background image

PROJEKT TATRY

- czyli rzecz o UFO i Ufitach nad polskimi górami i nie tylko...

Robert K. Leśniakiewicz 

Zakopane  Jordanów 1996 – 1999

CZĘŚĆ DRUGA - Varia

15. WSTĘP (Dlatego kocham Tatry...)
 
Ciągu dalszego tej pracy miało nie być.
Sądziłem   w   swej   naiwności,   że   pisząc   słowo   „Koniec”   pod   ostatnim   akapitem   appendyksu 
PROJEKTU   TATRY   - Raport  Końcowy  raz  na  zawsze  i  definitywnie  skończę  tą  kartę  polskiej 
ufologii i część mojego życia. Stało się jednak inaczej.
Stało się inaczej za sprawą kilku imprez ufologicznych - które zaliczyłem w latach 1995 - 2001, a w 
czasie których przyszło mi mówić o ufozjawiskach widzianych  w Tatrach, Beskidach i innych 
górach naszego cudownego kraju. Pisząc o Polsce „cudowny kraj” wcale nie ironizuję, bo Polska 
jest cudowna!
  Jak to mawia moja siostra Wiktoria, która mimo młodego wieku zaliczyła całą 
Europę i trochę Afryki i Azji, Polska jest nie tyle pawiem i papugą narodów, ale nade wszystko 
zwierciadłem Europy, boż mamy w niej wszystkie możliwe formy jej reliefu powierzchniowego, 
więc   Polaka   znającego   swój   własny  kraj   w   Europie   nic   nie   zaskoczy...   W  czasie   odczytów   i 
prelekcji we Wrocławiu, Białej Podlaskiej, Gdyni, Gdańsku, Krakowie, słowackich Koszycach, 
węgierskim Budapeszcie i Debreczynie   oraz Pradze Czeskiej   z a w s z e    znalazł się ktoś, kto 
dorzucił do zebranego już przeze mnie materiału opisowego ufozjawiska coś nowego - i o tym jest 
ta część tej pracy. 
Był także inny powód, dla którego ponownie chwyciłem za pióro w tej kwestii - a mianowicie, 
chodzi tu o kilka fenomenów zaobserwowanych przez mieszkańców Małopolski, Pomorza, Śląska i 
Podkarpacia, a które maja związek z poruszonymi w Raporcie Końcowym sprawami dotyczącymi 
m.in.  korelacjami   pomiędzy doniesieniami  o  obserwacjach  NOL-i a  „diabelskimi   kamieniami”, 
kamiennymi kręgami kultowymi i kręgami zbożowymi wreszcie. Istnieje bardzo ciekawa teoria na 
ten temat, która sformułował niedawno pewien mieszkaniec Zakopanego -  inż. Jerzy Łatak, a 
którą to teorię zaprezentuje w rozdziale 19.
Rozdział 16 mówi o kilku przypadkach zniknięć ludzi w Tatrach i na Podhalu, a które wydarzyły się 
dosłownie na naszych oczach! Ustosunkuję się do nich i do programu wyemitowanego w TVN z 
cyklu Nie do wiary.
Rozdział 17 porusza niezwykłą sprawę obserwacji dziwnych bolidów, które niekoniecznie musiały 
być bolidami - mogły to być np. szczątki pojazdów kosmicznych z czasów Wielkiego konfliktu 
Bogów-Astronautów sprzed 12.000 lat, albo statki kosmiczne Obcych, które wskutek awarii spadły 
na Ziemie i jej mieszkańców. Może przesadziłem z tymi spadkami na mieszkańców, ale zaiste 
niewiele...
W rozdziale 18 poruszam sprawę odbudowy i rozbudowy sieci informacjozbiorczej Obcych na 
terenie  naszego   kraju  i   o  dziwnych  artefaktach   kamiennych  znajdowanych  u  nas  i   za  granicą. 
Będzie tam m.in. o powrotach kilku legend tatrzańskich i innych, z którymi zetknął nas los. Pisząc 
„nas” mam na myśli członków  Małopolskiego Centrum Badań UFO i  Zjawisk Anomalnych - 
Marcina   Mioduszewskiego,   Bartka   Soczówkę  
i  Arka   Miazgę,   a   także   kolegów   z   grup 
ufologicznych  Bronisława Rzepeckiego  z Krakowa (GBNOL Kraków),  Tomasza Niesporka  z 
Katowic   (GBNOL   „Sieć”),  Józefa   Grzywoka  z   Ornontowic   (Ruch   Zwolenników   Istnienia 
Obcych),   a   także   koleżanki   i   kolegów   z   województwa   pomorskiego:  Jerzego   Szkodę,   Zofię 

background image

„Eleonorę”   Piepiórkę,   Urszulę   Giedroyć  i  Anię   Milewską  z   Trójmiasta   -   dzięki   którym 
otworzyły   mi   się   oczy   na   niektóre   aspekty   obecności   na   ziemiach   polskich   megalitycznych 
budowli, które stanowią ślad istnienia onegdaj potężnej Supercywilizacji ludzkiej z epoki istnienia 
Atlantydy...
I wreszcie chciałbym powiedzieć, dlaczego kocham Tatry.
Najtrudniej czasami jest odpowiedzieć na pytanie, dlaczego i za co kogoś czy coś się kocha. Można 
powiedzieć, że za to, że ten ktoś czy coś istnieje, ale to będzie albo wykręt, albo półprawda. W 
przypadku mojej miłości do Tatr, to u jej podstaw legła niesamowita fascynacja ich nieziemskim 
pięknem. Te jedyne w tej części Europy góry o charakterze alpejskim były dla mnie i są nadal 
kwintesencją  wszystkiego, co naj- : najpiękniejszego, najurokliwszego, najidylliczniejszego (sic!) i 
najbardziej niebezpiecznego dla tych, którzy w swej głupocie je lekceważą... Tatry, to jedyna w 
swym rodzaju, surowa i dzika mityczna Arkadia. Jaka szkoda, że cywilizacja w swym pochodzie 
coraz bardziej niszczy ten ostatni bastion dzikiej i pierwotnej Przyrody! 
Tatry  z   bliska   zobaczyłem   w   wieku   lat   sześciu,   kiedy  to   z   wujostwem  Leszkiem   i   Dagmarą 
Bocheńskimi 
pojechałem po raz pierwszy do Zakopanego, na Gubałówkę i na Kasprowy Wierch. I 
tutaj nastąpił we mnie przełom - moje oczy ujrzały cud Tatr Wysokich i Zachodnich...
Potem było kilka szkolnych wycieczek i wreszcie niezapomniany dla mnie, wrzesień 1973 roku, 
kiedy to nad Tatrami, po raz drugi w życiu, ujrzałem NOL-a. wtedy właśnie zacząłem poszukiwać - 
jakże rzadkich w PRL - informacji na temat UFO i Ufonautów. Kolejny stopień wtajemniczenia 
ufologicznego zaliczyłem w Centrum Szkolenia Wojsk Ochrony Pogranicza w Kętrzynie, kiedy to 
w sierpniu 1978 roku przeczytałem My z Kosmosu Arnolda Mostowicza, a w sierpniu 1979 roku 
widziałem na własne oczy Wielki Bolid Polski. Po promocji oficerskiej na stopień podporucznika 
WOP,   najniespodziewaniej   dla   siebie   samego   wylądowałem   w   Pomorskiej   Brygadzie  WOP  w 
Szczecinie i w latach 1979 -1987 służyłem w GPK Świnoujście - Terminal Promowy PŻB. To 
właśnie dzięki temu powstała książka pt.  UFO nad granicą  (Kraków, 2000) i inne nie wydane 
jeszcze prace. W październiku 1987 roku, dzięki szczęśliwemu dla mnie zbiegowi okoliczności, 
przeniosłem się do Karpackiej Brygady WOP w Nowym Sączu i do 31 sierpnia 1994 roku służyłem 
w GPK Łysa Polana - jednym z najpiękniej położonych przejść granicznych w kraju. To właśnie 
tam powstała praca PROJEKT TATRY - Raport końcowy, który właśnie Czytelniku poznałeś...
Po   przeprowadzce   z   Pomorza   Zachodniego   w   Tatry   mogłem   je   penetrować   bez   ograniczeń. 
Zabrałem się serio za ufologię i... ekologię, bo pojąłem, że życie jest czymś unikalnym w Kosmosie 
i że możemy żyć tylko w wąskim diapazonie warunków fizycznych naszej planety. Ale przecież 
dotyczy to tylko nas - Ziemian. A Oni? W jakich warunkach żyją Oni? W podobnych, ale nie 
tożsamych,   co   odbija   się   na   Ich   morfologii   i   fizjologii.  Tak   myślałem   wtedy,   włócząc   się   po 
tatrzańskich szlakach. Teraz nie jestem tego tak pewien, bo moje spojrzenie na problem zmieniło się 
w miarę poznawania faktów i wydarzeń, które miały miejsce na szlakach moich wędrówek po 
górach.
Tatry mimo swej niepozorności - a gdzie im do Alp czy Kaukazu! - mają w sobie owo tajemnicze i 
groźne, nieuchwytne, ale straszliwie silne „coś” - to „coś” - co każe nam porzucić ciepły i wygodny 
dom i iść z plecakiem na plecach, ciężkimi vibramami na nogach, znosić trudy i niewygody tylko 
po to, by napawać się widokiem tego cudownego pomnika-gmachu zbudowanego przez Stwórcę z 
kamienia,   światła   i   powietrza.   To   właśnie   tam,   wśród   szarych   granitów   i   białawych   skał 
wapiennych, pachnącej w słońcu kosówki i ziół, z dachem błękitnego nieba nad głową i słońcem w 
oczach   ludzie   czują   się   naprawdę   wolni.   To   właśnie   tutaj   przeżywają   najbardziej   intymne, 
mistyczne uniesienia i wzruszenia. Tutaj właśnie spotykają swego Boga. To tutaj właśnie można 
dotknąć świętego Graala i przekroczyć niejeden Rubikon. Właśnie tu! Sam na sam z górami i ich 
cudowną,   dziką   i   jakże   bezmyślnie   niszczoną   przez   ogłupionych   żądzą   mamony   i   władzy 
oszołomów Przyrodą. Tatry są takim miejscem!
Ci, którzy patrzą na nie, jak na kupę kamieni, którą trzeba „złoić” czy przelecieć „glajtem” tylko po 

