background image

Gabriel García

Márquez

O miłości 

i innych demonach

przełożył Carlos Marrodán Casas

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

background image

Tytuł oryginału: Del Amor y otros demonios 
Projekt okładki: Maciej Sadowski
Redakcja: Marzena Adamczyk 
Redakcja techniczna: Mariusz Jaśtak 
Korekta: Stanisława Staszkiel

© 1994 Gabriel García Marquez
© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 1996, 2001
© for the Polish translation by Carlos Marrodán Casas

ISBN 83-7200-963-5

Warszawskie Wydawnictwo Literackie
MUZA SA
Warszawa 2001

background image

Dla Carmen Balcells

skąpanej we łzach

background image

Większe podstawy do zmartwychwstania 

mają inne członki niż włosy.

T

OMASZ

 

Z

 AKWENU

Suma teologiczna, tom 33

Całkowitość ciał zmartwychwstałych

(Zagadnienie 80. Artykuł 5.)

przełożył o. Pius Belch O.P.

Katolicki Ośrodek Wydawniczy

„Veritas” 1983

background image

26   października   1949   roku   nie   nalegał   do   dni   obfitujących   w   sensacje.   Mistrz 

Clemente Manuel Zabala, szef redakcji dziennika, w którym stawiałem pierwsze reporterskie  
kroki, Zakończył poranne kolegium dwiema lub trzema rutynowymi uwagami. Nikomu nie  
powierzył żadnego specjalnego zadania. Parę minut później dowiedział się przez telefon, że  
właśnie opróżniano krypty dawnego klasztoru Świętej Klary i, bez większych złudzeń, zlecił 
mi: „Przejdź się tam, może coś ci wpadnie do głowy”. 

Niegdysiejszy   klasztor   klarysek,   sto   lat   temu   przemieniony   w   szpital,   teraz   został 

wystawiony   na   sprzedaż,   by   w   jego   miejscu   mógł   powstać   pięciogwiazdkowy   hotel.  
Murszejący dach odsłonił przepiękną, choć zrujnowaną kaplicę klasztorną. W kryptach nadal  
spoczywały   spokojnie   trzy   pokolenia   biskupów,   przeorysz   i   innych   znakomitości.   Nisze 
należało przede wszystkim opróżnić, przekazać prochy tym, którzy tego zażądają, resztę zaś 
szczątków złożyć do wspólnego grobu.

Zaskoczył mnie prymitywizm, z jakim  się do tego zabrano. Robotnicy  rozkopywali  

groby oskardami i gracami, wyciągali zbutwiałe i rozpadające się przy pierwszym dotknięciu  
trumny i oddzielali kości od grubej warstwy kurzu, strzępów odzieży i resztek włosów. Im  
szacowniejszy   nieboszczyk,   tym   żmudniejsze   było   to   zadanie,   bo   trzeba   było   dokładnie 
rozgrzebywać szczątki ciał i przesiewać prochy przez sito, by odzyskać szlachetne kamienie i 
resztki złotych kosztowności.

Szef robót spisywał w szkolnym zeszycie dane z nagrobków, składał kości w osobne 

kupki i na każdej z nich kładł karteczkę z nazwiskiem, by się nie pomieszały. Pierwszą więc 
rzeczą,   jaka   rzuciła   mi   się   w   oczy,   gdy   wkroczyłem   na   teren   klasztoru,   był   długi   rząd 
kopczyków ułożonych z kości, rozgrzanych przez bezlitosne słońce października wdzierające 
się przez dziurawy dach, i pozbawionych jakichkolwiek oznak tożsamości poza imieniem i 
nazwiskiem  spisanymi ołówkiem  na kartce papieru. I mimo że od tamtego dnia upłynęło  
niemal   pół   wieku,   wciąż   jeszcze   czuję   osłupienie,   w   jakie   wprawiło   mnie   owo   okropne 
świadectwo niszczącego upływu czasu.

Znajdowali się tam, pośród wielu innych: jeden z wicekrólów Peru i jego sekretna  

kochanka; don Toribio de Cáceres y Virtudes, biskup tutejszej diecezji; kolejne przeorysze 
klasztoru, wśród nich matka Josefa Miranda oraz bakałarz sztuk don Cristobál de Eraso, 
który pół swego życia poświęcił tworzeniu kasetonów. Na jednej z zamkniętych nisz widniała 
tablica nagrobna drugiego markiza de Casalduero, don Ygnacia de Alfaro y Dueñas, ale po 
jej otwarciu stwierdzono nie tylko, że jest pusta, ale i to, że nigdy nie była wykorzystana. Za 
to   szczątki   markizy,   doñi  Olalli   de   Mendoza,   złożone   były   pod   osobnym   nagrobkiem,   w  
sąsiedniej  niszy. Szef robót przyjął to bez większego zdziwienia: wybudowanie sobie gro-
bowca przez kreolskiego szlachcica i pogrzebanie go w innym miejscu było czymś zupełnie 
normalnym.

W trzeciej niszy głównego ołtarza, od strony Ewangelii — tam kryła się sensacja. 

Płyta nagrobna rozpadła się już po pierwszym uderzeniu oskarda i z niszy spłynęła kaskada 
żywych, intensywnie miedzianych włosów. Z pomocą robotników szef robót chciał wydobyć  
resztę włosów, ale im mocniej za nie ciągnęli, tym więcej ich przybywało, aż pojawiły się  
ostatnie pasma, ciągle przyrośnięte do dziewczęcej czaszki. W samej niszy, poza leżącymi  
luźno drobnymi kosteczkami, nie było już nic więcej, a na nagrobku startym przez saletrę  
można było odczytać jedynie  imiona:  
Sierva Maria de Todos  los  Ángeles. Po rozłożeniu 
wspaniałych włosów na podłodze i wymierzeniu ich okazało się, że mają dwadzieścia dwa 
metry i jedenaście centymetrów długości.

Szef robót, jakby nigdy nic, wyjaśnił mi, że po śmierci włosy ludzkie nadal rosną mniej  

więcej centymetr miesięcznie, dla niego więc dwadzieścia dwa metry były, jak na dwieście lat, 
całkiem przyzwoitą średnią. Dla mnie jednak nie było to aż takie proste i oczywiste, bo kiedy  
byłem dzieckiem, babcia opowiadała mi legendę o małej, dwunastoletniej markizie, której 

background image

włosy ciągnęły się za nią niczym tren panny młodej i która, ugryziona przez psa zmarła na 
wściekliznę,   a   wsławiwszy   się   po   śmierci   wieloma   cudami,   czczona   była   w   karaibskich 
osadach. Grób ten mógł do niej właśnie należeć — to była moja sensacyjna wiadomość 
owego dnia i zaczątek tej książki.

Gabriel García Márquez

Cartagena de Indias, 1994

background image

JEDEN

Popielaty pies z gwiazdką na czole wpadł pierwszej niedzieli grudnia pomiędzy zaułki 

targowiska, stratował stragany, rozniósł indiańskie budy i namioty z przeróżnymi loteriami, 
pogryzłszy przy okazji cztery osoby, które nawinęły mu się po drodze. Trzema ofiarami byli 
czarni niewolnicy. Czwartą zaś Sierva Maria de Todos los Ángeles, jedyna córka markiza de 
Casalduero,   która   udała   się   na   targ   w   towarzystwie   służącej   Mulatki,   by   kupić   pęk 
dzwoneczków na zabawę z okazji swych dwunastych urodzin.

Miały przykazane, by nie wychodzić poza Portal Kupców, ale służąca zapuściła się aż 

po   zwodzony   most   na   przedmieściu   Getsemani,   zwabiona   wrzawą   dochodzącą   z   portu 
handlarzy niewolników, gdzie właśnie wystawiono na licytację ostatni transport z Gwinei. 
Statek Kadyksańskiego Towarzystwa Handlu Niewolnikami od tygodnia oczekiwany był z 
niepokojem   wywołanym   zaistniałymi   na   pokładzie   niewytłumaczalnymi   przypadkami 
śmierci. Usiłując zataić owe zgony, co rychlej wyrzucono za burtę ciała bez żadnego balastu. 
O   świcie   morze   wyrzuciło   na   piasek   zniekształcone,   obrzękłe   i   dziwnie   zsiniałe   zwłoki. 
Statek zakotwiczono przed wejściem do zatoki lękając się, że jest on, być może, siedliskiem 
jakiejś   zarazy   afrykańskiej,   dopóki   nie   stwierdzono,   że   przyczyną   zgonów   było   zatrucie 
zepsutym mięsiwem. 

O tej właśnie porze, kiedy pies wałęsał się po targowisku, zlicytowano już pozostałych 

przy   życiu   niewolników,   po   cenach   mocno   zaniżonych   ze   względu   na   ich   mizerny   stan 
zdrowia,   i   usiłowano   właśnie   zrekompensować   poniesione   straty   jednym   egzemplarzem, 
wartym wszystkich innych razem wziętych. Była to abisyńska branka, o wzroście siedmiu 
piędzi, natarta melasą z trzciny cukrowej, miast, jak zwykle, pospolitą oliwą, i urody tak 
niepokojącej, że aż niewiarygodnej. Nos miała spiczasty, czaszkę jak dynia kształtną, oczy 
skośne,  zęby  zdrowe  i dwuznaczną   postawę  rzymskiego   gladiatora.  Nie  nacechowano  jej 
wcześniej żelazem, nie obwieszczono jej wieku i nie zachwalano stanu zdrowia, wystawiając 
na sprzedaż wyłącznie dla jej urody. Cena, jaką zapłacił za nią gubernator, bez targowania się 
i od ręki, odpowiadała w złocie wadze jej ciała.

Przypadki   pogryzienia   kogoś   przez   bezpańskie   psy   goniące   kota   lub   walczące   z 

sępami   o   resztki   padliny   były   rzeczą   codzienną,   szczególnie   w   czasach   obfitości   i 
nieprzebranych   tłumów,   kiedy   do   portu   zawijała   Flota   Galeonów   płynąca   na   targi   do 
Portobelo. Czterema czy pięcioma podobnymi przypadkami w ciągu tego samego dnia nikt 
nie zawracał sobie głowy, tym bardziej zaś taką raną jak ta odniesiona przez Siervę Marię, 
ledwie   dostrzegalną   na   lewej   kostce.   Służąca   nie   uległa   więc   trwodze.   Opatrzyła   rankę 
cytryną i siarką, zmyła ze spódnic dziewczynki plamę krwi i nikt nie myślał już o niczym 
innym jak tylko o tym, by możliwie najhuczniej uczcić jej dwunaste urodziny.

Bernarda   Cabrera,   matka   Siervy   Marii   i   nie   utytułowana   małżonka   markiza   de 

Casalduero, zaaplikowała sobie rano drastyczny środek przeczyszczający: siedem granulek 
antymonu   w  szklance  cukru   różanego.  Swego  czasu  była  nieposkromioną  Metyską  z   tak 
zwanej   arystokracji   kontuaru;   uwodzicielską,   zachłanną,   swawolną   i   o   łapczywości 
podbrzusza   tak   ogromnej,   iż   mogłaby   zaspokoić   całe   koszary.   Po   kilku   zaledwie   latach 
zaczęła   stronić   od   ludzi   i   świata   z   powodu   nadmiernej   skłonności   do   miodu   pitnego   i 
tabliczek kakao. Cygańskie oczy przygasły, przemyślności już nie starczało, wydalała krwią i 
pluła żółcią, a syrenie ongiś ciało napuchło przybrawszy barwę miedzianą jak u trzydniowego 
trupa;  puszczała   wiatry tak  siarczyste   i cuchnące,  iż  nawet  brytany  przejmowały  trwogą. 
Rzadko kiedy wychodziła poza swą sypialnię, a jeśli już, to snuła się po domu całkiem naga 
albo w  serżowym  chałacie  narzuconym  wprost na ciało,  w którym  wydawała  się jeszcze 
bardziej goła.

Zdążyła   już   siedem   razy   iść   na   stronę,   nim   wróciła   towarzysząca   Siervie   Marii 

służąca. O psie nic jej nie powiedział, za to rozgadała się o gorszącym zakupie niewolnicy w 

background image

porcie. „Jeśli rzeczywiście jest tak piękna, jak mówią, to może być Abisynką” - powiedziała 
Bernarda.   Ale   choćby   była   samą   królową   Sabą,   wydawało   jej   się   czymś   zupełnie 
niemożliwym, by ktoś mógł kupić ją za tyle złota, ile waży. 

„Chcieli pewnie powiedzieć o talarach w złocie” - rzekła.
„Nie - usłyszała wyjaśnienie - tyle złota, ile waży Murzynka”.
„Niewolnica tego wzrostu waży co najmniej sto dwadzieścia funtów - powiedziała 

Bernarda. - A nie ma kobiety, ani czarnej, ani białej, wartej sto dwadzieścia funtów złota, 
chyba że srałaby diamentami”.

W handlu niewolnikami nie było od niej przebieglejszego kupca, wiedziała więc, że 

jeśli gubernator kupił Abisynkę, to nie dla tak wyrafinowanych celów, jak posługiwanie w 
kuchni.   Zastanawiała   się   właśnie   nad   tym,   kiedy   usłyszała   pierwsze   szałamaje,   huki 
świątecznych   petard   i   natychmiast   jazgot   brytanów   w   klatce.   Wyszła   do   gaju 
pomarańczowego zobaczyć, co to za rwetes. 

Huczna   muzyka   doszła   również   uszu   don   Ygnacia   de   Alfaro   y  Dueñas,   drugiego 

markiza   de   Casalduero   i   pana   na   Darien,   spoczywającego   w   czas   sjesty   w   hamaku 
rozwieszonym między dwoma drzewami pomarańczowymi. Był to zgorzkniały farmazon, o 
twarzy bladej jak śmierć z niedostatku krwi wypijanej mu podczas snu przez nietoperze. W 
domu chodził w chilabie beduina i w toledańskim birecie, co jeszcze bardziej uwydatniało 
jego sierocą bezradność. Ujrzawszy małżonkę gołą jak ją Pan Bóg stworzył, pospieszył  z 
pytaniem:

„Cóż to za hałasy?”.
„Nie wiem - odpowiedziała. - Którego dziś mamy?”.
Markiz nie wiedział. Musiał poczuć się mocno zaniepokojony, skoro zdobył się na 

zadanie   jej   pytania,   a   i   jej   żółć   widocznie   dała   chwilę   wytchnienia,   skoro   raczyła   mu 
odpowiedzieć bez cienia sarkazmu. Mocno zaintrygowany siadł w hamaku, gdy ponownie 
rozległ się huk petard.

„Wielkie nieba! — krzyknął. - Którego dziś mamy?”.
Dom   graniczył   ze   szpitalem   Boskiej   Pasterki   dla   obłąkanych   kobiet.   Zwabione 

taneczną   wrzawą   i   hukiem   pensjonariuszki   wyległy   na   taras   wychodzący   na   gaj 
pomarańczowy, każdy wybuch kwitując owacjami. Markiz przekrzykując wrzawę zapytał je, 
gdzie też odbywa się zabawa, a one wyprowadziły go z niewiedzy.  Był 7 grudnia, dzień 
świętego Ambrożego, Biskupa, a muzyka i strzały dochodziły z patio niewolników, gdzie 
odbywała się zabawa na cześć Siervy Marii. Markiz uderzył się w czoło.

„Oczywiście - powiedział. - Ile kończy?”. 
„Dwanaście” - powiedziała Bernarda.
„Dopiero dwanaście? - zdziwił się, wyciągając się ponownie na hamaku. - Ale to życie 

wolno płynie!”.

Dwór stanowił chlubę miasta aż do początków wieku. Teraz był przygnębiającą ruiną, 

a   widok   pustych   pomieszczeń   i   porozmieszczanych   bez   ładu   i   składu   sprzętów   sprawiał 
wrażenie, iż dom jest w stanie przeprowadzki. W salonach zachowały się jeszcze marmurowe 
podłogi   w   szachownicę   i   co   poniektóre   kryształowe   żyrandole   ze   zwisającymi   z   nich 
strzępami pajęczyn. W używanych pokojach, niezależnie od pory roku, zawsze panował chłód 
dzięki grubym kamiennym murom, wieloletniemu zamknięciu, a jeszcze bardziej dzięki gru-
dniowej bryzie wdzierającej się ze świstem przez kraty. Cały dom przesycony był dojmującą 
wonią stęchlizny, gnuśności i mroków. Po pańskości pierwszego markiza pozostało jedynie 
pięć groźnych brytanów, strzegących domu w nocy.

Gwarne   podwórze   niewolników,   na   którym   obchodzono   urodziny   Siervy   Marii, 

stanowiło w czasach pierwszego markiza osobne miasto w mieście. I było nim nadal za jego 
spadkobiercy,  dopóki  trwały  nieco  mętne   interesy na  handlu  niewolnikami  i  mąką,   które 
Bernarda, nie ruszając się z cukrowni Mahates, prowadziła nader udatnie. Teraz cały splendor 

background image

należał   już   do   przeszłości.   Nieposkromiony   nałóg   wycieńczył   Bernardę,   podwórze   zaś 
ograniczało się do dwóch drewnianych baraków krytych palmowymi liśćmi, gdzie ostatecznie 
dogasły resztki wielkości.

Dominga de Adviento, zaufana Murzynka, która żelazną ręką zarządzała domem do 

ostatniej niemal chwili swego życia, była jedyną osobą łączącą świat miniony z obecnym. I 
nie   kto   inny   jak   właśnie   ta   wysoka,   koścista   kobieta,   o   mądrości   graniczącej   z 
jasnowidztwem,   wychowała   Siervę   Marię.   Przyjęła   katolicyzm   nie   odrzucając   swej 
poprzedniej wiary yoruba, wyznając i praktykując, jak popadło, obie religie jednocześnie. 
Dusza jej żyła w jak najświętszym spokoju, mawiała, bo jeśli czegoś brakowało jej w jednej 
religii,   odnajdywała   to   w   drugiej.   Była   zarazem   jedyną   ludzką   istotą   ciesząca   się 
odpowiednim   autorytetem,   by   pośredniczyć   między   markizem   i   jego   małżonką,   i   to   z 
powodzeniem, bo oboje dawali jej posłuch. Tylko ona przeganiała miotłą niewolników, gdy 
wpadała   na   tarzających   się   w   poniżeniu   sodomii   lub   cudzołożących   w   opuszczonych 
pokojach z wymienianymi  między sobą kobietami. Ale od jej śmierci uciekali z baraków 
przed   skwarem   południa,   by  zlegnąwszy   w   byle   kącie,   wydrapywać   z   garów   przypalone 
resztki   ryżu   albo   grać   w   makuko   i   w   puszczanie   frygi   w   chłodzie   korytarzy.   W   tym 
upadlającym świecie, gdzie nikt nie był wolny, Sierva Maria była wolna: tylko ona i tylko w 
tym miejscu. I tu, nie gdzie indziej, właśnie świętowano, w jej prawdziwym domu i z jej 
prawdziwą rodziną.

Nie   sposób   było   wyobrazić   sobie   smętniejszych   tanów   do   tak   hucznej   muzyki 

pomiędzy dworskimi i grupą przybyłych, z czym kto mógł i miał, niewolników z innych, co 
znamienitszych majątków. Dziewczynka zachowywała się naturalnie. Tańczyła z większym 
wdziękiem   i   werwą   niż   rodowici   Afrykańczycy,   śpiewała   co   raz   to   innym   głosem   w 
przeróżnych językach afrykańskich albo naśladowała głosy ptaków i zwierząt, wprawiając w 
zdumienie   i   jedne,   i   drugie.   Na   polecenie   Domingi   de   Adviento   najmłodsze   niewolnice 
smarowały jej twarz sadzą, nakładały na szkaplerzyk swoje rytualne naszyjniki i układały 
nigdy nie ścinane włosy, które, gdyby nie codzienne i skomplikowane zaplatanie w kilka-
krotnie zwinięte warkocze, przeszkadzałyby jej w chodzeniu.

Zaczynała dojrzewać w kłębowisku wrogich sobie sił. Niewiele miała z matki. Po ojcu 

zaś   odziedziczyła   ciało   wątłe,   chorobliwą   wstydliwość,   bladą   cerę,   oczy   smutnomodre   i 
czystą miedź gorejących włosów. Żyła tak cichutko, że wydawała się istotą niewidzialną. 
Matka,   wystraszona   tą   dziwnie   cichą   obecnością,   przywiązywała   jej   dzwoneczek   do 
nadgarstka, by nie stracić z uszu błąkającej się w półmroku domu córki. 

Dwa dni po zabawie służącej wyrwało się mimochodem, że pies ugryzł Siervę Marię. 

Bernarda zastanawiała się nad tym,  biorąc przed snem szóstą tego dnia, gorącą kąpiel  w 
pachnących pianach, by wróciwszy do sypialni zapomnieć o całej sprawie. Dopiero następnej 
nocy przypomniała sobie o niej, gdy brytany zaczęły szczekać ni stąd ni zowąd i przestraszyła 
się, że mogą być wściekłe. Złapawszy kaganek natychmiast ruszyła do baraków i znalazła tam 
Siervę Marię śpiącą w odziedziczonym po Domindze de Adviento hamaku z łyka palmowego. 
Służąca   nie  wspomniała,  gdzie  dziewczynka  została  ugryziona,  Bernarda  podwinęła   więc 
córce  koszulę  i,  cal  po  calu,  obejrzała  ją  całą,  podążając  za  światłem   wzdłuż  pokutnego 
warkocza owijającego się wokół drobnego ciała jak lwi ogon. W końcu znalazła drobny ślad 
zębów na lewej kostce z zakrzepłą już wokół ranki krwią i ledwie widoczne na pięcie otarcia.

W dziejach miasta przypadki zachorowań na wściekliznę nie należały bynajmniej do 

rzadkich   i   błahych.   Jedną   z   najgłośniejszych   była   historia   sztukmistrza   wędrującego   po 
odpustach   z   wytresowaną   małpką,   której   zachowanie   niewiele   różniło   się   od   ludzkiego. 
Podczas angielskiego oblężenia zatoki zwierzę zachorowało na wściekliznę, ugryzło swego 
pana w twarz i uciekło w pobliskie góry. Nieszczęsnego kuglarza zatłuczono pałkami, gdy w 
ataku   szału   uległ   przerażającym   halucynacjom,   o   których   jeszcze   przez   wiele   lat   matki 
śpiewały ballady podwórzowe dzieciom na postrach. Nie upłynęły dwa tygodnie, gdy w biały 

background image

dzień z gór spadła na miasto horda czarcich małp. Obróciły w perzynę chlewy i kurniki, by 
następnie wpaść do katedry, wyjąc i tocząc krwawą pianę, w czasie dziękczynnego Te Deum 
za zwycięstwo  nad angielską  eskadrą. Najbardziej  zatrważające dramaty  nie przechodziły 
jednak   do   historii,   bo   zdarzały   się   wśród   czarnej   ludności,   która   natychmiast   ukrywała 
poszkodowanych   w   osadach   zbiegłych   niewolników,   by   tam   próbować   ich   uzdrowić   za 
pomocą afrykańskich magii.

Pomimo tylu przestróg, ani biali, ani czarni, ani Indianie nie zaprzątali sobie myśli 

wścieklizną ani żadną wylęgającą się powoli chorobą, dopóki nie pojawiały się pierwsze i 
nieodwracalne   już   symptomy.   Nie   inaczej   zachowała   się   Bernarda   Cabrera.   Uważała,   że 
niestworzone opowieści niewolników rozchodzą się i szybciej, i dalej niż podobne bajbugi 
chrześcijan, i nawet zwykłe psie kąśnięcie mogłoby przynieść ujmę honorowi rodziny. Tak 
pewna była swoich racji, że nawet nie wspomniała o całej sprawie mężowi, a i sama o niej 
wnet zapomniała, aż do niedzieli, kiedy służąca idąc na targ ujrzała szczątki psa powieszone 
na migdałowcu, ku przestrodze przed wścieklizną. Rzut oka wystarczył jej, żeby rozpoznać 
gwiazdkę na czole i popielatą sierść właśnie tego psa, który pogryzł Siervę Marię. Jednak 
Bernarda, kiedy jej o tym powiedziano, nie przejęła się zbytnio. Nie było czym: rana już się 
zagoiła i nie było ani śladu po zadrapaniach. 

Grudzień zaczął się okropnie, po paru dniach odzyskał jednak sobie tylko właściwe, 

ametystowe wieczory i noce szalejących wiatrów. Dobre wieści z Hiszpanii sprawiły, że i 
Boże Narodzenie upłynęło w znacznie radośniej szych nastrojach niż w ubiegłych latach. Ale 
miasto   nie   było   już   takie   jak   kiedyś.   Główny   targ   niewolników   przeniesiony   został   do 
Hawany, a gwarkowie i ziemianie królestw Lądu Stałego woleli kupować tańszą siłę roboczą 
z przemytu na angielskich Antylach. Istniały więc dwa miasta: jedno radosne i przez sześć 
miesięcy   pękające   w   szwach   od   tłumów,   kiedy   w   porcie   stały   galeony,   i   drugie,   sennie 
oczekujące ich przypłynięcia przez resztę roku. 

O   pogryzionych   przez   psa   ofiarach   brak   było   jakichkolwiek   wiadomości   aż   do 

początków stycznia, kiedy w świętej dla markiza porze sjesty do drzwi zapukała Indianka 
znana jako Sagunta. Była bardzo stara i włóczyła się boso po świecie, nawet w największe 
słońce, wspomagając się kosturem i okutana cała w białe prześcieradło. Towarzyszyła jej zła 
sława babki, która i utracone dziewictwo potrafiła przywrócić i poronienie wywołać, choć 
równoważyła   to   dobrą   —   dla   odmiany   -   sławą   osoby   posiadającej   indiańskie   sekrety 
uzdrawiania nieuleczalnie chorych. 

Rad nie rad, markiz przyjął ją w sieni niewiele rozumiejąc z tego, co doń mówiła, bo 

była to kobieta nader oględna w słowach, dobieranych, na domiar złego, mętnie i zawile. Tak 
długo brnęła do sedna sprawy zbaczając to w jedną, to w drugą stronę, iż markiz stracił 
wreszcie cierpliwość.

„Cokolwiek by to było, proszę powiedzieć bez ogródek” - poprosił. 
„Grozi nam zaraza wścieklizny - powiedziała Sagunta. - A tylko ja posiadam klucze 

świętego Huberta, patrona myśliwych i uzdrowiciela cierpiących na wściekliznę”.

„Nie rozumiem, skąd miałaby się wziąć ta zaraza — odparł markiz. - Nie ma żadnych 

znaków wróżących zaćmienie lub pojawienie się komety, o ile mi wiadomo, a i winy nasze 
nie są aż tak wielkie, żeby Bóg musiał się nami zająć”.

Sagunta   poinformowała   go,   że   w   marcu   nastąpi   całkowite   zaćmienie   słońca,   i 

przekazała wieści o wszystkich, którzy zostali pogryzieni w pierwszą niedzielę grudnia. Dwie 
osoby przepadły bez śladu, niewątpliwie ukryte przez swoich, żeby leczyć je czarodziejskimi 
sztuczkami, a trzecia zmarła na wściekliznę po dwóch tygodniach. Była  i czwarta osoba, 
której pies co prawda nie pogryzł, a jedynie opryskał swą śliną, ale człowiek ten dogorywał 
właśnie w szpitalu Miłości Bożej. Na rozkaz burmistrza wytruto już w ciągu miesiąca sto 
bezpańskich zwierzaków. Jeszcze tydzień, a na ulicy nie będzie ani jednego żywego psa.

background image

„Mimo wszystko nie pojmuję, co ja mam z tym wszystkim wspólnego - powiedział 

markiz. - Tym bardziej o tak niecodziennej porze”.

„Pańska córka pierwsza została pogryziona” - powiedziała Sagunta.
Markiz odparł jej z całkowitym przekonaniem:
„Gdyby to się rzeczywiście zdarzyło, ja pierwszy bym o tym wiedział”.
Sądził,   że   dziewczynka   czuje   się   dobrze,   i   nie   dopuszczał   myśli,   że   gdyby 

rzeczywiście przydarzyło jej się coś groźnego, mógłby o tym nie wiedzieć. Uznał więc wizytę 
za skończoną i odszedł dospać sjestę.

Niemniej wieczorem udał się na patio dla służby odszukać Siervę Marię. Z twarzą 

umalowaną na czarno, boso i w kolorowym turbanie niewolnic pomagała przy oprawianiu 
królików. Zapytał,  czy to prawda, że pogryzł  ją pies, a ona, bez najmniejszego wahania, 
odpowiedziała,  że  nie.  Tej  samej   nocy jednak  Bernarda  potwierdziła  mu  złą  wiadomość. 
Markiz, zbity z tropu, zapytał:

„To dlaczego Sierva zaprzecza?”.
„Bo   nie   ma   sposobu,   żeby   mówiła   prawdę,   nawet   na   mękach   będzie   kłamać”   - 

powiedziała Bernarda.

„To znaczy, że należy podjąć odpowiednie kroki - rzekł markiz - bo pies był chory na 

wściekliznę”.

„Przeciwnie - powiedziała Bernarda - to raczej pies zdechł po ugryzieniu Siervy Marii. 

To stało się w grudniu, a ta najbezczelniej w świecie wygląda jak pączek róży”.

Oboje uważnie wsłuchiwali się w zataczające coraz szersze kręgi pogłoski o groźbie 

zarazy do tego stopnia, że wbrew sobie jeszcze raz poczuli się zmuszeni do przeprowadzenia 
rozmowy dotyczącej wspólnych im spraw, jak za czasów, kiedy nienawidzili się mniej. Dla 
niego   wszystko   było   oczywiste.   Zawsze   wierzył,   że   kocha   córkę,   ale   w   strachu   przed 
wścieklizną musiał się przyznać, że dla wygody sam siebie oszukuje. Bernarda nie próbowała 
nawet zawracać sobie głowy jakimikolwiek pytaniami, całkowicie świadoma, że córki nie ko-
cha i nie jest przez nią kochana, uznając i jedno, i drugie za rzecz całkowicie normalną. 
Odczuwana przez oboje nienawiść do dziewczynki w dużej mierze była wstrętem do cech, 
które   po   nich   samych   odziedziczyła.   Bernarda   mimo   to   gotowa   była   odegrać   farsę   z 
rzęsistymi   łzami   i   przywdziać   żałobę   zbolałej   matki,   by   zachować   swoją   godność,   pod 
warunkiem, że śmierć dziewczynki nastąpiłaby z godziwych przyczyn.

„Nieważne z jakich konkretnie - dodała - byleby nie na psią zarazę”. 
Markiz w jednej chwili, niczym w przebłysku zesłanym przez niebiosa, zrozumiał sens 

swojego życia. 

„Dziewczynka nie umrze - powiedział stanowczo. - A jeśli już, to umrze śmiercią, jaką 

Bóg zrządzi”.

We   wtorek   udał   się   do   szpitala   Miłości   Bożej   na   wzgórzu   Świętego   Łazarza,   by 

odwiedzić chorego na wściekliznę, o którym mówiła mu Sagunta. Nie zdawał sobie sprawy, 
że widok jego karety w krepach żałobnych przyjęty zostanie jako kolejna oznaka zbliżających 
się nieszczęść, od wielu bowiem lat nie opuszczał domu, wyjąwszy tylko wyjątkowe okazje, a 
od dawien dawna nie było większych okazji jak ceremonie ostatniej posługi.

Miasto tonęło w swej wielowiekowej apatii, ale niejeden zdołał dostrzec zmizerowaną 

twarz i uciekający wzrok szlachetnego, acz zagubionego pana w żałobnych taftach, którego 
kareta opuściła mury miasta kierując się na przełaj w stronę wzgórza Świętego Łazarza. W 
szpitalu złożeni na ceglanej podłodze trędowaci zobaczyli,  jak sunie krokiem zmarłego, i 
zagrodzili   mu   drogę   wyciągając   ręce   po   jałmużnę.   W   pawilonie   chronicznie   obłąkanych 
znalazł chorego przywiązanego do słupa. 

Był to stary Mulat o skłębionych białych włosach na głowie i brodzie. Połowę ciała 

miał już sparaliżowaną, ale wścieklizna dodała tej drugiej połowie tyle sił, że trzeba go było 
przywiązać, żeby sam siebie nie roztrzaskał o ściany. Z jego opowieści niezbicie wynikało, że 

background image

jest ofiarą tego samego psa, który ukąsił Siervę Marię.

I   rzeczywiście   opryskał   go   śliną,   ale   ślina   nie   padła   na   zdrową   skórę,   tylko   na 

ropiejący wrzód na łydce. Uściślenia te niewiele dały markizowi, który opuścił szpital równie 
zaniepokojony jak przedtem,  a na dodatek  przerażony i widokiem konającego, i brakiem 
najmniejszego promyka nadziei dla Siervy Marii.

Wracając do miasta percią napotkał godnie wyglądającego mężczyznę, który siedział 

na przydrożnym kamieniu przy padłym koniu. Markiz kazał zatrzymać powóz i dopiero kiedy 
mężczyzna wstał, rozpoznał w nim licencjata Abrenuncia de Sa Pereiro Cao, najznakomit-
szego,   ale   i   wzbudzającego   największe   spory   lekarza   w   mieście.   Wyglądał   jak,   wypisz 
wymaluj, król trefl w kapeluszu z ogromnym, chroniącym przed słońcem rondem, w butach z 
ostrogami i w czarnej pelerynie wykształconych  wyzwoleńców. Pozdrowił markiza z nie-
codzienną ceremonialnością.

Benedictus qui venit in nomine veritatis” - powiedział.
Koń nie wytrzymał powrotnej drogi tą samą percią, którą przedtem pokonał kłusem 

pod górę, i pękło mu serce. Neptun, stangret markiza, usiłował rozsiodłać konia. Właściciel 
zwierzęcia odwiódł go od tego zamiaru.

„Po co mi siodło, jeśli nie będę miał konia, by go osiodłać - powiedział. - Zostawcie 

je, niech zgnije razem z nim”.

Stangret   z   uwagi   na   dziecięcą   pulchność   medyka   pospieszył   mu   z   pomocą   przy 

wsiadaniu do karety, markiz zaś uczynił mu zaszczyt pozwoliwszy zasiąść po swej prawej 
stronie. Abrenuncio wciąż myślał o koniu.

„To tak, jakby mi umarła połowa ciała” - westchnął.
„Nic łatwiejszego, jak zaradzić śmierci konia” - powiedział markiz.
Abrenuncio ożywił się. „To nie był  zwykły koń - powiedział.  - Gdybym  posiadał 

odpowiednie   środki,   kazałbym   go  pochować   w   poświęconej   ziemi”.   Spojrzał   na   markiza 
ciekaw jego reakcji i dokończył:

„W październiku skończył sto lat”. 
„Konie tyle nie żyją” - odparł markiz. f - :
„Mogę to udowodnić” - powiedział lekarz.
We wtorki w szpitalu Miłości Bożej służył swą pomocą trędowatym cierpiącym na 

inne dolegliwości. Był najzdolniejszym uczniem licencjata Juana Mendeza Nieto, kolejnego 
portugalskiego Żyda, który wyemigrował na Karaiby uciekając przed prześladowaniami w 
Hiszpanii; po swym nauczycielu odziedziczył złą sławę nekromanta i impertynenta, ale nikt 
nie   podawał   w   wątpliwość   jego   wiedzy.   Nieustannie   toczył   krwawe   potyczki   z   innymi 
konsyliarzami, którzy nie mogli mu darować jego nieprawdopodobnie trafnych diagnoz ani 
jego   niecodziennych   metod.   Spreparował   pigułkę,   która,   zażywana   raz   na   rok,   wpływ 
zbawienny miała na zdrowie i przedłużała życie, ale przez pierwsze trzy dni powodowała 
takie pomieszanie zmysłów, że poza nim nikt nie miał odwagi jej zażyć. W dawnych czasach 
zwykł grywać na harfie przy łożu cierpiących, by uśmierzyć  ich ból specjalnie dobraną i 
skomponowaną muzyką. Unikał chirurgii, którą zawsze miał za trywialny kunszt belfrów i 
balwierzy, jego zaś porażającą specjalnością było przepowiadanie chorym dnia i godziny ich 
śmierci. Niemniej zarówno dobrą jak i złą sławę zawdzięczał temu samemu: rozpowiadano, i 
nikt nigdy temu nie zaprzeczył, że kiedyś wskrzesił zmarłego.

Pomimo   swego   doświadczenia   Abrenuncio   poruszony   był   widokiem   chorego   na 

wściekliznę. „Ciało ludzkie nie jest stworzone na miarę lat, które człowiek mógłby przeżyć” 
— powiedział. Markiz chłonął każde słowo jego uczonej i barwnej mowy, by odezwać się 
dopiero wtedy, gdy lekarz nie miał już nic więcej do powiedzenia.

„Co można zrobić z tym biedakiem?” - zapytał. „
„Zabić go” - odpowiedział Abrenuncio. 
Markiz spojrzał na niego przerażony.

background image

„A   przynajmniej   uczynilibyśmy   to,   gdybyśmy   byli   dobrymi   chrześcijanami”   — 

kontynuował   niczym   nie   wzruszony   medyk.   —   I   proszę   się   nie   dziwić,   panie:   dobrych 
chrześcijan jest więcej, niż sądzimy”.

W rzeczywistości miał na myśli tych ubogich chrześcijan, wszelkich ras i kolorów 

skóry, zamieszkujących przedmieścia i wioski, którzy mieli dość odwagi, by swym chorym na 
wściekliznę   wsypywać   do   pożywienia   truciznę,   chcąc   zaoszczędzić   im   zgrozy   ostatnich 
chwil. Pod koniec ubiegłego wieku cała rodzina spożyła zatrutą zupę, bo nikt nie miał serca 
otruć samego tylko pięcioletniego dziecka.

„Uważa się, że my,  lekarze, nie wiemy,  że takie rzeczy mają miejsce - stwierdził 

Abrenuncio. - Ale tak nie jest, brak nam jednak autorytetu moralnego, żeby je wesprzeć. 
Miast tego, postępujemy z konającymi  właśnie tak, jak mógł pan, markizie, zobaczyć  na 
własne oczy. Powierzamy ich opiece świętego Huberta i przywiązujemy do słupa, żeby mogli 
konać dłużej i gorzej niż źle”.

„Nie ma innego ratunku?” - zapytał markiz.
„Po pierwszych paroksyzmach wścieklizny nie ma żadnego” - odpowiedział lekarz. 

Zaczął rozwodzić się o wzbudzających wesołość traktatach, które uznawały wściekliznę za 
chorobę   uleczalną,   przy   stosowaniu   przeróżnych   formuł:   płucnika   ziemnego,   blendy 
merkurialnej, piżma, rtęci argentyńskiej, Anagallis flore purpureo.

„Androny - powiedział. - Rzecz w tym, że jedni zapadają na wściekliznę, a inni nie i 

nic łatwiejszego jak stwierdzić, w przypadku tych, których nie dotknęła, że zawdzięczają to 
lekarstwom”. Spojrzał markizowi prosti w oczy, upewniając się, czy ten jest jeszcze duchem 
przytomny, i zakończył: 

„Dlaczego to tak was, panie, interesuje?”. 
„Z litości” - skłamał markiz. 
Przez okienko przyjrzał się znieruchomiałemu w po południowym letargu morzu i, 

całkiem  już przybity  nagle  zdał  sobie  sprawę, że wróciły jaskółki.  Bryza  jeszcze  się nie 
podniosła.   Grupka   dzieci   usiłowała   trafić   kamieniami   zabłąkanego   na   błotnistej   plaży 
pelikana i markiz podążał wzrokiem za jego panicznym lotem dopóki ptak nie zniknął pośród 
lśniących kopuł ufortyfikowanego miasta. 

Kareta wjechała w mury bramą Półksiężyca i od tego miejsca Abrenuncio przejął rolę 

przewodnika,   kierując   stangreta   uliczkami   przedmieścia   rzemieślników   w   stronę   swego 
domu. Nie było to łatwe. Neptuno miał ponoć siedemdziesiąt lat, był krótkowidzem, ponadto 
czuł   się   niepewnie,   przyzwyczajony   do   tego,   że   koń   i   tak   sam   prowadził   hałaśliwymi 
zaułkami, które znał lepiej niż on. Kiedy w końcu zajechali pod dom, Abrenuncio pożegnał 
się w drzwiach sentencją z Horacego. 

„Nie znam łaciny” - usprawiedliwił się markiz.
„A do czorta z łaciną!” - odkrzyknął Abrenuncio. I powiedział to po łacinie, rzecz 

jasna. 

Markiz   doświadczył   takiego   wstrząsu,   iż   pierwsze   polecenie,   które   wydał 

powróciwszy   do   domu,   było   najdziwniejszą   rzeczą,   jaką   w   swym   życiu   uczynił.   Kazał 
Neptunowi, by zebrał szczątki padłego na wzgórzu Świętego Łazarza konia i pogrzebał je w 
poświęconej ziemi, a nazajutrz, z samego rana, posłał Abrenunciowi najlepszego konia ze 
swojej stajni.

Po   przynoszących   chwilową   zaledwie   ulgę   purgansach   z   antymonu   Bernarda 

aplikowała sobie, nawet trzy razy dziennie, uśmierzające lewatywy, by zdusić ogień palący jej 
trzewia, lub brała, nawet sześć razy w ciągu dnia, gorące i pachnące kąpiele na uspokojenie 
nerwów.   W   niczym   już   nie   przypominała   owej   dziewczyny   tuż   po   ślubie,   która   sama 
obmyślała   ryzykowne   przedsięwzięcia   handlowe   i   przeprowadzała   je   z   nieomylnością 
jasnowidza, zarabiając krocie, do nadejścia tego przeklętego wieczoru, gdy poznała Judasza 

background image

Iskariotę i porwało ją nieszczęście.

Spotkała   go   przypadkowo   w   czasie   odpustowych   zabaw,   gdy   na   wiejskiej   arenie 

walczył niemal nagi, bez żadnej broni, sam na sam z bykiem sposobionym do walki. Był tak 
piękny   i   zuchwały,   że   nie   mogła   go   zapomnieć.   Parę   dni   później   znów   go   ujrzała   na 
karnawałowych   tańcach,   gdzie   pojawiła   się   w   maseczce,   przebrana   za   żebraczkę,   w 
towarzystwie swych niewolnic przystrojonych jak markizy, w naszyjnikach, bransoletach i 
złotych   kolczykach   wysadzanych   szlachetnymi   kamieniami.   Judasz   stał   otoczony 
ciekawskimi, chętny zatańczyć z każdą gotową mu zapłacić i trzeba było siłą zaprowadzić 
porządek, by ostudzić euforię rozochoconych kobiet. Bernarda zapytała, ile kosztuje. Judasz 
tańcząc odpowiedział: 

„Pół reala”.
Bernarda zdjęła maseczkę.
„Pytam, ile kosztujesz na całe życie” - powiedziała.
Judasz   spostrzegł,   że   po   odsłonięciu   twarzy   nie   jest   aż   taką   żebraczką,   na   jaką 

wyglądała.   Puścił   partnerkę   i   podszedł   do   Bernardy   z   paradną   gracją   majtka,   by 
zademonstrować swoją cenę.

