background image

BERET

Ponury jesienny wieczór. Przystanek autobusowy niedaleko hipermarketu. Niewielu było czekających, ale 

większość  trzymała reklamówki z  logo sklepu, wracając z  zakupów, być może po pracy.  Magda  nie  była 

oryginalna, również dzierżyła jedną siatkę. Zmęczona czwartym dniem na komisariacie, czekała na transport. 
„Błogosławieni   mający   samochód   i   prawo   jazdy   po   godzinach   szczytu”   -   pomyślała.   Wolne   miejsce   na 

ławeczce, obok niej, zostało rychło zajęte przez dość potężnego w okolicach pasa faceta około pięćdziesiątki. 
Schludny, w kapeluszu. Ale Magda nie lubiła starszych ludzi siadających obok, nawet jeśli nie byli na rauszu. 

Wrodzony szósty zmysł podpowiedział jej: „O tak, zaraz się zacznie”.

- Kupiłem piasek dla kota. - odezwał się ów. - Mam w domu takiego dachowca, szaroburego...

Milczała nie patrząc na niego, jednak odruch bezwarunkowy kazał jej rzucić okiem na zakupy faceta. 

Faktycznie, pięciokilowe opakowanie samozbrylającego żwirku. Ale co ją to, kurza twarz, miało obchodzić?

-  ...moje dwie córki, one za nim przepadają...
Co ona takiego w sobie miała, że każdy dziadek, i każda babcia, czuli nagle nieprzemożną chęć przekazania 

jej historii swojego życia? Pijaków można zrozumieć, wszak była młoda i niebrzydka. Ale to? A może to nie 
tylko jej się przytrafia?

Telefon. Odwróciła się do faceta i uśmiechnęła przepraszająco. Nie dlatego, żeby nie wyszła na gbura, ale 

raczej z ulgi na przybycie ratunku. Wstała, odeszła trzy kroki, odbierając telefon. Tom.

- Madzia, wybacz, że muszę cię ściągać z powrotem. To znaczy, nie muszę, ale pomyślałem sobie, że jako 

nowicjuszka chciałabyś się przyjrzeć. Mimo wszystko w rejonie rzadko trafia się trup.

Trup! Przecież  nie  po to szła  do policji, żeby spisywać protokoły przesłuchania osiedlowych  wandali. 

Każde   dziecko   pragnie   wsadzać   za   kratki   morderców.   Poczuła   przypływ   energii   i   optymizmu.   „Czy   to 

normalne, że śmierć może dać trochę radości?”

***

Trupem była dziewczyna, młodsza jeszcze od niej samej. Entuzjazm nieco opadł na samą myśl, jak łatwo 

pożegnać się z życiem na przystanku autobusowym, po kilku pchnięciach tanim nożem.

-   Marta   Nowak,   lat   22.   Nienotowana,   żadnych   szczególnych   przypadłości.   Tło   seksualne   odpada. 

Rabunkowe raczej też – torebka jest, portfel, dokumenty... Trzonek czysty, miejsce zbrodni publiczne. Ech, 

przychodzi jakiś idiota, widzi, że nie ma świadków, dźga dziewczynę nożem, po czym odchodzi jakby nigdy 
nic,   myśląc   zapewne,   że   to   zabawne.   Nie   cierpię   tego.   -   Tom   nie   był   jednym   z   lubiących   wyzwania 

detektywów. - Zbieramy informacje. Jutro się zajmiemy szczegółami, Magda. Jedź do domu.

***

Następnego dnia Magda szybko znalazła Toma.
- Cześć, Tom. Zabieramy się za naszego trupa? - rzekła z uśmiechem.

- Nie. - skrzywił się. - Wybacz, ale już właściwie „po ptokach”. Nie martw się, może następny będzie 

szczęśliwszy.

- Nie rozumiem. Wszystko jest jasne? Gdzie sprawca?
- Kontaktowaliśmy się z Główną. Oddamy im to.

Nie tego chciała. Nie wrócić do szarej codzienności.
- Ale to nasz rejon! Nasz trup! Tom, zrobię to, z twoją pomocą. To moja szansa.

- Musimy poczekać na następną...
- O co chodzi? Dlaczego wzięli sprawę?