background image

to,   by   padł   kolejny   rekord   głupoty   są   daleko   od   tego,   co   nazywa   się   pełnym   zrozumienia 
zachwytem nad Tatrami. Oni są tylko „łojarzami” czy „glajciarzami”, dla których liczy się wyczyn i 
poklask podobnych sobie idiotów, przebiegających Orlą Perć ze stoperem w ręku... Znałem takich, i 
nie byli to bynajmniej dwudziestoletni młodzieńcy, ale stateczni na oko, mężczyźni w sile wieku! 
Współczuję   im,   podobnie   jak   współczuję   uczestnikom   rozkrzyczanych,   rozwrzeszczanych 
szkolnych wycieczek, organizowanych w ramach „turystyki masowej”, która z prawdziwą turystyką 
miała tyle wspólnego, ile papierosy marki „Sport” z autentycznym sportem... To nie to. Dzieło Boże 
należy kontemplować, a nie zwiedzać. Dlatego nie dziwię się tym, którzy w samotności - czasami w 
górach   wręcz   zabójczej   w   dosłownym   znaczeniu   -   dążą   z   uporem   wciąż   wyżej   i   wyżej   -   ku 
szczytom, ku słońcu na błękicie nieba... Sam też tak robiłem niejednokrotnie i znam to uczucie 
cudownego wyzwolenia od wszelkich kłopotów i zmór. Mnie udało się wrócić, pomimo tego, że 
góry to przecież takie miejsce, w którym wszystkie cztery żywioły sprzymierzyły się przeciwko 
człowiekowi   -   dodajmy   -   głupiemu   człowiekowi.  
Stąd   właśnie   poszło   przekonanie   ukute   i 
ugruntowane przez głupców, że góry są ostoją diabła. Owszem, ginęli w nich ci, którzy nie potrafili 
sobie poradzić z samym sobą, z własną słabością, brakiem wiedzy i nadmiarem ambicji. Jakże 
eufemistycznie   brzmią   takie   frazesy,   jak:   „pokonywanie   gór”,   „zdobywanie   szczytów”   itp. 
idiotyzmy. Przecież to śmieszne: gór nie da się pokonać, szczytów nie można zdobyć - na nie 
można tylko wyjść. Tak naprawdę, to pokonuje się tylko siebie: swój strach i zmęczenie, bo góry są 
niepokonane i pozostają poza dobrem i złem - to Goethe powiedział, a ja się pod tym podpisuje 
wszystkimi   kończynami   -   tak   jak   oceany,   tak   jak   Kosmos.   To   właśnie   w   górach,   nawet   tak 
niepozornych jak Tatry, czujemy swą marność wobec Natury.
Niestety, nie każdy to pojmuje w ten sposób i dlatego namnożyło się w naszym kraju tych, którzy 
pokorę wobec Przyrody zamienili na żądzę mamony i sławy za każdą cenę. Ci, którzy swym quasi-
olimpizmem i pseudo-patriotyzmem de facto zaprzedali się złotemu cielcowi zapomnieli, że Tatry 
są jedyne i innych gór tak niepowtarzalnych w Polsce nie było, nie ma i nie będzie... Pomysł 
tatrzańskiej olimpiady jest poroniony, ale najgorsze jest to, że jest on niesamowicie chwytliwy - jak 
komunizm   w   kraju   zrujnowanym   gospodarczo   przez   rządy   sprawowane   przez   mniejszości 
narodowe... Całość igrzysk może zaszkodzić tylko biosferze Tatr. I to może właśnie dlatego Obcy 
penetrują   nasze   góry   -   wszak   dowiedziono,   że   Oni   interesują   się   stanem   naszego   środowiska 
naturalnego.
Kilka lat temu wystąpiłem na łamach Tygodnika Podhalańskiego z propozycją regeneracji biosfery 
Tatr poprzez zamknięcie ich na co najmniej sto lat: od roku 2000 do roku 2099 czy 2100. Jak 
zawsze to, co outsiderskie, nie znalazło  zrozumienia w kraju, co nie jest takie dziwne, bo każde 
nowatorskie rozwiązanie problemu - jakiegokolwiek problemu w Polsce - nie ma racji bytu. U nas 
musi się przy tym załapać co najmniej połowa ministerstw i trzecie tyle biurokratów na cieplutkie 
posadki...   A   przecież   to   jest   jakieś   konkretne   wyjście!   -   tyle,   że   w   warunkach   totalnego 
zdebilowacenia społeczeństwa i skretynienia władzy - dla której problemem są aborcja i eutanazja, 
materializm, hedonizm, konsumpcjonizm i inne „-izmy” - nie ma racji bytu, bo nikt się przy tym nie 
nachapie. Nie trafia to także do ludzi złaknionych odpoczynku w górach - i nie ma się co im 
dziwić... Czasami marzę, by czas cofnął się o dwa stulecia, kiedy Tatry były terra nondum cognita i 
były   takie,   jakie   opisywała  Zofia   Urbanowska  w  Róży   bez   kolców.   Apogeum   głupoty   i 
sprzedajności osiągnął minister środowiska w awuesowskim rządzie, który na dwa tygodnie przed 
wyborami   parlamentarnymi   w   2001   roku,   zdymisjonował   długoletniego   obrońcę   tatrzańskiej 
przyrody i dyrektora TPN - dr Wojciecha Gąsienicę-Byrcyna. Ten zamach na tatrzańską przyrodę 
był jednym z wielu gwoździ do trumny rządów prawicowych w Polsce. Kto miał chociaż trochę 
oleju w głowie - głosował za partiami lewicowymi. Ten minister nie wykazał się zresztą              
niczym,  poza  swoją  nieudolnością  i  umiłowaniem  do mamony,  nie  ma  się  co  dziwić,  bo  jego 
jedynym tytułem do ministerialnego stołka był dyplom magistra KUL... Wreszcie o czym tutaj 
mówić - zawsze irytowała mnie góralska (i w ogóle polska) hipokryzja, którą szczególnie widać 
było w czasie przyjazdów  Jana Pawła II. Było całowanie pierścienia, padanie do nóg, szumne 
deklaracje, wzniosłe słowa i inne oznaki wiernopoddańczej i ultra-religijnej postawy - do czasu 

background image

wyjazdu Dostojnego Gościa, bo potem wszystko wracało do normy, jak zresztą w całym kraju, 
tylko górale robili to w najbardziej widowiskowy i groteskowy sposób!... A potem dziwili się, że 
Bóg ich tak karze - za co!? - a właśnie za ich dwulicowość i hipokryzję, za łamanie tego, co 
przyrzekali Namiestnikowi Piotrowemu! 
Jesteśmy Polakami, ale zapomnieliśmy już, że to właśnie w te góry przyjeżdżali ze wszystkich 
zaborów ludzie stanowiący sól tej ziemi. Wielcy Polacy, którzy w Tatrach i ich mieszkańcach 
szukali inspiracji dla swych czynów śmiałych a wzniosłych. Ludzi, dzięki którym w listopadzie 
1918   roku   Polska   podniosła   się   ze   123   lat   niewoli.  Tu   działali   wszyscy  znani   pisarze,   poeci, 
malarze, muzycy, politycy... To tutaj pośród ciemnych smreczyn i szarobrunatnych skał, ładowali 
oni swe „akumulatory”  i z podhalańskiej  sztuki ludowej  czerpali  natchnienie.  To tutaj  właśnie 
gorzały ognie dyskusji naukowych i polityczno-patriotycznych. To właśnie Zakopane było stolicą 
duchową nieistniejącego państwa i narodu rozdartego pomiędzy trzech zaborców. Zakopane było 
dla Polaków tym, czym dzisiejsza Lhassa dla okupowanego przez Chińczyków Tybetu, którym 
sprzedajni urzędnicy MKOl dali do ręki legitymację bezkarnego mordowania Tybetańczyków  i 
napluli   w   twarze   chińskim   dziewczętom   i   chłopcom,   których   ciała   dziurawiły   pociski   z 
„kałaszników” i rozjeżdżały czołgi na placu Tienanmen w czerwcu 1989 roku! O tym nie chcemy 
już pamiętać - a szkoda. Nie daj nam Boże, byśmy musieli sobie o tym na nowo przypominać, a 
historia ma do siebie to, że powtarza się tyle razy, ile tylko może! A co to ma do ufologii? - a to, że 
nasze osiągnięcia są znane bardziej poza granicami Polski, niż w kraju. To jest skandal, ale nasi 
wydawcy zauroczeni nieprawdopodobnymi wręcz bredniami amerykańskimi czy niemieckimi, tą 
chałą   dla   odmóżdżonych   czytelników   -   dla   których   myślenie   jest   jakąś   abstrakcją,   a   nie 
rzeczywistością - zapomnieli, skąd przyszli. A przecież w Tatrach i w ogóle w naszym kraju dzieją 
się takie rzeczy, o których nie ma pojęcia żaden z przereklamowanych u nas autorów wschodnich 
czy zachodnich...
I właśnie o tym  traktuje ta praca.
Jordanów, Słońce w Skorpionie 2001 a. D. 
 
