  na  jego
przedstawieniach, a w teatrze niemieckim chyba ani razu. — Ale to wszystko, co
tu  napisałem,  nie  jest  prośbą  o  pójście  tam,  nie,  naprawdę  nie.  Ma  Pani  w
Berlinie piękniejsze teatry i jest możliwe, a nawet bardzo prawdopodobne, że już
sama  nędza  tej  sali  teatralnej,  najokropniejsza,  jaką  sobie  można  wyobrazić,
zupełnie Pani uniemożliwi udanie się tam. Miałbym wręcz ochotę wszystko, co o
tym  napisałem,  podrzeć,  i  proszę  Panią  przynajmniej  o  to,  żeby  Pani  z  tej  chęci
wywnioskowała, iż wcale Pani nie radzę tam iść.

I  tym  miałbym  zakończyć  tę  część  niedzieli,  którą  spędzam  nad  Pani  listem?

Ale  robi  się  późno,  i  coraz  później,  i  muszę  się  bardzo  spieszyć,  jeśli  mam
jeszcze  trochę  pospać  przed  swoją  nocną  szychtą.  Jest  jednak  rzeczą  pewną,  że
bez tego listu, oczywiście wysoce niezadowalającego, nigdy bym nie usnął.

Teraz  więc,  niechaj  będzie  Pani  zdrowa!  Ta  nikczemna  poczta,  Pani  list  już

może  cały  dzień  leży  w  Pradze,  a  mnie  się  go  pozbawia!  Niechaj  będzie  Pani
zdrowa!

Oddany Franz K.

Teraz jest po północy, naprawdę zrobiłem tylko korektę, nie spałem i nic też

nie  napisałem  dla  siebie.  Żeby  teraz  zaczynać,  na  to  jest  przecież  już  za  późno,
zwłaszcza  że  nie  spałem,  toteż  położę  się  do  łóżka,  tłumiąc  niepokój,  i  będę
musiał walczyć o sen. Pani na pewno od dawna już śpi i źle robię, że jeszcze tą
małą przemową zaklinam Pani sen. Ale właśnie znowu trochę spojrzałem na Pani
list  i  przyszło  mi  na  myśl,  czy  nie  powinna  Pani  rzucić  pracy  u  Profesora.
Wprawdzie nie wiem jeszcze, co to za praca, ale jeśli miałby on Pani co wieczór
dyktować  złote  myśli,  nie  byłoby  to  warte  tego,  żeby  była  Pani  przez  niego
zmęczona. A teraz mówię Pani jeszcze dobranoc, a Pani mi dziękuje spokojnym
oddychaniem.

Oddany Franz K.

4.XI.12
Teraz jest poniedziałek wpół do 11 przed południem. Od soboty godz. wpół

do  11  czekam  na  list  i  znowu  nic  nie  przyszło.  Ja  pisałem  co  dzień  (nie  jest  to
najmniejszy  nawet  wyrzut,  ponieważ  dawało  mi  to  szczęście),  ale  czy
rzeczywiście nie zasługuję na ani jedno słowo? Ani jedno, jedyne słowo? Nawet

background image

gdyby to była tylko taka odpowiedź: „Nie chcę więcej o Panu słyszeć. Przy tym
sądziłem,  że  Pani  dzisiejszy  list  będzie  zawierać  małą  decyzję,  a  teraz
nienadejście  listu  jest  niewątpliwie  także  pewną  decyzją.  Gdyby  list  nadszedł,
byłbym  od  razu  odpowiedział,  a  odpowiedź  musiałaby  się  zacząć  od  skargi  na
długość  dwóch  nieskończonych  dni. A  teraz  każe  mi  Pani  siedzieć  rozpaczliwie
przy moim rozpaczliwym biurku!

5.XI.12
Droga Panno Felicjo!
Jeśli chce Pani, żebym pisał Pani zawsze tak, jak jest rzeczywiście, to łatwo

mi  Pani  wybaczy  wczorajszy  niegodziwy,  niepotrzebny  list  straszący,  bo  jak  to
było napisane na świstku papieru, tak też faktycznie było słowo w słowo. Dzisiaj
nadeszły  oczywiście  oba  Pani  ostatnie  listy,  jeden  wcześnie  rano,  drugi  o
dziesiątej, nie mam naj mniejszego prawa skarżyć się, otrzymuję nawet obietnicę,
że będę co dzień otrzymywać list (słyszysz, moje serce, co dzień list!) i mogę być
szczęśliwy, że mi Pani wybacza. Tylko zaklinam Panią, jeśli list do mnie jest już
gotowy,  niech  mi  Pani  nie  każe  cierpieć  wskutek  tego,  że  nie  ma  Pani  pod  ręką
znaczka,  nich  go  Pani  tylko  bez  obaw  i  energicznie  wrzuci  nie  ofrankowany  do
skrzynki.

Martwi  mnie,  że  jeśli  nie  jest  to  niedziela,  mogę  do  Pani  pisać  tylko  w

godzinach  największego  przytępienia,  między  trzecią  i  czwartą.  W  biurze  udaje
się tylko rzadko — jak muszę się powstrzymywać po przeczytaniu Pani listu! —
ale  gdybym  nie  napisał  do  Pani  teraz,  nie  mógłbym  potem  w  ogóle  usnąć  z
niezaspokojenia,  a  także  nie  dostałaby  Pani  listu  nazajutrz,  wieczorem  zaś  czas
jest w moim podziale godzin zbyt naładowany.

Poza tym widzę z Pani listu, że także w dni świąteczne piszę niemądrze. Moje

serce  jest  wprawdzie  stosunkowo  zupełnie  zdrowe,  ale  rzecz  w  tym,  że  sercu
ludzkiemu  nie  jest  w  ogóle  łatwo  wytrzymać  udrękę  złego  pisania  i  szczęście
pisania  dobrego.  W  sanatorium  przebywałem  tylko  z  powodu  żołądka  i  ogólnej
słabości, a także, o czym nie należy zapominać, zakochanej w sobie hipochondrii.
Ale  o  tym  wszystkim  będę  musiał  kiedyś  napisać  obszerniej.  Nie,  sławnym
lekarzom nie wierzę; wierzę lekarzom tylko wtedy, gdy mówią, że nic nie wiedzą,
a  poza  tym  ich  nienawidzę  (mam  nadzieję,  że  Pani  nie  kocha  żadnego  lekarza).
Naturalnie  chętnie  dałbym  sobie  zapisać  Berlin  jako  lekarstwo,  by  móc  żyć
swobodnie,  spokojnie,  ale  gdzie  znajdę  tego  potężnego  lekarza?  A  właśnie
Immanuel-Kirchstrasse  musi  być  dobra  dla  ludzi  zmęczonych.  Mogę  ją  Pani
opisać.  Niech  Pani  posłucha:  „Od  Alexander  Platz  ciągnie  się  długa,  niezbyt
ożywiona  ulica,  Prenzloer  Strasse,  Prenzloer  Allee.  Ona  ma  dużo  bocznych
uliczek. Jedna z tych uliczek to Immanuel Kirchstrasse. Cicha, na uboczu, daleko
od zawsze ożywionego Berlina. Uliczka zaczyna się od zwykły kościół. Wi za wi
stoi  dom  nr  37  całkiem  wąski  i  wysoki.  Uliczka  jest  także  całkiem  wąska.  Gdy
tam jestem, jest zawsze spokojnie, cicho, i pytam się, czy to jest jeszcze Berlin?
Tak  opisuje  mi  Pani  ulicę  w  liście,  który  wczoraj  otrzymałem,  aktor  Löwy.
Końcowe  pytanie  jest,  uważam,  poetyckie,  a  całość  stanowi  wierny  opis.  Jakiś

background image

czas  temu  poprosiłem  go  o  to,  nie  podając  powodu,  on  zaś  pisze  mi  o  tym,
również  o  nic  nie  pytając.  Co  prawda  chciałem  usłyszeć  o  domu  nr  30  (a
tymczasem Pani mieszka pod 29, jeśli się nie mylę), nie wiem, dlaczego wyszukał
dla mnie dom nr 37. Teraz przychodzi mi zresztą do głowy, że w tym domu mieści
się  może  drukarnia,  która  wykonała  ów  plakat.  Z  tego  ostatniego  listu  zdaje  się
wynikać,  że  trupa  miała  swoje  ostatnie  przedstawienie  w  niedzielę,  ale  jest
możliwe,  o  ile  mogę  wyczytać  z  tegoż  listu,  że  będzie  znowu  grać  w  przyszłą
niedzielę. Piszę to znowu tylko jako poprawkę do moich ostatnich informacji i ze
wszystkimi  zastrzeżeniami,  jakie  wtedy  uczyniłem  w  związku  z  zachętą,  żeby
odwiedziła Pani ten teatr.

Słowo magiczne znajduje się przypadkiem także w przedostatnim Pani liście i

o tym nie wie. Jest tam zagubione wśród wielu innych i nigdy, obawiam się, nie
uzyska w naszych listach tej rangi, na jaką zasługuje, ja bowiem nie wymówię go
pierwszy  w  żadnym  wypadku,  a  Pani,  nawet  gdyby  się  Pani  domyśliła,
oczywiście nie wypowie go pierwsza. Może tak jest lepiej, bo założywszy, że to
słowo  zaczęłoby  działać,  znalazłaby  Pani  we  mnie  rzeczy,  których  by  Pani  nie
mogła ścierpieć, i co ja bym wtedy począł?

Wtedy  na  moje  pisanie  i  mój  stosunek  do  pisania  patrzyłaby  Pani  przede

wszystkim inaczej i nie miałaby już Pani chęci doradzać mi „miary i celu . Dosyć
„miary i celu stawia już człowiekowi jego słabość. Czyż nie powinienem na tym
jednym  jedynym  skrawku,  na  którym  mogę  stać,  postawić  wszystkiego,  co
posiadam? Gdybym tego nie czynił, jak nieuleczalnym byłbym głupcem! Możliwe,
że moje pisanie jest niczym, ale w takim razie zupełnie pewne i niewątpliwe jest
także  to,  że  ja  jestem  zupełnie  niczym.  Jeżelibym  się  więc  w  tym  oszczędzał,  to
naprawdę,  jeśli  spojrzeć  na  rzecz  właściwie,  wcale  bym  siebie  nie  oszczędzał,
lecz  siebie  zabijał. A  poza  tym,  na  ile  lat  mnie  Pani  ocenia?  Może  była  o  tym
mowa na naszym wieczorze, nie wiem, ale może nie zwróciła Pani na to uwagi-

Niechaj  Pani  będzie  zdrowa  i  nadal  tak  dla  mnie  dobra,  a  zaczęte  listy  do

pani  Zofii  proszę  zawsze  spokojnie  odkładać  na  bok.  Bardzo  lubię  panią  F.
[riedmann],  ale  nie  tak  bardzo,  bym  jej  życzył  listów  od  Pani.  Nie,  nie
utrzymujemy  korespondencji.  Napisałem  do  niej  tylko  trzy  listy:  pierwszy  był
skargą z Pani powodu, drugi niepokojem z Pani powodu, trzeci podziękowaniem
z Pani powodu. Adieu!

Oddany Franz K.

[Na papierze firmowym Zakładu Ubezpieczeń]
6.X.12 [6 listopada 1912]
Droga Panno Felicjo!
Ależ Panią się przecież rozszarpuje na moich oczach! Czy nie zadaje się Pani

ze zbyt wieloma ludźmi, z niepotrzebnie wieloma? W czym nie byłoby na pewno
nic  złego,  gdyby  miała  Pani  na  to  więcej  czasu.  Czy  nie  ma  Pani  za  dużo  prac,
wizyt,  czy  nie  uczęszcza  Pani  i  na  takie  imprezy,  z  których  nic  się  nie  wynosi
prócz niepokoju? Staję się tu trochę belferski, choć niewiele z tych rzeczy wiem i
rozumiem,  ale  ostatni  Pani  list  jest  tak  nerwowy,  że  odczuwa  się  pragnienie,  by

background image

przez chwilę mocno trzymać Pani rękę. Nie chcę przez to nic powiedzieć przeciw
poszczególnym  rzeczom,  nic  przeciw  pokusom  u  Profesora,  chociaż  na  „wodę  i
gaz  wytrzeszczyłem  oczy,  i  nic  przeciw  uroczystości  dla  uczczenia  jubileuszu
instytucji, zwłaszcza że przy takich okazjach często robi się fotografie grupowe,
które  łatwo  można  podarować,  bo  wtedy  nie  darowuje  się  właściwie  tak
wyraźnie swojej własnej fotografii. A osobom zamiejscowym można tym sprawić
dużą przyjemność, jeśli się chce.

O  teatrze  żargonowym  nie  mówiłem  na  pewno  z  ironią,  może  ze  śmiechem,

ale to należy do sympatii. Raz nawet, jak sobie teraz przypominam, wobec bardzo
licznej  widowni  ja  wygłosiłem  mały  odczyt  wprowadzający,  potem  zaś  Löwy
grał,  śpiewał  i  recytował.  Niestety  pieniądze,  jakie  udało  się  uzyskać  z  tej
niezliczonej 

ilości 

widzów, 

nie 

były 

odpowiednio 

niezliczone. 

O

przedstawieniach berlińskich nie wiem więcej, niż napisałem wczoraj, a ostatni
list  Löwy'ego  zawiera  na  ten  temat  tylko  skargi  i  rozpacz.  Nawiasem  mówiąc,
skargi  także  na  to,  że  w  Berlinie  w  dni  powszednie  nic  się  nie  da  zarobić  —
zarzut, którego nie mogę przemilczeć przed berlinianką. Poza tym L.[öwy], jeśli
mu  się  nie  przeszkadza,  jest  właśnie  człowiekiem  nieustannie  entuzjastycznym,
„gorącym  Żydem"  , jak  mówi  się  na  wschodzie.  Teraz  jest  on  co  prawda,  z
różnych  powodów,  o  których  opowiadać  byłoby  za  długo,  a  może  i  nudno,  nad
wszelką miarę nieszczęśliwy, a najgorsze jest to, że zupełnie nie wiem, jak można
by mu pomóc.

Moje  niedzielne  oczekiwanie  listu  od  Pani  łatwo  wytłumaczyć,  poszedłem

właśnie  do  biura,  żeby  zobaczyć,  czy  go  nie  ma,  ale  wtedy  nie  byłem  jeszcze
właściwie zawiedziony i przeglądałem nadeszłą pocztę nie z oczekiwaniem, lecz
tylko  myśląc  o  nim.  Mój  adres  domowy  jest  Niklasstrasse 36.  A  jaki  jest
właściwie  Pani  adres  prywatny?  Na  odwrocie  Pani  listów  widziałem  już  trzy
różne  adresy,  czy  jest  to  więc  nr  29?  Czy  nie  jest  dla  Pani  uciążliwe
otrzymywanie  listów  poleconych?  Tak  je  wysyłam  nie  tylko  z  nerwowości,
chociaż,  nawiasem  mówiąc,  także  z  tego  powodu,  ale  mam  uczucie,  że  taki  list
prostszą  drogą  dochodzi  do  Pani  rąk,  nie  w  niedbałej  poniewierce  tak  smutno
wędrujących  listów  zwyczajnych,  i  zawsze  widzę  przy  tym  wyciągniętą  rękę
energicznego berlińskiego listonosza, który w razie konieczności zmusiłby Panią
do  przyjęcia  listu,  nawet  gdyby  się  Pani  broniła.  Nigdy  nie  ma  się  za  dużo
pomocników,  gdy  jest  się  zależnym.  —  Niechaj  będzie  Pani  zdrowa!  Jestem
dumny, że w tym liście nie ma żadnej skargi, mimo że tak jest dobrze skarżyć się
przed Panią.

Oddany Franz K.

[Na papierze firmowym Zakładu Ubezpieczeń]
7.XI.12
Najdroższa  Panno  Felicjo!  Wczoraj  utrzymywałem,  że  jestem  o  Panią

zatroskany, i usiłowałem przemówić do Pani. Ale co sam robię tymczasem? Czy
Pani  nie  dręczę?  Wprawdzie  nie  z  rozmysłu,  bo  to  byłoby  niemożliwe  i
musiałoby,  gdyby  tak  było,  przed  Pani  ostatnim  listem  zniknąć  jak  diabelskość

background image

przed  Dobrem,  ale  przez  samo  swoje  istnienie,  przez  swoje  istnienie  dręczę
Panią.  Jestem  w  gruncie  rzeczy  nie  zmieniony,  dalej  się  kręcę  w  swoim  kole  i
tylko  jeszcze  jedno  nowe  nie  spełnione  pragnienie  doszło  mi  do  moich
pozostałych  pragnień  nie  spełnionych,  i  nową  człowieczą  pewność,  może  moją
pewność najsilniejszą, otrzymałem w darze do mojego poza tym zagubienia. Pani
jednak  odczuwa  niepokój  i  zakłócenie,  płacze  we  śnie,  co  jest  gorsze  niż
bezsennie patrzeć w sufit, jest Pani inna niż owego wieczoru, gdy spojrzenie Pani
tak spokojnie przechodziło od jednego do drugiego, teraz się Pani po wszystkim
przemyka, raz jest w Pani liście 20 osób, innym razem ani jednej, krótko mówiąc
zyski są między nas podzielone niesprawiedliwie, bardzo niesprawiedliwie. (Co
każe  ci,  człowieku,  usadowić  się  teraz  naprzeciw  mnie  w  tym  cichym  pokoju,
który co prawda do ciebie należy!)

Powtarzam, nie ja tu zawiniłem — czymże bo jestem ja? — ale to, ku czemu

jedynie i wyłącznie był od zawsze skierowany mój umysł, i ten kierunek także i
teraz  jest  dla  niego  kierunkiem  jedynym,  i  w  tym  kierunku  musi  on  pchać takie
Panią,  jeśli  nie  chce  Pani  stracić.  Jak  smutny  jest  ten  gwałt,  który  muszę,  bo
jestem na to skazany, Pani zadawać!

Po  dłuższej  przerwie  (Gdybym  to  ja  miał  czas,  gdybym  to  ja  miał  czas!

Uzyskałbym spokój i właściwe na wszystko sporzenie. Umiałbym pisać do Pani
ostrożniej.  Nigdy  bym  Pani  nie  uraził,  jak  czynię  to  teraz,  chociaż  niczego  tak
skrupulatnie nie chcę uniknąć. Uzyskałbym spokój i myśląc  o  Pani  nie  drżałbym
nad  aktami,  jak  właśnie  przed  chwilą  w  moim  gabinecie  na  górze,  a  teraz  w
chwilowej  ciszy  tego  pokoju  nie  siedziałbym  tępo  i  nie  wyglądał  przez  okno
poprzez  opuszczone  zasłony. A  jeśli  nawet  będziemy  pisać  do  siebie  co  dzień,
czy  będą  dni  inne  niż  ten  dzisiejszy  i  inne  przeznaczenie  niż  żeby  dokonać
niemożliwego, z całą siłą się rozpaść i z tą samą siłą być razem?)

Tylko przerwę mogłem oskarżyć, nic poza tym, teraz jest znowu po południu,

jest już późno po południu. Teraz, kiedy znowu odczytuję Pani list, ogarnia mnie
przerażenie, że właściwie nic nie wiem o Pani wcześniejszym życiu i tylko Pani
twarz  mogę  wysupłać  z  bluszczu,  przez  który  jako  mała  dziewczynka  patrzyła
Pani na pole. I nie ma właściwie sposobu, żeby dowiedzieć się więcej, niż to jest
możliwe korzystając ze słowa pisanego. Niech Pani w to nie wierzy! Byłbym dla
Pani  nieznośny,  gdybym  przyszedł  osobiście.  Taki,  jaki  byłem  w  drodze  do
hotelu, taki jestem. Mój tryb życia, dzięki któremu co prawda wyleczyłem sobie
żołądek,  wydawałby  się  Pani  błazeński  i  nie  do  zniesienia.  Przez  całe  miesiące
mój  ojciec  musiał  w  czasie  jedzenia  przeze  mnie  kolacji  zasłaniać  sobie  twarz
gazetą,  póki  się  do  tego  nie  przyzwyczaił.  Od  kilku  lat  ubieram  się  też  zupełnie
nieporządnie. To samo ubranie służy mi do biura, na ulicę, do pracy przy biurku
w domu, a nawet w lecie i w zimie. Na zimno jestem zahartowany niemal lepiej
niż kloc drewna, ale nawet i to nie byłby w końcu jeszcze powód, żebym chodził
tak, jak chodzę, a więc np. żebym jeszcze do tej pory, gdy mamy już listopad, nie
miał  na  sobie  ani  razu  płaszcza,  ani  lekkiego,  ani  ciepłego,  żebym  wśród
przechodniów  opatulonych  wyglądał  jak  błazen  w  letnim  ubraniu  i  letnim
kapelusiku,  żebym  chodził  zasadniczo  bez  kamizelki  (jestem  wy  nalazcą  ubioru

background image

bezkamizelkowego), przy czym już zamilczę o nie nadających się do opisywania
dziwactwach  bielizny.  Jak  by  się  Pani  przeraziła,  gdyby  obok  kościoła,  który
wyobrażam sobie na początku Pani ulicy, wyszedł Pani naprzeciw taki osobnik!
Dla  mojego  trybu  życia  (nie  mówiąc  o  tym,  że  odkąd  go  prowadzę,  jestem
nieporównanie zdrowszy niż przedtem) można znaleźć pewne wytłumaczenia, ale
Pani żadnego z nich by nie uznała, tym bardziej że wszystko, co w nim może być
zdrowe  (naturalnie  także  nie  palę,  nie  piję  alkoholu  ani  kawy,  ani  herbaty,  i  nie
jadam  też  w  ogóle,  którym  to  wyznaniem  naprawiam  pewne  kłamliwe
przemilczenie, czekolady), od dawna niweczę przez niedostatek snu. Najdroższa
Panno Felicjo, niech mnie Pani jednak z tego powodu nie odtrąca, a także niech
Pani nie usiłuje poprawić mnie w tych rzeczach, lecz przyjacielsko mnie toleruje
z  wielkiego  oddalenia.  Bo  widzi  Pani,  wczoraj  wieczorem  np.  z  lodowatego
zimna na dworze w swoim normalnym stroju przyszedłem do domu, zasiadłem do
swojej niemal dzień w dzień takiej samej kolacji, słuchałem, jak mój szwagier i
ten,  który  nim  wkrótce  zostanie,  coś  opowiadali,  potem,  gdy  w  przedpokoju  się
żegnano (jadam teraz kolację między wpół do 10 i 10), zostałem sam w pokoju i
tak zatęskniłem do Pani, że najchętniej byłbym położył twarz na stole, żeby jakoś
być podtrzymywanym.

Uważa mnie Pani za znacznie młodszego, niż jestem, i niemal chciałbym ukryć

swój wiek, bo duża liczba lat właśnie to wszystko, w czym Panią drażnię, jeszcze
bardziej  uwydatnia.  Jestem  nawet  starszy  od  Maksa  prawie  o  rok  i  3  lipca
skończę  30  lat.  Co  prawda  wyglądam  na  młodzieńca  i  w  zależności  od  tego,  na
ile nie wtajemniczony oceniający zna się na ludziach, ocenia się mój wiek na lat
18—25.

Wczoraj  powiedziałem  może  o  Profesorze  coś,  co  mogło  być  uznane  za

zarozumialstwo,  spokojnie,  to  jest  tylko  zazdrość.  Dopiero  dziś  mam  coś,  w
każdym  razie  w  moim  rozumieniu,  przeciw  niemu,  ponieważ  polecił  Pani
Bindinga,  którego  i  ja  czytałem,  co  prawda  tylko  niewiele,  ale  też  ani  jednej
linijki,  która  nie  byłaby  śpiewem  fałszywym,  przesadnym.  I  tego  pisarza  posyła
on  Pani,  by  pojawił  się  w  Pani  snach!  —  A  teraz  jeszcze  szybko.  Dlaczego
wyskakuje  Pani  z  tramwaju?  Moje  przerażone  oblicze  niech  się  Pani  pojawi,
gdyby chciała to Pani uczynić następnym razem. A okulista? A bóle głowy? Nie
przeczytam następnego Pani listu, jeżeli nie będzie w nim naprzód odpowiedzi na
te pytania.

Oddany Franz K.

8.XI.12
Droga Panno Felicjo!
Pani przedostatni list (a nie „ostatnie listy , jak Pani pisze) wprowadził mnie

w błąd, to jest pewne, ale nie wiedziałem, że było aż tak ile, jak muszę wnosić z
Pani  ostatniego  listu.  Czy  ja  jestem  rzeczywiście  tak  zmienny?  I  czy  moja
najbardziej  ukryta  niecierpliwość  i  moje  nieuleczalne  niezadowolenie  drgają  w
widzialnych literach? I czy muszę się dopiero ze swoich listów dowiadywać, co
myślę?  Jak  smutno  jest  wokół  mnie,  i  do  tego  smutku  chcę  Panią  wciągnąć  ze

background image

wszystkich sił!

Nie  wiem,  czy  właściwie  wyobraża  sobie  Pani  moje  życie  i  tym  samym

rozumie moją wrażliwość, która jest nerwowa i zawsze w gotowości, ale gdy raz
już została wywabiona, zostawia mnie nieczułym jak głaz. Przeczytałem Pani list
już ze dwadzieścia razy; gdy go otrzymałem, kilka razy; nad maszyną do pisania,
kilka  razy;  potem  jedna  ze  stron  siedziała  przy  moim  biurku,  a  ja  czytałem  list,
jakby  dopiero  co  nadszedł;  na  ulicy  go  czytałem  i  teraz  w  domu.  Ale  jestem
bezradny  i  czuję  się  bezsilny.  Gdybyśmy  byli  razem,  milczałbym,  ponieważ
jesteśmy  od  siebie  daleko,  muszę  pisać,  inaczej  umarłbym  ze  smutku.  Kto  wie,
czy  to  nie  ja  bardziej  bym  potrzebował  uścisku  owej  dłoni,  niż  Pani,  nie  dłoni,
która uspokaja, lecz takiej, która daje siłę. Z moim zmęczeniem było wczoraj tak
źle, już śmiertelnie źle, że po różnych postanowieniach w końcu musiałem sobie
wczoraj w nocy odmówić pisania. Wieczorem przez dwie godziny chodziłem po
ulicach  i  wróciłem  dopiero  wtedy,  gdy  ręce  w  kieszeniach  miałem  już
zesztywniałe  z  zimna.  Potem  spałem  sześć  godzin  prawie  bez  przerwy  i  mam
tylko  niewyraźne  wspomnienie  snu,  który  Pani  dotyczył,  a  w  każdym  razie
przedstawiał  jakieś  nieszczęśliwe  wydarzenie.  Teraz  przychodzi  mi  na  myśl,  że
to  właśnie  ten  sen  jedyny  raz  mnie  obudził  tej  nocy,  choć  tylko  na  chwilę.
Ponadto  rano  obudziłem  się  wcześniej  niż  zazwyczaj,  ponieważ  nasza  Fräulein
wpadła do mieszkania i w formie krzyku, zupełnie podobnego, jak mi się wydało
w  półśnie,  do  krzyku  matki,  przyniosła  wiadomość,  że  moja  siostra  krótko  po
północy urodziła dziewczynkę. Zostałem jeszcze chwilę w łóżku — umyślnie nie
budzi się mnie nawet w potrzebie, ale obudził mnie hałas za wszystkimi drzwiami
—  i  nie  mogłem  zrozumieć  przyjaznego  zainteresowania  naszej  Fräulein  tymi
narodzinami, jako że ja, brat i wuj, nie odczuwałem najmniejszej przyjaźni, lecz
tylko zazdrość, nic prócz wściekłej zazdrości w stosunku do mojej siostry, albo
raczej  do  mojego  szwagra,  bo  ja  nigdy  nie  będę  mieć  dziecka,  jest  to  jeszcze
bardziej  pewne  niż  ...  (nie  chcę  nieszczęścia  jeszcze  większego  niepotrzebnie
wymawiać).

A  więc  tak  wesoły,  jak  dzisiaj,  jestem  po  przespanej  nocy  i  po  wieczorze  z

głupiej przezorności zmarnowanym. Najdroższa Pani!

Oddany Franz K.

[List napisany na odwrocie próbki składu miniatury Dzieci na drodze]
8.XI.12
Droga Panno Felicjo!
Nie  mogę  teraz,  o  wpół  do  pierwszej  w  nocy,  wydobyć  papieru  listowego,

jest  on  w  pokoju  obok,  ale  śpi  tam  moja  siostra,  w  mieszkaniu  jest  małe
zamieszanie,  bo  nasz  wnuk  i  siostrzeniec  z  powodu  urodzenia  się  jego  siostry
został  zakwaterowany  u  nas.  Dlatego  piszę  na  tej  bibule,  wskutek  czego
przesyłam  Pani  jednocześnie  próbkę  czcionki,  jaką  ma  być  wydrukowana  moja
książeczka.

Teraz  niech  Pani  posłucha,  najdroższa  Pani,  jest  mi  tak,  jakby  w  ciszy  nocy

moje  słowa  nabierały  większej  jasności.  Może  byśmy  mój  dzisiejszy  list

background image

popołudniowy  jako  list  zapomnieli,  a  zachowali  jako  ostrzeżenie.  Naturalnie  za
zupełną  i  najzupełniejszą  obopólną  zgodą.  Dzisiejsze  popołudnie  po  napisaniu
listu  pozostanie  dla  mnie  niezapomniane  jako  coś  straszliwego,  a  czas  pisania
listu był już wszakże dostatecznie zły. Taki więc jestem, gdy zdarzy mi się nic nie
napisać dla siebie (choć oczywiście nie był to powód jedyny). Gdy żyję tylko dla
siebie  i  dla  obojętnych  albo  przyzwyczajonych,  albo  tylko  obecnych,  którzy
swoją  obojętnością  lub  przywyczajeniem,  lub  swoją  żywą,  obecną  siłą
rekompensują  moje  braki,  wtedy  jakoś  to  przechodzi  w  sposób  nawet  dla  mnie
samego nie zauważony. Ale gdy chcę się do kogoś zbliżyć i cały się oddać, wtedy
rozpacz jest nieodparta. Jestem wtedy niczym, a co mam począć z takim niczym?
Wyznam  nawet,  że  przed  południem  (po  południu  było  już  inaczej)  Pani  list
zupełnie mi odpowiadał, właśnie takich słów potrzebowałem.

Ale wciąż jeszcze nie jestem wypoczęty, widzę to, nie piszę dość jasno, także

wobec  tego  listu  dzisiejszy  Pani  zarzut  byłby  słuszny.  Zostawmy  to  snowi  i
dobrym bóstwom.

Jak  się  Pani  podoba  czcionka  (papier  będzie  oczywiście  inny)?  Jest  bez

wątpienia trochę przesadnie ładna i pasowałaby lepiej do Mojżeszowych Tablic
prawa niż do moich małych wybiegów. Ale tak to już będzie wydrukowane.

Niechaj Pani będzie zdrowa! Potrzebuję więcej przyjaźni, niż na to zasługuję.

Oddany Franz K.

[Napisany 9 listopada 1912, lecz nigdy nie wysłany list do Felicji Bauer]
Najdroższa Pani! Nie powinna Pani więcej do mnie pisać, ja także nie będę

już pisać do Pani. Ja musiałbym Panią swoim  pisaniem  unieszczęśliwić,  a  mnie
pomóc  i  tak  nie  można.  Aby  to  zrozumieć,  nie  musiałem  tej  nocy  liczyć
wszystkich uderzeń zegara, jasno to wiedziałem jeszcze przed swoim pierwszym
listem,  a  jeśli  mimo  to  usiłowałem  uwiesić  się  Pani,  to  zasłużyłem  na  pewno,
żeby  za  to  być  przeklinanym,  jeśli  nie  nastąpiło  to  już  wcześniej.  —  Jeśli  chce
Pani mieć swoje listy, odeślę je naturalnie, chociaż tak chętnie bym je zachował.
Jeśli  Pani  jednak  chce,  proszę  mi  napisać  pustą  kartkę  pocztową,  jako  znak.
Natomiast  proszę  Panią,  tak  usilnie  jak  tylko  mogę,  żeby  Pani  moje  listy
zachowała. Proszę szybko zapomnieć o tej zmorze, jaką jestem ja, i żyć wesoło i
spokojnie jak przedtem.

11.XI.12
Najdroższa Pani!
Bogu  niechaj  będą  dzięki!  mówię  także  ja.  Gdyby  Pani  wiedziała,  jak

spędziłem  piątek  i  sobotę,  a  zwłaszcza  tę  noc  z  piątku  na  sobotę.  Nie  było
naprawdę  ani  jednego  uderzenia  zegara  na  ani  jeden  kwadrans,  którego  bym
zaniedbał policzyć. Po południu napisałem swój przedostatni list w najwyższej i
najbardziej  koniecznej  samoudręce,  potem  poszedłem  go  nadać  i  stosunkowo
późno  się  położyłem.  Być  może  —  sam  już  dobrze  nie  wiem  —  że  z  samego

background image

smutku wtedy usnąłem. Wieczorem napisałem dla siebie trzy lub cztery stronice,
które  nie  były  najgorsze,  na  próżno  sam  siebie  pytałem,  gdzie  były  jeszcze  we
mnie miejsca tak spokojne, z których to płynęło, podczas gdy ja byłem wyłączony
ze spokoju. Potem już uwierzyłem, że jestem pełnym człowiekiem, i napisałem na
bibule  ten  list,  który  znowu  obrócił  mi  się  w  ręku  na  złe  i  w  który  się
wpatrywałem  ze  zdumieniem,  jakbym  go  nie  napisał,  lecz  otrzymał.  Potem  się
położyłem i usnąłem zadziwiająco szybko, chociaż tylko zupełnie płytko. Ale —
już po kwadransie znowu się obudziłem, w półśnie wydawało mi się, jakby ktoś
pukał [zdanie się urywa]

(teraz  muszę  załatwić  pilną,  okropną,  pradawną,  już  od  tygodnia  grożącą  mi

sprawę,  nie  mogąc  sobie  pozwolić  na  myślenie  o  Pani,  musi  mi  Pani  przy  tym
sprzyjać,  może  dostanę  wtedy  w  nagrodę  chwilę  wolną  i  spokój  do  napisania
tego listu, który dokładnie tak samo jest dla mnie ważny, jak bicie mojego serca, i
całkowicie  wypełnia  mi  głowę,  jak  gdybym  nie  siedział  w  instytucji,  której
sprzedałem  połowę  swoich  dni  i  jeszcze  więcej  i  która  bez  przerwy  stawia  mi
swoje  wymagania  pozornie  uprawnione,  szczęście  jeszcze,  że  przed  moimi
zaspanymi  oczyma  prace  mniej  ważne  się  zacierają,  ale  teraz  już  nie  pisać,  a
pracować.)

Nagrody  nie  było,  moja  praca  gna  mnie  to  tu,  to  tam,  a  myślenie  o  Pani  tak

samo,  tylko  że  w  innych  kierunkach.  Dziś  trzy  ostatnie  Pani  listy  otrzymałem
niemal  jednocześnie.  Pani  dobroć  jest  nieskończona.  Tymczasem  wysyłam  ten
list,  tak  jak  jest,  na  pewno  jeszcze  kilka  razy  będę  dzisiaj  pisać.  Wyjaśnię  Pani
dokładnie,  dlaczego  nie  pisałem  wczoraj.  Wrzucam  ten  list  do  skrzynki  tak  jak
jest, bo cierpię od tego, że żaden mój list nie znajduje się przynajmniej w drodze
do Pani.

A więc tylko na kilka godzin kończę i pozdrawiam.

Oddany Franz K.

11.XI.12
Najdroższa Pani!
A więc Pani nie straciłem. A byłem już naprawdę o tym przekonany. Ten list,

w  którym  określiła  Pani  jeden  z  moich  listów  jako  obcy,  przeraził  mnie.
Widziałem  w  tym  nie  zamierzone  i  tym  bardziej  zdecydowane  potwierdzenie
klątwy,  której  właśnie  w  ostatnim  czasie,  co  najmniej  po  większej  części,  jak
wierzyłem, uniknąłem, a która teraz z tym ostatnim ciosem znowu miała na mnie
spaść. Nie mogłem przyjść do siebie, nie umiałem nic Pani napisać, dwa listy z
soboty  były  sztuczne  od  początku  do  końca,  prawdziwe  było  tylko  moje
przeświadczenie, że wszystko jest skończone. — Czy ma to jakieś znaczenie, że
akurat teraz, przy tym słowie, moja matka płacząc, tonąc we łzach (idzie właśnie
do  sklepu,  cały  dzień  jest  w  sklepie,  już  od  30  lat  każdego  dnia),  podchodzi  do
mnie,  głaszcze  mnie,  chce  wiedzieć,  co  mi  dolega,  dlaczego  się  nie  odzywam
przy  stole  (ale  tak  zachowuję  się  już  od  dłuższego  czasu,  dlatego  że  muszę  się
koncentrować)  i  jeszcze  wiele  innych  rzeczy.  Biedna  matka!  Ale  bardzo

background image

rozsądnie ją pocieszyłem, pocałowałem i w końcu wywołałem u niej uśmiech, a
nawet osiągnąłem jeszcze   to,  że  z  na  pół  suchymi  oczyma  wyłajała  mnie  dosyć
energicznie  z  powodu  mojego  (zresztą  uprawianego  już  od  lat)  niejadania
podwieczorku. Także i ja dobrze wiem (ona nie wie, że ja wiem, albo raczej, że
dopiero później

o tym się dowiedziałem), skąd się bierze ta jej wielka troska o mnie. Ale o

tym innym razem.

Znowu  jest  bowiem  tak,  że  z  powodu  mnogości  tego,  co  chcę  Pani

powiedzieć,  nie  wiem,  od  czego  zacząć. A  mimo  to  traktuję  te  ostatnie  trzy  dni
jako  zwiastunów  jakichś  nieszczęśliwych,  zawsze  czekających  możliwości  i
nigdy już w niepokoju dnia pracy nie będę do Pani pisał dłuższego listu. Musi się
Pani na to zgodzić i nie gniewać się, i nie robić wyrzutów. Bo widzi Pani, jestem
teraz w takim nastroju, że pragnąłbym, czy chce Pani tego, czy nie chce, rzucić się
przed  Panią  na  kolana  i  tak  zupełnie  się  Pani  oddać,  żeby  nawet  ślad,  nawet
wspomnienie  nie  zostało  po  mnie  dla  nikogo  innego,  ale  nie  chcę  jeszcze  raz
przeczytać takiej uwagi, zasłużonej czy nie zasłużonej, jak w tamtym liście.

I  nie  tylko  dlatego  będę  od  teraz  pisał  do  Pani  tylko  krótkie  listy  (za  to  w

niedzielę na pewno zawsze list z pełną rozkoszą olbrzymi), lecz także dlatego, że
teraz do ostatniego tchu chcę się zużyć dla mojej powieści, która wszakże też do
Pani należy, albo, lepiej mówiąc, ma Pani dać jaśniejsze wyobrażenie o tym, co
jest  we  mnie  dobrego,  niż  mogłyby  to  zrobić  słowa  tylko  napomykające
najdłuższych listów najdłuższego życia. Historia, którą piszę i która co prawda w
założeniu  rozciąga  się  w  nieskończoność,  nazywa  się,  żeby  dać  Pani  o  niej
tymczasowe  pojęcie, Zaginiony i dzieje się wyłącznie w Stanach Zjednoczonych
Ameryki  Północnej.  Na  razie  gotowych  jest  5  rozdziałów,  szósty  —  prawie.
Poszczególne rozdziały mają tytuły: I Palacz, II Wuj, III Wiejski dom pod Nowym
Jorkiem, 
IV Marsz  do  Ramzes, V  Hotel  Occidental, VI Sprawa  Robinsona. 
Wymieniłem  te  tytuły,  jak  by  można  było  przy  tym  coś  sobie  wyobrazić,  to  jest
naturalnie  niemożliwe,  ale  chcę  te  tytuły  tak  długo  u  Pani  przechować,  aż  to  się
stanie możliwe. Jest to pierwsza większa praca, przy której po 15-letniej, ani na
chwilę  nie  ustającej  rozpaczliwej  męczarni,  czuję  się  od  półtora  miesiąca
bezpieczny.  Musi  więc  zostać  doprowadzona  do  końca,  Pani  też  tak  myśli  na
pewno i z Pani błogosławieństwem chcę to niewiele czasu, który mógłbym zużyć
na  niedokładne  tylko,  straszliwie  niekompletne,  nieostrożne,  niebezpieczne  listy
do  Pani,  wyzyskać  dla  owej  pracy,  gdzie  wszystko,  przynajmniej  jak  dotąd,
skądkolwiek  by  nie  przychodziło,  uspokoiło  się  i  obrało  właściwą  drogę.  Czy
zgadza  się  Pani  na  to?  Więc  nie  chce  Pani  zostawiać  mnie  mojej  pomimo
wszystko straszliwej samotności? Najdroższa Pani, wiele dałbym teraz za jedno
spojrzenie w Pani oczy.

Na wszystkie pytania odpowiem w niedzielę możliwie rozsądnie, także na to,

dlaczego nie napisałem do Pani wczoraj, to jest długa historia.

Jeśli  nie  było  się  u  okulisty  z  powodu  bólu  oczu,  należy  to  wyraźnie 

powiedzieć!

Od  trzech  dni  odmawiam  sobie  przyjemności  wyskaki  wania  z  tramwaju,  z

background image

obawy,  że  za  sprawą  jakiejś  telepatii  mogłaby  Pani  nie  dość  poważnie
potraktować  moje  ostrzeżenie.  Teraz  mam  wreszcie  Pani  uroczyste
przyrzeczenie,,  mogę  więc  znowu  wyskakiwać.  Przypominam  sobie  przy  tym
pewne  wydarzenie  z  niedzieli.  Szedłem  z  Maksem  i  właśnie  opisywałem  siebie
jako  człowieka  nie  nadmiernie  szczęśliwego.  Mówiąc  nie  patrzyłem  prawie  na
jezdnię  i  jakiś  wóz  o  mało  co  mnie  nie  potrącił.  Wciąż  jeszcze  zajęty  swoimi
myślami  tupnąłem  o  ziemię  i  krzyknąłem  coś  nieartykułowanego.  Byłem  w  tym
momencie  faktycznie  wściekły,  że  nie  zostałem  przejechany.  Woźnica  naturalnie
źle to zrozumiał i słusznie mnie zwymyślał.

Nie, nie żyję w zupełnej izolacji od mojej  rodziny.  Potwierdza  to  załączony

opis  warunków  akustycznych  w  naszym  mieszkaniu,  który  w  celu  niezbyt
bolesnego  publicznego  ukarania  mojej  rodziny  właśnie  opublikowałem  w  małej
gazecie praskiej. Poza tym moja młodsza siostra (już ponad 20-letnia) jest moją
najlepszą  przyjaciółką  praską,  a  także  obie  pozostałe  są  pełne  zrozumienia  i
dobre. Tylko ojciec i ja, my dwaj nienawidzimy się nawzajem porządnie.

Jak to brzmi, gdy zwraca się Pani do mnie przez „ty , nawet jeśli jest to tylko

w cytacie!

Jeszcze  tylko  prędko,  zanim  zakończę,  niechaj  mi  Pani  poda  jakiś  środek,

żebym jak głupiec nie drżał z radości, gdy w biurze otrzymuję i czytam Pani listy,
żebym  mógł  tam  pracować  i  nie  został  wyrzucony.  Mógłbym  je  wszakże  czytać
spokojnie, nieprawdaż? i na parę godzin zapominać. To powinno być możliwe do
osiągnięcia. Oddany Franz.

11.XI.12
Panno Felicjo!
Teraz przedstawię Pani prośbę, która rzeczywiście wygląda na obłęd i ja sam

nie oceniłbym jej inaczej, gdybym dostał do przeczytania ten list. Ale jest to też
największa  próba,  na  jaką  można  wystawić  człowieka  najlepszego.  A  więc
proszę:

Niech  Pani  do  mnie  pisze  tylko  raz  na  tydzień  i  tak,  żebym  Pani  list

otrzymywał w niedzielę. Pani codziennych listów ja bowiem nie wytrzymuję, nie
jestem w stanie ich wytrzymać. Odpisuję np. na Pani list, a potem leżę w łóżku na
pozór spokojnie, ale całe moje ciało drży i o niczym innym nie wie, jak tylko o
Pani. Jak ja do Ciebie należę, tego rzeczywiście nie można wyrazić inaczej, a ta
możliwość  jest  za  słaba.  Ale  właśnie  dlatego  nie  chcę  wiedzieć,  jak  jesteś
ubrana, bo to mnie wprawia w takie zamieszanie, że żyć nie mogę, i dlatego nie
chcę wiedzieć, że jesteś do mnie dobrze usposobiona, bo w takim razie dlaczego
ja,  głupiec,  siedzę  jeszcze  w  swoim  biurze  albo  tutaj  w  domu,  zamiast  z
zamkniętymi oczyma wpaść do pociągu i otworzyć je dopiero wtedy, gdy znajdę
się u Ciebie. Ach, jest taka zła, zła, przyczyna, dlaczego tego nie robię, mówiąc
krótko i prosto: jestem zdrowy jeszcze zaledwie dla samego siebie, ale już nie do
małżeństwa, a już zupełnie nie do ojcostwa. Ale kiedy czytam Twój list, mógłbym
nie tylko

background image

o tym nie pamiętać, lecz także o tym, o czym zapominać nie wolno.
Żebym już tylko miał Twoją odpowiedź! Jak potwornie ja Ciebie dręczę, jak

Cię  zmuszam,  żebyś  w  swoim  przytulnym  pokoju  czytała  ten  list,  tak  okropny,
jakiego jeszcze nie było na Twoim biurku! Naprawdę czasem mi się wydaje, że
jak  wampir  karmię  się  Twoim  szczęścionośnym  imieniem.  Gdybym  był  jednak
wysłał swój list sobotni, w którym Cię zaklinałem, żebyś już nigdy do mnie nie
pisała,

i ze swojej strony to samo Ci przyrzekałem. O Boże, cóż mnie powstrzymało

przed  wysłaniem  tego  listu.  Wszystko  byłoby  dobrze.  Ale  czy  teraz  istnieje
jeszcze  jakieś  rozwiązanie  kompromisowe?  Czy  to  coś  pomoże,  jeśli  będziemy
do  siebie  pisać  tylko  raz  na  tydzień?  Nie,  jedynie  małe  cierpienie  dałoby  się
usunąć  za  pomocą  takich  środków.  Już  z  góry  wiem,  że  także  tych  niedzielnych
listów nie będę mógł wytrzymać. I dlatego, żeby odrobić to, czego zaniechałem w
sobotę,  proszę  Cię  z  całą  siłą  pisania,  która  pod  koniec  tego  listu  już  nieco
zawodzi: zostawmy to wszystko, jeśli miłe jest nam życie.

Czy  chciałem  się  podpisać:  Twój?  Nie,  nic  nie  mogłoby  być  bardziej

fałszywe. Nie, swój i na zawsze do siebie przykuty, oto kim jestem, i to mi musi
wystarczyć.

Franz

[List wraz z bukietem róż doręczony przez posłańca w niedzielę 17 listopada]
[13 listopada 1912]
Co  za  nędzna  próba  naprawienia  zbrodniczych  słów  przez  posyłanie

niewinnych  róż! Ale  tak  to  jest:  Na  to,  co  mieści  się  w  jednym  człowieku,  jest
świat  zewnętrzny  za  mały,  zbyt  jednoznaczny,  zbyt  rzeczywisty.  —  Dobrze,  ale
jeśli tak to już jest, to czy ten człowiek nie powinien się opamiętać przynajmniej
wobec osoby, od której czuje się zależny? — A więc właśnie tam, gdzie to jest
zupełnie i absolutnie niemożliwe?

14.XI.12
Najdroższa,  Najdroższa!  Jeśli  tyle  jest  dobroci  na  świecie,  to  nie  trzeba  się

bać,  nie  trzeba  być  niespokojnym.  Twój  list  nadszedł  —  siedziałem  u  swego
szefa i omawialiśmy ubezpieczenia w kopalniach skaleni — wtedy chwyciłem ten
list  znowu  z  tym  samym  co  przedtem  drżeniem  rąk  i  patrzyłem  na  szefa  jak  na
jakąś  zjawę.  Ale  zaledwie  przeczytałem  go  dwa  lub  trzy  razy,  byłem  już  tak
spokojny, jak sobie tego od dawna życzyłem i o co się trzy dni temu modliłem w
nocy. Twoja koperta — (to jest nieprawidłowo, powinno być napisane: koperta,
ale  „Ty"  i  „Twój"  chcą  być  wciąż  na  widoku)  —  koperta  ze  swoimi  słowami
uspokajającymi nie mogła tego sprawić, odczytałem je bowiem do piero później,
a to, co było w liście, powinno było wszakże mną wstrząsnąć, bo im więcej się
otrzymuje, tym bardziej trzeba się bać na tej nieustannie obracającej się ziemi —
a  więc  tylko  owo  „Ty  mogło  być  tym,  co  mnie  uwięziło,  owo  „Ty  ,  za  które
dziękuję Ci na klęczkach, bo na mnie je wymusił niepokój o Ciebie, a teraz Ty mi

background image

je  spokojnie  oddajesz.  Moja  Ty  najukochańsza!  Czy  mogę  być  teraz  Ciebie
pewny?  Słowo  „Pani  ślizga  się  jak  na  łyżwach,  w  przerwie  między  dwoma
listami może zniknąć, trzeba je ścigać listami i myślami rano, wieczorem, w nocy,
natomiast słowo „Ty wszakże trwa, jest tutaj, tak jak Twój list, który się nie rusza
i pozwala, bym go całował, raz i drugi, i jeszcze. Cóż to za słowo! Nic innego nie
mogłoby  spajać  dwojga  ludzi  tak  bez  żadnej  szczeliny,  zwłaszcza  gdy  nie  mają
oni nic, prócz słów, tak jak my dwoje.

Byłem  dziś  człowiekiem  najspokojniejszym  w  całym  biurze,  tak  spokojnym,

jak tylko może od siebie wymagać ktoś najbardziej surowy po takim tygodniu jak
ten ostatni. Jeszcze Ci o nim opowiem. I wyobraź sobie, dobrze nawet wyglądam,
w biurze jest zawsze kilka osób, dla których codzienne badanie mojego wyglądu
stało  się  zawodem.  One  więc  to  powiedziały.  Nie  spieszyłem  się,  żeby  Ci
odpisać  (zresztą  dziś  było  to  zupełnie  niemożliwe),  ale  nie  było  we  mnie  ani
jednego drgnienia, które by bez przerwy nie odpowiadało Ci i nie dziękowało.

Najdroższa,  Najdroższa!  To  słowo  najchętniej  bym  wypisywał  raz  za  razem

przez  całe  stronice,  gdybym  się  nie  bał,  że  nie  dałoby  się  ukryć  to,  co  czytasz,
jeśliby  ktoś  wszedł  do  Twego  pokoju  w  momencie,  gdy  byłabyś  zajęta
studiowaniem  stronic  jednostajnie  zapisanych.  Wczoraj  napisałem  do  Ciebie
tylko kilka linijek, otrzymasz je dopiero w niedzielę. Byłoby uciążliwe, gdybym
chciał  je  teraz  wycofać,  ale  nie  jest  to  też  potrzebne;  wspominam  o  tym  tylko
dlatego,  żebyś  się  niepotrzebnie  nie  zdziwiła  —  wprawiać  Cię  w  zdziwienie,
tego rzeczywiście dotychczas nie zaniedbywałem — jest to kilka linijek bez daty,
nagłówka i podpisu, a chciały one w tej żałosnej niepewności próbować Ciebie
odzyskać. Spójrz na nie życzliwie!

Ale  powiedz  mi  tylko,  skąd  wiesz,  że  to,  co  Ci  czasem  pisałem  w  ostatnim

okresie,  było  męką,  a  nie  obłędem?  Wszakże  wyglądało  to  jednak  bardzo
podobnie do tego drugiego i ja na Twoim miejscu jak najspieszniej cofnąłbym od
tego rękę. Np: mój list ostatni nie był napisany, on był — wybacz to wyrażenie —
zwymiotowany;  leżałem  w  łóżku  i  przyszedł  mi  on  do  głowy  nie  w  sekwencji
zdań,  lecz  jako  jedno  zdanie,  znajdujące  się  w  straszliwym  napięciu,  które
zdawało się chcieć mnie zabić, gdybym go nie napisał. Gdy potem rzeczywiście
go  pisałem,  nie  było  już  tak  źle,  myśli  lepiej  mi  się  już  kojarzyły,  pomagałem
sobie  wspomnieniami  i  miejscami  udawało  mi  się  już  wplatać  do  listu  małe
pocieszające  nieprawdy.  Ale  jak  lekko  zaniosłem  go  na  dworzec,  z  jakim
pośpiechem  wrzuciłem  go  do  skrzynki,  jak  wracałem  do  domu  jako  człowiek
wprawdzie  nie  szczęśliwy,  ale  ostatecznie  jednak  żywy,  póki  straszne  dwie
godziny przed zaśnięciem nie doprowadziły mnie znowu do innego stanu ducha.

Już  dosyć  o  tym.  Będę  znowu  otrzymywał  Twoje  listy,  pisz,  kiedy  chcesz,

albo raczej kiedy możesz, z mego powodu nie zostawaj w biurze do wieczora, nie
będę cierpiał, jeśli nie nadejdzie żaden list, bo później, gdy znowu list nadejdzie,
stanie  on  mi  się,  gdy  go  będę  miał  pod  ręką,  tak  żywy,  jak  to  się  jeszcze  —
wydaje mi się — nie przydarzyło nigdy żadnemu listowi, i moim oczom i ustom
hojnie zastąpi wszystkie listy nie napisane. Ty zaś będziesz miała więcej czasu i
będziesz  chodziła  na  spacery  w  te  piękne  wieczory,  jakie  mamy  teraz  (wczoraj

background image

byłem na spacerze z moją najmłodszą siostrą od 10-ej do wpół do 12-ej w nocy,
wyszliśmy  o  10-ej,  a  wróciliśmy  o  wpół  do  12-ej,  Ty  może  nie  wyobrażasz  jej
sobie  właściwie,  ona  ma  już  dwadzieścia  lat  i  jest  wręcz  olbrzymia  i  bardzo
silna, ale dość dziecinna), jeśli nie będziesz musiała akurat biec na próby. Żeby
Ci  się  ten  „Humor  powiódł!  °  Zamęczam  Maksa  i  z  Twojego  powodu  na
wszystkich możliwych ulicach już mu o mało ręki nie wykręciłem, ale ten głuptas
z całej rozmowy telefonicznej nie umie prawie o niczym innym opowiedzieć, jak
tylko o Twoim śmiechu. Jak dobrze musisz być obznajomiona z telefonowaniem,
skoro możesz tak się śmiać przez telefon. Mnie odchodzi chęć do śmiechu już na
samą myśl o telefonie. Inaczej co by mi zabraniało pobiec na pocztę i życzyć Ci
dobrej nocy? Ale tam czekać godzinę na połączenie, ze zdenerwowania trzymać
się  kurczowo  ławki,  w  końcu  zostać  wezwanym  i  biec  do  telefonu  tak,  że
wszystko drży, potem słabym głosem zapytać o Ciebie. Wreszcie usłyszeć Ciebie
i może nie móc nic odpowiedzieć, dziękować Bogu, że już minęły 3 minuty i iść
do domu z pragnieniem teraz już jednak zupełnie nieznośnym, żeby rzeczywiście z
Tobą  porozmawiać  —  nie,  z  tego  wolę  zrezygnować.  Zresztą  jako  piękna
nadzieja  zostaje  wszakże  sama  możliwość,  jaki  jest  Twój  numer  telefonu,  boję
się, że Maks go zapomniał.