„Pięćset pesos w złocie” - powiedział.
Otaksowała go chłodnym okiem doświadczonego kupca. Był wielki, o lśniącej, foczej 

skórze, miał tors pokryty kędzierzawymi włosami, wąskie biodra, smukłe nogi i delikatne, na 
przekór swemu zajęciu, dłonie. Bernarda wyliczyła: 

„Mierzysz osiem piędzi”.
„Plus trzy cale” - odparł. 
Bernarda   kazała   mu   przykucnąć,   tak   by   mogła   przyjrzeć   się   jego   uzębieniu,   i 

skrzywiła się poczuwszy odór amoniaku bijący spod jego pach. Zęby były całe, zdrowe i 
proste.

„Twój pan chyba oszalał, jeśli myśli, że ktoś cię kupi za cenę konia” - powiedziała 

Bernarda.

„Jestem   wolny   i   sam   siebie   sprzedaję”   -   odpowiedział.   I   dodał   nie   bez   pewnego 

przekąsu: „Pani”.

„Markizo” — poprawiła go Bernarda. 
Oddał dworski ukłon, od którego zaparło jej dech w piersiach, i kupiła go za połowę 

pierwotnie przez niego ustalonej ceny. „Tylko dla rozkoszy oczu” - jak wyznała. W zamian 
zobowiązała się respektować jego status człowieka wolnego, przyznając mu również czas na 
walki z cyrkowym bykiem. Umieściła go nie opodal swej sypialni, w pokoju zajmowanym 
przedtem przez koniuszego, i czekała nań już od pierwszej nocy, nie zaryglowawszy drzwi, 
naga, pewna, że - choć nie proszony - i tak przyjdzie. Ale przyszło jej czekać dwa tygodnie, 
podczas których ani razu nie zmrużyła oka trawiona gorączką ciała.

A Judasz, po prostu, kiedy dowiedział się, kim jest Bernarda i ujrzał dom od środka, 

natychmiast   odzyskał   niewolniczy   respekt.   Kiedy   jednak   Bernarda   przestała   go   wreszcie 
wyczekiwać, zaryglowała drzwi, zasnęła w koszuli nocnej, wtedy Judasz wszedł przez okno. 
Obudził ją rozchodzący się po pokoju odór amoniaku. Poczuła dyszenie szukającego jej po 
omacku minotaura, poczuła żar przygniatającego ją ciała i drapieżne dłonie, chwytające ją 
przy szyi  i  rozszarpujące  koszulę,  i usłyszała,  jak charkocze  jej do ucha:  „Ty kurwo, ty 
kurwo”. Od tej nocy Bernarda wiedziała, że do końca życia nie chce już nic innego robić .

Oszalała dla niego. Nocami wychodzili na odbywające się w przedmiejskich budach 

tańce, on z pańska, w surducie i w jednym z okrągłych kapeluszy, kupowanych przez nią 
podług własnego gustu, Bernarda zaś z początku w różnych przebraniach, później pod własną 
już postacią. Obsypała go złotem, łańcuchami, pierścieniami, bransoletami, nawet zęby kazała 
mu wyinkrustować diamentami. Myślała, że umrze z rozpaczy, gdy doszło do niej, że sypia z 
wszystkimi,   które   mu   się   nawiną,   w   końcu   jednak   zadowoliła   się   resztkami.   Było   to   w 

background image

czasach, kiedy Dominga de Adviento weszła do sypialni sądząc, że Bernarda przebywa na 
plantacji   i   zaskoczyła   ich   gołych   i   tarzających   się   po   podłodze.   Niewolnica,   bardziej 
zdumiona niż przerażona, stanęła jak wryta w progu, nie wypuszczając zasuwy z ręki.

„Nie stójże tam jak śmierć własna! - wrzasnęła Bernarda. — Albo gzisz się z nami, 

albo idź precz!”. 

Dominga   de   Adviento   trzasnęła   drzwiami   z   hukiem,   który   zabrzmiał   w   uszach 

Bernardy jak policzek. Tej samej nocy wezwała ją i zagroziła srogimi karami, jeśli pozwoli 
sobie na najmniejszy choćby komentarz na temat tego, co widziała. „Biała pani może spać 
spokojnie - powiedziała niewolnica. - Pani może mi zabronić, co się pani podoba, a ja będę 
posłuszna”. I dodała:

„Gorzej, że nie może mi pani zabronić tego, co sobie myślę”.
Jeśli markiz nawet o wszystkim wiedział, to udatnie potrafił okazać, że jest niczego 

nieświadom. Koniec końców, jedynie Sierva Maria łączyła go jeszcze z żoną, aczkolwiek nie 
uważał jej za swoją, lecz wyłącznie za jej córkę. Bernarda zaś nawet o tym nie myślała. Tak 
dalece   zapominała   o   jej   istnieniu,   iż   powróciwszy   razu   pewnego   po   jednym   ze   swych 
dłuższych pobytów na plantacji wzięła ją za kogoś zupełnie innego, tak wyrosłą i odmienioną 
ją zastała. Przywołała ją, obejrzała, zapytała co u niej, ale nie usłyszała w odpowiedzi ani 
słowa.

„Jesteś taka sama jak twój ojciec - stwierdziła. - Diabelskie nasienie”.
I taki nieodmiennie był ich stan ducha w dniu, w którym markiz wrócił ze szpitala 

Miłości Bożej i oznajmił Bernardzie swoją niezłomną wolę ujęcia cugli tego domu. W jego 
determinacji pobrzmiewało coś tak szaleńczego, że Bernarda zmilczała.

Najsampierw przywrócił dziewczynce sypialnię jej babci markizy, z której Bernarda 

przeprowadziła   ongiś   córkę   do   baraków   niewolników.   Splendor   przeszłości   spoczywał 
nietknięty   pod   warstwą   kurzu:   imperialne   łoże,   które   służba   zwiedziona   miedzianym 
pobłyskiem   brała   za   całe   ze   złota;   moskitiera   jak   muśliny   panny   młodej,   przebogate 
szmuklerskie zdobienia, alabastrowa umywalnia z różnorakimi flakonami perfum, słoikami 
pomad ustawionymi w żołnierskim ordynku na toaletce; urynał, spluwaczka i porcelanowa 
womitierka, iluzoryczny świat wyśniony przez złożoną reumatyzmem  staruszkę dla córki, 
której nie miała, i wnuczki, której nigdy nie ujrzała.

  Podczas   gdy   niewolnice   przywracały   sypialnię   do   życia,   markiz   zajął   się 

zaprowadzaniem   w   domu   swoich   porządków.   Wygonił   śpiących   w   cieniu   krużganków 
niewolników i zagroził batami i ciemnicą tym, którzy nadal będą załatwiać swoje potrzeby po 
kątach albo grać oddawać się hazardowi w zamkniętych pokojach. Nakazy te nie były niczym 
nowym.   Przestrzegano   ich   z   dużo   większą   karnością,   kiedy   Bernarda   sprawowała   rządy, 
Dominga   de   Adviento   egzekwowała   polecenia   pani,   a   markiz   z   rozkoszą   przytaczał   w 
towarzystwie  jej wiekopomną sentencję: „W moim domu  można robić to, czego ja sama 
przestrzegam”. Ale kiedy Bernarda pogrążyła się w odmętach kakaowego nałogu, a Dominga 
de Adviento zmarła, niewolnicy ponownie zaczęli chyłkiem przedostawać się na teren domu. 
Wpierw   do   pomocy   przy   pomniejszych   pracach   przekradły   się   kobiety,   ciągnąc   za   sobą 
przychówek, a po jakimś  czasie rozleniwieni mężczyźni  szukający w korytarzach chłodu, 
przerażona widmem ruiny Bernarda posyłała ich na żebry, by sami zdobywali sobie na ulicy 
pożywienie. W czasie jednego ze swych ataków depresji postanowiła wyzwolić wszystkich, z 
wyjątkiem trojga lub czworga ze służby domowej, ale markiz sprzeciwił się niedorzecznie:

„Jeśli mają umrzeć z głodu, to lepiej będzie, żeby umierali tutaj niż po manowcach”. 
Nie   w   głowie   mu   były   tak   lekkomyślne   recepty,   kiedy   pies   ugryzł   Siervę   Marię. 

Wybrał niewolnika, który wyglądał mu na najbardziej właściwego i godnego zaufania, i dał 
mu  instrukcje,  których   surowość  nawet   Bernardę  wzburzyła.  Z  nastaniem   nocy,  kiedy  w 
domu o raz pierwszy od śmierci Domingi de Adviento zapanował całkowity porządek, markiz 
odnalazł   Siervę   Marię   w   baraku   niewolnic,   wśród   kilku   czarnych   dziewcząt   śpiących   w 

background image

hamakach porozwieszanych na krzyż jedne nad drugimi. Obudził wszystkie, by ogłosić im 
zasady nowych rządów.

„Od dzisiaj dziewczynka mieszka w domu - powiedział im. - I wiadomym czynimy 

wszystkim   tutaj   i   w   całym   królestwie,   że   ma   ona   tylko   jedną   rodzinę   i   tylko   białym 
przynależy”.

Dziewczynka   zaczęła   wyrywać   się   i   wierzgać,   kiedy   chciał   wziąć   ją   na   ręce   i 

przenieść do sypialni, musiał więc dać jej do zrozumienia, że świat porządkiem męskim stoi. 
Już w babcinej sypialni, gdy zmieniał jej płócienną halkę niewolnic na koszulę nocną, nie 
zdołał wydobyć z niej ani słowa. Oczom Bernardy, która uchyliła drzwi, przedstawił się taki 
oto   widok:   markiz,   siedząc   na   łóżku,   szamotał   się   z   guzikami   nocnej   koszuli   opornie 
trafiającymi   w   nowe   dziurki,   a   przed   nim   stała   dziewczynka   przyglądająca   mu   się   z 
kamiennie   obojętną   twarzą.   Bernarda   nie   mogła   się   powstrzymać.   „Dlaczego   się   nie 
pobierzecie?” — zakpiła. A że markiz nie zwrócił na nią uwagi, dodała: 

„To   byłby   niezły   interes   płodzić   małe   kreolskie   markizy   z   kurzymi   łapkami   i 

sprzedawać je do cyrków”. 

I w niej coś się odmieniło. Pomimo sarkastycznego śmiechu jej twarz wydawała się 

mniej   zgorzkniała,   a   pod   warstwami   szyderstwa   tliła   się   odrobina   współczucia,   którego 
markiz zupełnie nie wyczuł. Stwierdziwszy tylko, że Bernarda już sobie poszła, powiedział 
dziewczynce:

„Ona jest zakałą”.
Zdało mu się, że dostrzega w niej iskierkę zainteresowania. „Wiesz, co to jest zakała?” 

- zapytał, chciwie oczekując odpowiedzi. Sierva Maria nie raczyła mu jej udzielić. Dała się 
położyć,  dała ułożyć  sobie głowę na poduszkach z puchu, dała się przykryć  aż do kolan 
jedwabnym prześcieradłem przesyconym wonią cedrowej skrzyni ani razu nie obdarzywszy 
markiza łaską jednego choćby spojrzenia. Targnęło nim sumienie.

„Modlisz się przed spaniem?”. h;ih
Dziewczynka   nawet   nań   nie   spojrzała.   Przyzwyczajona   do   hamaka   skuliła   się   w 

pozycji płodowej i zasnęła bez słowa. Markiz zasunął moskitierę jak mógł najstaranniej, żeby 
w czasie snu Siervy Marii nie wykrwawiły nietoperze. Zbliżała się dziesiąta i chór wariatek 
stawał się coraz bardziej nie do zniesienia w pustym po wygnaniu niewolników domu.

Markiz   puścił   wolno   brytany,   które   ujadając   przypadły   do   sypialni   babci   i   ziając 

chrapliwie obwąchiwać zaczęły szpary w drzwiach. Markiz koniuszkami palców podrapał je 
po łbach i uspokoił dobrą nowiną: 

„To Sierva. Od tej nocy mieszka z nami”.
Spał krótko i źle z powodu wariatek śpiewających do drugiej w nocy. Wstał równo z 

dniem i od razu udał się do pokoju dziewczynki, ale nie znalazł jej tam, bo była w baraku 
niewolnic. Ta, która spała najbliżej, obudziła się wylękniona.

„Sama przyszła, panie - powiedziała, nim zdążył o cokolwiek zapytać. - Nawet nie 

wiem, jak i kiedy”.

Markiz wiedział, że to prawda. Zaczął wypytywać, która z nich towarzyszyła Siervie 

Marii, kiedy pogryzł ją pies. Jedyna pośród nich Mulatka, o imieniu Caridad del Cobre, drżąc 
cała ze strachu, przyznała się. Markiz uspokoił ją. 

„Zaopiekuj się nią, jakbyś była Dominga de Adviento” - powiedział.
Wytłumaczył, na czym mają polegać jej obowiązki. Ostrzegł, by ani przez chwilę nie 

traciła   dziewczynki   z   oczu   i   traktowała   ją   z   przywiązaniem   i   zrozumieniem,   ale   i   bez 
nadmiernej   pobłażliwości.   Najważniejsze,   żeby   nie   przekraczała   głogowego   żywopłotu, 
którym niebawem każe odgrodzić podwórze niewolników od reszty domu. Rano, gdy tylko 
się   obudzi,   i   w   nocy,   zanim   uda   się   na   spoczynek,   musi   mu   bez   pytania   przekazywać 
dokładne sprawozdanie.

„Bacz na to, co robisz i jak to robisz - zakończył. - Zostajesz jedyną odpowiedzialną 

background image

za to, by wszystkie wydane przeze mnie polecenia były wykonywane”.

O siódmej rano, po zamknięciu psów w klatce markiz udał się do domu Abrenuncia. 

Lekarz   osobiście   otworzył   mu   drzwi,   nie   miał   bowiem   ani   niewolników,   ani   służących. 
Markiz sam siebie skarcił, w pełni na to, jak mniemał, zasłużywszy.

„To nie jest właściwa pora na składanie wizyt” - przeprosił.
Lekarz   przyjął   go   serdecznie,   wdzięczny   za   konia,   którego   właśnie   otrzymał. 

Przeprowadził markiza przez patio ku budynkowi dawnej kuźni, z której pozostały jedynie 
szczątki paleniska. Piękny dwuletni kasztanek z dala od znanych sobie miejsc wydawał się 
spłoszony. Abrenuncio uspokajająco poklepał zwierzę po pysku, szepcząc mu zarazem do 
ucha puste obietnice po łacinie.

Markiz opowiedział mu, że padły koń pochowany został na terenie dawnego ogrodu 

szpitala Miłości Bożej, który swego czasu został poświęcony jako cmentarz dla bogatych 
podczas   zarazy   cholery.   Abrenuncio   wyraził   mu   wdzięczność   za   zbytek   nadmiernej 
łaskawości. Podczas rozmowy zauważył, że gość stara się trzymać w bezpiecznej odległości. 
Markiz wyznał, że nigdy nie odważył się dosiąść konia. 

„I koni, i kur boję się jednako” - powiedział.
„Wielka szkoda, bo nieumiejętność porozumienia się z końmi opóźniła ludzkość w 

rozwoju — powiedział Abrenuncio. - Gdybyśmy potrafili ją przełamać, moglibyśmy stworzyć 
centaura”. 

Wnętrze domu, rozwidniane światłem wpadającym przez dwa okna wychodzące na 

pełne   morze,   urządzone   było   z   nałogową   pedanterią   zatwardziałego   kawalera.   Wszystko 
dookoła przesycone było wonią balsamów skłaniającą do wiary w skuteczność medycyny. 
Stała tam uporządkowana sekretera i serwantka pełna porcelanowych słoików z łacińskimi 
napisami.   W   kącie   stała   zapomniana   harfa   uzdrawiająca,   pokryta   złotawym   pyłem. 
Natychmiast   rzucała   się   w   oczy   wszechobecność   książek,   w   tym   wielu   po   łacinie,   ze 
zdobnymi   grzbietami.   Stały   w   oszklonych   biblioteczkach   lub   na   otwartych   półkach   albo 
pieczołowicie ułożone na podłodze, a lekarz poruszał się w wąwozach papieru ze zwinnością 
nosorożca pośród róż. Markiz był pod wrażeniem ich mnogości.

„Cała wiedza świata jest zapewne zgromadzona w tym pokoju” - powiedział.
„Książki są całkowicie bezużyteczne - odrzekł Abrenuncio żartobliwie. — Całe życie 

strawiłem na leczeniu chorób wywołanych przez innych lekarzy i ich medykamenty”.

Zdjął ze swego ulubionego fotela drzemiącego tam kota, służąc miejscem markizowi. 

Poczęstował go naparem z ziół, który przygotował w piecu alchemicznym,  nie przestając 
rozprawiać o swych lekarskich doświadczeniach, dopóki nie zdał sobie sprawy, że markiza 
przestało to już interesować. Nie inaczej: markiz nagle wstał i odwróciwszy się do niego 
plecami zapatrzył  się przez okno na wzburzone morze. W końcu, ciągle twarzą do okna, 
zdobył się na odwagę.

„Licencjacie” - szepnął. 
Abrenuncio nie spodziewał się tego. 
„Aha?”
„Ufny w powagę tajemnicy lekarskiej i zdając się na pańską dyskrecję, muszę wyznać, 

iż prawdą jest to, co rozpowiadają - powiedział markiz uroczystym tonem. — Wściekły pies 
ugryzł również moją córkę”. 

Spojrzał na lekarza i napotkał anielski spokój. 
„Wiem - powiedział doktor. — I, jak mniemam, z tego też powodu przybył pan o tak 

wczesnej porze”.

„W rzeczy samej - odparł markiz. I ponowił pytanie, zadane już podczas ich pierwszej 

rozmowy i tyczące pogryzionego Mulata. - Co możemy zrobić?”.

Miast udzielić tej samej co wczoraj, brutalnej odpowiedzi, Abrenuncio zapytał, czy 

background image

mógłby zobaczyć Siervę Marię. Z taką też prośbą chciał i markiz wystąpić. Obaj więc co do 
tego byli zgodni, a powóz czekał przy drzwiach. 

Kiedy przybyli do rezydencji, markiz zastał Bernardę przy toaletce, zaczesującą sobie 

włosy dla nikogo z kokieterią sprzed wielu lat, gdy kochali się po raz ostatni, z lat odległych i 
całkowicie przez niego wymazanych z pamięci. Pokój wypełniony był wiosennym zapachem 
jej mydeł. Ujrzawszy męża w lustrze powiedziała bez cierpkości: „A kimże to znów jesteśmy, 
żeby konie w prezencie posyłać?”. Markiz puścił pytanie mimo uszu. Sięgnął po leżącą w 
zmiętej pościeli suknię, rzucił nią w Bernardę i bezpardonowo rozkazał: 

„Proszę się przyodziać, bo jest tu lekarz”. ,
„A uchowaj mnie Boże” — odpowiedziała. 
„Nie do pani przybył, choć przydałoby się, i to bardzo - odpowiedział. - Przyszedł 

zobaczyć dziewczynkę”. 

„Nic tu po nim - odparła. - Mała albo umrze, albo nie umrze: innego wyjścia nie ma”. 

Ale ciekawość była silniejsza: „A kto to?”.

„Abrenuncio” - odparł markiz. 
Bernarda żachnęła się. Wolałaby natychmiast, w tej samej chwili, sama i goła umrzeć, 

niż   powierzyć   swoją   cześć   temu   przyczajonemu   żydowi.   Był   medykiem   w   domu   jej 
rodziców, lecz  odprawiono  go, bo rozgłaszał  wieści o stanie  zdrowia  pacjentów, by tym 
większej chwały przydać swoim diagnozom. Markiz stawił jej czoło.

„Choćbyś nie wiem jak bardzo tego nie chciała i choćbym ja jeszcze mniej tego chciał, 

jesteś pani matką - powiedział. - I przez wzgląd na to święte prawo proszę, byś  raczyła 
przyzwolić na badania”.

„Jeśli o mnie chodzi, róbcie co wam się żywnie podoba - powiedziała Bernarda. - Ja 

już jestem martwa”. 

Wbrew oczekiwaniom dziewczynka bez oporów poddała się dokładnym oględzinom 

swego ciała, zaciekawiona wszystkim tak, jakby przyglądała się nakręcanej zabawce. „Bo my, 
lekarze,   widzimy   rękami”   —   powiedział   jej   Abrenuncio.   Rozbawiona   dziewczynka 
uśmiechnęła się po raz pierwszy.

Oznaki   jej   dobrego   zdrowia   widoczne   były   na   pierwsze   wejrzenie,   bo   mimo 

zaniedbania   ciało   miała   kształtne,   pokryte   złotawym,   ledwie   widocznym   meszkiem   i 
szczęśliwie już rozkwitające pierwszymi pąkami. Miała wspaniałe zęby, jasnowidzące oczy, 
nie spracowane nogi, zręczne i mądre dłonie, a włos każdy stanowił zapowiedź długiego 
życia. Chętnie i rezolutnie odpowiadała na podchwytliwe pytania i trzeba ją było naprawdę 
dobrze   znać,   żeby   odkryć,   że   żadna   z   jej   odpowiedzi   nie   jest   prawdziwa.   Nasrożyła   się 
dopiero wtedy, gdy lekarz natrafił na drobną bliznę przy kostce. Przemyślność Abrenuncia 
wybawiła ją:

„Upadłaś?”.
Dziewczynka przytaknęła bez mrugnięcia okiem: 
„Z huśtawki”.
Lekarz zaczął mówić coś do siebie po łacinie. Markiz wtrącił się:
„Proszę mi to powiedzieć po naszemu”. 
 „Wybaczenia błagam - powiedział Abrenuncio. — Rozmyślam w gminnej łacinie”.
Sierva Maria była zachwycona sztuczkami Abrenuncia, dopóki medyk nie przyłożył 

ucha do jej piersi, by dziewczynkę osłuchać. Serce waliło jej jak oszalałe, a pobladłą skórę 
zrosiły zlodowaciałe i lekko pachnące cebulą kropelki. Skończywszy badanie lekarz poklepał 
ją czule po policzku.

„Jesteś bardzo dzielna” - powiedział.
Będąc sam na sam z markizem oznajmił, iż dziewczynka wie, że pies był wściekły. 

Markiz nie zrozumiał.

„Powiedziała panu sporo kłamstw - rzekł — ale tego akurat nie mówiła”.

background image

„Nie od niej to usłyszałem, markizie - odparł lekarz. - To jej serce zachowywało się 

jak schwytana żabka”.

Markiz   zastanowił   się   nad   innymi   zaskakującymi   kłamstwami   córki,   nie   tyle   z 

goryczą, co z pewną nawet ojcowską dumą. „Może będzie poetką” - powiedział. Abrenuncio 
nie mógł zaakceptować poglądu, jakoby kłamstwo stanowiło jedno z uwarunkowań sztuki. 

„Im bardziej przejrzyste słowo, tym widoczniejsza jest poezja” - zawyrokował.
Jedynie woni cebuli w pocie dziewczynki nie potrafił wyjaśnić. Nie wiedząc zaś nic na 

temat ewentualnych związków pomiędzy różnorakimi zapachami a wścieklizną, uznał rzecz 
za   symptom   nieistotny.   Caridad   del   Cobre   wyznała   później   markizowi,   że   Sierva   Maria 
potajemnie odwołała się do wiedzy niewolników, którzy zalecali jej żuć korę drzewa manaju i 
zamykali ją nagą w piwnicy z cebulami, żeby oddalić zły urok wściekłego psa.

Abrenuncio   nie   lekceważył   żadnych,   choćby   i   najdrobniejszych   szczegółów 

dotyczących wścieklizny. „Pierwsze paroksyzmy następują szybciej i są tym groźniejsze, im 
głębiej   i   bliżej   mózgu   zostało   zadane   ukąszenie”   —   stwierdził.   Wspomniał   przypadek 
jednego   ze   swych   pacjentów,   który   zmarł   po   pięciu   latach,   choć   nie   rozstrzygnięta 
pozostawała wątpliwość, czy zgon nie nastąpił w wyniku innego, znacznie późniejszego i nie 
dostrzeżonego w porę zakażenia. Szybkie zagojenie się rany jeszcze o niczym nie świadczyło: 
po pewnym i trudnym do przewidzenia czasie rana może obrzmieć, ponownie się otworzyć i 
ropieć. Agonia zwykle bywa tak przerażająca, że już śmierć wydaje się lepsza. Gdyby sprawy 
przyjęły taki właśnie obrót, jedynym rozsądnym wyjściem byłoby zwrócenie się o pomoc do 
szpitala Miłości Bożej, gdzie korzystano z Senegalczyków wprawionych w postępowaniu z 
heretykami   i   opętanymi   furiatami.   Inaczej   markiz   musiałby   wziąć   na   siebie   skazanie 
dziewczynki na przykucie do łóżka łańcuchami aż do śmierci.

„W długiej już, jak by nie było, historii ludzkości — zakończył - żaden z chorych na 

wodowstręt nie przeżył, żeby móc o swych cierpieniach opowiedzieć”.

Markiz   uznał,   że   nie   ma   tak   ciężkiego   krzyża,   którego   nie   mógłby   unieść. 

Dziewczynka umrze więc w swoim własnym domu. Lekarz obdarzył go spojrzeniem, w któ-
rym więcej zdawało się być litości niż szacunku.

„Panie,  większej   szlachetności  oczekiwać   byłoby  nie   sposób  -  powiedział.  -  I  nie 

wątpię, że pańska dusza, markizie, dość będzie miała hartu, ażeby wszystko wytrzymać”. 

Raz jeszcze powtórzył, że diagnoza nie daje powodów do popadania w trwogę. Rana 

znajduje się daleko od obszaru największego zagrożenia, a nikt nie pamiętał, by krwawiła. 
Najprawdopodobniej Sierva Maria w ogóle nie zachoruje na wściekliznę.

„A tymczasem?” - zapytał markiz.
„Tymczasem - powiedział Abrenuncio — niech gra muzyka, rozkaż, panie, umaić cały 

dom kwiatami, ptakom każ śpiewać, wyprowadzaj córkę na ganek, by oko mogła cieszyć 
zachodami   słońca   nad   morzem,   daj   jej   wszystko,   co   mogłoby   uczynić   ją   szczęśliwą”. 
Pożegnał się, szarmancko wywijając kapeluszem i wypowiadając odpowiednią sentencję po 
łacinie. Tym razem jednak, przez szacunek dla markiza, przetłumaczył ją: „Nie ma lekarstwa, 
które wyleczyłoby z tego, czego nie leczy szczęście”.

background image

DWA

Nigdy nie rozwikłano, jak markiz mógł popaść w tak niepojęty stan zgnuśnienia i 

dlaczego trwał w równie niedobranym małżeństwie, w swoim czasie mając już zapewnione 
pełne spokoju życie wdowca. Mógł być, kim tylko by zechciał, dzięki nieograniczonej władzy 
swego ojca, pierwszego markiza,  Rycerza Zakonu Świętego Jakuba, pana życia  i śmierci 
tysięcy   niewolników,   nie   znającego   litości   żołnierza,   któremu   król   i   pan   jego   nie   skąpił 
honorów i beneficjów, a nieprawości odpuszczał.

Ygnacio, jedyny spadkobierca, nie posiadał żadnych przymiotów. Wzrastał wykazując 

pewne oznaki umysłowego niedołęstwa, był analfabetą do pełnoletności i nie kochał nikogo. 
Pierwszym znakiem życia, jaki dał, gdy liczył sobie lat dwadzieścia, było zapałanie miłością i 
gotowość  do  małżeństwa   z jedną  z pacjentek   sąsiedniego   zakładu  dla  obłąkanych,  której 
śpiewy   i   krzyki   kołysały   go   do   snu   w   dzieciństwie.   Nazywała   się   Dulce   Olivia.   Była 
jedynaczką w rodzinie królewskich rymarzy i w swoim czasie musiała nauczyć się sztuki 
robienia   siodeł,   aby   razem   z   nią   nie   wygasła   dwuwiekowa   niemal   tradycja.   Temu   też 
dziwnemu wdrażaniu do męskiego zawodu przypisywano postradanie przez nią zmysłów, i to 
tak dalece, że trzeba było nie lada trudu, by odzwyczaić ją od zjadania własnych odchodów. I 
gdyby nie owe powikłania, byłaby jedną z lepszych partii, jeśli nie najlepszą, dla kreolskiego 
markiza o tak nikłych przymiotach. 

Dulce Olivię cechował bystry dowcip i dobry charakter i z wielkim trudem poznać 

było po niej, że jest wariatką. Młodemu Ygnacio wystarczyło ujrzeć ją po raz pierwszy w 
zgromadzonym na tarasie tłumie kobiet, by natychmiast zwrócić na nią uwagę, i dając sobie 
różne   znaki,   jeszcze   tego   samego   dnia   zdołali   się   porozumieć.   Dulce   Olivia,   mistrzyni 
papierowych cacuszek, posyłała mu listy złożone w papierowe gołąbki. On zaś nauczył się 
czytać i pisać, by na jej listy odpowiadać, i taki był początek najprawdziwszej namiętności, 
której nikt pojąć nie potrafił. Rozsierdzony pierwszy markiz nastawał, aby syn publicznie 
zdementował rzecz całą.

„Wszystko   to   nie   tylko   jest   prawdą   -   odparł   mu   Ygnacio   -   ale   ponadto   mam   jej 

przyzwolenie, by prosić ją o rękę”. A w odpowiedzi na argument o wariactwie odpowiedział 
własnym kontrargumentem:

„Żaden wariat nie jest wariatem, jeśli przyjmiemy jego racje”.
Ojciec zesłał go do swych hacjend obdarzając mandatem władcy i pana, którego syn 

nie raczył nawet użyć. Była to śmierć za życia. Ygnacio panicznie bał się wszystkich zwierząt 
oprócz kur. Zdarzyło mu się jednak w jednym z majątków ujrzeć z bliska żywą kurę, wyob-
raził ją sobie powiększoną do rozmiarów krowy i pojął, że jest to potwór po stokroć bardziej 
przerażający niż jakiekolwiek stworzenie na ziemi czy w wodzie. W ciemnościach biły na 
niego zimne poty, a o świcie budził się przerażony martwą ciszą w stajniach. Czuwający 
przed jego sypialnią brytan trwożył go bardziej niż inne niebezpieczeństwa. Sam wyznał: 
„Żyję   przerażony   tym,   że   żyję”.   Na   zesłaniu   nabrał   posępnego   wyglądu,   stał   się   natury 
skrytej,   melancholijnego   usposobienia,   apatyczny   w   gestach,   nierychliwy   w   mowie, 
objawiając zarazem mistyczne skłonności, które zdawały się go skazywać na klasztorną celę.

Rok  już  przebywał  na  zesłaniu,  gdy  zbudził   go huk  jakby  rzek  wezbranych,   a  to 

zwierzęta folwarczne opuszczały w pełni księżyca swoje zagrody, pędząc nieme prosto przed 
siebie.   Tratowały   w   milczeniu   wszystko,   co   zagradzało   im   drogę   poprzez   ogrodzone 
pastwiska i plantacje trzciny, potoki i bagna. Na przedzie szły stada bydła, koni jucznych i 
wierzchowców,   za   nimi   świnie,   owce,   ptactwo   domowe,   wszystko   w   złowieszczym 
pochodzie, który pogrążył  się w noc. Odeszły tą samą drogą nawet gołębie i nawet ptaki 
długoletne. I tylko brytan nieporuszenie i czujnie warował o świcie przy drzwiach sypialni 
swego pana. I to był początek nieomalże ludzkiej przyjaźni, jaką markiz zawiązał z tym, jak i 
z wszystkimi kolejnymi brytanami, które potem w domu nastały. 

background image

Zdjęty   grozą   w   wymarłej   ojcowiźnie   Ygnacio,   panicz   młody,   wyrzekł   się   swej 

miłości,   by   zadośćuczynić   woli   i   zamiarom   pierwszego   markiza.   Ale   temu   mało   było 
synowskiej ofiary z miłości, bo odpowiednią klauzulą w testamencie nakazywał mu ożenek z 
dziedziczką hiszpańskiego granda. I tak oto młody markiz wziął wystawny i szumny ślub z 
dońą   Olalią   de   Mendoza,   bardzo   piękną   kobietą   o   wielu   niepospolitych   talentach,   którą 
zachował w dziewictwie, by nie obdarzyć jej nawet łaską macierzyństwa. A poza tym nadal 
wiódł   żywot   na   wzór   i   podobieństwo   dotychczasowego,   żywota   całkiem   bezużytecznego 
kawalera.

Doña   Olalia   de   Mendoza   wprowadziła   go   w   wielki   świat.   Chodzili   na   sumy   dla 

pokazania   się   bardziej   niż   z   obowiązku,   ona   w   szerokich   baskinach   i   w   olśniewających 
mantach, i z głową jak u kastylijskich dam przykrytą wykrochmalonymi koronkami, otoczona 
świtą niewolnic w jedwabiach i złocie. Miast domowych trzewików noszonych w kościele 
nawet przez najbardziej wymuskane niewiasty wkładała wysokie buciki z kurdybanu perłami 
wysadzane. W przeciwieństwie do innych panów, którzy chadzali w staromodnych perukach i 
szmaragdowych guzach, markiz ubierał się do figury, w bawełnianą odzież, głowę okrywając 
miękkim   biretem.   W   uroczystościach   publicznych   uczestniczył   jednak   zawsze   pod 
przymusem, nigdy bowiem nie był w stanie przezwyciężyć trwogi przed życiem towarzyskim.

Doña Olalia była uczennicą Domenica Scarlattiego w Segowii, zaszczytnie uzyskując 

licencję   na   naukę   muzyki   i   śpiewu   w   szkołach   i   klasztorach.   Przyjechała   stamtąd   z 
klawikordem w częściach, własnoręcznie potem złożonym, i z przeróżnymi instrumentami 
strunowymi, na których nie tylko sama grała, ale i z niemałą wprawą uczyła grać innych. 
Stworzyła   zespół  nowicjuszek,  który  uświetniał   domowe  wieczory  nową  muzyką  z  Italii, 
Francji   i   z   Hiszpanii,   i   o   którym   wieść   nawet   niosła,   że   natchniony   był   liryką   Ducha 
Świętego.

Markiz nie wydawał się stworzony do muzyki. Mawiano, z francuska, że miał dłonie 

artysty i słuch artylerzysty.  Już z chwilą rozpakowania instrumentów  jego uwagę zwrócił 
teorban włoski - i swą podwójną skrzynką kołkową, i rozmiarami korpusu rezonansowego, 
liczbą strun i delikatnym  dźwiękiem. Doña Olalia obstawała, by nauczył  się na nim grać 
równie dobrze jak ona. Całe ranki spędzali na żmudnych ćwiczeniach w cieniu drzew, ona z 
cierpliwością i miłością, on zaś z uporem kamieniarza, dopóki skruszony madrygał, już bez 
oporu, nie stał się powolny ich palcom.

Muzyka   tak   cudownie   wpłynęła   na   małżeńską   harmonię,   iż  doña  Olalia   wreszcie 

odważyła się na krok ostateczny. W burzliwą noc, udając być może lęk, którego wcale nie 
czuła, udała się do sypialni swego dziewiczego męża. 

„Połowa   tego   łóżka   należy   do   mnie   -   powiedziała   -   przychodzę   więc   po   swoją 

własność”.

On obstawał przy swoim. A ona przy swoim, pewna, że wcześniej czy później zdoła 

przekonać go siłą argumentów lub i samą siłą. Życie nie dało im czasu. 9 listopada grali w 
duecie pod drzewkami pomarańczowymi,  bo powietrze było czyste, niebo wysokie i bez-
chmurne, gdy oślepiła ich błyskawica, ogłuszył huk jak przy trzęsieniu ziemi i  doña  Olalia 
padła rażona piorunem. 

Poruszone   do   głębi   miasto   uznało   tragedię   za   grom   boskiego   gniewu   za 

nieodpuszczalne   grzechy.   Markiz   polecił   zorganizować   uroczystości   pogrzebowe   godne 
królowej,   na   których   pokazał   się   po   raz   pierwszy   w   czarnych   taftach,   cały   zbolały   i 
wymizerowany,   strój   ten   i   wygląd   zachowując   już   na   zawsze.   Gdy   wrócił   z   cmentarza, 
zaskoczyła  go w sadzie szalejąca pośród drzewek pomarańczowych śnieżyca papierowych 
gołębi. Na chybił trafił złapał jednego z nich, rozłożył i przeczytał: Ten piorun był ode mnie

Nim   upłynął   pierwszy   dziewięciodniowy   okres   żałoby,   przekazał   kościołowi   w 

donacji dobra podtrzymujące dotąd wielkość majoratu: hacjendę hodowlaną w Mompox i 
drugą w Ayapel, i dwa tysiące hektarów w Mahates, dwie mile stąd, z licznymi  stadami 

background image

wierzchowców   i   koni   jucznych,   jedną   hacjendę   uprawną   oraz   najlepszą   na   wybrzeżu 
karaibskim plantację trzciny z cukrownią. Legenda o jego fortunie brała jednak swój początek 
z   ogromnego   latyfundium,   odłogu,   którego   rzekome   kresy   ginęły   w   pamięci   gdzieś   za 
bagnami   La   Guarípa   i   nizinami   La   Puerza,   aż   po   namorzynowe   lasy   Urabá.   Dla   siebie 
zachował jedynie rodową rezydencję ze zredukowanym do minimum podwórzem czeladnym 
i plantację z cukrownią w Mahates. Domindze de Adviento powierzył zarządzanie domem. 
Starego   Neptuna   zachował   przy   nadanej   przez   pierwszego   markiza   godności   stangreta, 
przykazując opiekę nad garstką koni pozostałych z rodowej stadniny.

Po raz pierwszy sam w mrocznej rezydencji swych przodków, ledwie mógł spać w 

ciemnościach, dręczony wrodzonym strachem szlachty kreolskiej przed śmiercią w czasie snu 
z   rąk   własnych   niewolników.   Budził   się   raptownie,   nie   wiedząc,   czy   płonące   oczy 
spoglądające przez lufciki są z tego, czy z tamtego świata. Na palcach podchodził do drzwi, 
otwierał je gwałtownie i wpadał na podglądającego go przez dziurkę od klucza Murzyna. 
Czuł,   jak   kocimi   ruchami   przekradają   się   korytarzami,   nadzy   i   natłuszczeni   olejem 
kokosowym, żeby nie można było ich złapać. Otumaniony tyloma lękami naraz rozkazał palić 
światła aż do świtu, wypędził niewolników, którzy po trochu zajmowali puste przestrzenie i 
sprowadził do domu pierwsze brytany wytresowane w sztuce wojennej.

Brama została zamknięta. Wyniesiono francuskie meble, których aksamity cuchnęły 

stęchlizną,   sprzedano   gobeliny,   porcelanowe   serwisy   i   zegarmistrzowskie   arcydzieła, 
kontentując się jedynie hamakami dla przetrzymania upału w pustych pokojach. Markiz nie 
pojawił   się   już   na   żadnej   mszy,   na   żadnych   rekolekcjach,   nie   nosił   baldachimu   nad 
Przenajświętszym Sakramentem na procesjach, nie święcił dni świętych i postów nie prze-
strzegał, aczkolwiek punktualnie spłacał daniny Kościołowi. Schronił się w hamaku, z którym 
czasem uciekał przed sierpniowymi skwarami do sypialni, niemal zawsze odsypiając w nim 
sjestę   pod   drzewami   pomarańczowymi   w   sadzie.   Wariatki   obrzucały   go   kuchennymi 
odpadkami,   wykrzykiwały   czułe   plugastwa,   kiedy   jednak   władze   zaoferowały   mu 
przeniesienie zakładu, sprzeciwił się z wdzięczności dla szalonych sąsiadek.

Odtrącona   przez   niewdzięcznego   oblubieńca   Dulce   Olivia   znalazła   pocieszenie   w 

tęsknocie za tym, czym nigdy nie była. Gdy tylko zdarzała się sposobność, wymykała się 
przez   ogrodowe   furtki   z   zakładu   Bożej   Pasterki.   Obłaskawiła   i   zjednała   sobie   brytany 
przysmakami od serca, poświęcając każdą godzinę snu na doglądanie domu, którego nigdy 
nie miała, zamiatając podłogi miotełkami z bazylii na szczęście i rozwieszając w sypialniach 
warkocze czosnku przeciw komarom. Dominga de Adviento, która skrzętnie chodziła koło 
wszystkiego,   zmarła   nie   odkrywszy   nigdy,   dlaczego   korytarze   z   rana   były   staranniej 
wysprzątane niż z wieczora, a rzeczy, które osobiście stawiała w ten, a nie w inny sposób, 
rano   stały   zupełnie   inaczej.   Rok   jeszcze   wdowieństwa   nie   upłynął,   gdy   markiz   po   raz 
pierwszy   zaskoczył   Dulce   Olivię   czyszczącą   statki,   które   zdawały   jej   się   niechlujnie 
pozmywane przez niewolnice.

„Nie sądziłem, że jesteś gotowa posunąć się tak daleko” - powiedział.
„Bo bida z nędzą jak byłeś, tak i jesteś” - odpowiedziała. 
W ten sposób odżyła zakazani przyjaźń, która raz przynajmniej bliska była miłości. 

Rozmawiali do świtu, bez złudzeń i bez urazy, niczym skazane na siebie stare małżeństwo. 
Wierzyli, że są szczęśliwi i być może rzeczywiście byli szczęśliwi, dopóki któremuś z nich 
nie wymykało się o jedno słowo za dużo albo gdy któreś niepotrzebnie cofało się o krok i już 
reszta nocy butwiała w dzikich awanturach, które zbijały z tropu biedne brytany. Wszystko 
wówczas wracało do stanu poprzedniego i Dulce Olivia na długo znikała z domu. 