16. POSZLI W GÓRY I NIE WRÓCILI...
Śmierć „Trójki z Pułtuska” - Groza na Babiej Górze - Gdzie się podziała praktykantka? - Wyszedł z  
domu i znikł... - Ofiary zimy.
Toprowcy uważają - i całkiem słusznie - że w górach ludzie giną tylko i wyłącznie na swe wyraźnie 
wyartykułowane życzenie i ze swej głupoty. Przykładem jest zagłada zespołu „Poznańskiej Piątki” 
z lutego 1990 roku, opisana w pkt. 45. Sprawa  jest ewidentna - ci młodzi ludzie poszli po swoją 
śmierć, wyzwali los i go nie uniknęli. Cena była tylko jedna - ich młode życie...
Historia ma to do siebie, że się powtarza:
100
... i po dziewięciu  latach się powtórzyła. W dniu  4 lutego 1999 roku, w  Tatrach  znika  trzech 
mieszkańców   Pułtuska   -   młodych   „ceprów”,   którzy   zamierzali   sobie   zrobić   wycieczkę   ze 
schroniska w Dolinie Pięciu Stawów Polskich na Zawrat. Droga biegnie niebieskim szlakiem nr 50 
w przewodniku Nyki. Jest ona piękna, ale w panujących wtedy w tatrach Wysokich warunkach 
pogodowych - śmiertelnie niebezpieczna! Mróz, opady śniegu i w górnych partiach trasy silny, 
morderczy wiatr najprawdopodobniej przyczyniły się do śmierci tych młodych ludzi. To wydaje się 
być oczywistym - co zresztą wynika z prasowych raportów. Nie polemizuję z doświadczonymi 
ratownikami TOPR, ale zastanawia mnie, co się stało z ich ciałami? Czy zasypał je śnieg? Czy 
zabrała je lawina? A może umierali z zimna o parę kroków od schroniska, jak ś.p. Frysiówna na 
Babiej Górze? - mając w uszach okrzyki szukających ich ludzi. Kroniki górskie znają nie takie 
wypadki!
Wedle przewodników i map turystycznych, trasę z Pięciu Stawów do Murowańca pokonuje się w 

background image

ciągu 2 godzin - ale dotyczy to dobrych warunków pogodowych, przy czystym i wolnym od lodu 
szlaku. W zimie, przy zaśnieżeniu i olodzeniu szlaków, przy padającym śniegu i silnych zimnych 
wiatrach, (które wyczerpują bardziej, niż najtrudniejszy i najforsowniejszy marsz, wyziębiają ciało 
człowieka i powodują załamanie psychiczne), i przy temperaturze rzędu -15

o

C, czas przebycia trasy 

wydłuża się niepomiernie, nawet i trzykrotnie, co wiem z własnego doświadczenia. Być może 
zwłoki trzech nieszczęśników poniewierają się gdzieś pomiędzy Zawratem a Zmarzłym Stawkiem i 
objawią się dopiero na wiosnę... Jak dotąd poszukiwania trwają i są bezowocne.
Na ratunek trójce z Pułtuska wyruszył dwuosobowy zespół z Kielc. Efekt mógł być tylko jeden. W 
kilka dni potem znaleziono jedne zwłoki ochotnika. Drugiego z nich nie odnaleziono nigdy...
Dlaczego włączyłem ten wypadek w dossier PROJEKTU TATRY? Ano dlatego, że widzę w nim 
sporo   podobieństw   do   wypadku   „Poznańskiej   Piątki”.   Tak   jak   w   jej   przypadku,   przeciwko 
Pułtuszczanom sprzysięgła się pogoda, ich brawura i - co tu owijać w bawełnę - ich własna głupota, 
która kosztowała ich młode życie. Ciekawy jestem, czy zostaną znalezione ich zwłoki? Jeżeli tak, to 
punkt   ten   zostanie   anulowany,   jeżeli   zaś   nie,   to...   To   trzeba   będzie   zmienić   finalny   wniosek 
PROJEKTU TATRY... - ludzie giną tajemniczo także w okolicy Doliny Pięciu Stawów Polskich, 
gdzie zdarzył się jeszcze jeden tajemniczy wypadek - zob. pkt. 43 - Reykowskiej i Czechowicza. 
Jest on jako-tako i na upartego wytłumaczalny, ale tylko na siłę i przy dużym natężeniu dobrej woli.
Jak już tu powiedziałem - poszukiwania w toku. Zakończono je 2 maja 1999 roku odnalezieniem 
wszystkich   ofiar   w   lawinisku   pod   Zawratem.   Niby   sprawa   wyjaśniona,   ale   znaki   zapytania 
pozostały. 
101
Ten wypadek, w którym na szczęście dwie nastoletnie turystki przeżyły, zdarzył się na szczytowej 
kopule Diablaka - wyższego szczytu Babiej Góry. 
Poniekąd przypomina to zagładę zespołu Frysiów, opisany w pracy  UFO na granicy  (Kraków 
2000),   a   rzecz   dotyczyła   śmierci   czterech   osób   w   1935   roku.   Tym   razem   dwie   17-latki   z 
Częstochowy: Anna S. Olga K. wybrały się na Babią Górę wczesnym rankiem, dnia 30 stycznia 
1999 roku. Pomimo niesprzyjającej pogody, zimnego wiatru z północnego-zachodu i temperatury 
dochodzącej   do  -20

o

C,   obie   dziewczyny  w   swej   głupocie   uparły  się  i   podeszły  z   Markowych 

Szczawin na Przełęcz Bronę, skąd wspięły się na Diablaka. Dziewczyny osiągnęły, co chciały, ale 
zejście   już   zaczęło   sprawiać   kłopoty.   Zamiast   wejść   na   oznakowany   czerwono   Główny   Szlak 
Beskidzki, który sprowadziłby je na Krowiarki - czyli w kierunku wschodnim - Anna i Olga poszły 
na   południe,   na   stronę   słowacką   -   gdzie   znaleziono   je   w   dniu   31   stycznia.   Były   zmarznięte, 
załamane psychicznie, ale żywe!!!...
I znowu - gdyby nie ich ośli upór i wręcz niebotyczna głupota, która gnała je na szczyt Babiej - 
oszczędziłyby   one   sobie   cierpień   i   wstydu,   zaś   ratownikom   Beskidzkiej   Grupy   GOPR   oraz 
funkcjonariuszom polskiej i słowackiej Straży Granicznej wielogodzinnych poszukiwań.
Czy tylko winien był ich upór? Oczywiście był on składową tego wypadku, ale być może, że poza 
paskudną pogodą i nikłą wiedzą o górach oraz rządzących w nich prawach, a także ignorancją Anny 
i Olgi być może wzięły tu udział także i inne czynniki - czy nie aby diabły z Diablaka? Babia Góra 
pod tym względem jest „uprzywilejowana”, a otaczające jej główny szczyt - nomen-omen Diablak - 
cieszy się paskudną sławą. W jego okolicach rozbił się w dniu 2 kwietnia 1969 roku samolot 
kursowy PLL LOT An-24, nr lotu LO-165, który - jak tego dowiodłem kiedyś - rozbił się wskutek 
pomyłki   nawigacyjnej   popełnionej   przez   operatora   radiolokatora   z   lotniska   Kraków-Balice, 
zmylonego widocznym na ekranie radiolokatora echem NOL-a lecącego właśnie nad ... Skawiną! 
Kontroler lotu wydawał polecenia właśnie dla tego obiektu, zaś załoga lecącego o 40 km dalej na 
południe LO-165 wykonywała je. Efekt tego przy panującej wtedy ohydnej, kwietniowej pogodzie 
mógł być tylko jeden - samolot werżnął się kilkadziesiąt metrów poniżej głównego szczytu Policy... 
Teraz jest tam rezerwat przyrody im. Prof. Zenona Klemensiewicza - jednej z ofiar tej katastrofy.