Więc  tak,  a  teraz  będę  wzorowo  spał.  Najdroższa,  moja  Najdroższa,  jestem

zupełnie niemuzykalny, ale jeśli w tym nie ma muzyki!

Twój Franz

14.XI.12
Najdroższa,  nie  pozwól  sobie  przeszkadzać,  mówię  Ci  tylko  dobranoc  i

dlatego  w  środku  strony  przerwałem  swoje  pisanie.  Boję  się,  że  niedługo  nie
będę już mógł pisać do Ciebie, bo żeby do kogoś (muszę Cię nazywać wszystkimi
imionami,  dlatego  raz  nazywaj  się  także  „ktoś  )  móc  pisać,  musi  się  jednak
wyobrażać  sobie,  że  ma  się  przed  sobą  jego  twarz,  do  której  kieruje  się  słowa.
Wyobrażalna  jest  dla  mnie  Twoja  twarz  doskonale,  nie  to  stanowiłoby
przeszkodę. Ale  coraz  częściej  zaczyna  mnie  nawiedzać  wyobrażenie  jeszcze  o
wiele  silniejsze,  że  moja  twarz  leży  na  Twoim  ramieniu  i  że  głosem  bardziej
przytłumionym  niż  zrozumiałym  mówię  do  Twojego  ramienia,  do  Twojej  sukni,
do samego siebie, podczas gdy Ty nie możesz mieć żadnego pojęcia, co tam jest
mówione.

Czy teraz śpisz? Czy jeszcze czytasz, co bym potępiał?
Czy też jesteś jeszcze na próbie, o czym już nie chcę myśleć? Na moim wciąż

się zaniedbującym, ale nigdy całkowicie nie psującym się zegarku jest za 7 minut
pierwsza.  Pamiętaj,  Ty  musisz  spać  więcej  niż  inni  ludzie,  ponieważ  ja  śpię
trochę, niewiele mniej niż przeciętny człowiek. I nie widzę lepszego miejsca do
przechowywania swojego nie wykorzystanego udziału w powszechnym śnie, jak
Twoje drogie oczy.

Tylko,  proszę,  żadnych  niespokojnych  snów!  Robię  w  myśli  obchód  dokoła

Twojego  łóżka  i  nakazuję  ciszę.  A  gdy  już  tu  zaprowadziłem  porządek  i  może

background image

jeszcze jakiegoś pijaka przepędziłem z Immanuelkirchstrasse, wracam, także we
własnym wnętrzu bardziej uporządkowany, do swojego pisania, a może już nawet
do spania.

Pisz  mi  jednak  zawsze,  Najdroższa,  co  akurat  robiłaś  w  tym  mniej  więcej

czasie,  w  którym  pisane  były  moje  listy.  Wedle  tego  będę  potem  kontrolował
swoje  przeczucia,  Ty  będziesz  w  miarę  możliwości  zbliżać  fakty  do  moich
przeczuć,  i  czy  byłoby  potem  rzeczą  tak  nieprawdopodobną,  żeby  po  wielu
próbach  jedne  i  drugie  w  końcu  się  pokrywały,  stając  się  jedną  wielką
rzeczywistością, której zawsze jest się pewnym? — Teraz więc wybija na wieży
dokładnie godzina pierwsza według czasu praskiego.

Adieu, Felice, adieul Jak  to  się  stało,  że  nosisz  to  imię?  I  nie  odlatuj!  to  mi

tak  jakoś  nagle  przyszło  na  myśl,  może  z  powodu  słowa „adieu  , w  którym  jest
taka  lotność.  Musiałaby  to  być,  myślę  sobie,  wyjątkowa  przyjemność,  odlecieć
wysoko,  jeśli  można  by  się  dzięki  temu  uwolnić  od  wielkiego  ciężaru,  który  na
człowieku się uwiesił, jak ja na Tobie. Nie pozwól, by skusiła Cię ulga, która się
do Ciebie uśmiecha. Trwaj w złudzeniu, że jestem Ci potrzebny. Nie wmyślaj się
w  to  głębiej.  Bo  widzisz,  Tobie  to  przecież  nie  wyrządzi  żadnej  szkody;  jeśli
kiedyś  będziesz  chciała  się  mnie  pozbyć,  zawsze  znajdziesz  dość  sił,  żeby  to
zrobić,  ale  póki  to  nie  nastąpi,  jesteś  dla  mnie  darem,  o  jakim  nawet  nie
marzyłem,  że  go  znajdę  w  tym  życiu.  Tak  to  jest,  nawet  jeśli  we  śnie  z
powątpiewaniem kręcisz głową.

Franz

[Na papierze firmowym Zakładu Ubezpieczeń]
15.XI.12
Ty, owo „Ty nie jest jednak taką pomocą, jak myślałem. I dzisiaj, a więc już

następnego  dnia,  zawodzi.  Powinienem  wszakże  móc  być  spokojnym  i  cóż
mogłoby  być  bardziej  wytłumaczalne  jak  to,  że  dzisiaj  nie  będę  miał  listu. Ale
cóż ja robię? Biegam po korytarzach, każdemu woźnemu patrzę na ręce, wydaję
niepotrzebne polecenia tylko po to, żeby móc kogoś posłać specjalnie na dół do
poczty (bo ja jestem na czwartym piętrze, nadchodząca poczta jest rozdzielana na
dole,  nasi  listonosze  są  niepunktualni,  poza  tym  mamy  wybory  zarządu,
korespondencja nadchodząca jest olbrzymia i zanim w stercie głupstw odnajdzie
się  list  od  Ciebie,  ja  na  górze  mogę  umrzeć  z  niecierpliwości),  w  końcu  nie
dowierzając całemu światu sam zbiegam na dół i oczywiście nic nie znajduję, bo
gdyby coś nadeszło, zostałoby mi doręczone tak szybko, jak tylko jest to możliwe,
ponieważ  trzy  osoby  zobowiązały  się  wobec  mnie,  że  Twoje  listy  będą  mi
przynosić na górę przed wszelką inną pocztą. Z uwagi na to ich zadanie zasługują
te  trzy  osoby,  by  podać  tu  ich  imiona:  Pierwsza  to  woźny  Mergl,  pokorny  i
usłużny,  ja  jednak  mam  do  niego  nie  dającą  się  opanować  niechęć,  ponieważ
zaobserwowałem,  że  gdy  w  nim  przede  wszystkim  pokładam  nadzieję,  tylko  w
rzadkich  przypadkach  przychodzi  list  od  Ciebie.  Niezamierzenie  groźny  wygląd
tego człowieka przeszywa mnie w takich przypadkach do szpiku kości. Tak było
też  dzisiaj,  przynajmniej  jego  puste  ręce  miałem  ochotę  wychłostać. A  przecież

background image

wydaje się on interesować sprawą i dobrze mi życzyć. Nie wstydzę się wyznać,
że  już  kilka  razy  w  takie  dni  puste  pytałem  go  o  jego  zdanie,  czy  list  przyjdzie
może nazajutrz, on zaś z niskimi ukłonami był o tym zawsze przekonany. Pewnego
razu  —  teraz  to  sobie  przypominam  —  z  niedorzeczną  pewnością  oczekiwałem
listu  od  Ciebie,  musiało  to  być  jeszcze  w  tym  pierwszym  złym  miesiącu,  i  oto
woźny melduje mi w przejściu, iż rzecz nadeszła i leży na moim biurku. Ale gdy
biegiem  dopadłem  biurka,  leżała  tam  tylko  widokówka  od  Maksa  z  Wenecji  z
obrazem Belliniego, przedstawiającym „Miłość, władczynię kuli ziemskiej . Ale
dlaczego  uogólniać  ten  jeden,  oczywiście  bolesny  przypadek!  —  Drugim
posłańcem  jest  szef  ekspedycji  Wottawa,  stary  kawaler,  w  podeszłym  wieku,
niski,  o  twarzy  pomarszczonej,  pokrytej  plamami  w  różnych  odcieniach,
porośniętej  szczeciniastą  brodą;  wciąż  mlaska  wilgotnymi  wargami  śliniąc
kolejną Wirginię, ale staje się nieziemsko piękny, gdy z kieszeni na piersi, stojąc
w drzwiach, wyjmuje Twój list i mi go podaje, co wszakże — jak się samo przez
się rozumie — nie należy do jego obowiązków. Chyba się czegoś trochę domyśla,
bo zawsze się stara, gdy tylko ma czas, wyprzedzić dwóch pozostałych, i nie żal
mu nawet wspinać się aż na czwarte piętro. Jednakże przykra jest mi znowu myśl,
że czasem po to, ażeby doręczyć mi list osobiście, zabiera go od woźnego, który
nieraz  mógłby  go  przynieść  wcześniej.  Tak,  bez  niepokoju  to  się  nigdy  nie
odbywa.  —  Trzecią  nadzieją  jest  panna  Böhm.  Ją  wręczanie  mi  listu  wręcz
uszczęśliwia. Promieniejąca przychodzi i podaje mi list, jakby tylko pozornie był
to list obcy, naprawdę zaś dotyczył tylko nas dwojga, jej i mnie. Gdy jednemu z
tamtych dwóch posłańców uda się przynieść mi list i ja jej potem o tym mówię,
ma  ochotę  niemal  się  rozpłakać  i  mocno  sobie  postanawia,  że  następnego  dnia
będzie lepiej uważać. Ale zakład jest bardzo duży, mamy ponad 250 urzędników,
i ktoś inny łatwo może jej capnąć list.

Dziś wszyscy troje byli bezrobotni. Ciekaw jestem, jak często będę to jeszcze

powtarzać,  jako  że  było  wszakże  zupełnie  wyłączone,  żeby  dziś  przyszedł  jakiś
list.  I  tylko  dzisiaj  byłem  też  niespokojny,  w  tym  dniu  przejściowym,  jeśli  po
liście  jutrzejszym  nie  będziesz  pisać,  nie  będę  się  już  martwić  z  tego  powodu.
Przedtem mówiłem sobie: „Ona nie pisze , i to było wielkim zmartwieniem, teraz
natomiast  powiem:  „Najdroższa,  a  więc  poszłaś  na  spacer"  ,  i  z  tego  będę  się
mógł tylko cieszyć. O której godzinie właściwie dostałaś mój list w nocy?

Twój Franz

15.XI.12, godz. 11:30 w nocy
Najdroższa,  dziś  piszę  do  Ciebie  przed  swoim  pisaniem,  żeby  nie  mieć

uczucia,  że  każę  Ci  czekać,  żebyś  nie  była  naprzeciw  mnie,  lecz  przy  mnie,  i
żebym bardziej uspokojony mógł potem pisać dla siebie, bo, mówiąc w zaufaniu,
od kilku dni piszę strasznie mało, nawet prawie nic, mam za dużo do czynienia z
Tobą, za dużo do myślenia o Tobie.

Z dwóch książek, które może nie dojdą na czas, jedna jest dla Twoich oczu,

natomiast  druga  dla  Twojego  serca.  Pierwsza  jest  rzeczywiście  wybrana  trochę
dowolnie  i  przypadkowo,  aczkolwiek  jest  ładna;  jest  wiele  innych,  które

background image

powinienem  Ci  był  dać  przed  tą  książką;  ale  ma  to  być  dowód,  że  między  nami
dozwolona  jest  już  także  dowolność,  ponieważ  się  zamienia  w  konieczność.
Natomiast L'Éducation  sentimentale jest  książką,  która  przez  wiele  lat  była  mi
tak  bliska,  jak  najwyżej  dwaj  lub  trzej  ludzie;  kiedykolwiek  i  gdziekolwiek  ją
otworzyłem, przerażała mnie i całkowicie porywała, i potem czułem się zawsze
jak  duchowe  dziecko  tego  pisarza,  chociaż  biedne  i  nieporadne.  Napisz  mi  od
razu, czy czytasz po francusku. Dostaniesz wtedy także nowe wydanie francuskie.
Napisz, że czytasz po francusku, nawet jeśli to będzie nieprawda, bo to francuskie
wydanie jest wspaniałe.

Na Twoje urodziny (a więc zbiegają się one z urodzinami Twojej Matki, tak

bezpośrednio  przedłużasz  zatem  jej  życie?)  właśnie  ja  nie  mam  prawa  nic  Ci
życzyć,  bo  chociaż  jest  bardzo  prawdopodobne,  że  Tobie  są  bardzo  potrzebne
takie życzenia, które jednocześnie byłyby wymierzone przeciw mnie — to ja nie
mogę  ich  wypowiedzieć,  natomiast  to,  co  mógłbym  powiedzieć,  byłoby  tylko
egoizmem. Abym przeto, tak jak być musi, na pewno milczał i nie mógł wyrazić
żadnych  życzeń,  pozwól  mi,  wszakże  tylko  w  wyobrażeniu,  wszakże  tylko  ten
jeden raz, pocałować Twoje ukochane usta.

Franz

Maks Brod do Felicji Bauer
15.XI.1912
Droga i Łaskawa Pani —
Serdecznie  dziękuję  za  miły  list.  Dziś  po  południu  będę  rozmawiać  z

Franzem,  naturalnie  nie  wspominając  o  Pani  liście,  i  potem  natychmiast  napiszę
do  Pani,  jeżeli  nie  stanie  się  to,  jak  się  spodziewam,  dzięki  zaszłemu  w
międzyczasie  wyjaśnieniu  sytuacji,  zbyteczne.  —  I  tylko  Panią  proszę,  niechaj
Pani  niejedno  wybaczy  Franzowi,  kładąc  to  na  karb  jego  często  chorobliwej
pobudliwości. Poddaje się on całkowicie chwilowemu nastrojowi. I jest w ogóle
człowiekiem,  który  chce  tylko  tego,  co  absolutne,  we  wszystkim  tego,  co
maksymalne.  Nigdy  nie  idzie  na  kompromisy.  Dla  przykładu:  gdy  nie  czuje  w
sobie pełni sił do pisania, może przez całe miesiące nie napisać ani jednej linijki,
zamiast żeby się zadowolić pisarstwem na pół dobrym i także-dobrym. Tak jak z
literaturą, tak samo jest u niego ze wszystkim. Dlatego często powstaje pozór, że
jest  on  kapryśny,  ekstrawagancki  itp.  Tak  jednak  nigdy  nie  jest,  wiem  to  na
podstawie  dobrej  znajomości  jego  charakteru,  bywa  nawet  w  razie  potrzeby
bardzo  mądry  i  zręczny  w  wyborze  środków  praktycznych.  Tylko  w  rzeczach
idealnych nie ma dla niego żartów, tam jest straszliwie surowy, przede wszystkim
dla  samego  siebie,  i  stąd,  ponieważ  jest  słaby  fizycznie  i  ponieważ  jego
zewnętrzne  warunki  życiowe  (biuro!!)  nie  są  najbardziej  sprzyjające,  powstają
konflikty, z których trzeba mu pomóc się wydobyć wyrozumiałością i dobrocią, w
przeświadczeniu, że człowiek tak niezwykły i podziwu godny zasługuje, żeby go
traktować inaczej niż miliony ludzi tuzinkowych i banalnych. Jestem przekonany,
że  nie  zrozumie  Pani  źle  moich  słów.  Proszę,  by  w  przypadkach  takich  jak  ten
dzisiejszy zwracała się Pani do mnie. — Franz bardzo cierpi nad tym, że musi co

background image

dzień  do  drugiej  siedzieć  w  biurze.  Po  południu  jest  zmęczony,  toteż  dla  „pełni
widzeń  zostaje  mu  tylko  noc.  Jest  to  istna  rozpacz!  A  przy  tym  pisze  powieść,
która  wszystkie  utwory  literackie,  jakie  są  mi  znane,  odsuwa  w  cień.  Czego
mógłby dokonać, gdyby był wolny i znajdował się w dobrych rękach!

Proszę Panią jeszcze bardzo serdecznie, by Pani n i k o -m u nie mówiła, że

byłem  w  Berlinie.  Nikogo  tam  nie  odwiedziłem,  rozmawiałem  tylko  z  Panią.
Mam  nadzieję,  że  czuje  się  Pani  bardzo  dobrze  i  że  wszystko  jest  na  dobrej
drodze.

Najserdeczniej oddany

Max Brod

15.XI.12 [16 listopada 1912]
Najdroższa,  nie  powinnaś  mnie  tak  męczyć!  Tak  bardzo  męczyć!  Także

dzisiaj,  w  sobotę,  zostawiasz  mnie  bez  listu,  właśnie  dzisiaj,  gdy  myślałem,  że
list  musi  nadejść  tak  pewnie,  jak  dzień  następuje  po  nocy. Ale  kto  żądał  listu?
Tylko dwóch linijek, pozdrowienia, koperty, kartki, na cztery listy, ten jest piąty,
nie  dostałem  jeszcze  od  Ciebie  ani  jednego  słowa.  Spójrz,  to  nie  jest
sprawiedliwie. Jak mam więc spędzać długie dni, pracować, rozmawiać i robić
to wszystko, czego się jeszcze ode mnie żąda. Może nic nie zaszło, może tylko nie
miałaś czasu, zatrzymywały Cię próby teatralne albo wstępne omawianie kwestii,
ale  powiedz,  jaki  człowiek  może  Ci  przeszkodzić,  żebyś  nie  mogła  podejść  do
bocznego stolika, napisać ołówkiem na skrawku papieru „Felice" i to mi wysłać.
A  dla  mnie  byłoby  to  już  tak  wiele!  Znak  Twojego  życia,  uspokojenie  w  tej
ryzykownej próbie, żeby się uwiesić czegoś żyjącego. Jutro będzie list, i wszakże
być musi, inaczej nie wiem już, co robić; wtedy też wszystko będzie dobrze i już
nie będę Cię dręczył prośbami o tak częste pisanie; ale jeśli jutro nadejdzie list,
to jest znowu niepotrzebne, żebym w poniedziałek rano witał Cię w biurze tymi
skargami;  ale  ja  tak  muszę,  bo  gdy  nie  piszesz,  mam  uczucie,  którego  żadne  ar
gumenty  rozumowe  nie  mogą  usunąć,  że  się  ode  mnie  odwracasz,  rozmawiasz  z
innymi i o mnie zapomniałaś. I to miałbym może znosić bez słowa? A także nie
pierwszy to raz czekam na list od Ciebie (choć zawsze, jestem o tym przekonany,
bez Twojej winy), załączony dawny list jest tego dowodem.

Twój

[Na  papierze  firmowym  Zakładu  Ubezpieczeń,  dołączony  do  poprzedniego

listu]

[Bez daty]
Łaskawa Pani!
Dopiero  co  musiałem  być  w  namiestnictwie,  tam  i  z  powrotem  szedłem

powoli, jest to dosyć daleko, przechodzi się przez rzekę na drugi brzeg Wełtawy.
Pogodziłem  się  z  tym,  że  dziś  już  nie  przyjdzie  list  od  Pani,  bo  do  tej  pory
myślałem,  że  skoro  nie  nadszedł  od  razu  wczesnym  rankiem,  to  już  nadejść  nie

background image

może.  Przez  ostatnie  dwa  dni  byłem  z  różnych  przyczyn  trochę  smutny  i
roztargniony i w drodze powrotnej zatrzymałem się na ulicy Belwederskiej — po
jednej stronie ulicy są domy mieszkalne, po drugiej niezwykle wysoki mur ogrodu
należącego  do  Pałacu  hrabiego  Waldsteina,  wyjąłem  z  kieszeni,  niemal
bezmyślnie, Pani listy, list Maksa, o który mi w danej chwili nie chodziło i który
był na wierzchu, położyłem na spód i przeczytałem kilka linijek pierwszego Pani
listu.  Na  pewno  były  to  po  większej  części  ruchy  senne,  śpię  bowiem  bardzo
mało i odczuwam to, nie będąc nawet właściwie zmęczonym. I oto przychodzę do
biura,  a  tam  leży  nieoczekiwany  list  o  wspaniałych  rozmiarach  Pani  papieru
listowego i o najradośniejszym ciężarze.

Znowu  to,  co  piszę,  nie  jest  odpowiedzią,  pozwólmy,  żeby  pytania  i

odpowiedzi  przeplatały  się  według  upodobania,  nad  wszystko  piękne  w  Pani
liście najpiękniejsze jest pozwolenie, że wolno mi pisać do Pani, kiedy chcę.

Bo  w  końcu  pomyślałem,  że  byłby  może  czas  zaprzestać  pisania  z  tym  jego

codziennym powtarzaniem się, pod tym względem Pani nie znam, może codzienne
zjawianie  się  listu  jest  dla  Pani  przykre,  ja  jednak,  mimo  niepunktualności
cechującej całą moją istotę, uwziąłem się, by właśnie do Pani pisać bez oporów.
Ale  teraz  mam  już  pozwolenie,  mogę  robić,  co  chcę,  i  tak  jak  ja  mam  prawo
znowu  pisać  nie  czekając  na  odpowiedź,  tak  mam  też  nadzieję,  że  gdybym  był
niezdolny  do  pisania,  mimo  to  z  łaskawości  otrzymam  list,  ponieważ  właśnie
wtedy potrzebowałbym go wszakże podwójnie.

Dziś  odpowiem  tylko  na  jedno.  Koniec  z  piramidonem  i  wszystkimi  takimi

rzeczami! Przystąpić do szukania przyczyny bólów głowy, zamiast udawać się do
apteki! Szkoda, że nie mogę dokonać przeglądu dłuższego okresu Pani życia, żeby
stwierdzić, gdzie tkwi źródło bólów głowy. Czy poczucie czegoś sztucznego, co
mają w sobie takie środki, nawet gdy są najbardziej skuteczne, nie jest dla Pani
bardziej nie do zniesienia niż ból głowy, którym człowieka uderza przynajmniej
Natura. Zresztą możliwość leczenia istnieje tylko między jednym człowiekiem a
drugim,  podobnie  jak  ból  może  się  przenosić  tylko  z  jednego  człowieka  na
drugiego,  jak  to  się  dzieje  w  tym  przypadku  z  Pani  bólami  głowy  i  ze  mną.
Niechaj Pani będzie zdrowa i pozostanie mi życzliwa.

Oddany Kafka

Pierwszy list matki Franza Kafki do Felicji Bauer
Praga, 16.XI.1912
Wielce Szanowna Pani!
Przypadkiem zobaczyłam list adresowany do mojego syna, datowany 12.11 i

opatrzony  Pani  podpisem.  Pani  sposób  pisania  tak  bardzo  mi  się  spodobał,  że
przeczytałam  list  do  końca,  nie  pamiętając  o  tym,  że  nie  byłam  do  tego
uprawniona.

Jestem  pewna,  że  mi  Pani  wybaczy,  gdy  Panią  zapewnię,  że  tylko  dobro

mojego syna do tego mnie popchnęło.

Nie  mam  wprawdzie  przyjemności  znać  Pani  osobiście,  a  mimo  to  mam  do

background image

Pani tyle zaufania, żeby Jej, Droga Pani, zwierzyć się z trosk matki.

Bardzo  się  do  tego  przyczyniła  uwaga  w  Pani  liście,  że  powinien  on

rozmawiać  ze  swoją  matką,  która  go  na  pewno  kocha.  Ma  Pani,  droga  Pani,
właściwe  wyobrażenie  o  mnie,  co  zapewne  jest  samo  przez  się  zrozumiałe,  bo
zwykle każda matka kocha swoje dzieci, ale jak ja kocham mojego syna, tego nie
mogę Pani opisać i chętnie oddałabym kilka lat życia, gdybym mogła tym zapłacić
za jego szczęście.

Inny  człowiek  na  jego  miejscu  byłby  najszczęśliwszym  ze  śmiertelnych,  bo

wszystkie  jego  życzenia  zawsze  były  przez  jego  rodziców  spełniane.  Studiował
to,  na  co  miał  chęć,  a  ponieważ  nie  chciał  być  adwokatem,  wybrał  karierę
urzędnika,  co  zdawało  się  zupełnie  mu  odpowiadać,  bo  ma  czas  pracy  ciągły  i
popołudnia może mieć dla siebie.

Że w godzinach wolnych od pracy zajmuje się pisaniem,
o  tym  wiem  już  od  wielu  lat.  Uważałam  to  jednak  tylko  za  rozrywkę.  I  jego

zdrowiu to by nie szkodziło, gdyby spał i jadł tak jak inni młodzi ludzie w jego
wieku. On śpi

i  je  tak  mało,  że  rujnuje  swoje  zdrowie  i  boję  się,  że  się  opamięta  dopiero

wtedy, gdy nie daj Boże będzie już za późno. Dlatego proszę Panią bardzo, żeby
Pani w jakiś sposób zwróciła mu na to uwagę i pytała go, jak żyje, co jada, ile
spożywa posiłków, w ogóle o jego rozkład dnia. Ale nie może się on domyślać,
że ja do Pani pisałam, i w ogóle dowiedzieć się, że wiem o jego korespondencji
z Panią. Jeśli byłoby w Pani mocy zmienić jego tryb życia, zobowiązałaby mnie
Pani do wielkiej wdzięczności i uczyniła ze mnie osobę najszczęśliwszą z ludzi.

Z wyrazami szacunku Julia Kafka
Gdyby chciała Pani do mnie napisać, proszę list zaadresować: Praga, Rynek

Staromiejski 16, Pałac Kinskich, prywatne.

17.XI.12
Ukochana, Najukochańsza, ja, całkiem i doszczętnie potępiony, mogę się więc

poszczycić, żem z Ciebie zdrowej uczynił chorą. Oszczędzaj się, posłuchaj mnie,
oszczędzaj  się,  to,  com  w  stosunku  do  Ciebie  zawinił,  wybacz  mi  dla  mojej  do
Ciebie miłości! I ja śmiem robić Ci wyrzuty z powodu Twojego niepisania, i tak
bardzo  się  zagrzebuję  we  własnym  niepokoju  i  własnej  tęsknocie,  aż  wcale  nie
czuję, że Ty jesteś chora, lecz snuję śmieszne domysły, że jesteś może na próbach
lub w towarzystwie. Naprawdę, gdyby dzieliły nas kontynenty i Ty mieszkałabyś
gdzieś w Azji, nie moglibyśmy być bardziej pozbawieni łączności. Każdy Twój
list  jest  dla  mnie  nieskończony,  i  choćby  był  zupełnie  mały  (Boże,  jak  mi  się
wszystko  obraca  w  pozorne  wyrzuty,  Twój  list  dzisiejszy  nie  jest  mały,  jest
dokładnie  tysiąc  razy  dłuższy,  niż  na  to  zasługuję),  czytam  go  aż  do  podpisu,
znowu  zaczynam  od  początku,  i  tak  to  najpiękniej  idzie  w  kółko. Ale  wreszcie
muszę  jednak  zrozumieć,  że  on  się  w  pewnym  punkcie  kończy,  że  wstałaś  od
niego  i  odeszłaś,  dla  mnie  w  jakąś  ciemność.  Wtedy  człowiek  chciałby  tłuc
głową o ścianę.

Dziś  jednak  był  już  rzeczywiście  najwyższy  czas,  żeby  list  nadszedł.  Ja  nie

background image

jestem  tak  zdecydowany  jak  Ty,  nie  chciałem  jechać  do  Berlina,  byłem  tylko
zdecydowany  nie  wstawać  z  łóżka,  póki  nie  nadszedł  list,  a  do  tej  decyzji  nie
była  potrzebna  szczególna  siła,  po  prostu  nie  mogłem  wstać  ze  smutku.
Wydawało mi się także, że moja powieść wczoraj w nocy bardzo się zepsuła, i
byłem  na  samym  dnie,  a  jednak  miałem  jeszcze  zupełnie  wyraźne  wspomnienie
szczęścia po owym liście poleconym i gdy podniosłem wzrok, widziałem siebie,
choć  byłem  wszakże  tak  nieszczęsny,  formalnie  stąpającego  na  wyżynach
szczęścia.  Przedwczoraj  w  nocy  już  drugi  raz  mi  się  śniłaś.  Listonosz  przyniósł
mi  dwa  listy  polecone  od  Ciebie,  a  wręczył  mi  je,  w  każdej  ręce  jeden,  ze
wspaniale precyzyjnym ruchem ramion, które poruszały się jak tłoki w maszynie
parowej.

Boże, to były zaczarowane listy. Mogłem wyjmować z kopert coraz to nowe

zapisane arkusze, a one wciąż jeszcze nie były puste. Stałem na środku schodów i
musiałem kartki już przeczytane, nie miej mi tego za złe, rzucać na stopnie, jeśli
chciałem wyjąć z kopert następne listy. Całe schody od góry do dołu były pokryte
wysoką  warstwą  tych  przeczytanych  już  listów,  a  luźno  rozrzucony,  elastyczny
papier potężnie szeleścił. To był naprawdę taki sen, w którym śni się spełnienie
marzeń.

Ale  dziś,  za  dnia,  musiałem  sprowadzić  listonosza  zupełnie  inaczej.  Nasi

listonosze  są  tak  niepunktualni.  Dopiero  o  1115  przyszedł  list,  dziesięć  razy
rozmaici  ludzie  byli  z  mojego  łóżka  wysyłani  na  schody,  jakby  to  mogło  go
zwabić,  sam  nie  mogłem  wstać,  ale  o  1116  list  był  rzeczywiście,  został
gwałtownie  otworzony  i  jednym  tchem  przeczytany.  Byłem  nieszczęśliwy  z
powodu  Twojego  chorowania,  ale  —  teraz  odsłania  się  moja  natura  —  byłbym
jeszcze  nieszczęśliwszy,  gdybyś  nie  była  do  mnie  pisała  przy  dobrym  zdrowiu.
Ale  teraz  należymy  więc  do  siebie  z  powrotem  i  po  mocnym  uścisku  dłoni
chcemy czynić siebie nawzajem zdrowszymi i potem dalej żyć razem w zdrowiu.
— Znowu na nic nie odpowiadam, ale odpowiadanie  jest  właśnie  rzeczą  żywej
mowy,  z  pisania  niewiele  się  można  dowiedzieć,  najwyżej  uzyskać  przeczucie
szczęścia. Zresztą dziś jeszcze do Ciebie zapewne napiszę, chociaż mam jeszcze
dzisiaj dużo biegania, i napiszę też małą historię, która mi przyszła do głowy w
mojej rozpaczy w łóżku i bardzo silnie na mnie napiera.

Twój Franz

[Na marginesie] (Nie niepokój się, ja w żadnym razie nie zatelefonuję, Ty też

tego nie rób, nie zniósłbym tego.)

18.XI.12 [W nocy z 17 na 18 listopada]
Moja Najdroższa, jest wpół do 2 w nocy, zapowiedziana historia jest jeszcze

daleka  od  ukończenia,  z  powieści  nie  napisałem  dziś  ani  jednej  linijki,  niezbyt
zachwycony  idę  do  łóżka.  Gdybym  miał  wolną  noc,  żeby,  nie  odkładając  pióra,
móc ją całą aż do rana przepisać! Byłaby to piękna noc. Ale muszę iść do łóżka,
bo  wczoraj  w  nocy  źle  spałem,  dzisiaj  w  ciągu  dnia  prawie  wcale,  a  w  stanie
zbyt  żałosnym  nie  mogę  jednak  iść  do  biura.  Jutro  Twoje  listy,  Najdroższa,

background image

Najukochańsza!  Gdy  jestem  jako  tako  przytomny,  wtedy  mnie  one  niewątpliwie
wzmacniają, ale gdy jestem w odurzeniu, wtedy najchętniej chciałbym zapaść się
w  fotel  i  tak  nad  nimi  siedzieć  nieprzerwanie,  i  szczerzyć  zęby  na  każdego,  kto
chciałby  mi  przeszkodzić.  Nie,  z  powodu  biura  nie  irytuję  się  nadmiernie,  a
uzasadnienie swojej irytacji poznaję po tym, że odczuwam ją nadal po pięciu już
latach życia biurowego, z których szczególnie straszny był niewątpliwie pierwszy
rok w pewnym prywatnym zakładzie ubezpieczeń, z godzinami pracy od 8 rano do
7 wieczorem, do 8, wpół do 9, tfu, do diabła! Było tam takie miejsce w małym
korytarzyku,  który  prowadził  do  mojego  biura,  gdzie  niemal  każdego  ranka
opadała  mnie  rozpacz,  która  człowiekowi  z  charakterem  silniejszym,  bardziej
konsekwentnym  niż  mój,  zupełnie  by  wystarczała  do  popełnienia  samobójstwa
wręcz świętego. Teraz jest naturalnie o wiele lepiej, ludzie są tu nawet dla mnie
zupełnie  1nieza-służenie  mili.  Nawet  mój  naczelny  dyrektor.  Ostatnio  w  jego
gabinecie,  głowa  przy  głowie,  czytaliśmy  z  jednej  książki  wiersze  Heinego,
podczas  gdy  w  poczekalni  woźni,  kierownicy  biur,  strony,  ze  sprawami  może
bardzo  pilnymi,  niecierpliwie  czekali  na  przyjęcie.  Ale  mimo  to  jest  to
dostatecznie  złe  i  nie  rekompensuje  wysiłku,  jaki  trzeba  włożyć,  by  to  choćby
znosić.

Nie gniewasz się jednak za ten używany przeze mnie ostatnio rodzaj papieru

listowego,  przychodzi  mi  teraz  na  myśl?  Papier  listowy  mojej  siostry  zużyłem
przed  kilku  dniami,  a  sam  prawie  nigdy  takowego  nie  posiadałem.  Tak  więc  z
mojego  tegorocznego  dziennika  podróży  wyrywam  kartkę  po  kartce  i  jestem  na
tyle bezczelny, żeby Ci je posyłać. Ale staram się to znowu wynagrodzić tym, że
posyłam Ci jednocześnie kartkę, która właśnie wypadła z zeszytu, z pieśnią, którą
rano  często  śpiewało  się  chórem  w  tegorocznym  sanatorium,  w  której  się
zakochałem  i  którą  sobie  przepisałem.  Jest  bardzo  znana  i  Ty  także  chyba  ją
znasz, ale jednak przeczytaj ją jeszcze raz. A w każdym razie odeślij mi tę kartkę,
nie mogę się bez niej obejść. Jak ten wiersz, mimo że tak do głębi przejmujący,
zbudowany jest zupełnie regularnie, każda strofa składa się z okrzyku, a następnie
skłonienia głowy. A że smutek wiersza jest szczery, na to mogę przysiąc. Gdybym
tylko mógł odtworzyć melodię pieśni, ale nie mam wcale pamięci muzycznej, mój
nauczyciel  gry  na  skrzypcach  z  rozpaczy  kazał  mi  na  lekcjach  muzyki  raczej
skakać  przez  drążki,  które  sam  trzymał,  a  moje  postępy  w  muzyce  polegały  na
tym, że na każdej lekcji następnej trzymał drążek wyżej. Dlatego też moja melodia
do  tej  pieśni  jest  bardzo  monotonna  i  właściwie  jest  tylko  westchnieniem.
Najdroższa!

Franz

[Telegram. Nadany w Pradze 18.II.1912 o godz. 230] pilny = rp 10 pilny
FELICE  BAUER  BERLIN  IMMANUEL  KIRCHSTRASZE  [sic!]  29  CZY

JESTEŚ CHORA = KAFKA+ +

18.XI.12

background image

Najdroższa,  ależ  ja  na  ten  telegram  zasłużyłem!  Na  pewno  w  sobotę

absolutnie  nie  mogłaś  napisać,  a  biorąc  rzecz  samą  przez  się,  nie  mogłem  też
zgłaszać pretensji, żeby dzisiaj dostać list, te nieszczęsne niedziele zaczynają już
być  regularnym  nieszczęściem  naszej  komunikacji  —  ale  od  długiego
poprzedniego  oczekiwania  byłem  już  wytrącony  z  równowagi,  wczorajszy  list
niezupełnie mnie nasycił, zwłaszcza że była w nim  mowa  o  Twoich  dolegliwoś
ciach, ale przyrzekłaś mi wszakże tak na pewno, jak chyba nigdy przedtem, jeden
lub dwa listy na poniedziałek, a żaden nie przyszedł, krążyłem po biurze zupełnie
zamącony,  sto  razy  odsuwałem  książkę,  z  której  miałem  coś  przeczytać
(Rozstrzygnięcia  trybunału  administracyjnego,  jeśli  chcesz  wiedzieć),  sto  razy
znowu  ją  niepotrzebnie  przysuwałem,  jakiś  inżynier,  z  którym  miałem
pertraktować  w  sprawie  jakiejś  wystawy,  wziął  mnie  na  pewno  za  idiotę,
ponieważ stałem i nie myślałem o niczym innym, jak że jest właśnie czas drugiej
poczty,  że  może  już  nawet  minął,  i  w  tym  zagubieniu  nieustannie  i  natrętnie
patrzyłem na mały palec tego inżyniera, trochę wykrzywiony, a więc akurat na to,
czego  nie  powinienem  był  dostrzegać  —  Najdroższa!  nie  chcę  opowiadać,  co
było  dalej,  było  coraz  gorzej  i  gorzej,  w  końcu  nie  do  zniesienia  nawet  w
czytaniu.  I  nawet  telegrafowanie  nie  okazało  się  tak  sprawne,  jak  myślałem.
Nadałem telegram jako pilny o godz. wpół do 3, a odpowiedz przyszła dopiero o
1115 w nocy, a więc po 9 godzinach, podróż w jedną stronę do Berlina nie trwa
tak długo, i przy tym człowiek jadąc niewątpliwie się jednak do Berlina zbliża,
natomiast  dla  mnie  nadzieja  otrzymania  odpowiedzi  stawała  się  coraz  mniejsza.
Ale  wreszcie  dzwonek!  Listonosz!  Człowiek  najbardziej  upragniony!  A  jak
przyjazne,  uszczęśliwione  miał  oblicze.  Nic  złego  nie  mogło  być  w  telegramie.
Naturalnie  że  nie,  były  w  nim  tylko  rzeczy  kochane  i  dobre,  jeszcze  i  teraz  tak
patrzy on na mnie, gdy jest przede mną rozłożony. Najdroższa, skąd bierze się siłę
i  jak  zachowuje  się  przytomność,  gdy  od  takiego  szalonego  cierpienia  wzlatuje
się do szczęścia?

Właśnie  zasiadałem  do  mojej  wczorajszej  historii  z  bezgranicznym

pragnieniem,  żeby  się  w  nią  przelać,  wyraźnie  popędzany  przez  całą  moją
rozpacz.  Trapiony  przez  tyle  trosk,  w  niepewności  o  Ciebie,  zupełnie  niezdolny
do  poradzenia  sobie  z  biurem,  wobec  tej  już  od  wczoraj  nie  posuwającej  się
naprzód powieści, z dzikim pragnieniem kontynuowania tej nowej historii, która
jakby o sobie przypominała, od kilku dni i nocy niebezpiecznie bliski całkowitej
bezsenności,  i  mając  jeszcze  w  głowie  coś  mniej  waż  nego,  ale  jednak
przeszkadzającego i drażniącego — krótko mówiąc, gdy odbyłem dziś swój teraz
już tylko półgodzinny spacer wieczorny (naturalnie wciąż wyglądając posłańca z
telegramem,  jednego  też  spotkałem,  ale  daleko,  daleko  od  mojego  mieszkania),
byłem mocno zdecydowany napisać, jako jedyny ratunek, do pewnego człowieka
ze Śląska, z którym tego lata bardzo się zaprzyjaźniłem i który przez całe długie
popołudnia usiłował mnie nawrócić na chrześcijaństwo. Teraz jednak telegram tu
jest i tamten list trochę jeszcze odłożymy, Ty moja najdroższa Pokuso! Teraz nie
wiem tylko, czy dla uczczenia telegramu mam pisać moją historię, czy pójść spać.
—  I  ani  słowa  przeproszenia  za  kłopoty  i  nieprzyjemności,  jakich  Ci  narobiłem

background image

swoim telegramem.

Franz

19.XI.12
Najdroższa, to nie są wyrzuty, tylko prośby o wyjaśnienie; robię się zupełnie

smutny, bo już nic nie rozumiem. Słusznie odeszliśmy od szaleństwa tak częstych
listów, sam zacząłem wczoraj list na ten temat i wyślę Ci go jutro, ale ta zmiana
terminów korespondencji może wszakże nastąpić tylko za obopólną zgodą, musi
wszakże być przedtem omówiona i zapowiedziana, inaczej się od tego wpada w
obłęd.  Jak  mam  więc  sobie  tłumaczyć,  że  Ty,  zgodnie  z  Twoim  własnym
doniesieniem, mój list polecony otrzymałaś lub przynajmniej dowiedziałaś się o
jego  nadejściu  w  piątek  przed  południem,  że  jednak  mi  nań  odpowiedziałaś
dopiero w sobotę, że w swoim liście sobotnim piszesz, iż napiszesz do mnie w
sobotę jeszcze raz, ale tego nie czynisz, i ja w poniedziałek zamiast obiecanych 2
listów nie dostaję ani jednego, że, dalej, w ciągu niedzieli nie napisałaś do mnie
ani słowa, lecz dopiero w nocy, list, który mnie, to prawda, czyni szczęśliwym,
jeśli jestem jeszcze do tego zdolny, i że wreszcie nie byłabyś do mnie napisała w
po niedziałek, i w ogóle nie byłabyś napisała, gdybym ja nie zatelegrafował, bo
Twój list ekspresowy jest jedynym, jaki mam z poniedziałku. Ale najdziwniejsze
i przerażające jest to: przez półtora dnia jesteś chora, a przy tym cały tydzień na
próbach; mimo że jesteś chora, idziesz w sobotę wieczór potańczyć, wracasz do
domu o godzinie 7 rano, do godziny 1 w nocy nie śpisz, a w poniedziałek wieczór
idziesz  na  prywatny  bal.  Na  Boga,  co  to  za  życie!  Wyjaśnienia,  Najdroższa,
proszę  o  wyjaśnienia!  Kwiaty  i  książki  nie  są  warte  wspomnienia.  To  wszakże
nic innego jak tylko moja bezsilność.

Franz

[Na  dołączonej  kartce]  Jak  teraz  widzę,  także  w  liście  niedzielnym

przyrzekłaś mi na pewno list w poniedziałek.

20.XI.12
Najdroższa, com Ci uczynił, że tak mnie męczysz? Dziś znowu nie przyszedł

żaden list, ani z pierwszą, ani z drugą pocztą. Jak Ty mi każesz cierpieć! Podczas
gdy  jedno  pisane  słowo  od  Ciebie  mogłoby  mnie  uczynić  szczęśliwym!  Masz
mnie  dość,  nie  ma  innego  wytłumaczenia,  nie  jest  to  w  końcu  nic  dziwnego,
niezrozumiałe jest tylko, że mi tego nie piszesz. Jeśli mam dalej żyć, nie mogę tak
jak w ciągu tych ostatnich nie kończących się dni daremnie czekać na wiadomość
od Ciebie. Ale nadziei, że dostanę od Ciebie wiadomość, tej nadziei już nie mam.
Muszę więc odprawę, którą mi dajesz milcząco, sam wyraźnie sobie powtórzyć.
Chciałbym  położyć  twarz  na  tym  liście,  żeby  nie  mógł  zostać  wysłany,  ale  on
musi zostać wysłany. Więc na żadne listy już nie czekam.

Franz

background image

[Prawdopodobnis w nocy z 20 na 21 listopada 1912]
Najdroższa, moja Najdroższa, jest wpół do 2 w nocy. Czy Cię swoim listem

przedpołudniowym  zraniłem?  Cóż  bo  mogę  wiedzieć  o  zobowiązaniach,  jakie
masz  wobec  swoich  krewnych  i  znajomych!  Ty  siebie  dręczysz,  a  ja  Ciebie
dręczę wyrzutami z powodu Twojej udręki. Proszę Cię, Najdroższa, wybacz mi!
Poślij  mi  różę  na  znak,  że  mi  wybaczasz.  Nie  jestem  właściwie  zmęczony,  lecz
otępiały i ociężały, nie znajduję właściwych słów. Tylko to potrafię powiedzieć:
zostań  przy  mnie  i  nie  opuszczaj  mnie. A  gdy  któryś  z  moich  wrogów  we  mnie
samym pisze do Ciebie takie listy jak ten dzisiejszy przedpołudniowy, wtedy nie
wierz mu, lecz poprzez niego popatrz w moje serce. Wszakże tak złe, tak ciężkie
jest  to  życie,  a  także  jak  można  chcieć  utrzymać  człowieka  samymi  tylko
napisanymi słowami, do trzymania są ręce. Ale w tej mojej ręce wolno mi było
Twoją,  która  mi  jest  tak  bezwzględnie  potrzebna  do  życia ,  trzymać  tylko  przez
trzy  krótkie  chwile,  gdy  wszedłem  do  pokoju,  gdy  mi  przyrzekłaś  podróż  do
Palestyny i gdy ja, głupiec, pozwoliłem Ci wejść do windy.

Czy  więc  wolno  mi  Cię  ucałować? Ale  na  tym  nędznym  papierze?  Równie

dobrze mógłbym otworzyć okno i całować nocne powietrze.

Najdroższa, nie gniewaj się na mnie! Nic więcej od Ciebie nie żądam.

Franz

[Na papierze firmowym Zakładu Ubezpieczeń]
[21 listopada 1912]
Najdroższa!  moje  biedne  dziecko!  Masz  żałosnego  i  bardzo  niewygodnego

wielbiciela.  Gdy  przez  dwa  dni  nie  dostaje  listu  od  Ciebie,  zaczyna
nieprzytomnie  zadawać  ciosy  na  prawo  i  lewo,  choć  tylko  słowami,  i  w  danej
chwili nie może zrozumieć, że Ci tym sprawia ból. Ale potem ogarnia go jednak
skrucha i możesz być pewna, że Twój przez niego spowodowany niepokój zemści
się  na  nim  samym  aż  do  najmniejszego  drgnięcia  Twoich  ust.  Najdroższa,  po
Twoich  dwóch  listach  dzisiejszych  wydaje  się,  że  chcesz  mnie  jeszcze  przez
chwilę  tolerować,  proszę  Cię,  proszę,  nie  zmieniaj  zdania  także  po  moim  liście
wczorajszym.  Zresztą  prawdopodobnie  jeszcze  dzisiaj  będę  Cię  telegraficznie
prosił o przebaczenie.

Ale  zrozum  tylko  moją  troskę  o  Ciebie,  tę  straszliwą  niecierpliwość,

płonięcie  tej  jednej  myśli  w  mojej  głowie,  niezdolność  do  wykonania
najmniejszej  nawet  czynności  z  nią  nie  związanej,  to  przebywanie  w  biurze,  ze
spojrzeniami wciąż skierowanymi na drzwi, w łóżku pod zamkniętymi powiekami
obrazy  nie  do  zniesienia,  lunatyczne  chodzenie  po  ulicach,  bez  zważania  na
potknięcia,  serce,  które  już  nie  bije,  lecz  jest  tylko  napinającym  się  mięśniem,
pismo na pół zniekształcone — zrozum to wszystko i nie gniewaj się. Teraz mam
rzeczywiście  wytłumaczenie  Twojego  niepisania,  ale  posłuchaj  tylko:  w
poniedziałek nie dostałem ani jednego listu; list, który Twoim zdaniem powinien
był  nadejść  w  poniedziałek,  musiałby  zostać  wrzucony  do  skrzynki  w  sobotę
wieczór, a więc ten list w każdym razie zaginął, dostałem tylko w niedzielę Twój

background image

list  z  sobotniego  przedpołudnia;  co  było  w  tym  liście  z  sobotniego  wieczoru,
napisz  mi,  jeśli  jeszcze  pamiętasz,  żebym  chociaż  we  wspomnieniu  mógł  sobie
osłodzić ten zły poniedziałek. W poniedziałek nie miałem więc listu, we wtorek
tylko list niedzielny i gwałtem wymuszony list ekspresowy, ale we środę znowu
nie  było  listu.  To  było  już  dla  mnie  rzeczywiście  zbyt  okropne  i  napisałem  list
wczorajszy,  żeby  się  uwolnić  choć  od  małej  części  rozsadzających  mnie  uczuć.
Zważ,  że  ja  rzeczywiście  nie  mogłem  znaleźć  innego  wytłumaczenia,  jak  tylko
takie,  że  albo  wskutek  jakiejś  ciążącej  na  mnie  klątwy  sama  z  własnej  woli
chciałaś skończyć, albo, co wychodziło na to samo, że Twoja Matka zabroniła Ci
pisać,  ta  sama  Matka,  która,  przypominam  so  bie  jeszcze  dokładnie,  w  Twoich
pierwszych listach pojawiała mi się w tak miłym świetle, gdy kiwała do Ciebie z
balkonu,  gdy  ubolewała  nad  Twoim  za  małym  śniadaniem,  gdy  przez  telefon
wzywała  Cię  do  domu,  ponieważ  za  długo  zostawałaś  w  biurze,  i  która
stopniowo przedstawiała mi się w coraz ciemniejszych barwach, kiedy żądała od
Ciebie na urodziny robótek ręcznych, kiedy nie doceniała należycie Twojej pracy
w  biurze,  kiedy  Cię  zmuszała  do  wizyt  Twoim  zdaniem  zbędnych,  kiedy
wprawiła Cię w „śmiertelne przerażenie , wchodząc wieczorem do pokoju, gdy
pisałaś w łóżku, i jeszcze za inne takie rzeczy. Tak więc pogrążyłem się w tych
dwóch  jedynych  wytłumaczeniach,  nie  mogłem  się  od  tego  uwolnić  i  dlatego
napisałem  tamten  list.  Dzisiaj  widzę,  że  niewątpliwie  to  berlińskie  święto,  o
którym mogłem co prawda wiedzieć, wystarczyło spojrzeć na kalendarz, ponosi
winę  za  to,  że  Twój  list  wtorkowy  otrzymałem  dopiero  dziś,  we  czwartek.  A
więc  jeszcze  raz  wszystko,  co  ja  zawiniłem,  naprawiła  Twoja  dobroć,  i  czy
wolno mi w jednym pocałunku zapomnieć o tych dniach i o wszystkim smutnym?

A jednak wydaje mi się też prawie na pewno, że któryś z moich listów musiał

zaginąć.  Od  piątku  [8  listopada]  napisałem  do  Ciebie  wedle  mojego
przybliżonego obliczenia na pewno 14 lub 15 listów, Ty zaś miałabyś we wtorek
otrzymać  tylko  jeden  list?  Dla  wyrywkowego  sprawdzenia  napisz  mi,  czy
otrzymałaś listy, do których coś dołączałem i które dlatego przypominam sobie z
całą pewnością. Do jednego listu był dołączony stary list, który w swoim czasie
nie został wysłany i który zaczynał się śmieszną formułą z niepamiętnych czasów
„Łaskawa Pani , przy drugim liście znajdował się drukowany wycinek z opisem
hałasu w moim mieszkaniu.

Tak, cytat ze Strindberga przeczytałem i nie rozumiem, dlaczego miałbym Ci

o  tym  nie  pisać.  Są  to  prawdy  straszliwe  i  godny  podziwu  jest  ten,  kto  je  tak
odważnie  wypowiedział,  ale  są  też  okresy,  gdy  człowiek  się  boi,  że  czuje  w
sobie  burczenie  prawd  jeszcze  straszniejszych.  Wielka  prawda  jest  w  tych
słowach,  że  zupełnie  inaczej  się  nad  sobą  czuwa,  gdy  się  kocha,  wielu  myślom
schodzi  się  z  drogi,  wielu  słów  nie  chce  się  słyszeć,  a  pewne  rzeczy,  które  się
przedtem  w  roztargnieniu  akceptowało,  odczuwa  się  jako  męczące.  Tylko
wprowadzenie lżejszej diety jest prawie niemożliwe i wino zastępuje się sokami
owocowymi, jeśli się w ogóle pije, co czyni się tylko z rzadka.

Ja jem trzy razy dziennie, między posiłkami nic, ale to nic a nic. Rano kompot,

herbatniki  i  mleko.  O  wpół  do  trzeciej  jak  grzeczne  dziecko,  tak  samo  jak  inni

background image

ludzie, tylko w ogóle nieco mniej niż inni, a w szczegółach mięsa jeszcze mniej
niż  mało,  więcej  zaś  jarzyn.  Wieczorem  o  wpół  do  dziesiątej  jogurt,  chleb
szwedzki, masło, wszelkiego rodzaju orzechy, kasztany, daktyle, figi, winogrona,
migdały,  rodzynki,  dynię,  banany,  jabłka,  gruszki,  pomarańcze.  To  wszystko  jest
naturalnie  zjadane  w  odpowiednim  doborze,  a  nie  jedno  przez  drugie,  jakby  się
we mnie sypało z rogu obfitości. Żadne jedzenie nie może być dla mnie bardziej
posilne  od  takiego.  Nie  obstawaj  przy  trzech  zbytecznych  kęsach  dodatkowych,
patrz, wszystko jest zjadadane za Twoje zdrowie, a te trzy kęsy byłyby na moją
zgubę.

O  swoje  listy  się  nie  obawiaj,  one  są  jedyną  rzeczą,  która  w  tym

monstrualnym  nieporządku  panującym  na  moim  biurku  jest  uporządkowana  i
zamknięta, a ilekroć je wyjmuję — co zdarza się zaprawdę nierzadko — zostają
potem z powrotem uporządkowane i odłożone na miejsce. — Boże, tyle mam Ci
jeszcze do powiedzenia i odpowiedzenia, a już znowu koniec, a poza tym jest już
3 godzina. A więc drugi list jutro. Tak, jeśli wrzucisz list w sobotę rano, dostanę
go w niedzielę, i ta niedziela będzie kilkakrotnie piękniejsza od innych.

Franz

[Dopisek  nad  nagłówkiem  listu]  Lepiej  nie  będę  więc  telegrafować.

Niepotrzebnie  by  Cię  to  przestraszyło.  Cztery  listy,  które  musiałaś  otrzymać
dzisiaj, równoważą się chyba pod względem dobrego i złego. — Czy wystąpiłaś
jako Humor? Czy jest z tego fotografia? O mojej fotografii jutro.