Nie komu innemu, a jej właśnie markiz wyznał, że jego pogarda dla ziemskich dóbr i 

odmiana   sposobu   bycia   nie   z   pobożności   wynikały,   lecz   z   przerażenia   gwałtowną   utratą 
wiary,  kiedy ujrzał zwęglone ciało swej żony.  Dulce Olivia  ofiarowała  się go pocieszyć. 
Przyrzekła, że będzie oddaną niewolnicą, tak w kuchni, jak w łóżku. Nie poddał się. 

background image

„Nigdy więcej już się nie ożenię” - przysiągł.
Rok jednak nie upłynął, a ożenił się potajemnie z Bernardą Cabrerą, córką dawnego 

rządcy u pierwszego markiza, teraz kupca, który dorobił się na handlu zamorskim. Poznali 
się, kiedy ten zaczął posyłać córkę z solonymi śledziami i czarnymi oliwkami, stanowiącymi 
szczególną słabostkę doñii Olalii, i które, mimo śmierci pani domu, Bernarda nadal przynosiła 
markizowi. Pewnego wieczoru, zastawszy go w hamaku pod drzewami pomarańczowymi, 
przepowiedziała mu przyszłość wypisaną na jego lewej dłoni. Jej celne wróżby wywarły na 
markizie tak ogromne wrażenie, iż kazał jej nadal przychodzić w porze sjesty, choćby i nie 
miał potrzeby kupowania czegokolwiek, ale minęły już dwa miesiące, a markiz nie przejawiał 
najmniejszej inicjatywy. Wobec

tego  ona  podjęła  ją  za  niego.  Znienacka  dosiadła  go  w  hamaku  i  przydusiła   jego 

własną koszulą, dopóki z braku tchu nie padł całkowicie. A wówczas przywróciła go do życia 
takim żarem i takim kunsztem, jakich nigdy nie byłby nawet w stanie sobie wyobrazić w 
mizernych rozkoszach swych samotniczych miłości, i bez większych ceregieli pozbawiła go 
dziewictwa. On miał wówczas pięćdziesiąt dwa lata, ona dwadzieścia trzy, ale różnica wieku 
była najmniej gorsząca.

W następnych dniach i tygodniach kochali się w porze sjesty, szybko i bez serca, w 

ewangelicznym cieniu drzewek pomarańczowych. Zebrane na tarasach wariatki dodawały im 
animuszu   bezwstydnymi   piosenkami,   świętując   każdy   ich   sukces   teatralnymi   oklaskami. 
Zanim markiz uprzytomnił sobie czyhające nań niebezpieczeństwa, Bernarda wyrwała go z 
odrętwienia nowiną, że od dwóch miesięcy jest w ciąży. Przypomniała, że nie jest Murzynką, 
lecz córką zhispanizowanego Indianina i białej Kastylijki, wobec tego jedyną igłą, która może 
honor załatać, jest formalne małżeństwo. Zwodził ją jak mógł, póki do bramy nie zapukał w 
porze   sjesty   ojciec   Bernardy   z   przewieszonym   przez   ramię   archaicznym   arkabuzem.   Był 
uprzejmy, powściągliwy w słowach i nie patrząc markizowi w oczy wręczył mu broń.

„Wie pan, co to jest, panie markizie?” - zapytał.
Markiz nie miał pojęcia, co ma zrobić z bronią trzymaną w ręku. 
„Na  ile  jestem   w  stanie  sądzić   podług  mej  szczupłej  wiedzy,   to  jest   arkabuz”   — 

odpowiedział. I zapytał szczerze zaciekawiony: „A do czego go pan używa?”.

„Żeby bronić się przed piratami, panie - powiedział Indianin, ciągle unikając jego 

wzroku. — A teraz przynoszę go na wypadek, gdyby wasza miłość raczył wyświadczyć mi tę 
łaskę i zastrzelił mnie, zanim ja nie zastrzelę waszej miłości”. 

Spojrzał mu w twarz. Miał smutne i nieme oczka, ale markiz zrozumiał to, czego mu 

nie mówiły. Zwrócił mu arkabuz i zaprosił na pokoje, żeby uczcić porozumienie. Dwa dni 
później proboszcz z pobliskiego kościoła odprawił ceremonię ślubną z udziałem rodziców 
panny młodej oraz druhny i drużby. Kiedy uroczystość dobiegła końca, nagle i nie wiadomo 
skąd pojawiła się Sagunta i uwieńczyła parę młodą girlandami szczęścia.

W   nieoczekiwanie   deszczowym   dniu,   pod   znakiem   Strzelca,   urodziła   się 

przedwcześnie i z trudem Sierva Maria de Todos los Angeles. Wyglądała  jak bezbarwna 
kijanka, a owinięta wokół szyi pępowina omal jej nie zadusiła.

„To dziewucha - powiedziała akuszerka. — Ale nie będzie żyć”.
To właśnie wtedy Dominga de Adviento przyrzekła swym świętym, że jeśli obdarzą 

dziecko łaską życia,  dziewczynka  nie zetnie  włosów  aż do swej nocy poślubnej. Ledwie 
złożyła   ślubowanie,   kiedy   mała   uderzyła   w   płacz.   Rozradowana   Dominga   de   Adviento 
zaśpiewała:   „Będzie   świętą!”.   Markiz,   który   poznał   dziecko   już   wymyte   i   ubrane,   był 
znacznie mniej jasnowidzący.

„Będzie kurwą - powiedział. - O ile Bóg obdarzy ją życiem i zdrowiem”.
Dziewczynka,   córka   arystokraty   i   plebejki,   miała   dzieciństwo   podrzutka.   Matka 

znienawidziła   ją   już   z   chwilą,   gdy   po   raz   pierwszy   i   ostatni   dała   jej   piersi   i   kazała   ją 
natychmiast od siebie odstawić w obawie, że ją zabije. Dominga de Adviento wykarmiła ją, 

background image

ochrzciła w Chrystusie i poświęciła Olokun, bóstwu yoruba o nieokreślonej płci, którego 
twarz miała być tak straszna, iż pozwalało się widywać tylko w snach, a i to zawsze w masce. 
Przeniesiona   na  podwórzec   niewolników  Sierva   Maria  nauczyła   się  tańczyć,  nim   zaczęła 
mówić, nauczyła się jednocześnie trzech języków afrykańskich, picia koguciej krwi na czczo i 
prześlizgiwania   się   pomiędzy   chrześcijanami   niczym   niematerialna   istota,   bo   ani   jej   nie 
widzieli,   ani   nie   czuli.   Dominga   de   Adviento   otoczyła   ją   radosnym   dworem   czarnych 
niewolnic, służących  krwi mieszanej, posługaczek  indiańskich, które kąpały ją w wodach 
szczęścia, oczyszczały werbeną Yemayó i pielęgnowały niczym krzew różany wartki potok 
włosów, które, gdy miała pięć lat, sięgały jej już do pasa. Co jakiś czas niewolnice wieszały 
jej   kolejny   naszyjnik   jednego   ze   swych   bogów,   co   dało   w   pewnym   momencie   liczbę 
szesnastu.

Podczas gdy markiz wegetował w sadzie, Bernarda ujęła władzę żelazną ręką. Przede 

wszystkim chciała za wszelką cenę odzyskać porozdawaną przez męża fortunę dyskontując 
prerogatywy pierwszego markiza. W swoim czasie uzyskał on licencję na sprzedaż pięciu 
tysięcy niewolników w ciągu ośmiu lat, zobowiązując się zarazem do importu dwóch beczek 
mąki   za   każdego   niewolnika.   Dzięki   swemu   niepospolitemu   szalbierstwu   i   przekupności 
celników   sprzedał   uzgodniony   kontyngent   mąki,   ale   jednocześnie   przemycił   trzy   tysiące 
niewolników   ponad   limit,   co   pośród   handlarzy   indywidualnych   uczyniło   z   niego 
najfortunniejszego kupca owych czasów.

Lecz   to   Bernardzie   błysnął   pomysł,   że   nie   handel   niewolnikami   jest   wielkim 

interesem,   ale   mąka,   choć   w   rzeczywistości   tym   największym   interesem   była   jej 
niewiarygodna siła perswazji. Dysponując jedną tylko licencją na import tysiąca niewolników 
w ciągu czterech lat i trzech beczek mąki od każdego z nich, zdołała zbić fortunę: sprzedała 
ustalony   limit   tysiąca   Afrykanów,   lecz   miast   trzech   tysięcy   beczek   mąki   sprowadziła 
dwanaście tysięcy. Największy przemyt stulecia. 

Połowę czasu spędzała wówczas na plantacji i w cukrowni w Mahates, skąd kierowała 

swoimi   transakcjami   z   uwagi   na   bliskość   Rio   Grandę   de   la   Magdalena   umożliwiającej 
transport   każdego   towaru   w   głąb   wicekrólestwa.   Do   domu   markiza   docierały   skąpe 
wiadomości o jej handlowych sukcesach, z których nikomu zresztą nie zdawała rachunków. 
W dniach, które tu spędzała, i to na długo przed swoim kryzysem,  wydawała się jeszcze 
jednym brytanem w klatce. Dominga de Adviento ujęła to dosadniej: „Dupa jej się w ciele nie 
mieściła”.

Sierva   Maria   po   raz   pierwszy   znalazła   stałe   miejsce   w   domu,   gdy   zmarła   jej 

niewolnica i przygotowano dla niej wspaniałą sypialnię po pierwszej markizie. Wyznaczono 
jej preceptora do nauki właściwego hiszpańskiego z półwyspu, podstaw arytmetyki i nauk 
przyrodniczych. Usiłował nauczyć ją czytać i pisać. Odmówiła, bo jak sama stwierdziła, nie 
rozumiała liter. Świecka nauczycielka zaczęła wprowadzać ją w arkana muzyki. Dziewczynka 
wykazała   zainteresowanie   i   smak,   ale   nie   stało   jej   cierpliwości,   by   uczyć   się   gry   na 
jakimkolwiek   instrumencie.   Nauczycielka   z   bólem   serca   zrezygnowała   i   żegnając   się   z 
markizem orzekła: 

„Nie w tym rzecz, iż dziewczynka jest nierozgarnięta; ona po prostu nie jest z tego 

świata”.

Bernarda chciała nawet powściągnąć swoje urazy, ale dość szybko okazało się, że ani 

ona nie jest niczemu winna, ani dziewczynka, a jedynie odmienność ich natur. Strach padł na 
nią, gdy uznała, iż odkryła w córce pewne przymioty istoty nadprzyrodzonej. Drżała już na 
samą   myśl   o   chwili,   gdy   odwracała   głowę   i   napotykała   nieprzeniknione   źrenice   wątłego 
stworzenia w mglistych tiulach i dziko rosnących włosach, które już sięgały jej do kolan. 
„Dziecko! - wrzeszczała - zabraniam ci tak na mnie patrzeć!”. W chwili gdy w największym 
skupieniu  przemyśliwała  swoje kolejne przedsięwzięcie,  nagle czuła  na karku świszczący 
oddech czyhającego węża i podskakiwała z przerażenia.

background image

„Dziecko! - darła się. - Hałasuj jakoś, zanim wejdziesz!”.
Mała zaś dodatkowo pogłębiała  jej trwogę odpowiadając potokiem słów w języku 

yoruba. W nocy było jeszcze gorzej, bo Bernarda budziła się gwałtownie, mając wrażenie, że 
ktoś ją dotknął, a to dziewczynka siedziała u nóg łóżka przyglądając się śpiącej matce. Na nic 
zdał   się   dzwoneczek   na   przegubie   dłoni,   bo   tajemnicza   bezgłośność   Siervy   Marii   nie 
pozwalała mu zabrzmieć. „To stworzenie z białej kobiety ma tylko kolor” - mawiała matka. I 
miała   o   tyle   rację,   że   dziewczynka   używała   swego   imienia   wymiennie   z   imieniem 
afrykańskim, które sobie wymyśliła: Maria Mandinga.

Do drastycznego zaostrzenia stosunków między nimi doszło pewnego ranka, kiedy 

Bernarda  obudziła  się umierając  z pragnienia  po kakaowych  ekscesach  i w  głębi  dzbana 
odnalazła zatopioną lalkę Siervy Marii. W jej oczach jednak nie była to zwykła, pływająca w 
wodzie lalka, lecz coś znacznie bardziej przerażającego: umarła lalka. 

Przekonana,   że   są   to   jakieś   afrykańskie   czary   Siervy   Marii   w   nią   wymierzone, 

zawyrokowała,   że   dla   obu   razem   nie   ma   miejsca   w   domu.   Markiz   usiłował   nieśmiało 
załagodzić sytuację, ale Bernarda ucięła z miejsca: „Albo ona, albo ja”. Sierva Maria wróciła 
więc do baraku niewolnic, pozostając tam nawet podczas pobytów matki na plantacji. Nadal 
była tak samo skryta jak w dniu swoich narodzin i ciągle pozostawała kompletną analfabetką.

Ale   z   Bernardą   nie   było   wcale   lepiej.   Usiłowała   zatrzymać   przy   sobie   Judasza 

Iskariotę, zrównując się z nim, i w niespełna dwa lata pogubiła się w interesach i we własnym 
życiu. Przebierała go za nubijskiego pirata, za asa pik, za króla Melchiora i porywała między 
budy przedmiejskie, szczególnie w dniach, gdy do portu przybijały galeony i miasto rzucało 
się w wir półrocznej  fety.  Na zamurzu  naprędce stawiano tawerny i burdele dla kupców 
ściągających  z Limy,  Portobelo, Hawany, Vera-cruz, na bój o towary z całego odkrytego 
świata.   Pewnej   nocy,   ledwie   trzymając   się   na   nogach   po   libacji   w   kantynie   galerników, 
Judasz zbliżył się do Bernardy z wielce tajemniczą miną.

„Otwórz usta, zamknij oczy” - powiedział. 
Posłuchała go, on zaś wsunął jej na język kawałek magicznej czekolady z Oaxaca. 

Bernarda rozpoznała smak i wypluła ją, od dziecka bowiem miała szczególną awersję do 
kakao. Judasz przekonał ją, że jest to święta substancja, która czyni życie weselszym, dodaje 
sił i animuszu i wzmacnia potencję.

Bernarda wybuchła śmiechem.
 „Gdyby tak było — powiedziała — to siostrzyczki od Świętej Klary walczyłyby na 

arenach w roli byków”.

Już wówczas nie stroniła od miodu pitnego, który jeszcze przed zamęściem pić zaczęła 

ze szkolnymi koleżankami i od tamtej pory nie przestała, wchłaniając go teraz nie samymi 
tylko ustami, ale i wszystkimi pięcioma zmysłami w rozżarzonym powietrzu plantacji. Przy 
Judaszu nauczyła się żuć tytoń i liście koki wymieszane z popiołem yarumo, jak Indianie z 
Sierra Nevada. Skosztowała w tawernach kannabisu z Indii, terpentyny z Cypru, peyotlu z 
Realu   de   Catorce   i   przynajmniej   raz   opium   z   chińskiego   Nao   sprowadzonego   przez 
filipińskich kupców. Mimo to nie pozostała głucha na przemowę Judasza w obronie kakao. 
Zrezygnowawszy z pozostałych używek uznała zalety czekolady, niebawem przedkładając ją 
nad  wszystko.   Judasz  stał  się  złodziejem,   stręczycielem,  okazjonalnie  parał   się  grzechem 
sodomskim,   a   wszystko   z   nawyknienia   do   nałogu,   bo   zaiste   nie   brakowało   mu   niczego. 
Pewnej nieszczęsnej nocy w obecności Bernardy wdał się w bójkę karcianą, rzucając się z 
gołymi pięściami na trzech galerników z floty, którzy roztrzaskali mu łeb krzesłami. 

Bernarda   schroniła   się   na   plantacji.   Dom   pozostawiony   został   sam   sobie   i   jeśli 

wówczas nie pogrążył się całkiem, to wyłącznie dzięki sprawnej ręce Domingi de Adviento, 
która zajęła się również ostatecznym wychowaniem Siervy Marii, tak jak chcieli jej bogowie. 
Markiz   nieledwie   uprzytamniał   sobie   haniebny   upadek   żony.   Z   cukrowni   dochodziły 
pogłoski, że znajduje się w stanie obłędu, że gada sama do siebie, że dobiera najsowiciej 

background image

obdarzonych przez naturę niewolników, by podczas swych pogańskich nocy dzielić się nimi 
ze swymi dawnymi koleżankami szkolnymi. Fortuna, która przyszła, łatwo poszła, sama zaś 
Bernarda żyła już wyłącznie na lasce bukłaków z miodem i worków kakao, poukrywanych to 
tu, to tam, żeby nie tracić czasu, kiedy dopadnie ją potrzeba. Jedynymi rzeczami pewnymi, 
jakie   jej   zostały,   były   dwie   amfory   wypełnione   dublonami   z   czystego   złota,   setkami   i 
czwórkami, które w latach krów tłustych zakopała pod łóżkiem. Zmarniała do tego stopnia, że 
nawet mąż jej nie poznał, gdy po raz ostatni wróciła z Mahates, po upływie trzech bitych lat, 
na kilka dni przed pokąsaniem Siervy Marii przez psa. 

*

W   połowie   marca   groźba   wścieklizny   zdawała   się   być   zażegnana.   Markiz,   pełen 

wdzięczności za uśmiech losu, postanowił naprawić błędy przeszłości i zdobyć serce córki, 
postępując według recepty na szczęście podanej przez Abrenuncia. Poświęcił Siervie Marii 
cały swój czas. Spróbował sam się nauczyć czesania jej włosów i splatania ich w warkocz. 
Spróbował ją nauczyć, jak być prawdziwie białą damą, ziścić dla niej swoje niespełnione sny 
kreolskiego   arystokraty   i   obrzydzić   upodobanie   do   marynowanej   iguany   i   duszonego 
pancernika. Spróbował niemal wszystkiego, poza zadaniem sobie samemu pytania, czy jest to 
sposób na uszczęśliwienie córki.

Abrenuncio już regularnie przychodził w odwiedziny. Niełatwo mu było porozumieć 

się z markizem,  ale interesowała go nieświadoma egzystencja tego człowieka  na obrzeżu 
świata   zastraszonego   przez   Święte   Oficjum.   I   tak   upływały   im   upalne   miesiące;   medyk 
rozprawiał, nie będąc słuchanym, w cieniu okwieconych drzewek pomarańczowych, a markiz 
gnił w  hamaku,  oddalony o tysiąc  trzysta  mil  morskich  od króla, który nigdy o nim nie 
słyszał. Podczas jednej z takich wizyt do ich uszu doleciał posępny lament Bernardy.

Abrenuncio przeraził się. Markiz z początku udał głuchego, ale przeciągły skowyt był 

tak przejmujący, że nie mógł już dłużej bagatelizować owych odgłosów. 

„Kimkolwiek jest, potrzebuje modlitwy za spokój duszy” - powiedział Abrenuncio. v
„To moja druga małżonka” – wyjaśnił.
 „Wobec tego ma zniszczoną wątrobę” - stwierdził Abrenuncio. 
„A skąd pan wie?”
„Bo   zawodzi   otwartymi   ustami”   -   odparł   medyk.   Pchnął   drzwi,   nie   pytając   o 

przyzwolenie, i usiłował dojrzeć Bernardę w półmroku pokoju, lecz nie było jej w łóżku. 
Zawołał ją po imieniu,  ale nie  odpowiedziała.  Otworzył  wówczas  okiennice  i metaliczne 
światło wczesnego popołudnia ukazało mu ją w okrutnych mękach, nagą, leżącą krzyżem na 
podłodze, w blasku śmiertelnego wzdęcia. Jej skóra miała gnilny kolor pękającej śledziony. 
Porażona blaskiem wdzierającym się przez gwałtownie otwarte okno uniosła głowę, ale nie 
poznała lekarza stojącego pod światło. A jemu dość było spojrzeć, by przewidzieć czekający 
ją los.

„Puszczyk ci już na dachu kwili, córko moja”. 
Wyjaśnił   jej,   że   jeszcze   można   ją   uratować,   pod   warunkiem,   że   podda   się 

natychmiastowej kuracji oczyszczenia krwi. Bernarda poznała go, resztką sił dźwignęła się i 
bluznęła   stekiem   wyzwisk.   Abrenuncio   ścierpiał   je   z   kamienną   twarzą   i   zamknął   okno. 
Opuszczając dom zatrzymał się przy hamaku markiza i uściślił prognostyk:

„Pani markiza umrze najpóźniej 15 września, o ile przedtem nie powiesi się na jakiejś 

belce”.

Markiz odrzekł obojętnie: 
„Do 15 września jeszcze szmat czasu, i w tym moje zmartwienie”.
Kontynuował  kurację  uszczęśliwiania   Siervy  Marii.  Ze  wzgórza  Świętego   Łazarza 

widzieli   na   wschodzie   nieszczęsne   bagniska,   a   na   zachodzie   ogromne   czerwone   słońce 
zanurzające się w płomieniach oceanu. Zapytała go, co jest po drugiej stronie morza, a on 
odrzekł:   „Świat”.   Na   każdy   swój   gest   uzyskiwał   ze   strony   dziewczynki   nieoczekiwany 

background image

oddźwięk. Pewnego popołudnia ujrzeli na horyzoncie płynącą pod pełnymi  żaglami Flotę 
Galeonów.

Miasto odmieniło się. Ojciec i córka nie mogli się nacieszyć kukiełkami, połykaczami 

ognia, niezliczonymi jarmarcznymi nowościami, jakie dotarły do portu owego jak najlepiej 
zwiastującego kwietnia. W dwa miesiące Sierva Maria nauczyła  się o białych  więcej niż 
kiedykolwiek   przedtem.   Markiz,   usiłując   uczynić   ją   inną,   sam   uległ   odmianie,   i   to   tak 
głębokiej, że nie wyglądała na zmianę charakteru, ale na metamorfozę całej jego natury.

Dom   zapełnił   się   wszelkiego   rodzaju   nakręcanymi   tancerkami,   pozytywkami   i 

mechanicznymi   zegarami,   jakie   pojawiały   się   na   targach   całej   Europy.   Markiz   odkurzył 
włoski teorban. Nałożył struny i przystąpił do ich strojenia z mozołem, który tylko miłość 
czyniła   zrozumiałym,   i   znowu   zaczął   przygrywać   sobie   do   starych   piosenek   śpiewanych 
dobrym   głosem,   ale   z   nieodmiennie   drewnianym   słuchem,   którego   ani   lata,   ani   mgliste 
wspomnienia   nie   zdołały   uszlachetnić.   W   owych   dniach   zapytała   go,   czy   to   prawda,   że 
miłość, jak mówiły piosenki, może wszystko.

„Prawda - odpowiedział jej - ale dobrze zrobisz, jeśli nie będziesz w to wierzyć”.
Uszczęśliwiony takim obrotem rzeczy markiz zaczął rozmyślać o podróży do Sewilli, 

aby Sierva Maria wykurowała  się ze swych  zatajanych  zgryzot i dokończyła  poznawania 
świata.   Daty   i   trasa   już   były   wyznaczone,   kiedy   Caridad   del   Cobre   wyrwała   go   z 
popołudniowej drzemki brutalną nowiną: 

„Moja biedna dziewczynka, panie, już staje się psem”. 
Natychmiast wezwany Abrenuncio zadał kłam ludowemu zabobonowi, jakoby chorzy 

na wściekliznę przeistaczali się po jakimś czasie w zwierzę, które ich ugryzło. Stwierdził, że 
mała   ma   trochę   temperatury   i   choć   gorączkę   uznawano   za   chorobę   samą   w   sobie,   nie 
symptom innych dolegliwości, nie zbagatelizował jej. Ostrzegł przygnębionego markiza, że 
dziewczynkę dotknąć może każda przypadłość, a ugryzienie przez psa, wściekłego czy też 
nie,   przed   niczym   jej   nie   chroni.   Jak   zwykle,   jedyna   rada   to   cierpliwie   czekać.   Markiz 
zapytał:

„I tyle ma mi pan do powiedzenia?”.
„Nauka nie udostępniła mi odpowiednich środków, które pozwalałyby powiedzieć coś 

ponadto - równie cierpko odparł lekarz. — Ale jeśli pan, markizie, nie wierzy we mnie, 
pozostaje panu jeszcze jeden ratunek: mieć ufność w Bogu”. 

Markiz nie zrozumiał. 
„Przysiągłbym, że jest pan niedowiarkiem” — powiedział.
Lekarz nawet się nie odwrócił, by nań spojrzeć: 
„Niczego więcej nie pragnę, panie”.
Markiz odstąpił od ufności w Bogu, pokładając ją za to w każdym, kto gotów byłby 

uczynić   mu   jakąś   nadzieję.   W   mieście   praktykowało   jeszcze   trzech   licencjonowanych 
medyków, sześciu aptekarzy, jedenastu cyrulików i niezliczona rzesza znachorów i mistrzów 
magii,   mimo   że   w   ostatnich   pięćdziesięciu   latach   Inkwizycja   skazała   tysiąc   trzystu   na 
przeróżne kary, a siedmiu posłała na stos. Młody medyk z Salamanki otworzył Siervie Marii 
zabliźnioną ranę i obłożył kaustycznymi kataplazmami, by wydobyć zatęchłe humory. Inny 
spróbował   tego   samego,   pijawki   przystawiając   do   pleców.   Jeden   z   cyrulików   przemył 
dziewczynce ranę jej własnym moczem, inny z kolei kazał jej go wypić. W ciągu dwóch 
tygodni musiała znosić dwie kąpiele ziołowe i dwie zmiękczające lewatywy dziennie, a także 
ekstrakty z naturalnego antymonu i inne śmiertelne mikstury, które nieomal doprowadziły ją 
do agonii.

Gorączka ustąpiła, nikt jednak nie śmiał obwieścić, że zażegnano wściekliznę. Sierva 

Maria czuła, że umiera. Z początku wytrzymywała bez najmniejszej skargi, ale po dwóch 
zupełnie   bezskutecznych   tygodniach   na   kostce   miała   ognisty   wrzód,   skórę   poparzoną 
plastrami z gorczycy i kataplazmami, jej żołądek zaś był jedną wielką raną. Doświadczyła 

background image

wszystkiego: zawrotów głowy, konwulsji, spazmów, majaków, rozwolnień i zapaleń pęche-
rza,   tarzała   się   po   podłodze   wyjąc   z   bólu   i   wściekłości.   Najzuchwalsi   nawet   znachorzy 
pozostawili ją własnemu losowi, w przekonaniu, że jest wariatką albo opętaną przez demony. 
Markiz stracił wszelką nadzieję, kiedy zjawiła się Sagunta z kluczem świętego Huberta.

To   był   koniec.   Sagunta   zrzuciła   z   siebie   swoje   prześcieradła   i   wysmarowała   się 

indiańskimi maściami, żeby ocierać się o ciało nagiej dziewczynki. Ta broniła się rękami i 
nogami mimo skrajnego wyczerpania, ale Sagunta siłą rzuciła ją na ziemię. Przebywająca w 
swej sypialni Bernarda usłyszała oszalałe wrzaski. Pobiegła zobaczyć, co się dzieje, i ujrzała 
wierzgającą na podłodze Siervę Marię i siedzącą na niej okrakiem w miedzianym tumanie 
włosów Saguntę, wyjącą modlitwę świętego Huberta. Zaczęła okładać je linkami hamaka, 
wpierw chłostając na oślep dwa skulone na podłodze z przerażenia ciała, później goniąc je po 
kątach, dopóki nie zabrakło jej tchu.

Biskup   diecezji,   don   Toribio   de   Caceres   y   Virtudes,   zaniepokojony   gorszącymi 

wieściami   o   przypadłościach   i   afekcji   nerwowej   Siervy   Marii,   wystosował   do   markiza 
wezwanie   bez   podania   przyczyny,   daty   czy   godziny,   co   odczytane   zostało   jako   oznaka 
bezzwłocznego ponaglenia. Markiz, przedkładając jedną pewność nad dziesięć niepewności, 
stawił się tego samego dnia nie zapowiedziany. 

Biskup objął swą godność w latach, kiedy markiz wycofał się już z życia publicznego, 

ledwie   więc   znali   się   z   widzenia.   Ponadto   dostojny   kapłan   niedomagał   na   zdrowiu,   a 
przeszkodą   było   mu   własne,   potężne   ciało   trawione   dokuczliwą   astmą,   która   co   i   raz 
wystawiała   jego   wiarę   na   ciężkie   próby.   Nie   zjawiał   się   na   wielu   publicznych 
uroczystościach,   gdzie   jego   nieobecność   wydawała   się   wręcz   niepojęta,   na   tych   zaś 
nielicznych,   które   swą   obecnością   zaszczycał,   zachowywał   dystans,   który   z   wolna 
przeistaczał go w istotę nierzeczywistą.

Markiz   widział   go   parokrotnie,   zawsze   z   daleka   i   w   miejscach   publicznych,   ale 

zapamiętał   go   szczególnie   z   mszy   koncelebrowanej,   na   którą   biskup   przybył   w   lektyce 
niesionej przez najwyższych dygnitarzy. Ogrom ciała i przepych ornamentów sprawiały, iż na 
pierwszy rzut oka wydawał się olbrzymim starcem, ale gładka twarz o regularnych rysach i 
dziwnie zielonych oczach zachowała nietkniętą urodę, nie pozwalającą określić wieku. Płynąc 
ponad głowami wiernych otoczony był magiczną światłością Ojca Świętego, a ci, którzy znali 
go bliżej, dostrzegali ją również w blasku jego wiedzy i w jego poczuciu władzy.

Zamieszkiwany przez niego pałac, najstarszy w mieście, był dwupiętrowym gmachem 

z przepastnymi  i znajdującymi  się w stanie ruiny pomieszczeniami, z których  biskup nie 
zajmował nawet połowy. Pałac wznosił się przy katedrze i połączony był z nią wspólnym 
krużgankiem   o   poczerniałych   łukach   i   małym   dziedzińcem   z   zapuszczonym   zbiornikiem 
wodnym, obrosłym pustynnymi krzewami. Nawet imponująca fasada z ciosu i portale z litego 
drewna zdradzały ślady zaniedbania. 

Markiz został przyjęty przy głównej bramie przez diakona Indianina. Pomiędzy grupki 

żebraków pełzających  w sieni rozdzielił  drobne jałmużny i wkroczył  w chłodny półmrok 
domu w chwili, gdy zabrzmiały w katedrze, rozbrzmiewając również w jego brzuchu, potężne 
dzwony czwartej po południu. Główny korytarz był tak ciemny, że markiz szedł za diakonem 
na oślep, stawiając każdy krok po chwili namysłu, by nie zderzyć się z poustawianymi byle 
jak posągami i wyrastającymi na drodze stertami gruzu. Na końcu korytarza znajdował się 
mały przedpokój znacznie lepiej oświetlony dzięki małemu oknu. Tu diakon zatrzymał się, 
gestem zaprosił markiza, by raczył usiąść na czas oczekiwania i zniknął za drzwiami. Markiz 
nie skorzystał z zaproszenia poprzestając na przyjrzeniu się wiszącemu na głównej ścianie 
dużemu olejnemu portretowi młodego oficera w galowym mundurze królewskiego chorążego. 
Dopiero po odczytaniu plakietki z brązu na ramie zdał sobie sprawę, że jest to portret biskupa 
z czasów młodości.

background image

Diakon  otworzył  drzwi,  by zaprosić   go do  środka,  i  markiz   nie  musiał  się  nawet 

ruszyć,   by   ponownie   ujrzeć   biskupa   o   czterdzieści   lat   starszego   niż   na   portrecie.   Był 
okazalszej i znacznie bardziej imponującej postury niż mawiano, nawet w stanie wyczerpania 
astmą i udręczenia upałem. Pot lał się z niego strumieniami, a on kołysał się bardzo powoli w 
filipińskim fotelu na biegunach, wachlując się słabiutko wachlarzem z liści palmowych i po-
chylając się przed siebie, żeby łatwiej oddychać. Na nogach miał wiejskie łapcie, ubrany zaś 
był   w   koszulę   z   grubego   płótna,   tu   i   ówdzie   wytartą   od   nadmiernego   szorowania.   Jego 
niekłamane ubóstwo widoczne było od pierwszego wejrzenia. Niemniej największą uwagę 
zwracała czystość jego oczu, która dawała się wytłumaczyć jedynie jakowymś przywilejem 
ducha.   Ujrzawszy   w   drzwiach   markiza,   natychmiast   przestał   się   kołysać,   jednocześnie 
zapraszając go do środka serdecznym ruchem wachlarza.

„Śmiało, Ygnacio — powiedział. — Czuj się jak u siebie w domu”. 
 Markiz wytarł spocone ręce o spodnie, przekroczył próg i znalazł się na tarasie pod 

baldachimem żółtych dzwoneczków i wiszących paproci, skąd widać było wieże wszystkich 
kościołów, czerwone dachy rezydencji najmożniejszych rodów, uśpione skwarem gołębniki, 
wojskowe   fortyfikacje   rysujące   się   na   tle   szklanego   nieba   i   płonące   morze.   Biskup 
zdecydowanie wyciągnął swą żołnierską dłoń i markiz ucałował pierścień.

  Z   powodu   astmy   oddech   miał   chrapliwy   i   łapczywy,   a   zdania   potykały   się   o 

westchnienia nie w porę lub o krótki, suchy kaszel, co jednak w niczym nie rzutowało na jego 
elokwencję.   Natychmiast   narzucił   prostą   wymianę   uwag   o   powszednich   drobiazgach. 
Siedzący naprzeciwko niego markiz wdzięczny był za ową preambułę otuchy, tak bujną i 
rozległą,   że   obaj   zaskoczeni   zostali   dzwonami   na   piątą.   Nie   dźwięk,   a   drganie   raczej 
rozkołysało przedwieczorne światło, a niebo pokryło się spłoszonymi gołębiami.

 „To straszne - powiedział biskup. - Każda godzina rozlega się w moich trzewiach jak 

trzęsienie ziemi”.

  Zaskoczyło markiza owo zdanie, bo to samo pomyślał, kiedy wybiła czwarta. Ten 

zbieg okoliczności biskup przyjął za rzecz naturalną. „Idee nie są niczyją własnością” — 
stwierdził. Palcem wskazującym zakreślił w powietrzu szereg kolejnych kółek i dodał: 

„Unoszą się, latają tu i tam, jak aniołowie”. 
Zakonnica   przyniosła   karafkę   z   pokrojonymi   owocami   zalanymi   mocnym,   gęstym 

winem   i   miskę   z   dymiącą   wodą,   która   przepoiła   powietrze   leczniczym   zapachem. 
Zamknąwszy oczy biskup wciągnął głęboko parujące powietrze i kiedy po chwili wynurzył 
się z ekstazy, był zupełnie innym człowiekiem: absolutnym panem swej władzy. 

„Kazaliśmy ci tu przybyć — powiedział markizowi - bo wiemy, że potrzebujesz Boga, 

a ty sam jakbyś tego nie dostrzegał”. 

Z jego głosu uleciały już organowe brzmienia, a oczy odzyskały ziemski blask. Markiz 

jednym haustem wypił połowę szklanicy wina, by nabrać animuszu.

„Wasza   Dostojność   bez   wątpienia   wie,   że   dźwigam   brzemię   największego 

nieszczęścia, jakie może spaść na ludzką istotę - powiedział z rozbrajającą pokorą. - Prze-
stałem wierzyć”. !

„Wiemy już o tym, synu - odparł biskup bez cienia konsternacji. - Jak moglibyśmy o 

tym nie wiedzieć!”. 

Wyrzekł to z niejaką radością, bo i on, gdy miał lat dwadzieścia i był królewskim 

chorążym w Maroku, stracił wiarę w samym środku bitewnej wrzawy. „To była piorunująca, 
lecz   niezbita   pewność,   że   Bóg   przestał   istnieć”   —   powiedział.   Zatrwożony   oddał   się 
modlitewnemu i pokutnemu życiu.

„Póki   Bóg   w   końcu   się   nade   mną   nie   ulitował   i   nie   wskazał   drogi   powołania   - 

stwierdził. - Istotne jest więc nie to, czy ty wierzysz, lecz czy Bóg nadal wierzy w ciebie. A 
co   do   tego   nie   ma   najmniejszej   wątpliwości,   gdyż   to   właśnie   On   w   swej   nieskończonej 
przezorności oświecił nas, by ofiarować ci tę ulgę”.

background image

„Chciałem swoje nieszczęście znieść w milczeniu” - powiedział markiz.
„Toś nietęgo tego dokonał - odparł biskup. - Wróble już ćwierkają, że twoja biedna 

córka   tarza   się   po   podłodze   w   obscenicznych   konwulsjach   i   ujada   w   szwargocie 
bałwochwalców. Czyż nie są to nieomylne znaki opętania przez demony?”.

Markiz był przerażony.
„Co to znaczy?”.
„Że spośród licznych sztuczek demona jedną z częstszych jest upozorowanie plugawej 

choroby, by przeniknąć do niewinnego ciała - powiedział. — A gdy już w nim się znajdzie, 
nie masz siły ludzkiej zdolnej go stamtąd wypędzić”.

Markiz   przystąpił   do  wyjaśniania  medycznych  implikacji  ukąszenia   przez   psa,   ale 

biskup nieodmiennie odnajdywał wyjaśnienia potwierdzające jego własne racje. Zapytał go o 
to, o czym niewątpliwie wiedział aż nadto dobrze:

„Wiesz, kim jest Abrenuncio?”.
„Był pierwszym lekarzem, który zobaczył dziewczynkę” - powiedział markiz.
„Chciałem, byś sam mi to powiedział” - stwierdził biskup.
Potrząsnął   leżącym   w   zasięgu   ręki   dzwoneczkiem   i   trzydziestoletni,   choć   młodo 

wyglądający ksiądz zjawił się w tej samej niemal chwili, niczym dżin uwolniony z butelki. 
Biskup przedstawił go jako ojca Cayetana Delaurę, nic ponadto, i kazał mu usiąść. Ubrany był 
w domową sutannę na upały i w łapcie identyczne jak biskupie. Był krzepkiej postury, blady, 
o  przenikliwym  spojrzeniu  i   bardzo  czarnych  włosach  z   białym   kosmykiem   nad  czołem. 
Krótki oddech i rozgorączkowane ręce nie wydawały się należeć do szczęśliwego człowieka.

„Co wiemy o Abrenuncio?” — zapytał go biskup. 
 Ojciec Delaura nie musiał się nawet zastanawiać.
„Abrenuncio de Sa Pereira Cao” — powiedział, jakby odczytując jego nazwisko. I 

natychmiast  zwrócił  się do markiza:  „Zauważył  pan, markizie,  że ostatni  człon nazwiska 
oznacza psa w języku Portugalczyków?”.

Prawdę   powiedziawszy,   kontynuował   Delaura,   nie   wiadomo,   czy   jest   to   jego 

prawdziwe   nazwisko.   Według   dokumentacji   Świętego   Oficjum   był   portugalskim   Żydem 
wydalonym z półwyspu, przygarniętym tu przez jednego z gubernatorów i zarazem swego 
wdzięcznego   protektora,   którego   wyleczył   z   dwufuntowej   przepukliny   oczyszczającymi 
wodami z Turbaco. Mówił o jego magicznych receptach, o hardości, z jaką przepowiadał 
śmierć, o jego przypuszczalnej pederastii, libertyńskich lekturach, bezbożnym życiu. Atoli 
jedyne   konkretne   oskarżenie,   jakie   mu   postawiono,   dotyczyło   mniemanego   wskrzeszenia 
krawca   łatacza   z   dzielnicy   Getsemani.   Zdołano   uzyskać   bardzo   poważne   świadectwa,   że 
człowiek ten już owinięty był w całun i spoczywał w trumnie, kiedy Abrenuncio kazał mu 
wstać. Fortunnie się złożyło,  iż sam wskrzeszony potwierdził przed trybunałem Świętego 
Oficjum,   że   ani   przez   chwilę   nie   stracił   świadomości.   „Uratował   go   przed   stosem”   — 
powiedział Delaura. Wreszcie wspomniał o wypadku z padłym na wzgórzu Świętego Łazarza 
i pochowanym na poświęconej ziemi koniem.

„Kochał go jak ludzką istotę” - wtrącił markiz. 
„To było znieważenie naszej wiary, panie markizie -

odparł Delaura. - Stuletnie 

konie nie Panu Bogu przynależą”.

Markiz zaniepokoił się, iż prywatny żart znalazł się w archiwach Świętego Oficjum. 

Podjął się nieśmiałej obrony: „Abrenuncio to impertynent, ale, jak śmiem najpokorniej sądzić, 
stąd   do   herezji   jeszcze   daleka   droga”.   Rozgorzałaby   pewnie   cierpka   i   nie   kończąca   się 
dyskusja, gdyby biskup nie zawrócił ich z tej drogi.

„Niech medycy  mówią sobie, co chcą – powiedział - wścieklizna u istot ludzkich 

zazwyczaj jest jeszcze jednym podstępem Wroga”.

Markiz nie zrozumiał. Biskup wyłożył mu tak dramatycznie znaczenie słów swoich, iż 

zdawało się to początkiem skazania na wieczny ogień.

background image

„Na szczęście - zakończył - choć ciało twojej córeczki jest już, być może, nie do 

odzyskania, Bóg dał nam środki, by uratować jej duszę”.

Świat nie był już w stanie otrząsnąć się ze zmierzchu. Markiz ujrzał pierwszą iskierkę 

na fioletowoczerwonym niebie i pomyślał o swej córce, opuszczonej i samej w plugawym 
domu,   powłóczącej   nogą sponiewieraną   przez  partactwo   znachorów.  Zapytał   z wrodzoną 
sobie skromnością:

„Co powinienem zrobić?”.
Biskup wytłumaczył  mu punkt po punkcie. Upoważnił do powoływania się nań w 

każdej wymagającej tego okoliczności, szczególnie zaś w klasztorze Świętej Klary, gdzie jak 
najrychlej powinien dziewczynkę oddać.

„Zostaw ją nam - stwierdził na zakończenie. - Bóg uczyni resztę”. 
Markiz   pożegnał   się   przygnębiony   bardziej   niż   w   chwili   swego   przybycia.   Przez 

okienko   karety   przyglądał   się   zniszczonym   ulicom,   nagim   dzieciom   kąpiącym   się   w 
kałużach, odpadkom rozrzuconym przez sępy. Za rogiem zobaczył morze, zawsze na swoim 
miejscu, i opadła go niepewność.