background image

Zła pogoda omal nie doprowadziła do katastrofy innego samolotu pasażerskiego ATR-42, z lotu 
LO-901, w dniu 5 listopada 1998 roku, kiedy to około godziny 13:54 samolot ów nadleciawszy w 
NW - znad Osielca - nad jordanowski Rynek wykonał ostry skręt na NE-E i kierując się drogą nr 7 
(„zakopianką”) odleciał w kierunku Krakowa. Leciał on na wysokości niemal 100 m i z prędkością 
około 150 km/h. Gdyby pilot leciał wyżej - to uderzyłby maszyną w otaczające Jordanów szczyty 
Przykca, Hyćkowej Góry czy Hajdówki, bowiem podstawa chmur sięgała nie więcej, niż 700 m 
n.p.m. Ci ludzie mieli wiele szczęścia!
Przekładając teraz ten przypadek na to, co się przydarzyło Annie S. i Oldze K. można powiedzieć, 
że skoro doświadczeni piloci mieli kłopoty, to co dopiero dwie młode i głupiutkie dziewczyny?... 
Uratowało   je   chyba   tylko   to,   że   będąc   z   Częstochowy   były   pod   szczególną   opieką   Czarnej 
Madonny! Wszystko skończyło się happy endem, a przecież gdyby nie zeszły one niżej pod osłonę 
lasu i gdyby nie znalazły tej sławojki - w której się ukryły - to dwa trupy leżałyby do wiosny w 
śniegach Babiej Góry!
102
„Gdzie się podziała praktykantka!” - pytanie za 64.000 dolarów płatne czekiem bez pokrycia... 
jeszcze w dniu 13 listopada 1998 roku, o godzinie 7:15 wyszła z domu i dotychczas nie powróciła 
mieszkanka   Knurowa   -   17   letnia  Maria   Guroś,   która   miała   podjąć   praktykę   zawodową   w 
Waksmundzie. Wprawdzie to nie Tatry, ale Podhale, niemniej jednak sprawa jest o tyle ciekawa, że 
ostatni   ślad   dziewczyny   urywa   się   na   dworcu   PKS   w   Nowym   Targu.   Ponoć   widziano   ją   w 
Katowicach w towarzystwie młodego mężczyzny w kilka dni później. Czy to ma jakiś związek z 
wydarzeniami w Tatrach?
A tak - ma - i to znaczący! Proszę, przypomnij sobie Czytelniku sprawę zniknięcia dwóch młodych 
dziewcząt - też 17-latek - Ernestyny Wieruszewskiej i  Anny Semczuk z Warszawy i także 17-
letniej  Renaty Zielińskiej  ze Staszowa. Opisałem je w pkt. 46 i 49 sugerując jednocześnie, że 
dziewczyny wcale nie musiały zaginąć czy zginąć w górach, bądź zostać porwane przez Ufitów. 
Wyjaśnieniem alternatywnym jest porwanie przez działającą na terenie Podhala i Podtatrza włoską i 
serbsko-albańską   mafię,   która   szmugluje   m.in.   polskie   kobiety   do   włoskich,   austriackich   i 
niemieckich burdeli. Wszystkie zaginione dziewczyny miały nie więcej, niż 17 lat. Mafia ta działa i 
ma   oparcie   w   niektórych   kręgach   niektórych   partii   o   nastawieniu   nacjonalistycznym   i 
antyżydowskim w głównych miastach naszego kraju. Oczywiście, służąc jeszcze w SG w latach 
1992-94,   zwróciłem   moim   przełożonym   uwagę   na   informacje   na   ten   temat,   jednakże   moje 
meldunki w tej sprawie zostały zignorowane (być może nawet celowo) i spoczęły w koszu na 
śmieci, a ja sam poniosłem tego konsekwencje w postaci przeniesienia ze służby stałej w SG do 
rezerwy. W ten sposób pozbywano się niewygodnych politycznie (czytaj: tych, którzy mieli swoje 
własne zdanie i mieli czelność go bronić) funkcjonariuszy z policji, Straży Granicznej i innych 
służb specjalnych RP.
Bardzo pouczająca jest tutaj sprawa zamieszkałego w Polsce Serba - Redżepa H., który od 1991 
roku zajmował się szmuglem narkotyków. Wszyscy o tym wiedzieli i... - i nie było na niego prawa, 
by go aresztować i tym samym ukrócić jego przestępczy proceder... Oczywiście to było niemożliwe 
w skorumpowanej do cna Polsce z jej chorym prawem. Redżep H. został zatrzymany na granicy w 
Norwegii i aresztowany za przemyt kilku kilogramów heroiny. Dlatego jestem zdania, że porwanie, 
przemycenie i sprzedanie do włoskiego burdelu w Bari czy Brindisi głupiutkiej polskiej dziewczyny 
nie nastręczałoby mafiosom z Bałkanów    ż a d n e j    trudności! Nieodpowiedzialność i głupota 
rodziców, ich naiwna wiara w mądrość własnych dzieci   z a w s z e   doprowadza do tragedii! To 
reguła, od której nie ma odwołania i wyjątku.
Z drugiej strony, ultra-liberalna postawa władz zezwalała i nadal zezwala na pobyt i działalność w 
Polsce   mieszkańców   krajów   byłej   Socjalistycznej   Federacyjnej   Republiki   Jugosławii,  Albanii   i 
innych krajów, którzy powiązani są z organizacjami  przestępczymi na Wschodzie i Zachodzie, 
kartelami narkotykowymi Ameryki Środkowej i Południowej, lewackimi i islamskimi terrorystami 

background image

w Kosowa, Albanii i Bliskiego oraz Środkowego Wschodu i co najgorsze - nadaje się im polskie 
obywatelstwo - co uważam za szczyt głupoty! Wojna potrzebuje pieniędzy, pieniędzy i raz jeszcze 
pieniędzy - powiedział kiedyś Mały Zdrajca z Korsyki. Albańczycy, Serbowie, islamiści i lewacy 
bardzo potrzebują szmalu na wzajemne wyrzynanie się nawzajem, a przy okazji także niewinnych 
ludzi. Mogą je zarobić tylko u nas, bo w Polsce lat 1989-2001 może je zarobić każdy, kto nie ma 
pecha być Polakiem... Przez granicę odbywa się transfer broni, materiałów wojennych, narkotyków, 
specjalistów od broni masowego rażenia, kobiet, najemników i innej kontrabandy. Wszystko to są 
operacje finansowe w skali porażającej wyobraźnię. To właśnie dzięki takim operacjom powstało 
imperium   finansowe  Usamy   ben-Ladena,   który   11   września   2001   roku   wypowiedział   wojnę 
Ameryce i całemu cywilizowanemu światu.

[1]

A   zatem   to   nie   UFO   porywa   polskie   i   słowackie,   czeskie,   ukraińskie,   litewskie,   rosyjskie 
dziewczyny, ale ludzie „cichych donów” z Kosowa i Belgradu, wspierani przez rosyjskie służby 
specjalne. Wszak Jewgienij Primakow zapowiedział nam, że zrobi wszystko, by Polska miała jak 
najtrudniejszą drogę do Unii Europejskiej i NATO.

[2]

 Działalność rosyjskiej mafii w Polsce jest też 

do pewnego stopnia kierowana i koordynowana z Kremla, o czym ostrzegałem już w 1991 roku, 
tyle że tego wtedy nikt nie rozumiał, boż w Sejmie RP i w Senacie III Najjaśniejszej była aborcja, 
dekomunizacja, lustracja i kształt korony na głowie Orła Białego i inne bzdury - jakże śmieszne w 
porównaniu  z  zalewającą  nasz   kraj  powodzią   -  ba!  -  całym  oceanem  niekompetencji,  głupoty, 
korupcji i przestępczości zorganizowanej i indywidualnej. Nie było i nadal nie ma polityka - może 
poza Samoobroną i jej liderem Andrzejem Lepperem, który by wreszcie przerwał ten obłędny i 
zaklęty   krąg   niemożności,   nieopłacalności,   partyjniactwa   i   niekompetencji   -   i   który   potrafiłby 
spojrzeć   globalnie   na   naszą   politykę   krajową   i   zagraniczną.   Co   gorsza,   rządy   koalicji  Akcji 
Wyborczej
 Solidarność Unii Wolności przy wsparciu Kościoła katolickiego w latach 1997-2001 
doprowadziły   do   pogłębienia   się   negatywnych   zjawisk   i   zmiany   taktyki   działania   grup 
przestępczych, które  z prymitywnych  metod  dokonywania przestępstw  na modłę zbója Madeja 
przeszły do wyrafinowanych przekrętów finansowych - co doskonale ukazuje serial Ekstradycja. To 
także ogromne - ponad trzymilionowe bezrobocie i roztrwonienie majątku narodowego w ramach 
tzw.   prywatyzacji,   z   której   zyski   zasilały   niejednokrotnie   kieszenie   mafii   mającej   oparcie   w 
parlamencie RP!
W Polsce rocznie znika bez wieści 17.000 osób - jak mówią statystyki Fundacji „Itaka” - z czego po 
pewnym czasie znaczący procent zostaje odnaleziony. Jak nie w kraju to za granicą. A zatem tych 
dziewcząt nie należy szukać w kraju, ale za granicą i to w rynsztokach włoskich, szwajcarskich, 
niemieckich czy austriackich. Być może nici tego handlu żywym towarem sięgają dalej - na Bliski i 
Środkowy Wschód... Poszukiwania należy zatem prowadzić przez EUROPOL i INTERPOL.
Dopiero kiedy wykluczymy tę możliwość, to możemy wypatrywać ich wśród gwiazd...
103
A   jednak   nie   tylko   dziewczyny   znikają   na   Podhalu,   boż   historia   zna   przypadek   zaginięcia 
mężczyzny w sile wieku - 48-letniego Andrzeja Fronczaka z Zakopanego, który wyszedł z domu i 
dotychczas nie powrócił, w dniu 23 listopada 1998 roku. Prowadzone w tej sprawie policyjne 
śledztwo utknęło w martwym punkcie. Udało się ustalić, że zniknięcie Andrzeja Fronczaka miało 
miejsce po godzinie 23:00 w Poroninie, w okolicy DW „Wena”. 
Co się z nim mogło stać? Czy został on porwany przez Ufitów? Jeżeli tak, to gdzie? Może to być, 
że Andrzej Fronczak cierpiacy na cukrzycę zasłabł gdzieś po drodze i wpadł w zaspę, ale jeszcze 
wtedy śniegu nie było! Może ktoś go potrącił i zabił, a ciało ukrył czy zakopał - takie rzeczy też się 
zdarzają. A może rzeczywiście porwali go Ufici? Na to pytanie nie odpowiemy wcześniej, jak 
znajdziemy jego ciało lub jego żywego - co wydaje się być mało prawdopodobnym. Śledztwo w 
toku.
Grudzień   1998   roku   i   styczeń   1999   roku   potraktował   nas   stosunkowo   łagodnie.   Prawdziwe 
uderzenie zimy przyszło pod koniec stycznia i na początku lutego 1999 roku, kiedy to temperatury 