21.XI.12
Moja  Najdroższa,  oto  mam  teraz  Twój  telegram  i  widzę,  jakiej  narobiłem

szkody.  Wysłałem  już  do  Ciebie,  gdy  wychodziłem  z  biura,  olbrzymi  list
ekspresowy,  tylko  że  z  roztargnienia  zapomniałem  nadać  go  jako  polecony.
Wobec  Twojego  telegramu  zaczynam  się  teraz  bać,  że  ten  list  ekspresowy,  dla
dopełnienia  miary  nieszczęścia,  może  nie  doszedł,  bo  poczta  rzeczywiście  nas
prześladuje,  a  urzędniczka,  której  dałem  list,  była  bardzo  niedbała  i  trochę
nieprzytomna.  Dlatego  wysyłam  więc  w  pośpiechu  jeszcze  ten  list  polecony,
skoro  już  mi  nie  wolno  telegrafować.  Mam  nadzieję,  że  otrzymasz  oba  i
przyjmiesz  je  pojednana  i  przyjazna.  Straszne  jest  to,  że  nasza  korespondencja
wciąż  tak  się  przebija  poprzez  katastrofy. A  wszakże  dostateczną  plagą  jest  już
samo oddalenie, dlaczego jeszcze te ciosy dodatkowe! Depeszujesz, że napisałaś
do  mnie  także  w  poniedziałek,  musisz  więc  mieć  na  myśli  jakiś  inny  list
poniedziałkowy  niż  ów  ekspres,  który  wszakże  już  potwierdziłem.  Jeśli  tak,  to
zaginąłby  nie  tylko  Twój  drugi  list  sobotni,  lecz  także  ten  pierwszy  list
poniedziałkowy.  To  byłoby  już  naprawdę  przerażające.  Można  kazać  wszcząć
poszukiwania za takimi listami, i byłbym mógł to uczynić także w sprawie owego
dawnego listu zaginionego, ale nie dałoby się tego zrobić bez obciążania Ciebie
formalnościami protokołów, toteż i wtedy dałem spokój, i także tym razem lepiej
dam  spokój.  Przez  ten  czas,  w  którym  jakiś  urzędnik  pocztowy  wypytywałby
Ciebie, możesz przesłać mi nowe małe pozdrowienie, i to będzie lepsze, a dawny
list mimo wszelkiego wypytywania i tak pozostałby listem zaginionym.

background image

Ale  najgorsze  jest  to,  że  nie  tylko  ja  sam  jestem  tym  wszystkim  zupełnie

roztrzęsiony  i  dopiero  powoli  się  wzmacniam  Twoimi  cudownymi  listami
dzisiejszymi,  lecz  że  w  sposób  brutalny  zrobiłem  wszystko,  ażeby  i  Ciebie
wciągnąć w to cierpienie.

Napiszesz do mnie znowu, prawda?

Franz

21.XI.12
Najdroższa, szczęście, że nie napisałem do Ciebie przed dwiema godzinami,

bo  byłbym  Ci  napisał  o  mojej  matce  rzeczy,  za  które  musiałabyś  mnie
znienawidzić.  Teraz  jestem  spokojniejszy  i  mogę  pisać  do  Ciebie  z  większą
ufnością. Dobrze jeszcze ze mną nie jest, ale będzie, a co nie udałoby się samo z
siebie, uda się z miłości do Ciebie. Moja wina w tym, że matka mogła przeczytać
jeden z Twoich listów, jest niewybaczalna i zasługuje na baty. Pisałem Ci już, że
mam zwyczaj nosić Twoje listy przy sobie, zawsze przechodziła z nich na mnie
jakaś  większa  siła,  z  nimi  poruszałem  się  jako  lepszy,  dzielniejszy  człowiek.
Oczywiście  teraz  nie  noszę  już  ze  sobą  wszystkich  listów,  jak  w  tamtych
pierwszych, biednych czasach, ale ostatni lub dwa ostatnie w każdym razie. I to
było przyczyną nieszczęścia. W domu wkładam inną marynarkę, a marynarkę od
ubrania,  w  których  wychodzę,  zostawiam  na  wieszaku  w  moim  pokoju.  Matka
przechodziła przez mój pokój w momencie, gdy mnie tam akurat nie było — mój
pokój jest pokojem przejściowym, lub raczej drogą łączącą bawialnię z sypialnią
rodziców  —  zobaczyła  list  wystający  z  bocznej  kieszeni,  wyciągnęła  go  z
natarczywością  właściwą  miłości,  przeczytała  i  napisała  do  Ciebie.  Jej  miłość
do mnie jest dokładnie tak samo wielka jak jej naiwność w stosunku do mnie, a
niedelikatność,  jaka  z  tej  naiwności  przenosi  się  na  jej  miłość,  jest,  jeśli  to
możliwe, jeszcze większa i dla mnie w tej chwili zupełnie niepojęta.

Twoje  listy  dzisiejsze  potraktowałem  jako  całość  i  Twoje  rady  dotyczące

odżywiania się i snu nie zdziwiły mnie szczególnie, chociaż właściwie powinny
były zdziwić, bo już Ci wszakże pisałem, jak jestem szczęśliwy, że znalazłem ten
swój  obecny  tryb  życia,  będący  jedynym  połowicznie  zadowalającym
rozwiązaniem sprzeczności, w których żyć muszę. Gdy jednak Maks zrobił dzisiaj
aluzję,  i  to  bardzo  lekką,  do  przechowywania  listów  i  wspomniał  też,  że  jego
rzeczy  nigdy  nie  są  bezpieczne  przed  rodzicami  —  jego  ojca  przeszukiwanie  i
badanie  wszystkich  kątów  pokoju  jest  mi  już  znane  wprost  z  doświadczenia  —
wówczas  z  tymi  uwagami  połączyły  mi  się  wszystkie  odpowiednie  uwagi  w
Twoich dzisiejszych listach, bo Twoje listy były mi i tym razem, jak zawsze, tak
obecnie, jak wyraz twarzy człowieka, z którym rozmawiam — i wnet wiedziałem
już  wprawdzie  nie  wszystko,  ale  dostatecznie  wiele,  by  zmusić  Maksa  do
powiedzenia wszystkiego.

O  wybaczenie  nie  mogę  Cię  prosić,  bo  jak  mogłabyś  nawet  Ty,  Najlepsza,

taką rzecz wybaczyć. Tę winę więc zachowuję i będę ją nosił ze sobą. Wszystko
było  już  tak  dobrze,  już  się  cieszyłem,  że  będę  mógł  spokojnie  radować  się
szczęściem, jakim Ty jesteś dla mnie, w Twojej uwadze

background image

o feriach Bożego Narodzenia widziałem już nieskończoną nadzieję, której nie

miałem  odwagi  dotknąć  w  dzisiejszym  liście  porannym,  w  brudzie  tego  biura,  i
—  oto  znowu  matka  wchodzi  mi  w  paradę.  Zawsze  odczuwałem  rodziców  jako
prześladowców,  jeszcze  rok  temu  byłem  może  w  stosunku  do  nich,  jak  może  w
stosunku  do  całego  świata,  obojętny  jak  martwa  jakaś  rzecz,  ale  to  był  tylko
tłumiony  strach,  troska  i  smutek,  jak  teraz  widzę.  Niczego  innego  nie  chcą
rodzice, jak tylko człowieka ściągnąć z powrotem do siebie, do dawnych czasów,
z których chciałoby się wyjść i odetchnąć, naturalnie chcą tego z miłości, ale to
właśnie jest straszne. Przerywam, koniec strony jest ostrzeżeniem, stałoby się to
zbyt niepohamowane.

Twój, Twój, Twój

[Na dołączonej kartce]
21.XI.12
Załączam swoją fotografię, miałem może 5 lat, zagniewana mina wtedy była

zabawna, dziś uważam ją za ukrywaną powagę. Musisz mi ją jednak odesłać, jest
własnością moich rodziców, którzy właśnie wszystko chcą posiadać

i  na  wszystkim  położyć  rękę.  (Że  też  akurat  dzisiaj  musiałem  Ci  napisać  o

Twojej  Matce!)  Gdy  mi  ją  odeślesz,  poślę  Ci  jeszcze  inne,  i  wreszcie  jedną
niedobrą,  nic  nie  wartą  fotografię  obecną,  którą  możesz  zachować,  jeśli  chcesz.
Nie,  na  tej  fotografii  nie  miałem  jeszcze  pięciu  lat,  może  raczej  dwa,  ale  to  Ty
jako  osoba  lubiąca  dzieci  będziesz  mogła  lepiej  ocenić  niż  ja,  który  na  widok
dzieci wolę zamykać oczy.

Franz

Prosić Cię o Twoją fotografię albo o wypożyczenie jakiejś Twojej fotografii,

na  to  właśnie  teraz  moment  byłby  najmniej  stosowny.  To  tylko  taka  uwaga  na
marginesie.

22.XI.12
Najdroższa! Nie mam czasu, żeby prosić Cię o przebaczenie z powodu bólu,

jaki  Ci  sprawiłem  w  czwartek  i  który  w  Twoim  liście  dzisiejszym  tak  jest
widoczny, że nawet ślepy głupiec musiałby odczuwać litość. Ale nie ja, ja dalej
grzeszę,  i  wszystko,  cokolwiek  robię,  zamienia  się  w  działanie  przeciw  Tobie,
chociaż jednocześnie w jakiejś innej rzeczywistości chciałbym wszakże paść na
ziemię dla Ciebie, jakbym od dawien dawna tylko dla Ciebie był na tym świecie.
Jakby  jeszcze  tego  było  za  mało,  że  Twój  list  zostawiam  w  kieszeni,  że  moja
matka  go  czyta  i  pisze  do  Ciebie.  To  byłaby  jednak  wina,  którą  mógłbym  sobie
ostatecznie  wybaczyć.  Ale  winny  coraz  bardziej  wplątuje  się  w  swoją  winę.
Wczoraj,  gdy  miałem  przy  sobie  Maksa,  cała  rzecz  wydawała  mi  się  niedobra,
ale  jeszcze  znośna;  przyrzekłem  mu,  jeśli  wręcz  nie  przysiągłem,  że  nic  nie
powiem matce. A nawet gdybym tego nie przysiągł, ze względu na Ciebie byłoby
to  samo  przez  się  zrozumiałe.  Ale  oto  jak  ja  zdobywam  się  na  spokój,  gdy

background image

nakazują to ważne względy, nawet to, co najdroższe.  Już  wtedy,  gdy  rozstawszy
się  z  Maksem  odbywałem  mały  spacer,  zaczęło  się  we  mnie  gotować,  miałem
głowę  wypełnioną  wściekłością,  jak  parą,  a  gdy  przyszedłem  do  domu,  byłem
przekonany,  że  jeżeli  nie  powiem,  co  o  tym  myślę,  nie  będę  mógł  już  nigdy
odezwać się do matki ani słowem. W domu byli goście, narzeczony i jeden z jego
przyjaciół.  Poszedłem  prosto  do  swego  pokoju,  dokładnie  przewidując,  że  nie
będę  mógł  tam  wytrzymać,  dziwiłem  się,  że  mieszkanie  jeszcze  się  trzyma,  tak
wszystko  było  we  mnie  napięte.  Matka,  jakby  coś  przeczuwając,  zaczęła  się
kręcić  po  przedpokoju.  No  i  zetknęliśmy  się,  co  było  nieuniknione,  i
powiedziałem  jej,  co  myślę,  powiedziałem  jej  to  w  wybuchu  niemal  całkiem
nieopanowanym. Jestem przekonany, że to było dobre dla nas obojga, dla matki i
dla mnie, wydaje mi się, że nigdy w życiu nie rozmawiałem z nią tak przyjaźnie
jak  po  tej  scenie.  Tyle  chłodu  lub  fałszywej  życzliwości,  ile  ja  od  dawna
musiałem  okazywać  moim  rodzicom  (z  mojej  i  z  ich  winy),  nie  zdarzyło  mi  się
zaobserwować w żadnej innej rodzinie naszych krewnych lub przyjaciół. U matki
widzę,  mimo  jej  troski,  szczęście,  które  odczuwa  z  powodu  obecnych  naszych
stosunków  po  złym  wieczorze  wczorajszym.  Ty  byłaś  na  pewno  moim  dobrym
aniołem, tutaj, jak wszędzie. Ale nie o to teraz chodzi. Ze względu na Ciebie nie
powinienem był nic mówić swojej matce, a jednak to zrobiłem. Najdroższa, czy
także i to jeszcze będziesz mi mogła wybaczyć? Niedługo tyle się nazbiera moich
przewinień  wobec  Ciebie,  że  za  nie  nawet  ziemscy  sędziowie  uczynią  mnie
Twoim  niewolnikiem  za  długi,  którym  przed  sędziami  wyższymi  już  dawno
jestem.

Czy  mam  jeszcze  prawo  przyjąć  pocałunek  pojednania,  który  dajesz  mi  na

końcu  swego  listu,  zwłaszcza  że  byłby  to  wtedy  pocałunek,  który  ani  Twojemu,
ani mojemu listowi nie pozwoliłby się w ogóle skończyć.

Franz

Max Brod do Felicji Bauer
Praga, Dyrekcja Poczty, 22.11.1912.
Szanowna  i  łaskawa  Pani  —  Franz,  jak  się  wydaje,  był  przez  Pani  list  już

jakoś  przygotowany,  bo  gdy  mu  lekko  napomknąłem,  szybko  się  domyślił  i  nie
mogłem już dłużej zaprzeczać, że jego matka przeczytała Pani list itd. — Ponadto
rzecz miała dobre skutki i od teraz będzie on bardziej uważał.

W  sprawie  listu  nie  muszę  dużo  mówić:  matka  Franza  bardzo  go  kocha,  ale

nie ma najmniejszego pojęcia, kim jest jej syn i jakie są jego potrzeby. Literatura
jest „rozrywką ! Mój Boże! Jak gdyby nie pożerała ona naszego serca; ale chętnie
składamy  tę  ofiarę.  —  Z  panią  Kafkową  miałem  już  często  scysje.  Nie  pomoże
największa  miłość,  jeśli  się  tak  nie  ma  zrozumienia.  Jej  list  jeszcze  raz  to
potwierdza.  —  Po  wieloletnich  eksperymentach  Franz  znalazł  wreszcie  jedyny
dla siebie odpowiedni sposób odżywiania się, mianowicie wegetariański. Przez
lata  całe  chorował  na  żołądek,  teraz  jest  tak  zdrowy  i  rześki,  jak  jeszcze  nigdy,
odkąd  go  znam.  Ale  naturalnie  przychodzą  zaraz  rodzice  ze  swoją  banalną

background image

miłością  i  chcą  go  z  powrotem  zmusić  do  mięsa  i  z  powrotem  wpędzić  w
chorobę. — Zupełnie tak samo jest z jego dzieleniem snu. Wreszcie znalazł to, co
dla  niego  właściwe,  może  spać,  w  idiotycznym  biurze  wypełniać  swoje
obowiązki i uprawiać twórczość literacką. Rodzice jednak... Tutaj naprawdę nie
mogę  nie  pomyśleć  czegoś  przykrego.  —  Bogu  dzięki  Franz  odznacza  się
zbawiennym uporem i ściśle trzyma się tego, co jest dla niego zdrowe. Rodzice
nie  chcą  zrozumieć  właśnie  tego,  że  dla człowieka  wyjątkowego, jakim  jest
Franz,  konieczne  są  także wyjątkowe  warunki, żeby  nie  zmarniał  jego  delikatny
duch. Ostatnio musiałem o tym napisać do pani Kafkowej, list pierwszy raz taki
długi,  na  8  stron.  Rodzice  chcieli,  żeby  Franz  po  południu  chodził  do  fabryki.
Usłyszawszy  o  tym,  Franz  był zupełnie  zdecydowany  popełnić  samobójstwo i
napisał  już  do  mnie  list  pożegnalny.  W  ostatnim  momencie  udało  mi  się  przez
zupełnie  bezwzględną  interwencję  obronić  Franza  przed  jego  „kochającymi
rodzicami.

Jeśli  rodzice  tak  go  kochają,  dlaczego  nie  dadzą  mu,  jak  córce,  30  000

guldenów,  żeby  mógł  rzucić  biuro  i  gdzieś  na  Riwierze,  w  jakiejś  małej,  taniej
miejscowości,  tworzyć  dzieła,  które  Bóg  chce  wydać  na  świat  poprzez  jego
mózg? —

Póki Franz nie będzie w takiej sytuacji, nigdy nie będzie zupełnie szczęśliwy.

Bo cala jego natura wola o życie spokojne, poświęcone sztuce poetyckiej, wolne
od  trosk.  W  dzisiejszych  warunkach  jego  życie  jest  w  większym  lub  mniejszym
stopniu  wegetacją  ze  szczęśliwszymi  momentami  jasnymi.  —  Teraz  będzie  Pani
też lepiej rozumiała jego nerwowość.

Ukaże się teraz naprawdę piękna książka Kafki. Może mu się z nią poszczęści

i będzie mógł zacząć żywot czysto literacki. Pisze także wielką powieść, jest już
przy siódmym rozdziale i przewiduję, że będzie ona wielkim sukcesem.

O  Nornepygge  mówię  niechętnie,  ta  książka  jest  jedyną  z  moich  prac,  która

stała mi się zupełnie obca. Dziękuję Pani za życzliwe zainteresowanie.

Łączę serdeczne pozdrowienia

oddany Max Brod

23.XI.12
Najdroższa,  mój  Boże,  jak  ja  Ciebie  kocham!  Jest  bardzo  późna  noc,

odłożyłem swoją małą historię, nad którą co prawda już dwa wieczory wcale nie
pracowałem  i  która  w  cichości  zaczyna  się  rozrastać  w  jakąś  większą  historię.
Dać  Ci  ją  do  przeczytania,  jak  bym  to  miał  zrobić?  nawet  gdyby  już  była
skończona? Napisana jest bardzo nieczytelnie, ale nawet gdyby to nie stanowiło
przeszkody, bo pięknym pismem na pewno Ciebie dotychczas nie rozpieszczałem,
nie chcę Ci nic posyłać do czytania. Sam chcę Ci czytać. Tak, to byłoby piękne,
przeczytać Ci tę historię i być przy czytaniu zmuszonym trzymać Twoją rękę, bo
historia jest trochę straszna. Nazywa się Przemiana i napędziłaby Ci porządnego
strachu, i może podziękowałabyś za całą tę historię, bo wszakże swoimi listami
muszę  Ci  niestety  co  dzień  napędzać  strachu.  Najdroższa,  wraz  z  tym  lepszym

background image

papierem  listowym  zacznijmy  też  lepsze  życie.  Właśnie  złapałem  się  na  tym,  że
przy  pisaniu  poprzedniego  zdania  patrzyłem  zupełnie  prosto  w  górę,  jakbyś  Ty
była  tam  wysoko.  Ale  obyś  mogła  być  nie  tam  w  górze,  co  jest  niestety
rzeczywistością,  lecz  tutaj  przy  mnie  w  czeluści.  A  jest  to  naprawdę  czeluść
głęboka,  nie  miej  co  do  tego  złudzeń,  im  spokojniej  będziemy  odtąd  pisać  do
siebie — oby Bóg nam tego wreszcie użyczył — tym wyraźniej to zobaczysz. Ale
gdybyś  mimo  to  została  przy  mnie!  Może  jest  powołaniem  spokoju  i  siły  tam
pozostawać, gdzie proszą o nie smutny niepokój i słabość.

Jestem  teraz  zbyt  posępny  i  może  nie  powinienem  pisać  do  Ciebie.  Ale

bohaterowi mojej małej historii także zbyt źle się dziś powodziło, a przy tym jest
to tylko ostatni stopień na drodze do jego nieszczęścia, które odtąd trwać będzie
nieprzerwanie.  Jak  więc  mógłbym  być  szczególnie  wesoły!  Ale  jeśli  mój  list
miałby  być  tylko  przykładem,  że  i  Ty  nie  powinnaś  drzeć  najmniejszej  kartki,
którą już dla mnie napisałaś, jest to jednak list dobry i ważny. Nie myśl zresztą,
że zawsze jestem taki smutny, nie, taki jednak nie jestem, aż do jednego jedynego
punktu  nie  mam  się  na  co  skarżyć  pod  żadnym  względm,  w  każdym  razie  za
bardzo skarżyć, i aż do tego jednego punktu niezmiennie czarnego wszystko może
się  jeszcze  ułożyć  dobrze  i  pięknie,  a  dzięki  Twojej  dobroci  wspaniale.  W
niedzielę, jeśli będzie po temu czas i zdolność, porządnie Ci się o tym rozpiszę,
Ty  zaś  będziesz  może  potem,  z  rękoma  złożonymi  na  piersiach,  patrzeć  na  to
wielkie obdarowanie. Najdroższa, teraz jednak idziemy do łóżka, oby Tobie była
dana piękna niedziela, mnie zaś kilka Twoich myśli.

Franz

24.XI.12
[Zaczęty w nocy z 23 na 24 listopada 1912]
Najdroższa!  Co  to  za  wyjątkowo  wstrętna  historia,  ta,  którą  teraz  znowu

odkładam,  żeby  się  pokrzepić  myślami  o  Tobie.  Teraz  posunęła  się  już  trochę
ponad połowę i ogólnie biorąc nie jestem też z niej niezadowolony, ale wstrętna
jest  bezgranicznie  i  takie  rzeczy,  widzisz,  wychodzą  z  tego  samego  serca,  w
którym  Ty  mieszkasz  i  które  jako  mieszkanie  znosisz.  Nie  smuć  się  tym,  bo  kto
wie, może im więcej piszę i im bardziej się wyzwalam, tym czystszy się staję dla
Ciebie i bardziej Ciebie godny, ale na pewno dużo jeszcze musi zostać ze mnie
wyrzucone,  a  noce  nie  mogą  być  dostatecznie  długie  dla  tego  zajęcia  skądinąd
nadzwyczaj rozkosznego.

Ale  zanim  pójdę  teraz  spać  (jest  faktycznie  godzina  trzecia  w  nocy,  choć  na

ogół  pracuję  tylko  do  godziny  pierwszej,  określenie  czasu  w  jednym  z  moich
ostatnich  listów  źle,  jak  się  wydaje,  zrozumiałaś,  oznaczało  ono  godzinę  trzecią
po  południu,  zostałem  wtedy  w  biurze  i  pisałem  do  Ciebie),  chcę  Ci  jeszcze
powiedzieć  do  ucha,  ponieważ  tego  żądasz  i  ponieważ  jest  to  tak  łatwe,  jak  ja
Ciebie kocham. Kocham Cię, Felice, tak bardzo, że chciałbym, jeśli będziesz mi
zachowana, żyć wiecznie, jednakże, o czym nie należy zapominać, jako człowiek
zdrowy  i  Tobie  równy.  Tak  to  więc  jest,  wiedz  o  tym,  i  to  jest  zapewne  już

background image

niemal poza językiem pocałunków, i gdy to sobie uświadamiam, nie pozostaje mi
już  niemal  znak  inny,  jak  tylko  pogłaskać  Twoją  rękę.  I  dlatego  nazywam  Cię
chętniej  Felice  niż  Najdroższą,  i  chętniej  piszę  Ty  niż  Ukochana.  Ponieważ
jednak  chcę  z  Tobą  powiązać  najwięcej,  jak  można,  nazywam  Cię  też  chętnie
Najdroższą i jestem szczęśliwy, że w ogóle wolno mi Cię nazywać.

Niedziela  [24  listopada  1912]  po  obiedzie  Dwa  listy!  Dwa  listy!  Czy  jest

taka  niedziela,  która  mogłaby  w  swym  dalszym  przebiegu  dorównać  takiemu
wstępowi. Teraz więc, Najdroższa, ponieważ także i to nie tylko mi wybaczyłaś,
lecz  także  teraz  zrozumiałaś,  będziemy  już  spokojni,  cokolwiek  się  stanie,
nieprawdaż,  Felice,  i  bez  zakłóceń  będziemy  się  kochać  nawzajem.  Obym  tylko
miał  tę  siłę,  żeby  Cię  listami  uczynić  znowu  raźną  i  wesołą,  tak  jak  miałem
niestety  dosyć  słabości,  żeby  Cię  listami  czynić  zmęczoną  i  do  płaczu  smutną.
Niemal w to wierzę. Ale jeśli mi się to uda, znowu będę to zawdzięczać tylko tej
wzmacniającej świadomości, że Ciebie mam za przyjaciółkę i że mogę się oprzeć
na człowieku takim jak Ty.

Tylko  proszę  Cię,  Najdroższa,  proszę,  nie  pisz  już  w  nocy,  te  Twoje  listy

okupione  snem  czytam  tylko  z  mieszaniną  szczęścia  i  żałości.  Nie  rób  już  tego
więcej, śpij tak pięknie, jak na to zasługujesz, nie mógłbym spokojnie pracować
wiedząc, że Ty jeszcze czuwasz, i to z mojego powodu. Natomiast gdy wiem, że
Ty  śpisz,  wtedy  pracuję  tym  dzielniej,  bo  wtedy  wydaje  mi  się,  jakbyś  Ty  była
całkowicie powierzona mojej o Ciebie trosce, bezradna i potrzebująca opieki w
tym zdrowym śnie, i jakbym pracował dla Ciebie i dla Twojego dobra. Jak przy
takich myślach mogłaby zacinać się praca! Śpij więc, śpij, o ile więcej pracujesz
też ode mnie w ciągu dnia. Śpij koniecznie już jutro, już nigdy nie pisz do mnie
listu  w  łóżku,  najlepiej  już  dzisiaj  nie,  jeśli  moje  życzenie  ma  dosyć  siły.  Za  to
możesz  śmiało  przed  ułożeniem  się  do  snu  wyrzucić  za  okno  cały  swój  zapas
tabletek  aspiryny. A  więc  nie  pisać  już  nigdy  wieczorem,  pisanie  w  nocy  mnie
zostawić,  zostawić  mi  tę  małą  możliwość  dumy  z  pracy  nocnej,  to  jest  jedyne
życzenie, z jakim się do Ciebie zwracam, inaczej byłbym już wszakże zbyt uległy,
a  to  na  pewno  i  Tobie  by  się  nie  podobało. Ale  zaczekaj  chwilę,  na  dowód,  że
praca  nocna  wszędzie,  także  w  Chinach,  jest  rzeczą  mężczyzn,  przyniosę z
biblioteki  (która  jest  w  sąsiednim  pokoju)  jedną  książkę  i  przepiszę  dla  Ciebie
mały  wiersz  chiński.  Więc  już  go  mam  (co  za  hałas  robi  mój  ojciec  z  moim
małym  siostrzeńcem):  jest  dziełem  poety  Jan-Tsen-Tsai  (1716—97),  o  którym
znajduję  taki  przypis:  „Bardzo  utalentowany  i  przedwcześnie  dojrzały,  robił
świetną  karierę  w  służbie  państwowej.  Był  niezwykle  wszechstronny  jako
człowiek i jako artysta. Ponadto do zrozumienia wiersza konieczna jest uwaga, że
zamożni  Chińczycy  przed  ułożeniem  się  do  snu  perfumowali  swoje  posłanie
aromatycznymi  esencjami.  Poza  tym  wiersz  jest  może  troszeczkę  niesto  sowny,
ale tę nieprzyzwoitość hojnie wynagradza pięknem. Oto więc wreszcie jego tekst:

W głębi nocy
W tej zimnej nocy nad książką
zapomniałem, że pora pójść do łóżka.
Perfumy  mojej  kołdry  przetykanej  złotem  już  się  ulotniły  i  zgasł  ogień  w

background image

kominku.

Moja  piękna  kochanka,  która  dotąd  z  trudem  hamowała  gniew,  wyrywa  mi

lampę

I pyta mnie: Czy wiesz, która to godzina?
No? Jest to wiersz, który trzeba smakować. Zresztą przy lekturze tego wiersza

przychodzą mi na myśl trzy różne rzeczy, lecz zachodzącego między nimi związku
nie chcę dalej badać.

Po  pierwsze  bardzo  mnie  ucieszyło,  że  w  głębi  duszy  jesteś  wegetarianką.

Prawdziwych jaroszów właściwie niezbyt lubię, bo sam jestem prawie jaroszem
i nie widzę w tym nic szczególnie sympatycznego, tylko coś zupełnie naturalnego,
ale  ludzi,  którzy  w  głębi  serca  są  dobrymi  wegetarianami,  lecz  dla  zdrowia,  z
obojętności lub z powodu nieprzywiązywania w ogóle wagi do jedzenia, zjadają
mięso  czy  co  jeszcze  jest  akurat  na  stole  jakby  mimochodem  i  lewą  ręką,  tych
właśnie  lubię.  Szkoda,  że  moja  miłość  do  Ciebie  tak  się  pospieszyła,  iż  nie
zostawia już miejsca na to, żebym mógł Cię kochać jeszcze za Twoje odżywianie
się. Więc moje dziwactwo spania przy otwartym oknie także i Ty uprawiasz? Czy
otwarte  jest  przez  cały  rok?  Także  w  zimie?  I  zupełnie  otwarte?  W  takim  razie
miałabyś nade mną przewagę, bo ja w zimie tylko je uchylam na szerokość małej
szpary.  Co  prawda  moje  okno  wychodzi  na  wielki,  pusty  plac  budowlany,  za
którym  płynie  Wełtawa.  A  za  nią  zaczynają  się  od  razu  wzgórza  z  ogrodami
publicznymi.  Jest  więc  dużo  powietrza,  wiatru  i  chłodu,  tak  że  jeżelibyś  Ty  na
Immanuel-Kirchstrasse  nawet  jeszcze  teraz  zostawiała  w  nocy  okno  zupełnie
otwarte, nie jest pewne, że uczyniłabyś to także w pokoju położonym tak jak mój.
Poza tym, góruję nad Tobą jeszcze tym, że mój pokój jest w ogóle nie opalany, a
ja jednak w nim piszę. Teraz zauważyłem nawet (siedzę tuż przy oknie), że okno
wewnętrzne jest zupełnie otwarte, a zewnętrzne tylko lłekko zamknięte, podczas
gdy  na  dole  balustrada  mostu  jest  pokryta  nie  śniegiem,  lecz  szronem.  Teraz
spróbuj jeszcze rywalizować ze mną.

Wiersz  Twoich  Małych  Pań  jest  wspaniały.  Oczywiście  Ci  go  odsyłam,  ale

go sobie przepisałem. Ażeby jednak tę pannę Brühl ukarać za mężczyznę z „von
przed nazwiskiem, którego życzy Tobie, lub raczej któremu życzy Ciebie — życzę
jej na jej urodziny, żeby od dnia dzisiejszego  każdego  wieczoru  po  zakończeniu
pracy  biurowej  przez  cały  rok  aż  do  jej  następnych  urodzin  dwaj  wściekli
prokurenci  stawali  obok  niej  z  prawej  i  z  lewej  strony  i  bez  przerwy,  i
jednocześnie aż do północy dyktowali jej listy. I tylko dlatego, że układa ona tak
miłe wiersze, mogę, jeśli się za nią wstawisz, obniżyć jej karę do pół roku. Ale
ponieważ  Ty  ją  lubisz  i  ponieważ  umie  się  ona  tak  ładnie  cieszyć,  wyślę  jej  z
Chrastavy  (to  jest  za  Libercem,  w  górach),  dokąd  niestety  muszę  pojechać  jutro
rano, widokówkę, na której obcą ręką, poproszę o to kogoś, i bez podpisu będzie
napisane: „Serdeczne życzenia szczęścia. Ale ach! Od kogo?

Już  dawno  chciałem  Cię  zapytać,  jak  znajdujesz  czas  na  to,  żeby  tyle  i  tak

rozmaitych  czasopism,  o  których  wspominasz  w  swoim  drugim  liście,  że
otrzymujesz  je  w  swojej  codziennej  poczcie,  prenumerować  lub  wręcz  czytać?
Już  tyle  ich  tam  wymieniłaś,  a  potem  następowało  jeszcze  itd. Ale  jeśli  tak  jest

background image

rzeczywiście,  tzn.  jeśli  dobrze  to  zrozumiałem,  to  moglibyśmy  wprowadzić
jeszcze jedną uzupełniającą komunikację między nami. Ja nie mogę mieć w ręku
tylu  rzeczy,  ile  Ty  dostajesz  do  rąk,  i  nie  mogę  Ci  posyłać  wszystkich  rzeczy,
które  mnie  jakoś  obeszły.  Otóż  dawno  już  miałem  plan,  i  tylko  z  opieszałości
wciąż  zaniedbywałem  jego  wykonanie,  żeby  wycinać  i  przechowywać  różne
wiadomości  z  gazet,  które  z  jakiegoś  powodu  były  dla  mnie  zaskakujące,
zainteresowały  mnie  i  na  jakiś  czas  nie  dający  się  przewidzieć  były  dla  mnie
osobiście ważne, na ogół były to na pierwszy rzut oka tylko dro biazgi, ostatnio
np. Beatyftkacja 22 chrześcijańskich młodzieniaszków z Ugand (to nawet w tej
chwili  znalazłem  i  załączam).  Prawie  co  drugi  dzień  znajduję  w  gazecie  tego
rodzaju  wiadomość,  formalnie  tylko  dla  mnie  przeznaczoną,  ale  nie  mam
potrzebnej  cierpliwości,  żeby  taki  zbiór  dla  siebie  zacząć,  a  co  dopiero  dla
siebie go kontynuować. Dla Ciebie będę to jednak robił z przyjemności, Ty zaś,
jeśli Ci się ten pomysł podoba, rób to samo dla mnie. Takie wiadomości, które
nie są przeznaczone dla wszystkich czytelników, lecz skierowane są tylko do tych
lub  owych  określonych  czytelników,  przy  czym  krytyk  stojący  z  boku  nie
potrafiłby  znaleźć   przyczyny  tego  szczególnego  zainteresowania,  znajdzie  dla
siebie  na  pewno  każdy,  a  takie  drobne  wiadomości,  które  Ciebie  szczególnie
obchodzą,  miałyby  dla  mnie  większą  wartość  niż  mój  własny  zbiór,  który
mógłbym  Ci  przeto  posyłać  bez  większego  żalu.  Zrozum  mnie  dobrze,  mam  na
myśli tylko małe wycinki z gazet codziennych, przede wszystkim o rzeczywistych
wydarzeniach,  wycinki  z  czasopism  byłyby  tylko  rzadkimi  wyjątkami,  nie
powinnaś  sądzić,  że  chcę,  byś  dla  mnie  niszczyła  swoje  piękne  zeszyty.  Ja  sam
czytam  zresztą  tylko  „Prager  Tagblatt"  ,  i  to  bardzo  pobieżnie,  a  z  czasopism
„Neue Rundschau" i następnie jeszcze pismo „Palästina" , którego mi jednak teraz
już  nie  przysyłają,  choć  wciąż  jeszcze  opłacam  prenumeratę.  (Prawdopodobnie
czasopismo  to  uważa,  że  na  tym  naszym  wspólnym  wieczorze  jednym  swoim
ówczesnym  zeszytem  zrobiło  dla  mnie  więcej  niż  dla  innych  prenumeratorów
całym  rocznikiem,  i  to  jest  niewątpliwie  prawda.)  Żeby  inaugurując  ten  zbiór
wysłać  od  razu  jakiś  mocny  artykuł,  dołączam  jeszcze  sprawozdanie  z
obrzydliwego  procesu.  Teraz,  ponieważ  już  wspomniałem  o  podróży  do
Chrastavy, nie opuszcza mnie ta przykra myśl. Moja mała historia byłaby jutro na
pewno skończona, a tymczasem muszę jutro o 6 wyjechać, o 10 przyjeżdżam do
Liberca,  o  7  rano  jadę  do  Chrastavy  do  sądu  i  mam  mocny  zamiar  w  odnośnej
sprawie  dosyć  trudnej  i  ryzykownej  tak  jednoznacznie  i  energicznie  się
zblamować,  żeby  już  nigdy  mnie  nie  wysyłano  z  podobnymi  poruczeniami.
Zresztą  mam  nadzieję,  że  już  we  wtorek  o  4  po  południu  będę  z  powrotem  w
Pradze, gdzie natychmiast pobiegnę do biura, ażeby na wszelki wypadek (ale bez
najmniejszego  podniecenia,  bez  naj-,  najmniejszego  podniecenia),  zobaczyć,  czy
nie  będzie  tam  listu  od  Ciebie,  a  potem,  z  listem  zadowolony,  bez  listu
opanowany, pójdę do domu i rzucę się do łóżka. Jeśli ten plan ma się udać, muszę
wprawdzie w sądzie w Chrasta-vie zakończyć sprawę najpóźniej w ciągu trzech
godzin,  ale  myślę  o  tym,  żeby,  gdy  będzie  się  zbliżać  koniec  trzeciej  godziny,
stopniowo popadać w omdlenie i dać się możliwie  szybko  zanieść  na  dworzec.

background image

Wówczas  w  protokole  sądowym  zamiast  mojego  podpisu  będzie  napisane:
„Przedstawiciel  Zakładu  (nie  Towarzystwa,  Najdroższa!)  Ubezpieczeń  od
Wypadków  przy  Pracy  zasłabł  i  musiał  zostać  wyprowadzony.  Jak  podwójnie
żywotny będę potem w pociągu i jak będę się spieszył do Pragi!

Ach,  jeszcze  tyle  mam  Ci  do  powiedzenia  i  tyle  pytań  do  postawienia,  a

tymczasem  jest  już  tak  późno  i  już  nie  mam  sił.  Dziś  przed  południem  byłem  u
Bauma  (czy  znasz  Oskara  Bauma?),  jak  w  każdą  niedzielę,  i  przeczytałem  (był
tam  także  Maks  ze  swoją  narzeczoną)  pierwszą  część  swojej  małej  historii.
Potem przyszła tam panna, która jakimś drobnym szczegółem swego zachowania
przypominała  mi  Ciebie.  (Niewiele  mianowicie  potrzeba,  żeby  mi  Ciebie
przypomnieć.) Patrzyłem na nią jak zaczarowany i gdy to małe podobieństwo już
wyczerpałem oczyma, byłbym chętnie poszedł do okna, żeby przez nie wyglądać,
żadnego człowieka nie widzieć i w pełni należeć do Ciebie.

Z  moją  matką  układa  się  bardzo  dobrze.  Nawet  jakiś  dobry  stosunek

wytwarza  się  między  nami,  wspólna  krew  wydaje  się  nabierać  jakiegoś
znaczenia,  ona  wydaje  się  bardzo  Ciebie  lubić.  Napisała  też  już  do  Ciebie  list,
ale ja nie pozwoliłem go wysłać, był zbyt pokorny, był taki, jakiego byłbym się
domagał wtedy, tego złego wieczoru, i to nie byłoby dobrze. Wkrótce napisze do
Ciebie list spokojny, przyjazny, tak sądzę.

A  więc  zdjęcia  nie  dostanę?  I  Humor  nie  został  sfotografowany?  Co  za

dziwne  towarzystwo,  które  pozwoliło  wymknąć  się  takiej  okazji? A  czy  nie  ma
zdjęć  grupowych  z  biura?  Widoków  pomieszczeń  biurowych?  Fabryki?
Immanuel-Kirchstrasse?  A  adres  waszej  filii  praskiej?  Na  czym  polega  Twoja
praca?  Interesuje  mnie  każdy  drobiazg  z  Twojego  biura  (w  przeciwieństwie  do
mojego biura). Jakie ładne nazwy są u was. Ty więc jesteś w rejestraturze? Co to
właściwie  jest?  Jak  możesz  dyktować  jednocześnie  dwom  dziewczętom?  Jeśli
przyślesz  mi  coś  ładnego  ze  swojego  biura,  ja  Ci  poślę  sprawozdania  roczne
mojego  zakładu  z  ogromnie  interesującymi  rozprawami  mojego  pióra.  A  teraz
ściskam Cię na pożegnanie.

Franz

24.XI.12
Ze  szczególnej  przebiegłości  —  ażeby  przed  Ukochaną  zabłysnąć

przebiegłością — nadaję każdy arkusz tego listu niedzielnego (a jest ich pięć) w
osobnej  kopercie,  a  to  z  uwagi  na  prześladującą  nas  pocztę,  która  nie  może
wszakże  zgubić  wszystkich  listów  (nawet  jeśli  nie  mogą  one,  ponieważ  dzisiaj
jest niedziela, być polecone). Co prawda niebezpieczeństwo jest znowu większe
przez  to,  że  przy  takiej  metodzie  ten  lub  ów  arkusz  może  się  zawieruszyć,  ale
robię,  co  mogę,  i  nie  chcę  przez  wypowiadanie  dalszych  obaw  przywabić
niebezpieczeństwa.

W środę, Najdroższa, prawdopodobnie nie dostaniesz ode mnie listu, raczej

widokówkę,  tę  jednaki  może  raczej  w  swoim  mieszkaniu,  żeby  nie
zainteresowała się nią młoda dama.

background image

Napisz mi, proszę, bardzo dokładnie, czy dobrze się czujesz; te bóle głowy!

Te  płacze!  Ta  nerwowość!  Najdroższa,  tyle  razy  Cię  proszę,  wysypiaj  się
porządnie,  odbywaj  spacery,  a  jeśli  przy  czytaniu  mojego  listu  zobaczysz,  że
nadchodzi coś przykrego, co nieopatrznie zaniedbałem opuś cić, podrzyj, proszę,
list,  na  nic  się  nie  oglądając,  ale  spokojnie!  spokojnie!  Jeden  list  to  nic
wielkiego, zamiast jednego napiszę Ci dziesięć, a jeśli dziesięć podrzesz, dla ich
zastąpienia napiszę Ci sto.

Twój Franz
Czy  w  lecie  nie  powinnaś  pojechać  raczej  do  jakiegoś  sanatorium? Życie

sanatoryjne opiszę Ci niebawem bardzo zachęcająco.

Moja Ty, może się orientujesz, czy    Żydzi   grają w Berlinie, sądzę, że chyba

tak. Niestety Löwy emu dotychczas nie odpisałem, w tym, o czym Ci pisałem w
moim  pierwszym  liście,  mianowicie  że  jestem  korespondentem  niepunktualnym,
nic się dotąd nie zmieniło.

Rocznik  [„Arkadia  ]  wyjdzie  najwcześniej  w  lutym.  Moja  książeczka

[Rozważanie] wyjdzie  w  przyszłym  miesiącu  lub  w  styczniu.  Obie  rzeczy
otrzymasz oczywiście natychmiast po ich ukazaniu się. Do Flauberta umyślnie nic
nie wpisałem, jest to książka, do której nie pasuje żadne obce pismo. A poza tym
wcale  nie  wiem,  czy  jeszcze  potrafiłbym  napisać  dla  Ciebie  coś,  co  można  by
pokazać publicznie.

Twój

25.XI.12, niedziela w nocy
[W nocy z niedzieli 24
na poniedziałek 25 listopada 1912]
Tak  więc  muszę  dziś,  Najdroższa,  moją  małą  historię,  nad  którą  dzisiaj  nie

pracowałem  tyle  co  wczoraj,  odłożyć  i  z  powodu  tej  przeklętej  podróży  do
Chrastavy  przez  jeden  lub  nawet  dwa  dni  pozwolić  jej  odpoczywać.  To  mnie
bardzo  martwi,  mimo  że  najprawdopodobniej  nie  będzie  miało  za  bardzo  złych
następstw  dla  samej  tej  historii,  do  której  jednak  potrzebuję  jeszcze  trzech  lub
czterech wieczorów. Mówiąc o następstwach nie za bardzo złych mam na myśli
to,  że  historia  niestety  dostatecznie  już  ucierpiała  od  mojego  trybu  pracy.  Taką
historię  powinno  się  pisać  z  jedną  najwyżej  przerwą  dwa  razy  po  dziesięć
godzin,  wtedy  miałaby  ona  ten  swój  naturalny  rozpęd  i  napór,  który  ubiegłej
niedzieli 

miała 

mojej 

głowie. 

Ale 

takimi 

dwoma 

okresami

dziesięciogodzinnymi  nie  rozporządzam.  Toteż  jest  się  zmuszonym  próbować
robić tylko najlepiej, jak się da, jeśli naprawdę dobrze nie można. Ale szkoda, że
nie  mogę  Ci  jej  odczytywać,  szkoda,  szkoda,  np.  każdej  niedzieli  przed
południem. Nie po południu, bo wtedy nie mam czasu, wtedy muszę pisać listy do
Ciebie.  Dziś  pisałem  rzeczywiście  do  645  wieczorem,  potem  położyłem  się  do
łóżka, chociaż właściwie powinienem był przedtem wrzucić listy, ale obawiałem
się,  że  wtedy  za  późno  byłbym  w  łóżku  i  nie  mógłbym  usnąć,  bo  gdy  się  już
wieczorem  zgromadzi  całe  towarzystwo,  wtedy  od  samej  gry  w  karty  (jedynej

background image

może  rzeczy,  do  której  nawet  ze  względu  na  mego  ojca  tylko  bardzo  rzadko
potrafiłem  się  zmusić)  nie  ma  już  dla  mnie  spokoju. Ale  dzisiaj  ta  obawa  była
niepotrzebna,  ponieważ,  o  czym  nie  wiedziałem,  rodzice  i  moja  najmłodsza
siostra  byli  wieczorem  u  mojej  zamężnej  siostry,  a  siostra  średnia  ze  swoim
narzeczonym  na  wsi  z  wizytą  u  swoich  przyszłych  teściów.  Mimo  to  źle  jednak
spałem, co było oczywistą karą za to, że jednak przedtem nie nadałem listów, ale
też  nikt  mnie  nie  budził,  ponieważ  w  mieszkaniu  nie  było  nikogo  oprócz
pokojówki,  która  ma  lat  17,  ale  jest  cicha  jak  cień,  leżałem  więc  w  półśnie  i  z
powodu grobowego chłodu w moim pokoju nie miałem nawet tyle energii, żeby
wyciągnąć  rękę  po  zegarek.  Gdy  wreszcie  to  jednak  uczyniłem,  ku  mojemu
przerażeniu  było  już  wpół  do  10-ej.  Na  litość  boską,  jeśli  teraz  miałoby  się
okazać,  że  listy  zostały  wrzucone  za  późno!  Szalona  dwuminutowa  gimnastyka,
jak Ci już może raz tłumaczyłem, przy zupełnie otwartym oknie, potem ubrałem 
się i na dworzec. Na dole przed domem, teraz w naszej dzielnicy niezbyt ludnej
zamyka się bramy już o 9 godzinie, udało mi się przez szybkie skręcenie uniknąć
spotkania z rodziną, która właśnie wracała do domu, i oto pędziłem na dworzec.
Mam teraz nowe buty i moje kroki straszliwie głośno słychać na pustych ulicach.
Miejmy  nadzieję,  że  przynajmniej  listy  dojdą  na  czas.  Potem,  po
natychmiastowym  powrocie,  był  jak  zawsze  mój  posiłek  wieczorny,  moja
najmłodsza  siostra  siedzi  ze  mną,  tłucze  orzechy,  sama  zjada  więcej,  niż  mnie
daje,  i  zabawiamy  się  na  ogół  znakomicie.  Taka  jest  .  moja  kolacja,  ale  są  też
potem  okresy,  gdy  moja  najukochańsza  siostra  mi  nie  wystarcza  i  ja  jej  nie
wystarczam.

Franz

Tuż  przed  wyjazdem  24.XI.12  [25  listopada  1912]  Najukochańsza!  Jak

człowiek się miota, gdy musi coś załatwić. Były już dni, gdy spokojnie czekałem
na Twoje listy, spokojnie brałem je do ręki, odczytywałem jeden raz, chowałem,
potem znowu czytałem i znowu chowałem, ale wszystko spokojnie. Potem jednak
przychodzą  znowu  dni,  i  taki  był  dzień  dzisiejszy,  gdy  już  od  tego  nieznośnego
oczekiwania, że przyjdzie Twój list, cały drżę, gdy biorę go jak coś żywego i nie
mogę wypuścić go z rąk.

Najdroższa, czy już zauważyłaś, jak niewiarygodna zgodność zachodzi między

naszymi  listami,  jak  jeden  list  prosi  o  coś,  co  przyniesie  list  najbliższy  już
nazajutrz  rano,  jak  np.  ostatnio  Ty  chciałaś  usłyszeć,  że  Cię  kocham,  i  jak  ja
byłem  zmuszony  w  liście,  który  się  z  Twoim  listem  minął  na  trasie  do  Berlina,
dopisać Ci odpowiedź, która co prawda była może zawarta już w początkowych
słowach  mojego  pierwszego  listu,  albo  nawet  już  w  tym  pierwszym  obojętnym
spojrzeniu,  którym  na  Ciebie  patrzyłem  podczas  naszego  wspólnego  wieczoru.
Takich  zgodności  było  jednak  już  tyle,  że  straciłem  w  nich  orientację.  Ale
najpiękniejsza wydarzyła się dzisiaj.

Jak Ci pisałem wczoraj, dziś wieczorem wyjeżdżam, sam, nocą, w góry, i oto

Ty  mi  posyłasz,  choć  może  nieświadomie,  kochaną  małą  towarzyszkę  podróży.

background image

Cóż  to  za  urocza  dziewczynka!  Wąskie  ramiona!  Tak  jest  słaba  i  tak  łatwa  do
objęcia!  Jest  skromna,  ale  spokojna.  Wtedy  nikt  jej  jeszcze  nie  dręczył  i  nie
doprowadzał  do  płaczu,  i  jej  serce  bije  jak  trzeba.  Czy  wiesz,  że  łatwo  łzy
napływają do oczu, gdy się dłużej patrzy na ten portret. Przy okazji, czy mam go
odesłać?  Dobrze,  tak  się  stanie.  Na  razie  jednak  schowany  w  tej  przeklętej
kieszeni  bocznej  spędzi  on  małą,  niewygodną  podróż  w  pociągu  i  w  pokojach
hotelowych,  mimo  że  dziewczynka,  jak  twierdzi,  chociaż  dotychczas  nie
wyjaśniła, dlaczego, w pokojach hotelowych odczuwa lęk. Tak, widać łańcuszek
od  zegarka,  broszka  jest  śliczna,  włosy  tak  zaondulowane  i  ufryzowane  niemal
zbyt poważnie. A mimo to tak łatwo Cię rozpoznać, z wyrazem twarzy wcale nie
tak dalekim od tego na fotografii siedziałaś wtedy przy stole w momencie, który
zapamiętałem dokładniej niż wszystkie inne. Trzymałaś w ręku jedną z fotografii
spod  znaku  Talii,  patrzyłaś  naprzód  na  mnie,  właśnie  robiącego  jakąś  głupią
uwagę, potem spojrzeniem okrążyłaś stół o 45 stopni i zatrzymałaś je dopiero na
Ottonie Brodzie, który pierwszy właściwie objaśnił fotografię. Ten powolny ruch
głowy  i  zmieniający  się  przy  nim  oczywiście  wyraz  Twojej  twarzy  niezatarcie
utkwił mi w pamięci. I oto teraz przychodzi mała dziewczynka, dla której jestem
naturalnie  człowiekiem  zupełnie  obcym,  i  potwierdza  mi  prawdziwość  tego
drogiego wspomnienia.

Znowu uderza mnie jeszcze jedna zgodność. Wczoraj prosiłem Cię o próbki

druków,  a  dziś  Ty  mi  je  sama  obiecujesz.  Ale  to  bicie  serca,  Najdroższa!  Jak
może  być  prawdą,  że  ja  współrządzę  Twoim  sercem,  jeśli  ono  tak  bije,  gdy  ja
chcę, aby było spokojne?

Twój Franz

[Widokówka. Stempel: Kratzau — 26.XI.12]
Serdeczne pozdrowienia! Podróż okropna, ale dobry towarzysz podróży.

F. Kafka

Kratzau, Sąd Okręgowy, 26.XI.12
Najdroższa,  podczas  gdy  za  mną  zachłanni  adwokaci  strony  przeciwnej

użerają  się  o Meistbot  (nie  ma  znaczenia,  jeśli  tego  słowa  nie  rozumiesz),  ja
jestem zupełnie zadowolony, że siedzę przy tym stoliku i mogę Cię, Najdroższa, z
całego serca pozdrowić.

Franz

[Widokówka. Stempel: Kratzau — 26.XI.12]
I  tak  oto  moja  mała  podróż  dalej  przebiega  pogodnie.  Najlepsze

pozdrowienia.

F. Kafka

Felice,  zapowiadam,  oto  przychodzi  jeden  z  tych  listów,  o  których  raz

background image

napisałem  niedawno,  że  powinnaś  je  przy  drugim  lub  trzecim  zdaniu  podrzeć.
Teraz  jest  ten  moment,  Felice,  podrzyj  go,  ale  w  końcu  jest  to  także  dla  mnie
moment,  żeby  go  nie  napisać,  niestety  jednak  równie  jest  pewne,  że  Ty  go
przeczytasz, jak to, że ja go napiszę.

Właśnie  wróciłem  z  podróży,  naprzód  byłem  naturalnie  w  biurze  i  tam

otrzymałem  Twój  drogi  list  z  niedzielnej  nocy.  Czytałem  go  w  loży  portiera,
którego mała żona patrzyła na mnie, gdy czytałem. Twój list jest kochany, dobry i
prawdziwy.  (Fałszywa  jest  tylko  ocena  mojego  wieku  na  fotografii,  miałem
wtedy akurat rok, jak się teraz dowiedziałem.) Dążysz do tego, żeby mi pozwolić
uczestniczyć  w  Tobie,  ach,  mój  Boże,  ale  jeśli  ja  chcę  posiadać  każdy  moment
Twojego  życia? A  jednak  Ty  robisz  wszystko,  do  czego  zdolny  jest  człowiek,  i
już  za  Twoją  dobroć  musiałbym  Cię  kochać,  gdybym  Ciebie  nie  kochał  za  całą
Twoją  drogą  istotę.  Dlaczego  więc  Twój  list  mnie  nie  zadowolił  i  dlaczego  na
stole u portiera szukałem jeszcze jednego listu? Co prawda pisałaś, że napiszesz
do mnie w poniedziałek, a Twojego poniedziałkowego listu jednak nie było. Ale
czyż  już  kilka  razy  nie  zapewniałaś  mnie,  że  mi  dochowujesz  wierności,  czy  ja
sam  nie  pisałem  niedawno,  że  będę  zupełnie  spokojny,  nawet  jeśliby  żaden  list
nie czekał na mnie w biurze, a w tym momencie miałem wszakże w każdym razie
Twój list niedzielny, i czy w końcu nie jest prawdopodobne, że w poniedziałek
wieczorem miałaś próbę, czy więc Twój list nie mógł łatwo zostać wrzucony do
skrzynki  trochę  za  późno?  Tak  czy  inaczej,  w  samym  nienadejściu  listu
poniedziałkowego nie było najmniejszej przyczyny do zdenerwowania. Dlaczego
więc  mimo  to  pędziłem  do  domu,  przerażony,  jednocześnie  przekonany,  że
zastanę  tam  list  poniedziałkowy,  i  jednocześnie  już  w  całkowitej  rozpaczy  z
powodu  oczekującego  mnie  na  pewno  rozczarowania?  Dlaczego,  Najdroższa?
Czy  nie  wygląda  to  na  niedostatek  mojej  miłości  do  Ciebie?  Bo  jeśli  właśnie
teraz do mojego niepokoju dołącza się także troska o Twoje zdrowie, to jednak o
wiele  większa  jest  moja  troska  o  Twoją  miłość.  I  wciąż  na  nowo  cisną  mi  się
pod pióro takie żałosne zwroty, jak: że powinnaś mnie jeszcze chwilę ścierpieć,
że  powinienem  dostać  kilka  Twoich  myśli  itd.;  a  gdy  nie  ma  listu,  wówczas
depeszowanie jest dla mnie zapytywaniem straszliwie powolnym. Tak przerażony
jak wtedy, gdy w moim liście znalazłaś jakiś ton obcy, byłem wprawdzie od tego
czasu  tylko  raz,  ale  inne  drobne  uwagi  już  wystarczającym  napełniają  mnie
lękiem.  Lęk  mnie  ogarnia,  gdy  czytam,  że  Twoja  matka  chce  Cię  ustrzec  przed
rozczarowaniami, gdy się dowiaduję o jakimś znajomym z Wrocławia, o którego
już  od  tygodnia  chcę  zapytać  i  wciąż  się  powstrzymuję,  lęk  mnie  ogarnia,  gdy
słyszę,  że  mnie  kochasz,  a  gdybym  nie  miał  tego  usłyszeć,  chciałbym  umrzeć.
Zresztą i Ty raz napisałaś coś podobnego, nie mogłem pojąć, jak doszłaś do tak
prawdziwego  sądu.  Że  właściwie  to  odczułaś,  to  nie  byłoby  mnie  zdziwiło,  bo
Twoje uczucie się nie myli, o tym dobrze wiem.