Przybył  do zalegającego  w ciemnościach  domu  z pierwszymi  dzwonami  na Anioł 

Pański i po raz pierwszy od śmierci doñi Olalii odmówił go na głos: Anioł Pański zwiastował 
Pannie Maryi.  
Struny teorbanu rozbrzmiewały w  ciemnościach,  jakby dochodziły z głębi 
stawu. Markiz po omacku podążył za muzyką i doszedł do sypialni córki. Siedziała tam na 
toaletkowym   krześle,   w   białej   sukni   i   z   rozpuszczonymi,   sięgającymi   podłogi   włosami, 
wykonując   jedno   z   podstawowych   ćwiczeń,   którego   nauczyła   się   od   niego.   Nie   mógł 
uwierzyć,   że   ma   przed   sobą   tę   samą   osobę,   którą   opuścił   w   południe   półżywą   po 
niemiłosiernych   praktykach   znachorów,   chyba   że   zdarzył   się   cud.   Było   to   chwilowe 
złudzenie. Sierva Maria spostrzegła, że już wrócił, przestała grać i zaczęła ponownie cierpieć. 

Nie odstąpił jej przez całą noc. Pomógł jej w sypialnianej  liturgii z niezdarnością 

wypożyczonego  taty.  Koszulę   nocną  nałożył  jej  na  lewą   stronę,  więc   musiała   ją  zdjąć  i 
włożyć jak trzeba. Po raz pierwszy zobaczył ją nagą i zabolał go widok wystających żeber, 
dopiero co pączkujących piersi, delikatnego meszku włosków. Spuchniętą kostkę otaczała 
gorejąca aureola. Podczas gdy pomagał jej się położyć, dziewczynka nieprzerwanie cierpiała 
w samotności, ledwo słyszalnie pojękując, jego zaś ogarnęła pewność, że właśnie pomaga jej 
umrzeć.

Po raz pierwszy od utraty wiary poczuł gwałtowną potrzebę modlitwy. Udał się do 

kaplicy   usiłując   z   całych   sił   odzyskać   Boga,   który   go   opuścił,   ale   daremnie:   niewiara 
przetrwać może więcej niż wiara, bo żywi się zmysłami. Usłyszał, jak dziewczynka kaszle 
raz   i   drugi   w   chłodzie   poranka   i   zawrócił   do   jej   sypialni.   Przechodząc   dostrzegł   nie 
domknięte drzwi do alkowy Bernardy. Pchnął drzwi czując, że musi podzielić się swymi 
wątpliwościami. Spała na podłodze, twarzą do ziemi i głośno chrapiąc. Markiz postał przez 
chwilę w drzwiach z ręką na klamce i nie obudził jej. Powiedział przed siebie: „Twoje życie 
za jej życie”. I natychmiast poprawił: 

„Twoje i moje, dwa nasze zasrane życia za jej jedno życie, kurwa mać!”.
Dziewczynka spała. Markiz przyjrzał się znieruchomiałemu i wycieńczonemu ciałku i 

zapytał siebie, czy wolałby widzieć ją martwą, czy też skazaną na karę wścieklizny. Poprawił 
moskitierę,   by   nietoperze   nie   wykrwawiły   córki,   przykrył,   by   już   nie   kaszlała,   i   zaczął 
czuwać przy jej łóżku, przepełniony nie znaną sobie przedtem radością, że kocha ją, jak nigdy 
nikogo nie kochał na tym świecie. Wówczas podjął postanowienie swego życia nie radząc się 
ani Boga, ani nikogo. Sierva Maria, otworzywszy oczy o czwartej nad ranem, ujrzała go, jak 
siedzi przy jej łóżku.

„Musimy już iść” - powiedział markiz.
Dziewczynka wstała nie czekając na dodatkowe wyjaśnienia. Markiz pomógł jej się 

ubrać   stosownie   do   okazji.   Odszukał   w   skrzyni   zamszowe   pantofelki,   by   uniknąć 

background image

podrażnienia kostki przez klamrę trzewików i, nawet nie szukając, znalazł galową suknię, 
która należała do jego matki, gdy była małą dziewczynką. Choć nieco zleżała i sfatygowana, z 
całą pewnością założono ją raz tylko. Tę właśnie suknię niespełna sto lat później markiz 
nałożył Siervie Marii na naszyjniki bóstw afrykańskich i na szkaplerzyk. Strój był na nią 
trochę za ciasny, co w jakiś sposób uwydatniało jeszcze bardziej jego staroświeckość. Markiz 
nałożył Siervie Marii kapelusz, również znaleziony w skrzyni, którego wstążki żadną miarą 
nie pasowały do sukni. Ale był w sam raz na jej głowę. Wreszcie zapakował do podręcznej 
walizeczki koszulę nocną, grzebień tak gęsty, by można było nawet gnidy wyczesać i mały 
modlitewnik babci oprawny w masę perłową i w złotych klamrach.

Była Niedziela Palmowa. Markiz zaprowadził Siervę Marię na mszę o piątej, ona zaś z 

miłą chęcią przyjęła święconą palemkę nie wiedząc po co. Po wyjściu z kościoła, już z karety, 
ujrzeli   wschód   słońca.   Markiz   na   głównym   siedzeniu   z   walizeczką   na   kolanach,   a   na 
przeciwko  rezolutna   dziewczynka   spoglądająca   na  uciekające  za  oknem  ostatnie   ulice   jej 
dwunastu lat. Nie okazała najmniejszej ciekawości, żeby dowiedzieć się, gdzie też ją wiozą o 
tak wczesnej porze w tym przebraniu Joanny Szalonej i w kapeluszu ulicznicy. Po dłuższej 
medytacji markiz zapytał ją:

„Wiesz, kim jest Bóg?”.
Dziewczynka pokręciła głową.
Na   horyzoncie   kłębiło   się   od   dalekich   błyskawic   i   piorunów,   niebo   pokryte   było 

chmurami, a morze wzburzone. Gdy skręcili za kolejny róg, wyjechali prosto na klasztor 
Świętej   Klary,   biały   i   samotny,   z   trzema   piętrami   niebieskich   żaluzji   nad   przybrzeżnym 
śmieciowiskiem. Markiz wskazał go palcem. „Oto i on” — powiedział. A później wskazał na 
lewo: „Z okien będziesz widzieć morze przez cały czas”. Ale że dziewczynka w ogóle nie 
zwracała   na   niego   uwagi,   zdobył   się   na   jedyne   wyjaśnienie   czekającego   ją   losu,   jakie 
kiedykolwiek miała od niego usłyszeć:

„Pobędziesz tu kilka dni z siostrzyczkami od Świętej Klary”.
Z   uwagi   na   Niedzielę   Palmową   przy   furcie   zgromadziło   się   więcej   żebraków   niż 

zazwyczaj.   Co   poniektórzy   trędowaci,   prześcigający   się   z   nimi   o   dostęp   do   kuchennych 
odpadków, nie omieszkali również rzucić się z wyciągniętymi rękami ku markizowi. Począł 
rozdzielać jednemu po drugim skromne jałmużny, dopóki starczyło mu miedziaków. Siostra 
furtianka dostrzegła markiza w czarnych taftach, dostrzegła dziewczynkę ubraną jak królowa 
i   przedarła   się   do   nich,   by   dowiedzieć   się,   czym   może   im   służyć.   Markiz   wyjaśnił,   że 
przyprowadza Siervę Marię z polecenia biskupa. Że tak jest w istocie, furtianka nie miała 
najmniejszej wątpliwości, bo dość jej było sposobu, w jaki to oznajmił. Przyjrzała się uważnie 
dziewczynce i zdjęła jej kapelusz.

„Tu kapelusze są zabronione” - powiedziała.
Furtianka zatrzymała nakrycie głowy małej. Markiz chciał jej przekazać walizeczkę, 

ale odmówiła.

„Niczego nie będzie potrzebowała”. 
Źle   spleciony   warkocz   rozpuścił   się,   sięgając   niemal   ziemi.   Furtianka   nie   chciała 

wierzyć, że to naturalne włosy. Markiz spróbował ogarnąć je jakoś. Dziewczynka odsunęła go 
i sama poprawiła sobie warkocz ze zręcznością, która zadziwiła furtiankę.

„Trzeba będzie je ściąć” - powiedziała.
„To ślub Najświętszej Panience uczyniony do dnia zamążpójścia” - odparł markiz.
Furtianka pochyliła się usłyszawszy przyczynę. Wzięła małą za rękę, nie dając jej 

czasu na pożegnanie i przeprowadziła przez furtę. Dziewczynka, odczuwając ból w kostce, 
zdjęła lewy pantofelek. Markiz zobaczył, jak kulejąc na bosą nogę odchodzi z pantofelkiem 
w ręku.

Daremnie czekał, by w jakimś szczególnym odruchu litości odwróciła się i spojrzała 

nań. Ostatnim wspomnieniem, jakie zachował po córce, był widok, jak powłócząc zbolałą 

background image

nogą opuszcza ogrodowe krużganki i znika w pawilonie pochowanych za życia.

background image

TRZY

Klasztor   Świętej   Klary   był   kwadratowym,   wznoszącym   się   nad   morzem, 

trzypiętrowym budynkiem o wielu identycznych oknach i z arkadowym krużgankiem ota-
czającym zdziczały i ciemny ogród. Kamienista ścieżka prowadziła przez gęstwinę platanów i 
paproci, obok smukłej palmy w poszukiwaniu światła wyrosłej ponad dachy, i ogromnego 
drzewa, z którego gałęzi zwisały pnącza wanilii i warkocze orchidei. Pod drzewem był staw 
otoczony   zardzewiałą   barierką   służącą   oswojonym   papugom   do   przeróżnych   cyrkowych 
harców.

Ogród dzielił budynek na dwie różne części. W prawej znajdowały się trzy piętra 

pochowanych za życia, w niewielkim stopniu wystawione na huk roztrzaskujących się o skały 
fal przyboju, a także na modlitwy i śpiewy godzin kanonicznych. Ta część połączona była z 
kaplicą przejściem wewnętrznym, tak aby siostry z klauzury mogły wejść na chór omijając 
publiczną nawę i tam wysłuchać mszy i śpiewać za kratą, która pozwalała im widzieć nie 
będąc   widzianymi.   Przepiękne   kasetony   z   najszlachetniejszych   gatunków   drewna 
pokrywające   sklepienia   całego   klasztoru   stworzone   zostały   przez   hiszpańskiego 
rękodzielnika, który poświęcił im pół życia w zamian za prawo złożenia swojego ciała po 
śmierci   w   jednej   z   nisz   przy   głównym   ołtarzu.   Leżał   tam,   wciśnięty   za   marmurowymi 
płytami, pośród dwóch stuleci przeorysz, biskupów i co godniejszych osobistości.

W dniu przekroczenia przez Siervę Marię furty klasztornej wśród sióstr zakonnych 

były   osiemdziesiąt   dwie   Hiszpanki,   każda   z   odpowiednią   liczbą   panien   służebnych   i, 
trzydzieści   sześć  Kreolek   z wielkich   rodów  wicekrólestwa.   Po  złożeniu   ślubów   ubóstwa, 
milczenia i czystości jedynym kontaktem, jaki miały ze światem zewnętrznym, byli nieliczni 
odwiedzający je w rozmównicy z drewnianymi kratami, przez które przechodził głos, ale nie 
światło. Rozmównica znajdowała się tuż przy furcie klasztornej, a korzystanie z niej było 
ściśle   reglamentowane,   rozmowy   zaś   odbywać   się   mogły   wyłącznie   w   obecności   siostry 
towarzyszącej. 

Po lewej stronie ogrodu, w części zamieszkałej przez liczne nowicjuszki i nauczycielki 

sztuk rękodzielniczych, znajdowały się szkoły i wszystkie możliwe warsztaty. Stał tam dom 
czeladny z ogromną kuchnią obudowaną paleniskami na drewno, budynek rzeźni i wielki piec 
chlebowy.   W   głębi   znajdowało   się   podwórze   folwarczne,   wiecznie   tonące   w   błocie   od 
wylewanych  tam pomyj, przy którym gnieździło się szereg rodzin niewolników, wreszcie 
obory, zagroda dla kóz, chlew, sad i ule, gdzie hodowano i uprawiano wszystko, co było 
niezbędne, żeby żyć dobrze.

Na samym końcu, możliwie najdalej, zapomniany od Boga i ludzi, stał pojedynczy 

pawilon, który przez sześćdziesiąt osiem lat służył za więzienie Inkwizycji i nadal nim był, 
ale już wyłącznie dla zbłąkanych klarysek. To w ostatniej celi tego odosobnionego zakątka 
zamknięto   Siervę   Marię,   nie   objawiającą   najmniejszych   oznak   wścieklizny,   w 
dziewięćdziesiątym trzecim dniu od momentu ugryzienia przez psa.

Prowadząca ją za rękę furtianka spotkała w końcu korytarza nowicjuszkę, która szła 

do   kuchni   i   poprosiła   ją,   by   zaprowadziła   dziewczynkę   do   przeoryszy.   Nowicjuszka 
pomyślała,   że   nie   byłoby   rzeczą   rozważną   wprowadzanie   w   sam   środek   gospodarskiego 
rwetesu  tak   wątłej  i  dobrze  ubranej  dziewczynki,  więc  na  razie   posadziła  ją na  jednej   z 
kamiennych ław w ogrodzie i zostawiła, żeby później się nią zająć. Ale wracając z kuchni 
całkiem już o niej zapomniała.

Dwie   przechodzące   później   nowicjuszki   zaciekawiły   się   jej   naszyjnikami   i 

pierścionkami i zapytały, kim jest. Nie odpowiedziała. Zapytały, czy mówi po kastylijsku, i 
nic, jakby gadały do nieboszczyka.

„To głuchoniema” - powiedziała młodsza nowicjuszka.
 „Albo Niemka” - odrzekła druga.
Młodsza zaczęła się obchodzić z dziewczynką, jakby ta pozbawiona była wszystkich 

background image

pięciu   zmysłów.   Rozpuściła   jej   owinięty   wokół   szyi   warkocz   i   zmierzyła   go   na   piędzi. 
„Prawie cztery” - powiedziała przekonana, że dziewczynka jej nie słyszy. Zaczęła burzyć jej 
włosy, ale Sierva Maria spiorunowała ją wzrokiem. Nowicjuszka wytrzymała spojrzenie i 
pokazała jej język.

„Masz diabelskie oczy” — powiedziała.
Zdjęła   jej   pierścionek   nie   napotkawszy   oporu,   ale   kiedy   druga   z   nowicjuszek 

usiłowała zerwać jej naszyjniki, dziewczynka wywinęła się jak żmija i błyskawicznie a celnie 
ugryzła ją w rękę. Nowicjuszka pobiegła zmyć krew.

Kiedy zaśpiewano tercję, Sierva Maria właśnie wstała, by napić się wody ze stawu. 

Przestraszona, nawet nie spróbowawszy wody, natychmiast wróciła na ławkę, ale ponownie 
wstała, gdy zdała sobie sprawę, że to zakonnice śpiewają. Zręcznym ruchem ręki odgarnęła 
kożuch zbutwiałych liści, nabrała w dłoń wody i nie oczyściwszy jej nawet z robaczków 
ugasiła pragnienie. Następnie poszła wysiusiać się za drzewem, przykucając z kijem w ręku, 
by   mieć   się   czym   bronić   przed   dybiącymi   zwierzętami   i   jadowitymi   mężczyznami,   jak 
nauczyła ją Dominga de Adviento.

Nieco później pojawiły się dwie czarne niewolnice, które, rozpoznawszy naszyjniki 

afrykańskich bogów, przemówiły do niej w języku yoruba. Dziewczynka, cała szczęśliwa, 
odpowiedziała  im w  tym  samym  języku.  A  że nikt  nie miał  pojęcia,  co dziewczynka  tu 
porabia, niewolnice zaprowadziły ją do pełnej zgiełku kuchni, gdzie została przyjęta z nie 
ukrywaną i głośno wyrażaną serdecznością. Ktoś zauważył wówczas ranę na kostce i chciał 
się dowiedzieć, co się jej stało. „Matka mi to zrobiła nożem” odpowiedziała. Wszystkim, 
którzy pytali, jak się nazywa, podawała swoje murzyńskie imię: Maria Mandinga.

Natychmiast odnalazła się w swoim własnym świecie. Pomogła zarżnąć broniące się 

przed śmiercią koźlę. Wydłubała mu oczy i odcięła jądra, które najbardziej jej smakowały. 
Pograła w diabolo z dorosłymi w kuchni i z dziećmi na podwórzu, z wszystkimi wygrywając. 
Śpiewała w yoruba, w kongo i w mandinga i nawet ci, którzy nic z jej śpiewów nie rozumieli, 
słuchali   jej   zachwyceni.   Na   obiad   zjadła   koźle   oczy   i   jąderka   usmażone   na   smalcu   i 
przyprawione palącymi przyprawami.

Wówczas już cały klasztor wiedział, że dziewczynka znajduje się tutaj, poza Josefą 

Mirandą, przeoryszą. Była  to niewiasta powściągliwa i zahartowana, i uboga duchem, co 
dziedziczyła po przodkach. Odebrała wychowanie w Burgos, w cieniu Świętego Oficjum, 
niemniej dar rządzenia i rygoryzm przesądów tkwiły w niej samej, przyrodzone jej od dawien 
dawna. Miała dwie wikariuszki, ale obywała się bez nich, bo sama, bez niczyjej pomocy, 
zajmowała się wszystkim.

Urazy matki przełożonej do miejscowego biskupstwa wzięły swój początek sto lat 

przed jej urodzeniem. Przyczyną pierwszą, niczym w wielkich sporach w dziejach świata, 
była   niewielka   różnica   zdań   dotycząca   pieniędzy   i   jurysdykcji   pomiędzy   klaryskami   i 
franciszkańskim   biskupem.   Wobec   nieprzejednania   tego   ostatniego   zakonnice   otrzymały 
wsparcie   rządu   cywilnego   i   rozgorzała   wojna,   którą   w   pewnym   momencie   prowadzili 
wszyscy przeciwko wszystkim.

Wsparty przez inne wspólnoty biskup przystąpił do oblężenia klasztoru, by głodem 

zmusić go do poddania się i ogłosił  Cessatio a Divinis,  to znaczy: zawieszenie w mieście 
wszystkich posług religijnych aż do odwołania. Mieszkańcy podzielili się, a między władzami 
cywilnymi popieranymi przez jednych i władzami kościelnymi popieranymi przez drugich 
wybuchł   ostry   konflikt.   Po   sześciu   miesiącach   oblężenia   klaryski   nadal   jednak   żyły   i 
utrzymywały  pełną gotowość bojową, dopóki nie odkryto  tajnego tunelu, przez który ich 
zwolennicy   dostarczali   im   żywność.   Franciszkanie,   tym   razem   mając   poparcie   nowego 
gubernatora, złamali klauzurę Świętej Klary i wygnali mniszki.

Trzeba było  dwudziestu lat, by uspokoiły się nastroje i siostry klaryski odzyskały 

ogołocony klasztor, ale, mimo upływu ponad stulecia, Josefa Miranda zapamiętale podsycała 

background image

w   sobie   zadawnione   animozje.   Wszczepiła   je   swoim   nowicjuszkom,   żywiła   w   trzewiach 
bardziej   niźli   w   sercu,   za   wszystkie   przeszłe   okoliczności   swych   uraz   obarczając   winą 
biskupa De Caceres y Virtudes i każdego, kto mógł mieć cokolwiek z nim wspólnego. Łatwo 
tedy dało się przewidzieć reakcję przeoryszy, kiedy zaanonsowano jej, że z polecenia biskupa 
markiz de Casalduero przyprowadził do klasztoru swą dwunastoletnią córkę ze śmiertelnymi 
objawami czarciego obłędu. Zadała tylko jedno pytanie: „Czy taki markiz w ogóle istnieje?”. 
Ale zaprawiła  je podwójną porcją jadu, bo była  to  sprawa biskupa,  i dlatego  że  zawsze 
negowała prawdziwość arystokracji kreolskiej, którą nazywała „arystokracją z sufitu”.

W   porze   obiadu   nie   zdołała   odnaleźć   Siervy   Marii   w   klasztorze.   Furtianka 

powiedziała   jednej   z   wikariuszek,   że   jakiś   mężczyzna   w   żałobie   przekazał   jej   o   świcie 
jasnowłosą dziewczynkę ubraną jak królowa, ale nic się o niej nie wywiedziała, bo akurat w 
tej samej chwili żebracy rzucili się na zupę z manioku wydawaną w Niedzielę Palmową. Na 
dowód swoich słów przekazała jej kapelusz z kolorowymi wstążkami. Wikariuszka pokazała 
go   przeoryszy,   kiedy   wszędzie   szukano   dziewczynki;   matka   przełożona   nie   miała 
wątpliwości, czyją jest on własnością. Chwyciła go dwoma palcami i wyciągnęła rękę jak 
najdalej od siebie.

„Najprawdziwsza panna markizanka w kapeluszu dziewki kuchennej - powiedziała. - 

Szatan wie, co czyni”.

Udając   się   do   rozmównicy   o   dziewiątej   rano   przechodziła   tamtędy   i   na   chwilę 

zatrzymała   się,   by   utargować   z   murarzami   cenę   za   prace   dekarskie,   ale   nie   zauważyła 
siedzącej na kamiennej ławce dziewczynki. Nie dostrzegły jej również inne zakonnice, które 
przynajmniej   kilkakrotnie   musiały   przejść   tamtędy.   Obie   nowicjuszki,   które   zabrały   jej 
pierścionek, przysięgły, że nie widziały jej, gdy przechodziły tamtędy po zaśpiewaniu tercji.

Przeorysza zakończyła właśnie sjestę, kiedy usłyszała piosenkę rozbrzmiewającą w 

całym klasztorze, choć śpiewaną przez jeden tylko głos. Pociągnęła za sznur zwisający tuż 
przy   łóżku   i,   niemal   w   tej   samej   chwili,   w   półmroku   pokoju   zjawiła   się   nowicjuszka. 
Przeorysza zapytała, kto śpiewa z taką mocą.

„Dziewczynka” — odpowiedziała nowicjuszka. 
Przeorysza,   jeszcze   zaspana,   wymamrotała:   „Co   za   piękny   głos”.   I   natychmiast 

podskoczyła.

„Co za dziewczynka?!”
„Nie wiem” - odparła nowicjuszka. - Taka mała, co to od rana zabawia całe podwórze 

gospodarskie”.

„Przenajświętszy Sakramencie!” - krzyknęła przeorysza.
Wyskoczyła z łóżka. Biegnąc za głosem, co tchu prześmignęła przez cały klasztor i 

dotarła na podwórze. Sierva Maria śpiewała siedząc na ławeczce, z włosami rozrzuconymi po 
ziemi, otoczona czeredą zauroczonej służby.  Ujrzawszy przeoryszę, natychmiast przestała 
śpiewać. Josefa Miranda uniosła zawieszony na szyi krucyfiks.

„Chwała Pannie Najświętszej” - powiedziała.
„Co bez grzechu poczęła” - odpowiedzieli wszyscy.
Przeorysza   wymierzyła   krucyfiks   w   Siervę   Marię,   niczym   zabójczą   broń.  „Vade 

retro”  - krzyknęła. Służący cofnęli się i wokół spoglądającej uważnie i coraz czujniejszej 
dziewczynki zrobiło się pusto.

„Szatański pomiocie — krzyknęła przeorysza. — Stałeś się niewidoczny, żeby nas 

zwieść!”.

Nie wydobyli z dziewczynki ani słowa. Jedna z nowicjuszek chciała wziąć ją za rękę, 

ale przeszkodziła temu przerażona przeorysza.

„Nie dotykaj jej!” — wrzasnęła. I następnie do wszystkich:
„Niech nikt jej nie dotyka!”.
 Ostatecznie siłą zabrano dziewczynkę, wyrywającą się, wierzgającą, wyszczerzającą 

background image

po psiemu zęby, do ostatniej celi pawilonu więziennego. W drodze spostrzeżono, że ubabrana 
jest własnymi ekskrementami, wymyto ją więc w oborze polewając kubłami wody.

„Tyle jest klasztorów w mieście, a wielebny biskup właśnie nam przysyła zasrańców” 

— zżymała się matka przełożona. 

Cela była obszerna, o szorstkich ścianach i bardzo wysokim suficie z widocznymi 

żyłkowatymi śladami termitów na kasetonie. Przy jedynych drzwiach znajdowało się wielkie 
okno   z   gęsto   wstawionymi,   toczonymi   poprzeczkami,   dodatkowo   zaryglowane   żelazną 
sztabą. Na przeciwległej, wychodzącej na morze ścianie wybite było drugie, wysokie okno 
zabite   na   krzyż   deskami.   Za   łóżko   służył   wylany   z   cementu   cokolik   z   rzuconym   nań 
płóciennym i mocno już zużytym siennikiem. Stała tam również ławeczka i pod przybitym do 
ściany krzyżem stół, który był zarazem ołtarzem i umywalnią. Tam zostawiono przemoczoną 
do suchej nitki, drżącą ze strachu Siervę Marię, pod czujnym okiem strażniczki odpowiednio 
przyuczonej, by wyjść zwycięsko z tysiącletniej wojny z szatanem.

Sierva Maria usiadła na pryczy i wbiła wzrok w żelazne  sztaby okutych drzwi, i w 

takiej też pozycji zastała ją służąca, która o piątej po południu przyniosła jej podwieczorek. 
Dziewczynka siedziała jak zaklęta. Służąca usiłowała zdjąć jej naszyjniki, ta jednak chwyciła 
ją za nadgarstek i zmusiła do ich puszczenia. W aktach klasztornych, które dla sprawy Siervy 
Marii założono tej samej nocy, zapisano zeznanie służącej, że znienacka powaliła ją siła nie z 
tego świata. 

Dziewczynka nie poruszyła się, dopóki za służącą nie zamknęły się drzwi i nie dało 

się   słyszeć   zgrzytu   łańcucha   i   dwóch   obrotów   klucza   w   kłódce.   Spojrzała,   co   było   do 
jedzenia:   strzępy   suszonego   mięsa,   placek   maniokowy   i   czarka   czekolady.   Spróbowała 
placka, pożuła i wypluła. Położyła się na plecach. Usłyszała huk morza, zacinający wodą 
wiatr i pierwsze o tej porze roku, coraz bliższe gromy. Kiedy służąca pojawiła się o świcie ze 
śniadaniem,   zastała   ją   śpiącą   w   strzępach   słomy   z   poszarpanego   zębami   i   paznokciami 
materaca.

Na   obiad   dała   się   grzecznie   zaprowadzić   do   refektarza   konwersek   z   mniejszymi 

ślubami.  Była  to obszerna sala z wysoko wznoszącym  się sklepieniem  i dużymi  oknami, 
przez które wpadała oślepiająca jasność od morza i słychać było z bliska bijące o skały fale. 
Dwadzieścia nowicjuszek, w większości bardzo młodych, siedziało przy podwójnym rzędzie 
stołów zbitych z desek. Odziane były w habity ze zwykłej etaminy, miały ostrzyżone głowy, 
były rozchichotane, głupiutkie i nie kryły podniecenia, że przyszło im dzielić stół i spożywać 
wikt wespół z obłąkaną.

Sierva Maria siedziała nie opodal głównego wejścia pomiędzy dwiema roztrzepanymi 

cerberkami i ledwie co brała do ust. Nałożono jej taki sam kitel jak innym nowicjuszkom i 
mokre jeszcze pantofle. W trakcie posiłku nikt na nią nie spojrzał, ale po obiedzie otoczył ją 
krąg nowicjuszek pragnących z bliska podziwiać jej paciorki. Jedna z dziewcząt spróbowała 
po nie sięgnąć. Sierva Maria rozeźliła się. Próbujące pohamować ją dozorczynie zwaliła na 
podłogę jednym pchnięciem. Skoczyła na stół i zaczęła biegać po nim z jednego krańca na 
drugi wrzeszcząc jak prawdziwa opętana szykująca się do ataku. Roztrzaskała wszystko, co 
jej   się   pod   nogi   nawinęło,   wyskoczyła   przez   okno   i   stratowała   pergole   na   podwórzu, 
poprzewracała   ule,   zwaliła   ogrodzenia   przy   oborach   i   płoty   przy   zagrodach.   Pszczoły 
rozfrunęły się, zwierzęta zaś, rycząc z przerażenia, zaczęły uciekać w panice wpadając aż do 
klasztornych sypialni.

Od tamtej pory, cokolwiek by się wydarzyło, wszystko przypisywano czarom Siervy 

Marii. Wiele nowicjuszek podało do akt, że latała unosząc się na przezroczystych skrzydłach, 
które bzyczały niesamowicie. Dwa dni zeszły siostrom i całemu zastępowi niewolników na 
zaganianiu  zwierząt  do zagród i zwabianiu pszczół  do barci,  i przywracaniu  porządku w 
klasztorze.   Wieść   się   rozniosła,   że   świnie   są   zatrute,   że   wody   widzenia   ostrzegawcze 
sprowadzają, że jedna ze spłoszonych kur wzbiła się wysoko ponad dachy i odleciała znikając 

background image

za morskim widnokręgiem. Ale przerażenie klarysek miało dwa sprzeczne oblicza, bo mimo 
zatrważających min, gestów i pohukiwań matki przełożonej, i własnych strachów to jednej, to 
drugiej, cela Siervy Marii przeistoczyła się w ośrodek zainteresowania wszystkich.

Czas ścisłej klauzury obowiązywał od nieszporów o siódmej wieczorem aż do primy 

na   mszę   o   szóstej   rano.   Gaszono   światła   we   wszystkich   celach,   poza   kilkoma   zaledwie 
posiadającymi na to przyzwolenie. Ale, jak nigdy dotąd, życie klasztorne ożywiło się teraz i 
rozluźniło. W korytarzach panował ustawiczny ruch cieni, słychać było co i raz urywane 
szepty,   odgłosy   powstrzymywanego   pośpiechu.   W   najbardziej   nieposzlakowanych   celach 
grano już to w karty hiszpańskie, już to w rzutki, popijano przemycane likiery i palono tytoń, 
skręcany po kryjomu od czasu, gdy Josefa Miranda zakazała używać go wewnątrz klasztoru. 
W   klasztornych   murach   opętana   przez   demony   dziewczynka   miała   urok  nieznanej   dotąd 
przygody.

Nawet najprzykładniej przestrzegające reguły zakonnice łamały klauzurę pory nocnej i 

udawały się po dwie, po trzy do Siervy Marii, żeby z nią porozmawiać. Z początku rzucała się 
na nie z pazurami, ale szybko nauczyła się wodzić je za nos w zależności od nastroju co 
poniektórych i od nocy. Ustawicznie dopominały się, żeby była ich orędowniczką u diabła 
prosząc  go o wyświadczenie  im  łask niemożliwych.  Sierva Maria  naśladowała  głosy zza 
grobu, głosy straconych katowskim mieczem, głosy czarcich pomiotów i sporo sióstr dawało 
wiarę   jej   zbytkom   za   prawdziwe   podając   je   do   akt.   W   pewną   noc   niepogodną   grupa 
poprzebieranych  mniszek wpadła do celi i po spętaniu Siervy Marii zrabowała jej święte 
naszyjniki.   Było   to   chwilowe   zwycięstwo.   W   pospiesznej   ucieczce   przewodząca 
napastniczkom   potknęła   się   na   tonących   w   mroku   schodach   i   rozbiła   sobie   głowę.   Jej 
towarzyszki zaś nie zaznały chwili spokoju, dopóki nie zwróciły właścicielce skradzionych 
ozdób. Nikt już nie mącił nocnego spokoju celi.

Dla markiza Casalduero były to dni żałoby. Szybko oddał dziewczynkę do klasztoru, 

ale jeszcze szybciej pożałował własnej gorliwości i ogarnął go smutek, z którego już nigdy 
się nie otrząsnął. Kręcił się przez kilka godzin wokół klasztoru, sam siebie pytając, za którym 
z tych okien bez liku przebywa i myśli o nim Sierva Maria. Kiedy wrócił do rezydencji, 
zobaczył na patio Bernardę zażywającą wieczornego chłodu. Tknęło go złe przeczucie, że 
zapyta o Siervę Marię, ale ledwie obrzuciła go wzrokiem.

Puścił wolno brytany i ułożył się w rozwieszonym w pokoju hamaku z nadzieją na 

wieczny sen. Ale nie mógł zasnąć. Pasaty przestały już wiać i noc była upalna. Znad bagien 
nadlatywały wszelakie otumanione skwarem żyjątka i całe chmary krwiożerczych komarów, 
trzeba więc było palić w sypialniach suche łajno, żeby je odpędzić. Kto żyw był jeszcze i tak 
zapadał w senne odrętwienie. Czekano na pierwszą ulewę roku z takim utęsknieniem, z jakim 
sześć miesięcy później modlono się, by raz na zawsze przestało padać. 

Ledwie nastał świt, gdy markiz udał się do domu Abrenuncia. Jeszcze na dobre się nie 

rozsiadł, a już ogarnęła go ogromna ulga na myśl, że podzieli się swym bólem. Bez żadnych 
wstępów przeszedł do sedna sprawy.

„Zostawiłem córkę w Świętej Klarze”.
Abrenuncio nie zrozumiał, wobec tego markiz wykorzystał jego zakłopotanie, żeby 

zadać następne uderzenie.

„Będzie poddana egzorcyzmom” - dodał. 
Lekarz westchnął głęboko i z niezmąconym spokojem odparł: „Proszę mi o wszystkim 

opowiedzieć”. 

Wówczas   markiz   opowiedział   mu   o   wizycie   u   biskupa,   o   nieodpartej   potrzebie 

modlitwy, o ślepej determinacji, o nie przespanej nocy. Była to kapitulacja chrześcijanina z 
dziada pradziada, który nie zachował sobie ani jednego sekretu dla własnej przyjemności.

„Jestem przekonany, że było to z boskiego rozkazu” — stwierdził.
„Czy to znaczy, że odzyskał pan wiarę?” - zapytał Abrenuncio.

background image

„Nigdy   nie   traci   się   wiary   całkowicie   —   powiedział   markiz.   -   Zawsze   pozostają 

wątpliwości”. 

Abrenuncio zrozumiał go. Zawsze uważał, że utrata wiary pozostawia w ogołoconym 

po   niej   miejscu   niezatartą   bliznę,   która   uniemożliwia   zapomnienie.   Rzeczą   niepojętą 
wydawało mu się jednak poddanie córki karze egzorcyzmów.

„Między tym  a czarami  Murzynów  nie ma zbyt  wielkiej różnicy - powiedział.  — 

Gorzej nawet, bo czarni ograniczają się do poświęcania kogutów swoim bogom, podczas gdy 
Święte Oficjum znajduje upodobanie w ćwiartowaniu niewinnych na mękach albo paleniu ich 
żywcem na oczach gawiedzi”.

Obecność ojca Cayetano Delaury na audiencji u biskupa nic dobrego, jego zdaniem, 

nie wróżyła. „To kat” - uciął krótko. I ugrzązł w uczonym wyliczaniu dawnych  auto da fe 
przeciwko umysłowo chorym straconym jako opętani albo heretycy.

„Sądzę,   iż   zabicie   pańskiej   córki   byłoby   bardziej   chrześcijańskim   uczynkiem   niż 

pogrzebanie jej żywcem” - stwierdził. 

Markiz przeżegnał się. Abrenuncio wbił wzrok w drżące widmo w żałobnych taftach i 

ponownie ujrzał w jego oczach iskierki niepewności towarzyszące mu od chwili narodzin.

„Niech ją pan stamtąd zabierze” — powiedział.
„Niczego innego nie pragnę od chwili, kiedy zobaczy łem, jak idzie do pawilonu 

pogrzebanych za życia — po wiedział markiz. - Ale nie czuję się na siłach, by sprzeciwiać się 
woli bożej”.

Więc poczujże się pan — powiedział Abrenuncio. - Być   może   kiedyś   Bóg   będzie 

panu za to wdzięczny”. 

Tej nocy markiz wystąpił z prośbą o audiencję u biskupa. Napisał ją własnoręcznie 

stylem   wyszukanym,   dziecięcą   kaligrafią   i   osobiście   wręczył   odźwiernemu,   chcąc   mieć 
pewność, że pismo dotrze do adresata.

W  poniedziałek   biskup został  powiadomiony,   że  Sierva  Maria  jest  już  gotowa  do 

egzorcyzmów. Skończył właśnie podwieczorek na swym tarasie z żółtymi dzwoneczkami i 
przekazanej   mu   informacji   nie   przypisał   większego   znaczenia.   Jadał   niewiele,   ale   tak 
niespiesznie, że rytuał mógł przeciągnąć się i do trzech godzin. Siedzący na wprost biskupa 
ojciec   Cayetano   Delaura   czytał   mu   głosem   odpowiednio   nastrojonym   i   w   stylu   nieco 
teatralnym. I jedno, i drugie odpowiadało charakterowi książek, które sam wybierał podług 
swego gustu i osądu.

Stary pałac był zbyt duży dla biskupa, który zadowalał się salą audiencyjną, sypialnią i 

otwartym tarasem, gdzie spędzał sjesty i spożywał posiłki do nastania pory deszczowej. W 
przeciwległym skrzydle mieściła się oficjalna biblioteka, założona, wzbogacana i prowadzona 
wprawną   ręką   przez   Cayetana   Delaurę,   i   którą   w   swoim   czasie   uznawano   za   jedną   z 
najlepszych  w Indiach Zachodnich. Reszta budynku  składała  się z jedenastu zamkniętych 
pomieszczeń, gdzie gromadziły się śmiecie z dwóch wieków.

Poza   usługującą   danego   dnia   do   stołu   zakonnicą   Cayetano   Delaura   był   jedynym 

mającym   dostęp   do   rezydencji   biskupiej   w   porze   posiłków,   i   nie   z   racji   osobistych 
przywilejów,   jak   mawiano,   ale   z   uwagi   na   swoją   godność   lektora.   Nie   posiadał   żadnej 
określonej funkcji ani żadnego innego tytułu poza tytułem bibliotekarza, ale z uwagi na jego 
zażyłość z biskupem uznawano go za faktycznego wikariusza i nikt nie dopuszczał myśli, by 
ów podejmował jakąkolwiek ważną decyzję bez uprzedniej z Cayetanem konsultacji. Miał do 
dyspozycji własną celę w przyległym, połączonym z pałacem budynku, w którym znajdowały 
się kancelarie i pokoje oficjalistów diecezjalnych i sześciu zakonnic na domowe potrzeby 
biskupa.   Jego   właściwym   jednak   domem   była   biblioteka,   gdzie   pracował   i   czytał   do 
czternastu nawet godzin dziennie, i gdzie miał również żołnierską pryczę, na której mógł 
spocząć, gdy morzył go sen.

Osobliwością owego historycznego popołudnia były wielokrotne pomyłki Delaury w 

background image

czytaniu. A czymś już zupełnie u niego niespotykanym było przeskoczenie przez nieuwagę 
całej strony i kontynuowanie lektury, jakby nigdy nic. Biskup obserwował go przez małe 
okulary alchemika czekając, aż przejdzie na kolejną stronę. Wówczas rozbawiony zapytał:

„O czym myślisz?”.
Delaura wzdrygnął się spostrzegłszy błąd.
„To pewnie przez upał - powiedział. - Dlaczego?”.
Biskup wciąż patrzył mu w oczy. „Z pewnością to coś więcej niż upał — powiedział. I 

tym samym tonem powtórzył: O czym myślałeś?”. -

„O dziewczynce” - powiedział Delaura.
Nie musiał uściślać, bo od wizyty markiza nie było dla nich na świecie żadnej innej 

dziewczynki.  Dużo  o  niej   rozmawiali.   Przerzucili  razem   kroniki  opętanych  i   świadectwa 
świętych egzorcystów. Delaura westchnął:

„Śniła mi się”.
„Jak mogła ci się przyśnić osoba, której w życiu nie widziałeś?” - zapytał biskup.
„To była mała, dwunastoletnia kreolska markiza, o włosach tak długich, iż ciągnęły 

się za nią niczym płaszcz królewski” - powiedział. - Któż inny mógłby to być?”.

Biskup   nie   był   człowiekiem   niebiańskich   wizji   ani   cudów,   ani   biczowania.   Jego 

królestwo było z tego świata. Pokręcił więc głową bez przekonania i wrócił do jedzenia. 
Delaura przystąpił do uważniejszej już lektury. Kiedy biskup skończył jeść, Cayetano pomógł 
mu zająć miejsce w fotelu na biegunach. Rozsiadłszy się wygodnie, biskup powiedział:

„A teraz opowiedz mi swój sen”.
Był   to   zwyczajny   sen.   Delaurze   śniło   się,   że   Sierva   Maria,   siedząc   przy   oknie   z 

widokiem na ośnieżone pola, na przemian zrywa i połyka winnne grona z kiści leżącej na 
podołku.   Każde   zerwane   grono   odrastało   natychmiast.   We   śnie   było   oczywiste,   że 
dziewczynka od wielu już lat siedzi przy tym bezkresnym oknie, usiłując zjeść całą kiść do 
końca, i że nie spieszy się, bo wie, że w ostatnim gronie jest śmierć.

„Najdziwniejsze jest to - stwierdził Delaura — że widok ośnieżonych pól, na które 

spoglądała przez okno, był tym samym widokiem z okna w Salamance, co owej zimy, kiedy 
przez trzy dni padał śnieg i wszystkie owce zdechły przyduszone zaspami”.

Biskup   był   wstrząśnięty.   Zbyt   dobrze   znał   i   kochał   Cayetana   Delaurę,   żeby 

zbagatelizować tajemnice jego snów. Na miejsce, które zajmował, zarówno w diecezji jak i w 
jego   sercu,   w   pełni   sobie   zasłużył   dzięki   wielorakim   talentom   swoim   i   przymiotom 
charakteru. Biskup zamknął oczy, by zdrzemnąć się na trzy minutki wieczornej sjesty.

W tym  czasie Delaura posilił się przy biskupim stole, w oczekiwaniu na wspólne 

odmówienie nocnych modlitw. Jeszcze nie skończył, kiedy biskup przeciągnął się na fotelu i 
podjął decyzję swego życia:

„Zajmij się tym przypadkiem”.
Wyrzekł   to   nie   otwierając   oczu   i   chrapnął   niczym   lew.   Delaura   skończył   jeść   i 

przesiadł się na swój fotel pod kwitnącym powojem. Wówczas biskup otworzył oczy.

„Nie odpowiedziałeś mi” — powiedział.
„Sądziłem, że wasza wielebność powiedział to przez sen” - odparł Delaura.
„A   teraz   powtarzam   to   na   jawie   —   rzekł   biskup.   —   Powierzam   ci   zdrowie 

dziewczynki”.