- Uwierz mi, widziałem fakty. Technicznie nic więcej z tego nie wyciągniemy. Laska umarła na jakimś 

zadupiu,   bez   świadków,   bez   śladów.   Zdarzały   się   niemal   identyczne   beznadziejne   przypadki.   Mają   tam 

kolesia, który je obrabia.

- Chwileczkę, skoro nic się nie da z tym zrobić, to jakim cudem on takie rzeczy „obrabia"?

-  Wygląda   na   to,  że   rozpracowuje   serialkę.   Niepotrzebnie  brać  jeden   przypadek  osobno.   -  widząc   jej 

pytający wzrok, dodał - Większość na przystankach, wieczorami, wszystkie nożem kuchennym zostawionym 

na miejscu. Podobne ofiary. Madzia, odpuść sobie. To się zdarza. Na razie wracaj do siebie, masz tam jakiegoś 
dzieciaka w stroju ludowym Nowej Huty. - Odszedł, rozbawiony - Seryjny morderca w tym mieście, mocne!

- 1 -

background image

- Tom, zaczekaj! - odwrócił się. - Co to za koleś?

- Jacek Piotrowski.

***

Poczucie odpowiedzialności za swojego pierwszego trupa, ciekawość, jak i złamana duma, zaprowadziły ją 

wkrótce   do   pokoju   23   Komendy   Głównej.   Zapukała   we   framugę   otwartych   drzwi.   Przy   biurku   siedział 

mężczyzna około 30 roku życia, blondyn. Podniósł wzrok.

- Tak? 

- Jeśli ma pan wolną chwilę, chciałabym porozmawiać.
- W sprawie...?

- Marty Nowak.
Widocznie go to uszczęśliwiło.

- Doskonale! - Odrzekł, jednak zaraz zmieszał się. - To znaczy, przykro mi... Nie przesłuchiwaliśmy jeszcze 

pani? Przyjaciółka?

- Nie, ja jej w ogóle nie znałam. - Zreflektowała się. - Schmidt Magda, dochodzeniowy z Drugiego. - 

Mignięcie odznaki. - Przeniesiono sprawę do pana...

Podał jej rękę.
- Jacek Piotrowski, co pewnie pani i tak wie. - Uniósł kącik ust niewiele odważniej niż Mona Lisa. Nic nie 

mówił, oczekując na jej motywy.

- Chciałam się dowiedzieć, co się dalej z tym dzieje. Tak w celach edukacyjnych. Nie mam zbyt długiego 

stażu...

- Oczywiście. Wszystko wskazuje na to, że w mieście grasuje seryjny morderca...

- Tak, to już wiem. Jak zamierza go pan ujarzmić?
- Ujarzmić... Sprawca wydaje się być „nieujarzmialnym” duchem. Trzeba go trochę poznać.

- Rozumiem, że tworzy pan portrety psychologiczne?
- Niezupełnie. Fakt, zajmują się kwestiami psychologiczno-ekonomicznymi, ale...

- Ekonomicznymi? Ma pan na myśli testamenty, ubezpieczenia, i takie tam? Nie rozumiem, przecież takie 

związki sprawdzają na samym początku! Poza tym, seryjni nie mają motywów ekonomicznych.

- Myśli pani o ekonomii w kategoriach zysku materialnego. Ale ekonomia to opis naszych zachowań, 

wywołanych   chęcią   zysku   -   owszem   -   jednak   również   psychicznego.   Więc   jeśli   nie   udało   się   znaleźć 

widocznych korzyści dla zabijającego z odebrania komuś życia, być może ten zabójca po prostu lubi zabijać? 
Fanatyk czy racjonalista, raczej nie robi tego na oślep. Każdy ma swój system, choćby nieświadomy. I ja te 

systemy odkrywam. - Z jej twarzy dało się przez chwilę wyczytać zdziwienie, ale i zaciekawienie. „Jest uparta
i urażona, to widać. Na pewno od razu nie zrozumie.” - pomyślał.

- W porządku. Co to za systemy?
- Zabicie człowieka wiąże się z ryzykiem. Morderca za każdym razem traci na bezpieczeństwie. Musi zatem 

tak zabijać, aby uzyskać maksymalne zadowolenie minimalnym kosztem. Ekonomia! Jak każdy z nas na 
zakupach. Oni nie są tego świadomi, ale w ich zachowaniach można odnaleźć pewne prawidłowości. Słyszała 

pani o prawach Gossena?