Otóż  wszystkie  te  sprzeczności  mają  prostą  i  bezpośrednią  przyczynę,

powtarzam raz jeszcze, bo tak łatwo nawet ja sam o tym zapominam, jest nią mój
stan zdrowia, nic poza tym, ale to jest dużo. Więcej nie mogę o tym pisać, ale to
właśnie odbiera mi pewność w stosunku do Ciebie, miota mną i także Ciebie w

background image

to   moje  miotanie  się  wciąga.  Dlatego  przede  wszystkim,  i  nawet  nie  tyle  z
miłości  do  Ciebie,  potrzebuję  Twoich  listów  i  dosłownie  je  pożeram,  dlatego
niedostatecznie  wierzę  Twoim  dobrym  słowom,  dlatego  wiję  się  przed  Tobą  z
tymi smutnymi prośbami, tylko dlatego. A wtedy muszą naturalnie zawodzić siły
najlepszej nawet istoty. Ja nigdy nie będę na tyle silny, żeby móc nie mieć Ciebie,
czuję  to,  ale  to,  co  u  innych  uważałbym  za  cnotę,  będzie  moim  najcięższym
grzechem.

Była  to,  Najdroższa,  obrzydliwa  podróż.  Wczorajszy  stracony  wieczór

wprawił  mnie  w  zupełne  przygnębienie.  Co  prawda  w  czasie  całej  podróży  nie
było ani jednego momentu, w którym nie czułbym się choć trochę nieszczęśliwy.
Nawet tam w górach wszystko było wilgotne, na dodatek w nocy była śnieżyca,
ogrzewania w moim pokoju hotelowym nie można było zamknąć, przez całą noc
miałem okno szeroko otwarte, śnieg padał mi na twarz, gdy spałem. Już na samym
początku  jazdy  siedziałem  naprzeciw  jakiejś  odrażającej  kobiety  i  byłem
zdenerwowany  z  powodu  hamowanej  chęci,  żeby  włożyć  jej  do  ust  pięść,  gdy
ziewała.  Twoja  fotografia  była  przez  całą  drogę  raz  po  raz  oglądana  ku
pocieszeniu,  także  w  nocy  Twoja  fotografia  leżała  na  krześle  obok  mego  łóżka
jako  pociecha.  Za  żadną  cenę  nie  powinno  się  wyjeżdżać,  lecz  raczej  odmówić
posłuszeństwa w biurze, gdy ma się w domu pracę, która potrzebuje wszystkich
sił.  Ta  nieustanna  troska,  która  zresztą  jeszcze  teraz  jest  we  mnie,  że  podróż
zaszkodzi  mojej  małej  historii,  że  już  nic  nie  zdołam  napisać  itd.  I  z  takimi
myślami  być  zmuszonym  patrzeć  przez  okno  na  nędzną  pogodę,  biegać  przez
błoto,  zapadać  się  w  błocie,  wstawać  o  5  godzinie!  Żeby  się  zemścić  na
Chrastavie,  kupiłem  w  tamtejszym  sklepie  papierniczym  jedyną  dobrą  książkę,
jaką w tym momencie posiadała Chrastava. Nowelę Balzaka. W przedmowie jest
tam  między  innymi  napisane,  że  Balzac  przez  całe  lata  stosował  szczególny
podział czasu, który wydaje mi się bardzo rozsądny. Kładł się spać o 6 wieczór,
o  12  w  nocy  wstawał  i  następnie  pracował  przez  pozostałych  18  godzin.
Niesłusznie  postępował  tylko  w  tym,  że  pił  obłędnie  dużo  kawy,  czym  sobie
rujnował serce. — Ale też w takiej podróży nic nie jest dobre. Nowela Balzaka
nie  podobała  mi  się.  W  gazecie  kolejowej  przeczytałem  ponadto  jako  rzekome
powiedzenie  Goethego  bezsensowną  uwagę,  że  „Praga  jest  najkosztowniejszym
kamieniem  w  zwieńczeniu  murów  ziemi  .  Najpiękniejsze  w  tej  podróży  było
wysiadanie  w  Pradze,  a  w  ogóle  w  miarę  zbliżania  się  do  Pragi  poprawiał  się
mój  stan.  Gdy  chciałem  wysiąść,  jakieś  małe  dziecko  pociągnęło  mnie  za
kołnierz,  odwróciłem  się  i  zobaczyłem  za  sobą  młodą  kobietę  z  dzieckiem  na
ręku.  Znowu  bardzo  mi  przypominała  Ciebie,  przynajmniej  w  chwili,  gdy
pierwszy  raz  Cię  zobaczyłem,  i  znowu  nie  tyle  z  twarzy  czy  w  jakimś  innym
szczególe,  który  można  by  wskazać,  lecz  tylko  ogólnie  i  dlatego  ze  szczególną
oczywistością. Ale może ja odblask Twojej istoty mam stale przed oczyma. Nikt
nigdy z większą troskliwością nie pomógł tej młodej kobiecie przy wysiadaniu z
wagonu niż ja tym razem. Zresztą trzeba jej było pomóc, ponieważ niosła przed
sobą dziecko i nie mogła widzieć stopni.

Naturalnie  chcę  się  dowiedzieć  o  Twojej  wcześniejszej  podróży,  i  to

background image

możliwie  dużo!  Już  wtedy  wydało  mi  się  dosyć  dziwne,  żeby  dla  wypoczynku
odbywać  taką  podróż,  w  czasie  której  nie  byłaś  wszakże  wcale  na  wsi,  a  z
drugiej strony nie przebywałaś w miastach szczególnie interesujących lub obcych.
A  jeśli  krewni  chcą,  żebyś  ich  odwiedziła,  to  powinni  przedtem  pojechać  na
Riwierę  i  tam  Cię  zaprosić.  Zresztą  w  czasie  tej  podróży  trochę  Cię  nawet
śledziłem,  aczkolwiek  bardzo  dyskretnie.  Ja  także  mam  we  Wrocławiu  dobrego
znajomego (to nie ten pobożny, o którym kiedyś pisałem, tamten mieszka na wsi,
jest  geometrą,  jego  adres  musiałbym  dopiero  odszukać  w  Biblii,  którą  mi
podarował  na  pamiątkę);  z  powodu  mojego  korespondencyjnego  lenistwa  ta
dobra  znajomość  utrzymuje  się  w  ogólności  tylko  milcząco.  Ale  w  tym  czasie,
gdy mogłem przypuścić, że Ty jesteś we Wrocławiu, nagle do niego napisałem po
wielomiesięcznym  milczeniu,  żeby  przynajmniej  jakimś  listem  być  związanym  z
Wrocławiem, w którym Ty właśnie przebywałaś. Wyraźnie sobie wtedy tego nie
mówiłem,  ale  nie  chodziło  o  nic  innego,  a  do  napisania  listu  nie  było  większej
konieczności, albo raczej żadnej.

Czy  Ty  prowadzisz  dziennik?  Albo  czy  kiedykolwiek  prowadziłaś?  A  w

związku  z  tym  pytaniem:  dlaczego  nic  nie  piszesz  o  swojej  przyjaciółce,  którą
wszakże nazwałaś tak dobrą przyjaciółką?

Bądź  zdrowa,  Najukochańsza.  Groźbę,  która,  jak  to  jest  napisane  na

pierwszych stronicach, wisi nad nami, najlepiej zostawimy nietkniętą aż do czasu,
gdy  znowu  będziemy  sobie  mogli  nawzajem  powiedzieć  pierwsze  słowo
rzeczywiste, nie tylko napisane. Czy i Ty nie myślisz tak samo?

Proszę  Cię,  nie  uznaj  dzisiejszego  listu  za  recydywę,  jest  to  wszakże  nowa

epoka, trochę tylko zamącona z powodu zakłóceń w moim pisaniu.

Twoją dłoń, Felice!

Franz

Czy tak to jest, że nasze matki jednocześnie zaczynają się martwić o nas? Czy

Twoja  Matka  mówi  o  mnie  dobrze,  czy  może  tylko  średnio  dobrze?  I  dlaczego
przypomniała  sobie  właśnie  o  mnie,  gdy  rozmowa  zeszła  na  wrocławskie  go
znajomego? Odpowiedz mi, proszę, na wszystkie pytania! [Na dołączonej kartce]

Muszę  jeszcze  wspomnieć  o  tym,  jak  zostało  załatwione  moje  właściwe

poruczenie  na  tę  podróż,  bo  to  także  jest  znamienne  dla  wrogiego  charakteru  tej
podróży.  Odniosłem  mianowicie  sukces,  czy  raczej  odniosła  go  moja  instytucja.
Chociaż  bowiem  przed  wyjazdem  sądziłem,  że  przywiozę  nie  więcej  niż  300
koron, przywiozłem prawie 4500 K, a więc około 4000 K więcej. „Powinieneś
się był bronić przed sukcesem — mówiłem sobie w drodze powrotnej na widok
wron nad zżętymi polami.

26.XI.12
Teraz  późno  w  nocy  przychodzi  mi  do  głowy  pociecha,  że  może  Twój  list

poniedziałkowy  jednak  nadszedł  i  tylko  zapomniano  go  oddać  do  portiera.  W
takim  razie  otrzymałbym  go  od  razu  rano,  a  o  10  może  drugi!  Biuro  staje  się

background image

jeszcze  ohydniejsze  przez  stanowiące  jego  przeciwieństwo  Twoje  listy,  ale
znowu przez to, że Twoje listy przychodzą do biura, staje się ładniejsze.

27.XI.12
Najdroższa,  był  już  kwadrans  na  dwunastą  w  południe,  właśnie  wymknąłem

się trochę od swoich robót, byłem znowu prawie dokładnie w takim samym stanie
podniecenia  jak  dawniej  i  zacząłem  list,  którego  pierwszą  linijkę  załączam.
Wtedy  przyszła  na  szczęście  Twoja  kartka  z  portrecikiem.  (Twój  list
poniedziałkowy  także  dopiero  dzisiaj  otrzymałem.)  Tak,  Najdroższa,  tak  jest
dobrze, to jest to, czego chcę, zawsze przynajmniej wiadomość, co zresztą kiedyś
zostało  mi  przyrzeczone  —  choćby  tak  mała  —  ale  koniecznie.  Nie  chcę  np.,
żebyś pisała do mnie w nocy, i tu nie ustępuję, wierzę nawet, że moje wczorajsze
mierne  pi  sanie  zawinione  było  przez  to,  że  Ty  wczoraj  w  nocy  w  tym  samym
czasie  pisałaś  do  mnie  (dałby  Bóg,  żebyś  to  była  uczyniła,  mówię  sobie  w
duchu), ale jeśli jakiś list nocny został już napisany, to chcę go też mieć. Piszesz
w  swojej  kartce,  że  napisałaś  do  mnie  w  poniedziałek  w  nocy,  i  otóż,  widzisz,
tego  listu  nie  mam.  Co  mam  zrobić?  A  każdej  linijki  od  Ciebie  tak  bardzo
potrzebuję!  Po  tej  kartce  mógłbym  może  oczekiwać  jutro  dwóch  listów,  a  na
pewno  otrzymałem  tylko  jeden,  a  może  żadnego.  Ręce  chcą  mi  opaść  ze  stołu  z
bezradności i tęsknoty za Tobą.

Na  pewno  także  wszystkie  moje  listy  giną,  ten  z  Chras-tavy,  ten  z  Liberca,

dzisiejszy  list  poranny,  zwyczajne,  polecone,  ekspresowe,  po  prostu  wszystko.
Mówisz  np.,  jakobym  napisał  Ci  w  niedzielę  w  nocy  tylko  kilka  linijek,  a
tymczasem  to  musiało  być  co  najmniej  8  stron  oraz  nieskończone  westchnienie.
Najdroższa,  jeśli  nas  poczta  bardzo  prędko  nie  połączy,  to  nigdy  się  nie
spotkamy.

Z tą nową fotografią jest mi dziwnie. Małej dziewczynce czuję się bliższy, jej

mógłbym wszystko powiedzieć, przed damą mam za wiele respektu; myślę sobie,
że jeśli nawet jest to Felice, to jest ona także dużą panną, i jest nią bynajmniej nie
tylko ubocznie. Jest wesoła, a mała dziewczynka, choć nie była smutna, to jednak
była strasznie poważna; wygląda na zdjęciu tak, jakby miała pełne policzki (jest
to  może  tylko  efekt  tego,  że  było  ono  prawdopodobnie  robione  wieczorem  przy
sztucznym  świetle),  a  mała  dziewczynka  była  blada.  Gdybym  miał  wybierać
między  obiema  żywymi,  to  bynajmniej  nie  podbiegłbym  bez  namysłu  do  małej
dziewczynki,  nie,  tego  nie  chcę  powiedzieć,  ale  jednak  szedłbym,  choć  bardzo
powoli, tylko do małej dziewczynki, jednocześnie jednak wciąż się oglądając za
dużą  panną  i  nie  odrywając  od  niej  oczu.  Najlepiej  byłoby  oczywiście,  gdyby
mała dziewczynka zaprowadziła mnie potem do dużej panny i mnie jej poleciła.

Poza  tym,  co  to  była  za  fotografia,  ta,  z  której  wycinek  mi  przesyłasz?

Dlaczego nie dostałem całej? Ponieważ zdjęcie jest niedobre? A więc naprawdę
mi  nie  ufasz,  że  ja  Ciebie  nawet  na  złych  zdjęciach  dobrze  widzę?  Sądząc  po
kawałku białej kryzy, którą widać na fotografii, a która może co prawda należeć
także do bluzki, podejrzewam nawet, że zdjęcie przedstawia Ciebie jako pierrota;

background image

jeśli to prawda, to byłoby z Twojej strony bardzo nieładnie ukrywać przede mną
portret,  a  w  ogóle  jest  grzechem  obcinać  fotografie,  i  to  gdy  ma  się  je  wysłać
komuś, kto tak jest spragniony Twojego widoku jak ja.

Waszą  instytucję  wyobrażałem  sobie  mniej  więcej  dobrze,  ale  że  wychodzi

od  was  co  dzień  przeklęty  ryk  1500  gramofonów,  tego  rzeczywiście  nigdy  bym
nie pomyślał. Ilu moich zdenerwowań i cierpień jesteś współwinna, droga Pani,
czyś się nad tym kiedyś zastanowiła? Był czas, gdy miałem idée fixe, że gdzieś w
pobliżu  naszego  mieszkania  na  pewno  zostanie  zainstalowany  gramofon  i  że  to
będzie  moja  zguba.  Nic  takiego  się  nie  stało,  wasza  filia  praska  (której  adresu
wciąż jeszcze nie znam i której kierownik, czego mu nigdy nie zapomnę, był raz z
Tobą  na  Hradczynie)  nie  pracuje,  jak  się  wydaje,  należycie,  powinnaś  zacząć
solidnie  ich  kontrolować,  co  dzień,  co  tydzień,  przez  całe  życie.  Aż  1500
gramofonów! A każdy z nich, zanim zostanie wyekspediowany, musi przynajmniej
raz zaryczeć. Biedna Felice! Czy istnieją mury dostatecznie grube, żeby tych 1500
pierwszych  ryków  nie  dochodziło  do  Twoich  uszu?  Dlatego  używasz  aspiryny.
Ja,  ja  nie  muszę  słyszeć  żadnych  gramofonów,  już  to,  że  są  one  na  świecie,
odczuwam jako zagrożenie. Tylko w Paryżu mi się podobały, tam firma Pathé ma
na którymś z bulwarów salon z patefonami, gdzie za mały pieniążek można kazać
sobie przegrać nieskończony program (wybrany na podstawie grubego katalogu).
Powinniście zrobić to także w Berlinie, jeśli czegoś takiego jeszcze tam nie ma.
Czy sprzedajecie też płyty? Zamawiam 1000 płyt z Twoim głosem, a mówić nie
musisz  nic  innego,  jak  tylko  to,  że  mi  pozwalasz  na  tyle  pocałunków,  ilu
potrzebuję, by zapomnieć o wszystkich smutkach.

Twój Franz

[Połączone linijki początkowe na papierze firmowym z nadrukiem po czesku:

,,Úrazová pojištovna dělnick"]

Najdroższa, proszę Cię, czy nie mogłabyś się przyzwyczaić, żeby wtedy, gdy

nie masz czasu, by napisać do mnie obszerniej, powiedzieć mi kartką trzy słowa,
że czujesz się dobrze.

27.XI.12
Najdroższa, dlaczego tylko listy kończyć pocałunkami, skoro same listy tak są

wszakże  nieważne  i  wobec  Twojej  utęsknionej,  a  jednak  niewyobrażalnej
obecności papier i pióro uleciałyby w to nic, którym już teraz są też faktycznie.
Naprawdę, Felice, gdy tak siedzę tu w nocy sam, a pisanie, jak dziś i wczoraj, nie
idzie mi szczególnie dobrze — toczy się ono jakoś mętnie i obojętnie i tylko na
krótkie  momenty  rozświetla  je  niezbędna  jasność  —  i  gdy  w  tym  stanie,
bynajmniej  nie  najlepszym,  usiłuję  wyobrazić  sobie  nasze  ponowne  spotkanie,
chwilami  się  boję,  że  Twojego  widoku,  czy  to  na  ulicy,  czy  w  biurze,  czy  w
Twoim  mieszkaniu,  nie  wytrzymam,  nie  wytrzymam,  jeśli  mieliby  mi  się
przypatrywać  inni  ludzie  albo  nawet  tylko  Ty  sama,  i  że  wytrzymanie  Twojego
widoku  tylko  wtedy  będzie  dla  mnie  możliwe,  gdy  będę  tak  rozproszony  i
bujający w obłokach, że nie będę zasługiwał na to, by stanąć przed Tobą. Ale na

background image

szczęście  Ty  nie  jesteś  posągiem,  lecz  żyjesz,  żyjesz  bardzo  intensywnie,  może,
gdy  podasz  mi  wtedy  rękę,  wszystko  będzie  dobrze  i  moje  oblicze  wkrótce
nabierze znowu ludzkiego wyglądu.

Pytasz,  jak  spędzę  ferie  Bożego  Narodzenia.  Nie  mam  niestety  pod  ręką

kalendarza.  Wolne  od  pracy  mam  naturalnie  tylko  dwa  dni  świąteczne,  ale
ponieważ  mam  jeszcze  prawo  do  trzech  dni  urlopu  w  tym  roku  (jest  to  skarb,
możliwość skorzystania z niego dodaje mi sił już od trzech miesięcy), a święta,
jak  słyszałem,  tak  wypadają,  że  przez  dodanie  niedzieli  do  dwóch  z  3  dni
przysługujących mi jeszcze wychodzi 5 lub nawet 6 dni urlopowych, przeto moje
wakacje Bożego Narodzenia, jeśli dołączę do nich owe dwa dni, będą już czymś
poważnym.  Miałem  jednak  silne  postanowienie,  żeby  ten  czas  wyzyskać  dla
mojej powieści, może nawet na ukończenie tej powieści. Dziś, gdy powieść już
od tygodnia przeszło odpoczywa, a nowa historia wprawdzie zbliża się do końca,
ale od dwóch dni skłania mnie do przypuszczenia, że za daleko się zapędziłem —
powinienem właściwie jeszcze silniej trwać przy tym postanowieniu. Jeden dzień
świąt niewątpliwie stracę na ślub mojej siostry, który odbędzie się 22-go. Zresztą
nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek na Boże Narodzenie wyjeżdżał; tłuc
się  dokądś  i  już  po  jednym  dniu  tłuc  się  z  powrotem,  bezużyteczność  takiego
przedsięwzięcia  była  dla  mnie  zawsze  przygnębiająca. A  teraz,  Najdroższa,  jak
wyglądają  Twoje  Święta?  Czy  zostajesz  w  Berlinie,  mimo  że  bardzo  jest  Ci
potrzebny odpoczynek? Chciałaś pojechać w góry, dokąd? Gdzieś, gdzie byłabyś
dla  mnie  osiągalna?  Spójrz,  byłem  zdecydowany  nie  pokazywać  się  ludziom
przed  ukończeniem  powieści,  ale  zadaję  sobie  pytanie, co  prawda  tylko  dziś
wieczorem, 
czy  po  jej  zakończeniu  będę  się  Tobie,  Najdroższa,  przedstawiał
trochę  lepiej  lub  mniej  źle  niż  przedtem.  I  czy  nie  jest  ważniejsze,  niż  dla  pasji
pisania  poświęcić  sześć  kolejnych  dni  i  nocy,  żeby  moje  biedne  oczy  wreszcie
się nasyciły Twoim widokiem? Odpowiedz Ty, ja od siebie mówię wielkie „Tak
.

Franz

28.XI.12
Najdroższa Felice, poczta stroi sobie z nas żarty, wczoraj dostałem Twój list

wtorkowy i skarżyłem się z powodu zaginionego listu z poniedziałkowej nocy, a
oto przychodzi on dzisiaj, w czwartek rano. Wewnątrz tej precyzyjnej organizacji
pocztowej  wydaje  się  gdzieś  siedzieć  jakiś  diabelski  urzędnik,  który  bawi  się
naszymi listami i pozwala im odchodzić zależnie od swego humoru — ale gdyby
tylko  wszystkim  pozwalał  przynajmniej  odejść!  Poza  tym  dostałem  list  z  nocy
wtorkowej,  a  więc  pocztę  całkowicie  nocną,  a  więc  właściwie  szyderczy  (ale
nad  wszelką  miarę  dobroczynny)  śmiech  w  odpowiedzi  na  moją  prośbę,  żebyś
nigdy nie pisała w nocy. Nie rób tego więcej, proszę Cię, Felice, nawet jeśli to
mnie czyni szczęśliwym, nie rób tego, nie rób tego przynajmniej tak długo, aż nie
uspokoją się Twoje nerwy. Jak jest właściwie z tym płaczem? Jak Cię napada?
Bez  powodu?  Siedzisz  u  siebie  przy  stole  i  nagle  musisz  płakać?  No  tak,

background image

Najdroższa,  ale  wtedy  powinnaś  wszakże  iść  do  łóżka,  a  nie  na  próbę.  Mnie
Twój  płacz  zupełnie  szczególnie  przeraża.  Ja  nie  umiem  płakać.  Cudzy  płacz
wydaje  mi  się  jakimś  niepojętym,  obcym  zjawiskiem  natury.  Od  wielu  lat  tylko
jeden raz płakałem, to było przed dwoma lub trzema miesiącami, zatrząsłem się
rzeczywiście  w  fotelu,  dwa  razy,  jeden  po  drugim,  bałem  się,  że  swoim  nie
dającym  się  powstrzymać  szlochem  obudzę  rodziców  w  sąsiednim  pokoju,  to
było w nocy, a przyczyną było jedno miejsce w mojej powieści. Ale Twój płacz,
Najdroższa, jest niepokojący, czy w ogóle tak łatwo  płaczesz?  Od  zawsze?  Czy
nie ma w tym mojej winy? Ależ na pewno tak. Powiedz tylko, czy już kiedyś jakiś
człowiek, który zawdzięczał Ci tylko to, co najlepsze, bez powodu (bez powodu z
Twojej  strony)  tak  Cię  męczył  jak  ja?  Nie  musisz  odpowiadać,  ja  wiem,  ale
nigdy nie było to robione umyślnie, to wszakże i Ty, Felice, wiesz albo czujesz.
Ale  ten  Twój  płacz  mnie  prześladuje.  Nie  może  on  być  wynikiem  jakiegoś
niepokoju  tylko  ogólnego,  Ty  nie  jesteś  rozpieszczona,  musi  mieć  jakąś
szczególną przyczynę, dającą się zupełnie dokładnie opisać. Nazwij mi ją, proszę
Cię,  może  jeszcze  nie  wiesz,  jaką  władzę  ma  nade  mną  słowo  pochodzące  od
Ciebie, wyzyskaj ją do końca, jeśli Twój niepokój i płacze mają jakiś związek ze
mną. W swojej odpowiedzi na ten list musisz  to  zupełnie  wyraźnie  powiedzieć.
Może  przyczyną  jest  rzeczywiście  tylko  nasza  zbyt  częsta  korespondencja.
Dołączam  list,  który  zacząłem  do  Ciebie  pisać  owej  niedzieli  z  dwoma
telegramami,  którego  jednak  wtedy  w  rozpaczy  z  powodu  nieroznoszenia  w  tym
dniu  drugiej  poczty  nie  miałem  odwagi  skończyć.  Przeczytaj  go  jak  sta  ry
dokument.  Nie  myślę  już  dokładnie  tak  samo,  jak  tam  jest  napisane,  ale  Twój
płacz mi tamto przypomniał.

Piszę  w  wielkim  pośpiechu,  dużo  miałbym  Ci  jeszcze  do  powiedzenia,  ale

zabierają  mi  moje  dzisiejsze  popołudnie  i  prawdopodobnie  jeszcze  kilka
popołudni najbliższych. Czy wolno mi ucałować śliczne wilgotne oczy?

Franz

[Dołączony list z 18 listopada 1912, nie dokończony i wówczas nie wysłany]
Najdroższa, dziś zaczynam swoją pracę biurową od tego listu, ale naprawdę

nie  ma  dla  nas  obojga  w  tej  chwili  nic  ważniejszego  niż  następująca  kwestia:
Odpowiedz  mi  na  nią,  proszę,  natychmiast,  mam  nadzieję,  że  Ty,  Mądra,  jesteś
tego  samego  zdania  co  ja,  bo  jeśli  nie,  to  Twojemu  zdaniu  nie  potrafiłbym  się
niestety przeciwstawić. W każdym razie zważ, że tego, co Ty wytrzymujesz, ja już
wytrzymać  nie  mogę,  a  gdy  czegoś  nie  mogę  wytrzymać,  wówczas  z  nieodpartą
siłą  słabości  także  i  Ciebie  wszakże  wciągam  do  swojego  koła,  widziałaś  to  w
zeszłym  tygodniu.  Więc  posłuchaj,  tylko  obawa  i  troska  każą  mi  czynić  takie
przygotowania:  codzienne  dwukrotne  pisanie,  które  zacząłem  uprawiać  w
ostatnich dniach, jest słodkim szaleństwem, niczym innym. (Teraz była pierwsza
poczta  i  żadnego  listu  od  Ciebie,  na  litość  boską,  czyżbyś  wciąż  jeszcze  była
chora?) Tak dalej być nie może. Biczujemy się nawzajem tymi częstymi listami.
Obecności  to  wszakże  nie  wytwarza,  lecz  wytwarza  coś  obojnakiego,  ni  to

background image

obecność, ni to oddalenie, a to jest nie do zniesienia. Najdroższa, nie wolno nam
doprowadzać siebie nawzajem do takich stanów jak ostatnio, to nie powinno się
więcej zdarzyć w żadnym wypadku, już choćby ze względu na Ciebie. I oto przy
takiej metodzie pisania listów widzę już znowu w jednym z Twoich listów ustęp,
w którym z powodu jednego z moich listów robisz mi wyrzut lekki i czuły, który
mnie jednak napełnia troską i rozpaczą. Tak źle jak ostatnio nie może nigdy być
między  nami,  ale  zawsze  może  jeszcze  być  dostatecznie  źle.  Oszczę  dzajmy  się
nawzajem  na  lepsze  czasy,  jeśli  Bóg  zechce  je  nam  może  kiedyś  dać,  czego
oczywiście dzisiaj nie mogę przewidzieć. Bądźmy ze sobą związani miłością, nie
rozpaczą.  I  dlatego  Cię  proszę,  zaprzestańmy  tych  częstych  listów,  które  do
niczego innego nie prowadzą jak do złudzenia, które przyprawia o zawrót głowy.
Dla mnie są one niezbędne, a mimo to proszę Cię o to. Jeśli Ty się zgodzisz, to ja
się  przyzwyczaję  do  rzadszego  pisania,  inaczej  oczywiście  nie,  bo  jest  to
trucizna, która siedzi w komorze serca. Zaproponuj, jak to mamy ustalić, Ciebie
posłucham, siebie nie. Pamiętaj, nie o to idzie, żeby pisać, gdy ma się na to chęć,
to  nie  jest  żadne  rozwiązanie  w  dobrym  znaczeniu,  to  jest  tylko  dalsze
biczowanie, bo chęć pisania i czytania Twoich listów mam w każdym momencie,
jaki  daje  mi  Bóg.  Na  razie,  wyobrażam  sobie,  ograniczenie  polegałoby  [Tu  list
się urywa]

[Na tej samej kartce znajdują się jeszcze następujące zdania]

28.XI.12
Ile  mam  lat  na  tym  zdjęciu,  tego  zupełnie  nie  wiem.  Wtedy  nie  należałem

jeszcze całkowicie do siebie i było mi z tym, jak się wydaje, bardzo dobrze. Jako
pierworodny  byłem  często  fotografowany,  istnieje  więc  duży  ciąg  kolejnych
przemian. Ale  od  pewnego  czasu  na  każdym  kolejnym  zdjęciu  wyglądam  coraz
szpetniej,  sama  zobaczysz.  Już  na  pierwszym  jestem  małpio  podobny  do  moich
rodziców.

Mam  już  dla  Ciebie  przygotowaną  Maksa Wzniosłość  uczucia. Ładnie

oprawioną  w  zieloną,  choć  niezupełnie  czystą  skórę  (czy  istniej  skóra  zupełnie
czysta?).  Mógłbym  już  Ci  ją  wysłać  (właśnie  się  ukazała,  jest  to  najnowsza
książka Maksa), ale chcę ją przedtem zanieść do Brodów, żeby Maks wpisał Ci
coś miłego. Wtedy ją zaraz dostaniesz.

A więc Bauma nic jeszcze nie czytałaś? W takim razie muszę Ci szybko coś

posłać. On jest zupełnie ślepy od siódmego roku życia, teraz jest mniej więcej w
moim  wieku,  jest  żonaty  i  ma  wspaniałego  syna.  Baum  miał  wszakże  —  nie  tak
dawno  —  wieczór  autorski  w  Berlinie  i  w  gazetach  berlińskich  dużo  o  nim
pisano.

28.XI.12
Zmęczony, Najdroższa, jak drwal, mimo to odważam się napisać kilka linijek,

bo muszę. Popołudnie zostało złożone w ofierze biuru, nie spałem i dlatego teraz

background image

nie  mogę  już  pisać,  a  tymczasem  chytrze,  jak  zwykle,  właśnie  teraz  przychodzi
przemożna  chęć  do  pisania.  Precz  z  tym!  Czy  nadejdą  lepsze  czasy?  Felice,
otwórz oczy i pozwól mi w nie patrzeć, jeśli jest w nich moja teraźniejszość, to
dlaczego nie miałbym w nich zobaczyć także mojej przyszłości?

Poza  tym  rozmawiałem  też  dzisiaj  z  różnymi  ludźmi,  przede  wszystkim  z

pewnym  malarzem  berlińskim,  i  zauważyłem,  że  tak  się  zakopawszy  w  domu
zapewne  stałem  się  niepostrzeżenie  (dla  samego  siebie  niepostrzeżenie,  nie  dla
Ciebie,  Najukochańsza)  zupełnie  nieznośny.  Gdy  przebywa  się  w  towarzystwie
innych ludzi, to pierwszym dobrym tego skutkiem, choć dobrym tylko chwilowo,
jest to, że traci się dużą część swego poczucia odpowiedzialności, w które przy
obcowaniu  z  samym  sobą,  zawsze  połączonym  wszakże  z  pewną  irytacją,  musi
się być wyposażonym aż po czubki palców. Człowiek zaczyna mieć nadzieję, że
ciężary,  które  zostały  nań  nałożone,  są  może  tajemnie  wspólne  wszystkim  i
dlatego  też  muszą  być  współdźwigane  przez  wszystkie  barki.  Wyobrażenia
fałszywe,  ale  piękne!  Wszędzie  widzi  się  współczujące  zainteresowanie,  ze
wszystkich  stron  przybiegają  ludzie,  żeby  pomóc,  i  nawet  człowiek  niechętny  i
niezdecydowany  pod  działaniem  tej  wielkiej,  tylko  dla  tego  jednego  przypadku
wydatkowanej energii całego otoczenia jest popychany do swego szczęścia. Gdy
zda rza się, że ludzie mnie radują, ta moja radość nie zna granic. Nie wystarcza
mi, że ich dotykam; nie zważając na dobre maniery, lubię się na takich ludziach
uwiesić, wysuwam ramię spod ich ramienia i natychmiast znowu je wsuwam, gdy
przyjdzie  mi  ochota;  wciąż  chciałbym  ich  zachęcać  do  mówienia,  ale  żeby
usłyszeć  nie  to,  co  oni  chcą  opowiedzieć,  lecz  to,  czego  ja  chcę  słuchać.  Ten
malarz  np.  (jego  autoportret  w  załączeniu)  ma  wielką  chęć  rozwodzić  się  o
teoriach sztuki, które wewnętrznie są na pewno prawdziwe, ale zewnętrznie są na
pewno równie mdłe i równie łatwo dają się zdmuchnąć, jak płomień świecy. Ja
natomiast  chciałem  słyszeć  (i  dlatego  podwójnie  było  potrzebne  uwieszanie  się
na ramieniu i ciągnięcie biednego malarza to w tę, to w tamtą stronę) wciąż tylko
o  tym,  że  jest  on  od  roku  żonaty,  żyje  szczęśliwie,  przez  cały  dzień  pracuje,
zamieszkuje  dwa  pokoje  w  domku  z  ogrodem  w  Wilmersdorf,  i  o  innych  takich
rzeczach, które budzą zazdrość i siłę.

Dobranoc. Franz

[Papier firmowy z nadrukiem po czesku: „Úrazová pojiŝtovna dělnická"]
29.XI.12
Dostałem dziś, Najdroższa, tylko nocny list środowy, toteż wiem coś o Tobie

tylko do tego momentu we czwartek rano, w którym wrzuciłaś list do skrzynki. A
od tej chwili minęło niewątpliwie dużo czasu. Ale wcale nie jestem niespokojny,
ponieważ Ty tego ode mnie żądasz, lecz ten spokój trwa jednak tylko tak długo,
póki  utrzymuje  się  także  Twój  spokój.  Przez  te  próby  musisz  teraz  żyć  w
okropnym  zamęcie,  bardzo  się  ze  względu  na  Ciebie  ucieszę,  gdy  będzie  już  po
wszystkim. Czy będziesz także występować? I w jakiej roli? Zaniedbujesz mnie
zresztą,  Najdroższa:  gdybym  to  ja  kiedyś  wystąpił  jako  Humor,  byłbym  Ci  już

background image

dawno  posłał  swoją  rolę.  Gdybym  dostał  od  Ciebie  Twoją  rolę,  to  mimo  swej
złej pamięci na pewno bym się jej nauczył (bo inne siły, nie tylko siła pamięci,
przyszłyby  mi  wtedy  z  pomocą)  i  w  nocy  deklamowałbym  ją  z  przejęciem. Ale
ciemne, niedobre są te Twoje sny, których powodem ja jestem, Najdroższa, i dają
mi  one  do  myślenia.  Czy  moje  przeznaczenie,  żeby  Ciebie  dręczyć,  sięga  poza
jawę, aż do Twoich snów?

Twoja  pierwsza  fotografia  jest  mi  nieskończenie  droga,  bo  ta  mała

dziewczynka  już  nie  istnieje  i  w  tym  wypadku  fotografia  jest  wszystkim.
Natomiast  drugie  zdjęcie  jest  tylko  przedstawieniem  drogiej  teraźniejszości  i
pożądanie  każe  mojemu  spojrzeniu  wychodzić  dalej,  poza  ten  niepokojący
obrazek, „Geistesgenie [„Geniusz  ducha  ]  jest  słowem  jak  z  jakiegoś  snu,
bezsensownym,  a  wewnętrznie  prawdziwym,  toteż  nie  zdziwiłem  się,  gdy
znalazłem na następnej stronie opis snu. A skądinąd, dlaczego pierwsza fotografia
jest przedziurkowana?

Teraz  muszę  jednak  kończyć,  Najdroższa,  i  wysyłam  tę  połowę  listu,

ponieważ nie wiem, czy będę dziś jeszcze pisać przed nocą.

Znowu była zbieżność. W ostatnim liście przypomniałaś mi o mojej fotografii,

a w tym samym momencie, w którym dostałem ten list, został Ci prawdopodobnie
doręczony mój wczorajszy list z małym zdjęciem. Ale jest też co prawda coś, co
się nie spełniło. W obu listach chcemy się spotkać, a to nie następuje.

Wczorajszy wierszyk panny Brühl jest znowu osiągnięciem znakomitym, jest

o  wiele  ładniejszy  niż  drugi,  skądinąd  na  pewno  też  zasługujący  na  uznanie,
wierszyk  tego  pana.  Co  ona  takiego  zrobiła,  że  trzeba  ją  było  zbesztać?  W  tym
miejscu  popatrz  na  panienkę  (przypuszczam,  że  siedzi  ona  w  Twoim  pokoju)  i
milcząco pozdrów ją ode mnie.

Czy  jest  to  przypadkowa  zbieżność,  że  parlografy  są  produkowane  mniej

więcej  od  czasu  Twojego  wstąpienia  do  fabryki,  czy  też  przyszłaś  właśnie  do
tego  oddziału  w  momencie  jego  powstania?  Czy  ja  w  ogóle  nie  za  dużo  Cię
pytam?  Jesteś  już  chyba  przywalona  całą  górą  pytań.  Nie  musisz  się  spieszyć  z
odpowiadaniem. Ja pytać nigdy nie przestanę. Adieu na chwilkę. Moje pismo jest
dzisiaj szczególnie piękne, nieprawdaż?

Twój Franz

30.XI.12 [W nocy z 29 na 30 listopada 1912]
Zmęczona, zmęczona jesteś na pewno, moja Felice, gdy  bierzesz  do  ręki  ten

list,  i  muszę  się  starać  pisać  wyraźnie,  żeby  zaspane  oczy  nie  potrzebowały  się
zanadto  wysilać. A  może  raczej  zostawisz  list  na  razie  nie  przeczytany,  oprzesz
głowę i jeszcze parę godzin będziesz spać po hałasie i gonitwach tego tygodnia?
List  Ci  nie  wyfrunie,  lecz  będzie  spokojnie  czekać  na  kołdrze,  póki  się  nie
obudzisz.

Nie mogę Ci powiedzieć dokładnie, która jest godzina, gdy piszę ten list, bo

zegarek  leży  na  krześle  o  kilka  kroków  dalej,  ale  nie  mam  odwagi  tam  pójść  i
spojrzeć,  na  pewno  jest  już  nad  ranem.  Ale  też  dopiero  po  północy  zasiadłem

background image

przy  biurku.  Na  wiosnę  i  w  lecie  nie  będzie  można  —  z  doświadczenia  jeszcze
tego  nie  wiem,  ponieważ  moje  warty  nocne  zaczęły  się  dopiero  w  ostatnich
czasach  —  tak  bez  przeszkód  czuwać  przez  całe  godziny,  bo  świt  będzie
człowieka zapędzał do łóżka, ale teraz podczas tych długich nie zmieniających się
nocy świat zapomina o człowieku, nawet jeśli on nie zapomina o świecie.

A  poza  tym  pracowałem  tak  marnie,  że  nie  zasługuję  w  ogóle  na  sen  i

właściwie powinienem być skazany na to, by resztę nocy spędzić na wyglądaniu
przez  okno.  Czy  Ty  to  rozumiesz,  Najdroższa:  pisać  ile,  a  jednak  musieć  pisać,
jeśli  się  nie  chce  wpaść  w  zupełną  rozpacz?  Tak  straszliwie  musieć  płacić  za
szczęście  dobrego  pisania!  Właściwie  nie  być  naprawdę  nieszczęśliwym,  nie
czuć  tego  świeżego  żądła  nieszczęścia,  lecz  patrzeć  na  kartki  zeszytu,  jak  bez
końca  wypełniają  się  rzeczami,  których  się  nienawidzi,  które  wywołują  w
człowieku obrzydzenie albo przynajmniej jakąś ponurą obojętność, a które jednak
musi się napisać, żeby żyć. Tfu, do diabła! Gdybym mógł jednak te stronice, które
napisałem w ciągu ostatnich czterech dni, tak zniszczyć, jakby ich nigdy nie było.

Ale  czy  to  jest  pozdrowienie  poranne?  Czy  tak  się  przyjmuje  budzącą  się

kochankę  w  piękny  niedzielny  poranek?  Cóż,  przyjmuje  się  ją  tak,  jakim  się
akurat  jest,  Ty  na  pewno  nie  chcesz,  żeby  było  inaczej.  Ja  natomiast  jestem
zadowolony, jeżeli swoimi skargami całkowicie nie wypłoszyłem Twojego snu i
możesz spać dalej. A na pożegnanie powiem Ci jeszcze, że na pewno, i całkiem
na  pewno,  wszystko  znowu  będzie  lepiej  i  że  nie  powinnaś  się  wcale  martwić.
Nie  można  mnie  wszakże  tak  zupełnie  odpędzić  od  mojego  pisania,  skoro  już
kilka razy wydawało mi się, że siedzę w jego środku, w jego najlepszym cieple.

Ale teraz już ani słowa więcej, jeszcze tylko całusy, i to szczególnie wiele z

tysiąca powodów, ponieważ jest niedziela, ponieważ dzień świąteczny już minął,
ponieważ jest ładna pogoda albo ponieważ jest może brzydka pogoda, ponieważ
źle piszę i ponieważ, miejmy nadzieję, będę pisać lepiej, i ponieważ tak mało o
Tobie  wiem  i  tylko  pocałunkami  można  się  dowiedzieć  czegoś  naprawdę
ważnego, i wreszcie ponieważ Ty jesteś zupełnie zaspana i nie możesz się bronić.

Dobrej nocy! Przyjemnej niedzieli!

Twój Franz

[Na  papierze  firmowym  z  nadrukiem  po  czesku  „Úrazová  pojiŝtovna

dělnická"]

30.XI.12
Najdroższa,  wszędzie  należy  myśleć  o  Tobie,  dlatego  piszę  do  Ciebie  tutaj,

na  biurku  mojego  szefa,  którego  właśnie  zastępuję.  Co  za  radość  sprawiłaś  mi
dzisiaj  wielkim  listem  i  2  kartkami!  Te  ostatnie  zresztą  idiotycznie  nadeszły
znowu później niż później napisany list z piątkowej nocy. By (właśnie nastraszył
mnie  telefon  od  dyrektora,  co  mu  się  zresztą  nie  bardzo  udało).  Byłem  więc
właśnie w trafice, żeby kupić znaczek na list, który dostaniesz w niedzielę, jeśli
poczta  zechce  (Najdroższa,  giną,  giną  listy  albo  ja  cierpię  na  manię
prześladowczą),  a  oto  staje  właśnie  obok  mnie  nasz  listonosz,  na  wierzchu  leży

background image

Twój  list,  chwytam  go  tak  gwałtownie,  że  cały  stos  listów  znajduje  się  w
niebezpieczeństwie.

Jak wspaniałe robicie przygotowania! Księgę jubileuszową zapewne dostanę

niebawem. Co to była za dyskusja o balecie rosyjskim, czy wystąpi on na waszej
uroczystości? Nie niepokój się, proszę, o mnie, tak mniej więcej czuję się dobrze,
w  każdym  razie  nie  płaczę,  nie  rzucam  się  na  szezlong  i  tylko  się  martwię,  że
Tobie  się  to  przydarza.  Moja  Ty,  są  tak  piękne  sanatoria  na  wielkim  świecie.
Napiszę  Ci  o  tym  w  najbliższym  czasie.  Wyjaśnij  mi,  dlaczego  ludzie,  którzy
występują  razem  z  Tobą,  mają  dla  Ciebie  współczucie  i  wybaczają  Ci  Twoją
nerwowość:  stale  chyba  nie  jesteś  zdenerwowana,  a  od  przygotowań  na  tę
uroczystość wszyscy muszą być wszakże nerwowi, ludzie nerwowi zaś nie znają
współczucia.  Bądź  spokojna,  doskonały  jest  Twój  pomysł,  że  każde  z  nas
powinno być spokojne ze względu na drugiego; nieświadomie stosuję tę metodę
już  od  dawna,  ale  udaje  mi  się  tak  rzadko,  a  po  Twoim  niepokoju  widzę,  jak
rzadko  mi  się  to  udaje.  Ufam  Ci  całkowicie,  zrozum  mnie  właściwie,  jak
mógłbym  kogoś  kochać  i  dalej  żyć,  nie  mając  do  niego  zaufania,  ale  po  mojej
stronie  jest  zło,  tylko  po  mojej  stronie,  i  ono  to  właśnie  zdobywa  przewagę  i
Ciebie  przeraża.  Czasem  myślę,  że  jeślibyśmy  razem  stawiali  mu  opór,  nie
mogłoby się ono utrzymać; ale potem znowu myślę inaczej i wiem swoje.

Teraz  muszę  jednak  naprawdę  kończyć,  szef  nie  może  pisać  listów  do

kochanki. W naszym wydziale jest 70 urzędników, gdyby wszyscy brali przykład
z szefa, jak właściwie być powinno, dałoby to straszliwe rezultaty.

Co robi poza tym mała panna Brühl? Czy łamała sobie głowę z powodu mojej

kartki?  Czy  też  jej  w  końcu  nie  otrzymała,  co  zgodnie  z  moim  starym  poglądem
podstawowym wydaje mi się najbardziej prawdopodobne.

W  załączeniu  przesyłam  Ci  zaproszenie  na  wieczór  literacki.  Ja  będę  tam

czytać  Twoją  małą  historię.  Będziesz  tam  obecna,  nawet  jeśli  nie  opuścisz
Berlina,  wierz  mi.  Będzie  to  dla  mnie  niezwykłe  uczucie,  pokazać  się  przed
publicznością  z  Twoją  historią,  a  więc  w  pewnej  mierze  z  Tobą.  Historia  jest
smutna i przykra, słuchacze nie będą rozumieli mojego wesołego wyrazu twarzy
w czasie czytania.

Franz

[Na dołączonej kartce]
Najdroższa!  Niech  mnie  diabli  porwą!  W  moim  nocnym  roztargnieniu  list

niedzielny,  przeznaczony  do  Twego  mieszkania,  zaadresowałem,  jak  mi  się
wydaje,  do  Twojego  biura.  Listu  adresowanego  do  domu  nie  mam  odwagi
nadawać  jako  ekspres.  Niewielka  jest  nadzieja,  że  dojdzie  jeszcze  w  niedzielę.
W każdym razie poczta ma dobrą okazję, żeby się popisać. Wybacz!

Franz

1.12.1912

Najdroższa  Felice,  po  zakończeniu  walki  z  moją  małą  historią  —  część

trzecia, ale teraz już niewątpliwie (jak ja piszę niepewnie i z mnóstwem błędów
literowych,  zanim  się  przyzwyczaję  do  świata  rzeczywistego)  ostatnia,  zaczęła

background image

się  układać  —  muszę  koniecznie,  Najdroższa,  powiedzieć  Ci  jeszcze  dobranoc,
chociaż wrzucę ten list do skrzynki dopiero jutro wieczorem. Jestem przerażony,
Najdroższa, jak ja się Ciebie uchwyciłem, to jest z mojej strony łajdactwo, wciąż
to sobie mówię — obyś Ty, Najdroższa, nigdy tego nie powiedziała — a jednak
nie mogę puścić. Boję się, że gdybym był u Ciebie, nigdy bym Cię nie puszczał
samej  —  a  jednak  nieustanne  jest  znowu  moje  pragnienie  samotności  —  oboje
byśmy  cierpieli,  ale  za  takie  szczęście  żadne  cierpienie  nie  byłoby  oczywiście
ceną zbyt wysoką.

O Twoim pokoju wciąż jeszcze wiem tak mało, Najdroższa, i gdy chcę Ci w

nim towarzyszyć w myśli, jestem zagubiony i stoję trochę jak w pustce. Gdy pod
tym kątem widzenia przebiegam w pamięci Twoje listy, znajduję tylko wzmiankę
o jakimś „przyjemnym biurku , które jednak często zastępujesz łóżkiem, potem, w
czasie jakiejś nocy burzliwej, zostały raz wspomniane żaluzjeznajduje się w nim
także na pewno kaseta na listy i wreszcie książki, w których raz szperałaś i przy
tej  okazji  znalazłaś  tę  drogą  mi  fotografię.  (Kto  wie,  czy  nie  dałoby  się  tam
znaleźć  jeszcze  innych  zdjęć?  Jako  dziecko  byłaś  na  pewno  wielokrotnie
fotografowana, z pewnością także i po 12-tym roku życia. A gdy zejdzie się kilka
dziewczynek, muszą też być wszakże zdjęcia grupowe, bez tego się na pewno nie
obędzie.)

Nie,  już  nic  więcej,  dzisiaj  mam  zegarek  w  kieszeni,  jest  kwadrans  przed

trzecią (znowu dopiero po 12-ej zasiadłem do biurka) i tym razem pójdę i muszę
pójść spać wcześniej od Ciebie. Ach, ile Ty masz rozrywek, widzę Cię tańczącą
z  prokurentem  Salomonem,  potem  z  tym  panem,  który  układa  wiersze,  następnie
ze wszystkimi sześcioma panami, którzy wczoraj otaczali Twój stół, gdy pisałaś
do  mnie.  Na  jubileusz  fabryki  przyjechali  może  także  dwaj  przedstawiciele  z
Kopenhagi,  aczkolwiek  nie  jest  to  bardzo  prawdopodobne,  i  oni  także  tańczą.
Dostaję zawrotu głowy od tylu waszych tańców! I wszyscy tańczą bez wątpienia
lepiej  ode  mnie.  Moja  Ty,  gdybyś  zobaczyła  mnie  tańczącego!  Wyciągnęłabyś
ręce do nieba! Ale wy sobie tańczcie, ja idę spać i na przekór wszystkim całą siłą
marzeń  sennych  —  jeśli  Bóg  pozwoli  —  od  tego  tanecznego  zgiełku  cicho  Cię
przyciągam, Najdroższa, do siebie.

Nie  ma  listu,  Felice,  ani  tutaj,  ani  w  biurze  (a  już  myślałem  o  cudzie

wspólnego roztargnienia), ale właśnie w piątek były te wasze próby bez końca, ja
zaś  przez  wyrzeczenie  się  Twojego  listu,  co  prawda  wymuszone,  też  się  przy
czyniłem do sukcesu waszej uroczystości. Obyś tylko nie zużyła wszystkich sił na
próby i nie była zbyt zmęczona na samą uroczystość.

Dziś  zabiera  mi  się  całe  popołudnie,  krewni,  wieczór  autorski  Eulenberga

(czy  znasz  coś  z  jego  rzeczy)  i  jeszcze  jakieś  inne  małe  krzątaniny.  Nic  nie
wyjdzie z pisania, jestem rozproszony, a okrzyki w sąsiednim pokoju (układa się
listę  gości  na  wesele,  każde  nazwisko  —  jeden  okrzyk)  wprawiają  mnie  w
zupełne otępienie.

A  jak  Ty  spędzasz  niedzielę?  Z  tym  przestrachem  przeze  mnie

spowodowanym  zaczęła  się  ona  istotnie  bardzo  szczęśliwie.  Musiałem  jednak
nadać  swój  list  jako  ekspres,  nie  mogłem  sobie  poradzić  ze  sobą.  Jeśli  była  to

background image

głupota,  to  mi  ją  wybacz,  jeśli  dobrze  zrobiłem,  nie  jest  to  moja  zasługa.
Człowiek sam już nie wie, jak to powinien urządzić, żeby było dobrze. Wreszcie
zadałem  sobie  pytanie,  co  ja  bym  wybrał,  Twój  list  połączony  z  przestrachem  i
nieprzyjemnościami, czy brak listu i spokój — i wtedy nie zostawało mi już nic
innego, jak pobiec na pocztę. Ponadto — Ty masz teraz list z przestrachem, ja zaś
nie mam listu — przynajmniej jesteśmy kwita. A w ogóle uważam, że niezależnie
od wszystkich listów, tych zaginionych i tych pędzących, powinniśmy się kochać
stale i niezmiennie. Jeśli Ci to odpowiada — dla mnie jest to najgłębszy nakaz.
Bądź zdrowa, Najukochańsza, i teraz staraj się wypocząć, nie zważając na biuro,
na  rodzinę  i  na  mnie,  wyciągnij  się  na  szezlongu  tak  wygodnie,  jak  to  jest  tylko
możliwe,  ten  mebel  ma  służyć  do  wylegiwania  się,  a  nie  do  płakania.  Tak  w
każdym razie sądzi

Twój Franz

1.XI.12 [1 grudnia 1912]
Najdroższa,  tylko  kilka  słów,  jest  późno,  bardzo  późno,  jutro  będzie  dużo

pracy,  przy  pracy  nad  tą  moją  małą  historią  jestem  teraz  nareszcie  trochę  jak  w
ogniu, serce swo im biciem chce mnie znowu do niej zapędzić, ja jednak muszę
próbować jakoś się z niej wydostać, a ponieważ będzie to ciężka praca i godziny
miną, zanim przyjdzie sen, muszę szybko położyć się do łóżka.

Najdroższa, prawie cała niedziela do Ciebie należała, ze wszystkimi swoimi

myślami szczęśliwymi i nieszczęśliwymi. Jak szybko prelekcja Eulenberga stała
mi  się  obojętna,  jak  natychmiast  byłem  znowu  wypełniony  Tobą!  Po  krótkim
czasie  wyszedłem  i  mój  jedyny  spacer  zaprowadził  mnie  na  dworzec,  gdzie
wrzuciłem  list  do  skrzynki.  Najdroższa,  jeszcze  Ciebie  mam,  jeszcze  jestem
szczęśliwy,  ale  jak  długo  będzie  mi  wolno  nim  być?  Bez  cienia  nieufności  do
Ciebie  mówię  to,  Najdroższa. Ale  ja  Ci  stoję  na  drodze,  ja  Ci  przeszkadzam  i
kiedyś  będę  jednak  musiał  się  usunąć,  czy  wcześniej,  czy  później,  to  będzie
zależało  tylko  od  wielkości  mojego  egoizmu.  A  nigdy  nie  potrafię  tego  zrobić
otwartym,  męskim  słowem,  tak  mi  się  wydaje,  zawsze  będę  przy  tym  myślał  o
sobie, nigdy nie potrafię, co byłoby moim obowiązkiem, przemilczeć tej prawdy,
że  uważam  siebie  za  straconego,  gdy  Ciebie  tracę.  Najdroższa,  moje  szczęście
wydaje  się  tak  blisko,  tylko  o  8  godzin  jazdy  pociągiem  oddalone  ode  mnie,  a
przecież jest ono niemożliwe i niewyobrażalne.

Nie  przerażaj  się,  Najdroższa,  tym  powrotem  wciąż  tych  samych  skarg,  nie

nastąpi  po  nich  taki  list  jak  tamten,  który  wtedy  ze  mnie  wybuchnął,  muszę
koniecznie jeszcze raz Cię zobaczyć i długo, możliwie długo, bez zegarów, które
by nam wymierzały czas, być razem z Tobą — czy będzie to możliwe w lecie, czy
już na wiosnę? — ale są noce, gdy muszę się tak nad sobą użalać, bo za ciężko
jest cierpieć w milczeniu.