„To najdziwniejsza rzecz, jaka mnie w życiu spotkała” — stwierdził Delaura.
„Chcesz odmówić?”.
„Nie jestem egzorcystą, ojcze mój — powiedział Delaura. — Brak mi odpowiedniego 

usposobienia, przygotowania i wiedzy, żeby do takiej roli pretendować. Poza tym, wiemy 
przecież, że Bóg wyznaczył mi inną drogę”.

Tak   rzeczywiście   było.   Dzięki   staraniom   biskupa   Delaura   był   jednym   z   trzech 

kandydatów   na   stanowisko   kustosza   watykańskich   zbiorów   sefardyjskich.   Ale   po   raz 

background image

pierwszy napomknienie o tym padło między nimi, choć obaj o tym wiedzieli.

„Tym bardziej - powiedział biskup. — Sprawa dziewczynki, dobrze poprowadzona, 

może być tym impulsem, którego nam brakuje”.

Delaura   świadom   był   własnej   niezdarności   w   porozumiewaniu   się   z   kobietami. 

Wydawały mu się obdarzone sobie tylko właściwym poczuciem rozsądku, dzięki któremu 
mogły   bez   przeszkód   żeglować   pośród   trafunków   rzeczywistości.   Już   na   samą   myśl   o 
spotkaniu z istotą nawet tak bezbronną jak Sierva Maria lodowaciał mu pot na dłoniach.

„Nie, wasza wielebność - postanowił. - Nie jestem zdatny do tego”.
„Nie tylko jesteś do tego zdatny — odparł biskup — ale ponadto posiadasz to, czego 

może zabraknąć komukolwiek innemu: natchnienie”.

Zbyt  duże było  to słowo, żeby nie zabrzmiało jako ostatnie. Mimo to biskup nie 

nakłaniał go do natychmiastowego wyrażenia zgody, przyznając mu czas jakiś do namysłu, 
aż do zakończenia wielkotygodniowej żałoby, rozpoczynającej się tego dnia.

„Idź i zobacz dziewczynkę - powiedział. - Przestudiuj ten przypadek dokładnie i zdaj 

mi relację”.

I tak oto Cayetano Alcino del Espiritu Santo Delaura y Escudero w wieku trzydziestu 

sześciu lat  pojawił  się w  życiu  Siervy Marii  i wkroczył  do historii  miasta.  Był  uczniem 
biskupa w jego sławnej katedrze teologii w Salamance, gdzie ukończył studia, otrzymawszy 
spośród wszystkich absolwentów tego roku najwyższe laury. Był głęboko przekonany, iż jego 
ojciec jest w prostej linii potomkiem Garcilasa de la Vega, którego darzył kultem niemal 
religijnym, o czym nie omieszkiwał natychmiast wspominać. Jego matka była Kreolką z San 
Martin   de   Loba,   w   prowincji   Mompox,   skąd   wyemigrowała   ze   swymi   rodzicami   do 
Hiszpanii. Delaura nie sądził, by miał cokolwiek po matce, dopóki nie przybył do Nowego 
Królestwa Granady i nie rozpoznał swych dziedzicznych nostalgii.

Od czasu pierwszej z nim rozmowy w Salamance biskup De Caceres y Virtudes czuł, 

że przyszło mu obcować z jedną z rzadkich wartości będących ozdobą chrześcijaństwa jego 
czasów. Był mroźny, lutowy poranek i za oknami widać było ośnieżone pola, a w głębi rząd 
topól rosnących wzdłuż rzeki. Ów zimowy pejzaż stał się tłem stale powracającego snu, który 
miał prześladować młodego teologa przez resztę jego dni.

Rozmawiali o książkach, rzecz jasna, i biskup nie mógł uwierzyć, że Delaura w tak 

młodym  wieku zdołał  już tyle  przeczytać.  Młody ksiądz  wspomniał  o Garcilasie.  Mistrz 
wyznał mu, że nie zna go najlepiej, aliści jawi mu się w pamięci jako pogański poeta, który 
we wszystkich swych dziełach o Bogu napomyka zaledwie w dwóch miejscach.

„Częściej, częściej - powiedział Delaura. - Ale to nie należało do rzadkości nawet 

wśród dobrych katolików Renesansu”.

W dniu, w którym Cayetano złożył swoje pierwsze śluby, mistrz zaproponował, by 

towarzyszył  mu   do nieznanego  królestwa  na  Yucatanie,   gdzie  właśnie  został  mianowany 
biskupem. Delaurze, znającemu życie z książek, rozległy świat jego matki wydawał się snem, 
który miał go ominąć na zawsze. Tylko z trudem - i to niemałym - mógł sobie wyobrazić 
dręczący upał, nieustanny odór padliny, dymiące bagna, podczas gdy tu wydobywano spod 
śniegu zesztywniałe na kamień owce. Biskupowi, który wojował w Afryce, przychodziło to 
znacznie łatwiej.

„Słyszałem,   że   w   Indiach   nasi   klerycy   dostają   obłędu   ze   szczęścia”   -   powiedział 

Delaura.

„A niektórzy nawet się wieszają — powiedział biskup.  — To królestwo zagrożone 

sodomią, bałwochwalstwem i ludożerstwem”. I dodał bez nijakich uprzedzeń:

„Jak ziemie Maurów”.
Wszelako   sądził,   że   na   tym   właśnie   polega   urok   owych   ziem.   Potrzebni   byli 

wojownicy, zdolni w równej mierze krzewić dobrodziejstwa cywilizacji chrześcijańskiej, jak 
i szerzyć wiarę głosem wołającego na puszczy. Niemniej Delaura w wieku dwudziestu trzech 

background image

lat uważał, że ma już wyznaczoną drogę ku prawicy Ducha Świętego, którego był gorliwym 
wyznawcą.

„Przez całe życie marzyłem o tym, by zostać kustoszem biblioteki — powiedział. — 

Tylko temu sprostać mogę”.

Ubiegał   się   o   pewne   stanowisko   w   Toledo,   które   stanowiłoby   pierwszy   krok   do 

spełnienia marzeń i przekonany był, że nominację uzyska. Ale mistrz obstawał przy swoim.

„Łatwiej zostać świętym bibliotekarzowi na Yucatanie niż męczennikowi w Toledo” - 

powiedział.

Delaura zareplikował bez cienia pokory:
„Jeśli Bóg miałby okazać mi łaskę, nie chciałbym być świętym, lecz aniołem”.
Nie zdążył  był jeszcze do końca przemyśleć oferty swego mistrza, kiedy otrzymał 

nominację   w   Toledo,   ale   zdecydował   się   na   Yucatan.   Nigdy   tam   jednak   nie   dotarli.   Po 
siedemdziesięciu dniach żeglugi wzburzonym morzem ich statek rozbił się w Kanale Wiatrów 
i zostali wyratowani przez konwój znajdujący się w równie opłakanym stanie, i pozostawieni 
swemu losowi w Santa Maria la Antigua del Darien. Rok tam spędzili daremnie oczekując 
złudnych kurierów Floty Galeonów, póki biskupa De Caceres nie mianowano ordynariuszem 
tymczasowym tych ziem na wakujące z powodu nagłej śmierci biskupa tytularnego miejsce. 
Ujrzawszy ogromną selwę Uraby z łodzi niosącej ich ku nowemu miejscu przeznaczenia, 
Delaura   rozpoznał   nostalgie   dręczące   matkę   w   posępne,   toledańskie   zimy. 
Nieprawdopodobne zmierzchy, koszmarne ptaki, wspaniała zgnilizna namorzynowych lasów 
zdały mu się wzruszającymi wspomnieniami z przeszłości, której nie przeżył.

„Tylko Duch Święty mógł tak dobrze wszystkim pokierować, by sprowadzić mnie na 

ziemię matki” - powiedział.

Dwanaście lat później biskup poniechał marzeń o Yucatanie. Ukończył siedemdziesiąt 

trzy lata, powoli umierał na astmę i wiedział, że już nigdy nie zobaczy Salamanki w śniegu. 
W tych dniach, kiedy Sierva Maria znalazła się w klasztorze, podjął już decyzję, że odejdzie, 
gdy tylko utoruje uczniowi swemu drogę do Rzymu.

Cayetano Delaura udał się do klasztoru Świętej Klary następnego dnia. Na sobie miał 

habit z surowej wełny,  mimo  upału, a ze sobą kropielnicę z wodą święconą i puzdro ze 
świętymi olejami, fundamentalny oręż w wojnie przeciwko demonowi. Przeorysza nigdy go 
nie widziała, ale wieść o jego inteligencji i mocy przedostała się już przez furtę klasztorną. 
Gdy   o   szóstej   rano   przyjęła   go   w   rozmównicy,   wywarł   na   niej   duże   wrażenie   swym 
młodzieńczym   wyglądem,   bladością   męczennika,   metalicznym   głosem,   zagadką   białego 
kosmyka.   Żadna   jednak   z   cnót   nie   pozwoliłaby   jej   zapomnieć,   że   ma   przed   sobą 
najpierwszego żołnierza jego wielebności. Uwagę Delaury zwrócił jedynie koguci harmider.

„Jest ich tylko sześć, ale pieją za sto — powiedziała przeorysza. - Poza tym jedna ze 

świń przemówiła, a jedna z kóz powiła trojaczki”. I skwapliwie dodała: „Takie to dziwy u nas 
nastały   od   czasu,   kiedy   wasz   biskup   obdarował   nas   w   swej   łaskawości   tym   zatrutym 
prezentem”.

Tudzież   i   ogród,   przez   który   właśnie   przechodzili,   wzbudzał   jej   niepokój   swym 

niepohamowanym,   zda   się   wbrew   naturze,   rozkwitnieniem.   Zwracała   szczególną   uwagę 
Delaury   na   kwiaty   o   nierealnych   wymiarach   i   barwach,   co   poniektóre   zaś   wydające 
odstręczający zapach. Najmniejsza i najzwyklejsza rzecz obdarzona była w jej mniemaniu 
czymś  nadprzyrodzonym. Z każdym jej słowem Delaura czuł, że jest silniejsza od niego, 
przystąpił więc zawczasu do ostrzenia mieczy swoich.

„Nie  powiedzieliśmy,   że  dziewczynka  jest  opętana   -  rzekł   -  a  jedynie,  że   istnieją 

powody, które skłaniają do takich przypuszczeń”.

„To, co widzimy, mówi samo za siebie” — rzekła przeorysza.

background image

„Trzeba się mieć na baczności — powiedział Delaura. - Czasami przypisujemy diabłu 

rzeczy,   których   po   prostu   nie   rozumiemy,   nie   przypuszczając,   że   mogą   to   być   rzeczy   i 
sprawy, których w Bogu nie rozumiemy”.

  „Święty Tomasz tak powiedział i na nim się opieram - powiedziała przeorysza. - 

Demonom nie należy ufać, nawet gdy mówią prawdę”.

Na drugim piętrze zaczynał się spokój. Po jednej stronie znajdowały się puste cele w 

dzień zamknięte  na kłódkę, a po drugiej rząd okien wychodzących  na prze  pych  morza. 
Nowicjuszki   wydawały   się   nie   odrywać   od   swoich   zajęć,   ale   -   tak   naprawdę   -   uważnie 
śledziły matkę przełożoną i jej gościa kierujących się w stronę więziennego pawilonu. 

Nim dotarli do końca korytarza, gdzie mieściła się cela Siervy Marii, zatrzymali się na 

chwilę   przy   celi   Martiny   Laborde,   dawnej   zakonnicy   skazanej   na   dożywocie   za   zabicie 
swoich   dwóch   towarzyszek   nożem   do   ćwiartowania.   Nigdy   nie   wyznała   powodów. 
Przebywała tam już jedenaście lat i bardziej była znana ze swych nieudanych ucieczek niż z 
powodu morderstwa. Nigdy nie przyjęła do wiadomości, że dożywotnie uwięzienie jest tym 
samym co życie zakonne w klauzurze, do tego stopnia, że w konsekwencji swej zaofiarowała 
się, iż może odbywać karę jako służąca w pawilonie pogrzebanych za życia. Jej nieodmienną 
obsesją, której oddała się równie gorliwie jak swej wierze, była wolność i dla niej gotowa 
była choćby i zabić raz jeszcze.

Delaura nie mógł powstrzymać swej dziecinnej nieco ciekawości, żeby nie zajrzeć do 

celi   poprzez   kraty   w   okienku.   Martina   stała   plecami   do   drzwi.   Kiedy   poczuła,   że   jest 
obserwowana, odwróciła się i Delaurę w okamgnieniu poraziła moc jej uroku. Zaniepokojona 
przeorysza odciągnęła go od okienka.

„Proszę uważać - powiedziała. - To stworzenie jest gotowe na wszystko”.
„Aż tak?” - zdziwił się Delaura. 
„Właśnie tak - odparła  matka  przełożona.  - Gdyby  ode mnie  zależało,  dawno już 

byłaby wolna. To przyczyna nazbyt wielkiej zgryzoty dla naszego klasztoru”.

Kiedy strażniczka otworzyła drzwi, z celi Siervy Marii wydobył się opar zgnilizny. 

Dziewczynka leżała na plecach na kamiennym łóżku bez siennika, przy iązana rzemieniami 
za ręce i nogi. Wyglądała na martwą, ale jej oczy błyszczały morskim światłem. Delaura 
ujrzał ją jak we śnie i drżenie opanowało całe jego ciało i oblało je zimnym potem. Zamknął 
oczy i szeptem zaczął z największą żarliwością się modlić, a kiedy skończył, odzyskał już 
panowanie nad sobą.

„Nawet gdyby nie była opętana przez żadnego demona - powiedział - to ta biedna 

istota ma idealne wprost warunki, żeby ją tu diabli wzięli”.

Przeorysza   odparła:   „Zaręczam,   że   nie   zasługujemy   na   to.   Uczyniono   przecież 

wszystko, by utrzymać celę w jak najlepszym stanie, ale to sama Sierva Maria czyni takie 
gnojowisko”.

„Nie z nią toczymy wojnę, lecz przeciw demonom, które mogą w niej przebywać” - 

powiedział Delaura.

Wszedł na palcach, by ominąć walające się wszędzie nieczystości, i pokropił celę 

wodą   święconą,   wypowiadając   szeptem   rytualne   formułki.   Przeorysza   przeraziła   się   pla-
mami, jakie woda pozostawiała na ścianach.

„Krew!” - krzyknęła.
Delaura wytknął jej powierzchowność osądów. To, że woda ma barwę czerwoną, nie 

musi znaczyć, iż jest krwią, a jeśli już, to niekoniecznie za sprawą diabła. „ Słuszniejszym 
byłoby uznać, iż mamy do czynienia z cudem, a tą mocą obdarzony jest wyłącznie Bóg” - 
powiedział.   Ale   nie   było   to   ani   jedno,   ani   drugie,   bo   plamy   po   wyschnięciu   na   wapnie 
przebarwiły się z czerwonych w intensywnie zielone. Przeorysza zaczerwieniła się. Nie tylko 
klaryski,   ale   w   ogóle   kobiety   w   jej   czasach   nie   miały   dostępu   do   jakiejkolwiek   formy 
edukacji   akademickiej,   ona   jednak   od   dziecka   wprawiała   się   w   sztuce   scholastycznej 

background image

szermierki w swej rodzinie znakomitych teologów i wielkich heretyków.

„Przynajmniej   - zareplikowała   - nie  odmawiajmy  demonom   podrzędniejszej  mocy 

zmieniania koloru krwi”. 

„Nic   bardziej   użytecznego   nad   wątpliwość   w   odpowiednim   czasie”   -   odparł 

bezwłocznie Delaura i spojrzał jej w twarz: „Proszę przeczytać Świętego Augustyna”.

„I owszem, dokładnie go przeczytałam” - stwierdziła przeorysza.
„To proszę go przeczytać raz jeszcze” — powiedział Delaura.
Zanim zajął się dziewczynką, poprosił nader grzecznie strażniczkę, by opuściła celę. 

Następnie, już głosem pozbawionym uprzedniej łagodności, zwrócił się do przeoryszy:

„Matkę przełożoną również o to proszę”.
„Na księdza odpowiedzialność”.
„Ksiądz biskup jest najwyższym hierarchą” - od powiedział. 
„Nie musi mi ksiądz tego przypominać — odparła przeorysza nie bez sarkazmu. - Aż 

nadto dobrze wiemy, że i biskup, i ksiądz są włodarzami Pana Boga”.

Delaura darował jej słodką rozkosz ostatniego słowa. Siadł na brzegu łóżka i obejrzał 

dziewczynkę z sumiennością medyka. Wciąż drżał, ale już się nie pocił.

Dopiero z bliska widać było, że Sierva Maria jest cała podrapana, pokryta siniakami, a 

skórę ma w żywych od rzemieni ranach. Najboleśniejsze wrażenie sprawiał widok rany na 
kostce, rozognionej i rozjątrzonej przez znachorów-partaczy.

W trakcie oględzin Delaura zaczął tłumaczyć, że nie przyprowadzono jej tutaj, by ją 

męczyć, ale dlatego, że obawiają się, iż do jej ciała przedostał się diabeł, żeby skraść jej 
duszę. A ona musi mu pomóc w ustaleniu prawdy. Nie sposób było jednak stwierdzić, czy 
Sierva Maria go słucha i czy pojmuje, że jest to błaganie z głębi serca.

Skończywszy badania Delaura poprosił o przyniesienie apteczki, nie pozwolił jednak, 

by   do   celi   weszła   siostra   infirmerka.   Namaścił   rany   balsamami   i   delikatnie   dmuchając 
próbował uśmierzyć nieco ich żywy ogień, pełen podziwu dla odporności dziewczynki na 
ból. Sierva Maria nie odpowiedziała na żadne z jego pytań, nie zainteresowała się żadnym z 
pouczeń i na nic się nie poskarżyła. 

Początek był całkowicie zniechęcający i wrażenie poniesionej porażki ścigało Delaurę 

aż do drzwi zacisznej biblioteki. Zajmowała największą przestrzeń w biskupim pałacu, nie 
posiadała ani jednego okna, a wszystkie ściany pokryte były oszklonymi regałami z mahoniu 
z poustawianymi na nich w odpowiednim porządku książkami. Na samym środku stał duży 
stół z mapami, locjami, astrolabium, wszelakimi urządzeniami do nawigacji i globusem z 
uzupełnieniami i poprawkami naniesionymi ręcznie przez kolejnych kartografów, w miarę 
jak   powiększał   się   świat.   W   głębi   stał   prosty   sekretarzyk,   a   na   nim   kałamarz,   nóż   do 
przycinania piór, pawie pióra do pisania, piasek do listów i wazon ze zwiędłym goździkiem. 
Całe pomieszczenie tonęło w półmroku i czuło się w nim zapach zleżałych papierów, ale też 
świeżość i spokój zagajnika.

W głębi sali, w samym kącie, stała zamknięta szafa biblioteczna z drzwiczkami ze 

zwykłych desek. Było to więzienie zakazanych ksiąg znajdujących się na indeksie Świętej 
Inkwizycji, bo dotyczyły „materii świeckich i baśniowych i historii zmyślonych”. Nikt nie 
miał dostępu do niej, sam tylko Cayetano Delaura, za papieską licencją, celem badania 
przepastnych czeluści zbłąkanego piśmiennictwa.

Tyloletnie  zacisze   przeistoczyło  się   dlań  w   piekło   od  chwili,   gdy  poznał   Siervę 

Marię. Zapomnieć mu przyszło o spotkaniach z przyjaciółmi, klerykami i świeckimi, którzy 
dzielili   z   nim   rozkosze   czystych   idei,   organizowali   turnieje   scholastyczne,   konkursy 
literackie,   wieczory   muzyczne.   Cała   jego   pasja   ograniczyła   się   do   prób   zrozumienia 
diabelskiej przewrotności i temu poświęcił pięć dni i pięć nocy lektur i rozmyślań, zanim 
ponownie stawił się w klasztorze. Ujrzawszy, jak Delaura w poniedziałek opuszcza pokoje 
stanowczym krokiem, biskup zapytał go, jak się czuje.

background image

„Uskrzydlony przez Ducha Świętego” - powiedział Delaura.
Włożył sutannę ze zwykłej bawełny, która przydawała mu i wyglądu, i animuszu 

drwala, a duszę miał zbrojną w pancerz przeciw rezygnacji i zwątpieniu. A w wielkiej był 
potrzebie.   Strażniczka   odpowiedziała   na   jego   pozdrowienie   warknięciem,   Sierva   Maria 
przyjęła   go   posępnie,   a   w   celi   nie   dawało   się   oddychać   od   smrodu   gnijących   resztek 
jedzenia   i   walających   się   po   ziemi   ekskrementów.   Na   ołtarzu,   tuż   przy   lampce 
Najświętszego   Sakramentu   stał   nietknięty   obiad.   Delaura   wziął   talerz   i   podsunął 
dziewczynce   łyżkę   czarnej   fasoli   z   zakrzepłym   smalcem.   Odwróciła   głowę.   Spróbował 
jeszcze raz i drugi, z tym samym wciąż efektem. Wobec tego sam poczęstował się porcją 
fasoli, posmakował i z wyrazem prawdziwego obrzydzenia połknął bez rozgryzania.

„Masz rację - powiedział. - To podłe”.
Dziewczynka  nie   zwróciła   nań  najmniejszej  uwagi.   Kiedy  zajął  się   jej   spuchniętą 

kostką, ścierpła jej skóra, a do oczu napłynęły łzy. Uznał ją za pokonaną, uspokoił szeptem 
dobrego pasterza i w końcu odważył  się rozwiązać rzemienie, by dać umęczonemu ciału 
chwilę spoczynku. Dziewczynka kilkakrotnie wyprostowała i zgięła palce, sprawdzając, czy 
jeszcze   je   czuje,   i   wyciągnęła   zdrętwiałe   nogi.   Wówczas   spojrzała   na   Delaurę   po   raz 
pierwszy, zważyła go, zmierzyła, po czym rzuciła się nań nieomylnym skokiem drapieżnika. 
Strażniczka   pospieszyła   z   pomocą,   by  ją   schwytać   i  związać   ponownie.   Przed   wyjściem 
Delaura wyjął z kieszeni różaniec z drzewa sandałowego i powiesił go Siervie Marii na jej 
afrykańskich naszyjnikach.

Biskup przeraził się, kiedy ujrzał go z podrapaną twarzą i ze śladami pogryzienia na 

ręku,   które   bolały   na   sam   widok.   Ale   jeszcze   bardziej   zatrwożył   się   reakcją   Delaury, 
obnoszącego   swe   rany   niczym   trofea   wojenne,   lekce   sobie   ważąc   niebezpieczeństwo 
zarażenia się wścieklizną. Atoli medyk biskupa poddał go ostrej kuracji, należał bowiem do 
tych, którzy lękali się, iż przewidziane na najbliższy poniedziałek zaćmienie jest zapowiedzią 
groźnych katastrof.

Za to Martina Laborde, zabójczyni, nie napotkała u Siervy Marii najmniejszego oporu. 

Podeszła na palcach do celi, jakby przypadkiem, i zobaczyła Siervę Marię przywiązaną za 
nogi i ręce do łóżka. Dziewczynka zaczęła ją bacznie obserwować i nie spuściła z niej oka, 
dopóki Martina się nie uśmiechnęła. A wtedy Sierva Maria również się uśmiechnęła i poddała 
bezwarunkowo. Tak jakby dusza Domingi de Adviento wypełniła przestrzeń celi.

Martina opowiedziała jej, kim jest i dlaczego ma tu przebywać do końca swoich dni, 

choć   zdarła   już   gardło   doszczętnie   od   głoszenia   swej   niewinności.   Kiedy   zapytała 
dziewczynkę, dlaczego ją z kolei zamknięto, Sierva Maria mogła powiedzieć jej tylko to, co 
sama usłyszała od swego egzorcysty:

„Mam w sobie diabła”.
Martina dała jej spokój, myśląc że kłamie, albo że ją okłamano, nie domyślając się 

nawet, że jest jedną z niewielu białych, którym Sierva Maria powiedziała prawdę. Pokazała 
jej parę próbek swych umiejętności hafciarskich i dziewczynka poprosiła, by rozwiązała jej 
rzemienie,   bo  chciałaby  spróbować  zrobić  to  samo.   Martina   pokazała   jej   nożyczki,   jakie 
nosiła w kieszeni fartucha razem z innymi przyborami do szycia. 

„Ty chcesz, żebym cię po prostu uwolniła - powiedziała. - Ale ostrzegam cię, że jeśli 

spróbujesz zrobić mi coś złego, mam czym cię zabić”.

Sierva Maria nie wątpiła w jej zdecydowanie. Dała się uwolnić i powtórzyła lekcję z 

tą samą łatwością i sprawnością, z jaką nauczyła  się grać na teorbanie.  Przed odejściem 
Martina   przyrzekła,   iż   zdobędzie   pozwolenie,   żeby   mogły   razem   zobaczyć   w   najbliższy 
poniedziałek całkowite zaćmienie słońca.

W piątek o świcie jaskółki pożegnały się zakreśliwszy wpierw na niebie szeroki krąg, 

by   następnie   ośnieżyć   ulice   i   dachy   zatruwającym   powietrze   łajnem.   Nie   sposób   było 
oddychać, jeść i spać, dopóki słońce kolejnych dni nie wypaliło stwardniałego guana, a nocne 

background image

wiatry nie przeczyściły powietrza. Ale zgroza narastała. Nigdy nie widziano, żeby jaskółki 
srały w locie, ani żeby odór ich odchodów czynił życie niemożliwym.

W klasztorze, jakżeby inaczej, nikt nie miał wątpliwości, że Sierva Maria dość ma 

mocy, by odmienić prawa ptasich przylotów i odlotów. Delaura poczuł to nawet w stężałym 
powietrzu,  w niedzielę po mszy,  gdy przechodził przez ogród z koszykiem  kupionych  w 
portalach ciasteczek. Sierva Maria, nie mając o niczym pojęcia, wciąż nosiła na szyi różaniec, 
ale ani nie odwzajemniła pozdrowienia, ani nie raczyła nawet spojrzeć na Delaurę. Usiadł 
przy niej i z apetytem kosztując przyniesionego w koszyczku sernika odezwał się z pełnymi 
ustami: „Pyszności”.

Zbliżył do ust Siervy Marii dfttgĄ połowę sernika. Odsunęła głowę, ale nie odwróciła 

się do ściany, jak poprzednio, tylko dała mu znać, że strażniczka ich podgląda. Energicznym 
ruchem wymierzył ręką w drzwi.

„Proszę odejść” – rozkazał.
Kiedy strażniczka oddaliła się, dziewczynka chciała zaspokoić swój kilkudniowy głód 

próbując połknąć resztę ciastka, ale natychmiast je wypluła. „Smakuje jak jaskółcze gówno” - 
powiedziała. Mimo to humor się jej odmienił. Bez sprzeciwu poddała się opatrzeniu odleżyn, 
od których piekły ją plecy, i po raz pierwszy poświęciła uwagę Delaurze, gdy odkryła, że ma 
obandażowaną rękę. Z naiwnością, która nie mogła być udawana, zapytała, co mu się stało. 

„Ugryzł mnie wściekły piesek z ogonem długim na metr albo i więcej” - powiedział 

Delaura.

Sierva Maria chciała zobaczyć ranę. Delaura zdjął bandaż, ona zaś ledwie przytknęła 

palec do ciemnoczerwonej aureolki, jakby miała się sparzyć, i po raz pierwszy się zaśmiała.

„Jestem gorsza od zarazy” - powiedziała.
Delaura nie odpowiedział żadną z Ewangelii, lecz Garcilasem: 
Śmiało czynić tak możesz komuś, kto cierpliwie to zniesie.
Odszedł rozgorączkowany wrażeniem, że coś nieodwracalnego i wielkiego zaczyna 

się   w   jego   życiu.   Gdy   wychodził,   strażniczka   przypomniała   mu   z   polecenia   matki 
przełożonej,  że  wnoszenie   z  zewnątrz  jakichkolwiek  środków  spożywczych  jest  surowo 
wzbronione z uwagi na niebezpieczeństwo podesłania zatrutej żywności, jak zdarzyło się to 
podczas oblężenia. Delaura skłamał, że przyniósł koszyczek za przyzwoleniem biskupa i 
złożył formalną skargę za złą jakość strawy podawanej więźniarkom w klasztorze słynącym 
z dobrej kuchni.

Podczas   kolacji   służył   biskupowi   lekturą,   ożywiony   nowym   zupełnie   duchem. 

Towarzyszył mu jak zwykle w nocnych pacierzach i modlił się z zamkniętymi przez cały 
czas oczami, żeby skupić się na myślach o Siervie Marii. Ciągle o niej myśląc zamknął się 
w bibliotece wcześniej, niż zwykł to czynić, a im bardziej myślał, tym bardziej pragnął 
myśleć. Wyrecytował na głos miłosne sonety Garcilasa, wystraszony przypuszczeniem, że 
w   każdym   wierszu   istnieje   zaszyfrowana   i   w   jakimś   stopniu   dotycząca   jego   życia 
przepowiednia. Nie był w stanie zasnąć. O brzasku złożył głowę na sekretarzyku oparłszy 
czoło   na   książce,   której   nie   przeczytał.   Z   głębi   snu   usłyszał   dochodzące   z   sąsiedniego 
sanktuarium trzy nokturny i jutrznię zwiastującą nowy dzień. „Bądź błogosławiona Mario 
de Todos los Angeles” - powiedział w uśpieniu. Własny głos wyrwał go ze snu i ujrzał 
Siervę Marię w klasztornym fartuchu, z włosami oplatającymi jej ramiona niczym żywy 
płomień, jak wyrzuca zeschnięty goździk i wkłada do wazonu bukiet świeżo zakwitłych 
gardenii. Delaura przemówił rozpłomienionym głosem słowami Garcilasa:  Żem dla ciebie 
się zrodził, że tobie życie zawdzięczam, że życie bym oddał a ciebie, wiec i przez ciebie  
umieram.  
Sierva   Maria   uśmiechnęła   się   nie   patrząc   nań.   On   zamknął   oczy,   żeby   się 
upewnić, że nie jest to omam zwodniczych cieni. Kiedy je otworzył, przywidziana postać 

background image

zniknęła, ale cała biblioteka przesycona była zapachem jej gardenii.

background image

CZTERY

Ojciec Cayetano Delaura został zaproszony przez biskupa na zaćmienie słońca pod 

pergolę żółtych dzwoneczków, jedyne miejsce w pałacu, skąd roztaczał się widok na całe 
niebo nad morzem. Pelikany zastygłe w powietrzu z rozpostartymi skrzydłami wyglądały, 
jakby zamarły w locie. Odespawszy właśnie sjestę biskup wachlował się leniwie w hamaku 
rozwieszonym   pomiędzy   dwiema   kolumnami   na   linach   wybranych   na   okrętowych 
kabestanach. Delaura bujał się obok w wiklinowym fotelu na biegunach. Obaj w błogim 
nastroju popijali wodę tamaryndową i spoglądali ponad dachy w rozległe, bezchmurne niebo. 
Tuż po drugiej zaczęło się ściemniać, kury wróciły na grzędy i wszystkie gwiazdy rozbłysły 
w jednej chwili. Nadprzyrodzony dreszcz wstrząsnął całym światem. Biskup usłyszał trzepot 
zapóźnionych gołębi szukających po omacku gołębników.

„Bóg jest wielki — westchnął. - Nawet zwierzęta to czują”.
Zakonnica przyniosła kaganek i okopcone szkiełka do patrzenia na słońce. Biskup 

usiadł w hamaku i zaczął obserwować zaćmienie przez szkło.

„Trzeba   patrzeć   jednym   tylko   okiem   -   powiedział   usiłując   zapanować   nad 

świszczącym oddechem. - W przeciwnym razie ryzykuje się utratę obu”.

Delaura trzymał w ręku szkiełko nie patrząc na zaćmienie. Po długiej chwili milczenia 

biskup wytropił go w mrokach i zobaczył jego świecące oczy, całkowicie obojętne na czary 
fałszywej nocy.

„O czym myślisz?” - zapytał.
Delaura nie odpowiedział. Ujrzał podobne do księżyca w ostatniej kwadrze słońce, 

które mimo osłony ciemnego szkła podrażniło mu źrenicę. Nie przestał jednak patrzeć.

„Wciąż myślisz o dziewczynce” - powiedział biskup. 
Cayetano zadrżał, mimo że biskupowi udawało się trafiać w sedno podejrzanie często. 

„Myślałem,   że   pospólstwo   może   łączyć   z   tym   zaćmieniem   całe   zło,   jakie   je   dotyka”   - 
powiedział. Biskup pokręcił głową nie odrywając wzroku od nieba.

„A któż może wiedzieć, czy nie mają racji? - powiedział. - Niełatwo jest czytać w 

kartach Boga”.

„Zjawisko to zostało wyliczone przed tysiącami lat przez astronomów asyryjskich” - 

powiedział Dealura.

„To odpowiedź jezuity” - powiedział biskup.
Cayetano wciąż patrzył w słońce, ale już bez szkła, przez zwykłe roztargnienie. O 

drugiej dwanaście wyglądało jak czarna i doskonała tarcza i przez chwilę zapanowała północ 
w   środku   dnia.   A   później   zaczęło   odzyskiwać   swoje   przyrodzone   właściwości   i   zapiały 
poranne koguty. Kiedy Delaura oderwał oczy od słońca, ognisty medal nadal płonął w jego 
źrenicy.

„Wciąż   widzę   zaćmienie   -   powiedział   rozbawiony.   —   Gdzie   nie   spojrzę,   widzę 

zaćmienie”.

Biskup uznał widowisko za zakończone. „Za parę godzin ci minie” — powiedział. 

Siedząc w hamaku przeciągnął się, ziewnął i podziękował Bogu za nowy dzień.

Delaura nie zapomniał o najważniejszym.
„Wybacz, ojcze, mą śmiałość - odezwał się - ale nie sądzę, aby to biedne stworzenie 

było opętane”.

Tym razem biskup zaniepokoił się nie na żarty. 
„A dlaczego tak uważasz?”.
„Sądzę, że jest tylko przerażona” — powiedział Delaura.
„Mamy tyle dowodów, ile dusza zapragnie - powiedział biskup. - A może ty akt nie 

czytasz?”.

Ależ tak. Delaura przestudiował je dogłębnie i bardziej użyteczne były dla poznania 

mentalności   przeoryszy   niż   stanu   Siervy   Marii.   Wyegzorcyzmowano   miejsca,   w   których 

background image

dziewczynka była w dniu swego przybycia do klasztoru i wszystko, czego dotknęła. Tych, 
którzy mieli z nią kontakt, poddano ścisłemu postowi i puryfikacjom. Nowicjuszka, która 
ukradła jej pierścionek, została skazana na przymusowe prace w ogrodzie. Opowiadano, że 
dziewczynka z dziką przyjemnością ćwiartowała koźlę, które przedtem zarżnęła własnymi 
rękami, by potem zjeść jego jądra i oczy doprawione ostrymi jak ogień korzeniami. Nie kryła 
się, a po trosze nawet chełpiła swym zadziwiającym talentem do języków, dzięki któremu 
potrafiła porozumieć się z Afrykanami  różnych  nacji, częstokroć lepiej niż im samym  to 
przychodziło, albo ze zwierzyną wszelkiej maści i upierzenia. Jedenaście ar, które od ponad 
dwudziestu lat były ozdobą ogrodu, zdechło następnego dnia rano z przyczyn nieznanych. 
Zauroczyła służbę diabelskimi piosenkami, śpiewanymi głosami odmiennymi od własnego. 
Dowiedziawszy się, że przeorysza jej szuka, stała się niewidzialna, acz tylko dla niej.

„Mimo   wszystko   -   powiedział   Delaura   -   uważam,   iż   za   demoniczne   bierzemy 

murzyńskie   zwyczaje,   których   dziewczynka   nauczyła   się,   opuszczona   przez   własnych 
rodziców”.

„Ostrożnie! - ostrzegł go biskup. - Wróg sprytniej wykorzystuje naszą inteligencję niż 

nasze błędy i uchybienia.

„Wobec   tego   najlepszym   dlań   prezentem   byłoby   poddanie   egzorcyzmom   zdrowej 

istoty” - powiedział Delaura.

Biskup nasrożył się.
„Mam rozumieć, że bunt podnosisz?”. 
„Masz zrozumieć, ojcze, że żywię pewne wątpliwości - powiedział Delaura. - Ale 

najpokorniej usłucham”. 

Udał się więc do klasztoru nie przekonawszy biskupa.
Lewe oko opatrzone miał przepaską jednookiego pirata, którą założył mu jego lekarz, 

dopóki nie zaniknie wygrawerowane na siatkówce słońce. Poczuł spojrzenia podążające za 
nim przez cały ogród i kolejne korytarze aż do więziennego pawilonu, ale nikt nie odezwał 
się doń ani słowem. Wszędzie jakby wracano do sił, zdrowia i normalności po zaćmieniu.

Kiedy strażniczka otworzyła mu celę Siervy Marii, Delaura poczuł, że serce mu wali i 

ledwie niosą go nogi. Tylko po to, żeby rozpoznać, w jakim dziś jest humorze, zapytał ją, czy 
widziała zaćmienie. Owszem, przypatrywała mu się z tarasu. Nie rozumiała, że on musi nosić 
opatrunek na oku, skoro ona patrzyła w słońce bez żadnej ochrony i nic jej się nie stało. 
Opowiedziała mu, że zakonnice oglądały zaćmienie na klęczkach i że w całym klasztorze 
życie zamarło, dopóki nie zapiały koguty. Ale samo zaćmienie nie wydawało jej się czymś aż 
tak bardzo szczególnym.

„To, co widziałam, można zobaczyć każdej nocy”- powiedziała.
Coś się w niej zmieniło, czego Delaura nie potrafił dokładnie określić i co objawiało 

się dziwnym, smutnym zobojętnieniem. Nie mylił się. Ledwie przystąpił do opatrywania jej 
ran, gdy dziewczynka spojrzała nań swymi  zatrwożonymi  oczami i powiedziała drżącym 
głosem:

„Umrę”. 
Delaura wzdrygnął się.
„Kto ci to powiedział?”.
„Martina” - odrzekła. 
„Widziałaś ją?”
Dziewczynka   opowiedziała,   że   dwa   razy   przyszła   do   jej   celi,   żeby   nauczyć   ją 

haftować i razem oglądały zaćmienie. Powiedziała mu, że była  bardzo dobra i miła, i że 
przeorysza   zezwoliła,   by   udzielała   jej   lekcji   haftowania   na   tarasie,   tak   aby   mogły 
jednocześnie przyglądać się zachodom słońca nad morzem.

„Aha - rzekł nie mrugnąwszy okiem. — A powiedziała ci, kiedy umrzesz?”.
Dziewczynka przytaknęła, zaciskając usta, żeby się nie rozpłakać.

background image

„Po zaćmieniu” — powiedziała. 
„Po zaćmieniu to może być jeszcze sto lat” — powiedział Delaura.
Ale szybko skupił się wyłącznie na kuracji, żeby nie dostrzegła, że ściska go w gardle. 

Sierva Maria nie powiedziała nic więcej. Zaintrygowany jej milczeniem znów na nią spojrzał 
i dostrzegł, że ma wilgotne oczy. 

„Boję się” - wyznała.
Padła   na   łóżko   i   rozpłakała   się   żałośnie.   Usiadł   bliżej   niej   i   zaczął   uspokajać   ją 

pocieszającymi   zabiegami   spowiednika.   Dopiero   teraz   Sierva   Maria   dowiedziała   się,   że 
Cayetano jest jej egzorcystą, a nie lekarzem.

„To dlaczego mnie pan leczy?” - zapytała. 
Głos mu zadrżał.
„Bo bardzo cię kocham”.
Nie wyczuła jego śmiałości. 
Wychodząc Delaura zajrzał do celi Martiny. Widząc ją po raz pierwszy z tak bliskiej 

odległości zauważył, że ma skórę w dziobach po ospie, wygoloną głowę, zbyt duży nos i 
szczurze   zęby,   ale   jej   uwodzicielska   moc   była   rzeczywistym,   natychmiast   odczuwalnym 
fluidem. Delaura wolał z nią rozmawiać nie przekraczając progu.

„Ta   biedna   dziewczynka   ma   i   tak   aż   za   dużo   powodów,   żeby   być   przerażoną   - 

powiedział. - Proszę jej nie straszyć jeszcze bardziej”. 

Martina zafrasowała się. Nigdy by jej nawet do głowy nie przyszło  przepowiadać 

komuś dzień jego śmierci, tym bardziej tak uroczej i bezbronnej dziewczynce. Pytała ją tylko 
o stan jej zdrowia i po trzech, czterech odpowiedziach spostrzegła się, że mała kłamie jak 
najęta. Powaga, z jaką Martina to powiedziała, wystarczyła Delaurze, by zrozumiał, że Sierva 
Maria jego też okłamała. Przeprosił Martinę za swą pochopność i zbytnią lekkomyślność, 
prosząc zarazem, by nie czyniła dziewczynce żadnych wyrzutów.

„Będę wiedział, co z tym zrobić” - stwierdził.
Martina spowiła go swym czarem. „Wiem, kim jest wasza wielebność - powiedziała - 

i wiem, że zawsze bardzo dobrze wiecie, co należy robić”. Ale Delaura poczuł się zraniony, 
gdy uprzytomnił sobie, że Sierva Maria nie potrzebowała niczyjej pomocy, by w samotności 
celi wzbudzić w sobie lęk przed śmiercią.

W połowie tygodnia matka Josefa Miranda dostarczyła  biskupowi memoriał pełen 

skarg i życzeń, własnoręcznie przez nią spisany. Prosiła, by zwolniono klaryski z opieki nad 
Siervą   Marią,   która   to   opieka   była,   jej   zdaniem,   spóźnioną   karą   za   winy   już   dawno 
odkupione.   Sporządzila   kolejny   załączony   do   akt   spis   wydarzeń   nadprzyrodzonych,   a 
wytłumaczalnych jedynie gorszącym i bezwstydnym związkiem dziewczynki z demonem. 
Zakończenie   było   gniewnym   oskarżeniem   wszechwładzy   Cayetana   Delaury,   jego 
wolnomyślności,   osobistej   niechęci   wobec   jej   osoby   i   jego   samowoli   w   przynoszeniu 
jedzenia do klasztoru wbrew zakazom reguły.