Przeczący ruch głowy.

- Bardzo pożyteczna kwestia. Kto by przypuszczał, że prosty model może być dość pomocny w złożonej 

rzeczywistości. Każdy morderca ma kilka swoich preferencji, np. kobiety, mężczyźni, starcy. - Wziął kartkę

i narysował układ współrzędnych. Każda daje inną ilość zadowolenia. Ale dla każdej z nich, następna akcja 
tego samego rodzaju daje już mniej przyjemności. O ile mniej - to zależy od mordercy. - Narysował trzy 

skośne linie, przecinające się. - W pewnym momencie okazuje się, że chociaż najbardziej lubiliśmy zabijać 
starców, - Patrzyła się na niego jak na wariata. - to kolejni dają nam mniej satysfakcji niż jakaś kobieta. 

Patrząc na to, kogo, jak i w jakiej kolejności zabija morderca, można spróbować dopasować mu jakiś system. 
Im więcej ofiar, tym jest to łatwiejsze, zazwyczaj.

Tego było, zdaje się, za wiele.
- Nie mogę w to uwierzyć! Zamiast schwytać zabójcę i nie dopuścić do tragedii, pozwalacie mu zabijać 

kolejne ofiary, żeby ułożyć sobie jego system zadowalania się!

- Nie pani pomyśli... Czy oddawano by sprawę jakiemuś oszołomowi mierzącemu zadowolenie mordercy, 

gdyby można było mordercę wykryć i dopaść tradycyjnymi metodami? Taka sprawa, zamiast trafić na półki 
archiwum,   trafia   do   mnie.   Zresztą,   z   każdym   kolejnym   morderstwem   jest   odświeżana.   Jednak   rzadko

z rezultatem.

„O, kotka się wściekła, koniec końców z pożytkiem dla jej urody. Ochłódźmy atmosferę.” - pomyślał i rzekł:

- Niech pani posłucha. To pani do mnie przyszła. Chciała pani dowiedzieć się zapewne, dlaczego tak 

szybko oddano mi te sprawę. Mógłbym teraz pracować, albo leniuchować, zamiast się produkować. Ale ja 

służę pomocą. Czy zechce pani mnie wysłuchać?

- Przepraszam. Niech pan mówi dalej.

- 2 -

background image

- Nasz morderca zdaje się mieć, jak na razie, trzy preferencje. Primo, młodzi chłopcy z długimi włosami. 

Dlaczego oni? Może zabójca jest fryzjerem? Ale, z drugiej strony, ofiary były ubrane na czarno. Długowłosi 
chłopcy w czerni... uważani przez część społeczeństwa za... satanistów.

- Część społeczeństwa? Chyba tę moherową!
- Nie tylko. Niech pani nie neguje ideologii mordercy. Co posuwa ludzi do zabójstwa? Wizja zysku... lub 

ideologia.

- Sądzi pan, że to sekciarskie porachunki?

- Bardzo możliwe. Spójrzmy dalej. Zginęły trzy młode dziewczyny, o rożnych włosach. Dwie z nich to 

studentki. Cecha wspólna - wszystkie mieszkały ze swoimi chłopakami. Bez ślubu.

- To chyba nie powinno mieć wielkiego znaczenia?
- Detektyw nie zwracający uwagi na szczegóły? Jest pani młoda, ale szybko się nauczy. Poza tym cztery 

dziewczyny, również młode. Mieszkają różnie. Uderzająca cecha wspólna - zdeklarowane ateistki.

- Fascynujące. Chce mi pan powiedzieć, że mordercą jest szalona słuchaczka Radia Maryja?

- Nic nie narzucam, nic nie wykluczam. Moherowa babcia to może przesada, ale... Oczywiście mogę się 

mylić już na tym etapie, ale w zasadzie wszystko wygląda czysto.

- Czy ma pan jakiś pomysł na system zadowolenia naszego zabójcy?
-   Oczywiście.   Sprawa   jest   podobna   do   tej   Tomasza   Bykowskiego,   rozwiązanej   przez   Przemka   Słotę. 