background image

w dzień spadły do -15

o

C, a obfite opady śniegu jak zawsze sparaliżowały komunikację drogową w 

całym   kraju.   U   nas   trwała   walka   o   przejezdność   dróg   nr   47   „zakopianki”,   28   ze   Śląska   do 
Przemyśla i 7 na odcinku do Chyżnego. Droga nr 7/47 stanowiła arterię życia dla Nowego Targu i 
Zakopanego... Najgorsze było to, że zginęło w Polsce w tym czasie aż 209 osób - głównie z biedy... 
Być może niektóre z nich zmarły wskutek Bliskiego Spotkania z NOL-em, ale tego nie dowiemy się 
nigdy. Skąd to przypuszczenie? - ano stąd, że w latach 1996-1999 NOL-e wykazywały znaczną 
aktywność - o czym dalej. 
Chciałbym   teraz   zapoznać   Czytelnika   z   interesującą   hipoteza   sformułowana   przez   znanego 
dolnośląskiego badacza UFO,  mgr Jarosława „Foxa Muldera” Krzyżanowskiego   z Legnicy, 
który w swym liście z dnia 6 marca 1999 roku pisze tak:
Moje hipotezy odnośnie UFO są następujące:
1. UFO wykorzystuje zawartą w skałach kwarcowych energię piezzoelektryczną - jak wiadomo,  
NOL-e są przyciągane przez źródła naturalnej i sztucznej energii elektrycznej. Jeżeli tak dobry  
dielektryk, jak granit czy barek tytanu są zdolne do absorbcji dużej ilości energii bez przekazania 
jej   otoczeniu,   to   grupa   skał   dielektrycznych   może   być   akumulatorem   energii,   wzmacniającym  
grawitację  Ziemi  i  przekształcającą  ją  w  energię  elektromagnetyczną,  stanie  się  akumulatorem 
naturalnym.
2. W naszej atmosferze występuje pomiędzy jonosferą a troposferą tzw. „warstwa użyteczna”

[3]

 

odpowiedniej sile przyciągania grawitacyjnego, która jest stała dla wysokości nad Ziemią na całej 
planecie. Podnoszący się górski teren, siłą rzeczy styka się z tą najczęściej używaną przez NOL-e  
warstwą atmosfery, która nad nizinami rozciąga się na wysokości 600 - 1.500 m n.p.m., a w górach  
styka   się   bezpośrednio   ze   skałami.   Jest   to   najprawdopodobniej   tzw.   warstwa   zmiany   pola  
grawitacyjnego w atmosferze. Bardzo możliwe, że anteny dipolowe atakujące sygnałami radiowymi  
atmosferę   niszczą,   bądź   uszkadzają   tę   wykorzystywaną   przez   Obcych   warstwę.

[4]

  Stąd   częste 

obserwacje UFO nad terenami stosowania broni meteorologicznej - nad górami!!!

[5]

3.   Cykliczne   zaburzenia   fizykochemiczne   atmosfery   (burze   magnetyczne,   promieniowanie 
kosmiczne,   grawitacyjne,   itp.)   powodujące   powstanie   <<okien>>   czy   <<dziur>> 
czasoprzestrzennych.
4.   wyładowania   na   krawędzi   troposfery   wzmocnione   oddziaływaniem   pola   energii  
piezzoelektrycznej powodują łatwiej przewidywalne miejsca powstania <<okien>> w inny wymiar 
lub tuneli czasoprzestrzennych.
Ta interesująca teoria tłumaczy zarazem to, co się dzieje na akwenach Trójkąta Bermudzkiego i na 
szczytach Czerwonych Wierchów! Niestety, będzie można ją zweryfikować jedynie wtedy, kiedy 
odrzuci się uprzedzenia wynikające z teorii i dogmatów ortodoksyjnej nauki.
A teraz pozwól czytelniku, że przejdę do następnego rozdziału.
 
17. Quasi-bolidy, NOL-e i NOO
Meteor Ochotnicki - Meteoryt Jerzmanowicki - CE w Jurze - Nocne Światła nad Beskidami -  
Dyski nad Tatrami i nie tylko - NOO nad Małopolską - Meteoryt Skomielna Biała: Kosmiczna  
pomyłka czy kosmiczny lód?
Jak   już   to   napisałem   w   pierwszej   części  PROJEKTU...  -   dawno   temu   w   Kosmosie   szalała 
straszliwa, bezpardonowa i wyniszczająca wojna. Pisał o tym Aleksander Mora w swej pracy pt.  
Atomowe wojny bogów, pisał dr Miloš Jesenský w swej solidnej i dobrze udokumentowanej pracy 
Bohové atomových válek  i kilku innych autorów, a wszystko sprowadzało się do tego, że mniej 
więcej od 12.000 lat krążą nam nad głowami resztki atlantydzkiego programu SDI, które to resztki 
nie zostały wykorzystane w morderczych celach... Od czasu do czasu coś spada i sprawia ludziom 
różnorakie kłopoty: a to jakiś Czarny Mór, a to powalenie pokotem i spalenie kilku tysięcy ha 

background image

lasów, a to rozwalenie szczytu jakiejś góry czy zawalenie jaskini, itd. itp.
W referacie na II Międzynarodowy Kongres Ufologiczny PYRAMIDA’98 w Pradze, w dniach 1-2 
maja 1998 roku, rzuciłem propozycję, która wydała mi się najzupełniej logiczna, a mianowicie: to 
była kosmiczna wojna pomiędzy dwiema kosmicznymi rasami! - zaś jej ślady spoczywają do dziś 
dnia na Ziemi i w Kosmosie, tylko że nikt nie chce zwrócić na nie uwagi!
Jednym   z   owych   śladów   są   dziwnie   się   zachowujące   quasi-bolidy,   które   od   czasu   do   czasu 
przemierzają   nasz   nieboskłon   i   spadają   na   Ziemię,   powodując   niemało   zamieszania   wśród 
zamieszkujących ją ludzi i uczonych, którzy mając mózgi oczadziałe dogmatem o naszej   j e d y n 
o ś c i   w Układzie Słonecznym, a nawet najbliższym sąsiedztwie gwiezdnym, nie dopuszczają do 
siebie myśli, że obok nas ktoś tu był i jest nieznany Ktoś, kto śledzi każdy nasz ruch i wyciąga 
wnioski - niezbyt dla nas  przyjemne, boż obchodzi się z nami, jak z jako-tako inteligentnymi 
zwierzętami.
Że co?
Że człowiek jest istotą rozumną?
I cóż z tego, skoro wysiłki garstki intelektualistów zamieszkujących naszą planetę są niweczone 
przez lobbies kretynów, którzy z przemocy pokazywanej we wszystkich postaciach i emitowanej w 
Kosmos pokazują naszą cywilizację jako kloakę. Obcy to przechwytują i...
... i potem w czasie CE4 traktują nas dokładnie tak, jak ludzie traktują białe myszki czy chomiki 
laboratoryjne. Że to niehumanitarne? Zadajmy sobie najpierw pytanie: a czymże sobie zasłużyliśmy 
na to humanitarne traktowanie? Czym!? - pytam. Wojnami? Zanieczyszczeniem swej planety? A 
może   lotami   kosmicznymi,   które   wykorzystujemy   głównie   w   celach   wojskowych   albo 
propagandowych w co najmniej 75%?  Nie bądźmy naiwni -  Oni nas wcale nie kochają, jak 
usiłują   nam   to   wmówić   niektórzy   optymiści.   Oni   w   najlepszym   wypadku   traktują   nas   z 
chłodną obojętnością badacza. 
Ot i wszystko... - ale ad rem. 
Pierwszym dziwnym meteorytem jest...
104
... Meteor Ochotnicki, o którym dowiedziałem się od  red. Krzysztofa Strauchmanna  z  Gazety 
Krakowskiej
. Napisał on do mnie tak:
Szanowny Panie Robercie!
Studiując   stare   roczniki   >>Gazety   Podhalańskiej<<   natknąłem   się   na   ciekawą   relację 
opublikowaną w dziale >>Kronika<< w numerze 6 z dnia 2 lutego 1913 roku. Podaje streszczenie  
notatki:
Z Ochotnicy donoszą nam:
Niezwykłe zjawisko obserwowano w nocy 23 stycznia o godzinie 22:30. Cztery osoby wracając 
księżycową nocą z Ochotnicy widziały  silne światło elektryczne  na północ od Księżyca,  równe 
mu wielkością
, w kształcie kuli bądź tarczy. Światło nagle wydłużyło się ku północy i przesunęło 
się   szybko   ku   północy,   jakby   pod   chmury,   zabłysło   czerwonym   światłem   i   znikło.   Całość 
obserwacji   trwała   około   1   sekundy.   Po   kilku   minutach   dalszego   marszu   ta   sama   grupa   osób 
usłyszała jakby grzmot, przypominający jakby dudnienie wozu po drewnianym moście.  Odgłos 
trwał około 1 minuty i dawał się słyszeć od strony wschodniej.
Notatka kończy się informacją, że zjawisko to by…o widoczne także w Nowym Targu. Anonimowy  
autor wyraża nadzieję, że zjawisko to będzie naukowo wyjaśnione. Niestety, do końca 1913 roku GP  
nie powraca już więcej do tego tematu.
Pozdrawiam -
Krzysztof Strauchmann