Najdroższa,  bardzo  chciałbym  powiedzieć  jeszcze  coś  wesołego,  ale  nie

przychodzi  mi  na  myśl  nic  takiego,  co  byłoby  naturalne,  także  na  otwartej
ostatniej stronicy mojej historii wszystkie 4 osoby płaczą albo przynajmniej są w

background image

nastroju bardzo smutnym. Ale o 10-ej przyjdzie na pewno wesoły list, za który już
teraz zasługuję na całusa. Z nim na wargach idę do łóżka.

[Na pojedynczej kartce, prawdopodobnie dołączonej do jednego z listów z 1

grudnia 1912]

Bądź  tak  dobra,  Najdroższa,  i  zobacz  na  słupie  z  afiszami,  czy  nie  grają

gdzieś Żydzi, przede wszystkim na jaki adres powinienem wysłać list do mojego
Löwy'ego, żeby doszedł do jego rąk. Napisał do mnie znowu, z mnóstwem skarg
na samego siebie, a z powodu mojego niepisania także na mnie. Zgubiłem niestety
kopertę i teraz nie znam jego adresu.

[Na papierze firmowym z nadrukiem po czesku: „Úrazová
pojiŝtovna dělnická"]
2.XII.12
Najdroższa, a więc cud wspólnego roztargnienia wspomożony opieszałością

poczty  stał  się  rzeczywistością.  Twój  list  przeznaczony  na  niedzielę  dostałem
dopiero  teraz  w  biurze.  List  jest  z  wtorkowej  nocy,  dawne  to  czasy,  mam
nadzieję,  że  wszystko  wypadło  dobrze.  Zostajesz  więc  na  Boże  Narodzenie  w
Berlinie?  Przyjdą  krewni,  będzie  się  składać  wizyty,  będzie  się  tańczyć,  będzie
się  jeździć  z  jednego  przyjęcia  na  drugie  —  i  Ty  chcesz  w  takich  warunkach
wypocząć?  Gdy  tak  bardzo  tego  wszakże  potrzebujesz  i  nawet  obcy  ludzie
stwierdzają, że źle wyglądasz. Swoją drogą w sobotę robiono zdjęcia i wkrótce
sam zobaczę, jak źle jest z Tobą.

Mój  wyjazd  świąteczny  stał  się  jeszcze  bardziej  wątpliwy,  ponieważ  ślub

mojej  siostry,  który  będzie  obchodzony  w  gronie  co  prawda  rodzinnym,  ale
bardzo  licznym,  został  przełożony  na  25  i  grozi  mi  zakłóceniem  całego
poprzedzającego  urlopu  świątecznego.  Ale  także  i  Ty  masz  wizytę,  która
prawdopodobnie  zamyka  Berlin  przede  mną,  a  w  jakie  inne  miejsce  miałbym
ochotę pojechać? Zresztą jest jeszcze czas, a więc i nadzieja.

Obym tylko otrzymywał lepsze wiadomości o Twoim stanie zdrowia. Owego

wieczoru  wyglądałaś  wszakże  tak  rześko,  niespożycie,  nawet  policzki  miałaś
rumiane. Czy Cię od razu pokochałem, już wtedy? Czy Ci już o tym nie pisałem?
Byłaś  dla  mnie  w  pierwszej  chwili  frapująca  i  nie  do  pojęcia  obojętna,  i
zapewne  właśnie  dlatego  tak  bliska.  Przyjąłem  to  wtedy  jak  coś  zupełnie
oczywistego.115  Dopiero  gdy  wstaliśmy  od  stołu  w  pokoju  jadalnym,
zauważyłem z przerażeniem, jak czas mija, jak smutne to było i jak należałoby się
spieszyć, ale nie wiedziałem, w jaki sposób i w jakim celu. Ale już w pokoju z
fortepianem  —  Ty  właśnie  wybiegłaś  po  swoje  buty  —  zrobiłem  głupią  uwagę
skierowaną  w  końcu  do  wszystkich:  „Ona  (wtedy  nazywałaś  się  jeszcze  «ona»)
podoba mi się rozpaczliwie i przy tym mocno trzymałem się stołu.

Jak  daleko  jest  od  tamtego  wieczoru  do  pytania  Twego  gościa  o  Twoją

nieszczęśliwą  miłość!  A  ponieważ  zaczerwienienie  się  jest  potwierdzeniem,
przeto  zaczerwienienie  się  oznaczało  w  tym  przypadku,  nawet  gdybyś  Ty  sama

background image

nie była tego świadoma, co następuje: „Tak, on mnie kocha, ale jest to dla mnie
wielkie nieszczęście. On bowiem sądzi, że ponieważ mnie kocha, ma prawo mnie
dręczyć  i  z  tego  urojonego  prawa  korzysta  do  najwyższych  granic.  Niemal  co
dzień przychodzi list, w którym jestem dręczona do żywego, potem zaś co prawda
drugi,  który  ma  sprawić,  bym  zapomniała  o  pierwszym,  ale  jak  można  o  nim
zapomnieć?  Zawsze  mówi  w  sposób  zagadkowy,  jednego  jasnego  słowa  nie
można  od  niego  dostać.  Może  to,  co  on  ma  do  powiedzenia,  wcale  się  nie  da
napisać, ale w takim razie powinien jednak, na litość boską, raz z tym skończyć i
pisać  jak  rozsądny  człowiek.  Na  pewno  nie  chce  mnie  męczyć,  bo  mnie  kocha,
czuję  to,  ponad  wszelką  miarę,  ale  powinien  przestać  tak  mnie  dręczyć  i  nie
dopuszczać  do  tego,  by  jego  miłość  czyniła  mnie  nieszczęśliwą.  Najdroższa
oratorko! Życia wyrzekłbym się dla Ciebie, ale dręczenia nie mogę się wyrzec.

Twój Franz

3.XII.12 [Wieczór 2 i noc z 2 na 3 grudnia 1912]
Cudowny,  duży,  przesadnie  i  niezasłużenie  duży  list!  Najdroższa,  sprawiłaś

mi  wielką  radość  .  A  w  nim  fotografia,  która  zrazu  wygląda  obco,  ponieważ
jesteś w niezwyczajnej dla mnie postawie i otoczeniu, która jednak, im dłużej się
na  nią  patrzy,  coraz  mniej  ma  tajemnic,  aż  teraz,  gdy  stoi  w  świetle  lampy  na
moim  biurku,  a  więc  tak  jak  Ty  stałaś  w  świetle  słońca,  ukazuje  najdroższe
oblicze  tak  do  złudzenia  żywe,  że  chciałoby  się  pocałować  rękę  na  krawędzi
łódki,  i  to  się  też  robi.  Wtedy  wyglądałaś  na  pewno  lepiej  niż  dzisiaj,  ale
skądinąd,  może  z  samego  dobrego  samopoczucia,  zrobiłaś  minę  bardzo
zagniewaną.  Co  trzymałaś  w  ręku?  Jakąś  niezwykłą  torebkę?  I  kto  wetknął  Ci
liście do paska? Jak ostrożnie i nieufnie patrzysz na mnie, jak gdybyś miała jakieś
słabe przeczucie tego dręczyciela, który miał Cię nawiedzić za cztery lata. Byłaś
też  ubrana  bardzo  poważnie  jak  na  taki  mały  wyjazd,  i  tak  samo  Twój  brat.  Że
Twój brat jest ładny, to mi już mówiono. Jak śmiesznie młodo wyglądałbym przy
nim,  a  przecież  jestem  od  niego  prawdopodobnie  starszy.  Na  fotografii  ma
wszakże nie więcej jak 25 lat. Na pewno jesteś bardzo z niego dumna.

A  teraz  wolno  mi  oczekiwać  jeszcze  innych  zdjęć,  Najdroższa,  musisz

dotrzymać  obietnicy.  Po  samej  kopercie  nic  się  jeszcze  nie  widzi,  rozrywa  się
kopertę,  jakby  to  był  tylko  list  (niektóre  listy  przychodzą  od  razu  otwarte,  to
zależy  od  konstrukcji  koperty),  ale  tym  razem  była  w  środku  fotografia  i  oto
wysuwasz  się  Ty  sama,  tak  jak  kiedyś  w  lepszych  dniach  wyjdziesz  do  mnie  z
wagonu kolejowego. Także to zdjęcie robione przy magnezji należy już do mnie,
Najdroższa,  bądź  na  pewien  czas,  bądź  na  zawsze,  bez  względu  na  to,  jak
wypadnie. Żeby usunąć wszelkie Twoje wątpliwości (a nie po to, by obudzić w
Tobie  jakiekolwiek  wątpliwości),  przesyłam  Ci  swoje  zdjęcie  zrobione  przy
magnezji. Jest bardzo brzydkie, ale nie było też przezna czone dla Ciebie, lecz do
mojego  pełnomocnictwa  do  przeprowadzania  kontroli  w  sprawach  instytucji,  i
teraz  ma  już  dwa  lub  trzy  lata.  Twarzy  tak  wykrzywionej  nie  mam  w
rzeczywistości,  spojrzenie  wizjonera  jedynie  przy  świetle  magnezji,  wysokich
kołnierzyków już dawno nie noszę. Natomiast ubranie jest to samo, wielokrotnie

background image

już wspomniane i jedyne (jedyne to naturalnie przesada, ale niewielka), i noszę je
dzisiaj z takim samym zadowoleniem jak wtedy. Wywoływałem nim sensację już
w teatrach berlińskich na wytwornych miejscach, na spektaklach kameralnych w
pierwszych  rzędach  i  przespałem  w  nim  lub  przedrzemałem  kilka  nocy  na
ławkach wagonów kolejowych. Starzeje się ono razem ze mną. Równie ładne jak
na fotografii nie jest już naturalnie. Krawat jest istną wspaniałością, którą sobie
przywiozłem z podróży do Paryża, i to nie z tej drugiej, lecz jeszcze z pierwszej,
której daty nie potrafię w tej chwili obliczyć.118 Przypadkowo mam na sobie ten
krawat także i teraz, gdy piszę. On także się postarzał. Uwzględniając to wszystko
proszę Cię tylko o to, żebyś się na widok tego zdjęcia nie przeraziła. Z nowszych
czasów  jest  tylko  jeden  dobry  mój  portret  (dobry  jest  tylko  taki  portret,  który
pokazuje  człowieka  takim,  jak  chciałby  on  wyglądać,  jeśli  już  nic  więcej  nie
może), ale jest on oprawiony w ramkę razem z innymi zdjęciami rodzinnymi. Dam
sobie jednak zrobić zdjęcie dla Ciebie, gdy tylko będzie to możliwe, tak bardzo
zależy mi na tym, żeby przynajmniej jako podobizna być w Twoich rękach, mam
na  myśli  Twoje  ręce  rzeczywiste,  bo  w  Twoich  rękach  nierzeczywistych  już
dawno jestem.

To  było  pisane  wieczorem,  teraz  jest  noc,  tam  gdzie  jest  ona  najgłębsza.

Najdroższa, czy nie zachowałem się wzorowo, mimo że  wczoraj  nie  było  listu?
tak bardzo z Tobą połączony w ufności, jakbyś była obok mnie i tylko miała swój
dzień milczący. Zresztą nie masz na pewno wcale takich dni żałosnych, bo mimo
płaczu — jedynej Twojej wady, a skądinąd straszliwej pokusy, żeby Cię szybko
przycisnąć do piersi — panujesz nad sobą na pewno nieporównanie lepiej niż ja.
Zastanów  się  raz  poważnie,  czy  mogłabyś  znieść  człowieka,  który  w  pewnych
dniach i przez większość dni formalnie się zapada w sobie i nie może się ruszyć z
miejsca. Takie dni były dosyć częste zwłaszcza w ubiegłym tygodniu, nie wiem,
czy poznałaś to po moich listach (mniej więcej sprzed tygodnia!), w każdym razie
powiedz,  że  uszło  to  Twojej  uwagi  i  że  ja  cierpię  na  urojenia.  Z  Twoich  ust,  z
których oczekuję wszystkich rozstrzygnięć o sobie, to mnie uspokoi.

Wasze święto było nad podziw wspaniałe. Nie wiem, na czym to polega, ale

cała  ta  fabryka,  mimo  wszelkich  kontrargumentów,  jakie  podsuwa  rozum,  mimo
Twojego  świadectwa,  które  jest  niepodważalne,  mimo  wszystkich  szczegółów,
które  o  niej  wiem,  wydaje  mi  się  zupełnie,  ale  to  zupełnie  (papier  listowy
Twojego okropnie nieporządnego korespondenta właśnie się skończył, a wszyscy
kupcy branży papierniczej śpią) nierealna. Może stąd się to bierze, że tak mocno
Cię  otoczyłem  pragnieniami  i  nadziejami,  które  zupełnie  nie  pasują  do  realnej
instytucji,  natomiast  znakomicie  pasują  do  nierealnej.  Dlatego  też  tak  lubię,  gdy
mi  opowiadasz  o  swoim  biurze,  gdybym  miał  prawdziwe  wewnętrzne
przekonanie,  że  ono  Ciebie  otacza  i  każe  Ci  pracować,  budziłoby  we  mnie
odrazę.  Czy  dostanę  zdjęcia  pomieszczeń  biurowych?  Gdy  je  dostanę,  Ty
dostaniesz  np.  roczne  sprawozdanie  naszego  zakładu  z  moim  artykułem  o
bezpiecznych okrągłych wałkach do hebli! Z rysunkami! Albo nawet cały artykuł
o ubezpieczeniu warsztatów! Najdroższa, wiele rozkoszy jest jeszcze przed Tobą.

Teraz  jednak  idę  do  łóżka.  Śpię  mianowicie  trochę  za  mało  w  ostanich

background image

czasach,  także  trochę  za  mało  chodzę  na  spacery,  nie  czytam  zupełnie  nic,
niemniej  czasem  nie  czuję  się  nazbyt  źle.  Bawię  się  myślami  o  feriach  Bożego
Narodzenia,  o  długich  wakacjach  i  o  dalszych  latach.  Gdy  widoki  stają  się
ciemniejsze,  zamykam  oczy.  —  Żebym  nie  zapomniał,  będę  teraz  z  reguły  pisał
tylko  raz  dziennie, zabiera  mi  się  popołudnia. Ale  daje  mi  się  całusy. A  skoro
tak, to na wszystko się zgadzam.

Franz

[Papier firmowy z nadrukiem po czesku: „Úrazová
pojiŝtovna dělnická" ]
3.XII.12
Najdroższa, tylko dwa słowa. Nasze wybory, o których Ci może pisałem, są

zakończone, i skończył się mój wolny czas w biurze. Mogę Cię tylko w pośpiechu
pozdrowić.  Poza  tym  cały  jestem  we  mgle  straszliwej  senności.  Najdroższa,
cudownie  mnie  dziś  obdarowałaś  i  Twój  list  ranny  przyciągnął  mnie  do  Ciebie
jak rękoma.

Do  zobaczenia  w  nocy.  Tak  jest  ciężko  odzwyczaić  się  od  pisania  dwóch

listów  dziennie.  Poradź  mi  jakiś  środek.  Pozwól  mi  pocałunkami  prosić  o  taki
środek i pocałunkami dziękować.

Twój, jak niczyj inny,

Franz

Sprawozdania  roczne  wysyłam,  gdy  będziesz  je  umiała  już  na  pamięć,

dostaniesz inne.

3.XII.12
Najdroższa,  powinienem  był  dzisiaj  wytrzymać  całą  noc  na  pisaniu.  Był  to

mój  obowiązek,  bo  jestem  tuż  przed  zakończeniem  mojej  małej  historii,  a
jednolitość  i  ogień  nie  przerywanych  godzin  niewiarygodnie  dobrze  zrobiłyby
temu  zakończeniu.  Poza  tym  kto  wie,  czy  jutro  po  wieczorze  literackim,  który
teraz  przeklinam,  będę  mógł  jeszcze  pisać.  Mimo  to  —  przerywam,  nie  mam
odwagi. Z powodu tego pisania, które w sposób tak regularny i ciągły uprawiam
wcale nie tak długo, z urzędnika choć bynajmniej nie wzorowego, lecz dobrze się
nadającego do niektórych rzeczy (mój obecny tytuł brzmi: koncypient), stałem się
postrachem  mojego  szefa.  Mój  stół  w  biurze  na  pewno  nie  wyglądał  nigdy
porządnie,  teraz  jednak  jest  zawalony  wysokim  i  bezładnym  stosem  papierów  i
akt,  jako  tako  znam  jedynie  to,  co  leży  na  samym  wierzchu,  pod  spodem  tylko
przeczuwam  rzeczy   straszne.  Czasem  wydaje  mi  się,  że  niemal  słyszę,  jak  z
jednej  strony  przez  pisanie,  z  drugiej  przez  biuro  jestem  dosłownie  rozgniatany.
Potem przychodzą znów okresy, gdy udaje mi się utrzymać jaką taką równowagę
między  jednym  i  drugim,  zwłaszcza   gdy  w  domu  źle  mi  się  pisało,  ale  tę
zdolność (nie zdolność złego pisania) stopniowo, obawiam się, tracę. Czasem w
biurze  rzucam  spojrzenia,  których  przedtem  nikt  nie  uważałby  za  możliwe  w

background image

jakimkolwiek  biurze.  Mój  maszynista  jest  jedynym  człowiekiem,  który  mnie  w
takich momentach umie delikatnie obudzić. I jeszcze Twoje listy, teraz, odkąd się
nawzajem spokojnie kochamy, także one, to jest absolutnie pewne, pomagają mi
żyć; ktoś, i nie tylko ktoś, lecz moja Ukochana, troszczy się o mnie i od Twojego
listu  w  lepszym  stanie  zrywam  się  do  mojej  pracy.  Ale  mimo  to,  mimo  to  —
Dzisiaj tak mało Ci napisałem, a tyle mam Ci do powiedzenia. Jak ładnie stoisz
we  wzorcowni! Ale  brak  mi  widoku  Twojego  biura.  Nie,  o  te  rzeczy,  które  mi
dziś  przysłałaś,  będę  musiał  Cię,  najcierpliwsza  Felice,  przez  całe  miesiące
wypytywać.  Przede  wszystkim  wyjaśnij  mi  trochę  te  dwie  aluzje  do  Ciebie.
Pierwsza odnosi się zapewne do Twojego syjonizmu, ale ta druga, z literaturą i
mrożonym  mięsem?  Boże,  jak  wszyscy  ci  ludzie  od  Salomona  do  Rosenbauma
Ciebie znają, jak mogą Cię co dzień widywać, jak jeżdżą z Tobą automobilami,
wystarczy  tylko  nacisnąć  guzik  w  kancelarii  dyrekcji,  a  już  przybiegasz.
Najdroższa,  Najdroższa,  gdzie  jest  dzwonek,  który  wezwie  Cię  do  mnie?
Napadam  na  Ciebie  pocałunkami.  —  A  teraz  koniec.  Moja  historia  nie
pozwoliłaby mi spać, Ty wraz z marzeniami sen nymi przynosisz mi sen. Wczoraj
na trawie omawiałem z Tobą nasz wspólny pobyt na wsi.

Twój Franz

4.XII.12
Dzięki Bogu, Najdroższa, że przy końcu swego listu jesteś spokojniejsza, od

wyrzutów  sumienia  nie  wiedziałbym,  co  robić.  Za  to  przyrzekam  Ci  teraz  tak
pięknie,  jak  tylko  potrafię  —  a  chciałbym  mieć  usta  panny  Brühl,  która  Cię  w
czasie  pisania  pocałowała,  ażeby  móc  to  jeszcze  lepiej  potwierdzić  —  że  (ze
względu na charakter uroczysty piszę każdą literę osobno) nigdy więcej nie będę
Cię  dręczył  listownie,  lecz  odkładam  to  sobie  do  czasu,  gdy  będziemy  razem  i
każdy zły uczynek będzie mógł być naprawiony od razu i najlepiej, a nie dopiero
tak prymitywnie i późno, jak za pomocą najbliższego listu.

Sama  mówisz,  że  ja  nie  chcę  Ciebie  dręczyć;  jesteś  wprawdzie  moim

własnym Ja, które ja dręczę od czasu do czasu, to mu dobrze robi, ale Ty jesteś
moim  Ja  najgłębszym  i  najdelikatniejszym,  które  z  pewnością  jak  najbardziej
pragnę oszczędzać i utrzymywać w najdoskonalszym spokoju. A tymczasem mimo
najlepszej  woli  —  to  musi  być  wina  pióra,  które  w  mojej  dłoni  chodzi  swoimi
własnymi, złymi drogami.

Najdroższa! Wybacz, i od teraz moje listy będą spokojne, jak przystoi, gdy się

pisze do Ukochanej, którą chciałoby się głaskać, a nie chłostać.

Wczoraj  wieczorem  także  przesadziłem,  przychodzi  mi  na  myśl.  Z  moim

biurem  jest  mniej  więcej  tak.  Jeśli  nawet  siedzę  tam  jak  nieszczęśnik,  to  po
otrzymaniu i przeczytaniu listu od Ciebie podnoszę się jak olbrzym i jako gorliwy
urzędnik  podchodzę  do  czekającej  maszyny  do  pisania,  zupełnie  tak,  jakbyś  Ty
mnie  tam  prowadziła  i  przyrzekła  mi  w  nagrodę  pocałunek,  jeśli  będę  dobrze
pracował.  Nie  być  smutną,  Najdroższa!  Udało  Ci  się  uczynić  mnie  szczęśliwym
już  wtedy,  kiedy  wcale  jeszcze  tego  nie  chciałaś  tak,  jak  dopiero  teraz  chcesz.

background image

Adieu, Najdroższa,  czy  dziś  nie  potrafię  się  wcale  pożegnać? A  teraz  marsz  do
maszyny do pisania! Jest to zresztą ostatni drugi list w ciągu jednego dnia, teraz
będzie  już  zawsze  tylko  jeden.  Wyjaśnienie  nastąpi.  Nie  mogę  dziś  odejść  od
Ciebie, Najdroższa! Wyrwij swoją rękę, gdy jestem takim szaleńcem.

Franz

[Noc z 4 na 5 grudnia 1912]
Ach,  Najdroższa,  nieskończenie  Ukochana,  na  moją  małą  historię  teraz  jest

rzeczywiście  za  późno,  jak  przeczuwałem  ze  strachem,  nie  dokończona  będzie
gapić  się  w  niebo  aż  do  jutrzejszej  nocy,  dla  Ciebie  jednak,  Felice,  dziecinna
Damo,  jest  właśnie  teraz,  i  zawsze  właśnie  teraz,  jedyna  właściwa  pora.
Telegram  przyjmuję  jako  pocałunek  i  wtedy  smakuje  on  dobrze,  napełnia
radością, dumą, pychą, ale jako życzenia szczęścia, Najdroższa? Każdy wieczór
jest ważniejszy od dzisiejszego, który był poświęcony tylko mojej przyjemności,
podczas gdy inne wieczory są przeznaczone dla mojego wyzwolenia. Najdroższa,
otóż  ja  tak  piekielnie  chętnie  czytam,  ryczenie  do  chętnych  i  uważnych  uszu
słuchaczy  tak  dobrze  robi  biednemu  sercu. Ale  też  ryczałem  do  nich  potężnie  i
muzykę  dochodzącą  z  sąsiednich  sal,  która  chciała  mnie  uwolnić  od  trudu
czytania,  po  prostu  zdmuchnąłem.  Wiesz,  komenderować  ludźmi,  albo
przynajmniej  wierzyć,  że  się  komenderuje  —  nie  ma  większego  błogostanu  dla
ciała. Jako dziecko — przed kilku laty byłem nim jeszcze — lubiłem marzyć, że
w  wielkiej  sali  wypełnionej  publicznością  ja  —  jednakże  wyposażony  w  nieco
większą  siłę  serca,  głosu  i  ducha  niż  ta,  jaką  faktycznie  miałem  —  czytam
Éducation sentimentale całą, bez przerywania, przez tyle dni i nocy, ile okaże się
potrzebne,  naturalnie  po  francusku  (o  ty  moja  kochana  wy  mowo!),  a  ściany
odbijają  echo.  Ilekroć  przemawiałem,  a  mówienie  jest  na  pewno  czymś  jeszcze
lepszym  niż  odczytywanie  (zdarzało  się  to  dosyć  rzadko),  czułem  także
uwznioślenie  i  także  dzisiaj  nie  żałowałem  tego  wieczoru.  Jest  to  —  i  dlatego
należy mi to wybaczyć — jedyna przyjemność do pewnego stopnia publiczna, na
jaką  sobie  pozwoliłem  od  trzech  miesięcy.  Z  obcymi  ludźmi  od  tego  czasu
rzeczywiście  nie  rozmawiałem  prawie  wcale.  Tylko  z  jednym  Stoesslem;
Twojego Schmitza, z którym miałem się spotkać mniej więcej przed 14 dniami —
a  pociągał  mnie  u  niego  niemal  wyłącznie  jego  związek  z  Tobą  —  po  prostu
zaspałem. Czy znasz Stoessla? To wspaniały człowiek, coś po ludzku twórczego
naprawdę  wyziera  z  jego  twarzy,  która  bez  tego  ze  swym  przekrwieniem  i
haczykowatym nosem mogłaby należeć także do żydowskiego rzezaka. (Poczekaj,
mam  tu  w  jednym  katalogu  jego  podobiznę  i  od  razu  ją  dołączę.)  Mówię  trochę
bezładnie o tym i owym, ale gdybym przed Tobą nie mógł tak mówić, przed kim
innym bym mógł? Zresztą jest to jeszcze na pewno reakcja po moim publicznym
czytaniu, z którego jakieś resztki jeszcze mi tkwią w czubkach palców. Ażeby coś
nie rzucającego się w oczy, ale jednak koniecznie coś od Ciebie mieć pod ręką,
wziąłem  ze  sobą  widokówkę  z  Twojej  uroczystości  i  umyśliłem  sobie,  że  w
czasie  czytania  będę  spokojnie  trzymał  na  niej  rękę  i  w  ten  sposób  za  pomocą

background image

bardziej  prostej  magii  będę  przez  Ciebie  podtrzymywany.  Ale  później,  kiedy
historia  weszła  ni  w  krew,  zacząłem  naprzód  bawić  się  tą  kartką,  następnie  zaś
miąłem  ją  i  gniotłem  już  zupełnie  bez  opamiętania,  dobrze  że  na  miejscu  kartki
nie  znajdowała  się  Twoja  droga  ręka,  w  przeciwnym  razie  nie  mogłabyś  na
pewno  napisać  do  mnie  jutro  listu  i  o  wiele  za  drogo  byłby  mnie  kosztował  ten
wieczór. Ale Ty wcale jeszcze nie znasz tej Twojej małej historii. Jest ona trochę
dzika i bez sensu i gdyby nie posiadała prawdy wewnętrznej (co nigdy nie da się
stwierdzić  ogólnie  i  raz  na  zawsze,  lecz  musi  być  przez  każdego  czytelnika  lub
słuchacza za każdym razem na nowo przyznane lub zaprzeczone), byłaby niczym.
Ma  ona  także,  co  przy  jej  małej  objętości  (17  stron  maszynowych)  trudno  sobie
wyobrazić, mnóstwo błędów i nie wiem, jak to się stało, że taki płód co najmniej
bardzo wątpliwy Tobie ofiaruję. Ale każdy daje to, co ma, ja tę małą historię ze
sobą  jako  wisiorkiem,  Ty  ogromny  dar  swojej  miłości.  Ach,  Najdroższa,  jak
szczęśliwy jestem dzięki Tobie; z tą jedną łzą, którą przy zakończeniu wycisnęła
mi z oczu Twoja historia, mieszały się również łzy tego szczęścia.

Powiedz,  jak  mam  stać  się  godny  np.  Twojego  dzisiejszego  listu,  chociażby

jego drugiego arkusza, który jest wypełniony udręką tylko przeze mnie zbrodniczo
wymuszoną?  Jak  odetchnąłem,  gdy  przy  trzecim  arkuszu  ze  wspomnieniami  z
owej  podróży  jeszcze  nie  zaciemnionej  przeze  mnie  spłynęło  na  Ciebie  trochę
spokoju. Patrz więc, jak kpi się z nas, ludzi, Ty się skarżysz, że gdy wyjeżdżałaś z
Pragi,  ktoś  nie  przyszedł  na  peron,  żeby  Cię  pożegnać,  a  tymczasem  ja  —  w
każdym razie tak mi się dziś wydaje we wspomnieniu — ja byłbym chciał jechać
z  Tobą  na  zewnętrznym  pomoście  przy  Twoim  wagonie,  żeby  móc  zaglądać  do
Twojego  przedziału.  (Ale  to  jest  jednak  idiotyczne,  mogłem  był  przecież
spokojnie wsiąść do pociągu — ale w tej przerażająco głębokiej nocy, jaka już
teraz  zapadła,  rzecz  najtrudniejsza  —  zrobiona  dla  Ukochanej  —  wydaje  się
człowiekowi  jeszcze  niedostatecznie  trudna.)  Właśnie  mi  się  przypomniało:  w
jednym  ze  swoich  ostatnich  listów  napisałaś  raz  „Ci  zamiast  „mi  ,  oby  ten  błąd
literowy  mógł  kiedyś  stać  się  rzeczywistością!  (Spokój,  spokój!  Już  zamykam
usta.) — A więc z tą filią przyłapałem Cię — nie wypierać się! nie wypierać się!
—  właściwej  filii  nie  macie  więc  w  Pradze.  Firmę Adler  naturalnie  już  dawno
odkryłem  i  za  każdym  razem,  gdym  tamtędy  przechodził,  podpatrywałem  ją,  bo
myślałem,  że  to  jest  wasza  konkurencja,  tak  samo  jak  czynię  to  również  przed
lokalem  pewnej  Gramophone  Company.  Czy  poza  tym  posłuchano  mojej  rady  i
otworzono salon gramofonowy na Friedrichstrasse? Jeśli ten okaże się rentowny,
można by założyć drugi, gdzieś w dzielnicy zachodniej. W Paryżu w środku sali
siedziała  na  miejscu  bardzo  wysokim  reprezentacyjna  dama,  której  praca  po
legała jedynie na tym, że jedną ręką wymieniała gościom pieniądze na żetony. Jak
by  to  było,  gdybyś  Ty  jaka  inicjatorka  sprawy  dostała  taką  posadę.  Mówię  to
tylko  dlatego,  że  wtedy  drugą  ręką,  niepotrzebną  do  pracy,  mogłabyś  przez  cały
dzień  pisać  do  mnie  listy.  Najdroższa,  jakie  głupstwa  wymyśla  tęsknota  do
Ciebie.  Najdroższa,  żal  mnie  przejmuje  nad  samym  sobą.  Gdybym  ten  czas,
podczas którego pisałem listy do Ciebie, zebrał i zużył na podróż do Berlina, już
dawno  byłbym  przy  Tobie  i  mógłbym  patrzeć  w  Twoje  oczy.  A  tymczasem

background image

wypełniam listy głupstwami, jak gdyby życie trwało wiecznie i ani chwilę krócej.

Nie,  teraz  nie  będę  już  więcej  pisać,  zupełnie  przeszła  mi  ochota,  idę  do

łóżka  i  będę  sam  przed  sobą  wymawiał  Twoje  imię,  Felice!  Felice!  —  imię,
które  wszystko  może,  i  podniecać,  i  uspokajać.  Dobrej  nocy  i  śnij  słodko,  jak
mówi się u nas. Jeszcze tylko jedno pytanie: Jak Ty piszesz w łóżku? Gdzie stoi
kałamarz?  Czy  papier  trzymasz  na  kolanach?  Ja  bym  tak  nie  potrafił,  a  Twoje
pismo  jest  bardziej  pewne  w  takiej  pozycji  niż  moje,  gdy  siedzę  przy  biurku. A
czy nie robią się od tego kleksy na kołdrze? A plecy, biedne plecy! I biedne oczy
psuje  się  sobie  nieuchronnie.  I  tutaj,  odwrotnie  niż  w  Chinach,  mężczyzna  jest
tym,  który  chciałby  odebrać  kochance  lampę.  Przez  to  nie  jest  on  jednak
bynajmniej  mądrzejszy  niż  ów  chiński  uczony  gabinetowy  (wciąż  spotyka  się  w
literaturze chińskiej i to szyderstwo, i ten respekt wobec „uczonego gabinetowego
), bo nie chce wprawdzie, żeby ukochana pisała listy w nocy, ale sam te jej listy
nocne chciwie wyrywa z ręki listonoszowi.

Teraz bądź zdrowa, jeszcze ostatni pocałunek. I tu kładę swój podpis

Franz

i  jestem  sam.  Nie  jestem  jednak  sam,  bo  wolno  mi  całować  jeszcze  pod

podpisem,  tak  myślę.  Najdroższa,  jeśli  przy  naszym  rzeczywistym  spotkaniu
będzie  mi  także  tak  trudno  rozstawać  się  z  Tobą  jak  teraz,  to  zrozumiesz,  że
cierpienia,  jakie  Ci  sprawiałem  swoimi  listami,  były  drobiazgiem  wobec
uciążliwości rzeczywistego obcowania ze mną. Adieu, Najdroższa. Ten nowy list
po moim ostatnim podpisie wymaga nowych pocałunków i w myśli je otrzymuje.
[Na marginesie] Dziś więc nie będzie już listu.

5.XII.12
Najdroższa,  tylko  pozdrowienia  i  podziękowanie  za  opis  Twego  pokoju.

Brakuje  jeszcze  tylko  ściany  tylnej,  tam  są  zapewne  drzwi.  Czy  masz  dużo
książek?

O wyborach Ci nie pisałem? Ależ tak, tak. Zapewne w jednym z wielu listów

zaginionych.  Teraz  przypominam  sobie  np.,  że  skarżyłem  się  przed  Tobą,  iż
Twoje listy trzeba wyszukiwać w olbrzymiej poczcie nadchodzącej w związku z
wyborami i jak to długo trwa.128 Są to wybory do naszego zarządu, przy których
jest  dość  dużo  pracy,  ponieważ  wybierają  u  nas  ubezpieczeni  przedsiębiorcy
(około  200  000)  i  wszyscy  robotnicy  (około  3  000  000).  W  tym  roku  gorliwie
pomagałem przy tej pracy i dzięki temu moje zaległości mogły się gromadzić bez
zwracania większej uwagi. Teraz jednak to tu, to tam któraś daje już o sobie znać
z wielkim trzaskiem.

Najdroższa,  nie  zaprzeczaj,  wydaję  Ci  się  na  fotografii  bardzo  obcy.  Nie

chcesz  się  do  tego  przyznać  sama  przed  sobą,  ale  Twój  list  świadczy  przeciw
Tobie.  W  każdym  razie  gdy  się  go  czyta  podejrzliwie,  jak  ja  tym  razem
uczyniłem,  co  wyznaję.  Co  ja  mam  zrobić?  Więc  tak  wyglądam.  Zdjęcie  jest
niedobre, ale jest podobne, w rzeczywistości wyglądam nawet gorzej. Jest sprzed
dwóch  lat,  ale  mój  młody  wygląd  prawie  się  nie  zmienił,  choć  co  prawda  od

background image

nocnego  czuwania  zaczynam  dostawać  brzydkich  zmarszczek.  Czy  będziesz
mogła, Najdroższa, przyzwyczaić się do tej fotografii? I czy człowiek ma prawo
jeszcze  Cię  pocałować,  czy  też  musi  podpisać  się  bez  pocałunków?  I  zważ,  że
ostatecznie  podobizna  jest  jeszcze  znośna,  ale  co  będzie,  gdy  sam  ten  człowiek
wystąpi? — w końcu uciekniesz wtedy od niego. Zważ, że widziałaś go tylko raz,
i to przy świetle gazowym, i nie zwracając wtedy na niego szczególnej uwagi. A
prawie  wcale  nie  wychodzi  on  na  dwór  za  dnia  i  twarz  mu  się  od  tego  zrobiła
zupełnie nocna. Tak dobrze Ciebie rozumiem. Ale może jednak przyzwyczaisz się
do niego, Najdroższa, bo patrz, także ja, ten, który pisze listy i którego tak dobrze
potraktowałaś, musiałem się do niego przyzwyczaić.

Przesadziłem  w  tym,  co  napisałem  przed  chwilą,  Twój  list  jest  kochany  jak

zawsze,  ale  u  mnie  nastroje  wciąż  się  zmieniają  i  dzisiaj  właśnie  zły  jest  górą.
Wybacz nam obu, temu, co pisze listy, i temu na fotografii, i pozwól, żebyśmy z
naszej podwójnej postaci mieli profit także w pocałunkach. Adieu, Najdroższa, ja
jestem zupełnie spokojny, bądź i Ty spokojna i nie przestawaj mnie kochać.

Twój Franz

Dzisiaj  jest  jednak  naprawdę  ostatni  drugi  list  w  ciągu  dnia.  Boże,  znowu

grozi mi jakaś podróż.

Z 6 na 7.XII.12
[Prawdopodobnie  w  nocy  z  5  na  6  grudnia  1912]  Płacz,  Najdroższa,  płacz,

teraz jest czas na płakanie! Bohater mojej małej historii przed chwilą umarł. Jeśli
to Cię pocieszy, to wiedz, że umierał dosyć spokojny i ze wszystkimi pogodzony.
Sama  historia  nie  jest  jeszcze  zupełnie  gotowa,  teraz  nie  mam  już  na  nią
prawdziwej  chęci  i  pozwolę  jej  spać  do  jutra. A  także  jest  już  bardzo  późno  i
dosyć  trudu  mnie  kosztowało  przezwyciężenie  wczorajszej  perturbacji.  Szkoda,
że  w  niektórych  miejscach  tej  historii  wyraźnie  się  zaznaczyły  moje  stany
zmęczenia  oraz  inne  przerwy  i  nie  mające  z  nią  związku  troski,  mogłaby  na
pewno być wypracowana czyściej, widać to właśnie po jej stronach udanych. Ale
to jest właśnie owo wciąż dręczące uczu cie: ja sam, ja z tymi siłami twórczymi,
które w sobie czuję, zupełnie abstrahując od ich intensywności i wytrwałości, w
bardziej  sprzyjających  warunkach  życiowych  byłbym  wykonał  robotę  czystszą,
bardziej przekonującą, lepiej zorganizowaną niż ta, która teraz leży przede mną.
Jest  to  uczucie,  którego  nie  potrafi  wyperswadować  żaden  rozum,  aczkolwiek
naturalnie nie kto inny, lecz rozum ma rację, gdy mówi, że tak jak nie ma innych
okoliczności  jak  rzeczywiste,  tak  też  na  żadne  inne  niż  rzeczywiste  nie  można
liczyć. Jakkolwiek to jednak jest, jutro mam nadzieję ukończyć historię, a pojutrze
rzucić się z powrotem do powieści.

Moja  biedna  Najdroższa,  chcesz  wiedzieć,  kiedy  przychodzą  Twoje  listy,

żeby  się  wedle  tego  kierować? Ale  poczta  jest  wszakże  zupełnie  nieobliczalna,
nawet poczta austriacka, działa na zasadzie zupełnej improwizacji, mniej więcej
tak  jak  zabawa  w  pocztę  uprawiana  jako  wakacyjna  rozrywka.  Twój  pierwszy
list,  ekspres,  nadszedł  w  niedzielę  o  godzinie  11  do  mojego  mieszkania,  drugi

background image

przyszedł we środę między 9 i 10 do biura. Twój telegram doręczono mi o pół do
piątej po południu w domu (byłoby lepiej, gdyby był nadszedł później, wówczas
byłby  mnie  może  na  czas  obudził,  a  tak  trochę  zaspałem  i  byłem  tam  dopiero
około  9-ej).  Twój  list  pisany  w  tramwaju  —  ten  list,  który  najdroższa  Felice
przeznaczyła  dla  mnie  na  środę  —  przyszedł  dopiero  w  czwartek  przed
południem do mojego mieszkania i stwierdziłem, gdy o godzinie 3 dostałem go do
rąk, jak bardzo my do siebie należymy, Ty bowiem chciałaś dać mi swój telegram
jako towarzysza na moje czytanie, ja zaś rzeczywiście już go prawie włożyłem do
kieszeni, żeby go zabrać ze sobą, potem jednak zmieniłem zamiar, ponieważ nie
chciałem go tylko trzymać w kieszeni, lecz mieć przed sobą na stole, przy którym
miałem  czytać,  a  do  tego  celu  on  się  jednak  nie  nadawał,  zbyt  rzucałby  się  w
oczy, toteż wolałem wziąć ze sobą widokówkę.

O swoim biurze opowiadam, jak widać, nadzwyczaj wyraźnie (ono temu nie

winne), skoro Ty, Najdroższa, tak to źle zrozumiałaś.  Nie  mamy  70  wydziałów,
lecz  w  tym  wydziale,  w  którym  ja  jestem,  pracuje  70  urzędników.  Kie  rownik
tego wydziału ma trzech zastępców, jednym z nich, i to niestety do spraw akurat
najważniejszych,  albo  lepiej:  najnieprzyjemniejszych,  jestem  ja.  Tak  to  jest,  i
żebyś to jeszcze lepiej zrozumiała, człowiek na fotografii tak Ci obcy, ale w głębi
serca tak Ci oddany jak żaden inny, daje Ci długiego, długiego całusa.

Twój Franz

6.XII.12
Tak  więc  byłem  znowu,  Najdroższa,  wielkim,  wspaniałym  głupcem,  gdy  się

zamartwiałem  z  powodu  swojej  fotografii.  Musiałaś  się  do  niej  niewątpliwie
przyzwyczaić, gdy spacerowałaś wzdłuż kolejki miejskiej, inaczej nie byłabyś tak
miło  myślała  o  mnie.  Tylko  bóle  głowy  były  może  pozostałością  pierwszego
przerażenia. Albo  zbyt  długiego  listu,  który  napisałaś  mi  przedtem.  Pamiętaj:  ja
zasługuję  w  najlepszym  razie  na  częste  listy  od  Ciebie,  długich  listów  czuję  się
naprawdę niegodny, nie mogę sobie z nimi poradzić. Rozglądam się po świecie,
co mógłbym zrobić, żeby zasłużyć na tak długi list jak ten z opisem podróży, i nic
nie  znajduję.  Nie  pozostaje  mi  nic  innego,  jak  z  drżeniem  czytać  go  wciąż  od
nowa.

Z powodu mojego listu, w którym boleję nad swoim wyglądem, jeszcze teraz

odczuwam strach. Bóg wie, jak Ty mnie wyśmiejesz! I każdej chwili boję się, że
dostanę telegram: „Franz, jesteś przepiękny. Wtedy nie pozostawałoby mi już nic
innego, jak schować się pod stół.

Zobacz tylko, szczęśliwa Dziewczynko, jak w załączonym wycinku z gazety,

mimo że była to wszakże tylko prywatna impreza, publicznie i przesadnie chwali
się  Twoją  małą  historię.  A  tym,  kto  to  napisał,  jest  nie  byle  kto,  lecz  Paul
Wiegler.  Znasz  go?  Napisał  kilka  ładnych  książek,  a  kilka  książek  francuskich
jeszcze  ładniej  przetłumaczył.  Godne  pozazdroszczenia  jest  u  niego  to,  że  już  w
lutym  przyjeżdża  do  Berlina,  a  ja?  Skądinąd  jednak  przyjeżdża  tam  jako  krytyk
teatralny  gazety  „Berliner  Morgenpost"  ,  a  to  znowu  nie  jest  godne

background image

pozazdroszczenia. Każdy ma swoje boleści.

Ach,  Najdroższa,  najwyższy  już  czas  na  zakończenie  i  ucałowanie,  inaczej

wejdzie  między  nas  mój  szef,  a  do  tego  nie  można  dopuścić.  Najdroższa,
Najdroższa! Jeszcze te dwa okrzyki.

Twój Franz

Wczoraj  był  ostatni  drugi  list  w  ciągu  jednego  dnia,  dzisiaj  jest

najostatniejszy.

Właśnie  podpisuję  list  do  męża  Twojej  towarzyszki  podróży,  która  Cię

nazywała Aniołkiem, mój Ty Aniołku.

O fotografii, która jest dla mnie ogromnie ważna i pouczająca, napiszę Ci w

nocy.

W  poniedziałek  muszę  jechać  do  Litomierzyc.  A  co  powiedziała  mała

Brühlówna na moją widokówkę? Czy dostałaś obie moje kartki?

Teraz przychodzi mi jeszcze do głowy, że Twój list jest z 4-go, jak więc jest

możliwe, że został we środę — ależ to głupota, mylę się w datach, teraz znowu
uświadomiłem sobie, że wtedy nie mogłaś jeszcze mieć mojej fotografii.

Z 6 na 7.XII.12
Najdroższa,  więc  posłuchaj,  moja  mała  historia  jest  skończona,  tylko  że  to

dzisiejsze zakończenie wcale mnie nie rozwesela, mogłoby być lepsze, nie ma co
do tego żadnej wąt pliwości. Najbliższą myślą, która dołącza się do takiego żalu,
jest zawsze ta: mam wszakże Ciebie, Najdroższa, a więc drugie uprawnienie do
życia, tylko że jest hańbą czerpać uprawnienie do życia z istnienia Ukochanej.

Teraz  przypomniałem  sobie  jeszcze  na  czas,  że  to  ma  być  jednak  list

niedzielny  i  że  skargi  lepiej  odłożyć  do  poniedziałku.  Najdroższa,  nie  wiem
dlaczego,  ale  Twój  spacer  wzdłuż  kolejki  miejskiej  wzruszył  mnie  bezmiernie.
Jaki  śmiech  szyderczy  musi  się  rozlegać  na  wysokościach,  jeżeli  w  tym  samym
może  czasie  Twoje  samotne  spacery  porównuje  się  z  moimi  i  przenosi  wzrok  z
jednego z nas na drugiego.

Ta fotografia, Najdroższa, znowu Cię do mnie przybliża
o  wielki,  wielki  kawał.  Byłbym  skłonny  uważać  ją  za  zdjęcie  dosyć  stare.

(Nie  dajesz  żadnego  objaśnienia  do  fotografii  i  chcesz  mnie  może  zwabić  w
zasadzkę; ale szczęście

i wdzięczność dodają mi odwagi i nic się nie boję.) Całość wygląda zresztą

bardzo 

tajemniczo 

wskutek 

oświetlenia 

oraz 

ustawienia 

humoru

sfotografowanych osób, a klucz do tajemnicy, który leży z przodu, na stole obok
przeznaczonego  dlań  pudełka,  nie  czyni  rzeczy  ani  trochę  jaśniejszą.  Ty
uśmiechasz  się  melancholijnie,  albo  też  mój  obecny  humor  taki  uśmiech  Ci
imputuje.  Nie  mogę  przyjrzeć  Ci  się  porządnie,  bo  wtedy  nie  potrafiłbym  już
oderwać  od  Ciebie  wzroku.  Masz  na  sobie  bluzkę  niezwykle  strojną.  Na  lewej
ręce masz jakiś sznurek albo bransoletkę. Niezależnie od mojego sądu, który tutaj
rzeczywiście  nie  jest  miarodajny,  także  dla  innych  obserwatorów  jesteś  w
centrum  obrazu,  nie  tylko  z  powodu  Twojego  ustawienia,  lecz  także  dlatego,  że
Twoja  matka  trzyma  Cię  za  rękę  albo  że  tak  to  w  każdym  razie  wygląda.  To

background image

nadaje  Ci  szczególne  znaczenie.  Następnie,  masz  spojrzenie  zwrócone  w  innym
kierunku  niż  reszta  rodziny.  Ze  wszystkich  osób  najbliższa  mi  jest  Twoja  matka
(nawet z tym ryzykiem, że Twojej matki może wcale nie ma na zdjęciu). Mój sąd
o niej dlatego jest trochę niepewny, że na jej twarz pada najwięcej światła, i to
najbardziej  zróżnicowanego.  Czy  nie  jest  kobietą  wysoką,  trochę  kościstą?  W
rodzinie  mojego  ojca  są  kobiety,  które  wyglądają  nieco  podobnie  do  niej.  Robi
wrażenie osoby, która wiele rozumie, niemal że wracam do swojego pierwszego
o niej sądu, z nią nie bałbym się rozmawiać. Twój ojciec wygląda bardzo godnie,
wobec  niego  byłbym  już  bardziej  niepewny.  Czym  on  się  właściwie  zajmuje?
Twojego brata już znam z fotografii z Binz, nie dostrzegam w nim nic nowego. Z
brzegu stoją prawdopodobnie Twoje siostry (zgadywanie ułatwione jest przez to,
że  Twój  brat  nie  jest  żonaty),  starszą  nazywam  Budapesztenką,  a  wesołego
mężczyznę koło niej Twoim budapeszteńskim szwagrem. Oni jedni naprawdę się
śmieją, a więc należą do siebie. Dziewczynka z drugiej strony na skraju mogłaby
być  ową  siostrą  flegmatyczną,  sądząc  po  jej  uśmiechu  zadowolonym  z  siebie,
trochę  sennym.  (Jeśli  dwudziestoletnia  dziewczyna  zdecydowanie  nie  chce  w
ogóle czytać, nie widzę w tym nic złego, gorsze jest czytanie połowiczne.) A co
to za pokój, w którym jesteście? Czy jest to wasz obecny pokój bawialny, a stół
czy jest tym stołem, na którym w jednym z Twoich listów twój ojciec i brat grali
w 66? I kto was sfotografował? Czy jest to jakaś uroczystość rodzinna? Ojciec i
brat wydają się ubrani na ciemno i mają białe krawaty, ale domniemany szwagier
ma  krawat  kolorowy.  Najdroższa,  jak  silnym  jest  się  wobec  obrazów,  a  jak
bezsilnym  wobec  rzeczywistości!  Mogę  sobie  łatwo  wyobrazić,  że  cała  rodzina
usuwa się na bok i oddala, tak że zostajesz tylko Ty, a ponad tym wielkim stołem
ja  pochylam  się  ku  Tobie,  żeby  szukać  Twojego  spojrzenia,  otrzymywać  je  i
umierać ze szczęścia. Najdroższa, podobizny są piękne, podobizny są koniecznie
potrzebne, ale są także męczarnią.

Ze złym przeczuciem poszedłem zobaczyć, która to już godzina. Kwadrans na

czwartą!  To  już  zbyt  niedobrze. Ale  też  dopiero  po  dwunastej  zabrałem  się  do
swoich prac. Dobrej nocy, Najdroższa! I proszę nie przestawać mnie kochać! W
przyszłym tygodniu otrzymasz moją książeczkę.  Ile dostanę za nią pocałunków?
Piękne  zajęcie  dla  marzeń.  Najdroższa,  to  słowo  niech  będzie  ostatnie,
Najdroższa!

Twój Franz

Jedynie  w  celu  kontrolowania  poczty  wspominam,  że  dzisiaj  otrzymałem

tylko list ekspresowy z fotografią.

Noc z 6 na 7.XII.12
[Prawdopodobnie  w  nocy  z  7  na  8  grudnia  1912]  Najdroższa,  dzisiaj  z

różnych  powodów  nic  nie  napisałem.  Było  kilka  listów  do  napisania,  jakieś
podanie dla biura, konieczność przygotowań do głupiej podróży do Litomierzyc,
poza tym poszedłem spać dopiero po 7 godzinie wieczór i obudziłem się dopiero

background image

o  11  wieczór,  wreszcie  ta  podróż  do  Litomierzyc  mimo  iście  szatańskiego
pośpiechu  pozbawi  mnie  prawdopodobnie  jednej  nocy  do  pracy,  a  wtedy  moja
powieść, zaledwie zaczęta, musiałaby znowu zostać odłożona — jednym słowem
było  kilka  powodów,  że  dzisiaj  nie  posunąłem  jej  naprzód.  Ale  powodem  nie
najmniej ważnym jest to, że dzisiaj szczególnie niespokojna jest moja tęsknota do
Ciebie.  Czy  tylko  jesteś  zdrowa?  Czy  nie  za  dużo  masz  mi  do  zarzucenia?  Czy
właśnie dzisiaj bardzo Ci na mnie zależy? Najdroższa, dziś w czasie całego snu
Ty mi się śniłaś, ale tylko dwa sny pamiętam. Od razu po przebudzeniu starałem
się je, mimo silnego oporu, zapomnieć, bo były w nich prawdy straszliwe i były
tak natrętne i tak bardzo wyraźne, jak nigdy nie mogłyby się ujawnić w życiu na
jawie, bardziej matowym. Opowiem je tylko zupełnie powierzchownie i krótko,
chociaż były one bardzo powikłane i pełne szczegółów, które jeszcze teraz są we
mnie  i  grożą.  Pierwszy  nawiązywał  do  Twojej  uwagi,  że  wy  możecie
telegrafować  bezpośrednio  z  biura.  Ja  także  mogłem  więc  telegrafować
bezpośrednio  ze  swojego  pokoju,  aparat  stał  nawet  przy  moim  łóżku,  zapewne
tak,  jak  Ty  masz  zwyczaj  przysuwać  stół  do  łóżka.  Był  to  aparat  szczególnie
kolczasty  i  tak  jak  się  boję  telefonować,  tak  też  bałem  się  tego  telegrafowania.
Ale musiałem do Ciebie zatelegrafować w jakiejś ogromnej trosce o Ciebie i w
jakimi dzikim, na pewno wyrywającym mnie z łóżka pragnieniu natychmiastowej
wiadomości  od  Ciebie.  Na  szczęście  zaraz  znalazła  się  przy  mnie  moja
najmłodsza  siostra  i  zaczęła  telegrafować  za  mnie.  Moja  troska  o  Ciebie  czyni
mnie  pomysłowym,  niestety  tylko  we  śnie.  Aparat  był  tak  skonstruowany,  że
trzeba było tylko nacisnąć guzik, a natychmiast na  taśmie  papieru  ukazywała  się
odpowiedź  z  Berlina.  Przypominam  sobie,  jak  zastygły  z  napięcia  patrzyłem  na
odwijającą  się  taśmę  naprzód  zupełnie  pustą,  chociaż  niczego  innego  nie  można
było  oczekiwać,  ponieważ  zanim  w  Berlinie  przywołano  Cię  do  aparatu,  nie
mogła wszakże nadejść odpowiedź. Co to była za radość, gdy na taśmie pojawiły
się pierwsze litery; musiałem chyba spaść z łóżka, tak wielka była moja radość,
jak ją mam w pamięci. Bo oto przyszedł prawdziwy list, który mogłem zupełnie
dokładnie  odczytać,  którego  większą  część  potrafiłbym  sobie  może  nawet
przypomnieć, gdybym chciał. Ale teraz powiem tylko tyle, że w tym liście w miły
i  uszczęśliwiający  mnie  sposób  zostałem  wyłajany  za  swój  niepokój.  Byłem  w
nim  nazwany  „nienasyconym  żarłokiem  i  wyliczone  były  listy  i  kartki,  które  w
ostatnim czasie otrzymałem lub które znajdowały się w drodze.