Bykowski zabił 14 ludzi, też należących do trzech grup. - „Głęboki wdech, teraz będzie najtrudniejsze.” - 
Satysfakcję można liczyć. Ma to nawet swoją abstrakcyjną jednostkę - utyle. Załóżmy, że zabicie satanisty daje 

mordercy 10 utyli, nieślubnej - 8, a ateistki - 6. - Zapisał na kartce. Magda uśmiechała się dziwnie na jego 
beztroski   ton.   -   Satanista   szybko   się   nudzi,   każdy   następny   wyskok   daje   o   3   mniej.   Nieślubne   -   każda 

następna daje 2 mniej, a ateistki - 1 mniej. - Zapisał wszystkie dane na kartce. - Kogo zabijamy najpierw? - 
Wanda nie wiedziała najwyraźniej, czy śmiać się, czy uciekać, ale postanowiła jeszcze poczekać.

- Satanistę, oczywiście.
- A następnie?

- "Nieślubną" - wyraźnie przedrzeźniała swego rozmówcę.
-   Dobrze.   Drugie   morderstwo   satanisty   da   nam   więcej,   niż   drugie   "nieślubnej",   lub   nawet   pierwsze 

ateistki. Następnie mamy po równo, "nieślubna" i ateistka...

- I co w takim wypadku?

- Wedle faktów, z jakichś powodów naszemu  ulubieńcowi lepiej, łatwiej jest  skasować ateistkę niż tę 

drugą. Potem idzie ta druga, i tak dalej, i tak dalej. - Podniósł na nią wzrok, jednak nie zauważył entuzjazmu. 

Tak myślał. - Widzę, że nie przekonało to panią?

- To bardzo sprytne, panie Piotrowski, ale nie sądzę, żeby nam pomogło. Po co w ogóle pan to robi?

- To pomoże w określeniu profilu psychologicznego mordercy, i kolejnej ofiary.
-   Jasne!   Mamy   ostrzec   wszystkich   satanistów   w   mieście,   żeby   strzegli   się   religijnych   inaczej   babć?   - 

Wzruszyła ramionami. - Nie, panie Piotrowski, niech pan robi swoje, ale ja też nie oddam tego tak łatwo.

- No tak, założę się, że to pani pierwszy trup. Rozumiem zaciekłość, naprawdę. - Zmarszczyła czoło.

- Do widzenia, panie Piotrowski. - odwróciła się, podeszła do drzwi.
- Kartka! - Wziął ją ze stołu i podał jej, dopisawszy coś na niej. - Proszę to przemyśleć. I proszę mówić mi 

"Jacek".

Wzięła kartkę, nie patrząc na nią, schowała do kieszeni.

- Do widzenia. Jacek.
Wyszła. Ale Jacek był przyzwyczajony do takiego traktowania jego metod. „O, młodości! Musisz się jeszcze 

wiele nauczyć. Ale wrócisz tu. Zawsze wracacie.”

***

Po   godzinach   dyżuru   Magda   została   na   komisariacie,   zajmując   się   kopiami   akt   10   zabójstw, 

udostępnionymi jej „w celach edukacyjnych”. „Faktycznie trudna sprawa. Ale żeby oddawać wszystko temu 

wariatowi?”. Szperając po kieszeniach w celu znalezienia gumy do żucia, natrafiła na kartkę, którą dał jej 
Piotrowski. Zauważyła, że napisał na niej numer telefonu, zapewne do niego.

- Akurat! - powiedziała, rzucając kartkę na biurko. Po chwili namysłu wyciągnęła telefon i wybrała numer 

do znajomej, która często bywała na Komendzie.

- Olga? Cześć. Słuchaj, kojarzysz takiego gościa jak Jacek Piotrowski z Głównej?
- Jasne! To znaczy, nie znam go osobiście, ale słyszałam o nim. Dlaczego pytasz?

- Potrzebuję informacji.
- Zajmuje się seryjnymi. Podobno sympatyczny, młody, przystojny...

- Olga, konkrety! Osiągi.
- W Polsce żadnych...

- Pięknie! Czyli amator?
- Nie, no coś ty! Amatora by nie sprowadzali z Brazylii. Tam ostatnio pracował. Chcieli go do USA, tam by 

- 3 -

background image

miał w sumie więcej roboty, - Olga uśmiechnęła się - ale jemu się ten kraj nie podobał.