background image

Nowy Targ, dnia 05.12.1997 r.
Autor tego listu wrócił do tego tematu na łamach Gazety Krakowskiej z dnia 22 stycznia 1999 roku 
w kontekście wróżb na Nowy Rok, robiąc przy tym uwagę, że zjawisko to mogło być wróżbą 
wybuchu   I   Wojny   Światowej...   Do   tego   tematu   jeszcze   powrócimy   przy   okazji   badań   innego 
meteorytu, ale o tym później.
Co to było naprawdę? 
Od razu wykluczam bolid, i to bolid elektrofoniczny, bowiem bolidy elektrofoniczne wydzielają 
różne odgłosy, ale nie „dudnienia wozu po drewnianym moście”, a poniższe zestawienie ukazuje to 
dość przekonywująco:
 

Data 

Miejscowość 

Zaobserwowane efekty

1706.12.01.

Tobolsk (Rosja)

Przelot ognistej kuli i odgłos zgrzytu.

1898.VII.

Finlandia

Przelot ognistej kuli i odgłos darcia papieru.

1928.VI.

Laredo (USA)

?, przeciągły jęk.

1929.03.01.

Chmielowka (Rosja)

Błysk światła, szelest i grzmot.

1937.08.10.

Omsk (Rosja)

Błysk światła, ognista kula i silny szum.

1944.V.

Aszchabad (Turkmenistan) ?, wycie w coraz wyższej tonacji.

1950.10.04.

Missouri (USA)

?, gwizdy i jęki słyszane tylko przez dzieci!

1978.04.07.

Sydney (Australia)

Przelot ognistej kuli, trzaski i gwizdy.

1982.

Isikule (Rosja)

Przelot ognistej kuli, dźwięk dartego płótna.

1993.01.14. 

Jerzmanowice (Polska)

Przelot ognistej kuli, gwizd i huk.

2000.05.06.

Polska i Republika Czeska Przelot ognistej kuli i gwizd.

2001.06.30.

Skomielna Biała (Polska)

?, ryk i odgłos łamania gałęzi.

(Opracowano na podstawie: Lucjan Znicz-Sawicki - Goście z Kosmosu - NOL, t.3, Gdańsk 1988 i 
materiałów własnych MCBUFOiZA o. Jordanów.)
Do sprawy Meteorytu Jerzmanowickiego jeszcze wrócimy, bo wcale nie jestem przekonany, że był 
to meteoryt elektrofoniczny...
Jak to wyliczył  prof. L. P. Drawert, który wprowadził do oficjalnej nauki pojęcie „meteorytu 
elektrofonicznego”,  do  roku  1950  spadło   ich  na  Ziemię  aż   267! To  znaczy,   o  tylu  wiemy,  bo 
prowadzimy   obserwacje   na   kontynentach,   ale   nie   zapominajmy,   że   Antarktyda   jest   niemal 

background image

niezamieszkała, podobnie jak Grenlandia i arktyczne wyspy. No i ¾ powierzchni Ziemi zajmuje je 
Wszechocean, a zatem liczbę tą można spokojnie pomnożyć przez 4 - w wyniku czego otrzymamy 
już 1068 - w przedziale czasowym 1706-1950, czyli 244 lat. Zatem rzecz całkiem możliwa, że był 
to meteoryt elektrofoniczny, ale czy rzeczywiście???...
Nie, to nie mógł być meteor elektrofoniczny, bowiem sęk w tym, że bolidy elektrofoniczne wydają 
dźwięki - a raczej fale radiowe odbierane przez ludzki mózg jako wrażenie dźwiękowe - w czasie 
przelotu przez ziemską atmosferę. Tylko!    N i g d y     p o         p r z e l o c i e !   Natomiast w 
opisywanym   przypadku   świadkowie   słyszeli   odgłosy   turkotu   w   kilka   minut    p   o    przelocie 
dziwnego obiektu...
Czy był to NOL - oczywiście tak, bo nie mógł to być żaden bolid czy uczciwy meteor. Obiekt ów 
emitował  w  czasie  lotu    b i  a  ł  e    ś  w  i  a  t  ł o    - jak elektryczne  - więc  musiało  ono być 
rzeczywiście   białe   z   domieszką   błękitu,   a   potem   błysnęło   ono   czerwono   i   znikło.   Ż   a   d   e   n  
szanujący się meteoryt czy bolid   t a k   się nie zachowuje!
No, ale niech będzie, że to meteor. Z jakiego roju on pochodził? W opisywanym czasie promieniują 
dwa   roje   meteorytowe,   pierwszy  z   nich   to   rój   δ-Kancrydów   promieniujących   w   dniach   13-21 
stycznia z maksimum 16 stycznia, z punktu określonego współrzędnymi

[6]

: RA = 8

h

24

m

 i DEC = 

+20

o

  (dla epoki 1950,0), których meteory poruszają się z Vg = 28 km/s w stosunku do naszej 

planety; drugi to rój Komaberenicydów, które spadają w dniach 12 grudnia - 23 stycznia z punktu o 
współrzędnych: RA = 11

h

39

m

54

s

 i DEC = +25

o

, które pędzą z ogromną Vg = 65 km/s! Wprawdzie 

δ-Kancrydy skończyły się jakieś dwa dni przed obserwacją, ale możemy założyć, że mógł to być 
jakiś maruder, który leciał za głównym potokiem meteorów i wpadł w pole przyciągania Ziemi. 
Resztę   znamy.   Obydwa   radianty   znajdują   się   na   północnej   hemisferze   nieba,   a   zatem   mogą 
ostrzeliwać północną półkulę Ziemi. Nie mogą zatem lecieć z południa na północ. To pewnik. Poza 
tym   huk   czy   też   turkot,   który   słyszeli   świadkowie   nie   mógł   pochodzić   od   eksplozji   meteoru, 
bowiem w tym przypadku musieliby ją ujrzeć, a tego nie widziano. NB, huk tej eksplozji dobiegł 
świadków ze wschodu, a nie północy - gdzie bolid znikł. 
A zatem nie mogło to być zjawisko naturalne.
105
Tzw. Meteoryt Jerzmanowicki stanowi jedną z największych zagadek, z jaką się zetknąłem. Badali 
ja astronomowie-profesjonaliści i astronomowie-miłośnicy oraz meteorytolodzy, którzy nie mogli 
dojść do ładu z tym problemem i roboczo założyli, że był to meteoryt elektrofoniczny. Na sprawie 
też połamali sobie zęby wojskowi. Rzecz w tym, że nie mogąc sobie dać rady z zagadką - bo jak 
nazwać   to   inaczej?   -   uczeni   zaklasyfikowali   Meteoryt   Jerzmanowicki   jako   meteoryt   i   na   tym 
koniec.
A co się tam stało naprawdę?
Jerzmanowice, to wieś położona w gminie Przeginia, w odległości 19 km na północny-zachód od 
Krakowa w stronę Olkusza. Można tam łatwo dojechać drogą krajową nr 94 [E-40] - przebiegającą 
tutaj pomiędzy Ojcowskim Parkiem Narodowym a rezerwatem Dolinki Krakowskie. Nie są to Tatry 
czy   Beskidy,   ale   Jura   Krakowsko   -   Wieluńska,   kraina   niezwykłych   białych   skał   wapiennych, 
pamiętających okres Jury (J

1-2

), a zatem mające za sobą od 208 do 144 mln lat istnienia...