Zaraz po powrocie do domu biskup pokazał memoriał Delaurze, on zaś przeczytał go 

od razu, nie siadając nawet, z kamiennym wyrazem twarzy. Po przeczytaniu wybuchnął.

„Jeśli ktoś tu jest opętany przez wszystkie demony,  to właśnie Josefa Miranda — 

krzyknął. — Przez demony niechęci, nietolerancji, głupoty. To ohydne!”.

Biskup   zadziwił   się   jego   gwałtownością.   Delaura   pochwycił   jego   wzrok   i   już   na 

spokojnie spróbował się usprawiedliwić.

„Chcę powiedzieć - rzekł - że przypisując siłom zła moc tak nieograniczoną, sprawia 

wrażenie, jakby sama była najgorliwszą wyznawczynią demona”.

„Moja pozycja nie pozwala mi się z tobą zgodzić - odparł biskup. - Choć bardzo 

chciałbym”.

Skarcił go za każde przewinienie, jakiego mógł się dopuścić, i poprosił o cierpliwe 

znoszenie   okropnego   charakteru   przeoryszy.   „Ewangelie   pełne   są   takich   kobiet   jak   ona, 

background image

nawet ze znacznie gorszymi przywarami -

powiedział. - A mimo to Jezus je wywyższył”. 

Nie był  w  stanie kontynuować,  bo przez  cały pałac  przeleciał  grzmot,  przetoczył  się po 
morzu, i biblijna ulewa odcięła ich od reszty świata. Biskup wyciągnął się w fotelu i pogrążył 
w odmętach nostalgii.

„Jakże daleko jesteśmy!” - westchnął. 
„Daleko od czego?”.
„Od   siebie   samych   —   powiedział   biskup.   —   Czy   wydaje   ci   się   sprawiedliwe,   iż 

człowiekowi trzeba całego roku, by pojąć, że jest sierotą?”. I nie słysząc odpowiedzi zwierzył 
się   ze   swych   tęsknot.   „Sama   myśl,   że   w   Hiszpanii   już   przespali   tę   noc,   napełnia   mnie 
przerażeniem”.

„Nie możemy ingerować w obroty Ziemi” — stwier dził Delaura.
„Ale moglibyśmy je ignorować, żeby nas nie bolało - odparł biskup. - Nie tyle wiary 

brakło Galileuszowi, ile serca.

Delaura   znał   owe   załamania,   które   nocami,   z   nastaniem   pory   smętnych   deszczy, 

przychodziły na biskupa, od czasu, gdy znienacka dopadła go starość. Jedyną rzeczą, jaką 
mógł   wówczas   robić,   to   próbować   odwracać   jakoś   jego   uwagę   od   gnębiącej   go   czarnej 
melancholii, póki sen go nie zmorzył.

Pod koniec miesiąca obwieszczono rychłą wizytę nowego wicekróla, don Rodriga de 

Buen Lozano, który przed czekającymi go jeszcze trudami podróży do swej siedziby w Santa 
Fe  pragnął   zażyć   tu   spoczynku.   Przybywał   z   całą   świtą   sędziów   i   urzędników,   służby  i 
lekarzy osobistych, i z kwartetem smyczkowym podarowanym mu przez królową, by umilać 
mógł   sobie   nudę   Indii   Zachodnich.   Wicekrólowa,   spokrewniona   w   jakimś   stopniu   z 
przeoryszą, poprosiła, by ugoszczono ją w klasztorze.

O Siervie Marii zapomniano pośród wyziewów niegaszonego wapna, oparów smoły, 

huku młotków i bluźnierstw ludzi różnego autoramentu, którzy opanowali klasztor, łącznie z 
klauzurą. Jedno z rusztowań zawaliło się z ogromnym hukiem zabijając murarza i raniąc 
siedmiu   robotników.   Przeorysza   obarczyła   winą   za   nieszczęście   złoczynne   czary   Siervy 
Marii i wykorzystała kolejną okazję, by ponownie wystąpić o przeniesienie dziewczynki na 
czas uroczystości do innego klasztoru. Na poparcie swej prośby użyła ważkiego argumentu, 
iż tak bliska obecność opętanej jest dla wicekrólowej ze wszech miar niewskazana. Biskup 
nie odpowiedział. 

Don Rodrigo de Buen Lozano był dojrzałym, wytwornym Asturyjczykiem, mistrzem 

w baskijskiej pelocie i w strzelaniu do kuropatw, który swoimi wdziękami nadrabiał dzielącą 
go od żony różnicę dwudziestu dwóch lat. Śmiał się z całej duszy, nawet z siebie samego, i 
nie   przepuszczał   najmniejszej   okazji,   żeby   to   okazać.   Ledwie   poczuł   pierwsze   bryzy 
Karaibów, bitewne odgłosy nocnych bębnów i zapach dojrzałych gwajaw, zrzucił z siebie 
dworskie   szaty   z   kwiecistych   materii,   by   chodzić   z   odsłoniętą   piersią   pośród   szmeru   i 
szeptów dam. Zszedł na ląd w samej koszuli, bez przemówień i salutów armatnich. Na jego 
cześć zezwolono na fandanga, bundy i cumbiamby, choć tańczenie ich zabronione było przez 
biskupa, i na potyczki z młodymi byczkami, i na walki kogutów.

Wicekrólowa, dziewczę jeszcze pełne życia i ciut niesforne, wtargnęła do klasztoru 

jak   wiosenna   burza.   Nie   było   kąta,   do   którego   by   nie   zajrzała,   sprawy,   której   by   nie 
zrozumiała, i niczego tak wystarczająco dobrego, czego nie chciałaby jeszcze ulepszyć. W 
swej wędrówce po klasztorze chciała rozwiązać wszystkie problemy z łatwością nowicjuszki. 
Do tego stopnia, iż przeorysza uznała, że roztropniej będzie zaoszczędzić jej złego wrażenia 
cel więziennnych.

„Szkoda fatygi - powiedziała. - Są tam tylko dwie więźniarki, a jedna opętana jest 

przez diabła”.

background image

To   wystarczyło,   żeby   wzbudzić   ciekawość   wicekrólowej.   Nie   zdały   się   na   nic 

tłumaczenia, że cele nie są należycie uprzątnięte, a delikwentki nie uprzedzone. Ledwie drzwi 
zostały otwarte, Martina Laborde padła jej do nóg błagając o łaskę.

Nie wydawało się to rzeczą prostą po dwóch próbach ucieczki: jednej udaremnionej i 

drugiej udanej. Pierwszą podjęła sześć lat temu, przez wychodzący na morze taras, wespół z 
trzema mniszkami skazanymi z różnych powodów na różne kary. Jednej się udało. To wtedy 
zabili   okna   i   ogrodzili   podwórze   pod   tarasem.   Następnego   roku   trzy   pozostałe   związały 
strażniczkę, wówczas jeszcze nocującą wewnątrz pawilonu, i uciekły przez jedną z furtek dla 
służby.  Rodzina Martiny za radą swego spowiednika oddała ją z powrotem do klasztoru. 
Przez cztery długie lata była jedyną więźniarką i nie miała prawa do wizyt w rozmównicy ani 
do  niedzielnej  mszy  w  kaplicy.  Wyglądało   więc  na  to,   że  ułaskawienie   jest  niemożliwe. 
Wicekrólowa przyrzekła jednak ująć się za nią u swego małżonka. ..

W celi Siervy Marii unosiła się jeszcze cierpka woń niegaszonego wapna i przykry 

odór smoły, ale panował już nowy porządek. Gdy strażniczka otworzyła drzwi, wicekrólowa 
wnet   poczuła   się   zauroczona   lodowatym   podmuchem.   Sierva   Maria   siedziała   w 
wyświechtanej   tunice   i   brudnych   pantoflach   i   szyła   pomału   w   oświetlonym   kącie.   Nie 
podniosła wzroku, dopóki wicekrólowa nie przywitała jej. Ta zaś dostrzegła w jej spojrzeniu 
nieodpartą moc objawienia. „Przenajświętszy Sakramencie” - szepnęła i przestąpiła próg celi.

„Ostrożnie - powiedziała jej na ucho przeorysza. - Jest jak tygryska”.
Chwyciła ją za ramię. Wicekrólowa nie weszła, ale wystarczył jej widok Siervy Marii, 

by zapadło w niej postanowienie wydostania jej stąd.

Gubernator miasta, kawaler i lubieżnik, zaprosił wicekróla na obiad w męskim li tylko 

gronie.   Grał   hiszpański   kwartet   smyczkowy,   grał   zespół   dudziarzy   z   San   Jacinto, 
zaprezentowano   rozliczne   tańce,   igrce   i   maskarady   Murzynów,   które   były   bezwstydnymi 
parodiami   salonowych   tańców   białych.   Przy   deserach   w   głębi   sali   uniosła   się   kurtyna   i 
pojawiła   się   abisyńska   niewolnica,   za   którą   gubernator   zapłacił   odpowiednik   jej   wagi   w 
złocie.   Ubrana   była   w   przezroczystą   niemal   tunikę   zwiększającą   niebezpieczeństwa   jej 
nagości. Pokazawszy się z bliska mniej ważnym biesiadnikom zatrzymała się wreszcie przed 
wicekrólem i tunika spłynęła jej do stóp.

Doskonałość jej urody była zatrważająca. Ramię nie zostało zbezczeszczone srebrnym 

piętnem   handlarza   ni   plecy   inicjałami   pierwszego   pana   i   z   całej   jej   postaci   emanowało 
tchnienie poufności. Wicekról zbladł, odetchnął głęboko i jednych ruchem ręki wymazał z 
pamięci owo nie dające się wytrzymać widzenie.

„Zabierzcie ją, na miłość boską - rozkazał. - Nie chcę jej więcej widzieć przez resztę 

dni moich”.

Być może w odwecie za frywolność gubernatora wicekrólowa zaprezentowała Siervę 

Marię   podczas   kolacji,   którą   na   ich   cześć   wydała   przeorysza   w   swej   prywatnej   jadalni. 
Martina   Laborde   ostrzegła   je:   „Nie   próbujcie   zabierać   jej   naszyjników   ani   bransolet,   a 
zobaczycie, jaka będzie grzeczna”. I tak było. Ubrano ją w babciny strój, w którym zjawiła się 
w   klasztorze,   umyto   i   uczesano   rozpuszczone   włosy,   by   ładniej   je   za   sobą   wlokła,   i 
wicekrólowa osobiście przyprowadziła ją za rękę do stołu męża. Nawet przeorysza zdumiała 
się   jej   wytwornością,   blaskiem,   jaki   rozsiewała   wokół   siebie,   cudownością   włosów. 
Wicekrólowa szepnęła mężowi do ucha:

„Jest opętana przez diabła”.
Wicekról nie chciał wierzyć. Widział raz w Burgos opętaną, która wypróżniała się 

przez   całą   noc,   bez   chwili   przerwy,   dopóki   całe   pomieszczenie   nie   zostało   wypełnione 
fekaliami. Pragnąc Siervie Marii zaoszczędzić podobnego losu powierzył ją swoim medykom. 
Ci potwierdzili, że nie ma żadnych objawów wścieklizny i, podobnie jak Abrenuncio, uznali 
za   mało   prawdopodobne,   by  choroba   miała   jeszcze   wystąpić.   Niemniej   nikt   nie   czuł   się 
uprawniony, aby podawać w wątpliwość jej opętanie przez demona.

background image

Biskup  skorzystał   z  uroczystości,   by  rozważyć  raz   jeszcze  memoriał  przeoryszy  i 

ostateczną sytuację Siervy Marii. Cayetano Delaura ze swej strony usiłował oczyścić duszę i 
ciało przed czekającymi go egzorcyzmami i zamknął się w bibliotece o chlebie i wodzie. Nie 
udało mu się. Przeżył noce w obłędzie i bezsenne dni pisząc zuchwałe wiersze, bo tylko one 
potrafiły uśmierzyć pragnienia jego ciała.

Niektóre z tych wierszy odnaleziono w mocno zniszczonym pliku dokumentów niemal 

sto   lat   później,   kiedy   burzono   bibliotekę.   Pierwszy   i   jedyny   całkowicie   czytelny   był 
wspomnieniem Delaury z okresu, kiedy miał dwanaście lat i siedział na swoim żakowskim 
kufrze, w wiosennej mżawce, na kamiennym dziedzińcu seminarium w Avila. Dopiero co 
przyjechał   z   Toledo   po   kilkudniowej   podróży   przebytej   na   mule,   w   przerobionym   nań 
ojcowskim ubraniu i z tym kufrem ważącym dwa razy więcej od niego, bo matka zapakowała 
weń wszystko, co mogło mu być niezbędne, by z godnością dotrwać do końca nowicjatu. 
Tercjan   pomógł   mu   po  stawić   kufer   na   środku   dziedzińca   i   tam   zostawił   go  w   mżawce 
własnemu losowi.

„Wnieś go na trzecie piętro - powiedział mu. — Tam ci już wskażą twoje miejsce w 

sypialni”.

W   jednej   chwili   całe   seminarium   wyległo   na   balkony   nad   dziedzińcem, 

zaintrygowane, co też zrobi z tym kufrem ów chłopak, jedyny bohater sztuki teatralnej, której 
tylko on był  nieświadom.  Kiedy zrozumiał,  że nie może  liczyć  na nikogo, wyjął z kufra 
rzeczy, które był w stanie unieść, i zaniósł na trzecie piętro stromymi schodami z gołego 
kamienia.   Senior   wskazał   mu   miejsce   w   dwóch   rzędach   łóżek   w   sypialni   nowicjuszy. 
Cayetano złożył tam swoje rzeczy i wrócił na dziedziniec, by jeszcze czterokrotnie pokonać 
schody, aż do całkowitego opróżnienia skrzyni. Na koniec złapał pusty kufer za rączkę i 
ciągnąc go po schodach zawlókł na górę.

Obserwujący   go   z   balkonów   profesorowie   i   alumni   nie   oglądali   się   za   nim,   gdy 

przechodził przez każde piętro. Ale kiedy wchodził z kufrem, na trzecim piętrze czekał już 
nań ojciec rektor, który natychmiast zaczął klaskać. Pozostali, urządzając prawdziwą owację, 
poszli w jego ślady. Cayetano dowiedział się wówczas, że świetnie przeszedł przez pierwszy 
inicjacyjny rytuał w seminarium, polegający na wniesieniu kufra aż do sypialni bez pytania o 
nic i bez niczyjej pomocy. Jego bystry dowcip, usposobienie i hart ducha zostały uznane za 
wzór dla nowicjatu.

  Najtrwalszym było jednak wspomnienie o ogromnie ważnej rozmowie, jaka odbyła 

się   tej   samej   nocy  w   gabinecie   rektora.   Wezwał   on   Delaurę,   by  porozmawiać   o   jedynej 
książce,   jaką   znaleziono   w   jego   kufrze,   rozsypującej   się,   niekompletnej   i   pozbawionej 
okładek, w takim samym  stanie, w jakim ją przypadkowo znalazł w jednej z ojcowskich 
szuflad. Przeczytał, ile tylko był w stanie podczas swych nocy w podróży, i strasznie był 
ciekaw, jakie jest jej zakończenie. Ojciec rektor chciał wiedzieć, co o niej sądzi.

„Będę wiedział, kiedy skończę ją czytać” - powiedział.
Rektor, uśmiechając się z ulgą, schował książkę pod klucz. 
„Nigdy się nie dowiesz - powiedział. - To zakazana książka”.
Dwadzieścia cztery lata później w cienistej bibliotece biskupstwa zdał sobie sprawę, 

że przeczytał wszystkie książki, jakie mu tylko wpadły w rękę, dozwolone lub nie, prócz tej 
jednej. Wstrząsnęło nim poczucie, że jedno całe, pełne życie kończy się tego dnia. Zaczynało 
się następne, nieprzewidziane.

Ósmego dnia ścisłego postu zaczął swoje modły wieczorne, kiedy zaanonsowano mu, 

że biskup oczekuje go w salonie, by wspólnie przyjąć wicekróla. Była to niespodziewana 
wizyta nawet dla samego wicekróla, który zdecydował się na nią zupełnie nie w porę, w 
trakcie pierwszego spaceru po mieście. Musiał więc przyglądać się dachom z ukwieconego 
tarasu,   gdy   w   tym   czasie   na   gwałt   zwoływano   znajdujących   się   pod   ręką   ludzi   i 
doprowadzano salon do jakiego takiego ładu.

background image

Biskup przyjął go w asyście sześciu duchownych ze swego najbliższego otoczenia. Po 

prawicy swej posadził Cayetana Delaurę, którego przedstawił pełnym imieniem i nazwiskiem 
pomijając   tytuły.   Jeszcze   przed   przystąpieniem   do   rozmowy   wicekról   przyjrzał   się   z 
politowaniem   spękanym   i   odrapanym   ścianom,   postrzępionym   zasłonom,   meblom 
kupowanym   od   najtańszych   rzemieślników,   księżom   spływających   potem   w   nędznych 
sutannach.   Biskup,   unosząc   się   honorem,   powiedział:   „Jesteśmy   dziećmi   Józefa   cieśli”. 
Wicekról   przytaknął   w   geście   zrozumienia   i   czym   prędzej   przeszedł   do   relacjonowania 
wrażeń   z   pierwszego   tygodnia   pobytu.   Opowiedział   o   swoich   nadziejach   związanych   z 
planami   rozwoju   handlu   z   angielskimi   Antylami,   gdy   już   zabliźnią   się   rany   wojenne,   o 
dobrodziejstwach płynących z opieki państwa nad edukacją, o popieraniu sztuk pięknych i 
literatury, by kolonialne kresy dostroić do obowiązujących na świecie tendencji. 

„To czasy odnowy” - stwierdził.
Biskup   po   raz   kolejny   przekonał   się,   jak   nieskomplikowana   jest   ziemska   władza. 

Wyciągnął ku Delaurze, nie patrząc nań, drżący palec i rzekł do wicekróla:

„Ojciec Cayetano jest tutaj osobą, która na bieżąco śledzi owe nowinki”.
Wicekról podążył  wzrokiem za palcem i napotkał daleką twarz i zadziwione oczy 

wpatrujące się weń badawczo. Zapytał Delaurę z niekłamaną ciekawością:

„Czytałeś Leibniza?”
„Owszem, Ekscelencjo - powiedział Delaura i uściślił:
— Wymaga tego moje zajęcie”.
Pod   koniec   wizyty   stało   się   oczywiste,   że   wicekróla   najbardziej   nurtuje   sytuacja 

Siervy Marii. Ze względu na nią samą, wyjaśnił, i dla spokoju przeoryszy,  której udręka 
mocno go poruszyła.

„Nie   dysponujemy   jeszcze   ostatecznymi   dowodami,   ale   klasztorne   sprawozdania 

świadczą, że ta biedna istota opętana jest przez demona — powiedział biskup. - A przeorysza 
wie to lepiej niż my”.

„Ona   sądzi,   że   wpadliście   w   pułapkę   zastawioną   przez   Szatana”   —   powiedział 

wicekról.

- „Nie tylko my, ale i cała Hiszpania - powiedział biskup. - Przepłynęliśmy ocean, aby 

krzewić wiarę Chrystusową i dokonaliśmy tego w mszach, w procesjach, w świętach na cześć 
patronów, ale nie w duszach”.

Wspomniał   Yucatan,   gdzie   wzniesiono   okazałe   katedry,   by   przysłonić   pogańskie 

piramidy, nie dostrzegając, że rodowici mieszkańcy przychodzą na mszę, bo pod ołtarzami ze 
srebra   nadal   żywe   są   ich   sanktuaria.   Mówił   o   galimatiasie   krwi,   do   jakiego   od   czasów 
konkwisty dopuszczono: krew Hiszpanów z krwią Indian, krew jednych i drugich z krwią 
czarnych   wszelkiej   maści,   nawet   islamskich   Mandingów,   i   sam   siebie   zapytał,   czy   ta 
rozmaitość   w   nieprawości   poczęta   pomieści   się   w   królestwie   Bożym.   Mimo   kłopotów   z 
oddechem   i   starczego   pokasływania   doprowadził   wywód   do   końca,   uniemożliwiając 
wicekrólowi włączenie się do konwersacji, choćby i na krótko.

„Jakże inaczej to wytłumaczyć, jeśli nie pułapkami Wroga?”.
Wicekról mienił się na twarzy.
„Rozczarowanie   Waszej   Wielebności   jest   bardzo,   ale   to   bardzo   poważne”   - 

powiedział.

„Proszę, Ekscelencjo, nie odbierać mych słów w ten sposób — powiedział grzecznie 

biskup. — Staram się jedynie bardziej unaocznić, jak wielkiej wiary potrzebujemy, aby ludy 
tych ziem stały się godne naszej ofiary”.

Wicekról wrócił do głównego wątku.
„Na ile pojąć mogę, wątpliwości przeoryszy są natury praktycznej — powiedział. — 

Zastanawia się ona, czy inne klasztory nie posiadają przypadkiem warunków zapewniających 
znacznie lepszą opiekę nad tak trudnym przypadkiem”.

background image

„Niech Wasza Ekscelencja przyjmie więc zapewnienie, że wybraliśmy Świętą Klarę 

bez wahania, dla prawości, sumienności i autorytetu Josefy Mirandy - powiedział biskup. - I 
Bóg świadkiem, że mamy rację”.

„Pozwolę sobie przekazać jej słowa Waszej Wielebności” - powiedział wicekról.
„Zna   moją   opinię   aż   nadto   dobrze   -   powiedział   biskup.   -   Niepokoi   mnie   tylko, 

dlaczego nie chce w to uwierzyć”.

Powiedziawszy   to   poczuł   zbliżający   się   i   nieunikniony   atak   astmy   i   przyspieszył 

zakończenie wizyty.  Przyznał się, że czeka nań jeszcze nader pilny memoriał przeoryszy, 
który przyrzekł rozpatrzyć  z najżarliwszą pasterską miłością, jak tylko  zdrowie mu na to 
pozwoli. Wicekról wyraził mu swą wdzięczność i zakończył wizytę kurtuazyjnym gestem. 
Również cierpiał na chroniczną astmę i zaoferował biskupowi pomoc swych lekarzy.  Ten 
uznał, że nie ma podobnej potrzeby.

„Wszystko, co dotyczy mej osoby, jest już w rękach Boga — powiedział. — Jestem w 

tym samym wieku, w jakim zmarła Matka Boska”.

W odróżnieniu od powitania pożegnanie odbyło się z całym żmudnym ceremoniałem. 

Trzech   duchownych,   a   wśród   nich   Delaura,   odprowadziło   w   milczeniu   wicekróla   przez 
posępne korytarze aż do głównego wejścia. Straż wicekrólewska skrzyżowawszy halabardy 
utrzymywała w bezpiecznej odległości tłumy żebraków. Przed zajęciem miejsca w karecie 
wicekról odwrócił się do Delaury, ostrzegawczo wymierzył weń palec i powiedział:

„Nie pozwól, bym o tobie zapomniał”.
Zdanie było tak nieoczekiwane i tajemnicze, że Delaura zdołał odpowiedzieć jedynie 

ukłonem.

Wicekról skierował się do klasztoru, by opowiedzieć przeoryszy o rezultatach swojej 

wizyty.   Parę   godzin   później,   tuż   przed   wyjazdem   z   miasta,   pomimo   ostrych   interwencji 
wicekrólowej,   odmówił   ułaskawienia   Martiny   Laborde,   bo   wydawało   mu   się   to   złym 
precedensem   wobec   wielu   napotkanych   przezeń   złoczyńców,   oskarżonych   o   ciężkie 
wykroczenia przeciw prawom ludzkim.

Pochyliwszy się mocno, z zamkniętymi oczyma, biskup usiłował stłumić świst swego 

oddechu, czekając na powrót Delaury. Asystenci odeszli na palcach, a w sali panował mrok. 
Biskup   rozejrzał   się   i   spostrzegł   poustawiane   przy   ścianie   krzesła   i   stojącego   samotnie 
Cayetana. Zapytał bardzo cicho:

„Czy kiedykolwiek spotkaliśmy tak dobrego człowieka?”.
Delaura   odpowiedział   nieokreślonym   gestem.   Biskup   z   trudem   wyprostował   się   i 

oparty   o   poręcz   fotela   znieruchomiał,   dopóki   nie   odzyskał   oddechu.   Nie   chciał   kolacji. 
Delaura pospieszył zapalić kaganek, by oświetlić mu drogę do sypialni. 

„Bardzośmy źle przyjęli wicekróla” - powiedział biskup. 
„A z jakiego to powodu mieliśmy go przyjąć dobrze? — zapytał Delaura. - Nie puka 

się do drzwi biskupa bez oficjalnego uprzedzenia”.

Biskup nie zgadzał się z nim i dał mu to do zrozumienia nad podziw energicznie. 

„Moje   drzwi   są   drzwiami   Kościoła,   a   on   zachował   się   jak   chrześcijanie   starej   daty   — 
powiedział. — To ja zachowałem się impertynencko z winy mojej przypadłości i będę musiał 
coś uczynić, by mu to wynagrodzić”. Już w drzwiach sypialni zmienił i ton, i temat i pożegnał 
się z Delaura przyjacielskim klepnięciem po ramieniu. 

„Módl się za mnie tej nocy - powiedział. - Bo lękam się, że będzie bardzo długa”.
I nie mylił się, gdyż w czasie przeczuwanego już pod koniec wizyty napadu astmy 

czuł   się   bliski   śmierci.   Nie   przyniosło   mu   najmniejszej   ulgi   womitorium   z   tartaru   i   nie 
poskutkowały najostrzejsze  środki  uśmierzające,  wobec  tego  przystąpiono  natychmiast  do 
puszczenia krwi. O świcie biskup odzyskał siły.

Spędzając kolejną bezsenną noc w sąsiedniej bibliotece Cayetano nie zdawał sobie 

sprawy z niczego. Przystępował do porannych modlitw, kiedy powiadomiono go, że biskup 

background image

czeka nań w swej sypialni. Zastał go w łóżku przy śniadaniu, na które składały się: farfurka 
czekolady, bułka i ser, oddychającego niczym nowy miech i w podegzaltowanym nastroju. 
Cayetanowi  wystarczył  rzut oka, by zrozumieć,  że ze strony biskupa decyzje  zostały już 
podjęte.

I tak było. Wbrew prośbie przeoryszy, Sierva Maria pozostanie w Świętej Klarze, a 

zajmować   się   nią   będzie   nadal   ojciec   Cayetano   Delaura,   obdarzony   pełnym   zaufaniem 
biskupa.   Sierva   Maria   nie   będzie   już   poddana,   jak   dotychczas,   ścisłemu   rygorowi 
więziennemu   i   powinna   korzystać   z   podstawowych   przywilejów   klasztornej   wspólnoty. 
Biskup wyrażał podziękowanie za przygotowanie i udostępnienie akt, niemniej występujące 
braki   w   ścisłości   utrudniają   dokonanie   rzetelnej   i   jasnej   oceny,   wobec   czego   egzorcysta 
powinien postępować według własnego osądu. Polecił wreszcie, by Delaura, w jego imieniu i 
w   pełni   przezeń   upoważniony,   odwiedził   markiza   i   zajął   się   wszystkimi   niezbędnymi 
sprawami, dopóki czas i zdrowie nie pozwolą biskupowi przyjąć go osobiście. 

„Nie będzie już żadnej innej instrukcji - powiedział na zakończenie. - Niech cię Bóg 

błogosławi”.

Cayetano pobiegł do klasztoru z kołaczącym sercem, ale Siervy Marii nie było w celi. 

Przebywała   w   kapitularzu   przystrojona   prawdziwymi   klejnotami,   z   rozpuszczonymi   i 
ścielącymi się u jej stóp włosami, pozując ze swym wspaniałym dostojeństwem Murzynki 
słynnemu portreciście z wicekrólewskiego dworu. Równie godna podziwu jak jej uroda była 
gracja, z jaką wykonywała każde polecenie artysty. Cayetano wpadł w ekstazę. Siedząc w 
cieniu   i   obserwując   ją   z   ukrycia,   miał   dość   czasu,   by   wymazać   z   serca   najmniejszą 
wątpliwość. Na nonę portret był już gotowy. Malarz przyjrzał mu się z daleka, dwa lub trzy 
razy   pociągnął   jeszcze   pędzlem   i,   zanim   złożył   swój   podpis,   poprosił   Siervę   Marię,   by 
przyjrzała się dziełu. To była ona, jak żywa, unoszona obłokiem w otoczeniu świty pokornych 
diabłów. Przyjrzała się obrazowi niespiesznie i rozpoznała się w pełnym blasku swoich lat. W 
końcu powiedziała:

„To jest jak lustro”.
„Diabłów nie wyłączając?” - zapytał malarz. 
„Tacy właśnie są” - odpowiedziała.
Gdy pozowanie dobiegło końca, Cayetano odprowadził ją do celi. Nigdy przedtem nie 

widział jej, jak szła, a szła z tym samym wdziękiem i z tą samą lekkością, z jaką tańczyła. 
Nigdy nie widział jej w stroju innym niż kitel więźniarki, a królewskie szaty dodawały jej 
powagi i elegancji, które uświadomiły mu, jak dalece Sierva Maria jest już kobietą. Nigdy nie 
szli obok siebie i urzekła go niewinność, z jaką teraz sobie towarzyszyli.

Dzięki   darowi   przekonywania   wicekrólewskiej   pary,   która   podczas   pożegnalnej 

wizyty zdołała nakłonić przeoryszę do uznania biskupich racji, cela wyglądała już inaczej. 
Przyniesiono nowy siennik, lniane prześcieradła, puchowe poduszki i utensylia niezbędne do 
codziennej higieny osobistej i kąpieli. Światło znad morza wpadało przez okno pozbawione 
prętów i rozbłyskało na świeżo pobielonych ścianach. A że posiłki podawano te same co w 
refektarzu, nie było już potrzeby przynoszenia niczego z zewnątrz. Mimo to Delaura zawsze 
jakoś sobie radził, by przemycać cukiernicze wspaniałości z portali.

Sierva   Maria   chciała,   by   zjadł   z   nią   podwieczorek   i   Delaura   poczęstował   się 

biszkoptami, z których słynęły klaryski. W czasie posiłku ni stąd ni zowąd stwierdziła:

„Wiem, jak wygląda”.
Cayetano przyjął jej słowa spokojnie. Ongiś głośno było o wicekrólu, który chciał 

sprowadzić śnieg z Pirenejów, żeby rdzenni mieszkańcy mogli go poznać, a nie wiedział, że 
mamy   śnieg   niemal   na   środku   morza,   w   Sierra   Nevada   de   Santa   Marta.   Być   może   don 
Rodrigo   de   Buen   Lozano,   dzięki   swym   cudom   sztuki   inżynierskiej,   doprowadził   to 
przedsięwzięcie do końca.

„Nie - powiedziała dziewczynka. - To było we śnie”.

background image

Opowiedziała mu sen: siedziała przy oknie, za którym padał gęsty śnieg, podczas gdy 

ona zrywała i jadła jedno po drugim winne grona z trzymanej  na podołku kiści. Delaura 
poczuł trzepot przerażenia. Drżąc przed nieuchronnością ostatniej odpowiedzi, odważył się 
zapytać:

„A jak się skończył sen?”. 
„Boję się panu powiedzieć” - odparła Sierva Maria.
To mu wystarczyło. Zamknął oczy i pomodlił się za nią. Kiedy skończył, był innym 

człowiekiem.

„Nie   przejmuj   się   -   powiedział.   -   Przyrzekam   ci,   że   niebawem,   z   łaski   Ducha 

Świętego, będziesz wolna i szczęśliwa”.

Do   tej   pory   Bernarda   nie   miała   pojęcia,   że   Sienra   Maria   przebywa   w   klasztorze. 

Dowiedziała się niemal przypadkiem, kiedy napotkała w nocy Dulce Olivię, zamiatającą i 
porządkującą   dom,   i   wzięła   ją   za   jedno   ze   swoich   przywidzeń.   Chcąc   znaleźć   jakieś 
racjonalne   wytłumaczenie,   zajęła   się   przeszukiwaniem   pokoju   za   pokojem   i   w   trakcie 
przemierzania domu spostrzegła się, że od dłuższego czasu nie widziała Siervy Marii. Caridad 
del Cobre powiedziała jej tyle, ile sama wiedziała: „Pan markiz mówił nam, że odchodzi 
bardzo daleko, i że nigdy więcej już jej nie zobaczymy”. A że w sypialni męża paliło się 
światło, Bernarda weszła bez pukania.

Leżał   z   otwartymi   oczami   w   hamaku,   spowity   odpędzającym   komary   dymem   z 

żarzącego się krowiego łajna. Ujrzał dziwnie odmienioną przez jedwabny szlafrok kobietę i 
też pomyślał, że to zjawa, bo była blada, posępna i zdawała się przybywać z bardzo daleka. 
Bernarda zapytała go o Siervę Marię. 

„Od wielu dni nie ma jej już z nami” - powiedział.
Zrozumiała to w najgorszym znaczeniu i musiała usiąść na pierwszym z brzegu fotelu, 

żeby zaczerpnąć tchu.

„To znaczy, że Abrenuncio zrobił, co było trzeba” — powiedziała.
Markiz przeżegnał się:
„A uchowaj Boże!”. 
Opowiedział jej prawdę. Nie omieszkał wytłumaczyć,  że nie poinformował  jej we 

właściwym czasie, albowiem zgodnie z wyrażonym przez nią życzeniem chciał zachowywać 
się   tak,   jakby   umarła.   Bernarda   słuchała   bez   cienia   zdziwienia,   z   uwagą,   którą   w   ciągu 
dwunastu lat wspólnego złego życia nigdy go nie obdarzyła.

„Wiedziałem, że zapłacę własnym życiem - powiedział markiz - ale w zamian za jej 

życie”.

Bernarda   westchnęła:   „To   znaczy,   że   nasza   hańba   jest   już   wszystkim   znana”. 

Dostrzegła   na   powiekach   męża   błysk   łzy   i   poczuła   rozchodzące   się   z   głębi   trzewi   i 
opanowujące ją drżenie. Tym razem to nie była śmierć, lecz nieuchronna pewność tego, co 
prędzej czy później musiało nastąpić. Nie pomyliła się. Markiz ostatkiem sił zwlókł się z 
hamaka,   padł   przed   nią   i   wybuchł   gorzkim   płaczem   bezużytecznego   starca.   Bernarda 
skapitulowała wobec żarliwych  łez mężczyzny,  które poprzez jedwab spłynęły jej wzdłuż 
pachwin.  Przy całej   nienawiści,   jaką   czuła   do  Siervy  Marii,   wyznała,  że   z  ulgą   przyjęła 
wiadomość, że dziewczynka żyje. 

„Pojmowałam zawsze wszystko, prócz śmierci” — powiedziała. 
Ponownie zamknęła się w sypialni, a kiedy wyszła po dwóch tygodniach melasy i 

kakao,   była   już   chodzącym   trupem.   Markiz   spostrzegł   przedpodróżną   krzątaninę,   ale   nie 
przypisał temu żadnego znaczenia. Zanim słońce zaczęło przygrzewać, zobaczył Bernardę 
wyjeżdżającą   przez   bramę   dziedzińca   na   potulnym   mule,   za   którym   podążał   drugi   muł, 
objuczony bagażami. Wielokrotnie już tak wyjeżdżała, bez mulników czy niewolników, nie 
żegnając się z nikim i nikomu z niczego nie zdając sprawy. Ale markiz wiedział, że tym 
razem odjeżdża bezpowrotnie, bo poza kufrem, który zawsze jej towarzyszył w podróżach, 

background image

wzięła ze sobą obie amfory pełne czystego złota, które przez lata trzymała zakopane pod 
łóżkiem.

Gnuśniejącego w hamaku markiza obezwładniła trwoga przed niewolnikami, którzy 

mogliby posiekać go nożami, więc zakazał im przestępowania progu domu nawet za dnia. 
Kiedy Cayetano  Delaura przybył  odwiedzić  markiza  na polecenie  biskupa, zmuszony był 
samemu   pchnąć   bramę   i   wejść   nie   proszony,   bo   nikt   nie   odpowiadał   na   stukot   kołatki. 
Brytany zaczęły jazgotać w klatkach, ale Delaura śmiało szedł dalej. Markiz odsypiał sjestę w 
ogrodzie, w saraceńskiej chilabie i w toledańskiej mycce, całkowicie okryty białymi płatkami 
kwiatów  pomarańczy.  Delaura  przyjrzał  mu się nie budząc go i miał  wrażenie,  że widzi 
Siervę Marię zestarzałą i sczezłą od samotności. Markiz obudził się i przez chwilę nie mógł 
go rozpoznać przez tę opaskę na oku. Delaura uniósł rękę z palcami rozstawionymi na znak 
pokoju.

„Niech Bóg ma pana w opiece, markizie - powiedział. - Jak się pan czuje?”.
„Jak widać - odparł markiz. - Gniję sobie”. ,
Słabowitą dłonią rozerwał pajęczynę sjesty i usiadł w hamaku. Cayetano przeprosił za 

wtargnięcie.  Markiz powiedział  mu,  że nikt nie zwraca  uwagi na kołatkę, bo zatracił  się 
zwyczaj przyjmowania gości. Delaura przemówił uroczyście: „Jego wielebność, obarczony 
wieloma  zajęciami  i nękany astmą,  przysyła  mnie  w charakterze swego przedstawiciela”. 
Spełniwszy wstępny ceremoniał usiadł przy hamaku i natychmiast przeszedł do sprawy, która 
paliła mu wnętrzności.

„Pragnę poinformować  pana markiza,  że zostało  mi  powierzone zdrowie duchowe 

pańskiej córki” — powiedział.

Markiz wyraził mu wdzięczność i zapytał, jak się córka czuje. 
„Dobrze - odparł Delaura - ale chcę jej pomóc, by poczuła się jeszcze lepiej”. 
Wytłumaczył znaczenie i metody egzorcyzmów. Mówił o władzy, jaką Jezus obdarzył 

swych uczniów, by wyganiali z ciał duchy nieczyste i leczyli z chorób i słabości. Opowiedział 
mu lekcję ewangeliczną o Legionie i dwóch tysiącach opętanych wieprzów. Najistotniejszą 
jednak sprawą było ustalenie, czy Sierva Maria rzeczywiście jest opętana. Osobiście nie jest o 
tym przekonany, ale potrzebuje pomocy markiza, aby rozwiać wszelkie wątpliwości. Przede 
wszystkim,   powiedział,   chciałby   się   dowiedzieć,   jaką   córka   była,   zanim   przestąpiła   próg 
klasztoru.

„Nie wiem - odpowiedział markiz. - Przykro mi, że im lepiej ją poznaję, znam ją coraz 

mniej”.

Męczyło   go   poczucie   winy,   że   zostawił   ją   własnemu   losowi   na   podwórzu 

niewolników. Temu też przypisywał jej milczenie, które trwać mogło miesiącami, wybuchy 
niezrozumiałej gwałtowności, spryt, z jakim matkę wyprowadzała w pole zawieszając kotom 
dzwoneczek, który Bernarda przywiązywała córce do nadgarstka. Największą zagadką była 
skłonność do kłamania dla przyjemności.

„Jak u Murzynów” - powiedział Delaura.
„Czarni okłamują nas, ale nie kłamią między sobą” - powiedział markiz.
W sypialni Delaura jednym rzutem oka oddzielił rozliczne i nader praktyczne babcine 

cacka od nowych rzeczy Siervy Marii: chodzących lalek, nakręcanych tancerek, pozytywek. 
Na łóżku wciąż leżała walizeczka przygotowana przez markiza w dniu odprowadzenia córki 
do klasztoru. Rzucony w kąt leżał pokryty kurzem teorban. Markiz wyjaśnił, że to włoski 
instrument, odchodzący już w zapomnienie, i podkreślił szczególne zdolności córki do gry na 
nim. W roztargnieniu zaczął teorban stroić, by na koniec nie tylko na nim zagrać, jakby nigdy 
nic, ale i zaśpiewać piosenkę, którą śpiewał z Siervą Marią.

Olśniewająca   była   to   chwila.   Muzyka   powiedziała   Delaurze   to,   czego   markiz   nie 

potrafił mu o swej córce powiedzieć. Ten z kolei tak się wzruszył, że nie mógł dokończyć 
piosenki. Westchnął: 

background image

„Nawet sobie ksiądz nie wyobraża, jak dobrze jej było w kapeluszu”.
Delaurze udzieliło się jego wzruszenie.
„Widzę, że bardzo ją pan markiz kocha” - powiedział.
„Nawet sobie ksiądz nie wyobraża, jak bardzo - powiedział  markiz. - Duszę bym 

oddał, żeby ją zobaczyć”.

Delaura kolejny raz poczuł, że Duch Święty nie pomija najmniejszego szczegółu.
„Nic łatwiejszego - powiedział — o ile będziemy mogli wykazać, że nie jest opętana”.
„Niech   ksiądz   porozmawia   z   Abrenunciem   -   powiedział   markiz.   -   Od   początku 

twierdził, że Sierva jest zdrowa, ale tylko on może to księdzu wyjaśnić”.

Delaura zwietrzył pułapkę. Abrenuncio mógłby być dlań mężem opatrznościowym, 

ale rozmowa z nim mogła przynieść niepożądane skutki. Markiz zdawał się czytać w jego 
myślach.

„To wielki człowiek” — powiedział. 
Delaura pokręcił znacząco głową. 
„Znam dokumenty Świętego Oficjum” — powiedział.
„Jej uzdrowienie jest warte wszelkiej ofiary” - obstawał przy swoim markiz. A widząc 

brak jakiejkolwiek reakcji ze strony Delaury, szepnął: 

„Błagam, na miłość boską”. 
Delaura, czując jak pęka mu serce, powiedział:
„Ja z kolei błagam, panie, byś zaprzestał mój ból pogłębiać”.
Markiz ustąpił. Chwycił leżącą na łóżku walizeczkę i poprosił Delaurę, by zaniósł ją 

córce.

„Niech wie przynajmniej, że o niej myślę” - powiedział.
Delaura   uciekł   nie   żegnając   się.   Okrył   się   peleryną   ukrywszy   pod   nią   również 

walizeczkę, lało bowiem jak z cebra. Dopiero po jakimś czasie zdał sobie sprawę, że jego 
wewnętrzny głos powtarza urywane fragmenty z teorbanowej piosenki. Smagany deszczem 
zaczął śpiewać ją głośno i powtórzył całą z pamięci, od początku do końca. W dzielnicy 
rzemieślników skręcił, wciąż śpiewając, za kapliczką w lewo i zakołatał do drzwi Abrenuncia.