- No dobra. Jakieś nazwiska?
- Nie jestem encyklopedią. Ma chyba z 5 rozwiązanych spraw, w tym tę akcję niemiecką z Frankfurtu, jeśli 

kojarzysz.

Kojarzyła. „Nie, to niemożliwe, żeby to on znalazł mordercę tamtych 16 osób i wykazał mu winę...”.

- Dzięki, Olga. Trzymaj się.
Zastanawiała się, ile mocy mogą mieć w sobie niby bzdurne teoryjki. Spojrzała na kartkę. Korciło ją, choć 

chciała zachować dumę.

- Dobra, jak chcesz. - Wzięła kartkę, rozwinęła. - Jak on to mówił?

Otworzyła kopie akt i zaczęła sprawdzać. W zasadzie wszystko się zgadzało. Przy siódmym morderstwie 

był problem, bo chociaż każda ofiara dałaby tyle samo "satysfakcji", to jednak najpierw zginęła ateistka, 

potem   inna   dziewczyna,   na   końcu   zaś   "satanista".   „Na   logikę,   najtrudniej   jest   załatwić   faceta.   A   co   do 
dziewczyn... Może morderca jest naprawdę fanatykiem religijnym?” Pamiętała jednak historię koguta, który 

widząc, że za każdym razem, gdy pieje, wschodzi słońce, uznał, że to on je przywołuje. „To może być zwykłe 
dopasowanie teorii do faktów.”

- Chwila prawdy, czyli: kto będzie następny? - Wpatrzyła się w liczby. - Ateistka. 
Pragmatyczna natura wzięła jednak szybko górę.

- Nie, mamy siedzieć i czekać, aż proroctwo się spełni? Nawet nie wiadomo, jak podstawić przynętę. Skąd 

morderca ma te informacje?

Rzuciła okiem na zegarek. 21:14. „Na dzisiaj koniec”. 
Wychodząc z budynku, rzuciła ironicznie w przestrzeń:

- Strzeżcie się, niewierni!

***

Zimny jesienny wieczór. Przystanek autobusowy. Późna godzina zapewne sprawiła, że nikt poza nią nie 

czekał na transport. Z zadumy wyrwała ją starsza pani, która nagle pojawiła się w okolicy. „Co ona tu robi

o tej porze? Przecież to niebezpieczne!” - pomyślała.

Starsza pani usiadła obok niej. Magda rzuciła okiem na typowy dla osób w jej wieku ogromny niemodny 

płaszcz, okulary ze szkłami niemal jak denka od butelek, mały kapelusz oraz na nietypową wściekle różową 
szminkę.

- Wie pani, kiedy ma być 216? - zwróciła się do Magdy.
- Teoretycznie za 5 minut. Ale z nim to nigdy nic nie wiadomo... - odpowiedziała dziewczyna.

- Zapalę sobie, co mam mieć z życia? Pani nie pali?
- Nie, nie cierpię papierosów. - odpowiedziała Magda zdegustowana również tym, że będzie musiała nie 

tyle   wysłuchać   kolejnej   życiowej   historii,   co   odpowiadać   na   pytania.   Pomyślała,   że   z   taką   wiedzą
o   doświadczeniach   życiowych   szarych   ludzi   może   powinna   zająć   się   pisaniem   powieści   lub   scenariuszy 

filmowych.

- Bardzo słusznie. Mnie nauczyły koleżanki z pracy dawno temu, to mi tak zostało.

- Zawsze można rzucić - rzekła Magda z uśmiechem.
-   Nie,   teraz   to   już   nie   tak   łatwo.   -   Starsza   pani   nie   znalazła   widocznie   papierosów   w   torebce.   - 

Zapomniałam, że dzieci mi wszystko wypaliły. Musiałabym gdzieś kupić, ale o tej porze?... Do domu pani 
wraca? - Magda skinęła głową, co jej szkodzi. - Z pracy, tak późno?

- Czasem tak trzeba.
- A gdzie pani mieszka?