14   stycznia   1993   roku,   około   godziny   19:00   wielu   mieszkańców   Jerzmanowic   i   okolicznych 
miejscowości ujrzało coś, co wyrżnęło w szczyt ostańca skalnego zwanego tutaj Babią Górą, i 
rozwaliło go na strzępy w postaci niewielkich białych kamieni, które zasłały okoliczne pola w 
promieniu kilkuset metrów - pole rozlotu odłamków miało kształt elipsy o dłuższej osi równej 700 
m! Uczeni obliczyli, że taki efekt niszczący można było osiągnąć detonując 80-100 kg TNT! 
Poszukiwania meteorytu spełzły na niczym. Nie znaleziono nawet pyłu po meteorycie. Dopiero 
badania  próbek śniegu przy pomocy mikroskopów  elektronowych ujawniło jakieś  mikrocząstki 

background image

metalu, które różniły się dość znacznie od typowych pyłów przemysłowych i składały się z aliażu 
90%  Al.   :   10%   Fe.   Nie   było   śladu   potasu   i   krzemu,   a   zatem   nie   były   to   pyły   ziemskiego, 
poprzemysłowego pochodzenia.
I tutaj pierwsza sensacja - otóż   w s z y s c y   świadkowie - a było ich wielu z miejsc położonych 
od kilkunastu metrów do 66 km od miejsca impaktu - twierdzą, że widzieli przelot i upadek ognistej 
kuli   na   szczyt   Babiej   Góry,   zaś   badanie   wykonane   przez   krakowskich   astronomów   i   innych 
specjalistów udowadnia coś przeciwnego: ŻADNEGO METEORYTU NIE BYŁO!!!
Według   ich   orzeczenia   było   coś   innego,   uderzenia   dwóch   wyładowań   atmosferycznych,   co 
zarejestrowało Obserwatorium Geofizyczne UJ w Ojcowie: pierwsze z nich o godzinie 18:58.54, 
zaś   drugie   o   19:00.17!   Zeznania   świadków   umiejscawiają   w   czasie   impakt   Meteorytu 
Jerzmanowickiego na godzinę 18:55 - a zatem niemal 3-5 minut przed uderzeniami wyładowań. 
Uczeni   zbadali   sejsmogramy   powstałe   pomiędzy   godzinami   18:30   a   19:30   i   nie   stwierdzono 
żadnych wstrząsów poza dwoma już tutaj wymienionymi... 
Hipoteza meteorytowa zakłada, że było to małe ciało o masie ok. 2 kg lecące z prędkością 3,5 km/s 
- jak to było m.in. w przypadku Meteorytu Pułtuskiego (spadł w 1868 roku), Sterlitamak (1990) czy 
Mbale (1992), Sichote-Aliń (1947) czy Přibram. W literaturze meteorytycznej   n i e   m a   czegoś 
takiego, co przypominałoby impakt Meteorytu Jerzmanowickiego! 
Ciekawym jest to, że na około 15 minut przed impaktem, czyli o godzinie 18:40, nad lotniskiem 
Kraków-Balice widziano lecący na wysokości około 1.400 m piorun kulisty. Być może to on, jak 
twierdzą autorzy raportów - spowodował eksplozję w Jerzmanowicach...
Astronomowie:  T. Ściężor i  J. Płeszka w swym raporcie nadmieniają, że ów meteoryt mógł być 
ciałem towarzyszącym asteroidzie 6344 P-L, która w dniu 14 stycznia 1993 roku była w perygeum. 
Pisze o tym także K. Włodarczyk.
Istnieje możliwość, że był to meteoryt z roju δ-Kancryd lub Komaberenicydów. Powołani autorzy 
podają jeszcze trzeci potok meteorytowy α-Lynxidów, który pozostaje w związku z kometą z 1533 
roku - jednakże ten rój jest już jedynie fotograficznym i jego świetność dawno przeminęła, ale być 
może na pożegnanie przesłał nam on fajerwerk!...
„Wydarzenie Jerzmanowickie” - bo tak nazwali je astronomowie - idealnie wpisuje się w schemat 
„gwiezdnych wojen bogów”, o których pisali m.in. Aleksander Mora, dr Miloš Jesenský czy  Jan 
Krzyściak
  w   swych   pracach.   Jest   oczywistym,   że   teoria   ta   -   potwornego   w   swych   skutkach 
konfliktu zbrojnego w łonie Supercywilizacji, która nas poprzedzała 12.000 lat temu - tłumaczy 
wiele, jeżeli nie wszystko. Wydarzenie to jest podobne do spadku Tunguskiego Ciała Kosmicznego 
w dniu 30 czerwca 1908 roku. Mieszkańcy Jerzmanowic mieli szczęście - dużo szczęścia!

[7]

Wróćmy   jednak   do   Beskidów   i   Tatr.   Chciałbym   teraz   zapoznać   Czytelników   z   tym,   co 
zaobserwowano nad naszymi górami w ciągu ostatnich kilku lat, jednakże zacznę od wydarzenia, 
które miało miejsce wiele lat temu...
106
...   a   którego   bohaterem   jest   mój   australijski   kuzyn,  lek.   med.   dr   B.M.  (dane   personalne 
zastrzeżone) i nasz wspólny kolega szkolny  M. Ch.  z Toporzyska k./Jordanowa. Obaj - wtedy 
jeszcze nastoletni chłopcy - przebywali na letnisku w Toporzysku w lipcu i sierpniu 1966 roku. 
Pewnego sierpniowego wieczoru obaj chłopcy paśli krowy na łące przy rzece Skawie, tuż przy 
torach   kolejowych.   Miejsce   to   ma   otwarty  widok   na   południe,   na   masyw   Góry  Ludwiki   i   na 
przysiółek Targoszówka. Słońce chowało się już za Cioska i Hyćkową Górą, a zatem była godzina 
około 18:30, kiedy nad Targoszówką pojawiło się   t o .   T o   było pomarańczowo-czerwoną kulą 
wiszącą nad Targoszówką i „świecącą jak Słońce na zachodzie” przez około 30 minut. Po zachodzie 
Słońca, ta dziwna kula też znikła...
Wydarzenie   to   utkwiło   obu   świadkom   w   pamięci   z   tego   względu,   że   wyraźnie   odróżniali 

background image

zachodzące Słońce od „fałszywego słońca”, które wisiało w zupełnie innym kierunku.
NB, z Targoszówką wiążą się dwie inne obserwacje BOL w latach 1996 i 1997, dokonane przez tam 
zamieszkałych pp. J. i F. B., którzy przeżyli tam CE5 w trakcie którego otrzymali oni telepatyczny 
przekaz dotyczący losów Polski i świata. To CE5 miało miejsce w nocy i były to czarne, trójkątne 
obiekty z jaskrawobłękitnymi światłami, skierowanymi bezpośrednio w dół. Ich lot był bezgłośny i 
z ludźmi ich załogi porozumiewały się telepatycznie. 
107
Następna   obserwacja   typu   NL   została   zarejestrowana   przez   naszego   kolegę   z   MCBUFOiZA 
Marcina Mioduszewskiego   z Krakowa. Wydarzenie to miało miejsce w sierpniu 1995 roku, w 
miejscowości Poręba Wielka k./Mszany Dolnej, na terenie Gorców.

Około godziny 22:00 Marcin zauważył na wysokości około 60

o

  nad SW horyzontem formację 

trzech pomarańczowych świateł w kształcie trójkątów równobocznych, które poruszały się wysoko 
na niebie ku górze, i po około 10 sekundach znikły za chmurami. Nie były to samoloty, balony, 
rakiety czy inne  produkty naszej   cywilizacji. Formacja  NOL-i  miała  kształt  klucza.  Pogoda w 
czasie   obserwacji   była   dobra.   Nie   zaobserwowano   żadnych   działań   ubocznych   NOL-i   na 
środowisko. Lot sprawiał wrażenie lotu pod orbitalnego, w atmosferze Ziemi. Świadek nie słyszał 
żadnego odgłosu pracy silników czy sonics boomu dobiegającego z kierunku lotu tych NOL-i.
108
Teraz przenieśmy się do Sieprawia, skąd w 1996 roku napłynął do JORDANOL-a meldunek o 
obserwacji „tańczących światełek” czy jak kto woli „iluminacji laserowej”. 
Było to w czerwcu 1996 roku, wieczorem, pomiędzy godziną 23:45 a 23:50. świadkowie pp. A. K. 
S.
  (dane zastrzeżone), przez kilka minut obserwowali niezwykły „taniec” kwadratowych światełek 
koloru białego na czystym, lekko tylko przymglonym niebie, na AZ = 180-210