W  drugim  śnie  byłaś  niewidoma.  Jakiś  berliński  Instytut  Ociemniałych

urządził  wycieczkę  do  wsi,  w  której  ja  z  moją  matką  spędzałem  wakacje.
Mieszkaliśmy  w  drewnianym  domku,  którego  okno  wyraźnie  mam  w  pamięci.
Domek ten znajdował się na terenie wielkiej posiadłości ziemskiej, położonej na
stoku góry. Na lewo od domku znajdowała się oszklona weranda, w której była
zakwaterowana  większość  ociemniałych  dziewczynek.  Wiedziałem,  że  Ty  jesteś
wśród nich, i miałem głowę pełną niejasnych planów, jak mógłbym to urządzić,
żeby Cię spotkać i porozmawiać z Tobą. Wciąż wychodziłem z naszego domku,
przechodziłem  przez  deskę,  która  była  położona  przed  domem  nad  bagnistym
gruntem, i nie zobaczywszy Ciebie niezdecydowany wracałem z powrotem. Także

background image

moja  matka  bezplanowo  chodziła  dookoła,  miała  suknię  bardzo  prostą,  coś  w
rodzaju  habitu  zakonnicy,  i  ręce  złożone  na  piersi,  chociaż  niezupełnie
skrzyżowane.  Od  niewidomych  dziewczynek  wymagała  różnych  posług  i
wyróżniała pod tym względem dziewczynkę w czarnej sukience, z okrągłą twarzą,
której jeden policzek miał jednak bliznę tak głęboką, jakby kiedyś był całkowicie
rozszarpany.  Matka  także  wobec  mnie  chwaliła  mądrość  tej  dziewczynki  i  jej
usłużność, ja też specjalnie ją obserwowałem i kiwałem do niej, myślałem jednak
tylko  o  tym,  że  jest  ona  Twoją  koleżanką  i  na  pewno  będzie  wiedziała,  gdzie
można  Ciebie  spotkać.  Nagle  cały  ten  względny  spokój  skończył  się,  może
zatrąbiono  na  wymarsz,  w  każdym  razie  Instytut  miał  pomaszerować  dalej. Ale
teraz  też  moje  postanowienie  było  powzięte  i  pobiegłem  zboczem  w  dół,  przez
drzwi przebite w małym murze, ponieważ sądziłem, że wiem na pewno, iż w tym
kierunku nastąpi wymarsz. Na dole natknąłem się jednak na ustawionych w pary
małych  niewidomych  chłopców  ze  swoim  nauczycielem.  Przechodziłem  obok
nich tam i z powrotem, bo sądziłem, że teraz nadejdzie cały Instytut i będę mógł z
łatwością  Ciebie  znaleźć  i  zagadnąć.  Zatrzymałem  się  tam  na  pewno  trochę  za
długo,  zapomniałem  też  zapytać  o  charakter  wymarszu  i  zmarnowałem  czas
przyglądając się, jak na kamiennym postumencie przewijano ślepe niemowlę —
w Instytucie były reprezentowane wszystkie stopnie wieku. W końcu jednak cisza,
jaka  panowała  wszędzie  indziej,  wydała  mi  się  podejrzana  i  zapytałem
nauczyciela,  dlaczego  właściwie  nie  przychodzi  reszta  Instytutu.  I  wtedy
dowiedziałem się ku swemu przerażeniu, że z tego miejsca mają wymaszerować
tylko mali chłopcy, natomiast wszyscy inni właśnie się oddalają innym wyjściem
wysoko na górze. Na pociechę powiedział mi on jeszcze — wołał to za mną, bo
biegłem  już  jak  szalony  —  że  mógłbym  jeszcze  zdążyć,  ponieważ  ustawianie  w
pary  dziewczynek  niewidomych  wymaga  naturalnie  dłuższego  czasu.  Biegłem
więc  drogą  teraz  niezwykle  stromą  i  słoneczną  wzdłuż  nagiego  muru.  W  ręku
trzymałem  nagle  ogromną  austriacką  księgę  ustaw,  której  dźwiganie  było  mi
bardzo  uciążliwe,  która  jednak  miała  mi  jakoś  pomóc  w  znalezieniu  Ciebie  i
porządnym rozmówieniu się z Tobą. W drodze uświadomiłem sobie jednak nagle,
że  jesteś  wszakże  niewidoma  i  że  z  tego  powodu  mój  wygląd  i  moje  dziw  ne
zachowanie na szczęście nie będą mogły mieć wpływu na wrażenie, jakie zrobię
na  Tobie.  Po  tej  refleksji  byłbym  najchętniej  rzucił  tę  księgę  ustaw  jako
niepotrzebny ciężar. Wreszcie znalazłem się na górze, czasu było jeszcze istotnie
bardzo dużo, pierwsza para jeszcze nie przeszła przez bramę wejściową. Stałem
więc  przygotowany,  w  duchu  już  widziałem,  jak  nadchodzisz  w  gromadzie
dziewcząt, z opuszczonymi powiekami, wyprostowana i cicha.

Wtedy  przebudziłem  się,  cały  rozpalony  i  w  rozpaczy,  że  jesteś  tak  daleko

ode mnie.

Niedziela, 7.XII.12 [Niedziela, 8 grudnia 1912]
Ach,  Najdroższa,  mimo  że  moja  pobożność  zapędza  się  w  zupełnie  inne

rejony, za Twój dzisiejszy list miałbym chęć na klęczkach dziękować Bogu. Skąd

background image

bierze  się  znowu  ten  niepokój  o  Ciebie,  to  poczucie  zupełnie  bezużytecznego
przebywania  w  pokojach,  w  których  nie  ma  Ciebie,  ta  bezgraniczna  potrzeba
Ciebie! Jedyną dobrą stroną tej jutrzejszej podróży, do której poza tym muszę się
jeszcze porządnie przygotować, jest to, że będę o kilka godzin jazdy koleją bliżej
Ciebie.  Zresztą,  jeśli  wszystko  dobrze  pójdzie,  jutro  po  południu  będę  z
powrotem w Pradze, z dworca do naszego portiera odbędzie się bieg szturmowy.
Listy, listy od Ciebie!

Na  dziś  planuję  nader  niezwykły  podział  czasu.  Teraz  jest  godzina  3  po

południu.  Tej  nocy  położyłem  się  do  łóżka  dopiero  o  godzinie  4,  ale  za  to
zostałem w nim do pół do 12-ej. Znowu zawinił tu Twój list. Zazwyczaj tak długo
muszę  leżeć  w  łóżku,  żeby  na  niego  czekać,  dziś  jednak  przyszedł  jako  ekspres
(skoro  raz  się  tak  stało,  chciałbym  już  niemal  powiedzieć,  że  listy  niedzielne
powinny  być  zawsze  wysyłane  jako  ekspresowe)  i  dostałem  go  tak  szybko,  że
było jeszcze za wcześnie na wstawanie i w tym przedłużanym rozkoszowaniu się
listem całe godziny jeszcze się Teraz więc pójdę na spacer, czego we właściwym
znaczeniu nie robiłem już od kilku dni, potem o godzinie 6 położę się spać i jeśli
się uda, będę spać do 1-ej lub 2-ej w nocy. Potem może znowu uda mi się dobrze
chwycić moją powieść i wtedy będę mógł z łatwością pisać do godziny 5 rano,
dłużej nie, bo 15 minut przed 6-ą odchodzi mój pociąg.

Najdroższa, oszczędzaj się, proszę. Znowu byłaś na nogach do godziny 3-ej.

Właściwy  sens  święta  Chanuka  nie  może  polegać  na  tym,  żeby  Ciebie
doprowadzać do śmiertelnego zmęczenia. Jesteś więc dobrą mówczynią? Proszę,
proszę!  Czy  ja  już  tego  kiedyś  nie  mówiłem?  Czy Prolog  takie będzie  miał
związek z Ruth? „Ruth" nazywał się przewiewny domek, w którym mieszkałem w
ostatnim  sanatorium.  Wskutek  mieszkania  przez  trzy  tygodnie  w  domku,  nad
którego drzwiami widniał napis „Ruth" , wytworzył się u mnie osobisty stosunek
do  tego  imienia  i  byłoby  mi  bardzo  miło  wiedzieć,  że  zostało  ono  przez  Ciebie
publicznie wymówione i pochwalone. I jeszcze tylko jedno, o ożenku nie myślę,
gdybym  o  tym  myślał,  nie  musiałbym  zazdrościć  malarzowi  (który  co  prawda
wygląda  na  autoportrecie  jak  zbrodnicza  małpa),  lecz   sam  mógłbym  być
przedmiotem zazdrości dla całego świata.

Franz

Najdroższa,  mocno  już  wierzysz  w  nasze  duchowe  porozumienie  (jak  się

okazuje, słusznie), jeśli w liście, który ja otrzymuję w niedzielę, upominasz mnie,
żebym  listu,  który  Ty  masz  otrzymać  w  niedzielę,  nie  wysyłał  jako  ekspresowy.
Ale  to  była  tylko  Twoja  słodka  senność  i  dlatego  też  dla  mnie,  który  jestem
daleko, szczególnie wyraźna oznaka Twojego ciepłego życia.

7.XII.12 [8 grudnia 1912]
Najdroższa, tylko szybkie pozdrowienie i prośba, żeby wolno mi było trochę

się  wyskarżyć  i  wypłakać  na  Twojej  piersi.  Wskutek  zbiegu  nieszczęśliwych

background image

przypadków  tak  się  stało,  że  przyszedłem  do  domu  dopiero  o  pół  do  8-ej,  o
spaniu,  a  w  każdym  razie  o  zaśnięciu  nie  ma  już  mowy,  bo  zaraz  się  zaczną
rodzinne  hałasy,  muszę  także  coś  jeszcze  przestudiować  w  związku  z  moim
postępowaniem  sądowym,  i  do  napisania  jest  jeszcze  długie  podanie,  krótko
mówiąc, ta noc znowu zostanie rzucona na pastwę zbójeckiemu światu, i tylko Ty,
Najdroższa, zostajesz mi jako wielka pociecha. Jestem zmęczony, słaby, huczy mi
w  głowie,  toteż  proszę  Cię  —  jest  to  bezgraniczna  śmiałość,  wiem  o  tym  —
pocałuj Ty mnie, tutaj, na końcu tego smutnego listu, Najdroższa! Najdroższa! Tak
więc skończył się dzień, a to, co jeszcze będzie, nie jest warte ani jednego słowa.

Franz

[Na kartce reklamowej. Stempel pocztowy: Leitmeritz — 9.XII.1912]
Czy  zna  Pani  jego  nowelę Samotny?  Kiedyś,  dawno  temu,  zafascynowała

mnie.  Poza  tym  znam  właściwie  tylko  kilka  rozdziałów  z Gotyckich  komnat,
które  co  prawda  nieskończenie  lubię,  choć  może  z  bardzo  szczególnych
powodów. Serdeczne pozdrowienia.

F. Kafka

[Na widokówce. Stempel pocztowy: Leitmeritz
Przed  drogą  powrotną,  dzięki  Bogu.  Naj-,  najkonieczniejsza  poczta  czeka

wszakże nie załatwiona, nie otworzona. Najserdeczniejsze pozdrowienia

FK

Z 9 na 10.XII.12
Moja Najdroższa, jak te przeklęte przerwy szkodzą moim pracom, można od

tego  popaść  w  depresję.  Jeszcze  wczoraj  z  trudem  powstrzymywałem  się  od
pracy,  potem  wypadła  podróż  i  dzisiaj  pisałem  już  bardzo  miernie,  chociaż  na
szczęście tylko niewiele. Nie, nie mówmy już o tym!

Tym,  c o mi  pozwala  pogodzić  się  z  tą  podróżą,  jest  tylko  to,  że  także  dla

instytucji  była  ona  bezużyteczna,  chociaż  znowu  z  drugiej  strony  jest  mi  to
przykre.  Ostatecznie  cała  ta  podróż  skurczyła  się  do  odwiedzin  u  krewnych  —
mam  krewnych  w  Litomierzycach  —  bo  rozprawa,  na  której  miałem
reprezentować  naszą  instytucję,  przed  trzema  dniami  została  odroczona  na  czas
nieokreślony,  o  czym  nasza  instytucja  —  z  winy  jakiejś  pomyłki  w  kancelarii
sądowej — nie była zawiadomiona. Z tego punktu widzenia nabiera szczególnego
znaczenia  obraz,  jak  ja  w  wielkim  pośpiechu  jeszcze  prawie  w  nocy
wymaszerowuję  z  domu,  w  porządnym  zimnie  wędruję  przez  ulice  —  obok
oświetlonej  już  wprawdzie,  ale  jeszcze  zasłoniętej  sali  śniadaniowej  kawiarni
„Pod  Białą  Gwiazdą  ,  chociaż  znowu  ktoś  pożądliwie  zagląda  w  tej  chwili  do
środka,  to  nikt  już  nie  wygląda  na  ulicę  —  jak  tę  nocną  podróż  odbywam
następnie w pociągu ze śpiącymi ludźmi, którzy wprawdzie śpią, ale mają jeszcze
tyle  świadomości  całkowicie  błędnej,  żeby  z  głębi  snu  ogrzewanie  przeze  mnie

background image

wciąż  z  powrotem  nastawiane  na  „zimno  znowu  przesuwać  na  „ciepło  i
przegrzane pomieszczenie dalej nadmiernie nagrzewać, jak wreszcie pół godziny
jadę wiejską bryczką przez zamglone aleje i śniegiem tylko przyprószone pola lub
łąki  —  a  wciąż  zdenerwowany,  wciąż  zdenerwowany,  choć  może  tylko  tępotą
mojego  spojrzenia,  z  jakim  na  to  wszystko  patrzę.  Potem  jestem  wreszcie  o
godzinie  8  rano  przed  sklepem  moich  krewnych  na  ulicy  Długiej  w
Litomierzycach  i  w  znanym  mi  jeszcze  z  dzieciństwa  kantorze  mojego  wuja
(właściwie  wuja  przyrodniego,  jeśli  może  istnieć  takie  pokrewieństwo)
rozkoszuję  się  świeżością  i  niezasłużoną  przewagą  emanu  jącymi  z  podróżnego,
który  przychodzi  do  kogoś,  kto  dopiero  co  wylazł  z  łóżka  i  w  filcowych
pantoflach na próżno usiłuje się rozgrzać w dopiero co otwartym zimnym sklepie.
Potem  przyszła  ciotka  (żeby  być  dokładnym,  żona  mojego  już  wiele  lat  temu
zmarłego prawdziwego wuja, która po jego śmierci wyszła za mąż za kierownika
jego sklepu, właśnie tego wuja przyrodniego), osoba teraz schorowana, ale wciąż
jeszcze bardzo żywa, mała, okrągła, krzykliwa, zacierająca ręce, zawsze bardzo
mi sympatyczna.

Ale  teraz  muszę  ich  tutaj  zostawić  i  pozwolić  im  dalej  hałasować,  bo  w

pokoju sąsiednim wybiła godzina 3 rano i dziecko musi iść spać. Najdroższa, w
związku  z  Twoim  dzisiejszym  listem  tyle  Ci  mam  do  powiedzenia!  Proszę  Cię,
nie  patrz  na  mnie  jak  na  jakiś  cud,  na  naszą  miłość  Cię  proszę,  nie  rób  tego.
Wtedy wygląda tak, jak gdybyś chciała mnie oddalić od siebie. Jestem w gruncie
rzeczy, na ile zależy to tylko ode mnie i dopóki Ty nie pojawiasz się blisko mnie,
człowiekiem  bardzo  biednym  i  nieszczęśliwym;  to,  co  jest  we  mnie  niezwykłe,
jest  takim  w  przeważającej  mierze  w  sensie  złym  i  smutnym  i,  jak  słusznie  się
domyślasz  na  początku  swego  listu,  ale  nie  doprowadzając  myśli  do  końca  —
polega przede wszystkim na tym, że zamiast bezużytecznie jechać do Litomierzyc,
nie  potrafię  z  zamiarem  zupełnie  jednoznacznym  pojechać  do  Berlina.
Najdroższa, przyciągnij mnie więc do siebie tak blisko, jak na to pozwala ta moja
smutna niezwykłość. I nie mów, że jest we mnie coś wielkiego, chyba że za coś
wielkiego uważasz może to, iż z powodu dwudniowej  przerwy  w  moim  pisaniu
spędzam  te  dwa  dni  na  nieustannym  lęku,  że  już  nie  potrafię  pisać,  lęku,  który
zresztą, jak tego dowiódł dzisiejszy wieczór, nie był tak zupełnie bezsensowny. A
wtedy  podczas  naszego  wieczoru,  czy  manipulowanie  pudełkiem  kartonowym
było  czym  innym  jak  kokieterią,  zalęknieniem  oraz  prawdopodobnie  rozpaczą
przebywania  w  towarzystwie  i  czuciem  się  dobrze  w  tej  rozpaczy?  Wtedy  na
pewno  i  Ty  się  na  tym  poznałaś,  choć  nie  zdając  sobie  z  tego  sprawy,  dzisiaj
jednak  martwi  Cię  to  wspomnienie,  a  nie  powinno. A  wszystkiemu  jest  winna,
miałbym niemal ochotę powiedzieć, ta głupia fotografia, którą tak długo wahałem
się  wysłać  i  która  oto  z  jednej  strony  mi  zaszkodziła,  a  z  drugiej  strony  nic  mi
jednak nie pomogła, bo Twojej ostatniej fotografii wciąż jeszcze nie mam, choć
musi  być  już  dawno  gotowa.  Najdroższa,  blisko  musisz  mnie  wziąć  do  siebie,
blisko,  blisko,  tak  blisko,  jak  ja  się  do  Ciebie  garnę,  jak  blisko  Ciebie  byłem
przez całą drogę, w pociągu, w bryczce, u krewnych, w sądzie, na ulicy i na polu.
Człowieka, który w przedziale siedział obok mnie, w myśli zepchnąłem z ławki,

background image

zamiast  niego  posadziłem  na  niej  Ciebie  i  oto  spokojnie  patrzyliśmy  na  siebie
każde ze swojego rogu.

Co ma znaczyć wzmianka o tym, że źle wyglądasz, Felice? Czego domaga się

od  Ciebie  matka? (Na  to  musisz  odpowiedzieć  natychmiast  i  dokładnie!) Czym
tłumaczy ona Twój zły wygląd? Co chce, żeby się zmieniło? A jaka jest Twoim
zdaniem przyczyna? I czy już pogodziłaś się z matką? Wydałaś mi się niespokojna
w dzisiejszym liście. I mimo że wydałaś mi się niespokojna, jestem tak tępy, że
na poprzednich stronicach udzielam Ci niepotrzebnych pouczeń. Ale teraz sam w
siebie  wmawiam  niepokój.  Najdroższa,  nic  poważnego  Ci  wszakże  nie  dolega?
Na wszystkie te pytania odpowiedz, proszę z całą dokładnością. Wszystko inne,
co napisałem na poprzednich stronicach, jest nieważne, uważaj to za przekreślone
i  tylko  mi  na  to  odpowiedz!  Co  bym  począł,  gdybyś  się  rozchorowała!
Najdroższa, o tym muszę wiedzieć wszystko, to jest dla mnie najważniejsza rzecz.
Powtarzam:  Jeszcze  nie  jestem  niespokojny,  ale  zacznę  się  niepokoić,  jeśli  nie
odpowiesz mi szczegółowo. Jesteś wszakże moją Najukochańszą.

Franz

10.XII.12
Nie  po  to,  żebyś  o  godzinie  10-ej  miała  list  także  ode  mnie,  piszę  teraz  do

Ciebie późno po biurze, bo gdy nie mam czasu i Ty także nie chcesz, żebym pisał,
lecz piszę do Ciebie tylko ze względu na siebie, aby jutro o godzinie 10-ej mieć
poczucie,  że  na  chwilę  znalazłem  się  w  Twojej  drogiej,  szczęściodajnej
bliskości.  Najdroższa,  w  obu  naszych  listach  najbardziej  mnie  zdumiewa  nie
ślepota, lecz rzeczywisty ból, który, jak się wydaje, przeżyłaś w niedzielę, a więc
w  tym  czasie,  gdy  byłem  o  Ciebie  szczególnie  zatroskany,  chociaż  Twój  list
niedzielny tej troski właściwie nie uzasadniał.

Co  więc  zaszło  u  was  w  niedzielę?  Twój  list  z  niedzielnego  wieczoru  jest

pełen zagadek. A w liście poprzednim powiedziałaś, że  nie  chcesz  mieć  przede
mną  tajemnic,  teraz  zaś  masz  przede  mną  tajemnice,  i  to  takie,  które  dotyczą
Twoich  cierpień,  a  właśnie  do  nich  (nie  do  cierpień,  o  czym  się  niestety  często
przekonuję)  mogę  sobie  rościć,  jak  sądzę,  szczególne  prawo.  Napisz  mi  więc  o
tym  kilka  słów,  Najdroższa.  Z  mojego  listu  niedzielnego  widzisz,  że  cierpię
razem  z  Tobą  nawet  wtedy,  gdy  nie  wiem,  że  Ty  cierpisz,  ale  razem  z  kimś
cierpieć, nie znając przyczyn, jest podwójnie ciężko. Dzisiaj od godziny 10-ej nie
jestem  już  niespokojny,  bo  Twój  list  z  poniedziałku,  przeniknięty  miłością,
dobrocią,  a  także  niemal  świeżością,  przywrócił  mi  równowagę.  (Właśnie
przeczytałem  kilka  stron  tego  listu,  gdy  przyszedł  do  mnie  jakiś  stolarz  z
podaniem w sprawie ubezpieczenia swego warsztatu, natychmiast zgodziłem się
na  wszystko,  czego  chciał,  i  z  tego  nigdy  nie  będę  się  mógł  wytłumaczyć  przed
ludźmi,  ale  będę  mógł  przed  Bogiem.) Ale  o  tej  niedzieli  muszę  jeszcze  dostać
wyjaśnienie. Dlaczego przez cały dzień nie byłaś na spacerze? I dlaczego jeszcze
w  niedzielę  wieczorem  byłaś  tak  zmęczona  i  orzeźwienia  oczekiwałaś  od
poniedziałku,  a  więc  od  dnia  pracy?  Już  po  liście  z  niedzielnego  przedpołudnia

background image

widziałem,  że  coś  było  nie  w  porządku. Ale  co  to  było,  co  takiego?  Tak  musi
czuć się ślepiec, gdy przed nim dzieje się coś, co go jak najbardziej dotyczy, on
jednak słyszy tylko niewyraźne odgłosy, sam nie może tam pójść, a wyjaśnień też
mu się nie udziela. Twój drugi list dzisiejszy zupełnie mnie co prawda uspokoił,
ale  chciałbym  jednak  wiedzieć,  już  choćby  z  uwa  gi  na  możliwości  przyszłe,
jakie utrapienia i cierpienia Ci zagrażają.

Długi pocałunek złożony na melancholijnych ustach dziewczynki na ostatniej

fotografii  i  ściągnięcie  ust  do  pocałunku  dla  zapowiedzianej  dziewczynki
murzyńskiej.

Franz

Noc z l0 na ll.XII.12
Oto  więc  jest  już  nareszcie  moja  kochana  dziewczynka  cała!  I  wcale  nie

podobna do Murzynki, lecz taka, jaką się ją ma w głowie i w sercu. I wcale nie
smutna ani źle wyglądająca, lecz prawie od wszystkich weselsza. Tylko niestety
tak mocno trzymana z obu stron, że trzeba by mieć siły olbrzyma, żeby ją wyrwać.
I  niestety  stojącą  tak  blisko  swojego  pana,  że  gdyby  się  ją  chciało  pocałować,
musiałoby  się  nieuchronnie  pocałować  również  tego  pana  Rosenbauma  (zresztą
jest to, jak się wydaje, jakiś inny pan).

Poza tym bardzo jest dziwne, że na tym zdjęciu zrobionym w nocy, gdy ogląda

się  je  przy  świetle  dziennym,  wszyscy  wyglądają  jak  po  nieprzespanej  nocy  i
niekorzystnie,  natomiast  teraz  pod  moją  elektryczną  lampą  na  biurku  całość
prezentuje  się  tak  dostojnie,  że  nie  mogę  sobie  wyobrazić  siebie  w  tym
towarzystwie.  Od  jak  dawna  nie  miałem  już  na  sobie  fraka!  Ostatni  raz  chyba
przed  dwoma  laty  na  ślubie  mojej  siostry.  A  ten  frak,  dziś  już  całkiem
staroświecki, pochodzi z czasu mojej promocji doktorskiej, więc ma już sześć lat,
a  nie  stał  się  za  wąski  w  piersiach. A  jak  nienaganny  i  jak  dobrze  noszony  jest
frak Twojego pana, jak szykownie skrojona jest kamizelka!

Co to za medalion, który masz na szyi, i co za pierścionek? (Twoja uwaga o

twarzy  murzyńskiej  nasuwa  mi  myśl,  że  może  istnieje  jeszcze  druga  fotografia.
Czy  tak,  moja  Ty  nieostrożna  Najdroższa?)  Kobieta  obok  Ciebie  jest  na  pewno
żoną jakiegoś dyrektora, ręka między wami należy chyba do niej? Ale gdzie jest
Twoja  druga  ręka  i  dlaczego  obaj  Twoi  sąsiedzi  tak  Cię  przyciskają?  Twoja
suknia jest u góry obszyta koronką, nieprawdaż?

Objaśnień  do  tej  fotografii  zawsze  mi  będzie  za  mało.  Które  z  tych  osób

siedzą w Twoim pokoju biurowym? Pannę Brühl, wydaje mi się, że rozpoznaję,
to musi być ta osoba w dziwnej, ale może ładnej czarnej sukni z rzucającym się w
oczy  żabotem  na  piersiach.  Jedynym  człowiekiem  naprawdę  smutnym  jest  ten,
który stoi przy kolumnie za Tobą na ukos. Ma czarny krawat i wygląda tak, jakby
musiał  martwić  się  i  pracować  za  wszystkich.  A  gdzie  jest  dyrektor  Strauss  i
gdzie  prokurent  Salomon?  Gdzie  jest  dziewczynka,  z  którą  tańczyłaś?  Gdzie
panna Grossmann? Gdzie jest pan, który napisał wiersz?

Wczoraj  w  nocy  prosiłem  w  liście  o  fotografię,  dzisiaj  ją  mam.  Ale  tym,

background image

Najdroższa, nie powinniśmy się zadowalać. Musimy tak to urządzić, żeby w tym
samym  momencie,  w  którym  jedno  z  nas  o  coś  prosi  drugie,  wchodził  w
pośpiechu listonosz, czy to w dzień, czy w nocy. Zresztą poczta chce się z nami
pojednać.  Dzisiaj  listonosz  przyniósł  pierwszy  oprawiony  egzemplarz  mojej
książeczki (wyślę Ci go jutro) i na znak wzajemnej przynależności rulon z Twoją
fotografią  wetknął  do  opakowania  książki.  Ale  i  tutaj  moje  pragnienia  sięgają
niewypełnienie dalej.

Franz

[List wysłany razem z egzemplarzem Rozważań] [11 grudnia 1912]
Pomyśl tylko, dziś znowu nie piszę, bo po południu tylko na chwilę mogłem

się  położyć,  i  szumi  mi  w  głowie  po  lewej  stronie  u  góry,  jak  ostrzeżenie.  W
sobotę,  w  niedzielę  nic  nie  napisałem,  w  poniedziałek  niewiele  i  miernie,  we
wtorek nic, piękny koniec tygodnia! piękny początek tygodnia?

Moja Ty, bądź łaskawa dla mojej biednej książki! To jest właśnie tych kilka

kartek,  przy  których  porządkowaniu  widziałaś  mnie  na  naszym  pierwszym
wieczorze.  Wtedy  zostałaś  uznana  za  „niegodną  zapoznania  się  z  nią,  moja
głupiutka i żądna zemsty Najdroższa! Dzisiaj należy ona do Ciebie, jak do nikogo
innego, chyba że wyrwałbym Ci ją z rąk z zazdrości, żebym mógł być przed Tobą
całkiem  sam,  nie  musząc  dzielić  swego  miejsca  ze  starą,  małą  książką.  Czy  też
poznasz, jak poszczególne kawałki różnią się od siebie wiekiem. Jest np. wśród
nich jeden, który ma już na pewno 8—10 lat. Całość pokazuj możliwie niewielu
ludziom, żeby Ci mnie nie obrzydzili.

Dobranoc, Najdroższa, dobranoc.

Noc z 11 na 12.XII.12
Najdroższa,  czuję  się  dziwnie  i  muszę  to  znosić.  Dziś  byłem  wypoczęty,  w

nocy  bardzo  dobrze  spałem  od  godziny  1-ej  do  rana,  mogłem  spać  także  po
południu,  i  oto  zasiadam  do  pisania,  trochę  piszę,  ani  dobrze,  ani  ile,  potem
przestaję,  mimo  że  jestem  w  dobrym  usposobieniu  i  że  właśnie,  jak  mi  się
wydaje, czuję w sobie siłę i zdolność do pisania, i chyba całą godzinę trwam w
całkowitym nieróbstwie oparty w moim fotelu, w szlafroku, tak jak teraz siedzę w
lodowato  zimnym  pokoju,  z  kocem  na  kolanach.  Dlaczego?  pytasz  i  ja  także
pytam. I tak stoimy przede mną oboje, objęci ramionami, jeśli Ci to odpowiada, i
oboje patrzymy na mnie, nie mogąc mnie zrozumieć. Przy tym byłem dziś zupełnie
już  rozbity  z  powodu  dłuższego  niepisania,  a  nie  napisałem  dziś  do  Ciebie  po
południu  wprawdzie  także  z  braku  czasu,  ale  także  dlatego,  że  o  godzinie  10-ej
dostaniesz  moją  książkę,  a  także  dlatego,  że  spokojna  wymiana  listów  raz  na
dzień  byłaby  dla  nas  obojga  najlepsza  —  przede  wszystkim  jednak  z  powodu
mojej  straszliwej  ogólnej  depresji,  spowodowanej  niepisaniem  i  ociężałym
znużeniem,  bo  mówiłem  sobie,  że  wcale  nie  jest  konieczne,  żebym  każde
chwilowe  nieszczęście  całym  stru  mieniem  wylewał  na  Ciebie,  moją  i  tak  już

background image

dosyć  udręczoną  Dziewczynkę. Ale  oto  teraz  wieczorem  miałem  tę  sposobność
do  pisania,  pożądaną  przez  całą  moją  istotę,  jeśli  nawet  nie  bezpośrednio,  to
jednak  z  rosnącą  wewnętrzną  rozpaczliwością  i  bez  żadnych  oporów,  a
tymczasem  piszę  tylko  tyle,  że  zaledwie  tego  wystarczy,  bym  mógł  wytrzymać
jutrzejszy  dzień,  i  dalej  siedzę  leniwie  oparty,  w  jakimś  słabym  zadowoleniu,
jakby  upływała  ze  mnie  krew  aż  do  wykrwawienia.  Jak  mrocznie  byłbym  na
pewno  poszedł  do  łóżka,  gdybym  nie  miał  Ciebie,  Najdroższa,  do  której  wolno
mi  skierować  słabe  słowo  i  od  której  wraca  ono  do  mnie  dziesięciokrotnie
silniejsze. W każdym razie nie będę już ani przez jeden wieczór porzucać mojej
pracy i już jutro zanurzę się w nią głębiej.

Pisz mi tylko zawsze, Najdroższa, gdzie jesteś, jak jesteś ubrana, jak wygląda

dokoła Ciebie, gdy do mnie piszesz. Twój list z tramwaju elektrycznego przybliża
mnie  do  Ciebie  niemal  obłędnie.  Jak  Ty  piszesz  w  tramwaju?  Czy  papier
trzymasz  na  kolanach  i  tak  nisko  się  pochylasz  przy  pisaniu?  Tramwaje
elektryczne jeżdżą w Berlinie powoli, nieprawdaż? W długich rzędach, jeden za
drugim,  czy  tak?  A  rano  idziesz  do  biura  pieszo?  Do  której  skrzynki  wrzucasz
list?

W  tym  liście  opisujesz  poza  tym  niedzielę  jako  dzień  spokojny.  Jak  to

pogodzić  z  wcześniejszymi  uwagami?  Ależ  wystawne  jedzenie!  Szparagi  w
listopadzie!  Co  to  znaczy,  że  zamiast  pójść  na  spacer  oprawiałaś  książki?
Oprawiałaś?  Jak?  Ach,  Najdroższa,  za  pomocą  takich  pytań  chcę  Ciebie
uchwycić? Ale czy mogę inaczej? [W samym rogu, ponieważ nie było już miejsca
na stronicy] Pocałunki w rogu!

Franz

12.XII.12
Najdroższa,  tego  nie  powinnaś  była  zrobić!  Przyrzec,  że  będzie  drugi  list,  i

obietnicy nie dotrzymać. Wiem, że nie masz czasu, i nie żądam też drugiego listu,
ale  jednak  patrz,  skoro  to  obiecujesz  tak  wyraźnie,  jak  w  Twoim  dzisiejszym
liście  rannym,  a  potem  list  nie  przychodzi,  muszę  się  wszakże  niepokoić.  Czy
może  być  inaczej?  Gdy  obawiam  się  jakiejś  niepewności  u  Ciebie,  sam  jestem
również niepewny i jeszcze mniej wart niż kiedy indziej. Ale dzisiaj nie jest co
prawda tak źle. Twój list południowy był kochany i uspokajający, a skoro czytasz
Jutrzenkę,  to  przynajmniej  od  tej  strony  jesteś  dobrze  chroniona.  Ale  gdy
obiecany list nie przychodzi, niezupełnie mi to wszystko wystarcza.

Dzięki za artykuł Herzoga. Jakieś jego teksty już czytałem, ma bardzo słaby,

nieprzyjemnie  udobitniający  sposób  pisania,  którego  suchość  stara  się
ustawicznie  (w  każdym  zdaniu)  ożywić  nieudanym  wysilaniem  się.  Jestem  zbyt
zmęczony,  by  wyrazić  to  jaśniej.  Jego  pogląd  zasadniczy  jest  tutaj,  jak  i  gdzie
indziej,  nader  chwalebny  i  wyczuty  zgodnie  z  prawdą.  Brak  pewności  w  jego
pisaniu,  rwanie  się  jego  myśli,  przeciw  któremu  się  broni,  temperament
niewątpliwy,  ale  nie  umiejący  się  wyrazić  właśnie  w  pisaniu,  wszystko  to
sprawia,  że  jego  artykuły  są  bardziej  charakterystyczne  niż  prace  znacznie

background image

lepszych  pisarzy.  Jeśli  chciał  polecić  dobre  książki,  to  ma  w  swoim  artykule
zupełną  rację,  jeśli  chciał  dać  definicję  „moderny  ,  to  nawet  nie  można
powiedzieć,  że  nie  ma  racji,  bo  dla  osiągnięcia  takiego  rezultatu  nie  dał
absolutnie nic prócz banałów. Imponujące jest tylko obszerne omówienie Werfla
jako korona całego artykułu. Wiesz, Felice, Werfel jest naprawdę istnym cudem;
gdy pierwszy raz czytałem jego książkę Der  Weltfreund  (już przedtem słyszałem
go, jak recytował swoje wiersze), myślałem, że entuzjazm dla niego porwie mnie
aż do nieprzytomności. Niezwykle dużo może ten człowiek. Zresztą ma już za to
nagrodę  i  żyje  w  Lipsku  w  warunkach  rajskich  jako  lektor  w  wydawnictwie
Rowohlta  (gdzie  też  ukazała  się  moja  książeczka),  i  w  wieku  lat  około  24  ma
pełną swobodę życia i pisania. Jakich rzeczy teraz można po nim oczekiwać! Nie
wiem, jak zakończyć, bo ten obcy młody człowiek stanął między nami.

Franz

[Z 12 na 13 grudnia 1912]
Ach, Najdroższa, jak dobrze jest mi jednak w końcu, że teraz, gdy jako tako

przebrnąłem  przez  miejsce  nieco  obce  mojej  powieści  (ona  wciąż  jeszcze  nie
chce mnie słuchać, trzymam ją, ale ona się przede mną broni i wciąż muszę całe
partie  wypuszczać  z  rąk),  mogę  pisać  do  Ciebie,  która  jesteś  dla  mnie  o  tyle
bardziej  dobrotliwa  niż  moja  powieść.  Żebyś  się  tylko  tak  ciągle  nie  męczyła,
wciąż  tak  późno  nie  kładła  się  do  łóżka  —  bo  cóż  ja  pocznę  z  kochanką
śmiertelnie  znużoną?  Bierz  ze  mnie  przykład,  Najdroższa,  ja  spędzam  wszystkie
wieczory w domu, a jeżeli przedtem (zwłaszcza w tym roku, kiedy pracowałem w
prywatnym  towarzystwie  ubezpieczeniowym)  byłem  nawet  hulaką,  jak  Ty  to
określasz, to na pewno hulaką bynajmniej nie uszczęśliwionym, raczej smutnym,
który  niewątpliwemu  nieszczęściu  następnego  dnia  chciał  ująć  ostrości  przez
senność i jednoznaczną skruchę. A poza tym to było już tak dawno.

Ale  jak  bardzo  musiałaś  być  zmęczona  przedwczoraj  wieczorem,  gdy  mnie

pytałaś,  czy  jeszcze  mi  czegoś  brakuje  do  skompletowania  wiedzy  o  Twojej
przeszłości. Ależ,  Najdroższa,  ja  wszakże  nic  jeszcze  nie  wiem.  Jak  bardzo  nie
doceniasz mojej żądzy   dowiedzenia się o Tobie wszystkiego! Jeżeli Twoje listy
są dla mnie tylko uspokojeniem, tak jakby ktoś mi położył rękę na czole, i jeżeli
jestem  w  pełni  świadom,  że  tymczasem  mijają  dni  i  noce  Twojego  życia, w
których nie mam żadnego bezpośredniego udziału, to jak  wiele  musi  mi  dopiero
brakować z Twojej przeszłości, z tysięcy dni, z których nie dostawałem żadnym
listów. Np. z Twoich wakacji, tych najważniejszych pór roku, kiedy to człowiek
zaczyna  i  kończy  życie  osobliwie  małe,  zacieśnione,  znam  pobieżnie  tylko  dwa
sezony,  podróż  do  Pragi  i  pobyt  w  Binzu.  Trzy  razy  spędzałaś  wakacje  w
Berlinie,  napisałaś  mi  o  tym  kiedyś,  jak  mi  się  wydaje,  ale  co  z  pozostałymi?
Jeśli Twoją najbliższą podróż letnią mam zupełnie dokładnie przeżywać razem z
Tobą — tej nocy z powodu otępienia i ociężałości aż trudno mi w to uwierzyć —
to muszę wszakże wiedzieć, jakie były poprzednie wyjazdy, czy nie jesteś bardzo
rozpieszczona  i  czy  wobec  tego  nie  byłby  ze  mnie  nazbyt  zły  i  niegodny  Ciebie
towarzysz podróży.

background image

Dobranoc, Najdroższa, i spokojniejszego trybu życia!

Twój Franz

Noc z 13 na 14.XII.12
Najdroższa, od kilku dni Twój chłopiec jest znowu zmęczony i smutny, tak że

zupełnie  nie  można  z  nim  przestawać.  Jest  to  może  czas,  w  którym  jeszcze
bardziej  niż  kiedy  indziej  potrzebowałby  obok  siebie  człowieka  kochanego,
stanowczego,  żywego.  Albo  też  jest  to  właśnie  czas,  w  którym  nie  miałby  on
prawa  takiego  człowieka  męczyć  swoim  towarzystwem  i  kiedy  jest  dla  niego
jeszcze najlepiej, żeby był zupełnie sam i drzemał. Moja powieść, choć powoli,
posuwa się naprzód, tylko że jej oblicze jest straszliwie podobne do mojego. —
Zanim  Ciebie  poznałem,  miałem  też  takie  okresy  nieobliczalne,  tylko  że  wtedy
świat  wydawał  mi  się  zupełnie  dla  mnie  stracony,  moje  życie  wydawało  mi  się
przerywane,  już  to  wynurzałem  się,  już  to  głęboko  się  zanurzałem,  teraz  mam
Ciebie,  moja  Najdroższa,  czuję  się  zbawiennie  podtrzymywany,  a  jeśli  nawet
upadam,  to  wiem,  że  nie  na  zawsze,  w  każdym  razie  sądzę,  że  to  wiem,  i  mogę
Ciebie  i  siebie  pocieszać  nadzieją  na  lepsze  czasy.  Najdroższa,  nie  gniewaj  się
na mnie za takie pozdrowienie poranne w niedzielę!

A  więc  w  interpretacji  fotografii  nie  bardzo  się  popisałem.  Twoją  tancerkę

istotnie  brałem  (na  podstawie  małego  zdjęcia  w  waszym  albumie)  za  pannę
Brühl.  Ale  w  swoim  liście,  jak  mi  się  wydaje,  zupełnie  przypadkowo
wspomniałem  także,  lub  chciałem  wspomnieć,  o  dziewczynce  pod  telegramem.
To  więc  jest  Twoja  Mała!  Od  razu  bardzo  mi  się  spodobała.  Kształt  je  ) nosa
wydaje  mi  się  na  fotografii  zupełnie  francuski.  Ma  wesołe  spojrzenie.  W
porównaniu  z  nią  panna  Grossmann  wygląda  trochę  jak  z  domowego  wypieku.
Ale  obie  mają  tę  zaletę,  że  są  związane  z  Tobą,  toteż  nie  mam  im  nic  do
zarzucenia, chyba tylko to, że one Ciebie mają co dzień, a ja nigdy.

Co  takiego  wystawiano  na  tamtym  wieczorze  oprócz  Twojego  tańca?  Czy

także grałaś jeszcze w jakiejś sztuce? A ten młody człowiek jest już dyrektorem?
A  ten  starszy  tylko  prokurentem?  Ponieważ  tego  dyrektora  brałem  za  znacznie
starszego, muszę wszystko, co mi pisałaś o tym wieczorze, jeszcze raz przejść w
pamięci, żeby w miejscach ważnych sprostować wiek i wygląd tych panów.

Jestem  tak  szczęśliwy  wiedząc,  że  moja  książka,  mimo  że  tyle  mam  jej  do

zarzucenia  (tylko  to,  że  jest  krótka,  jest  w  niej  nienaganne),  znajduje  się  w
Twoich  drogich  rękach.  Panna  Brühl  ma  rację,  monogramy  niesamowicie  łatwo
dają  się  rozszyfrować.  Prawdą  jest  także,  że,  jak  sobie  może  przypominasz,
wpisałem  monogram  w  Twojej  obecności,  na  Twoich  oczach,  i  mogłem  zresztą
zupełnie dobrze napisać w pełnym brzmieniu „Max Brod" , bo ani jego imię, ani
przyjaźń i sympatia, które mnie z nim łączą, nie muszą być tajemnicą; prawdą jest
wreszcie  także,  że  B.  jest  pierwszą  literą  nazwiska  Bauer.  Ale  zupełnie
nieszczęśliwie paplę od rzeczy. Koniecznie trzeba pocałunkami zamknąć mi usta.

Twój Franz

background image

Z 14 na 15.XII.[1912]
Najdroższa,  jestem  dziś  za  bardzo  zmęczony,  a  także  zbyt  niezadowolony  ze

swojej pracy (gdybym miał dość siły, żeby pójść za swoją najgłębszą intencją, to
bym wszystko, co z tej powieści mam już gotowe, zmiął i wyrzucił przez okno),
żeby napisać więcej niż kilka słów; ale napisać do Ciebie muszę, ażeby ostatnie
słowo napisane przed snem było napisane do Ciebie i żeby wszystko, czuwanie i
sen, jeszcze w ostatniej chwili nabrało prawdziwego znaczenia, którego nie dała
mu moja pisanina. Dobrej nocy, biedna, udręczona Najdroższa. Na moich listach
ciąży  jakieś  prze  kleństwo,  którego  nie  może  odpędzić  nawet  najdroższa  dłoń.
Nawet  gdy  minęła  już  udręka,  którą  Ci  zadały  bezpośrednio,  jeszcze  raz  się
wytężają i dręczą w nowy, nędzny sposób. Żartobliwa odpowiedź na żartobliwe
pytanie:  Znieść  Ciebie  nie  mogę,  najdroższa  Dziewczynko.  Jaka  wichura  na
dworze! A ja siedzę tu ociężały nad tym papierem, nie mogę pojąć tego, że potem
Ty będziesz ten list trzymać w dłoniach, i poczucie wielkiej odległości, która jest
między nami, uciska mi pierś. Nie płacz, Najdroższa! Czy godzi się tej spokojnej
dziewczynce,  którą  widziałem  owego  wieczoru,  czy  godzi  się  jej  płakać!  I  czy
mnie  godzi  się  pozwolić  jej  płakać  i  nie  być  przy  niej!  Ale  nie  ma  żadnego
powodu  do  płaczu,  Najdroższa!  Zaczekaj,  jutro  będę  mieć,  i  muszę  mieć
najwspanialsze,  najbardziej  pocieszające,  najbystrzejsze  pomysły,  co  da  się
zrobić w sprawie tych listów może przeczytanych przez Twoją matkę. Bądź więc
spokojna przynajmniej w niedzielę, jeśli ma jakieś znaczenie uzbrojona w miłość,
a więc w moc czarodziejską, moja ręka, która teraz jest wyciągnięta w kierunku
Berlina!  Czy  coś  mi  się  udało  zrobić?  Czy  w  końcu  nie  idę  do  łóżka  nic  nie
osiągnąwszy,  ani  w  stosunku  do  mojej  powieści,  ani  w  stosunku  do  Ciebie?
Gdyby  tak  miało  być,  to  rzeczywiście  diabli  powinni  mnie  porwać,  i  to  z
gwałtownością tej wichury za oknami. Ale nie, może Ty dzisiaj nawet tańczysz i
dalej się męczysz. Nie robię Ci wyrzutu, Najdroższa, tylko tak bardzo chciałbym
Ci  pomóc  i  nie  znajduję  żadnej  rady.  Oczywiście  nie  tak,  jak  ja,  wyglądają
prawdziwi  doradcy.  Dobranoc!  Widzę,  że  ze  zmęczenia  piszę  wciąż  jedno  i  to
samo, robię to dla własnej przyjemności, żeby ulżyć sercu, i nie myślę o tym, że
będą  to  także  czytać  oczy  przemęczone,  zapłakane,  na  odległość  aż  do
czerwoności wycałowane.

Niedziela [15 grudnia 1912]
Najdroższa,  ani  chwili  czasu  i  spokoju  nie  ma  dla  mnie,  a  więc  także  dla

Ciebie. A przy tym mam Ci tyle do po wiedzenia, a na Twoje cztery ostatnie listy
z  dnia  wczorajszego  i  dzisiejszego  (pomyśl  tylko,  Twój  list  z  11-go,  pisany  w
tramwaju, nadszedł dopiero wczoraj, a więc o dzień później niż Twój list z 12-
go,  w  którym  objaśniłaś  mi  fotografię)  tyle  do  odpowiedzenia.  A  jak  bardzo
potrzebuję  Twoich  listów  właśnie  teraz,  ponieważ  czuję  się  taki  tępy  i
bezmyślny. Gdy dziś rano przyniesiono mi Twój ekspres i przebudziłem się, było
mi tak, jakbym na takie, właśnie takie obudzenie niecierpliwie czekał przez całą

background image

noc.  I  z  Twoją  fotografią  w  łóżku,  jak  dobra  to  była  godzina.  Wszystko,  co
smutne, było do mnie nie dopuszczane i musiało czekać przed moim łóżkiem, póki
byłem w łóżku, byłem przed wszystkim chroniony.

To  jest  na  pewno  Twoja  podobizna  najbardziej  żywa  ze  wszystkich,  które

posiadam.  Błogosławiony  niech  będzie  ten  jednoroczny  ochotnik!  Jedna  ręka  na
biodrze,  druga  na  skroni,  to  jest  życie,  a  ponieważ  jest  to  życie,  do  którego  i  ja
należę, nie może go wyczerpać oglądanie. Czy to jest Twój pokój? Czy nie Twój?
Za jednym i za drugim przemawia niejedno. Stolik mógłby stać w tym miejscu, w
którym stoi też Twój stolik, w takim razie naprzeciw byłoby łóżko. Ale te obficie
obwieszone  ściany  znowu  mnie  zbijają  z  tropu,  nie  wspomniałaś  też  o  nich  w
opisie swego pokoju. Po co miałabyś zawiesić kufle do piwa na ścianie, zresztą
strasznie  wysokiej?  I  po  co  miałaby  stać  z  przodu  męska  laska,  której  rączkę
widać?  Może  jest  to  więc  tylko  gabinet  waszego  gościa.  Twoja  postawa  jest
wspaniała,  wołam  Cię  po  imieniu,  a  Ty  nie  odwracasz  się  do  mnie,  choć  tego
oczekiwałem.  Na  wszystkich  obrazach  na  ścianie  (z  wyjątkiem  tego,  który
przedstawia mężczyznę w berecie) szukam Ciebie i na razie znalazłem Ciebie na
trzech. Jeśli się dobrze domyślam, potwierdź, jeśli wzrok mnie myli, zostaw mi
wiarę. Jak zgrabnie stoisz! Jak bardzo bym jednak chciał zobaczyć Cię tańczącą!
Czy już od dawna uprawiasz gimnastykę?

Twój  dzisiejszy  list  ekspresowy  jest  spokojny,  ale  czy  mogę  ufać  temu

spokojowi? Czytałem go poniekąd od wszystkich stron, czy nie ukrywa się w nim
nic podejrzanego. Ale jak można nagle odzyskać świeżość i raźność po chorobie i
zmęczeniu? Tylko ze względu na mnie, żeby mnie nie martwić? Nie, Najdroższa,
tak źle jednak nie może być z Tobą, żebyś chciała to przede mną ukrywać. Jestem
wszakże po to, żeby się o wszystkim dowiadywać, udawać musi się tylko przed
rodzicami, a jeśli nie po to jestem, żeby się o wszystkim dowiadywać, to w ogóle
nie zasługuję na to, żeby istnieć.

Najdroższa,  sprawa  z  listami  wydaje  się  w  pierwszej  chwili  zła  i  nie  do

naprawienia i człowiek sądzi, że już nigdy ten ucisk nie ustąpi z gardła. Tak było
przecież  ze  mną,  chociaż  u  mnie  miało  to  naturalnie  znaczenie  o  wiele  mniej
bezpośrednie.  Cóż,  są  może  matki,  które  nie  czytają  korespondencji  swoich
dzieci, gdy mogą to robić z taką łatwością, ale obawiam się, że ani Twoja matka,
ani  moja  do  tych  matek  nie  należą.  Powiedzmy  więc,  żeby  nasze  myśli  i  nasze
troski  uprościć,  że  listy  przeczytała,  i  może  nie  tylko  ona,  lecz  także  Twoja
siostra,  której  odezwanie  się  przez  telefon  wydaje  się  aż  podejrzanie  krótkie  i
zdecydowane,  w  każdym  razie  w  Twoim  opisie.  Dlatego  też  myślę,  ponieważ
Twoja matka rzadko wchodzi do Twojego pokoju, że to siostra pierwsza znalazła
listy  i  potem  zawołała  Twoją  matkę.  Następnie  obie  je  czytały,  aż  przeszkodził
im Twój telefon. Kto pierwszy podszedł do telefonu? A kto zazwyczaj podchodzi
pierwszy? Czy były to wszystkie listy, czy tylko część, i jaka? Nie mogę sobie w
tej  chwili  (z  uwagi  na  mój  stan  duchowy  powinienem  bezwzględnie  pójść  do
łóżka  i  do  nikogo  innego  prócz  Ciebie  nie  odważyłbym  się  na  pewno  pisać  w
takim  stanie,  ale  czy  do  Ciebie  nie  należą  wszystkie  moje  stany,  najgorszy  tak
samo jak najlepszy?), w tej chwili nie mogę sobie wyobrazić wrażenia, jakie te

background image

listy, pisane zresztą pismem trudno czytelnym, zrobiły na Twojej matce i siostrze,
zwłaszcza  że  obie  są  na  pewno  przekonane,  a  prawdopodobnie  potwierdzenie
tego  znalazły  także  w  tych  listach,  że  w  całym  naszym  życiu  nie  byliśmy  razem
dłużej niż godzinę, i to w okolicznościach jak najbardziej oficjalnych. Jak mogą
one w jakiś sposób normalny połączyć ten fakt z treścią listów, tego bez znajomoś
ci dalszych oznak nie potrafię odgadnąć. Byłoby przypuszczeniem najbardziej się
nasuwającym, najprostszym i dlatego niezupełnie wiarygodnym, że mnie uważają
za  bliskiego  obłędu,  Ciebie  za  zarażoną  przez  mnie,  ale  dlatego  też  podwójnie
zasługującą  na  wyrozumiałość,  a  w  takim  razie,  co  nie  byłoby  złym  rezultatem
moich listów, powinnaś być traktowana bardzo delikatnie, co skądinąd w obrębie
rodziny  może  obejmować  także  najbardziej  grubiańskie  zniewagi.  W  każdym
razie  musimy  odczekać,  a  także  równowaga  między  nami  nie  jest  jeszcze
doskonała, bo ja nie dostałem jeszcze listu od Twojej matki. Biedna Najdroższa,
wtłoczona między bezwzględnego dręczyciela i szpiegującą rodzinę. Jeśli Twoja
matka  chciała  coś  powiedzieć  wyraźniej,  to  najbliższą  doskonałą  okazją  było
doręczenie mojego niedzielnego listu, i już jutro czegoś się o tym dowiem.

Teraz kończę, nie żeby pójść spać, na to jest już za późno i dziś wieczór nic

już nie będę robić. Pobiegnę jeszcze tylko na dworzec, żeby wrzucić do skrzynki
ten  list,  potem  zaś  muszę  bezwzględnie  i  koniecznie  wstąpić  do  Brodów.  Rano
mianowicie  przyjechała  nagle  pani  Zofia  (wieczorem  są  zaręczyny  Maksa),
trochę  już  z  nią  rozmawiałem,  ale,  jak  to  bywa,  były  to  tylko  przygotowania  do
właściwej  rozmowy,  a  boję  się,  że  teraz,  przy  obecnym  moim  nastroju,  nie
osiągnę  więcej.  Gdy  usłyszałem  o  jej  przybyciu,  poczułem  dosłownie  powiew
Twojej  bliskości  i  najbardziej  napięte  oczekiwanie.  Ale  na  tym  też  zapewne
pozostanie.

Franz

Noc z 15 na 16.XII.12
Tak,  Najdroższa,  drzwi  są  zamknięte,  jest  cisza,  jestem  znowu  przy  Tobie.

Ale czego to już nie nazywaliśmy „byciem przy Tobie"? W ciągu dnia nie spałem,
ale podczas gdy po południu, a także z nadejściem wieczoru, chodziłem wskutek
tego ze spuszczoną głową i z mgławicą w mózgu, teraz, na początku nocy, jestem
niemal podniecony.

czuję w sobie silny pęd do pisania, diabeł, który zawsze tkwi w ochocie do

pisania,  porusza  się  właśnie  w  najbardziej  nieodpowiedniej  chwili.  Niech  się
rusza,  ja  idę  spać.  Ale  gdybym  mógł  spędzić  święta  Bożego  Narodzenia
podzielone między pisanie i spanie, to byłoby szczęście, Najdroższa!