Po dłuższej ciszy dało się słyszeć utykające kroki i rozespany głos:
„Kto to?”. 
„Prawo!” - odpowiedział Delaura. 
To   była   jedyna   rzecz,   jaka   mu   przyszła   do   głowy,   żeby   nie   wykrzykiwać   swego 

imienia. Abrenuncio otworzył drzwi przekonany, iż rzeczywiście dobija się doń władza i nie 
rozpoznał go. „Jestem diecezjalnym bibliotekarzem” - powiedział Delaura. Lekarz wpuścił go 
do mrocznej sieni i pomógł zdjąć przemoczoną pelerynę. We właściwym sobie stylu zapytał 
po łacinie:

„W jakiej bitwie stracił ksiądz oko?”.
Delaura opowiedział mu w swej klasycznej łacinie o przykrym dlań wypadku przy 

zaćmieniu  i wdał się w szczegóły dotyczące  uporczywej  wciąż dolegliwości, choć lekarz 
biskupa   zapewnił   go,   że   przepaska   jest   niezawodna.   Ale   Abrenuncio   zważał   jedynie   na 
czystość jego łaciny. 

„Jest absolutnie doskonała - powiedział zadziwiony. - Skąd ksiądz jest?”
„Z  Ávili” - odpowiedział Delaura. 
„Tym godniejsza pochwały” - powiedział Abrenuncio.
Kazał mu zdjąć sutannę i sandały,  odłożył  je, by wyschły i podał swoją pelerynę 

wyzwoleńca, by mógł przysłonić obcisłe nogawice. Następnie zdjął przepaskę i wyrzucił ją na 
śmieci.  „Jedyne,  co dolega temu  oku, to to, że widzi więcej  niż potrzeba”  - powiedział. 
Delaura   zwracał   uwagę   jedynie   na   liczbę   książek   nagromadzonych   w   izbie.   Abrenuncio 
spostrzegł   to  i zaprowadził  go  w  głąb,  gdzie  na  sięgających  sufitu  półkach  było  książek 
jeszcze więcej. 

background image

„Boże Święty! - wykrzyknął Delaura. - Toż to biblioteka Petrarki”.
„I jakieś dwieście książek więcej” - powiedział Abrenuncio.
Pozwolił mu grasować do woli. Znajdowały się tam unikalne egzemplarze, których 

posiadanie   mogło   w   Hiszpanii   grozić   więzieniem.   Delaura   rozpoznawał   je,   kartkował   w 
podnieceniu i z bólem serca stawiał z powrotem na półki. Na uprzywilejowanym miejscu, 
obok odwiecznego Fray Gerundio, odnalazł komplet Woltera po francusku i łaciński przekład 
Listów filozoficznych.

„Wolter po łacinie to prawie herezja” — zażartował.
Abrenuncio   opowiedział   mu,   że   przekładu   dokonał   zakonnik   z   Coimbry,   który 

pozwalał  sobie  na  luksus  tworzenia   rzadkich  książek  ku  pokrzepieniu   pielgrzymów.   Gdy 
Delaura przeglądał książkę, lekarz zapytał go, czy zna francuski.

„Nie mówię po francusku, ale czytam” — powiedział Delaura po łacinie. I dodał bez 

fałszywej   skromności:   „Poza   tym   znam   grekę,   angielski,   włoski,   portugalski   i   trochę 
niemiecki”.

„Pytam z uwagi na to, co powiedział ksiądz o Wolterze - odparł Abrenuncio. - To 

doskonała proza”.

„I sprawia nam największy ból — powiedział Delaura. - Szkoda, że została napisana 

przez Francuza”. 

„Tylko Hiszpan może tak mówić” — stwierdził Abrenuncio. 
„W moim wieku, i z krwią tak w przeszłości zmieszaną, trudno mi rzec z całkowitą 

pewnością, skąd jestem - powiedział Delaura. - Ani kim jestem”. 

„Nikt tego nie wie, jak te królestwa długie i szerokie - powiedział Abrenuncio. - I 

sądzę, że wieków nie stanie, żeby się dowiedzieć”.

Delaura   rozmawiał,   ciągle   przeglądając   bibliotekę.   Nagle,   jak   mu   się   to   często 

zdarzało, przypomniał sobie o książce skonfiskowanej mu, gdy miał dwanaście lat, przez 
rektora   seminarium   i   z   której   pamiętał   tylko   jeden   epizod,   przez   całe   życie   powtarzany 
każdemu, kto tylko mógł mu pomóc. 

„Pamięta ksiądz tytuł?” - zapytał Abrenuncio. 
„Nigdy go nie znałem - powiedział Delaura. - A dałbym nie wiem co, żeby poznać 

zakończenie”.

Bez uprzedzenia lekarz postawił przed nim książkę, którą ten rozpoznał od pierwszego 

wejrzenia. Była to stara sewilska edycja Czterech ksiąg Amadisa z Walii. Delaura przejrzał ją 
wzruszony i zdał sobie sprawę, że jest o krok od wiecznego potępienia. W końcu zebrał się na 
odwagę:

„Czy pan wie, że jest to książka zakazana?”.
„Jak wszystkie najlepsze powieści z tamtych wieków - stwierdził Abrenuncio. - A 

miast   nich   drukuje   się   wyłącznie   traktaty   dla   uczonych   mężów.   Co   czytaliby   dzisiejsi 
biedacy, gdyby po kryjomu nie czytali powieści rycerskich?”.

„Są   inne   -   powiedział   Delaura.   —   Sto   egzemplarzy   pierwodruku  Don   Kichota 

przeczytano tu w roku jego edycji”.

„Nie tyle przeczytano - sprostował Abrenuncio — ile przewieziono przez granicę”.
Delaura   nie   zwrócił   nań   uwagi,   bo   zdołał   zidentyfikować   przepiękny   egzemplarz 

Amadisa z Walii.

„Ta książka zniknęła dziewięć lat temu z sekretnego działu naszej biblioteki i nigdy 

nie mogliśmy natrafić na jej ślad” - powiedział. 

„Powinienem był się domyślić - powiedział Abrenuncio. - Ale istnieją jeszcze inne 

powody, żeby uznać ten egzemplarz za historyczny: krążył z rąk do rąk przez ponad rok, 
miało go co najmniej jedenaście osób, z których przynajmniej trzy zmarły. Jestem pewien, że 
padły ofiarą jakichś nieznanych wyziewów”.

„Moim obowiązkiem powinno być zadenuncjowanie pana osoby Świętemu Oficjum” - 

background image

powiedział Delaura.

Abrenuncio przyjął to jako żart.
„Powiedziałem jakąś herezję?”.
  „Mówię to z uwagi na posiadanie przez pana książki zakazanej, w dodatku cudzej 

własności, i niedoniesienie o tym”.

„Ani o tej, ani o wielu innych - powiedział Abrenuncio zakreślając palcem szeroki łuk 

po przepełnionych półkach. - Ale gdyby o to chodziło, przyszedłby ksiądz już dawno temu, a 
ja nie otworzyłbym księdzu drzwi”. Odwrócił się ku Delaurze i stwierdził z całą życzliwością: 
„Natomiast ja cieszę się, że przybył ksiądz właśnie teraz, sprawiając mi tym wielką radość”,

„Markiz,   niespokojny   o   los   swojej   córki,   zasugerował   mi,   żebym   tu   zaszedł”   - 

powiedział Delaura.

Abrenuncio posadził go na wprost siebie i obaj oddali się nałogowi rozmowy, podczas 

gdy morzem wstrząsała apokaliptyczna burza. Lekarz przeprowadził inteligentny i uczony 
wykład o wściekliźnie od zarania dziejów, o bezkarnie przez nią czynionych spustoszeniach, 
o tysiącletniej bezradności nauk medycznych. Dał godne pożałowania przykłady, jak mylnie 
ją zawsze identyfikowano z diabelskim opętaniem czy też z pewnymi rodzajami szaleństwa i 
innymi zaburzeniami ducha. A jeśli chodzi o Siervę Marię, jest rzeczą mało prawdopodobną, 
by zapadła na nią po tylu tygodniach. Może zaś umrzeć, zakończył Abrenuncio, jak zmarło 
już   tylu   innych,   w   wyniku   okrucieństw   ezgorcyzmów   i   jest   to   jedyne   rzeczywiste 
niebezpieczeństwo.

Ostatnie zdanie wydało się Delaurze przesadą właściwą medycynie średniowiecznej, 

ale nie polemizował z nim, gdyż wspierało jego teologiczne rozpoznanie, że dziewczynka nie 
jest   opętana.   Powiedział,   że   trzy   afrykańskie   języki   Siervy   Marii,   tak   odmienne   od 
hiszpańskiego   i   portugalskiego,   w   najmniejszym   stopniu   nie   były   obarczone   szatańskimi 
cechami, jakie przypisywano im w klasztorze. Istniało wiele świadectw, że obdarzona jest 
niebłahą siłą fizyczną, ale brakowało choćby jednego dowodu potwierdzającego, iż jest to 
moc nadprzyrodzona. Nie zaświadczono również żadnego aktu lewitacji ani przepowiadania 
przyszłości,   dwóch   zjawisk,   które,   co   warto   zauważyć,   stanowią   również   drugorzędne 
dowody   świętości.   Niemniej   Delaura   starał   się   o   uzyskanie   poparcia   swych   wybitnych 
współbraci, nawet z innych wspólnot, i żaden nie odważył  się wystąpić przeciwko aktom 
klasztornym   ani   podważyć   gminnych   przesądów.   Był   jednak   świadom,   że   nikogo   nie 
przekona ani jego osąd, ani opinia Abrenuncia, a tym bardziej ich wspólna ocena.

„Bylibyśmy sami przeciw wszystkim” - powiedział. 
„Dlatego zaskoczyła mnie ta wizyta - odparł Abrenuncio. - Na terenach łowieckich 

Świętego Oficjum jestem li tylko pożądaną zwierzyną”.

„Prawdę   mówiąc,   sam   do   końca   nie   wiem,   dlaczego   przyszedłem   -   powiedział 

Delaura. - Choć i tak być może, że owa istota została mi wskazana przez Ducha Świętego, by 
poddać próbie moc mojej wiary”.

Wystarczyło mu to powiedzieć, by wyswobodził się z duszącej go pętli westchnień. 

Abrenuncio spojrzał mu w oczy, głęboko, w głąb duszy samej, i pojął, że Delaura bliski jest 
płaczu. 

„Proszę się nie męczyć daremnie - odezwał się uspokajającym tonem. - Być może 

przybył ksiądz wyłącznie z potrzeby porozmawiania o niej”.

Delaura poczuł się obnażony. Podniósł się, zaczął szukać drzwi i nie uciekł jak stał 

tylko dlatego, że stał w gatkach. Abrenuncio pomógł mu nałożyć  mokre jeszcze odzienie 
usiłując odwlec jego odejście, by kontynuować rozmowę. „Mógłbym z księdzem rozmawiać 
w nieskończoność aż do następnego stulecia” - powiedział. Usiłował go jeszcze zatrzymać 
podając flakonik przezroczystych kropli, które miały wykurować trwające w oku zaćmienie. 
Zawrócił   go   spod   drzwi,   by   odszukać   walizeczkę,   którą   zapodział   w   jakimś   kącie.   Ale 
Delaura   zdawał   się   miotać   jak   śmiertelnie   trafione   zwierzę.   Podziękował   za   wieczór,   za 

background image

pomoc medyczną, za krople, w zamian łaskawie zapewniając tylko, że któregoś dnia wróci na 
spokojniejsze przysiedzenie.

Musiał, i było to silniejsze od niego, natychmiast zobaczyć Siervę Marię. Wychodząc 

od Abrenuncia ledwie zwrócił uwagę, że jest głęboka noc. Przestało padać, ale rynsztoki po 
burzy zamieniły się w potoki i Delaura rzucił się środkiem ulicy,  gdzie woda sięgała  po 
kostki. Furtianka, z uwagi na mającą się lada chwila rozpocząć porę nocną, usiłowała go nie 
wpuścić. Odsunął ją:

„Z rozkazu wielebnego księdza biskupa”. 
Sierva Maria obudziła  się wylękniona  i nie poznała go w ciemnościach. Nie miał 

pojęcia, jak jej wytłumaczyć,  dlaczego przybywa  o tak odmiennej niż zazwyczaj  porze, i 
chwycił się pierwszego lepszego pretekstu:

„Ojciec chce cię zobaczyć”.
Dziewczynka rozpoznała walizeczkę i twarz jej zapłonęła furią.
„Ale ja nie chcę” - powiedziała. 
On, zbity z tropu, zapytał, dlaczego. 
„Bo nie - odparła. — Wolę umrzeć”. 
Delaura   spróbował   uwolnić   jej   zdrową   kostkę   z   rzemienia   sądząc,   że   tym   ją 

udobrucha.

„Proszę mnie zostawić - powiedziała. — Proszę mnie nie dotykać”.
Nie posłuchał jej i dziewczynka zaczęła, raz za razem, bryzgać mu w twarz śliną. 

Nawet się nie ruszył; nadstawił drugi policzek. Sierva Maria nie przestała go opluwać. Znów 
obrócił   twarz   nadstawiając   pierwszy   policzek,   upojony   oparami   zakazanej   rozkoszy 
unoszącymi się z głębi jego własnych trzewi. Zamknął oczy i zaczął modlić się w duszy, 
podczas   gdy   Sierva   Maria   wciąż   pluła   i   pluła,   tym   zacieklej,   im   większą   sprawiała   mu 
rozkosz, póki nie zrozumiała, jak daremna jest jej wściekłość. I wtedy na oczach Delaury 
rozpętało się przerażające widowisko prawdziwego opętania. Włosy Siervy Marii zjeżyły się 
same z siebie niczym węże Meduzy i z ust bluzgnęła zielona piana i stek bluźnierstw w 
językach bałwochwalców. Delaura chwycił swój krucyfiks, zbliżył do jej twarzy i wrzasnął 
przerażony:

„Wynijdź stamtąd, kimkolwiek jesteś, bestio piekielna!”.
Jego krzyki  pobudziły do jeszcze większego wrzasku dziewczynkę,  która była  już 

bliska  rozerwania  sprzączek  od  pasów.  Strażniczka   przybiegła   przerażona  i   próbowała   ją 
powstrzymać,   ale   dopiero   Martinie   udało   się   uspokoić   Siervę   Marię   swymi   niebiańskimi 
sposobami. Delaura uciekł.

Biskup zaniepokojony, że bibliotekarz nie przybył na wieczorne czytanie, zauważył, 

że ten bezwolnie unosi się na swym własnym obłoku, gdzie nic z tego ani z tamtego świata go 
nie obchodzi, prócz przerażającego wizerunku Siervy Marii zohydzonej przez diabła. Delaura 
uciekł do biblioteki, ale nie mógł czytać. Odmówił modlitwy z wiarą najżarliwszą, zaśpiewał 
teorbanową   piosenkę,   z   oczu   spłynęły   mu   łzy   jak   wrzący   olej,   które   poparzyły   mu 
wnętrzności.   Otworzył   walizeczkę   Siervy   Marii   i,   jedną   po   drugiej,   rozłożył   na   stole 
znajdujące się w niej rzeczy. Nauczył się ich, powąchał z zachłannością spragnionego ciała, 
pokochał je i przemówił do nich obscenicznymi heksametrami, póki już dłużej strzymać nie 
mógł. Wówczas obnażył tors, wyjął z szuflady żelazną dyscyplinę, której nigdy nie odważył 
się tknąć i zaczął biczować się z nienasyconą nienawiścią, która dopóty mu nie odchodziła, 
dopóki do cna nie wyplenił ze swych wnętrzności ostatnich śladów Siervy Marii. Biskup, 
wciąż zatroskany jego stanem, odnalazł go tarzającego się w kałuży krwi i łez.

„To demon, ojcze - powiedział Delaura. - Najstraszniejszy ze wszystkich”.

background image

PIĘĆ

Biskup   wezwał   Delaurę   przed   swoje   oblicze   i   z   całą   surowością   wysłuchał   jego 

szczerej   i   całkowitej   spowiedzi,   świadom,   że   nie   sakramentu   udziela,   ale   postępowanie 
sądowe   przeprowadza.   Jedyną   słabością,   na   jaką   sobie   wobec   niego   pozwolił,   było 
zachowanie w sekrecie jego prawdziwego przewinienia, niemniej pozbawił go wszystkich 
apanaży   i   prerogatyw,   nie   rozgłaszając   publicznie   przyczyn   swej   decyzji,   i   odprawił   do 
szpitala Miłości Bożej, by tam służył trędowatym jako pielęgniarz. Delaura błagalnie poprosił 
o pociechę przynajmniej w postaci zgody na odprawianie dla trędowatych mszy o piątej i 
biskup  udzielił   mu   jej.  Ukląkł  z   uczuciem  głębokiej   ulgi   i  razem   odmówili   Ojcze   Nasz. 
Biskup pobłogosławił go i pomógł wstać. 

„Niech Bóg się nad tobą zmiłuje” - powiedział. I wyrugował go ze swego serca.
Choć Cayetano już rozpoczął odbywanie nałożonej nań kary, dostojnicy diecezjalni 

wstawiali się za nim, ale biskup pozostał nieugięty. Odrzucił teorię, jakoby egzorcyści często 
stawali się ofiarami opętania przez te same demony, przeciw którym występują. Ostatecznym 
jego argumentem było stwierdzenie, że Delaura, miast ograniczyć się do przeciwstawienia im 
świętej   mocy   Chrystusa,   poważył   się   na   zuchwalstwo   podjęcia   z   demonami   dyskusji   o 
sprawach wiary. Właśnie to, powiedział biskup, naraziło i zepchnęło na skraj herezji jego 
duszę.   Największe   jednak   zaskoczenie   wzbudził   fakt,   że   biskup   tak   surowo   potraktował 
swego   zaufanego   człowieka   za   przewinienie,   które   co   najwyżej   zasługiwało   na   pokutę 
zielonych świec.

Martina zaopiekowała się Siervą Marią z przykładnym oddaniem. Również i ona była 

przybita odrzuceniem prośby o ułaskawienie, ale dziewczynka dostrzegła to dopiero podczas 
jednej z wieczornych lekcji haftu na tarasie, kiedy podniosła głowę i ujrzała ją skąpaną we 
łzach. Martina nie kryła swej rozpaczy:

„Wolę być martwa, niż dalej konać w tej niewoli”. 
Całą swą nadzieję pokładała w konszachtach Siervy Marii z jej diabłami. Ciekawa 

była, co to za diabły, jak wyglądają, jak należy się z nimi układać. Dziewczynka wyliczyła ich 
sześć i Martina rozpoznała w jednym z nich demona afrykańskiego, który niegdyś nękał dom 
jej rodziców. Kolejna nadzieja ożywiła ją. 

„Chciałabym   z   nim   porozmawiać”   -   powiedziała.   I   uściśliła   swoje   życzenie:   „W 

zamian za moją duszę”.

Sierva Maria dała upust szelmostwu. „Jest niemową — powiedziała. - Patrzysz mu 

prosto w twarz i od razu wiadomo, co chce powiedzieć”. Z całą powagą przyrzekła, że gdy 
tylko ją nawiedzi, natychmiast da Martinie znać.

Cayetano ze swej strony z pokorą poddał się uwłaczającym warunkom panującym w 

szpitalu. Trędowaci, nieżyjący już dla świata, spali na polepie w barakach zbitych  z bali 
palmowych.   Wielu   pełzało   i   wlokło   swe   ciała   jak   mogło   najsprawniej.   Wtorki,   dni 
przeznaczone   na   ogólną   kurację,   były   skrajnie   wyczerpujące.   Własnowolnie   spełniając 
oczyszczającą   ofiarę  Cayetano  poświęcił   się  kąpaniu  najbezradniejszych   w  gospodarskich 
korytach. Tę właśnie posługę czynił w pierwszy wtorek pokuty, odarty z godności kapłańskiej 
do  zgrzebnego   fartucha   pielęgniarza,   kiedy  pojawił   się  Abrenuncio   na   podarowanym   mu 
przez markiza kasztanku. 

„Jak oko?” - zapytał.
Cayetano nie skorzystał ze sposobności, by opowiedzieć o swym nieszczęściu czy 

poużalać się nad swym stanem. Podziękował za krople, które istotnie usunęły z jego źrenicy 
obraz zaćmienia.

„Nie ma mi ksiądz za co dziękować - odparł Abrenuncio. - Dałem to, co najlepszego 

mamy na słonecznicę: krople deszczówki”.

Zaprosił, by przyszedł doń w odwiedziny. Cayetano wyjaśnił, że nie może opuszczać 

szpitala bez zezwolenia. Abrenuncio nie przejął się tym. „Jeżeli wiadome są ułomności tych 

background image

królestw, to niewątpliwie wie ksiądz, że prawo przestrzegane jest tu nie dłużej niż trzy dni” - 
powiedział. Do dyspozycji oddał mu własną bibliotekę, by mógł kontynuować swoje studia, 
dopóki nie zostanie mu oddana sprawiedliwość. Cayetano wysłuchał go z zainteresowaniem, 
ale bez najmniejszych złudzeń.

„Zostawiam księdza z tą udręką - skonstatował Abrenuncio spinając konia ostrogami. 

—   Żaden   bóg   nie   może   stworzyć   takiego   talentu,   by   następnie   zmarnotrawić   go   na 
szorowaniu lepurów”.

W następny wtorek przywiózł mu w prezencie tom  Listów filozoficznych  po łacinie. 

Cayetano   przekartkował  książkę,   obwąchał   środkowe  stronice,  oszacował   jej   wartość.  Im 
bardziej doceniał jej walory, tym mniej pojmował Abrenuncia. 

„Ciekaw jestem, dlaczego mnie pan tak hołubi” — powiedział.
„Bo nam,  ateistom,  nie sposób żyć  bez duchownych  — powiedział  Abrenuncio. - 

Pacjenci  powierzają  nam swoje ciała,  ale  nie  powierzają nam  swoich  dusz,  więc niczym 
diabeł dybiemy na nie i usiłujemy o nie walczyć z Panem Bogiem”.

„To nie pasuje do pańskich przekonań” - stwierdził Cayetano. 
„Nawet ja nie wiem, jakie też są moje przekonania” - rzekł Abrenuncio. 
„Święte Oficjum wie” — odparł Cayetano. 
Wbrew pozorom ów celny strzał zachwycił Abrenuncia. „Proszę do mnie zajść i wtedy 

spokojnie o tym podyskutujemy - powiedział. - Sypiam w nocy po dwie godziny zaledwie, a i 
to budząc się co chwila, stosowna więc będzie każda pora”. Spiął konia i odjechał.

Cayetano   wnet   pojął,   że   ogromnej   władzy   nie   traci   się   połowicznie.   Ci   wszyscy, 

którzy jeszcze nie tak dawno zabiegali o jego względy,  unikali go teraz jak trędowatego. 
Najserdeczniejsi przyjaciele od sztuk pięknych i literatury odsunęli się, by nie narazić się na 
zetknięcie ze Świętym Oficjum. Ale Cayetanowi było wszystko jedno. Serca starczało mu 
tylko dla Siervy Marii, a i to wydawało mu się wciąż za mało. Przekonany był, że nie ma 
takich   gór   i   oceanów,   ani   praw   ziemskich   czy   niebiańskich,   ni   mocy   piekielnych,   które 
mogłyby ich rozdzielić.

Pewnej   nocy,   pod   wpływem   opętańczego   impulsu,   wymknął   się   ze   szpitala,   by, 

obojętnie jakim sposobem, przedostać się do klasztoru. Wejść było cztery. Główne, czyli furta 
obrotowa, drugie, tych samych rozmiarów, od strony morza i dwie furtki służbowe. Dwa 
pierwsze były nie do przejścia. Od strony plaży Cayetano mógł bez trudu rozpoznać okno 
Siervy Marii w więziennym pawilonie, bo było to jedyne okno nie zakratowane. Obejrzał 
budynek od strony ulicy, piędź po piędzi, daremnie szukając najmniejszej szczeliny, przez 
którą mógłby się wśliznąć.

Już miał dać za wygraną, kiedy przypomniał sobie o podkopie, przez który ludność 

dostarczała klasztorowi pożywienia podczas  Cessatio a Divinis. Podkopy, już to forteczne, 
już   to   klasztorne,   były   czymś   nader   typowym   dla   owych   czasów.   W   mieście   wiedziano 
wówczas o co najmniej sześciu, a z biegiem lat odkryto kolejne tunele, z włazami rodem z 
przygodowych   romansów.   Jeden   z   trędowatych,   który   w   swoim   czasie   był   grabarzem, 
wyjawił   Cayetanowi,   że   poszukiwany   przezeń   tunel   to   nie   używany   już   kanał   ściekowy 
łączący klasztor z przyległym doń terenem, gdzie w ubiegłym wieku znajdował się cmentarz 
pierwszych   klarysek.   Z   drugiej   strony   tunel   wychodził   dokładnie   pod   pawilonem 
więziennym, tuż przy wysokim i szorstkim murze sprawiającym wrażenie przeszkody nie do 
pokonania. Niemniej Cayetano zdołał wreszcie po wielu nieudanych próbach wspiąć się na 
ścianę; był święcie przekonany, że dokonało się to dzięki potędze modlitwy, która pozwalała 
mu przezwyciężać wszystko.

W pawilonie o świcie panował niezmącony spokój. Cayetano, całkowicie pewien, że 

strażniczka   śpi   na   zewnątrz,   lękał   się   jedynie   Martiny   Laborde   gromko   chrapiącej   przy 
uchylonych drzwiach. Do tej pory ekscytacja przygodą pozwoliła mu trzymać nerwy na wo-
dzy, ale kiedy znalazł się przed celą i otwartą kłódką na skoblu, serce zaczęło tłuc się w nim 

background image

jak   oszalałe.   Pchnął   leciuteńko   drzwi,   zamarł,   dopóki   nie   ustało   skrzypienie   zawiasów   i 
wreszcie ujrzał Siervę Marię śpiącą w świetle lampki Najświętszego Sakramentu. Otworzyła 
natychmiast oczy, ale dopiero po jakimś czasie zdołała rozpoznać go w fartuchu pielęgniarza 
trędowatych. Pokazał jej starte do krwi paznokcie.

„Wszedłem po murze” - powiedział bezgłośnie.
Sierva Maria przyjęła jego słowa bez cienia wzruszenia.
„Po co?” - spytała.
„Żeby cię zobaczyć” — odparł. 
Onieśmielony własnym łamiącym się głosem i drżeniem rąk nie wiedział, co jeszcze 

ma powiedzieć.

„Niech pan stąd idzie” — powiedziała Sierva Maria.
Raz, drugi i trzeci pokręcił głową obawiając się, że głos odmówi mu posłuszeństwa. 

„Niech pan idzie — powtórzyła. - Albo zacznę krzyczeć”. Znajdował się już tak blisko niej, 
że mógł poczuć jej czysty oddech.

„Choćby mnie mieli zabić, nie odejdę” - powiedział. I poczuwszy nagle, że znalazł się 

po drugiej stronie strachu, dodał stanowczym już głosem: „Więc jeśli masz zamiar krzyczeć, 
to krzycz od razu”.

Zagryzła wargi. Cayetano usiadł na łóżku i dokładnie opowiedział jej o wymierzonej 

mu karze ani słowem nie wspominając o przyczynach. Zrozumiała więcej niż sam zdołał 
powiedzieć. Spojrzała nań ufnie i zapytała, dlaczego nie ma przepaski na oku.

„Już jej nie potrzebuję - powiedział odetchnąwszy z ulgą. - Teraz zamykam powieki i 

widzę włosy niczym rzekę złota”. 

Odszedł   po   clwóch   godzinach,   szczęśliwy,   bo   Sierva   Maria   zgodziła   się   na   jego 

kolejną wizytę, ale pod warunkiem, że przyniesie jej ulubione słodycze. Nazajutrz wieczorem 
tak się pospieszył, iż przybył za wcześnie, bo klasztor ciągle tętnił życiem, a i Sierva Maria 
nie   zgasiła   jeszcze   kaganka   wykańczając   hafty   Martiny.   Trzeciej   nocy   przyniósł   oliwę   i 
knoty, by mogli korzystać ze światła. W sobotę, czwartej obcy, przez wiele godzin pomagał 
jej w iskaniu wszy, które w czasie odosobnienia Siervy Marii ponownie się rozmnożyły. Po 
wyczyszczeniu   i   rozczesaniu   włosów   Cayetano   znowu   poczuł,   że   spływa   lodowatymi 
kropelkami   pokus.   Gorączkowo   oddychając   położył   się   obok  Siervy  Marii   i   napotkał   jej 
przezroczyste   oczy   tuż   tuż   przy   swoich.   Spłoszyli   się   oboje.   On,   modląc   się  ze   strachu, 
wytrzymał jej spojrzenie. Ona odważyła się przemówić:

„Ile pan ma lat?”.
„Skończyłem w marcu trzydzieści sześć” - odparł.
Przyjrzała mu się badawczo.
„To już staruszek z pana” - stwierdziła z odrobiną kpiny. Zerknęła na jego poorane 

czoło i dodała z całym okrucieństwem dziewczęcego wieku: „Pomarszczony staruszek”. Nie 
obruszył się. Sierva Maria zapytała, dlaczego ma biały kosmyk.

„To znamię” - powiedział.
„Pewnie od jakiejś pomady” — stwierdziła.
„Od urodzenia - powiedział. - Moja matka też miała taki”.
Przez cały czas patrzył jej głęboko w oczy, ale Sierva Maria ani przez chwilę nie 

okazała najmniejszego choćby śladu uległości. Westchnął głęboko i wyrecytował:

Och, szczęsne ochędóstwo, com niewcas odnalazł.
Nie zrozumiała.
„To wiersz dziadka mojej praprababki - wyjaśnił. — Napisał trzy eklogi, dwie elegie, 

pięć pieśni i czterdzieści sonetów. Większość z nich dla pewnej pozbawionej szczególnych 
przymiotów Portugalki, której nigdy nie zdobył, po pierwsze dlatego, że sam był żonaty, a po 
wtóre dlatego, że ona wyszła za mąż za innego i zmarła wcześniej niż on”.

„Też był księdzem?”. 

background image

„Żołnierzem” - odparł.
Coś drgnęło w sercu Siervy Marii, bo chciała jeszcze raz usłyszeć wiersz. Powtórzył 

go,   ale   tym   razem   nie   poprzestał   na   tym   jednym   sonecie,   lecz   mocnym   i   stosownie 
modulowanym   głosem   wyrecytował   wszystkie,   od   pierwszego   po   ostatni,   czterdzieści 
sonetów rycerza miłości i pól bitewnych don Garcilasa de la Vega, który zginął w kwiecie 
wieku od kul kamiennych. 

Skończywszy deklamację Cayetano ujął dłoń Siervy Marii i przyłożył do swego serca. 

Poczuła łoskot dręczącego go cierpienia.

„Cały czas czuję się tak samo” - powiedział. 
I ubiegając co rychlej własną panikę uwolnił się od mętnych rozterek, które żyć mu 

nie dawały. Wyznał, że nieustannie myśli o niej, że każdy kęs i łyk każdy mają jej smak, że 
życie to ona o każdej porze i w każdym miejscu, do którego to wszechistnienia Bóg jedynie 
ma moc i prawo, i że za rozkosz najwyższą miałby dla serca swego, gdyby mógł umrzeć z nią 
razem. Nie spojrzawszy na nią ani razu, kontynuował swe wynurzenia składnie i z tą samą 
żarliwością, z jaką poprzednio recytował wiersze, dopóki nie odniósł wrażenia, że Sierva 
Maria zasnęła. Ale nie spała, wpatrzona weń oczyma spłoszonej łani. Z trudem odważyła się 
zapytać:

„I co teraz?”.
„Teraz nic - odpowiedział. — Wystarczy mi, że wiesz o wszystkim”.
Nie mógł już dalej mówić. Płacząc, w milczeniu podłożył swe ramię pod głowę Siervy 

Marii, by służyło jej za poduszkę, ona zaś skuliła się u jego boku. Leżeli tak nie śpiąc, nic nie 
mówiąc, dopóki nie rozległo się pianie kogutów, on zaś zerwał się co żywo, żeby zdążyć na 
mszę o piątej. Zanim odszedł, Sierva Maria podarowała mu  cudowny naszyjnik Oddúa - 
osiemnaście cali paciorków z masy perłowej i korali.

Panika ustąpiła miejsca bojaźni serca. Delaura nie mógł zaznać chwili spokoju, robił 

wszystko byle jak, snuł się, póki nie nadchodziła owa szczęsna godzina, kiedy wymykał się ze 
szpitala,   żeby   ujrzeć   Siervę   Marię.   Docierał   do   celi   zadyszany,   przemoknięty   od 
ustawicznych  deszczy,  a ona czekała  nań z wielkim niepokojem,  ale  jeden jego uśmiech 
starczał, by odetchnęła z ulgą. Pewnej nocy to ona przejęła inicjatywę w recytowaniu wierszy, 
których uczyła się od tylokrotnego ich wysłuchiwania.  Gdy przystaję, by sobie samemu są 
przyjrzeć   i   przyjrzeć   się   mym   śladom,   gdzie   też   mnie   przywiodłaś
  -   zadeklamowała.   I 
łobuzersko zapytała:

„Jak idzie dalej?”. 
Zatracę, zgubię się, bom oddał się bez sztuki - tej, która dobrze wie, jak przywieść 

mnie do zguby - odpowiedział.

Powtórzyła z tą samą tkliwością i w podobny sposób wyrecytowali wszystkie sonety, 

aż do ostatniego, przeskakując wersy, przekręcając i łącząc je stosownie, bawiąc się nimi 
wedle swego widzimisię, z całkowitą swobodą i mistrzowską wprawą. Zasnęli ze zmęczenia. 
Gdy o piątej, pośród koguciej wrzawy, weszła strażniczka ze śniadaniem, oboje gwałtownie 
ocknęli się. Krew im zastygła. Dozorczyni postawiła śniadanie na stole, po czym rozejrzała 
się rutynowo po celi unosząc wysoko lampę i wyszła nie dostrzegłszy Cayetana w łóżku.

„Zmyślna bestia z tego Lucyfera - zaśmiał się, kiedy dech mu wrócił. - Nawet mnie 

uczynił niewidzialnym”.

Sierva Maria musiała wytężyć swój spryt, by strażniczka nie zajrzała ponownie tego 

dnia do celi. Późną nocą, po całodziennych psotach, oboje czuli, że zawsze byli kochani. 
Cayetano,  pół żartem,  pół serio, odważył  się pociągnąć  za sznurek gorsetu Siervy Marii. 
Osłoniła piersi rękami, w oczach pojawił się błysk wściekłości, a twarz spłonęła rumieńcem. 
Cayetano chwycił jej dłonie kciukami i palcami wskazującymi, jakby obawiał się sparzyć, i 
oderwał je od piersi. Próbowała się bronić, ale zareagował stanowczo, choć nie bez czułości.

„Powtarzaj ze mną” - powiedział: W ramiona twoje nareszcie trafiłem.

background image

Usłuchała.  Choć umrzeć mi w nich przyjdzie  — ciągnął rozsznurowując jej gorset 

zgrabiałymi palcami. Drżąc ze strachu powtórzyła niemal bezgłośnie:  Po to jedynie, by na 
mnie zaświadczyć, jak spada miecz na hołdownika szyję
. I po raz pierwszy pocałował ją w 
usta. Ciało Siervy Marii wzdrygnęło się z jękiem, wionęło łagodną bryzą i poddało się swemu 
losowi. Cayetano zaczął opuszkami palców przemierzać jej skórę, ledwie ją muskając, i po 
raz pierwszy w życiu dostąpił cudu objawienia się w ciele drugiej osoby. Jakiś wewnętrzny 
głos uprzytomnił mu, jak daleko od diabła pozostawał podczas bezsennych godzin nad łaciną 
i greką, podczas każdej religijnej ekstazy,  na pustkowiach czystości,  gdy ona tymczasem 
wyrastała   pośród   wszystkich   mocy   nieskrępowanej   miłości   w   barakach   niewolników. 
Szukając ratunku po omacku zdał się na Siervę Marię, by pokierowała nim w ciemnościach, 
ale w ostatniej chwili zdjęła go skrucha i poczuł, że jest na skraju moralnej przepaści. Legł na 
wznak   z   zamkniętymi   oczami.   Sierva   Maria,   zatrwożona   jego   milczeniem   i   martwotą, 
dotknęła go palcem.

,,Co panu jest?” — zapytała.
„Zostaw mnie — wymamrotał. — Modlę się”.
W następnych dniach przez nieliczne tylko chwile dane im było zaznać wytchnienia. 

Rozprawiali bezustannie, wciąż nienasyceni, o miłosnych cierpieniach. Całowali się do utraty 
tchu, zalewając się rzewnymi łzami deklamowali wiersze dla zakochanych, śpiewali sobie do 
ucha, tarzali się w grzęzawiskach pożądania po kres wytrzymałości: umęczeni, ale ciągle 
dziewiczy. Cayetano postanowił bowiem dochować ślubów aż do udzielenia mu sakramentu, 
Sierva Maria zaś jego wolę uznała za swoją.

W chwilach wytchnienia od porywów  namiętności poddawali się ciężkim próbom. 

Cayetano   wyznał,   że   gotów   jest   dla   niej   na   wszystko.   Sierva   Maria   z   dziecięcym 
okrucieństwem zażądała,  by zjadł dla niej  karalucha.  Złapał  karalucha  i, nim zdążyła  się 
spostrzec   i   temu   zapobiec,   połknął   go   żywcem.   Podczas   kolejnych,   szaleńczych   wyzwań 
zapytał, czy ścięłaby dla niego warkocz, a ona powiedziała, że tak, ale żartem, albo i serio, 
ostrzegła, że w takim razie musiałby się z nią ożenić, by ofiara została spełniona. Następnym 
razem zjawił się w celi z kuchennym nożem i rzekł: „Zobaczmy, czy to prawda”. Odwróciła 
się, żeby mógł ściąć jej cały warkocz. Przynagliła: „Śmiało!”. Nie śmiał. Parę dni później 
zapytała,   czy   dałby   poderżnąć   sobie   gardło   jak   koźlę.   Bez   wahania   powiedział,   że   tak. 
Chwyciła   nóż   gotowa   użyć   go   natychmiast.   Cayetano   odskoczył   przerażony,   czując   już 
przedśmiertny dreszcz. „Ty nie — wydusił. - Ty nie”. Sierva Maria, śmiejąc się do rozpuku, 
chciała wiedzieć dlaczego, a on wyznał jej prawdę:

„Bo ty naprawdę to zrobisz”.
W ciszy następującej po każdej burzy namiętności zaczęli również delektować się 

znużeniem  miłości  spowszedniałej. Sierva Maria dbała o celę, żeby było  w niej  czysto  i 
schludnie, kiedy z naturalnością powracającego do domu męża zjawi się Cayetano. On zaś 
uczył ją czytać i pisać, wprowadzając zarazem w świat poezji i szczególnego kultu dla Ducha 
Świętego, w oczekiwaniu na ten szczęśliwy dzień, kiedy będą wolni i po ślubie.

 O świcie 27 kwietnia Sierva Maria już zasypiała po wyjściu Cayetana z celi, kiedy 

przybyto   po   nią   bez   uprzedzenia,   by   przystąpić   do   egzorcyzmów.   Zaczął   się   rytuał   dla 
skazanych na śmierć. Zawleczono ją do wodopoju, umyto oblewając wodą prosto z cebrów, 
rozerwano jej naszyjniki i obłóczono w nikczemną koszulę heretyków. Zakonnica od prac 
ogrodowych   ucięła  jej  włosy  przy  szyi  czterema  ciachnięciami  sekatora  i  wrzuciła  je  do 
rozpalonego na podwórzu ogniska. Siostra balwierka przystrzygła jej resztę na pół cala, tak 
jak   klaryskom   pod   welon,   ścinane   kosmyki   również   wrzucając   do   ognia.   Sierva   Maria 
patrzyła na złocistą pożogę i słuchała trzasku płonących dziewiczych włosów, i czuła ostrą 
woń palonego rogu, i ani przez chwilę nie drgnął jej żaden mięsień na kamiennym obliczu. Na 
ostatek nałożyli jej kaftan bezpieczeństwa, twarz przykryli żałobną szmatą, po czym dwóch 

background image

niewolników zaniosło dziewczynkę do kaplicy na żołnierskich tragach.

Biskup zwołał Kapitułę katedralną złożoną ze światłych prebendarzy, którzy z grona 

swego wybrali czterech, by wspierali go w czynnościach proceduralnych. Dla ostatecznego 
potwierdzenia   doniosłości   sprawy   biskup   przemógł   nawet   niedostatki   swego   zdrowia. 
Zadysponował, by ceremonia, w odróżnieniu od innych pamiętnych wydarzeń, odbyła się nie 
w   katedrze,   ale   w   kaplicy   klasztoru   Świętej   Klary,   na   siebie   przyjmując   zarazem   trud 
dokonania egzorcyzmów.

Klaryski z przeoryszą na czele zajęły chór jeszcze przed jutrznią, wyśpiewując ją przy 

akompaniamencie organów, do głębi poruszone solennością budzącego się dnia. Niebawem 
stawili się prałaci Kapituły katedralnej, przełożeni trzech zakonów i najwyżsi przedstawiciele 
Świętego Oficjum. Prócz tych ostatnich nie było i być nie miało żadnych osób świeckich. 
Biskup, w  lektyce  niesionej  przez  czterech  niewolników,  zjawił  się  na  końcu, w   szatach 
ceremonialnych i z wyrazem niepocieszonego frasunku na twarzy. Zasiadł przed głównym 
ołtarzem,   przy   marmurowym   katafalku   zarezerwowanym   na   wielkie   uroczystości 
pogrzebowe, na obracającym się fotelu, który ułatwiał mu ruchy. Punktualnie o szóstej dwaj 
niewolnicy wnieśli na tragach Siervę Marię, w kaftanie bezpieczeństwa, z wciąż narzuconą na 
głowę fioletową płachtą.

Upał   stał   się   nieznośny   podczas   mszy   śpiewanej.   Basy   organów   grzmiały   pośród 

kasetonów pozostawiając szczeliny zaledwie dla słabych głosów klarysek skrytych za kratą 
chóru. Półnadzy niewolnicy, którzy nieśli tragi z Siervą Marią, nieustannie trzymali przy niej 
straż. Gdy msza dobiegała końca, odsłonili dziewczynie twarz, następnie zaś przenieśli ją i 
położyli   niczym   zmarłą   księżniczkę   na   marmurowym   katafalku.   Biskupi   niewolnicy 
przysunęli   do   niej   dostojnika   na   fotelu   i   odeszli,   zostawiwszy   ich   samych   na   znacznej 
przestrzeni przed głównym ołtarzem.