- Na Zalesiu. - skłamała, nie chcąc ani wyjawiać za wiele, ani być niegrzeczną.
- Ja tutaj mieszkam, niedaleko. Teraz do córki jadę. Musiałam jej ostatnio firanki zawieszać. Jej się nie 

chciało, to nie byle co - ponad trzy metry mieszkanie. Stara jestem, nogi już nie te, ale dałam radę...

Magda starała się nie słuchać tych rewelacji. „Naprawdę, czy ci ludzie nie mają co robić?”

- ...wnuk wrócił niedawno, w Ameryce był trzy lata, wie pani, tam do szkoły chodził, w koszykówkę grał, 

bardzo dobry z niego koszykarz. Jakąś dziewczynę sobie przywiózł, już długo z nią jest, to może się żenić 

będą...

„Dlaczego ten autobus nie przyjeżdża?”

- Dobre dziecko z niego, nie to co teraz ta młodzież, co oni wyprawiają! Pani pewnie nie ma dzieci... - 

uśmiechając  się,  Magda  pokręciła  głową –  Ale  jak  pani będzie  mieć, niech  pani  ja dobrze  wychowa, po 

chrześcijańsku.

Magda postanowiła wystawić babcię na lekką próbę, niech też ma coś z życia.

- Nie musi być po chrześcijańsku, żeby było dobrze – odrzekła z chytrym uśmiechem.
- Co też pani mówi? Tylko Bóg dzieci ustrzeże... Chyba wierzy pani w Boga?

- Nie, jestem ateistką.
Odpowiedziała tak, jak zwykle robiła to w stosunku do przedstawicielek Świadków Jehowy, i nie tylko. 

- 4 -

background image

Lubiła widzieć reakcje konserwatystów. Szybka myśl przemknęła jej przez głowę... „Jak łatwo wyciągnąć od 

człowieka taką informację! W tak niewinnej rozmowie może również wyjść, że dziewczyna mieszka ze swoim 
lubym, bez ślubu. Ale raczej niemożliwe, żeby morderca po prostu pytał swoje ofiary.” Wszelki uśmiech znikł 

jej z twarzy, kiedy pomyślała sobie, że zgodnie z tym, co mówił Piotrowski, właściwie mogłaby zostać teraz 
zasztyletowana. Młoda ateistka, przystanek, pustkowie, wieczór. Przerażona nie na żarty, szybko spojrzała na 

babcię. Staruszka jedynie z kwaśną miną kręciła głową, mówiąc: „Niedobrze, niedobrze, co to się dzieje”. 
Magda odetchnęła z ulgą, uśmiechając się. „Och, Jacusiu, ale mnie nastraszyłeś”. Jednak nie zamierzała 

dłużej tu siedzieć. Odwróciwszy się od rozmówczyni, zaczęła szukać telefonu w celu sprawdzenia godziny. 
Instynkt nakazał jej mieć oko na babcię. Kątem oka spojrzała w jej kierunku. Wydało jej się, że babcia niemal 

niepostrzeżenie wyciągnęła z torebki coś... coś, co błysnęło światłem odbitym od księżyca. „Czyżby nóż? Nie, 
chyba mam jakieś omamy. Za dużo telewizji.” 

- Pójdę już, chyba szybciej będę na piechotę. - rzekła usprawiedliwiająco  z uśmiechem do babci.
Babcia odpowiedziała jej również uśmiechem, choć Magdzie wydał się lekko demoniczny. Wstała, patrząc 

na staruszkę, żeby nie zostać zaskoczoną. Serce biło jej mocno. Odeszła kilka kroków i odwróciła się, gotowa 
do   odparcia   ewentualnego   ataku.   Ledwie   zdążyła   się   odwrócić,   wyczuła,   że   starsza   pani   z   szybkością 

błyskawicy wstaje i szarżuje na nią. Odwróciła się, chcąc pochwycić ją i rzucić na ziemię. Udało się, jednak 
staruszka była sprytniejsza. Leżąc na chodniku, cięła nożem Magdę w rękę. Czując okropny ból, dziewczyna 

puściła staruszkę. Ta, korzystając z okazji, żwawo wstała i pobiegła w kierunku pobliskiego parku. Magda 
ruszyła za nią. „Ile siły może mieć w sobie taka babinka? Na pewno pierwsza się zmęczy”. Biegnąc, szukała po 

kieszeniach kartki od Piotrowskiego, modląc się, żeby gdzieś tu była. Znalazła ją na szczęście, wyciągnęła 
telefon i wystukała numer. „Komórkowy, więc powinien odebrać”. Odebrał.