Dziś po południu chodziłem więc nieustannie za Tobą, bezużytecznie, żeby to

powiedzieć od razu. Albo właściwie niezupełnie jednak bezużytecznie, bo przez
cały czas trzymałem się możliwie blisko pani Friedmannowej, ponieważ ona była
Ci  wszakże  przez  dłuższy  czas  bliska,  ponieważ  jesteście  na  ty  i  ponieważ  jest
ona  jednak  posiadaczką  listów  od  Ciebie,  z  czym  się  po  prostu  nie  mogę
pogodzić.  Dlaczego  jednak  w  takim  razie  nie  powiedziała  ani  jednego  słowa  o

background image

Tobie,  podczas  gdy  ja  bez  przerwy  patrzyłem  na  jej  usta,  żeby  z  nich  pierwsze
słowo  od  razu  przechwycić.  Czy  już  nie  pisujecie  do  siebie?  Czy  może  nie  wie
ona  nic  nowego  o  Tobie?  Ale  czy  to  możliwe!  A  jeśli  nie  wie  nic  nowego,
dlaczego nie opowie czegoś starego. A jeśli nie chce nic o Tobie opowiedzieć,
dlaczego  nie  wymieni  przynajmniej  Twojego  imienia,  jak  to  bywało  jednak  od
czasu  do  czasu  przy  okazji  jej  poprzednich  przyjazdów.  Ale  nie,  tego  ona  nie
robi,  lecz  każe  mi  tępo  wyczekiwać,  i  mówimy  o  rzeczach  bezprzykładnie
obojętnych,  jak  Wrocław,  kaszel,  muzyka,  szale,  broszki,  fryzury,  podróże  do
Włoch, saneczkowanie, torebki naszywane perełkami, koszule frakowe, guziki do
mankietów, Herbert Schottländer, francuszczyzna, kąpieliska, prysznice, kucharki,
Harden, koniunktura gospodarcza, podróżowanie w nocy, Hotel Palace, Szklarska
Poręba, kapelusze, Uniwersytet Wrocławski, krewni, krótko mówiąc o wszystkim
możliwym,  ale  jedyną  rzeczą,  która  właśnie  teraz  ma  niestety  pewien  niewielki
związek z Tobą, jest kilka słów o piramidonie i aspirynie, obecni nie rozumieją
dobrze, dlaczego tak długo się zatrzymuję przy tym przedmiocie i z predylekcją te
dwa  słowa  obracam  na  języku.  Ale  w  końcu  to  mi  nie  może  wystarczyć  jako
wynik całego popołudnia, bo w mojej głowie przez całe godziny szumi potrzeba
mówienia  o  Felice.  W  końcu  na  siłę  sprowadzam  rozmowę  na  połączenie
kolejowe między Berlinem i Wrocławiem i grożę jej przy tym oczami — i nic.

Poza tym byłem też co prawda zdenerwowany z powodu zaręczyn Maksa. W

końcu to narzeczeństwo jakoś mi go, jednak odbiera. Narzeczoną znam co prawda
już od lat i prawie zawsze czułem do niej sympatię, czasem nawet bardzo dużą,
ma  ona  też  wiele  zalet  (dla  których  opisania  papieru  nie  wystarczy  mi  już  w
żaden sposób, zwłaszcza gdy go wypełniam takimi banałami), ma w ogóle naturę
bardzo  łagodną,  delikatną,  ostrożną,  jest  mu  oddana  ponad  wszelką  miarę  —  a
jednak,  a  jednak.  Bądź  zdrowa,  Najdroższa,  chciałbym  być  sam  z  Tobą  na
świecie.

Franz

16.XII.12
Żadnego  listu,  Najdroższa,  ani  o  8-ej,  ani  o  10-ej.  Byłaś  zmęczona  od

tańczenia, a po południu na przyjęciu. Ale kartki także nie dostałem. Co prawda
nie ma powodu do skargi, wczoraj i przedwczoraj otrzymałem po dwa listy, kto
zaś,  mając  do  wyboru  dwie  rzeczy  znakomite,  mógłby  tak  zdecydowanie
rozstrzygnąć,  by  powiedzieć,  lepiej  żebym  dostawał  od  Ukochanej  codziennie
jeden list niż dwa naraz, a potem ani jednego — ale właśnie regularność jest tym,
co tak dobrze robi sercu, zawsze ta sama godzina, o której co dzień przychodziłby
list,  ta  godzina  zawsze  ta  sama,  która  daje  poczucie  spokoju,  wierności,
stosunków  uporządkowanych,  bezpieczeństwa  od  złych  niespodzianek.
Najdroższa,  ja  wszakże  nie  myślę,  że  Ci  się  stało  coś  złego  —  bo  wtedy
musiałabyś  tym  bardziej  napisać  do  mnie  bez  zwłoki  —  ale  skąd  mam  czerpać,
sam  przy  moim  biurku,  wobec  mojego  maszynisty,  wobec  stron  zajmujących  się
tylko  sobą,  wobec  zadających  mi  pytania  urzędników,  skąd  mam  czerpać  w

background image

obecności tych wszystkich ludzi absolutne, pewne przekonanie, że Ty tam daleko
w Berlinie jesteś spokojna i jako tako zadowolona? Może wczoraj dokuczała Ci
matka, może bolała Cię głowa, może zęby, może jesteś przemęczona i nic o tym
wszystkim nie wiem, i tylko niepewnie tłucze mi się to po głowie.

Bądź zdrowa, Najdroższa, teraz będę już zawsze pisać tylko raz na dzień, w

każdym  razie  póki  moja  praca  bardziej  się  nie  posunie.  Bo  póki  to  nie  nastąpi,
moje  listy  są  zjawiskiem  zbyt  ponurym  i  jeden  w  ciągu  dnia,  nawet  jeśli  nie
przyznajesz się do tego sama przed sobą, zupełnie Ci wystarczy, aż zanadto.

Bądź  zdrowa,  Najdroższa.  Jak  mi  przy  tym  słowie  nagle  słońce  padło  na

papier! Nie mogło Ci się stać nic złego i jestem spokojny.

Twój Franz

Z 16 na 17.XII.12
Najdroższa,  jest  wpół  do  czwartej  w  nocy,  za  długo,  a  jednak  za  krótko

siedziałem  nad  swoją  powieścią,  a  ponadto  mam  niemal  skrupuły,  czy
powinienem teraz wracać do Ciebie, bo moje palce są jeszcze formalnie brudne
od  wstrętnej  sceny,  wychodzącej  ze  mnie  ze  szczególną  (dla  jej  ukształtowania
niestety  zbyt  wielką)  naturalnością.  —  Najdroższa,  jestem  dzisiaj  bez
wiadomości od Ciebie, wydaje mi się, jakby przez to dzieliło nas dwa razy po 8
godzin  jazdy  koleją.  Czy  może  zaszło  jednak  coś  przykrego  przy  doręczaniu
mojego niedzielnego listu? Jutro na pewno wszystkiego się dowiem, gdybym nie
miał tego uspokojenia, to raczej bym do rana chodził tam i z powrotem po pokoju,
zamiast pójść do łóżka. — A teraz dobranoc, moja najdroższa Dziewczynko, bądź
mi  wierna,  jak  długo  nie  wyrządza  Ci  to  zbyt  wielkiej  szkody,  i  wiedz,  że  ja
należę do Ciebie tak samo jak każda z rzeczy, które masz w swoim pokoju.

Twój Franz

Noc z 17 na 18.XII.12
Moja  najdroższa  Dziewczynko,  całe  dzisiejsze  pisanie  mojej  powieści  nie

było niczym innym jak powstrzymywaną chęcią, żeby napisać  do  Ciebie,  i  teraz
jestem  ukarany  od  obu  stron,  to,  co  tam  napisałem,  jest  zupełnie  marne  (żeby
wciąż  się  nie  skarżyć,  wczoraj  była  piękna  noc,  mogłem  i  powinienem  był
przedłużać  ją  w  nieskończoność),  a  dla  Ciebie,  Najdroższa,  jestem  z  tamtego
powodu poirytowany i Ciebie zupełnie niegodny.

Gdybym tak mógł przez chwilę być w Twoim pięknym biurze, gdzie wszystko

wydaje mi się przyjazne! Gdybym tak mógł na cały dzień zastąpić jedną z Twoich
małych  dziewczynek,  tych  dziewczynek,  którym  zawsze  wolno,  ilekroć  mają
ochotę,  przybiec  do  Ciebie  i  pocałować  Cię  i  uściskać.  (Dlaczego  właściwie
ucałowały Cię wtedy, gdy nadeszła książka, i dlaczego Cię całowały szczególnie
podniecone? Mogło to wypływać tylko z nieuświadamianego, równie głęboko jak
prawdziwie  odczuwanego  współczucia,  że  ich  duża  przyjaciółka  z  człowiekiem
takim jak ja — dosyć, sprawiam przykrość Tobie i sobie.) Ale Twojej bliskości,
Najdroższa, tak bardzo mi potrzeba. Gdybym mógł jednak być w Twoim biurze!

background image

Gdy  stoję  przed  moim  smutnym  stołem  biurowym  —  jest  dobrych  kilka  razy
większy  od  Twojego;  musi  być  tak  duży,  inaczej  nie  mógłby  pomieścić  tego
nieporządku  —  i  myślę  o  tym,  że  w  końcu  nie  byłoby  rzeczą  tak  niemożliwą,
żebyśmy  pracowali  w  jednym  biurze,  mam  ochotę  poprzewracać  stoły,  wybić
szkło w szafach, zwymyślać szefa, a ponieważ ostatecznie brak mi jednak siły do
wykonania  takich  chwilowych  postanowień,  nie  robię  nic  z  tych  rzeczy,  stoję
spokojnie  jak  przedtem  z  jakimś  papierem  w  ręku,  rzekomo  przeze  mnie
czytanym, w rzeczywistości jednak zupełnie zaspany patrzę nie na papier, lecz na
drzwi,  które  powinny  się  otworzyć  przed  doręczycielem  listu  od  Ciebie.
Rozejrzyj  się  kiedyś  w  swoim  biurze (którego  mi  zresztą  jeszcze  wcale  nie
opisałaś), 
czy  nie  znalazłoby  się  tam  jeszcze,  choćby  tylko  gdzieś  w  ką  ciku,
jakieś małe miejsce dla mnie. Jeśli tak, to opisz mi je dokładnie, ja zaś, choć nie
w rzeczywistości, to jednak niemniej pewnie będę je  zajmował  każdego  dnia,  a
jeśli  chcesz,  to  także  dla  Ciebie  wyznaczę  jakieś  miejsce  w  moim  biurze  (nie
znajduję  bardziej  stosownego  jak  tuż  koło  mnie)  i  będziemy  tak,  choć  nie  w
jednym biurze, lecz w dwóch, siedzieć jednak razem. Ty będziesz z tego miała tę
olbrzymią korzyść, że wieczorem, gdy zostajesz w biurze sama, żeby napisać do
mnie, wszystkie myszy dokoła Twojego stołu będę od Ciebie trzymać z daleka i
odpędzać;  a  ja  natomiast  będę  miał  stąd  tę  niekorzyść,  że  podczas  takich
wieczorów zabraknie mi prawdopodobnie spokojnej rozwagi, żeby Ci pozwolić
napisać do końca list do mnie, i zamiast tego podejdę do Ciebie i ręce, które chcą
pisać, będę trzymać i już ich nie wypuszczę.

Twoje małe dziewczynki zachowują się ładnie i wzruszająco, co mnie jednak

nie  zadziwia,  ponieważ  to  wszystko  jest  dokładnie  po  mojej  myśli.  Słuchania  o
Twoim  biurze  nigdy  nie  mam  dosyć.  W  biurach,  w  których  jest  dużo  dziewcząt,
jest jednak zupełnie inaczej niż tam, gdzie są mężczyźni. Mój maszynista np. nigdy
by  z  różą  nie  czekał  na  mnie  u  krawca  (z  komizmu  takiego  wyobrażenia  nie
możesz  sobie  w  pełni  zdać  sprawy,  musiałabyś  sama  zobaczyć  tego  człowieka,
którego  zresztą  bardzo  lubię),  za  to  potrafi  co  prawda  inne  rzeczy,  i  tak  np.  w
obecności  wiarygodnych  świadków  zjadł  raz  jedną  po  drugiej  76  naszych
bułeczek grajcarek, a innym razem 25 jaj na twardo i z radością powtarzałby tę
sztukę  co  dzień,  gdyby  miał  na  to  środki.  Szczególnie  wychwala  przyjemne
uczucie ciepła, jakie ma się ponoć po 25 jajkach na twardo.

Ale na czym spędzam, na litość boską, tych kilka chwil, w czasie których na

papierze  jestem  razem  z  Tobą.  Oczywiście  skrzywdziłem  Cię  w  swoim  liście
wczorajszym, moja Ty najdroższa i najlepsza Dziewczynko! (Po co innego zresztą
istnieję, jak nie po to, żeby Cię krzywdzić?) Byłaś w niedzielę zmęczona (a także
nie gotowałaś, mimo przyrzeczenia danego matce w ubiegłym tygodniu), a także,
co czułem też w mojej głowie, w każdym razie jeszcze w nie dzielę rano miałaś
ból  głowy  (i  także  ból  gardła?  Hańba!  Hańba!  Twoja  i  moja!  Kochankę
człowieka  uprawiającego  przyrodolecznictwo  boli  gardło!),  ale  mimo  to
wszystko napisałaś do mnie jednak w niedzielę, tylko że list wraz z kartką jakąś
pocztą,  której  na  razie  nie  umiem  sobie  wytłumaczyć,  nadszedł  do  biura
prawdopodobnie  dopiero  w  poniedziałek  wieczorem.  W  każdym  razie

background image

otrzymałem  list  i  kartkę  we  wtorek  od  razu  na  dole  u  portiera,  o  bogowie!  Jak
biegłem po schodach w podskokach!

Jednej ważnej rzeczy brakuje w Twoich listach, Najdroższa! Nie znajduję ani

słowa  o  Twojej  matce  i  ani  jednego  o  moich  niedzielnych  teoriach  na  temat
historii z listami. Czy jest to dobry znak, czy zły? Karty z waszej uroczystości nie
mam  pod  ręką,  zostawiłem  ją  w  marynarce  biurowej,  ale  czy  nie  jest  na  niej
podpisana  niejaka  Tony  Bauer  i  czy  przy  nazwisku  nie  są  też  dodane
pozdrowienia? Czy jest to Twoja siostra? A kim są ci inni? Że żadnego z Twoich
danserów  nie  można  było  porównać  ze  mną  pod  względem  tańca,  w  to  łatwo
wierzę.  Moja  nieumiejętność  tańczenia  ma  chyba  kilka  różnych  przyczyn.  Może
powinienem  był  więcej  ćwiczyć  sam,  gdy  tańczyłem  z  dziewczętami,  byłem
zawsze zarówno zbyt onieśmielony, jak i zbyt roztargniony. Przypominam sobie,
że  na  naszych  lekcjach  tańca  był  jeden  młody  człowiek,  niewątpliwie  bardzo
energiczny, który w czasie gdy dokoła tańczyły pary, zawsze sam w kącie ćwiczył
się w tańcu. Czy się w ten sposób nauczył, tego nie wiem, wiem tylko, że często
na niego patrzyłem i zazdrościłem mu jego siły charakteru i swobody.

Zofia F[riedmann] już wyjechała, urządzili sobie wakacje i pojechali, jak mi

się wydaje, na Semmering. To, że już dawno do niej nie pisałaś, serdecznie mnie

cieszy. Zresztą ona za tę moją uciechę, jak Ci już pisałem, dostatecznie się już

zemściła. Koniec, i znowu sam. Franz.

Z 18 na 19.XII.12
Najdroższa,  jest  wpół  do  trzeciej,  popołudnie  spędzone  z  Maksem  na

oglądaniu zestawów mebli do jego mieszkania, wieczór z rodziną, początek nocy
na  przelotnej  pracy,  teraz  nad  Twoim  listem,  najdroższa  Dziewczynko,  trochę
późno zaczyna się mój właściwy dzień.

A więc to ma być owa mała smutna maszynistka z Weissensee? Ależ ona jest

przecież żwawa i rześka i przegięciem swego prawego kolana jakby wprawiała
w ruch marszu cały nieco sztywny szereg pozostałych dziewcząt, wyglądających
nieco strasznie po chrześcijańsku. Czy miałaś wśród nich przyjaciółki? Powiedz,
że  tak,  a  natychmiast  staną  mi  się  sympatyczne,  nawet  ta  wielka,  budząca
przerażenie  i  ubrana  na  czarno  będzie  mi  wtedy  sympatyczna  i  bliska.  Z  jak
badawczym  spojrzeniem  spoglądasz  z  tej  fotografii!  Jak  mocno  trzyma  Cię  za
kibić  Twoja  sąsiadka  z  prawej  strony,  jakby  naprawdę  wiedziała  zupełnie
dokładnie,  kogo  trzyma.  W  ręku  masz  książkę,  co  to  za  książka?  Tam  w
Weissensee wiodłyście zapewne życie prawdziwie wiejskie. Krzaki, płot, drzwi
oszklone  w  głębi,  to  wszystko  wygląda  niezbyt  biurowo.  Tak  bardzo  chciałbym
coś  wiedzieć  o  Tobie  z  tych  czasów,  kiedy  byłaś  jeszcze  tak  szczęśliwa,  że
cierpiałaś  jedynie  z  powodu  biura.  Jaka  była  Twoja  przełożona?  Chyba  nie
biegałaś  za  nią  z  różą  do  krawcowej,  gdy  była  zła?  A  jak  wyglądała  wojna  z
sekretarką na Twojej obecnej posadzie? Co przesądziło o jej wyniku?

Na razie, Najdroższa, nie posyłam Ci fotografii. Następne powinno być dobre

zdjęcie, o którym Ci już pisałem, choć go co prawda jeszcze nie zamówiłem, bo
trochę  kłopotliwe  jest  chodzenie  do  fotografa,  ale  zrobię  to  w  najbliższych

background image

dniach.  Z  zupełnie  ostatnich  czasów  nie  mam  żadnego  zdjęcia,  fotografii
grupowej ani jednej w każdym razie nie posiadam, a poza tym grupy, w których
przebywałem,  nie  dawały  mi  wielkiej  przyjemności  (dziewczęta  żyją  ze  sobą
lepiej i cieplej niż mężczyźni z samymi męż czyznami), a innych zdjęć nie chcę na
razie posyłać, bo zacząłem się bać, że na wszystkich, bez mojej winy i niezgodnie
z  rzeczywistością,  wyglądam  trochę  dziwacznie.  Opowiedzieć  muszę  Ci
naturalnie  jeszcze  bardzo  dużo,  toteż  w  niedziele  będziemy  się  przenosić  do
dawnych czasów.

Ale, Najdroższa, ja tu spokojnie piszę dalej, a Ty jesteś może chora? W liście

pisanym  po Ucieczce  Schillinga mówisz  nawet  o  możliwości  influency.  Na
miłość  boską,  Najdroższa,  do  której  należy  moje  życie,  uważaj  na  siebie!
Wyznaję, że gdy przychodzi mi na myśl, że możesz być chora, nie o tym naprzód
myślę,  że  Ty  cierpisz,  lecz  że  wtedy  ja  nie  będę  może  dostawać  żadnych
wiadomości od Ciebie i że wtedy, miotany rozpaczą, będę się uderzać i ranić o
wszystko, co mnie otacza. We wtorek z bólu gardła zrobił się katar, to jest jednak
pewna poprawa w tych zupełnie mi nie znanych przeziębieniach. Ale bóle głowy
jeszcze  się  utrzymują?  Widzę,  jak  po  ukończeniu  ostatniego  listu  wyjmujesz
aspirynę i połykasz; cały się wzdrygam.

Byłem  więc  dzisiaj  u  Brodów,  byłbym  i  tak  do  nich  zaszedł,  ale  szczególny

powód  do  pośpiechu  miałem  po  Twoim  drugim  liście  porannym,  dlatego  że
chciałem  —  co  jest  niewątpliwie  głupotą  —  złapać  jeszcze  kartkę,  którą
napisałaś do Zofii F[riedmann], ponieważ nigdy nie jest mi dosyć patrzenia na to,
co Ty napisałaś. Cieszyłem się na to zupełnie opętańczo, że tę kartkę skierowaną
do  innej  osoby  będę  przez  chwilkę  trzymać  w  dłoni,  że  będę  ją  powoli
odczytywać  i  będę  mógł  sobie  przy  tym  mówić:  „To  od  mojej  najdroższej
Dziewczynki  .  Wszystko  przebiegało  znakomicie,  niewinnie  aranżowałem
pytania,  ostrożnie  kierowałem  wszystkich  ku  decydującej  odpowiedzi,  żeby
jednak  potem  usłyszeć  na  koniec,  że  pan  dyr.  Brod  całą  pocztę  Zofii,  w  niej
oczywiście  także  Twoją  kartkę,  mniej  więcej  przed  pół  godziną  przesłał  jej  do
Wiednia. Musiałem się powstrzymywać, by nie uderzyć w stół.

Z powodu burzy za oknami — przed chwilą od powszechnego wstrząsu same

się  otworzyły  drzwi  od  pokoju  bawialnego,  które  zresztą  źle  się  zamykają  —
musiałem wcale nie usłyszeć zegara na ulicy — nie wiem, jaki to zegar, słyszy się
go  tylko  w  nocy  —  bo  jest  już  wpół  do  czwartej.  A  więc  bądź  zdrowa,  moja
Najdroższa. Nie, nie tak myślałem o byciu tylko z Tobą, jak Ty to rozumiesz. Gdy
pragnę  czegoś  niemożliwego,  pragnę  tego  całkowicie.  Całkiem  sam  chciałem
więc być z Tobą, Najdroższa, całkiem sam na ziemi, całkiem sam pod niebem, i
żeby moje życie, które do Ciebie należy, nie rozproszone i całe było skupione w
Tobie.

Franz

Z 19 na 20.XII.12
Tak,  moja  najdroższa  Dziewczynko,  oto  jest  znowu  wieczór  po  nie

background image

przespanym  popołudniu  (nie  przespane  popołudnie  brzmi  straszniej  niż  nie
przespana noc), pisać się już więcej nie będzie, jeszcze tylko do tej Dziewczyny,
do której by się chciało wciąż pisać, wciąż  dostawać od niej wiadomości, wciąż
przy niej być, w której najchętniej by się człowiek zatracił.

Ale proszę Cię bardzo, Ty moja Najdroższa, odpowiedz mi raz bez obsłonek,

co  z  Tobą  jest?  Ty,  która  mi  kiedyś  napisałaś,  że  nigdy  nie  chorujesz  (ja  wcale
Cię  o  to  nie  pytałem,  bo  Twoje  policzki  i  Twoje  oczy  tryskały  zdrowiem),  Ty
chodzisz  teraz  po  lekarzach,  od  tygodnia  chyba  co  dzień  coś  Ci  dolega,  ludzie
mówią Ci to żartem, myślą jednak na pół poważnie, wyglądasz pono jak trup na
urlopie  (wyrażenie,  które  bardzo  by  mi  się  podobało,  gdyby  nie  było  używane
właśnie  w  stosunku  do  Ciebie),  miałaś  w  ostatnich  czasach  bóle  głowy,  bóle
gardła, osłabienie, i to wszystko ciągle się powtarza, i właściwie wcale się nie
kończy  —  Najdroższa,  tego  nie  możemy  jednak  przyjmować  spokojnie,  bo  jak?
Musimy  próbować  zrobić  z  tym  porządek,  nieprawdaż? A  więc  o  tym,  jak  teraz
zaczniesz  się  oszczędzać,  musisz  mi  napisać  natychmiast  i  szczegółowo,  bo  w
Twoich dolegliwościach uczestniczę zupełnie tak samo jak Ty. Nie dostaję akurat
bólu gardła, kiedy Ciebie boli gardło, ale gdy się o tym dowiaduję lub się tego
domyślam,  na  swój  sposób  cierpię  od  tego  wcale  nie  mniej. A  jeszcze  bardziej
cierpię od Twojego zmęczenia i jeszcze bardziej od Twoich bólów głowy. A gdy
potem zażywasz aspirynę, wtedy robi mi się niedobrze także fizycznie. Dziś przez
całą  noc,  a  więc  od  wpół  do  czwartej  do  wpół  do  ósmej,  i  jeszcze  przez
pierwsze  godziny  przedpołudniowe  czułem  w  sobie  jakiś  dziwny  ucisk,  taki,
jakiego jeszcze nigdy dotąd nie stwierdziłem u siebie przez 30 lat mego życia, nie
wychodził  on  ani  z  żołądka,  ani  z  serca,  ani  z  płuc,  ale  może  ze  wszystkiego
razem. W świetle dnia ustąpił. Jeśli wczoraj zażywałaś aspirynę, był to na pewno
tego skutek, a jeśli nie, to był to skutek poprzedniej aspiryny, a jeśli i to nie, to
był to może skutek złego pisania, a jeśli wreszcie nawet i to nie, to jestem może
tylko  głupcem,  który  w  myśli  tak  często  kładzie  Ci  ręce  na  skroniach  i  swoim
pocałunkom chciałby nadać taką moc, żeby Ci z czoła scałowały wszystkie bóle
głowy,  od  najbardziej  zamierzchłej,  już  szarej  przeszłości  do  Twojej  złotej
przyszłości.  Odpowiedz  więc,  Ukochana,  co  zamierzasz  zrobić,  tak  dalej  być
wszakże nie może. Musisz sobie zdobyć dosyć czasu na sen i na spacery, za każdą
cenę.  Musisz  wychodzić  z  biura  od  razu  po  zakończeniu  urzędowania,  musisz
chodzić  na  spacery,  i  to  nie  tylko  sama  wzdłuż  toru  kolejki  miejskiej,  lecz  w
towarzystwie,  jakie  Ci  odpowiada.  (Czy  nie  chodzisz  na  ślizgawkę?  Także  o
gimnastyce już od dłuższego czasu nie słyszę.) Gdyby można było przerwać pracę
u  Profesora,  to  też  nie  byłoby  na  pewno  złe;  do  mnie  możesz  pisać  wieczorem,
oczywiście,  w  dzień  nie  masz  na  to  czasu,  a  do  tego,  żebym  miał  siebie  na  to
skazywać, by nie dostawać co dzień wiadomości od Ciebie, do tego brak mi siły;
ale zacisnę zęby i wtedy jedna kartka dziennie będzie mi wystarczała tak długo,
aż  Ty  całkowicie,  gruntownie,  trwale,  w  sposób  przekonujący  także  dla  Twojej
matki,  będziesz  tak  rześka  i  wypoczęta  jak  dawniej.  Bardzo  będę  czekać  na
wielką  pochwałę,  z  jaką  spotkają  się  moje  propozycje  (gdy  to  nastąpi,  mam  w
pogotowiu  jeszcze  zupełnie  inne),  oraz  na  wszystkie  inne  propozycje

background image

równowartościowe, którymi Ty jeszcze uzupełnisz moje.

A gdy będziesz znowu taka silna, wtedy na pewno będę chciał wiele, wiele

się  dowiedzieć  o  Twoim  dzieciństwie,  Twój  list  ostatni  wzbudził  we  mnie  aż
niedorzeczną  na  to  ochotę.  Oczywiście  ma  to  swoje  złe  strony  być  dzieckiem
późno  urodzonym,  ale  przewaga  nad  dziećmi  pierworodnymi,  których  smętny
okaz stanowię ja, jest jednak bardzo duża. Takie dzieci późno urodzone mają od
razu  wokół  siebie  wielką  różnorodność  przeżyć  częściowo  już  zakosztowanych,
częściowo  dopiero  pożądanych.  Wiadomości,  doświadczenia,  odkrycia,
zdobycze  ich  rodzeństwa,  oraz  korzyści,  nauki,  zachęty  płynące  z  życia  w
rodzinie, które tak jest intymne i w tyle obfituje związków, są olbrzymie. A także
rodzina jest dla nich już o wiele staranniej wyszkolona, rodzice, na ile jest to u
nich  możliwe,  niejednego  się  nauczyli  na  swoich  błędach  (co  prawda  wskutek
popełnionych błędów stali się też bardziej uparci), i te dzieci późno urodzone po
prostu  już  same  z  siebie  pewniej  czują  się  w  gnieździe,  wprawdzie  mniej  się  o
nie  dba,  pod  tym  względem  dobre  i  złe  strony  ulegają  wahaniom,  a  złe  strony
stają się szczególnie dotkliwe, ale też one tej dbałości wcale nie potrzebują, bo
wszystko  się  o  nie  troszczy  nieświadomie,  i  dlatego  też  szczególnie  usilnie  i
nieszkodliwie.  Ja  jestem  najstarszy  z  sześciorga  rodzeństwa,  moi  dwaj  bracia,
niewiele  młodsi  ode  mnie,  zmarli  jako  małe  dzieci  z  winy  lekarzy,  potem  była
przez jakiś czas cisza, byłem jedynakiem, aż po 4, 5 latach w odstępach rocznych
lub dwuletnich przymaszerowały moje trzy siostry. Tak więc bardzo długo byłem
sam  i  użerałem  się  z  mamkami,  starymi  piastunkami,  zgryźliwymi  kucharkami,
smutnymi  guwernantkami,  bo  moi  rodzice  cały  czas  byli  przecież  w  sklepie.  O
tym  wszystkim  wiele  by  można  opowiedzieć.  Ale  nie  tej  nocy,  której  godzina
dwunasta  właśnie  wybiła  ku  mojemu  przerażeniu.  Bądź  zdrowa,  moja
Najdroższa, i ryzykując, że Cię obudzę, ryzykując, że Cię obudzę, całuję Ciebie.

Franz

20.XII.12
Ależ, Najukochańsza, skąd się bierze ten Twój niepokój, czy nie żyjemy obok

siebie akurat tak spokojnie, jak to jest tylko możliwe w tej rozpaczy i nędzy? Co
Cię  nachodzi?  Ty  jesteś  jednocześnie  spokojem  i  poruszeniem  mojego  serca,
wyobraź  sobie  bicie  mojego  serca,  gdy  Ty  jesteś  w  takim  stanie.  Tyle  razy  z
płonącymi policzkami czytałem Twój list w nadziei, że w którymś miejscu ujawni
się jednak jakiś spokój, jakaś wesołość. To był na pewno tylko chwilowy nastrój
jakiegoś  niedobrego  wieczoru,  a  także  mój  świstek  w  podnieceniu  napisany  w
biurze, który jednak dołączę, nie jest już właściwie prawdziwy. Wiem bowiem,
że  jutro  przyjdzie  znowu  list  pełen  ufności  od  mojej  silnej  Dziewczynki,  którą
tylko na tę jedną godzinę północy tak powaliły zmęczenie i okropne przykrości.

Ja  w  najlepszej  intencji  przestałem  pisać  drugi  list  codzienny,  sądziłem

bowiem,  że  oboje  będziemy  spokojniejsi  i  nabierzemy  więcej  zaufania.  To
codzienne  dwukrotne  łączenie  się  i  dwukrotne  odrywanie  się  było  dla  mnie
straszne,  ścigało  mnie  i  trwożyło  nieustannie  przez  całe  przedpołudnie  i  potem
znowu po południu. Takie daremne przeciskanie się do czegoś niemożliwego, tzn.

background image

do Twojej obecności, musiało jednak wciąż na nowo budzić lęk nie tylko u mnie,
lecz także u Ciebie, Najdroższa. Ale może jednak masz rację. Raz na dzień muszę
do  Ciebie  pisać,  ze  wszystkiego  innego  raczej   bym  zrezygnował,  bez  tego  nie
wiedziałbym,  po  co  żyję  —  ale  obecności  także  i  w  ten  sposób  jeszcze  się  nie
uzyskuje,  teraz  będę  jednak  znowu  pisał  dwa  razy,  jeśli  tylko  może  Ci  to  dać
jedno  tchnienie  spokoju  więcej.  Nie  to  jest  ważne,  czy  ja  jestem  w  nastroju  do
tego  drugiego  listu  do  Ciebie,  nie  to  jest  ważne,  ale  ważne  jest,  czy  ja  przy
pisaniu  dwa  razy  na  dzień  zdobędę  się  jeszcze,  choćby  tylko  połowicznie,  na
nastrój  do  tego  wszystkiego,  czego  się  ode  mnie  zewsząd  wymaga.  Gdyż
pozwolić, żeby to uczucie związania z Tobą, które jest głęboko w moim wnętrzu,
przez pisanie dwa razy było całkowicie na wierzchu, to jest może jednak pewne
ryzyko w tym smutnym oddaleniu, w którym żyć muszę.

Teraz  jednak  znowu  pędzę,  bo  muszę  pójść  do  Maksa,  żeby  asystować  przy

sporządzaniu  aktu  notarialnego. A  Ty  dzisiaj  składałaś  przysięgę  przed  sądem  i
znowu  miałaś  nieprzyjemności.  Pozwól  się  pocałować,  najdroższe,  blade,
udręczone Dziecko! Ten, który się tu podpisuje, należy do Ciebie nie jak jedna z
rzeczy w Twoim pokoju, lecz tak, jak Ty chcesz, i na zawsze.

Twój Franz

[Dołączone na firmowym formularzu zamówienia Towarzystwa Ubezpieczeń

od Wypadków]

Najdroższa,  tylko  w  tym  celu,  żeby  na  chwilę  ulżyć  swojej  trosce  o  Ciebie,

piszę na tym papierze, który akurat leży najbliżej. Proszę Cię, proszę, nie bądź tak
nerwowa, to nie może się dobrze skończyć. Gdybym mógł posadzić Cię tutaj na
krześle  obok  siebie,  trzymać  Cię  i  patrzeć  Ci  w  oczy.  Jest  w  moim  życiu  coś  z
domu wariatów. Jestem niewinny i naturalnie także winny, zamknięty nie w celi,
lecz  w  tym  mieście,  wzywam  moją  najdroższą  Dziewczynkę,  chcę,  żeby  była
spokojna i szczęśliwa, ale naprawdę wzywam tylko mury i papier, a moja biedna
Dziewczynka cierpi.

Franz

Z 20 na 21.XII.12
To  już  trzecia  noc,  Najdroższa,  w  której  nic  nie  napisałem,  zły  to  rozpęd

przed  Bożym  Narodzeniem.  A  same  ferie  świąteczne  stają  się  wątpliwe,
wprawdzie ślub mojej siostry — wydaje mi się, że jeszcze Ci o tym nie pisałem
— został odłożony z powodu obaw przed wojną, ale jest wysoce niepewne, czy
będę mógł wziąć te dwa dni urlopu, na które miałem nadzieję. Mam wciąż bardzo
dużo roboty, a im jest jej więcej, tym mniejsza staje się moja chęć, albo, żeby to
lepiej nazwać, tym większa staje się moja odraza. Jak długo sam jestem w biurze,
mogę  jeszcze  jakoś  bronić  tego  swojego  stołu,  na  którym  wysoko  się  piętrzą
zaległości,  co  prawda  używając  w  tym  celu  już  resztek  wpływu  osobistego,  ale
gdy jestem w domu, wtedy moje biurko jest dostępne dla wszystkich i przez cały
dzień bez przerwy, bo też nie może być inaczej, wybuchają jedna po drugiej małe
eksplozje  zaległości,  co  po  moim  powrocie  mogłoby  mnie  narazić  na  duże

background image

nieprzyjemności. Ale mimo to — gdy tak tutaj o tym piszę, stwierdzam, że byłoby
nie do zniesienia zmarnować dwa dni, bo dużo więcej niż bronienia mego biurka
bym nie dokonał, toteż prawdopodobnie jednak zaryzykuję.

A  jak  jest  z  Twoją  pracą,  moja  Dziewczynko?  (Mam  dziś  uczucie,  że  jesteś

teraz  spokojniejsza,  bardziej  zadowolona  i  że  z  Twoich  drogich  oczu  znowu
dochodzi to spojrzenie przyjazne, a jednak władcze, które mnie ugodziło na całą
wieczność.) A czy Ty zawsze potrafisz się uporać z całą robotą? Czy żadne listy
nie  spadają  Ci  pod  stół  i  nie  giną?  Czy  nie  ma  jakiejś  ukrytej  półki,  na  której
stare, nie załatwione sprawy tłoczą się jak wstrętne  zwierzęta?  Czy  masz  dobrą
pamięć?  Ja  nie  mam  i  pracuję  tylko  przy  pomocy  nieograniczonej  co  prawda
pamięci  mojego  szefa,  który  także  pod  innymi  względami  jest  godny  podziwu.
Gdy i jemu zdarzy się faktycznie zapomnieć o czymś, co jest mi potrzebne, wtedy
niepewnymi, ogólnymi uwagami zaczynam przywabiać jego pamięć i po krótkim
czasie  on  już  wszystko  wie.  Są  ludzie,  którym  wystarczy  widzieć  przed  sobą
twarz  chętną  do  pomocy,  nawet  jeśli  jest  to  twarz  człowieka  tak  bardzo
bezsilnego, żeby sobie natychmiast wszystko przypomnieli. Tak samodzielnie jak
Ty  zapewne  pracujesz,  ja  w  ogóle  nie  potrafiłbym  pracować,  przed
odpowiedzialnością  cofam  się  jak  przed  żmiją,  muszę  podpisywać  dużo
rozmaitych papierów, ale każdy podpis, którego udało mi się uniknąć, uważam za
zysk,  podpisuję  też  wszystko  (chociaż  tak  być  właściwie  nie  powinno)  tylko
literami FK, jakby to mogło mi ująć wysiłku, dlatego też we wszystkich sprawach
biurowych  tak  mnie  ciągnie  do  maszyny  do  pisania,  ponieważ  jej  praca,  cała
wykonywana ręką maszynisty, jest tak anonimowa. Ta skądinąd godna pochwały
przezorność  zostaje  jednak  uzupełniona  i  podważona  przez  to,  że  owym  FK
podpisuję  także,  bez  czytania,  najważniejsze  rzeczy  i  że  wskutek  mojego  braku
pamięci  wszystko,  co  raz  odeszło  z  mojego  biurka,  przestaje  dla  mnie  w  ogóle
istnieć, teraz i w przyszłości. Czy ja, który niedawno ubiegałem się o miejsce w
Twoim biurze, z tym wszystkim byłbym kandydatem bardzo godnym polecenia?

Czy wzmianka w Twoim liście dzisiejszym odnosi się do dziennika? Czy on

jeszcze  istnieje?  Czy  jest  prowadzony  jeszcze  i  dzisiaj? A  czy  te  słowa:  „ja  go
kocham  i  nigdy,  ktokolwiek  by  się  pojawił  na  mojej  drodze...  napisałaś,  gdy
miałaś  15  lat?  Najdroższa,  dlaczego  Ciebie  wtedy  nie  znałem!  Nie  bylibyśmy,
myślę, tak bardzo od siebie oddaleni. Siedzielibyśmy przy jednym stole, przez to
samo okno wyglądalibyśmy na ulicę. Nie drżelibyśmy o siebie nawzajem, nic nie
byłoby  niemożliwe.  Ale  potem  mówię  sobie  znowu,  i  w  tym  się  objawia
absolutny  charakter  całego  naszego  związku,  że  przed  dziesięciu  laty,  ale  także
jeszcze  przed  dwoma  i  nawet  przed  rokiem,  byłem  pod  wieloma  względami
niestety  lepszy,  ale  w  istocie  o  wiele  bardziej  niepewny  i  nawet  bardziej
nieszczęśliwy  niż  dzisiaj,  toteż  może  właśnie  teraz  był  czas  właściwy  na
pojawienie się człowieka, który miał mi się stać najdroższy na całej ziemi.

Dziś szukałem czegoś w swoim biurku domowym (także i to biurko nie daje

się  uporządkować,  można  tylko  czegoś  w  nim  szukać;  tylko  jedna  szuflada  jest
uporządkowana  i  zamknięta  na  klucz,  tam  są  Twoje  listy)  i  znalazłem  przy  tym
stary  list,  który  pochodzi  z  owego  miesiąca  oczekiwania  i  należy  do  Ciebie  i

background image

który  dlatego  przesyłam,  mimo  że  jest  niezbyt  przyjemny.  Gdy  go  odczytuję,
niestety  nie  ma  on  daty,  to  abstrahując  od  bezsensownych  nadziei  na  dalszą
przyszłość (jak wiele piszę wbrew woli, tylko dlatego, że to jest ze mnie wręcz
wypychane; zły, nędzny ze mnie pisarz!) widzę, że wszystko potoczyło się o tyle
lepiej, toteż chciałoby się wierzyć, że szczęśliwa gwiazda, która nas prowadziła,
nigdy nad nami nie zgaśnie. Dziecko, jak dziwnie Ty dzisiaj piszesz! Ja miałbym
być  zdolny  do  dezercji?  Z  jakiej  służby?  Musiałaby  w  takim  razie  ta  służba
oznaczać moje życie. A to z mojej woli nie nastąpi; na to czuję się jeszcze, mimo
całej rozpaczy, zanadto w ogniu walki. A więc z mojej woli i z mojej ręki to nie
nastąpi.

A  teraz  bądź  zdrowa,  Dziewczynko,  Dziewczynko!  Życzę  Ci  pięknej

niedzieli,  życzliwie  usposobionych  rodziców,  dobrego  jedzenia,  długiego
spaceru,  swobodnej  głowy.  Jutro  znowu  rozpocznę  swoje  pisanie,  chcę  w  nie
wejść z całą siłą, czuję, jak nieubłaganą ręką jestem wypierany z życia, gdy nie
piszę.  A  jutro  będę  miał  może  list  trochę  mniej  posępny  niż  ten  dzisiejszy,  ale
równie prawdziwy, 
bo liczenie się ze mną boli mnie bardziej niż prawda.

Franz

[Dołączony list nie datowany „z owego miesiąca oczekiwania : 8 września —

23 października 1912]

Łaskawa Pani!
Proszę  mi  pozwoli  pisać,  nawet  jeśli  Pani  odpowiedź  na  mój  ostatni  list

znajduje  się  jeszcze  w  stanie  wielkiej  niepewności;  od  niepisania  dostaję  bólu
głowy,  Pani  staje  się  dla  mnie  niepewna  i  sam  dla  siebie  staję  się  niepewny.
Zaczyna  się  we  mnie  rodzić  nawyk,  który  pisanie  do  Pani  stawia  mi  za
obowiązek, jakże mogłoby mnie od tego obowiązku, nad którym nie mam władzy,
zwolnić Pani nieodpisywanie. Była taka noc, gdy w półśnie wciąż pisałem listy
do Pani, było to uczucie takie jak nieprzerwane słabe uderzanie młotem.

Franz K

Dodatek  z  teraźniejszości:  Poczynając  od  niedzieli  pisz  do  mnie  w  każdym

razie do domu. Dopiero od następnego piątku chciałbym znowu otrzymywać listy
do biura. A dokąd należy pisać do Ciebie?

[Widokówka]
21.XII.12
Najpierwsze  pozdrowienia  poranne,  właśnie  się  wybieram  na  spacer  tak

olbrzymi,  jakiego  nie  pamiętam,  żebym  zrobił  od  tygodni.  Może  będzie  trwał
nawet całą godzinę. Potem zadam sobie trud przejścia tam i z powrotem przez tę
uliczkę Alchemików, którą widać na tej kartce.

FK

[U góry, w miejscu przeznaczonym na znaczek pocztowy]
Ach, Najdroższa, nie ma rady, nie mogę wysłać kartki takiej otwartej. Co by

to  była  za  noc,  gdybym  poprzedzającego  ją  wieczoru  pocałunków  Tobie  nie

background image

przesłał, i sam ich sobie nie wziął?

Franz

22.XII.12
Przed południem
Czy  wiesz,  Najdroższa,  że  historia  z  panem  Neble,  zakładając,  że  była  ona

jedynym  powodem  Twojego  przygnębienia  w  ostatnich  dniach,  czyni  mnie
właśnie niezmiernie szczęśliwym? A więc to było wszystko? Naturalnie mogło to
być dosyć przykre. Ale że Ty wyjdziesz z tego zwycięsko, to byłbym Ci mógł od
razu  przepowiedzieć;  panu  dyrektorowi  Heinemannowi  zazdroszczę  jego
wspaniałej  roli,  którą  ja  chętnie  odegrałbym  jeszcze  o  wiele  piękniej.  „Zechce
Pani  zamknąć  drzwi,  panno  Bauer  —  tak  i  ja  bym  powiedział. A  potem  także  i
mnie musiałabyś wszystko opowiedzieć, bo w końcu jesteś wobec mnie niewiele
mniej  skryta  niż  wobec  swojego  dyrektora;  dlaczego,  sam  siebie  pytam,  nie
wolno mi było o historii z tym Neblem do wiedzieć się od razu pierwszego dnia?
Ale jak ja kazałbym sobie opowiadać, gdybym był Twoim dyrektorem! Zrobiłaby
się  noc,  i  znowu  dzień,  i  personel  przyszedłby  już  do  nowej  pracy,  a  Ty  wciąż
jeszcze  na  moje  nie  kończące  się  pytania  musiałabyś  odpowiadać  bez  końca.
Tylko jedno zrobiłbym prawdopodobnie gorzej niż Twój dyrektor: jest zupełnie
możliwe,  że  na  widok  pierwszych  Twoich  łez,  mimo  że  na  ogół  nie  jestem
skłonny do łez, musiałbym bardzo nie po dyrektorsku płakać razem z Tobą. A dla
zachowania godności nie pozostawałoby mi nic innego, jak przytulić swoją twarz
do  Twojej,  żeby  pozwolić  naszym  łzom  mieszać  się  aż  do  niemożliwości
odróżnienia.  Najdroższa,  Najdroższa  Felice!  Jakie  cierpienia  jeszcze  na  Ciebie
spadają! Czy łatwo wpadasz w gniew? Ja właściwie nie, ale kiedy już wpadnę w
gniew,  wtedy  czuję  się  rzeczywiście  bliższy  Bogu  niż  kiedykolwiek.  Gdy  krew
się  nagle  staje  gorąca  od  głowy  do  stóp,  gdy  pięści  dygocą  w  kieszeniach,  gdy
zawodzi cały nagromadzony zapas opanowania, a ta bezsilność prób opanowania
się,  widziana  od  drugiej,  i  to  właściwej  strony,  oznacza  pewną  siłę,  wówczas
człowiek pojmuje, że gniewu należy unikać tylko w jego niskich początkach. Nie
dalej  jak  wczoraj  wieczorem  byłem  bardzo  bliski  społiczkowania  pewnego
człowieka,  i  to  nie  tylko  jedną  ręką,  lecz  obiema,  i  nie  jeden  raz,  lecz  raz  za
razem.  W  końcu  zadowoliłem  się  jednak  słowami,  ale  też  były  one  mocne.  Nie
jest wcale niemożliwe, że miała w tym jakiś udział pamięć o owym panu Neble.

Po południu
Oto, moja najdroższa Felice, znowu jestem przy Tobie. Wczoraj wieczorem,

gdy  wróciłem  z  wielkiego  spaceru  —  chciałem  go  odbyć  sam,  ale  w  drodze  na
dworzec  spotkałem  gromadę  krewnych,  która  właśnie  wracała  od  mojej  siostry
zamężnej,  i  moja  najmłodsza  siostra  oraz  jedna  z  kuzynek  tak  mnie  prosiły  i  nie
chciały ustąpić, że musiałem je zabrać ze sobą — gdy więc wróciłem do domu z
tego spa ceru, przyszła mi do głowy myśl i długo nie chciała mnie opuścić: Czy
nie jesteś na mnie zła z powodu mojego tak bardzo nerwowego drugiego listu z
soboty,  albo  właściwie  nie  zła  (bo  nie  napisałem  jednak  nic  niedobrego),  lecz

background image

rozczarowana  tym,  że  i  ja  nie  jestem  właściwym  człowiekiem,  przed  którym
można z niczym się nie licząc użalić się nad sobą i poskarżyć na świat — a takie
skargi są przecież najlepsze, największą przynoszą ulgę — a więc poskarżyć się
zupełnie  z  niczym  się  nie  licząc? A  to  moje  zatroskanie  wczoraj  wieczorem  nie
było  zupełnie  bezpodstawne,  widać  to,  jak  mi  się  wydaje,  z  Twojego  listu
ekspresowego.  Czytam  tam  m.in.:  „Gdy  dzisiaj  z  pocztą  o  godzinie  dziesiątej
przyszedł  Twój  list,  byłam  jeszcze  smutniejsza,  jeszcze  bardziej  przybita  niż
przedtem.  Cóż  to  za  wspaniały  kochanek,  który  takie  listy  pisze  do  kochanki  i
jeszcze  powiększa  jej  cierpienie.  Posłuchaj,  Najdroższa,  nie,  Ty  mnie  nie
opuścisz, to mi już mówiłaś wiele razy, ale ja chcę być zupełnie blisko Ciebie we
wszystkim, we wszystkim, niczego, co czujesz, przede mną nie opuszczaj, a więc
nie opuszczaj przede mną także swoich skarg. Zostań dla mnie cała, Najdroższa,
zostań  taka,  jaka  jesteś,  nie  chciałbym,  żeby  nawet  jeden  włosek  na  Twojej
głowie  był  ułożony  inaczej,  niż  jest.  Nie  stawaj  się  wesoła,  gdy  nie  jesteś
wesoła.  Do  wesołości  nie  wystarczą  postanowienia,  potrzebne  są  oprócz  tego
jeszcze  wesołe  okoliczności.  Wcale  nie  będziesz  mi  się  bardziej  podobać,  gdy
będziesz lepiej wyglądać, lecz będziesz mi się podobać tylko dokładnie tak samo
jak  teraz.  Bliskość,  z  jaką  czuję  się  przy  Tobie,  jest  zbyt  wielka,  żeby
jakiekolwiek  różnice  w  Twoim  humorze,  w  Twoim  wyglądzie,  mogły  mieć
wpływ  na  mój  stosunek  do  Ciebie.  Tylko  po  prostu  będę  nieszczęśliwy,  gdy  Ty
będziesz nieszczęśliwa, i z miłości do Ciebie, jak również we własnym interesie,
będę  się  starał  usunąć  nieszczęśliwość  —  żadnego  innego  skutku
nieszczęśliwości nie będzie można odczuć. Chyba tylko w takich przelotnych, w
ciągu  dnia  nagryzmolonych  listach,  w  których  nie  można  wyjść  poza  chwilowe,
nic nie znaczące podniecenie. Jeszcze jedna przestroga przed pisaniem dwa razy
dziennie.

A czy ja się nie skarżę? Moje skargi to niemal wycie! Wczoraj np. w biurze

zupełnie oklapłem. Głowę miałem wypełnioną sennością (a przy tym już od wielu
nocy nic nie napisałem, oprócz listów do Ciebie), o cokolwiek się oparłem, już
tak oparty trwałem, bałem się usiąść w swoim fotelu ze strachu, że już nie będę
mógł  z  niego  wstać,  piórem  posługiwałem  się  tylko  tyle,  że  jego  dolny  koniec
podczas  czytania  akt  przykładałem  sobie  do  skroni,  by  w  ten  sposób  bronić  się
przed  zaśnięciem  —  potem  spałem  trochę  po  południu,  ale  wieczorem  wciąż
jeszcze  nie  czułem  się  lepiej,  dlatego  poszedłem  potem  na  spacer,  ale  po
powrocie znowu spałem tylko zupełnie lekko, tak jak śpi się na warcie. Jeśli nie
ramionami, to obejmijmy się jednak, Najdroższa, skargami.

Franz

22—23.XII.12
Najdroższa, czuję się dość nieswojo, nie bierz mi za złe niejasności tego, co

chcę  napisać.  Piszę  do  Ciebie,  bo  cały  jestem  wypełniony  Tobą  i  muszę  o  tym
jakoś  zawiadomić  świat  zewnętrzny.  W  niedzielę  włóczyłem  się  w  marnym

background image

stanie,  większą  część  dnia  spędziłem  w  towarzystwie,  wcale  nie  spałem,
nieoczekiwanie  zjawiłem  się  u  znajomych,  nieoczekiwanie  wyszedłem,  tak  ze
mną nie było już chyba od miesięcy. Zbyt długo już nie pisałem i czuję się trochę
oderwany  od  pisania,  to  znaczy  —  w  nicości.  Do  tego  dochodzi  jeszcze  to,  że
teraz  są  już  wszakże  owe  wytęsknione  ferie  Bożego  Narodzenia,  a  ja  jestem  na
najlepszej drodze, żeby je nędznie zmarnować. A pod tym wszystkim przewija się
naturalnie  także  myśl  o  tym,  że  mógłbym  być  teraz  w  Berlinie,  u  Ciebie,  pod
najlepszą  ochroną,  a  zamiast  tego  trzymam  się  kurczowo  Pragi,  jakbym  się
obawiał,  że  inaczej  stracę  ostatnie  miejsce  bezpieczne,  i  jak  gdybyś  Ty  była
właściwie tutaj, w Pradze.

Najdroższa, gdy wczoraj wieczorem w tak pięknym hu morze przyszedłem do

domu  i  zobaczyłem  na  stole  Twój  telegram,  moje  Ty  serce  najukochańsze  i
współczujące, wcale się nie przeraziłem, lecz od razu wiedziałem, że nie może w
nim  być  nic  innego  jak  pociecha,  a  gdy  się  okazało,  że  tak  było  rzeczywiście,
długo  z  zamkniętymi  oczami  całowałem  ten  obcy  papier,  aż  to  mi  już  nie
wystarczało i cały go tuliłem do twarzy.

O  jakiej  porze  została  napisana  ta  część  poprzednia,  tego  byś  na  pewno  nie

zgadła,  Najdroższa.  Mogła  to  być  godzina  4-ta.  Pod  wrażeniem  Twojego
telegramu położyłem się spać bardzo wcześnie, przed godziną 9-tą (postępuję ze
sobą  nieco  kapryśnie),  o  godzinie  2-ej  obudziłem  się  i  na  jawie,  z  otwartymi
oczyma, ale jeszcze pod wpływem snu i dlatego w obrazach nie przerywanych i
trochę  czarodziejskich,  myślałem  o  Tobie  i  o  możliwej  podróży  do  Berlina.
Połączenia  okazywały  się  doskonałe,  łatwe  i  bez  jakichkolwiek  zakłóceń,
samochody  pędziły  jak  zakochani,  rozmowy  telefoniczne  były  tak  doskonałe,
jakbyśmy się w tym czasie trzymali za ręce, wolę już o tym nie myśleć dalej —
im  bardziej  byłem  rozbudzony,  tym  bardziej  stawałem  się  też  niespokojny,
następnie  około  4-ej  wstałem  z  łóżka,  gimnastykowałem  się,  umyłem  się  i
napisałem  dla  siebie  dwie  stronice,  ale  i  to  przerwałem  z  powodu  niepokoju,
potem  napisałem  poprzednie  dwie  strony,  ale  znowu  przerwałem,  z  szumem  w
głowie  wróciłem  do  łóżka  i  leżałem  w  nim  do  9-ej  rano  w  ciężkim  śnie,  w
którym zresztą i Ty się pojawiłaś, przyszłaś na małą rozmowę do zaprzyjaźnionej
rodziny.  —  Ten  zupełnie  osobliwy  tryb  życia  ma  swą  przyczynę  oczywiście  w
tym,  że  po  pierwsze,  dawno  nic  nie  napisałem,  i  że  po  wtóre,  jestem  niemal
wolny, a do tego jeszcze się nie przyzwyczaiłem.

Najdroższa Felice! Twój Franz

[Ponieważ z powodu braku miejsca oba imiona znalazły się tuż obok siebie,

Kafka dopisał na marginesie] W ten sposób przynajmniej tutaj jesteśmy razem.