Wszystkich ogarnęło napięcie rosnące do kresu wytrzymałości, zaległa całkowita cisza 

jakby preludium niebiańskiego cudu. Akolita postawił w zasięgu biskupiej ręki kropielnicę. 
Biskup chwycił kropidło niczym maczugę, pochylił się nad Siervą Marią i pokropił całe jej 
ciało, modląc się szeptem. Nagle wypowiedział zaklęcie, od którego zadrżały fundamenty 
kaplicy.

  „Kimkolwiek  jesteś!  —  zagrzmiał.   —  Z  rozkazu  Jezusa  Chrystusa,  Boga  i   Pana 

wszystkiego, co widzialne i niewidzialne, wszystkiego, co jest, co było i co będzie, opuść to 
ciało odkupione przez chrzest i wróć do ciemności”. 

Sierva Maria, nieprzytomna z przerażenia, również podniosła krzyk. Biskup, chcąc ją 

uciszyć, zagrzmiał donośniej, ona jednak rozdarła się jeszcze głośniej. Biskup nabrał tchu i 
otworzył usta, by kontynuować egzorcyzmowanie, ale powietrze zamarło mu w piersiach i nie 
był już w stanie go wypuścić. Padł na twarz, poruszając ustami jak ryba wyciągnięta z wody, i 
ceremonia skończyła się z wielkim hukiem.

Tej   nocy   Cayetano   zastał   Siervę   Marię   dygocącą   w   gorączce   i   spętaną   kaftanem 

bezpieczeństwa. Do żywego dotknęła go nikczemnie ostrzyżona głowa. „Ojcze niebieski - 
szepnął   z   głuchą   wściekłością,   uwalniając   dziewczynę   z   rzemieni.   -   Jak   to   możliwe,   że 
przyzwalasz na taką zbrodnię”. Natychmiast po oswobodzeniu Sierva Maria rzuciła mu się na 
szyję i zamarła w jego objęciach, łkając w milczeniu. Dał jej się wypłakać. A później zwrócił 
jej twarz ku sobie i powiedział: „Dość już łez”. I przypomniał Garcilasa:

Wystarczą te, com je przez ciebie wypłakał.
Sierva Maria opowiedziała mu o strasznych przeżyciach w kaplicy. Mówiła o wrzawie 

chórów,   podobnej   hukom   bitewnym,   o   opętańczych   krzykach   biskupa,   o   jego   piekącym 
oddechu, o jego pięknych, zielonych oczach rozpalonych wzburzeniem. 

„Wyglądał jak diabeł” - powiedziała.
Cayetano uspokajał ją. Zapewnił, iż pomimo tytanicznej korpulencji, gromkiego głosu 

i swych żołnierskich metod biskup jest mądrym i dobrym człowiekiem. Przerażenie Siervy 

background image

Marii było więc w pełni uzasadnione, ale nie grozi jej żadne niebezpieczeństwo.

„Ja tylko chcę umrzeć” - powiedziała.
„Czujesz się wściekła i zdruzgotana, ja czuję się tak samo, bo nie mogę ci pomóc — 

powiedział. — Ale Bóg nam to wynagrodzi w dniu zmartwychwstania”.

Zdjął   naszyjnik   Oddua   podarowany   mu   przez   Siervę   Marię   i   zawiesił   go   na   jej 

ogołoconej z dawnych ozdób szyi. Wyciągnięci na łóżku, jedno obok drugiego, podzielili się 
swymi   lękami,   podczas   gdy   świat   gasł   powoli,   pozostawiając   po   sobie   jedynie   chrobot 
termitów w kasetonowym stropie. Gorączka ustąpiła. Cayetano odezwał się w ciemnościach.

„W Apokalipsie zapowiedziany jest dzień, który nigdy nie zaświta - powiedział. - 

Dałby Bóg, żeby to było dziś”.

Po odejściu Cayetana Sierva Maria zasnęła, ale po niespełna godzinie obudziło ją coś 

nowego. Obok przeoryszy stał przed nią stary ksiądz imponującej postury, o skórze ogorzałej 
od saletry, ze sterczącymi na głowie włosami, z krzaczastymi brwiami, chropowatymi dłońmi 
i wejrzeniem pobudzającym do ufności. Jeszcze Sierva Maria nie zdążyła przebudzić się na 
dobre, gdy ksiądz przemówił do niej w języku yoruba:

„Przynoszę ci twoje naszyjniki”.
Wydobył   z   kieszeni   splątane   naszyjniki,   w   stanie,   w   jakim   odzyskał   je   na   swoje 

wyraźne żądanie od siostry szafarki. Obwieszając nimi szyję Siervy Marii liczył je i określał 
w   poszczególnych   językach   afrykańskich:   czerwony   i   biały   to   miłość   i   krew   Changó, 
czerwony   i   czarny   to   życie   i   śmierć   Elegguá,   siedem   paciorków   to   woda   i   jasny   błękit 
Yemaya.   Przechodził   płynnie   z   yoruba   na   kongo   i   z   kongo   na   mandinga,   Sierva   Maria 
chłonęła zaś z wdzięcznością każde jego słowo. Jeśli więc przeszedł w końcu na kastylijski, 
to wyłącznie przez wzgląd na przeoryszę, która nie była w stanie uwierzyć, że Sierva Maria 
zdolna jest do takiej łagodności.

Był to ojciec Tomasz z Akwinu de Narvaez, kiedyś instygator Świętego Oficjum w 

Sewilli,   od   czasu   jakiegoś   proboszcz   w   dzielnicy   niewolników,   teraz   zaś   osobiście 
wyznaczony przez niedomagającego biskupa do kontynuowania egzorcyzmów. Towarzysząca 
mu sława człowieka srogiego nie budziła wątpliwości. Posłał na stos jedenastu heretyków, 
żydów i mahometan, ale renomę swą zawdzięczał przede wszystkim mnogości dusz, które 
zdołał wyrwać  ze szponów  najprzemyślniejszych  diabłów  Andaluzji. Był  subtelny,  tak w 
gustach, jak w obejściu, o właściwej Kanaryjczykom słodkiej wymowie. Syn królewskiego 
prokuratora,   który   ożenił   się   ze   swą   niewolnicą,   Kwarteronką,   urodził   się   tutaj   i   odbył 
nowicjat w miejscowym seminarium, udowodniwszy wprzódy czystość swego pochodzenia 
obecnością   białych   przodków   do   czwartego   pokolenia   wstecz.   Świetne   wyniki   w   nauce 
zaowocowały doktoratem w Sewilli, gdzie mieszkał i głosił słowo boże do ukończenia pięć-
dziesiątego roku życia. Wróciwszy w rodzinne strony poprosił o najskromniejszą parafię i z 
pasją zaczął poznawać afrykańskie religie i języki, pędząc żywot jeszcze jednego niewolnika 
pośród innych niewolników. Jak nikt inny stworzony był, żeby porozumieć się z Siervą Marią 
i siłą swoich racji stawić czoło jej demonom.

Sierva Maria w jednej chwili zobaczyła w nim archanioła wybawiciela i nie pomyliła 

się. W jej obecności szczegółowo rozpatrzył wszystkie podniesione w aktach argumenty i 
udowodnił przeoryszy, iż żaden z nich nie jest bezsporny. Wyłuszczył jej, że amerykańskie 
demony   niczym   nie   różnią   się   od   europejskich,   niemniej   ich   atrybuty   i   zachowania   są 
odmienne. Wyjaśnił cztery podstawowe reguły, dzięki którym rozpoznać można opętanie i 
wykazał,   z   jaką   łatwością   demon   potrafi   posłużyć   się   nimi,   by   uwierzono   w   coś   wręcz 
przeciwnego. Pożegnał się z Siervą Marią uszczypnąwszy ją czule w policzek. 

„Śpij spokojnie - powiedział. - Z gorszymi przeciwnikami już przestawałem”.
Tak życzliwie usposobił przeoryszę, iż nie omieszkała zaprosić go na słynną pachnącą 

czekoladę klarysek, z anyżowymi ciasteczkami i cukrowymi cudami tylko dla wybranych. 
Podczas   śniadania   w   prywatnym   refektarzu   udzielił   instrukcji   dotyczących   dalszego 

background image

postępowania. Przeorysza przyjęła je z wdzięcznością.

„Czy tej nieszczęśnicy pójdzie dobrze, czy źle, nie moja sprawa - powiedziała. - Ja 

tylko błagam Boga o to, by jak najszybciej opuściła mój klasztor”.

Ojciec przyrzekł, że dołoży wszelkich starań, by cała sprawa była kwestią zaledwie 

kilku dni, a może i kilku godzin. Gdy żegnali się w rozmównicy, radzi ze spotkania, ani 
jednemu ani drugiemu w myśli nie postało, że nie zobaczą się już nigdy więcej.

Tak   się   też   stało.   Ojciec   Akwin,   jak   nazywali   go   wierni,   ruszył   w   stronę   swego 

kościoła,   bo   od   dawna   niewiele   się   modlił,   choć   wynagradzał   to   Bogu   codziennie 
przeżywając   katusze   swoich   nostalgii.   Oszołomiony   śpiewnymi   zachętami   sprzedawców 
wszelakiego towaru zmitrężył czas jakiś przy portalach wyczekując, aż słońce się zniży, by 
przeprawić się przez bagniska portu. Kupił najtańsze słodycze  i los  loterii  dla ubogich z 
niepoprawną   nadzieją,   że   wreszcie   trafi   na   główną   wygraną   i   odnowi   swą   podniszczoną 
świątynię. Pół godziny spędził na rozmowach z czarnymi matronami, które siedziały niczym 
monumentalne   posągi   bożków   przed   rękodzielniczą   lichotą   wyłożoną   na   jutowych 
dywanikach.  Około  piątej  przeszedł  przez  zwodzony most  do dzielnicy Getsemani,  gdzie 
właśnie powieszono ścierwo grubego i złowrogiego psa, by wiadomo  było,  że zdechł na 
wściekliznę. Powietrze pachniało różami, a niebo było najprzezroczystszym niebem świata.

Dzielnica   niewolników,   na   samym   skraju   nadmorskich   mokradeł,   przerażała   swą 

nędzą. W lepiankach krytych liśćmi palmowymi mieszkano na kupie z sępami i świniami, a 
dzieci gasiły pragnienie w ulicznych kałużach. A jednak była to najradośniejsza dzielnica, 
cała w jaskrawych kolorach, pełna promiennych głosów nasilających się pod wieczór, kiedy 
wystawiano krzesła na środek ulicy, by zażyć chłodu. Proboszcz rozdzielił ciasteczka między 
dzieciarnię z mokradeł, zostawiając sobie trzy na kolację.

Kościół   mieścił   się   w   folwarcznym   budynku   ze   ścian   trzcinowanych,   krytym 

palmowym dachem, ze zbitym z palików krzyżem na szczycie. Wewnątrz stały ławy zbite z 
desek, jeden tylko ołtarz z jednym tylko świętym i drewniany pulpit, zza którego proboszcz w 
każdą   niedzielę   wygłaszał   kazania   w   afrykańskich   językach.   Plebania   zajmowała   część 
stanowiącą przedłużenie kościoła, bezpośrednio za ołtarzem, gdzie proboszcz mieszkał gorzej 
niż skromnie, w izdebce wyposażonej jedynie w zniszczone łóżko i wiejskie krzesło. Granice 
obejścia   wytyczało   kamieniste   podwórko,   pergola   zarośnięta   winoroślą   o   wysuszonych 
kiściach i kolczasty żywopłot odgradzający podwórze od mokradeł. Jedyna woda zdatna do 
picia dostępna była w otynkowanym zbiorniku stojącym w kącie podwórza.

Dwoje   nawróconych   Mandingów   -   stary   zakrystian   i   czternastoletnia   sierota   - 

pomagało księdzu w kościele i w domu, ale po różańcu już nie byli mu potrzebni. Przed 
zamknięciem drzwi na noc proboszcz zjadł ostatnie trzy ciasteczka, wypił szklankę wody i 
pożegnał się z sąsiadami siedzącymi na ulicy swą zwyczajową formułką po kastylijsku:

„Dobrą i świętą noc niech wam wszystkim Bóg ześle”.
O   czwartej   rano   zakrystian   mieszkający   nie   opodal   kościoła   zadzwonił   po   raz 

pierwszy na jedyną mszę. Przed piątą, widząc, że ojciec spóźnia się, poszedł po niego do 
pokoju. Nie było go tam. Nie znalazł go również na podwórzu. Szukał go dalej po sąsiednich 
podwórkach, gdzie ksiądz szedł czasem z samego rana na pogawędki. Tam też go nie było. 
Nielicznym   schodzącym   się   wiernym   ogłosił,   że   mszy   nie   będzie,   bo   nie   może   znaleźć 
księdza proboszcza. O ósmej, gdy słońce zaczynało już przygrzewać, sierota udała się do 
zbiornika po wodę i tam znalazła ojca Akwina unoszącego się na wznak, w pończochach, 
których nie zdejmował na noc. Smutna to była śmierć i bolesna, i zagadkowa, bo nigdy nie 
zdołano   dociec   jej   okoliczności,   choć   matka   przełożona   uznała   ją   za   ostateczny   dowód 
diabelskiej nienawiści do jej klasztoru.

Wieść nie dotarła do celi Siervy Marii, dziewczyna wyglądała więc ojca Akwina z 

nieodmiennie prostoduszną nadzieją. Nie potrafiła wytłumaczyć Cayetanowi, kto zacz, ale 
prosiła o przekazanie mu swej wdzięczności za zwrot naszyjników i obietnicę wydostania jej 

background image

stąd. Do tej pory obojgu wydawało się, że miłość wystarczy im do szczęścia. Nie kto inny, 
lecz właśnie Sierva Maria, wyprowadzona z błędu przez ojca Akwina, zdała sobie sprawę, że 
wolność zależy tylko od nich. Pewnego dnia o świcie, po wielu przecałowanych godzinach, 
zaczęła błagać Delaurę, żeby nie odchodził. Zbagatelizował prośbę i pożegnał się jeszcze 
jednym pocałunkiem. Wyskoczyła z łóżka i rozpostarłszy ramiona zatarasowała drzwi. 

„Albo zostaje pan tutaj, albo ja też odchodzę”. :
Przy   jakiejś   okazji   powiedziała   mu,   że   chciałaby   uciec   z   nim   do   San   Basilio   de 

Palenque, osady zbiegłych niewolników, dwanaście mil stąd, gdzie bez wątpienia przyjęto by 
ją jak królową. Sam pomysł wydał się Cayetanowi zbawienny, ale nie chciał go wiązać z 
ucieczką.   Bardziej   ufał   w   legalne   procedury.   W   to,   że   markiz   odzyska   córkę   po 
bezdyskusyjnym udowodnieniu, że Sierva Maria nie jest opętana, sam zaś Cayetano uzyska 
przebaczenie i zezwolenie biskupa na przejście do świeckiej wspólnoty, gdzie małżeństwa 
duchownych  lub  zakonnic   należały  do  tak  częstych,  że  nie  gorszyły   nikogo.  Kiedy  więc 
Sierva Maria postawiła go wobec wyboru, że albo zostanie, albo weźmie ją ze sobą, Delaura 
raz jeszcze usiłował zająć jej uwagę czymś innym. Uwiesiła się na jego szyi i zagroziła, że 
zaraz   zacznie   wrzeszczeć.   Świtało.   Wystraszony   Delaura,   odepchnąwszy   ją   z   całej   siły, 
uwolnił się i uciekł w chwili, kiedy zaczynały się śpiewy na jutrznię.

Reakcja   Siervy   Marii   była   straszna.   Z   byle   powodu   podrapała   twarz   strażniczki, 

zaryglowała   drzwi   i   zagroziła,   że   jeśli   jej   nie   wypuszczą,   podpali   celę   i   spłonie   w   niej 
żywcem. Strażniczka, rozwścieczona rozdrapaną do krwi twarzą, ryknęła:

„Tylko spróbuj, bestio Belzebuba!”.
Jedyną odpowiedzią Siervy Marii było podpalenie siennika lampką Przenajświętszego 

Sakramentu.  Tragedii  zapobiegła  uspokajająca  i jak zwykle  łagodna  interwencja  Martiny. 
Strażniczka mimo wszystko zażądała w swym dziennym raporcie, żeby dziewczynka została 
przeniesiona do lepiej strzeżonej celi w pawilonie klauzury.

Desperacja   Siervy   Marii   obudziła   w   Cayetanie   chęć   jak   najszybszego   znalezienia 

innego od ucieczki rozwiązania. Dwukrotnie próbował zobaczyć  się z markizem i w obu 
przypadkach przeszkodziły mu w tym brytany, spuszczone z łańcucha i krążące samopas po 
domu pozbawionym pana. I prawdą było, że markiz miał już do swego domu nie powrócić. 
Uległszy swym ustawicznym lękom, usiłował schronić się pod opiekę Dulce Olivii, lecz ona 
drzwi mu nie uchyliła. Wołał ją na wszelkie sposoby, odkąd doskwierać mu zaczęły pustka i 
samotność, za całą odpowiedź otrzymując jedynie skrzydlate szyderstwa z papieru. Ni stąd, ni 
zowąd pojawiła się nie wołana i znienacka. Zamiotła i doprowadziła do porządku całkowicie 
zapuszczoną kuchnię, a na piecyku radośnie zabulgotał garnek. Ubrana była odświętnie w 
organdynową   suknię   z   falbanami,   wymalowana   i   pachnącą   modnymi   pomadkami   i 
balsamami, a jedyną wariacką rzeczą, jaką miała na sobie, był szerokoskrzydły kapelusz ze 
szmacianymi rybkami i ptaszkami.

„Wdzięczny   ci   jestem,   że   przyszłaś   —   powiedział   markiz.   —   Czułem   się   bardzo 

samotny”. I skończył skargą:

„Straciłem Siervę. Jestem zgubiony”. 
„To twoja wina - powiedziała, nie przykładając do jego słów większej wagi. - Zrobiłeś 

wszystko, żeby się zgubiła”. 

Przygotowała na kolację paprykarz na sposób kreolski, z trzema rodzajami  mięs  i 

najlepszymi   specjałami   z   warzywnika.   Dulce   Olivia   podała   go   z   manierami   godnymi 
prawdziwej pani domu, idealnie pasującymi do jej stroju. Rozwydrzone psy, dysząc, łaziły za 
nią krok w krok, plątały się między nogami, a Dulce Olivia zabawiała je szeptami panny 
młodej. Usiadła przy stole naprzeciwko markiza, tak jak mogli byli siedzieć, gdy byli młodzi i 
nie bali się miłości, i zabrali się do posiłku w milczeniu, nie patrząc na siebie, zalewając się 
potem i jedząc zupę z obojętnością starego małżeństwa. Po pierwszym daniu Dulce Olivia 
zrobiła przerwę, by odsapnąć, i zdała sobie sprawę ze swoich lat.

background image

„Taka byłaby z nas para” – powiedziała.
Markizowi udzieliła się jej szorstkość. Zobaczył ją grubą, starą, bez dwóch zębów i z 

przygasłymi oczami. Może i taka byłaby z nich para, gdyby miał odwagę sprzeciwić się ojcu.

„Tak wyglądasz, gdy jesteś przy zdrowych zmysłach” - powiedział.
„Zawsze przy nich byłam - odparła. - To ty nigdy nie chciałeś widzieć mnie takiej, 

jaką byłam naprawdę”.

„Wybrałem cię spośród całego tłumu, kiedy wszystkie były młode i piękne, i trudno 

było wybrać najlepszą” - powiedział.

„Ja sama wybrałam się dla ciebie - odparła. - A nie ty. Nic się nie zmieniłeś, wciąż 

taki sam: bida z nędzą”.

„Obrażasz mnie w moim własnym domu” — oburzył się.
Nadciągająca awantura dodała Dulce Olivii skrzydeł. „Tak samo twój, jak i mój - 

powiedziała. - Tak jak i dziewczynka jest moja, chociaż suka wydała ją na świat”. I nie dając 
mu czasu na replikę, stwierdziła:

„A już prawdziwym nieszczęściem są złe ręce, w które ją oddałeś”.
„Oddałem ją w ręce Boga” - powiedział. 
Dulce Olivia wrzasnęła rozzłoszczona:
„W ręce biskupiego syna, który zdążył ją skurwić i z brzuchem zostawić”.
„Gdybyś się tak w język ugryzła, to byś padła otruta!” — krzyknął markiz zgorszony.
„Sagunta może i przesadza, ale nie kłamie - powiedziała Dulce Olivia. - I nie próbuj 

mnie upokorzyć, bo już tylko ja zostałam, żeby miał ci kto zamknąć powieki, kiedy umrzesz”. 

Zawsze się tak kończyło. Dulce Olivii łzy zaczęły kapać do talerza niczym krople 

zupy ze zbyt pełnej łyżki. Psy już spały, ale obudziły je ostre głosy; uniosły łby ostrzegawczo 
i warknęły. Markiz poczuł, że brakuje mu tchu.

„Sama widzisz - powiedział wściekły - oto jaka byłaby z nas para”.
Wstała nie skończywszy jedzenia. Sprzątnęła stół i wzięła się z głuchą wściekłością do 

zmywania statków kuchennych, i co który talerz umyła i wypłukała, natychmiast tłukła go w 
cebrze. Pozwolił jej się wypłakać, póki z odgłosem gradobicia nie wyrzuciła potłuczonych re-
sztek do skrzyni na śmieci. Odeszła bez pożegnania. Markiz nigdy się nie dowiedział, nikt się 
nigdy nie dowiedział, w jakim momencie Dulce Olivia przestała być Dulce Olivią, stając się 
jedynie zjawą krążącą nocami po domu.

Pogłoska,   że   Cayetano   Delaura   jest   synem   biskupa,   pojawiła   się   w   miejsce 

poprzedniej,   głoszącej,   że   od   czasów   Salamanki   są   kochankami.   Wersja   Dulce   Olivii, 
potwierdzona   i   rozgłaszana   przez   Saguntę,   rzeczywiście   głosiła,   że   Sierva   Maria   została 
porwana i zamknięta w klasztorze, aby zaspokoić szatańskie apetyty Cayetana Delaury, i że 
spłodzili   dziecko   dwóch   głowach.   Ich   rozpustne   zabawy,   mówiła   Sagunta,   zbrukały   całą 
wspólnotę klarysek.

Markiz nigdy już nie mógł  przyjść  do siebie. Szukając na oślep po trzęsawiskach 

pamięci jakiegokolwiek schronienia przed trwogą, trafił jedynie na wspomnienie Bernardy 
uszlachetnione   przez   samotność.   Usiłował   zniszczyć   je   tym   wszystkim,   czego   w   niej 
najbardziej   nienawidził,   jej   cuchnącymi   wiatrami,   grubiańskimi   odwarknięciami, 
podagrycznymi   ostrogami,   ale   im   silniej   chciał   ją   zohydzić,   tym   bardziej   upiększały   ją 
wspomnienia.   Zdruzgotany   tęsknotą   posłał   jej,   na   próbę,   kilka   poruczeń   do   plantacji   w 
Mahates, gdzie, jak domniemywał, przebywała od dnia wyjazdu, i rzeczywiście tam była. 
Wysłał jej wiadomość, by zapomniała o swych urazach i wróciła do domu, żeby oboje mieli 
przynajmniej z kim umrzeć. Wobec braku odpowiedzi pojechał po Bernardę.

Musiał cofnąć się do źródeł pamięci. Hacjenda, należąca niegdyś do najlepszych w 

wicekrólestwie,   została   obrócona   w   perzynę.   Nie   sposób   było   odnaleźć   drogę   pośród 
chaszczy. Z cukrowni pozostały jedynie szczątki, maszyny zżarte przez rdzę, szkielety dwóch 
ostatnich   wołów   zaprzężone   jeszcze   do   kieratu   tłoczni.   Obrośnięta   bratkami   sadzawka   w 

background image

cieniu tykw była jedynym miejscem, w którym zdawało się istnieć życie. Nim dostrzegł dom 
spoza   gęstwiny   spalonej   słońcem   trzciny   cukrowej,   markiz   zdążył   poczuć   zapach 
perfumowanych mydeł Bernardy, który po latach przerodził się w jej naturalną woń, i zdał 
sobie sprawę, jak bardzo pragnął ją zobaczyć. Była tam, na werandzie, zagłębiona w fotelu na 
biegunach i połykająca kakao ze wzrokiem nieruchomo wbitym w horyzont. Miała na sobie 
tunikę  z  różowawej   bawełny  i  włosy  jeszcze   wilgotne  po  niedawnej  kąpieli  w  sadzawce 
bratków.

Zanim   pokonał   wiodące   na   ganek   trzy   schodki,   pozdrowił   ją:   „Dobry   wieczór”. 

Bernarda odpowiedziała nie patrząc nań, jakby pozdrowienie przyszło znikąd. Markiz wszedł 
na werandę i stamtąd przemierzył długim spojrzeniem cały horyzont ponad gęstwiną zarośli. 
Gdzie tylko wzrok sięgał, rozciągały się jedynie zdziczałe pola i tykwy przy sadzawce. „Co 
się stało z ludźmi?” - zapytał. Bernarda, jak jej ojciec, odpowiedziała  mu wciąż nań nie 
patrząc: „Wszyscy odeszli. Sto mil wokół nie ma żywej duszy”.

Wszedł   do   domu   po   krzesło.   Budynek   pozbawiony   był   drzwi,   a   spomiędzy   płyt 

podłogi wyrastały krzewy o fioletowych kwiatkach. W jadalni stał stary stół z kompletem 
krzeseł zżartych przez termity,  zegar, wskazujący tę samą godzinę od Bóg jeden wie jak 
dawna, a wszystko to w powietrzu pełnym niewidzialnego kurzu, który odczuwało się przy 
oddychaniu.  Markiz wziął  jedno z krzeseł,  usiadł  przy Bernardzie  i powiedział  cichutko: 
„Przyszedłem po panią”. 

Bernarda nie zareagowała, ale ledwo dostrzegalnie skinęła głową. Opowiedział jej, w 

jakim żyje stanie: dom opuszczony, niewolnicy czyhający za krzakami z gotowymi nożami, 
nie kończące się noce.

„To nie jest życie” — powiedział. 
„Nigdy nie było” - powiedziała.
„Ale może mogłoby być” - powiedział. 
„Nigdy byś mi pan tego nie powiedział, gdybyś naprawdę wiedział, jak bardzo pana 

nienawidzę” - powiedziała. 

„Ja też zawsze sądziłem, że pani nienawidzę — powiedział - a teraz widzę, że wcale 

nie jestem tego taki pewien”.

Wówczas Bernarda otworzyła przed nim swoje wnętrze, by i on mógł się w nim ujrzeć 

w świetle dnia. Opowiedziała mu, jak to było, że ojciec wysłał ją pod pretekstem śledzi i 
marynat, jak dał się nabrać na starą sztuczkę wróżenia z ręki, jak uzgodnili z ojcem, że ona go 
zgwałci, kiedy stroić będzie naiwniaka, i jak w zimny i wyrachowany sposób zaplanowali 
poczęcie Siervy Marii, żeby złapać go na całe życie. I tylko wdzięczny powinien jej być za to, 
że nie miała już serca, by wykonać ostatni punkt uzgodnionego z ojcem planu, czyli wlania 
mu do zupy tyle laudanum, żeby już się z nim nie męczyć.

„Sama założyłam sobie pętlę na szyję - powiedziała. — Ale nie żałuję. To już ponad 

moje siły, żebym jeszcze do tego miała kochać tę biedną wcześniaczkę, albo pana, przyczynę 
wszystkich moich nieszczęść”.

Ale i tak ostatnim gwoździem do jej całkowitego upadku była utrata Judasza Iskarioty. 

Szukając go w innych oddała się bez pohamowania cudzołóstwu z niewolnikami z cukrowni, 
co napawało ją zawsze największym wstrętem, póki nie odważyła się na to po raz pierwszy. 
Wybierała   ich   całymi   grupami,   ustawiała   gęsiego   i   załatwiała   po   kolei   na   skraju   gaju 
bananowego, dopóki pitny miód i tabliczki czekolady nie stargały doszczętnie jej wdzięków i 
stała się wzdęta i brzydka, i sił już nie stało na tak ogromne cielsko. Wtedy zaczęła płacić. Z 
początku   świecidełkami   najmłodszym,   podług   urody   i   kalibru,   w   końcu   czystym   złotem 
komukolwiek, kto się jeszcze ostał. Zbyt późno odkryła, że zbiegali tłumnie do San Basilio de 
Palenque, byle jak najdalej od jej nienasycenia.

„Wtedy zdałam sobie sprawę, że każdego z nich byłabym w stanie posiekać maczetą 

— powiedziała, nie uroniwszy ani jednej łzy. - I nie tylko ich, ale i pana, i dziewczynkę, i 

background image

tego tandeciarza, mojego ojca, i każdego, kto usrał mi życie. Ale jak się już jest takie nic, to i 
nikogo zabić się nie da”.

Siedzieli   w   milczeniu   patrząc   na   zachód   słońca   nad   przestworem   trzcinowych 

chaszczy. Pogwar dalekiego stadka zwierząt dobiegł spod widnokręgu i głos jakiejś strapionej 
kobiety nawołującej je po imieniu, jedno po drugim, póki noc nie zapadła. Markiz westchnął: 

„Jak widać, dziękować nie mam za co”. 
Wstał niespiesznie, odstawił krzesło na miejsce i odszedł tą samą drogą, którą przybył, 

bez pożegnania, w mrokach całkowitych. Jedynym po nim śladem, na jaki natrafiono letnią 
porą dwa lata później, na ścieżce donikąd, był obgryziony przez sępy szkielet.

Chcąc  dokończyć   zaległą  pracę,  Martina  Laborde   przeprowadziła  tego  dnia   lekcję 

haftowania trwającą cały ranek. Obiad zjadła w celi Siervy Marii, a na sjestę później wróciła 
do swojej. Wieczorem, gdy kończyły już hafty, powiedziała z dziwnym smutkiem. 

„Jeśli kiedykolwiek wyjdziesz z tego wiezienia, albo jeśli ja wyjdę pierwsza, pamiętaj 

zawsze o mnie - powiedziała. - To będzie moja jedyna chwała”.

Sierva Maria zrozumiała te słowa dopiero następnego dnia, kiedy obudziły ją krzyki 

strażniczki, bo o świcie cela Martiny była pusta. Przeszukano cały klasztor, kąt po kącie, nie 
natrafiając na najmniejszy ślad. Jedyną wieścią, jaka do niej dotarła, była zapisana ozdobnym 
pismem karteczka, którą Sierva Maria znalazła pod poduszką:  Będę się trzy razy dziennie  
modliła, żebyście byli szczęśliwi
.

Nie   otrząsnęła   się   jeszcze   z   zadziwiającej   niespodzianki,   gdy   do   celi   wkroczyła 

przeorysza z wikariuszką, w towarzystwie niższych rangą sióstr i patrolu straży uzbrojonej w 
muszkiety.  Wyciągnęła rozwścieczoną dłoń, by dotknąć Siervy Marii i wrzasnęła: „Jesteś 
wspólniczką i zostaniesz ukarana”. Dziewczynka uniosła wolną rękę z determinacją, która 
wbiła przeoryszę w ziemię.

„Widziałam, jak wychodzili” - powiedziała. 
Przeorysza osłupiała. 
„Nie była sama?”
„Było ich sześcioro” — powiedziała Sierva Maria. 
Niezbyt to było możliwe, a jeszcze mniej ich ucieczka przez taras, z którego jedyna 

droga   wiodła   przez   ufortyfikowany   dziedziniec.   „Mieli   skrzydła   jak   nietoperze   — 
powiedziała Sierva Maria machając rękami. — Rozpięli je na tarasie, unieśli ją w powietrze i 
polecieli,  polecieli,  hen za  morze”.  Przerażony kapitan  oddziału  przeżegnał  się  i padł  na 
kolana.

„Chwała   Panience   Najświętszej”   -   powiedział.   -   „Co   bez   grzechu   poczęła”   — 

odpowiedzieli chórem. 

Była   to   ucieczka   doskonała,   planowana   przez   Martinę   w   każdym   szczególe   i   w 

całkowitej tajemnicy od momentu, gdy odkryła, że Cayetano spędza noce w klasztorze. Nie 
wzięła tylko pod uwagę, albo nie obchodziło jej to wcale, że dla zatarcia wszelkich śladów 
powinna była zamknąć za sobą wejście do kanału ściekowego. Przeprowadzający śledztwo 
trafili w końcu na otwarty właz, dokładnie zbadali, odkryli prawdę i zamurowali z obu stron. 
Sierva   Maria   została   siłą   przeniesiona   do   zamykanej   na   kłódkę   celi   w   pawilonie 
pogrzebanych za życia. Tej nocy, w cudownym świetle księżyca, Cayetano zdarł sobie dłonie 
do krwi usiłując przedostać się przez zamurowane wejście. 

Ogarnięty szałem puścił się na poszukiwanie markiza. Pchnął bramę nie pukając i 

wszedł do bezludnego domu, którego pokoje rozświetlone były tym samym co i świat na 
zewnątrz światłem, bo pobielane ściany zdawały się przezroczyste w księżycowej poświacie. 
Porządek,   ustawienie   mebli,   kwiaty   na   rabatach,   wszystko   w   opuszczonym   domu   było 
doskonałe.   Brytany,   usłyszawszy   skrzypnięcie   zawiasów,   natychmiast   zaczęły   ujadać,   ale 
Dulce   Olivia   usadziła   je   w   miejscu   krótką,   żołnierską   komendą.   Cayetano   ujrzał   ją   w 

background image

zielonych cieniach patia, piękną i lśniącą w sukni markizy i z wpiętymi we włosy świeżymi 
kameliami o obłędnej woni, i uniósł rękę ze skrzyżowanym kciukiem i palcem wskazującym.

„W imię Boże: kim jesteś?” 
„Duszą pokutującą - odparła. - A pan?”
„Jestem Cayetano  Delaura  - powiedział  — i  przechodzę  błagać  na kolanach  pana 

markiza, by wysłuchał mnie przez chwilę”.

Oczy Dulce Olivii roziskrzyły się furią. 
„Pan markiz nie ma czego wysłuchiwać od rajfura”.
„A kimże pani jest, żeby w ten sposób mówić?”.
„Jestem królową tego domu” — odparła.
„Na   miłość   boską   -   powiedział   Delaura.   -   Proszę   powiadomić   pana   markiza,   że 

przychodzę porozmawiać o jego córce”. I bez ogródek, z ręką na sercu, wyznał:

„Umieram z miłości do niej”.
„Jeszcze   jedno   słowo   i   puszczam   psy   —   powiedziała   oburzona   Dulce   Olivia   i 

wskazała na drzwi. — Precz stąd”.

Biła z niej taka siła, że Cayetano wyszedł z domu tyłem, by nie stracić jej z oczu.
Abrenuncio,   wchodząc   we   wtorek   do   swej   szpitalnej   izdebki,   napotkał   w   niej 

wycieńczonego   śmiertelnym   czuwaniem   Delaurę,   który   opowiedział   mu   wszystko,   od 
prawdziwych przyczyn swojej kary po noce miłosne w celi. Abrenuncio nie mógł wyjść ze 
zdziwienia.

„Mógłbym księdza o wszystko posądzać, ale nie o tak skrajne szaleństwo”.
Cayetano zaskoczony z kolei jego reakcją, zapytał: 
„Nigdy nie przeżył pan czegoś takiego?”.
„Nigdy, naprawdę - odparł Abrenuncio. — Seks to talent, a ja go nie posiadam”. 
Usiłował wyperswadować mu wszystko. Powiedział, że miłość jest uczuciem wbrew 

naturze, że skazuje dwoje obcych sobie ludzi na nieszczęsne i niezdrowe uzależnienie, tym 
ulotniejsze, im bardziej intensywne. Ale Cayetano nie słuchał go. Jego obsesją było uciec jak 
najdalej od okowów chrześcijańskiego świata.

„Tylko markiz może nam pomóc wobec prawa - powiedział. - Chciałem go błagać o to 

na kolanach, ale nie zastałem go w domu”.

„I nigdy go ksiądz nie zastanie — odparł Abrenuncio. - Doszły go słuchy, że usiłował 

ksiądz nikczemnie wykorzystać dziewczynkę. Teraz zaś spostrzegam, że z chrześcijańskiego 
punktu widzenia nie jest to pozbawione racji”. Spojrzał mu w oczy: 

„Nie lęka się ojciec potępienia?”. 
„Myślę, że już jestem potępiony, ale nie przez Ducha Świętego - powiedział niczym 

nie   strwożony   Delaura.   —   Zawsze   uważałem,   że   bardziej   bierze   pod   uwagę   miłość   niż 
wiarę”.

Abrenuncio   nie   krył   podziwu,   jaki   wzbudzał   w   nim   ten   człowiek   dopiero   co 

uwolniony z jarzma rozumu. Ale nie złożył mu żadnych fałszywych obietnic, tym bardziej, 
gdy rzecz ocierała się o Święte Oficjum. 

„Wyznajecie religię śmierci, która dodaje wam odwagi i napełnia szczęściem, byście 

mogli stawić jej czoło — stwierdził. — A ja nie; ja sądzę, że najistotniejsze to być żywym”.

Cayetano   pobiegł   do   klasztoru.   Wszedł   w   biały   dzień   przez   furtkę   dla   służby   i 

przeszedł   przez   wirydarz   nie   zachowując   najmniejszych   choćby   środków   ostrożności, 
przekonany, że dzięki sile modlitwy jest niewidzialny.  Wszedł na drugie piętro, przeszedł 
przez pusty i bardzo niski korytarz  łączący obie części klasztoru i wkroczył  w  dziwny i 
milczący świat pogrzebanych za życia. Nie wiedząc o tym minął nową celę, gdzie Sierva 
Maria płakała za nim. Dochodził już do pawilonu więziennego, kiedy za jego plecami rozległ 
się krzyk, który zatrzymał go w miejscu:

„Stać!”.

background image

Odwrócił się i ujrzał zakonnicę z twarzą zakrytą welonem, dzierżącą wymierzony weń 

krucyfiks. Ruszył do przodu, ale mniszka zagrodziła mu drogę Chrystusem.  Vade retro! — 
krzyknęła.

Za plecami usłyszał drugi głos:  Vade retro! I jeszcze jeden, i jeszcze:  Vade retro

Zaczął kręcić się wokół siebie i spostrzegł, że otoczony jest kręgiem upiornych zakonnic z 
zasłoniętymi twarzami wrzaskliwie napierających nań swymi krucyfiksami: 

Vade retro, Satana!
Cayetano   dotarł   już   do   kresu   swoich   sił.   Oddany   został   do   dyspozycji   Świętego 

Oficjum i skazany podczas odbywającego się na publicznym placu sądu, który rzucił nań 
podejrzenia o herezję i stał się przyczyną zamieszek ulicznych i poważnych kontrowersji w 
łonie Kościoła. Dzięki udzielonej mu specjalnej łasce odbył karę jako pielęgniarz w szpitalu 
Miłości Bożej, gdzie przeżył wiele lat współżyjąc ze swymi chorymi, jedząc i śpiąc z nimi na 
podłodze,   i   myjąc   się   w   ich   korytach,   nawet   w   wodzie   już   przez   nich   użytej,   ale   w 
najżarliwszych  modłach wyznawane pragnienie, by zarazić się trądem, pozostało dlań nie 
ziszczone.

Sierva Maria czekała go daremnie. Po trzech dniach przestała jeść w odruchu buntu 

tak gwałtownego, iż pogłębił oznaki opętania. Przybity upadkiem Cayetana, nieodgadnioną 
śmiercią ojca Akwina, publicznym rozgłosem nieszczęsnych przypadków, których ani swą 
wiedzą, ani władzą powstrzymać nie potrafił, biskup na nowo podjął egzorcyzmy i przystąpił 
do nich z niepojętą w jego wieku i stanie energią. Sierva Maria, tym razem z głową wygoloną 
brzytwą i w kaftanie bezpieczeństwa, stawiła mu czoło z szatańską dzikością, krzycząc w 
różnych językach lub wydając z siebie jazgot piekielnych ptaków. Następnego dnia rozległ się 
olbrzymi  ryk wściekłego bydła, ziemia zadrżała, i już nie sposób było uważać, że Sierva 
Maria   nie   jest   na   łasce   wszystkich   demonów   czeluści   piekielnych.   Sprowadziwszy   ją   z 
powrotem do celi zaaplikowano jej lewatywę z wody święconej, co było francuską metodą na 
wypędzenie tych demonów, które jeszcze ostać się mogły w jej trzewiach.

Ataki ponawiane były przez trzy dni z rzędu. I choć od tygodnia nic nie jadła, Sierva 

Maria zdołała uwolnić jedną nogę i tak kopnąć biskupa piętą w podbrzusze, iż rzuciło nim o 
ziemię.   Dopiero   wtedy   zdali   sobie   sprawę,   że   mogła   się   uwolnić,   bo   jej   ciało   było   tak 
wychudzone, iż nie trzymały go żadne pasy. Atmosfera zgorszenia skłaniała do przerwania 
egzorcyzmów i taka była również opinia Kapituły katedralnej, ale biskup zaoponował.

Sierva Maria nigdy nie zrozumiała, co się stało z Cayetano Delaurą i dlaczego nie 

wrócił ze swym koszykiem pysznych łakoci z portali i swymi  nienasyconymi nocami. 29 
maja, gdy już sił i ochoty nie miała  na nic, znów przyśniło jej się okno wychodzące na 
ośnieżone pola, gdzie nie było Cayetana Delaury i nigdy go już miało nie być. Na podołku 
miała kiść złocistych winogron, które odrastały w tej samej chwili, w której je zjadała.. Ale 
tym razem nie zrywała jednego grona po drugim, ale po dwa na raz, ledwie łapiąc powietrze, 
byle odebrać kiści ostatnie grono. Strażniczka, która weszła do celi, by przygotować Siervę 
Marię   do   szóstej   sesji   egzorcyzmów,   znalazła   ją   w   łóżku   umarłą   z   miłości,   z   oczyma 
promiennymi   i   skórą   nowo   narodzonego   dziecka.   Łodyżki   włosów   niczym   bąbelki 
wystrzeliwały jej z wygolonej głowy i widać było, jak rosną.