- Jacek? Wybacz, że po godzinach, ale znalazłam twoją babcię, znaczy się, mordercę. Moherowy morderca, 

pamiętasz?  Właśnie   ją  gonię.  Przyślij  jakąś   ekipę   w  okolice   szkoły  na   Kopernika.   -  Gdyby   była  bardziej 

przytomna, zapewne usłyszałaby siebie i stwierdziłaby, że głupio to zabrzmiało. Jacek był na tyle przytomny.

-   Proszę   cię,   Magdo,   wiem,   że   jesteś   poirytowana,   ale   naprawdę,   to   nie   jest   sprawa,   z   której   można 

żartować. Nie sądziłem, że będziesz chciała...

Nie słyszała więcej, wbiegłszy za róg jakiegoś budynku zauważyła, że zgubiła babcię, która musiała wbiec 

do którejś klatki lub uliczki. Były to stare, niezamieszkane budynki.

- Cholera, zniknęła! - Zaraz oprzytomniała i rzuciła do telefonu:

- Weź chłopców i przeszukajcie teren! To nie są żarty. 
Nagle poczuła, że ktoś stoi za nią. Odwróciła się, dzięki czemu napastnik chybił i nóż przeciął powietrze. 

„Zguba się przynajmniej znalazła” -   pomyślała. Złapała babcię za rękę, chcąc ją wykręcić do tyłu, jednak 
rezolutna   staruszka   broniła   się   do   końca.   Znów   zraniła   dziewczynę,   w   drugą   rękę.   Magda   krzyknęła, 

wypuściła z dłoni telefon, ale nie puściła babci. Wściekła, kopnęła ją w dłoń, przez co babcia upuściła nóż. 
Magda z pewnym trudem złapała obie jej ręce, wykręciła do tyłu i przygwoździła szamoczącą się staruszkę do 

ściany. „Ładnie, bohaterko, i co teraz? Jeszcze ktoś mnie posądzi o znęcanie się nad starszymi.”

- Na pomoc! - Krzyknęła, ale nikt nie odpowiedział. W dali usłyszała syrenę policyjną. Najwyraźniej ktoś 

wcześniej zauważył. Wzięła babcię ze sobą i ruszyła w kierunku parku. Po chwili przyjechał jeden furgon,
z którego wyskoczyli chłopcy z drogówki, i jeden samochód osobowy, z którego wysiadł Jacek Piotrowski. 

Wszyscy byli zdziwieni widokiem dziewczyny prowadzącej staruszkę. Ta na widok mundurowych próbowała 
się jeszcze bronić, mówiąc:

- Panowie milicjanci, na pomoc! Pomóżcie starej kobiecinie...
Piotrowski na wszelki wypadek kazał im ją zakuć i zabrać do wozu. Zwrócił się do Magdy, z wyraźnym 

zdziwieniem:

- Ona - ona chciała cię wykończyć? Nie sądziłem, że mówisz poważnie, ale postanowiłem sprawdzić, co się 

dzieje, usłyszawszy jakieś podejrzane dźwięki przez telefon.

Magda pokazała mu zakrwawione rękawy kurtki.

- Poszukajcie noża wśród budynków, mam nadzieję, że nikt go jeszcze nie zwinął. - powiedziała.
- Jeśli to naprawdę jest nasza seryjna, to...

- Wiem, wiem, wypadałoby ci przyznać rację. - odrzekła z lekkim niesmakiem.
- Skądże, przecież to ty wymyśliłaś Moherowego Mordercę, nie wierząc co prawda w jego istnienie. Ja 

jestem bardziej przyziemny.

Uśmiechnęła się.

- Udając miłą staruszkę, wypytała się mnie o to i owo na przystanku. Traf chciał, że jestem ateistką. 

Gdybym nie była ostrożna po przemyśleniu twojej teorii, pewnie byłabym jedenastą ofiarą. Zawsze w ten 

sposób rozwiązujesz sprawy? - teraz znowu on się uśmiechnął szeroko.

- Dobrze, że się na coś przydałem. A teraz zawiozę cię do szpitala.  

- 5 -