[Dodane na oddzielnej pojedynczej kartce]
[23 grudnia 1912]
Właśnie  nadszedł  Twój  list  z  soboty  w  nocy.  Odpowiem  nań  dopiero  po

południu,  w  przeciwnym  razie  tego  listu  nie  otrzymałabyś  na  czas  o  9-ej.  Czy
naprawdę  wszystko  się  teraz  tak  poprawi,  jak  na  to  wygląda  z  Twego  listu?
Dałby  Bóg.  Poza  tym  zawstydza  mnie  Twój  list  swoją  siłą  i  dobrym  nastrojem,

background image

ale  ja  także  znowu  się  podniosę. Ach,  gdyby  panna  Lindner  wiedziała,  jak  jest
trudno pisać tak mało, jak ja piszę!

Ostatnio wspomniałaś o jakiejś bombie, która ma wybuchnąć. Wejście matki

przerwało  Ci  i  nie  napisałaś  więcej.  Co  to  było  z  tą  bombą  —  Pozwól  mi,
Najdroższa,  lepiej  pocałunkami  niż  słowami,  powiedzieć  Ci,  jak  bardzo  Cię
kocham.

Franz

23.XII.12
Najdroższa  Felice,  te  dwa  cenne  dni  tak  więc  podzieliłem,  że  przed

południem idę na chwilę do biura, żeby zobaczyć pocztę, a przez resztę czasu żyję
jak  wolny  człowiek.  Sobota  i  niedziela,  poza  krótkim  pisaniem  w  nocy,  zostały
zmarnowane, ale to przecież nie jest jeszcze tak źle, Najdroższa. Powiedz, że to
nie jest jeszcze tak źle.

Stopniowo  zaczynam  zresztą  dochodzić  do  gustowania  w  tym  rozkosznym

życiu i zamęt wczorajszego dnia i nocy stopniowo ustępuje. Co powiesz na mój
pomysł,  żeby  Twój  wczorajszy  telegram  dać  oprawić  w  ramkę  i  zawiesić  nad
moim  biurkiem.  Z  Twojego  listu  z  soboty  w  nocy  widzę  teraz,  że  pomysł
zatelegrafowania miałaś już w sobotę, ale mimo to  —  co  myślałaś,  Najdroższa,
przy nadawaniu telegramu, skoro nie mogłaś nawet przeczuwać, jakie będzie on
miał dla mnie znaczenie, zwłaszcza że mój list, który dostałaś przed południem,
był, o ile pamiętam, stosunkowo spokojny. A poza tym pierwotnie chciałaś nadać
depeszę  przed  południem;  ale  gdybym  był  ją  otrzymał  przed  południem,  byłaby
ona  dla  mnie  tylko  (tylko!  tylko!)  oznaką  Twojej  miłości  i  dobroci,  natomiast
wieczorem (nadałaś ją, jak się wydaje, o godzinie 4-ej dosłownie postawiła mnie
na nogi. Bliskość takiego telegramu jest czymś zupełnie innym niż ta dal, z jakiej
powoli przywędrowują listy. Teraz wiem też, że z Tobą, a więc z nami obojgiem,
do  godziny  4-ej  po  południu  wszystko  było  dobrze,  nawet  jeśli  nie  mam  dotąd
żadnego  listu  z  niedzieli.  Może  list  nadszedł  do  biura  później,  rano  go  tam  nie
było,  w  każdym  razie  pójdę  jeszcze  sprawdzić,  może  pomyliłaś  się  w  adresie.
Dzisiejszy  list  nocny  adresuję  jednak  w  każdym  razie  do  Twojego  mieszkania.
Twoje  postanowienia,  Najdroższa,  są  znakomite,  i  jeśli  będziesz  ich  ściśle
dotrzymywać, będę miał wzorową kochankę. Ale też musisz nią być, gdy masz tak
okropnego kochanka. Jeśli nie będziesz miała rumianych policzków, jak mógłbym
je czynić bladymi, co jest wszakże moją specjalnością. Jeśli nie będziesz rześka,
jak  mógłbym  Cię  czynić  zmęczoną,  jeśli  nie  będziesz  wesoła,  jak  mógłbym  Cię
zasmucać.  Najdroższa,  moja  Najdroższa,  z  miłości,  tylko  z  miłości  chciałbym  z
Tobą zatańczyć, bo teraz czuję, że taniec, to obejmowanie i kręcenie się razem w
objęciu,  nierozdzielnie  należy  do  miłości  i  jest  jej  wyrazem  prawdziwym  i
wariackim.  O  Boże,  dużo  napisałem  w  tym  liście,  ale  moja  głowa  jest  równie
pełna miłości, jak tego, co daje się przekazać.

Twój Franz

background image

23—24 [grudnia 1912]
Najdroższa, co to teraz będzie, gdy już nie będę mógł pisać? Ten czas, jak się

wydaje, nadszedł: od tygodnia, i więcej niż od tygodnia, nic mi nie wychodzi, w
ciągu ostatnich dziesięciu nocy (przy pracy co prawda bardzo przerywanej) tylko
raz  mnie  porwało,  to  było  wszystko.  Jestem  ustawicznie  zmęczony,  senność
przewala  mi  się  w  głowie.  Jakiś  ucisk  w  czaszce  u  góry,  z  prawej  i  z  lewej
strony. Wczoraj zacząłem jedną małą historię, która tak bardzo leżała mi na sercu
i wydawała się otwierać przede mną za jednym zamachem, a oto dziś zupełnie się
ona zamyka; gdy zadaję sobie pytanie, co to będzie, nie myślę o sobie, przeżyłem
gorsze  czasy  i  wciąż  jeszcze  jakoś  żyję,  a  gdy  nie  będę  pisać  dla  siebie,  będę
miał więcej czasu na pisanie do Ciebie, na rozkoszowanie się Twoją wymyśloną,
wypisaną,  wszystkimi  siłami  duszy  wywalczoną  bliskością  —  ale  Ty,  Ty  nie
będziesz  już  mogła  mnie  kochać.  Nie  dlatego,  że  nie  będę  już  pisać  dla  siebie,
lecz  że  przez  to  niepisanie  stanę  się  człowiekiem  gorszym,  mającym  mniej
konsystencji,  bardziej  niepewnym,  który  nie  będzie  Ci  się  mógł  podobać.
Najdroższa,  skoro  uszczęśliwiasz  biedne  dzieci  na  ulicy,  zrób  to  samo  także  ze
mną, ja nie jestem mniej biedny, Ty nie wiesz, jak ja jestem podobny do starego
człowieka, który wieczorem wraca do domu z nie sprzedanym towarem — bądź
więc  także  dla  mnie  taka,  jaka  byłaś  dla  nich  wszystkich,  nawet  jeśli  Twoja
matka,  tak  jak  z  powodu  tamtych  ludzi,  tak  i  w  tym  przypadku,  miałaby  się  na
Ciebie  gniewać  (każdy  musi  mieć  swoją  plagę,  a  taką  plagą  dla  rodziców  jest
złość na niewinną naturę dzieci); ażeby tę długą prośbę ująć krócej, powiedz mi,
że  będziesz  mnie  nadal  kochała,  jakimkolwiek  będę,  kochała  za  każdą  cenę,
chociażby nie było takiego upodlenia, którego bym nie wziął na siebie — ale do
czego ja właściwie zmierzam?

A  więc  w  takich  oto  rejonach  poruszają  się  myśli  tego  mózgu,  gdy  ma

wakacje  i  wypoczywa! Czy  w  takich  warunkach  nie  mam  wszelkich  powodów,
by porządnie trzymać się biura, jak wicher odrobić wszystkie zaległości i stać
się  porządnym,  uważnym  urzędnikiem,  który  wszystkimi  myślami  jest  przy
pracy} 
Przeciw  temu  przemawiałoby  tylko  to,  że  może  tak  mnie  oszołomiły  te
dwa  pierwsze  dni  wolności,  że  w  tym  pośpiechu  nie  wiem,  od  czego  zacząć,
ostatecznie  nie  przypominam  sobie,  żebym  miał  kiedyś  lepsze  Święta  Bożego
Narodzenia (jutro przejrzę trochę dla Ciebie swoje stare dzienniki) — ale całego
tego wykrętu nie należy brać bardzo poważnie. Tutaj wszakże, jak wszędzie, liczy
się  tylko  albo—albo.  Albo  coś  mogę,  albo  nie,  a  tym  razem  zachodzi  tylko  to
drugie  „albo  .  Ale  jeśli  tylko  za  pytaniem:  „Czy  mnie  kochasz,  Felice?  idą
wielkie  „Tak  jedne  po  drugich  na  całą  wieczność,  to  wszystko  da  się
przezwyciężyć.

Franz

24.XII.12
Wczoraj,  w  poniedziałek,  miałem  tylko  Twój  list  z  soboty,  dzisiaj,  we

background image

wtorek,  w  ogóle  nic.  Jak  mam  sobie  z  tym  poradzić?  Jak  umiałbym  ocenić
najmniejsze  pozdrowienie  na  kartce!  Najdroższa,  nie  dosłuchuj  się  w  tym
zarzutów, ich tu nie ma, lecz wyczytaj w tych słowach miłość i niepokój miłości,
tego pełne jest na pewno wszystko, co piszę. (Wczoraj wieczorem nie znalazłem
w biurze nic od Ciebie.)

Franz

[24 grudnia 1912, wtorek]
Ponieważ  wreszcie  napisałem  trochę  dla  siebie,  nabieram  odwagi,  chwytam

Cię  za  ramiona  (nigdy  jeszcze  niczego  nie  trzymałem  z  większą  czułością,  niż
Ciebie  przy  tym  przesłuchaniu,  które  teraz  ma  nastąpić)  i  zapytuję,  patrząc  w
Twoje ukochane oczy: „Czy był, Felice, w ostatnim kwartale taki dzień, w którym
nie otrzymałabyś żadnej wiadomości ode mnie? Tylko zobacz, otóż takiego dnia
nie było, nieprawdaż? Mnie jednak dzisiaj, we wtorek, zostawiasz zupełnie bez
wiadomości, od godziny 4-ej w niedzielę nic o Tobie nie wiem, do jutra, do pory
dostarczania poczty, będzie to więc nie mniej niż 66 godzin, które wypełniają się
dla  mnie  na  zmianę  wszelkimi  możliwościami  dobrymi  i  złymi.  Najdroższa,  nie
gniewaj się na mnie za takie mówienie, ale 66 godzin to jednak naprawdę bardzo
długo. Doskonale rozumiem wszystkie przeszkody, jakie miałaś, są Święta, były
w  domu  wizyty,  poczta  jest  niespolegliwa  (może  nawet  mój  list  nie  doszedł
punktualnie),  ale  jednak  66  godzin!  A  mimo  wszystko  —  to  jedno  muszę  Ci
jeszcze  powiedzieć,  zanim  pójdę  spać  —  w  dniach  wolnych  brak  listu  znoszę
jeszcze  stosunkowo  dobrze  —  nie  mam  wprawdzie  żadnej  wiadomości  od
Ciebie, ale jestem wolny, nic mi nie przeszkadza wciąż myśleć o Tobie, i chociaż
jest  to  sprzężenie  tylko  jednostronne,  sięga  ono  prawie,  prawie  aż  do  Twojego
pokoju,  tak  potężne,  konieczne  i  somowładne  są  siły,  które  je  wytwarzają.  Jeśli
więc  kiedyś,  Najdroższa,  nie  możesz  mi  przesłać  żadnej  wiadomości,  zrób  tak,
żeby dniem, w którym nie będę nic wiedział o Tobie, była niedziela lub święto.
Dlatego  też  dzisiaj  było  to  do  zniesienia,  nie  było  wcale  tak  źle,  jak  mogłabyś
sądzić  po  uroczystym  charakterze  początku  tego  listu.  Tylko  w  dni  powszednie
brak oczekiwanej wiadomości jest czymś strasznym. Bo wtedy jest mi zabronione
myśleć  o  Tobie,  zewsząd  stawia  mi  się  nienawistne  wymagania,  Twój  list  albo
Twoja kartka dają mi pewność, nie muszę o Tobie myśleć, wystarczy, że włożę
rękę  do  kieszeni,  a  czuję  papier  przez  Ciebie  zapisany  i  wiem,  że  Ty  myślisz  o
mnie,  że  Ty  żyjesz  na  moje  szczęście.  Ale  gdy  kieszeń  jest  pusta,  a  głowa,  w
której  myśli  o  Tobie  tylko  tak  uganiają  się  bezładnie,  ma  być  w  gotowości  do
pracy biurowej, wtedy zachodzi jakiś niedobry konflikt i niezmiernie jest trudno,
wierz mi, Najdroższa, przemóc się i pracować. — Kiedyś, w dawnych czasach,
napisałem raz, gdy list nie nadchodził: na żadne listy już nie czekam, niech się to
wszystko skończy. Dziś mówię: Pisanie listów powinno się co prawda skończyć,
ale  też  powinniśmy  być  tak  blisko  siebie,  żeby  nie  tylko  nie  było  potrzebne
pisanie  listów,  lecz  żeby  od  niezmiernej  bliskości  nie  można  było  nawet
rozmawiać.

background image

Teraz  sobie  przypomniałem:  Dzisiaj  jest  wszakże  Wigilia  Bożego

Narodzenia. Przeszła mi bardzo nieświęcie, aż do tego pocałunku na pożegnanie.

Franz

[Na marginesie] Od piątku jestem znowu w biurze.

Środa, 25.XII.12, godz. 3 po poł.
Nie  po  to,  żeby  napisać  do  Ciebie,  piszę  do  Ciebie  teraz,  Najdroższa,  tych

kilka  słów,  dostaniesz  je  i  tak  jednocześnie  z  listem  późniejszym,  bardziej
obszernym;  ale  po  to,  żeby  związek  z  Tobą  poczuć  na  nowo,  żeby  dla  tego
związku  coś  faktycznego  zrobić,  po  to  piszę.  Całą  pocztę  przetrząsnąłem
listonoszowi, gdy z wściekłością żądałem od niego swojej poczty; byłem już na
schodach,  chciałem  już  pójść,  nie  miałem  już  żadnej  nadziei,  była  już  wszakże
godzina  12-ta  piętnaście  w  południe.  I  wreszcie,  wreszcie  wspaniała  poczta,
początek  Świąt  Bożego  Narodzenia,  dwa  listy,  kartka,  fotografia,  kwiaty.
Najdroższa,  która  musisz  zostać  zupełnie  dziko  wycałowana,  moja  Najdroższa,
jak Ci mam podziękować tą słabą ręką!

No  tak,  teraz  idę  na  spacer  z  przyjacielem,  o  którym  może  Ci  jeszcze  nie

pisałem  —  z  Weltschem.  A  także  muszę  wyjść  z  domu,  bo  właśnie  przyszli
krewni o głosach niezmiernie przenikliwych, całe mieszkanie drży, nie widziany,
nie  słyszany  wymykam  się  przez  przedpokój.  Ale  gdyby  to  było  z  Tobą!  Dla
Ciebie  poskromiłbym  nawet  nieco  swój  bieg  po  schodach.  Mam  mianowicie
zwyczaj  —  jest  to  zresztą  jedyny  sport,  przeze  mnie  samego  wynaleziony,  który
uprawiam  —  zbiegać  po  schodach  w  szalonym  pędzie,  jako  postrach  dla
wszystkich  wchodzących  pod  górę.  Na  dworze  jest  ładna  pogoda,  obyś  Ty,
Najdroższa, dobrze wypoczęła, każdy moment tych Świąt raduje mnie podwójnie,
gdy myślę o tym, że Ty możesz wzmocnić się i odpocząć. A więc nie pisać, ale za
to,  jeśli  to  możliwe,  telegrafować.  To  gaszenie  światła  co  noc,  które  uprawia
Twoja  matka,  j e s t bardzo  po  mojej  myśli,  gdyby  ona  o  tym  wiedziała,
zostawiałaby  prawdopodobnie  światło  nie  zgaszone,  co  swoją  drogą  byłoby
także po mojej myśli.

Franz

Dwa  listy,  które  wysłałem  na  adres  domowy,  chyba  Ci  doręczono?  Były  to,

wydaje mi się, listy szczególnie mało przeznaczone do przeczytania przez innych
ludzi.

Z 25 na 26.XII.12
Powieść znowu posunęła się trochę naprzód, trzymam się jej, ponieważ moja

mała  historia  mnie  odtrąciła.  Ale  też  zacząłem  tę  historię  stawiając  sobie  zbyt
wysokie wymagania; od razu na początku cztery osoby mają mówić i intensywnie
brać  udział  we  wszystkim.  Tyle  osób  potrafię  jednak  widzieć  w  sposób
kompletny tylko wtedy, gdy wyłaniają się one i rozwijają w przebiegu historii, z
jej  strumienia.  Od  razu  na  początku  opanowałem  niestety  tylko  dwie,  gdy  zaś
cztery  osoby  tak  napierają  i  chcą  wystąpić,  a  uwagę  się  zwraca  tylko  na  dwie,
powstaje smutne zakłopotanie, zupełnie tak jak w towarzystwie. Te drugie dwie

background image

osoby  chcą  i  nie  chcą  się  zdemaskować.  Przez  to  jednak,  że  moje  spojrzenie
błądzi to tu, to tam, chwyta ono może także cienie tych dwóch, ale wskutek tego
znowu  tamte  dwie  postaci,  które  już  były  wyraźne,  ponieważ  są  chwilowo
zaniedbane, zaczynają się stawać niepewne i w końcu wszystko się wali. Szkoda!

Teraz  jestem  jednak  rzeczywiście  zbyt  zmęczony,  z  powodu  wszelkich

możliwych  przeszkód  wcale  nie  spałem  w  ciągu  dnia,  w  dnie  robocze  śpię  o
wiele  więcej.  Tyle  Ci  mam  do  powiedzenia,  a  tymczasem  zmęczenie  odwodzi
mnie od głównego toru. Czemuż zamiast pisać powieść, nie napisałem do Ciebie,
choć tak bardzo tego chciałem. Miałem taką chęć, żeby od tego zacząć list, w ten
sposób  przygotować  się  do  pisania,  że  byłbym  zupełnie  zacałował  papier
listowy,  ponieważ  znajdzie  się  on  w  w  Twoich  rękach.  Teraz  jednak  jestem
zmęczony  i  tępy  i  bardziej  jeszcze  niż  pocałunków  potrzebowałbym  Twojego
żywego  spojrzenia,  takiego,  jakiego  się  można  domyślać  na  tej  dzisiejszej
fotografii.  Dziś  powiem  tylko,  co  mam  do  zarzucenia  tej  podobiźnie;  Twoje
spojrzenie nie chce spotkać się z moim, wciąż przechodzi obok mnie, odwracam
fotografię  na  wszystkie  strony,  ale  Ty  zawsze  znajdujesz  możliwość,  żeby  uciec
wzrokiem,  i  to  uciec  spokojnie,  jakby  z  przemyślanym  zamiarem.  Mogę  co
prawda  całą  Twoją  twarz  zagarnąć  dla  siebie,  gdy  ją  całuję,  i  to  też  czynię,  i
jeszcze  raz  chcę  uczynić  bezpośrednio  przed  zaśnięciem,  i  jeszcze  raz,  gdy  się
obudzę.  Jeśli  warto  o  tym  mówić,  to  wiedz,  że  moje  usta  całkowicie  należą  do
Ciebie, nikogo innego nie całuję, ani rodzice, ani siostry, ani nieubłagane ciotki
nie mają dla siebie miejsca na moim kurczowo się odsuwającym policzku.

26.XII.12, czwartek rano
Wreszcie mam Twoją podobiznę taką, jaką Ciebie widziałem, oczywiście nie

taką, jak Cię widziałem najpierw (bez żakietu, z głową odkrytą, nie ograniczoną
kapeluszem),  lecz  taką,  jaką  Cię  zgubiłem  w  bramie  hotelu,  jaką  byłaś,  gdy
szedłem  obok  Ciebie  przez  Przykopy  i  nie  byłem  jeszcze  z  Tobą  związany,  a
niczego tak nie pragnąłem, jak być związanym jak najsilniej. Teraz przychodzi mi
na myśl, czy nie masz zwyczaju często odgarniać włosów z czoła, zwłaszcza gdy
np. trzymasz w ręku fotografię i chcesz ją obejrzeć? Czy też jest to pomyłka mojej
pamięci?  Bo  czasem  tak  Cię  widzę.  To  jest  więc  ten  sam  kapelusz,  którego
podszewkę  ja,  człowiek  porażony  ślepotą,  wziąłem  za  białą.  Ale  bluzka  jest
chyba inna, Twoja bluzka w Pradze była wszakże biała. Teraz Cię pocałowałem i
Twój  uśmiech  stał  się  po  tym  pocałunku  odrobinę  życzliwszy  niż  przedtem.  Co
powiesz,  moja  Ty  najdroższa,  najukochańsza  Dziecino,  na  takie  zachowanie
Twojej  fotografii?  Sakiewkę  i  fotografię  będę  nosić,  w  każdym  razie  przez
najbliższe dni, nie w kieszeni, lecz w dłoni, jako oparcie, ochronę i wzmocnienie.
Byłoby  wszakże  czymś  bardzo  dziwnym,  gdyby  posiadacz  takiej  fotografii  nie
potrafił sprostać wszystkiemu. A Ty, Najdroższa, czy już trochę wypoczęłaś? Czy
nie za bardzo popędzają Cię krewni? Chyba wcale nie miałabyś dla mnie czasu,
gdybym  był  przyjechał  do  Berlina.  Ale  co  też  ja  mówię?  W  ten  sposób  chcę
skończyć z wyrzutami, które sam sobie robię? A czy w końcu nie miałem jednak

background image

racji, że nie pojechałem do Berlina? Ale kiedy Cię wreszcie zobaczę? W lecie?
Ale  dlaczego  akurat  w  lecie,  skoro  nie  widziałem  Ciebie  na  Boże  Narodzenie?
Jest  teraz  słoneczny  poranek,  jestem  dosyć  wyspany,  ale  jeszcze  bardziej  nie
pewny  niż  w  najgłębszej  nocy.  O  Twojej  matce  dużo  miałbym  Ci  do  napisania,
odkładam  to  do  następnego  listu.  Zadziwiające,  z  jaką  radością  połykam
wszystko,  co  mi  przekazujesz  z  uwag  Twojej  matki  o  mnie.  Częściowo  jest  to
radość,  że  z  taką  wrogością  (nawet  jeśli  w  najlepszych  intencjach)  jestem
atakowany,  a  z  taką  siłą  i  miłością  brany  w  obronę. Ale  to  jeszcze  tej  radości
całkowicie  nie  tłumaczy.  Chciałbym,  żeby  moje  imię  wciąż  było  wymieniane  w
Twojej rodzinie. Co za niedorzeczne pragnienie!

Ale oto już dochodzi południe. Wstawać, wstawać! Adieu, Felice! Fotografię

do kieszeni! List do koperty i pędzić na dworzec, żeby go wrzucić do skrzynki!

Franz

Załączam pozdrowienia świąteczne z mojego ostatniego sanatorium, nadeszły

jednocześnie  z  Twoją  fotografią.  Spójrz  tylko,  jak  to  ja  z  zupełnie  szatańską
chytrością  chciałem  dać  się  wyleczyć  przez  obcą  wiarę.  Ale  też  niewiele  to
pomogło.

[Na dołączonej kartce]
Jeszcze coś nie cierpiącego zwłoki przyszło mi do głowy: Nie podarowałaś

jednak w końcu, Najdroższa, swojej siostrze tej bluzki, w której byłaś wtedy w
Pradze?

Z 26 na 27.XII.12
Ta mała sakiewka, którą mi przysłałaś, to jest zaczarowana sakiewka. Dzięki

niej  staję  się  innym  człowiekiem,  spokojniejszym,  lepszym.  Ta  możliwość
spojrzenia  na  małą  fotografię,  gdziekolwiek  się  znajduję,  albo  przynajmniej
wyjęcia  sakiewki  (metoda  trzymania  jej  zawsze  w  ręku  nie  okazała  się  dobra),
jest  jeszcze  jednym  szczęściem,  które  Tobie  zawdzięczam.  Gdy  patrzę  na  Twój
portrecik  —  stoi  tu  przede  mną  —  patrzeniu  towarzyszy  wciąż  nowe  zdumienie
nad tym, z jaką siłą my dwoje do siebie należymy.

Jak  za  tym  wszystkim,  co  można  na  nim  zobaczyć,  za  kochaną  twarzą,

spokojnymi  oczami,  uśmiechem,  ramionami  (właściwie  wąskimi),  które
należałoby  jak  najśpieszniej  objąć,  jak  za  tym  wszystkim  działają  siły  tak  mi
pokrewne,  tak  dla  mnie  niezbędne,  i  jak  to  wszystko  jest  tajemnicą,  której  jako
człowiek mizerny nie ma się wcale prawa oglądać, lecz tylko pokornie w niej się
zanurzyć.

Ale nie jestem zdolny kontynuować listu, tak się zapatrzyłem na tę fotografię,

tego, Najdroższa, na pewno nie przewidziałaś, ofiarowując mi ten dar. Myślę, że
będzie  mi  ona  we  wszystkim  pomagać,  jutro  lepiej  będę  sobie  radzić  w  tym
okropnym biurze i ze stosu moich akt wyciągnę, choć tylko koniuszkami palców,
najstarsze  zaległości;  poza  tym  postanowiłem,  co  jest  rzeczą  niemałą,  nigdy,
cokolwiek by się zdarzyło, nie zaczynać swego pisania po 10-ej wieczór, i nigdy

background image

(chyba  że  mam  następny  dzień  wolny)  nie  kłaść  się  spać  później  niż  o  2-ej  w
nocy; i wreszcie (a to wszystko po to, by stać się godnym Twojego daru) gorzko
żałuję  listu,  który  otrzymałaś  w  drugim  dniu  Świąt,  łajaj  mnie  tylko  w  liście,
który  otrzymam  jutro,  na  który  czekam  z  trwogą  i  radością,  tylko  w  tym  liście
łajaj  mnie  ze  wszystkich  sił,  ktoś,  kto  robi  kochance  nieuzasadnione  wyrzuty  i
swoją głupią gadaniną włazi do jej porannego snu w dniu świątecznym, zasługuje
nie  tylko  na  wyłajanie,  zasługuje  (teraz  wymówię  coś  bardzo  złego,  prawie  nie
do zniesienia), zasługuje na to, żeby przez dwa dni nie dostać ani jednego listu.
Nie  obawiaj  się  więc,  Najdroższa,  już  nigdy  nie  będę  tak  małoduszny,  wybacz
mi,  wszystko  złe,  które  Ci  wyrządzam,  pochodzi  z  jednego  źródła,  z  miłości  do
Ciebie.  Może  czasem  sprawiam  Ci  przykrość,  sam  o  tym  nie  wiedząc,  wtedy
przyczyny  szukaj  zawsze  tylko  w  mojej  miłości,  jakąś  zawiłą  drogą  (bo  taki  już
jestem)  znajdziesz  ją  tam  na  pewno. Ale  oto  znowu  nie  napisałem  nic,  zupełnie
nic,  nawet  o  tym,  jak  spędziłem  te  dni.  No,  ale  Twoja  fotografia  wie  wszystko.
Gdy będziesz przechodzić obok swojego fotografa, powiedz mu, że żadne z jego
zdjęć nie było tak wycałowane jak to.

Franz

W nocy z 27 na 28.XII.12
Moja Najdroższa, jeśli sakiewka, którą Tobie zawdzięczam, długo wytrzyma

te  olbrzymie  obciążenia,  jakie  musi  znosić  u  mnie,  jest  to  naprawdę  dobra
sakiewka. Czasem tęsknota za Tobą podchodzi mi aż do gardła. Wtedy sakiewka
jest gwałtownie otwierana i od razu Ty się ukazujesz nienasyconemu spojrzeniu,
przyjazna i kochana. W świetle latarni ulicznych, przed oświetlonymi wystawami,
przy  stole  w  biurze,  przy  nagłym  zatrzymywaniu  się  na  korytarzach,  obok
drzemiącego  maszynisty,  przy  oknie  w  moim  mieszkaniu,  gdy  za  mną  licznie
zebrani znajomi i krewni wypełniają pokój — Najdroższa, Najdroższa, nawet to
krótkie  słowo  nie  zawsze  potrafiłbym  wymówić,  gdy  myślę  o  Tobie,  bo  często
tylko z zaciśniętymi zębami mogę myśleć o Tobie. A to, że ta mała fotografia jest
tak niewyczerpana, to sprawia mi naturalnie tyleż radości, co bólu. Nie przemija,
nie  rozpływa  się  jak  istota  żywa,  ale  za  to  trwa  nienaruszona  i  stanowi
nieustającą pociechę, nie chce przeniknąć we mnie, ale też mnie nie opuszcza.

Oczywiście  powiedziałem  sobie  od  razu  (z  samolubstwa!  z  chytrości!  z

przytomności  umysłu!),  że  skoro  czarodziejskie  działanie  fotografii  zostało  raz
stwierdzone,  to  i  ja  koniecznie  muszę  mieć  swoją  fotografię  u  Ciebie.
Natychmiast  pobiegłem  do  fotografa,  żeby  kazać  sobie  zrobić  zdjęcie  dokładnie
tego  samego  formatu,  ale  nasi  fotografowie  szybkościowi  są  powolniejsi  od
waszych,  będzie  ono  gotowe  dopiero  za  tydzień.  Ale  poza  tym  Twój  pomysł,
Najdroższa,  wzbudził  we  mnie  taką  zachłanność,  że  Ci  proponuję,  byśmy  takie
małe zdjęcia wymieniali co miesiąc. Ty się wszakże zmieniasz, przychodzi nowa
pora roku, inaczej się ubierasz — nie, Najdroższa,  za  wiele  żądam,  zbłądziłem.
Powinienem być zadowolony, że posiadam tę małą fotografię, za którą winieniem
Ci dziękować w każdym liście na nowo.

Twój list czwartkowy, list urwany po pierwszych 5 słowach, na pierwszy rzut

background image

oka  wygląda  właściwie  przerażająco,  jak  gdyby  jakaś  zła  a  potężna  ręka
skrępowała Ci dłonie albo coś jeszcze gorszego Ci zrobiła. Ale mówię sobie, że
jednak to Ty zaadresowałaś jeszcze kopertę, włożyłaś do niej wycinek z gazety,
może  także  sama  wrzuciłaś  list  do  skrzynki,  a  więc  nie  mogło  się  stać  nic  tak
bardzo złego i mam prawo jutro znowu oczekiwać listu.

Tego,  że  Twoja  matka  jest  w  stosunku  do  Ciebie  takim  tyranem,  dobrze  nie

rozumiem, natomiast we wszystkim innym doskonale ją rozumiem. Czy już przez
to,  że  sama  na  siebie  zarabiasz,  Twoja  sytuacja  w  domu  nie  jest  zupełnie
szczególna,  zwłaszcza  w  porównaniu  z  Twoją  siostrą,  która,  o  ile  się  orientuję,
pracuje  tylko  przy  gospodarstwie?  I  czy  wyjątkowość  tej  sytuacji  przez  nikogo
nie  jest  respektowana?  Twoja  matka,  nie  doceniając  Twojej  pracy,  popełnia
więc,  jak  się  wydaje,  wielką  niesprawiedliwość,  ale  we  wszystkim  innym  ma
rację. Rację miała w uzdrowisku nadmorskim, gdy Ciebie nie odstępowała (ach,
czego właściwie chciał ten młody człowiek? Żeby mi  tylko  poszedł  precz!),  ma
rację, gdy się gniewa z powodu moich listów (może także z powodu tego, który
teraz piszę, chociaż przyznaje on jej rację), o konieczności tych listów mógłbym
ją w najlepszym razie przekonać chyba tylko we śnie, i ma wreszcie rację — i to
jak bardzo! — gdy wszelkie współżycie mężczyzny i kobiety inne niż małżeństwo
uważa  za  pozbawione  sensu.  Czy  ja  np.  wiele  razy  już  nie  stwierdzałem,  że
jestem bez sensu?

Ankietę  „Berliner  Tageblatt"  dołączyłaś  do  listu  bez  komentarza.  Tak  jest

rzeczywiście  najlepiej.  Co  za  arcygłupie  pytania  są  tam  postawione!  Gazeta
nabiera  dzięki  temu  oblicza  w  pewnym  sensie  ludzkiego,  aczkolwiek
idiotycznego. Wszystkie odpowiedzi, w których nie ujawnia się głupota pytania,
są  złe,  ponieważ  wówczas  nie  pokrywają  się  z  pytaniami. Ale  przy  tym  tak  jest
łatwo  na  te  pytania  odpowiedzieć,  że  odpowiadam  od  razu  na  oba: A  więc  „on
musi  być  w  każdym  razie  przystojny.  Natomiast  „ona  nie  ma  być  niczym  więcej
ani niczym mniej, ale dokładnie taka, jaka jest.

Wtedy zaś jest ona co prawda taka, że nawet w głębi nocy nie można się z nią

rozstać i chciałoby się do niej pisać dalej i dalej w jakiejś bezsensownej nadziei,
że  w  ten  sposób  wyczaruje  się  ją  przed  sobą  zupełnie  żywą. Die  Höhe  des
Gefühls 
już   na pewno masz. Dwa rodzaje pisma w dedykacji tym się tłumaczą,
że ta książka jest jednym z 20 egzemplarzy wydania luksusowego, z których każdy
był  już  przedtem  opatrzony  podpisem  Maksa. Ale  to  wyglądało  zimno  i  dlatego
kazałem mu uzupełnić dedykację zgodnie z prawdą.

Dostałem  dziś  list  od  Löwy  ego,  który  załączam,  żebyś  zobaczyła,  jak  on

pisze.  Jego  adres  —  o  czym  Ci  nie  doniosłem  —  niedawno  odnalazłem,  a  w
międzyczasie miałem też już kilka listów od niego. Wszystkie są podobne i pełne
skarg; temu biedakowi nie można pomóc; teraz bez pożytku wciąż kursuje tam i z
powrotem między Lipskiem i Berlinem. Jego dawniejsze listy były zupełnie inne,
o  wiele  żywsze  i  bardziej  optymistyczne,  może  jest  rzeczywiście  wykończony.
Brałaś go za Czecha, nie, on jest Rosjaninem.

Adi eu, Najdroższa,  cokolwiek  się  zdarzy,  będziemy  się  nadal  kochać,

prawda? Gdzie są Twoje usta?

background image

Franz

Z 28 na 29.XII.12
Moja  najdroższa  Dziecino,  w  mojej  powieści  dzieją  się  właśnie  rzeczy

bardzo pouczające. Czy widziałaś już kiedyś demonstracje, jakie się odbywają w
miastach  amerykańskich  w  przeddzień  wyboru  sędziego  okręgowego?  Zapewne
nigdy,  podobnie  jak  ja,  ale  w  mojej  powieści  takie  demonstracje  są  właśnie  w
toku.

Na razie tylko kilka słów, moja Najdroższa, zbliża się już 2-ga godzina, a od

tygodnia regularnie szumi mi w głowie, gdy kładę się spać po 2-ej. Czyżbym te
warty  nocne  znosił  coraz  gorzej,  zamiast  się  do  nich  przyzwyczaić?  Moje
ziewanie  w  biurze  jest  wręcz  haniebne,  ziewam  na  dy  rektorów,  na  szefa,  na
strony,  jednym  słowem  na  każdego,  kto  zajdzie  mi  drogę. Ale  mam  nadzieję,  że
przez ustalenie na godzinę 2-gą pory kładzenia się do snu znowu się wydobędę ze
swojej słabości.

Najdroższa,  czy  mam  Ci  powiedzieć,  jak  nędzny  ze  mnie  człowiek?  Czy  nie

powinienem tego raczej zamilczeć, żeby sobie nie zaszkodzić u Ciebie? Ale czy
nie  muszę  tego  powiedzieć,  skoro  my  należymy  do  siebie  nawzajem  tak  bardzo,
jak to jest tylko możliwe, gdy ma się za wrogów czas i przestrzeń? Więc muszę to
powiedzieć.

Twój  drugi  list  dzisiejszy  sprawił,  że  jestem  zazdrosny.  Dziwisz  się  i  nie

dowierzasz  sobie,  czy  dobrze  odczytałaś?  Tak,  zazdrosny.  Wszystkie  listy,  w
których wymienionych jest tyle osób, jak np. w dzisiejszym liście, budzą we mnie
bezsilną  zazdrość.  Teraz  przypominam  sobie,  że  to  taki  właśnie  list,  wciąż
rozpamiętywany,  był  także  powodem  mojego  obłędu,  a  następnie  tego  ohydnego
listu, za który pozostanę na zawsze wobec Ciebie winowajcą.

A więc o wszystkich ludzi w Twoim liście jestem zazdrosny, o wymienionych

i  nie  wymienionych,  o  mężczyzn  i  o  dziewczęta,  o  handlowców  i  o  pisarzy  (i
naturalnie  o  tych  ostatnich  najbardziej).  Jestem  zazdrosny  o  waszego
przedstawiciela w Warszawie (ale może „zazdrosny nie jest właściwym słowem,
może  jestem  tylko  „zawistny  ),  jestem  zazdrosny  z  powodu  ludzi,  którzy
proponują  Ci  lepsze  posady,  jestem  zazdrosny  z  powodu  panny  Lindner
(Brühlów-na  i  Grossmannówna  to  młode  dziewczęta,  im  na  przyjaźń  z  Tobą
jeszcze od biedy pozwalam), jestem zazdrosny o Werfla, o Sofoklesa, o Ricardę
Huch,  o  Lagerlöf,  o  Jacobsena.  Jak  dziecko  cieszy  się  moja  zazdrość  z  tego,  że
Eulen-berga  nazywasz  Hermannem  zamiast  Herbertem.  Natomiast  imię  Franz
niewątpliwie  wryło  Ci  się  w  pamięć.  (Podobają  Ci  się Cienie} Uważasz,  że  są
zwarte i jasne? ) Ja w całości znam tylko jego Mozarta, Eulenberg (nie, nie jest
prażaninem, jest nadreńczykiem) czytał go tutaj, ale dla mnie było to prawie nie
do  zniesienia,  proza  grzesząca  brakiem  oddechu  i  czystości.  Natomiast  jego
dramaty  są  ponoć  przyjemne,  tych  jednak  nie  znam.  Tak,  teraz  sobie  przypomi
nam,  w  czasopiśmie  „Pan  przeczytałem  kiedyś  jego  rzecz  pod  wieloma
względami  dobrą,  nazywała  się,  jak  mi  się  wydaje, List  ojca  do  syna. Ale

background image

oczywiście  w  obecnym  moim  usposobieniu  bardzo  go  krzywdzę,  to  nie  ulega
wątpliwości.  Ale  Ty  nie  powinnaś  czytać  Cieni.  A tymczasem  widzę,  że  jesteś
nim nawet „zupełnie zachwycona . Słyszycie, a więc Felice jest nim zachwycona,
i  to  zupełnie  zachwycona,  a  ja  się  na  to  pienię  ze  złości  w  środku  nocy. Ale  w
Twoim  liście  występują  jeszcze  inni  ludzie,  ze  wszystkimi,  ze  wszystkimi
miałbym  ochotę  zacząć  się  bić,  nie  żeby  im  zrobić  coś  złego,  lecz  żeby  ich
odepchnąć  od  Ciebie,  żeby  Ciebie  od  nich  wyrwać  i  tylko  takie  czytać  listy,  w
których  jest  mowa  wyłącznie  o  Tobie,  Twojej  rodzinie  i  dwóch  Małych,  i
naturalnie!  naturalnie!  o  mnie.  Ale,  Najdroższa,  ja  nie  jestem  wariatem,  chcę
dowiadywać się o wszystkim, od napierającej miłości za bardzo jestem w Tobie,
żebym mógł być naprawdę i w gruncie rzeczy zazdrosny (jeśli Ty czytasz  Cienie,
to jestem pewien, że niechęć z mojej strony i zachwyt z Twojej strony w końcu
staną się wspólne, tzn. że egzemplarz, który Ty właśnie trzymasz w swych rękach,
będzie mnie zachwycał, i nic więcej), ale chciałem tylko, po to, byś mnie znała
całkowicie, opisać Ci wrażenie, jakie wywarł na mnie Twój list po południu, a
więc co prawda w czasie mojej depresji.

Otrzymałem ten list faktycznie, gdy przyszedłem z biura, a nadszedł nawet już

z  pocztą  o  godzinie  11-ej.  To  wygląda  na  zasługę  poczty  austriackiej.  Ale
wyobraź  sobie  tylko  —  tak  kapryśna  jest  nasza  poczta  —  list  nie  przyszedł  do
mieszkania,  lecz  do  oddalonego  od  mieszkania  o  dobry  kilometr  sklepu  moich
rodziców.  Samo  w  sobie  nie  ma  to  znaczenia,  bo  moja  korespondencja  nie  jest
krytykowana i list został też od razu przyniesiony ze sklepu do mieszkania, ale ma
to  być  tylko  dla  Ciebie  dowód,  że  mój  niepokój  o  Ciebie,  czasem  tak
denerwujący i tak bezwzględny, jest przez tak kapryśne doręczanie poczty niemal
usprawiedliwiony.

To  przyczyniło  się  też  do  mojego  przygnębienia  popołudniowego,  tak  że

mówiłem sobie: Dzisiaj mam dwa listy, to jest tak piękne, ale w takim razie czy
dostanę list także jutro, w niedzielę, Felice, jak się wydaje, zakładała, że ten list
nadejdzie  dopiero  w  niedzielę,  ale  oto  mam  go  już  teraz  i  jutro  będę  może  tu
siedział,  albo  raczej  wił  się  na  moim  łóżku,  bez  wiadomości.  Lepiej  by  było,
żeby nie przyszedł tak wcześnie!

Ale  oto  doszedłem  do  ustępu:  „Góruję  teraz  bardzo  nad  Tobą  w  pisaniu

długich  listów  i  to  mnie  dobiło.  Powtarzam:  Nie  jestem  wariatem,  nawet
najgłupszy człowiek musiałby zrozumieć, że ta uwaga była zupełnie marginesowa
i została napisana zupełnie przypadkowo. Ale uwierz mi, Felice, (musiałem być
już  w  stanie  majaczenia  sennego,  gdy  to  czytałem)  —  w  tym  momencie
pomyślałem, że to oznacza pożegnanie; widocznie za mało pisałem i dlatego jest
koniec. Najdroższa, teraz jednak obejmuję Cię tak mocno, jak jeszcze nigdy, żeby
po  tym  chorobliwym  przewrażliwieniu,  które  mnie  jeszcze  drąży  od  czasu  do
czasu, znowu całkowicie być Ciebie pewnym.

Te  humory,  które  na  pewno  wynikają  u  mnie  tylko  z  oddalenia,  a  może  z

jakichś defektów organicznych, na tym się zresztą nie skończyły, lecz skupiły się
w śnie, który miałem po południu i o którym opowiem Ci jutro (co prawda wtedy
duża  część  będzie  już  zapomniana).  A  teraz  dobrej  nocy,  Najdroższa,  i  długi,

background image

spokojny, ufny pocałunek.

Franz

[29 grudnia 1912]
Moja Najdroższa, mój Dobroczyńco, a więc jednak jeszcze jeden list, i to taki

list, piękny ponad wszelką miarę. Gdy o godzinie wpół do jedenastej odezwał się
dzwonek  —  nie  mógł  to  być  nikt  inny  jak  listonosz  —  stałem  za  oszklonymi
drzwiami mojego pokoju i z góry usiłowałem się pocieszyć: „Żaden list nie może
nadejść — mówiłem sobie — „jak mógłby dziś nadejść list, wszakże Felice nie
może  się  zamęczyć  na  śmierć  pisaniem.  Będziesz  musiał  bezwzględnie  czekać
cierpliwie do jutra. I naprawdę cały drżałem w tej swojej biedzie.

Najdroższa,  to  jest  znów  taki  list,  przy  którym  człowie  kowi  robi  się  ciepło

od spokojnej radości. Tu nie kręcą się ci liczni znajomi i pisarze, tu —

a więc tu mi przeszkodzono wtedy, było po południu, a teraz jest tak późno, że

nie  mam  odwagi  spojrzeć  na  zegarek,  z  zaryglowanego  domu  wymknę  się  na
dworzec (ach, gdyby o tym wiedzieli mój ojciec i rodzina, których nie widziałem
od  rana)  i  wrzucę  do  skrzynki  ten  świstek.  Dla  mojego  własnego  spokoju  nie
mogę  Ciebie  zostawić  w  poniedziałek  bez  wiadomości  ode  mnie  z  niedzieli.
Powodzi mi się zupełnie dobrze, tylko czas mi ukradziono; jak mogłoby mi się źle
powodzić, póki Ty mnie kochasz. Ale teraz biegiem!

Franz

Z 29 na 30.XII.12
Najdroższa,  to  była  niedobra  niedziela.  Jakby  w  przeczuciu  niepokoju,  jaki

miała  przynieść,  rano  leżałem  w  łóżku  bez  końca,  chociaż  z  powodu  fabryki,
która przysparza mi (co prawda w sposób dla innych ludzi niewidoczny) trosk i
wyrzutów sumienia, powinienem był dokądś pójść. Przez to bezużyteczne leżenie
(Twój list przyszedł dopiero o 11-ej) wszystko inne się potem opóźniło i gdy po
jedzeniu, do którego zasiadłem o wpół do trzeciej, zacząłem pisać list do Ciebie,
szczęśliwy,  że  będę  mógł  trochę  pobyć  u  Ciebie,  spokojny  w  mieszkaniu
spokojnym  dzięki  powszechnej  drzemce  poobiedniej,  zadzwonił  do  mnie  ten
właśnie  dr  Weltsch,  który  nie  jest  tylko  moim  przelotnym  znajomym,  lecz
prawdziwym przyjacielem. Poza tym ma on na imię Feliks i jestem rad, że już od
tak dawna łączy mnie przyjaźń z tym imieniem: co prawda teraz imię to w swoich
dwóch  ostatnich  literach  trochę  się  jeszcze  rozwinęło  i  nabrało  treści  zupełnie
niewiarygodnej. A więc ten Feliks zatelefonował do mnie, gdy pisałem do Felice,
i przypomniał mi o naszej umowie, że mam pójść na spacer z nim, jego siostrą i
przyjaciółką  (jego  siostry,  oczywiście),  jak  to  już  raz  uczyniłem  w  ostatni
czwartek.  I  mimo  że  w  tamten  czwartek  nie  byłem  zadowolony  (okresowo,  i
najczęściej, odczuwam lęk przed dziewczętami), i mimo że dopiero zacząłem ten
list, który mnie zatrzymywał, i mimo że byłem umówiony także z Maksem, i mimo
że słusznie się obawiałem, iż po spacerze nie będę już miał koniecznego czasu na

background image

sen  —  natychmiast  zgodziłem  się  jednak  z  wielkim  zapałem,  ponieważ  przy
telefonie,  nawet  jeśli  to  jest  tylko  mój  domowy  telefon,  jestem  bezbronny,  a
następnie  nie  chciałem  jednak,  żeby  dziewczęta  musiały  na  mnie  czekać.  Ale
kiedy zszedłem na dół, zirytowany wszystkimi tymi skrupułami, i stałem już przed
ludźmi,  a  nie  przed  strasznym  telefonem,  a  ponadto  oprócz  tych  trojga  zastałem
jeszcze  jedną  pannę  i  jakiegoś  młodego  człowieka,  szybko  powziąłem  decyzję,
towarzyszyłem  im  tylko  do  mostu  i  pożegnałem  się,  przy  czym  zakłóciłem  ruch
obok  budki  mytnika  przy  moście  i  jakiejś  kobiecie  idącej  za  mną  nastąpiłem  na
nogę.  Następnie  wyzwolony  pobiegłem  do  Maksa. Ale  teraz  nie  będę  już  dalej
opowiadać o tej niedzieli, bo wszystko zdąża do tego oto smutnego końca, że dziś
nie będę już mógł więcej pisać, bo już dawno minęła godzina 11-ta i w głowie
czuję ucisk i skurcze, jakie stwierdzam u siebie właściwie dopiero od tygodnia.
Nie pisać, a jednocześnie czuć w sobie chęć, straszliwą chęć pisania!

Zresztą teraz wiem też dokładniej, dlaczego Twój list wczorajszy obudził we

mnie  taką  zazdrość:  Tobie  moja  książka  podoba  się  równie  mało  jak  przedtem
moja  fotografia.  To  by  nie  było  takie  złe,  bo  to,  co  tam  jest,  to  są  po  większej
części  stare  rzeczy,  ale  w  każdym  razie  jest  to  jednak  kawałek  mnie,  a  więc
kawałek  mnie,  który  jest  dla  Ciebie  obcy.  Ale  to  nie  byłoby  wcale  takie  złe,
Twoją  bliskość  czuję  tak  silnie  we  wszystkim  innym,  że  jestem  gotów,  mając
Ciebie  tuż  przy  sobie, pierwszy odepchnąć  tę  książeczkę własną nogą.  Jeśli
kochasz  mnie  w  teraźniejszości,  to  niech  przeszłość  będzie  sobie,  gdzie  chce,  i
jeśli  tak  być  musi,  to  nawet  tak  daleko,  jak  mój  lęk  o  przyszłość. Ale  że  Ty  mi
tego  nie  mówisz,  że  nie  mówisz  mi  nawet  w  dwóch  słowach,  iż  ona  Ci  się  nie
podoba.  —  Nie  musisz  wcale  mówić,  że  ona  Ci  się  nie  podoba  (co
prawdopodobnie nie byłoby zresztą prawdą), lecz że po prostu nie możesz się w
niej połapać. Jest w niej rzeczywiście rozpaczliwy nieporządek, albo raczej: są
to światełka słabo oświetlające jakąś nieskończoną gmatwaninę i trzeba podejść
bardzo  blisko,  żeby  coś  zobaczyć.  Byłoby  więc  jak  najbardziej  zrozumiałe,
gdybyś  nie  wiedziała,  jak  się  zabrać  do  tej  książki,  i  pozostawałaby  tylko  ta
nadzieja,  że  w  jakiejś  dobrej  godzinie  słabości  ona  Cię  jednak  przywabi.  Na
pewno  nikt  nie  będzie  wiedział,  jak  się  do  niej  zabrać,  to  jest  i  było  dla  mnie
jasne — ofiara z wysiłku i pieniędzy, na którą mnie naraził rozrzutny wydawca i
która  jest  zupełnie  zmarnowana,  też  mnie  dręczy  —  do  jej  wydania  doszło
zupełnie  przypadkowo,  może  opowiem  Ci  to  kiedyś  przy  sposobności,  z
wyraźnym zamiarem nigdy o tym nie myślałem. Ale mówię o tym wszystkim tylko
po to, żebyś zrozumiała, jak naturalna byłaby dla mnie chwiejna ocena z Twojej
strony.  Ale  Ty  mi  nic  nie  mówisz,  raz  wprawdzie  zapowiedziałaś,  że  coś
powiesz, lecz nigdy tego nie powiedziałaś. To zupełnie tak samo jak z tym panem
Neble,  o  którym  także  tak  długo  nie  miałem  prawa  nic  wiedzieć.  Najdroższa,
popatrz,  ja  przecież  chcę,  żebyś  we  wszystkim  była  zwrócona  do  mnie,  nic,
najmniejsza  nawet  rzecz  nie  powinna  być  mówiona  na  boku,  wszakże  —  tak
myślałem — my należymy do siebie nawzajem, bluzka, którą Ty lubisz, sama w
sobie  może  by  mi  się  nie  podobała,  ale  ponieważ  Ty  ją  nosisz,  będzie  mi  się
podobać, moja książka sama w sobie nie podoba Ci się, lecz z uwagi na to, że to

background image

ja ją napisałem, na pewno ją lubisz — ale w takim razie należy to powiedzieć, i
to jedno i drugie.

Najdroższa,  na  pewno  nie  gniewasz  się  na  mnie  za  tę  długą  przemowę,  Ty

jesteś wszakże samą jasnością nas dwojga i wydaje mi się, jakbym tego, co sam
posiadam z jasności, nauczył się z Twoich oczu owego sierpniowego wieczoru.
Za wiele się nie nauczyłem, przekonasz się o tym na podstawie snu, który miałem
wczoraj.

Nie, tego snu już Ci nie opowiem, ponieważ teraz uświadamiam sobie, że Ty,

Najdroższa,  masz  przykrości,  a  w  każdym  razie  miałaś  przykrości  w  piątek  w
nocy. To więc jest ta rzecz, która dręczy Cię w domu? Także i o tym nie miałem
dotąd  pojęcia,  ale  tu  winna  jest  moja  niedomyślność.  Jeżeli  jeszcze  w  takie
rzeczy jesteś wciągana, najdroższe, biedne Dziecko, to jest rzeczywiście straszne.
U mnie tego nie ma, moja matka jest kochającą niewolnicą mojego ojca, a ojciec
jej  kochającym  tyranem,  dlatego  w  zasadzie  panowała  u  nas  zawsze  doskonała
zgoda,  a  zmartwienie,  które  mieliśmy  wszyscy  w  tych  ostatnich  latach  i  które
ogólnie  biorąc  sprowadza  się  do  choroby  mojego  ojca,  cierpiącego  na
arteriosklerozę, dzięki tej zgodzie nie mogło właściwie dotknąć samego wnętrza
rodziny.

Właśnie  w  tej  chwili  za  ścianą  mój  ojciec  gwałtownie  się  przewraca  na

łóżku.  Jest  on  wielkim,  silnym  mężczyzną,  w  ostatnich  czasach  czuje  się  na
szczęście  lepiej,  ale  jego  choroba  jest  niebezpieczeństwem,  które  zawsze
zagraża. Zgoda w rodzinie jest zakłócona właściwie tylko przeze mnie, z biegiem
lat  coraz  bardziej,  bardzo  często  nie  mogę  sobie  poradzić  ze  sobą  i  czuję  się
bardzo  głęboko  winny  w  stosunku  do  rodziców  i  do  wszystkich.  Tak  więc  ja
także  mam  dosyć  przykrości  w  rodzinie  i  z  jej  powodu,  moja  droga,  daleka
Dziewczynko,  tylko  że  ja  bardziej  na  to  zasługuję  niż  Ty.  W  młodszych  latach
niejeden raz stawałem w nocy przed oknem i bawiłem się klamką, wydawało mi
się rzeczą nader wskazaną otworzyć okno i wyskoczyć. Ale to było dawno i nie
byłem  jeszcze  wtedy  człowiekiem  tak  mocno  stojącym,  jakim  stałem  się  teraz
dzięki temu, że jestem pewny Twojej miłości.

Dobranoc,  Najdroższa,  także  smutne  pocałunki  dobrze  robią,  a  z  tej  żałości

usta  nieskończenie  długo  pozostają  przywarte  do  drugich  ust  i  nie  chcą  się
oderwać.

Franz

Najdroższa,  jeszcze  raz:  Piszę  regularnie  tylko  raz  na  dzień,  moje  nerwowe

listy  pisane  w  ciągu  dnia  czynią  mnie  nieszczęśliwym,  a  uczucie,  że  mogłabyś
kiedyś  o  godzinie  10-ej  daremnie  oczekiwać  listu,  aż  mnie  parzy. A  więc  nie
czekać na list, Najdroższa, nie chwytać smutnych spojrzeń