o

 i H = 30-60

o

Obracające się światła przemierzały kilka razy wahadłowo z S na SW i z powrotem, a za którymś 
razem   już   nie   wróciły   -   całość   przypominała   pracę   urządzenia   „Sky   Rose”   do   iluminowania 
dyskotek, stacji benzynowych czy restauracji. Rzecz jednak w tym, że w pobliskich knajpach i 
dyskotekach takich urządzeń po prostu ... nie było! Całość przypomina to, o czym pisał swego 
czasu szef legnickiego „Kontaktu”  Jarosław „Fox Mulder” Krzyżanowski  w swym  Projekcie 
Sudety
. Podobne światła obserwowano w okolicach Śnieżki i wszyscy byli przekonani, że są to 
światła z dyskoteki w czeskim Harrahovie, zaś Czesi sądzili, że to były światła z Karpacza!... 
Prawda leżała pośrodku i okazało się, że „Sky Rose” nie mają ani polskie, ani czeskie dyskoteki w 
tej okolicy. NB, to właśnie obserwacje tych fenomenów dały nam podstawę do przypuszczenia, że 
Obcy   prowadzili   pomiary   w   środowisku   naturalnym   Polski   i   Republiki   Czeskiej   przed 
Megapowodzią w lipcu 1997 roku - co potem potwierdziły fakty. Ale czy tylko ta Megapowódź a. 
D. 1997 była powodem pojawienia się tych dziwnych świateł na niebie? Nie obserwowano kręgów 
na   niebie   w   okresie   poprzedzającym   Megapowódź   a.   D.   2001,   ale   za   to   zaobserwowano   nad 
Małopolską zmasowana aktywność NOO - o czym dalej.
A może te światła miały jakiś związek z wydarzeniami w Kosowie i Afganistanie?...
109
Następna   obserwacja   „tańczących   świateł”   miała   miejsce   w   okolicach   wsi   Szymbark-Polanki 
k./Gorlic, gdzie w dniu 12 sierpnia 1996 roku, w godzinach 20:50-23:00 troje świadków: pani mgr 
J. K.
 oraz jej dzieci - córka M. K. i syn J. K. z Nowego Sącza oraz ich krewna M. K. (wszystkie 
dane   personalne   zastrzeżone)   obserwowali   ewolucje   obiektu   z   6-7   świetlistymi   kulami   na 
obwodzie, który poruszał się wahadłowo - to się zbliżał, to oddalał od świadków biwakujących nad 
jeziorkiem Morskie Oko (w Beskidzie Sądeckim), przez niemal trzy godziny. Po ich upływie, NL 
oddaliło się i już nie powróciło. 
Kule pochodziły być może z urządzenia „Sky Rose”, ale... problem w tym, że w okolicy nie było 

background image

lokalu, który dysponowałby takim urządzeniem do iluminacji laserowej!
110
Nowe   Brzesko.   Chociaż   miejscowość   ta   nie   leży   w   górach,   a   na   przedprożu   Płaskowyżu 
Proszowickiego, to zainteresowałem się nią ze względu na obiekty, które tam widziano, bo maja 
swe odpowiedniki w tych, które obserwowano nad naszymi górami - a zatem potwierdzaja tezę, że 
TATRY NIE SĄ W JAKIŚ SPOSÓB WYRÓŻNIONE... - wbrew temu, co sugerował TVN-owski 
duet pp. Müller-Trojanowski w programie Nie do wiary.
Świadek - pan Adam M. zaobserwował w dniu 22 grudnia 1996 roku, w godzinach 20:00-20:10 w 
ciągu około 10 sekund przelot pomarańczowego BOL-a, ciągnącego za sobą długi ogon - tak, że 
całość była podobna do komety koloru pomarańczowego, lecącej ze wschodu na zachód, o H = 20

nad horyzontem. Nie było żadnych efektów akustycznych czy wizualnych poza tutaj opisanymi. 
Być może był to meteor, ale gdyby tak było, to musiałby się on zamanifestować jeszcze innymi 
efektami, a tych nie było - ergo - to nie był meteor. A skoro tak, to mogło być właśnie UFO...
Jest   jeszcze   jedna   możliwość   -   rakieta   kosmiczna   czy   międzykontynentalna.   Ale   znów   - 
wystrzelenie takiej  rakiety w kierunku ze  wschodu na zachód wymaga  najpierw  zniwelowania 
ruchu   obrotowego   Ziemi   wokół   własnej   osi,   a   potem   rozpędzenia   jej   do   prędkości  V

I

  -   a   to 

technicznie jest bardzo trudne i właściwie nie stosowane w kosmonautyce rosyjskiej. 
111
Rok 1997 przyniósł nastepne obserwacje „tańczących światełek” na niebie - i tak w nocy 20/21 
maja 1997 roku, w godzinach 21:30-22:30 owe tajemnicze światła polatywały nad drogą nr 28 na 
odcinku Jordanów - Rabka Zdrój.
Ewolucje tych świateł podziwiali mieszkańcy ul. Zakopiańskiej w Jordanowie i Naprawy: rodzina 
G., rodzina
 M. i pan M. M. oraz małżeństwo K. i  J. M. oraz także pan Z. C. - razem 11 osób.
Obiekt(y) latający w chmurach deszczowych był ciemny i jakby koloru granatowego, zaś światła 
były biało-żółte. Poruszał się wahadłowo nad drogą - powoli dryfując w kierunku Rabki. Sprawa 
została opisana przeze mnie na łamach Naszych Stron i dzięki temu zgłosili się następni świadkowie 
z terenu Jordanowa, którzy widzieli te światła. Rozmowy z nimi utwierdziły mnie w przekonaniu, 
że jednak może tutaj chodzić o światła z jakiejś dyskoteki w rejonie Raby Wyżnej - gdzie takie 
urządzenie zostało zamontowane. Pewność tego szacuję na 90%.
A teraz będzie o niezwykłych meteorach i meteorytach:
112a 
Kolejnym NL przypominającym meteor czy meteoryt był obiekt zaobserwowany przez 14-letniego 
Damiana Wichra  i jego ojca  Stanisława Wichra  w dniu 9 sierpnia 1997 roku, około godziny 
21:13-21:14. W ciągu około 15 sekund obaj świadkowie ujrzeli najpierw silny rozbłysk, a następnie 
obiekt ciągnący za sobą czerwony warkocz, który zatoczywszy szeroki łuk znikł za górami na 
zachodnim horyzontem.

Pierwszy kontakt wzrokowy z tym NOL-em nastąpił na AZ = 315

o

 i H = 30

o

. Analiza zdarzenia 

pozwala stwierdzić, że mógł to być meteor z roju ι-Akwaryd Południowych, promieniujących z 
miejsca o współrzędnych: RA = 22

h

13

m

12

s

 i DEC = -14

o

47’ z częstotliwością 15/h i z Vg = 33,8 

km/s. Możliwe zatem, że to był taki meteor...
112b
Prawdopodobnym meteorem był obiekt widziany w dniu 6 maja 2000 roku. A oto opis zdarzenia 
zamieszczony w Echu Jordanowa

W dniu 13 maja 2000 roku, zostaliśmy powiadomieni przez mieszkańców m. Osielec (49

0

41’N i 

19

0

42’E) o tym, że w dniu 6 maja 2000 roku, pomiędzy godziną 11:00 - 12:00 GMT zaobserwowali 

background image

oni przelot dziwnego, świecącego, nieznanego obiektu latającego.
W dniach 16 i 17 maja 2000 roku, przeprowadziliśmy z mieszkańcami m. Osielec wywiad-ustalenie 
na tą okoliczność, w trakcie którego ustalono, co następuje:
v       NOL miał kształt kuli o średnicy nieco mniejszej od Księżyca w pełni. Za kulą ciągnęła się 
smuga gazów o długości około 3 średnic Księżyca w pełni;
v       NOL  poruszał   się   ruchem   jednostajnym   z   prędkością,   którą   świadkowie   ocenili   na   nieco 
większą, niż prędkość przesuwania się po niebie samolotu pasażerskiego z napędem odrzutowym;

v      Wysokość lotu NOL-a świadkowie ocenili na H = 45

0

 nad horyzontem;

v      NOL wydzielał silne białe - lub jak określiły to dzieci - tęczowe światło. Świadkowie, którzy 
widzieli NOL-a z większej odległości określili jego światło na jasnożółte;
v       W   czasie   lotu   NOL-a   świadkowie   nie   słyszeli   żadnych   nietypowych   dźwięków,   także   po 
przelocie nie słyszeli żadnych odgłosów. Jeden z mężczyzn o przytłumionym słuchu twierdził, że w 
czasie   lotu   tego   NOL-a   słyszał   w   głowie   potężny   huk   -   czyżby   było   to   zjawisko   bolidu 
elektrofonicznego???...

NOL pojawił się na AZ = 0

0

 i zniknął na AZ = 180

0

, za stokiem góry Łysa Góra Kamieniołom, w  

kierunku wsi Bystra i Sidzina;
wCałe zjawisko nie trwało dłużej, niż 10 sekund.
W dniu 17 maja 2000 roku, przeprowadziliśmy dodatkowe rozpytanie 2 świadków, którzy widzieli 
tego   samego   NOL-a   z   Rynku   w   Jordanowie   (49

0

39’N   i   19

0

50’E).   Ich   relacje   potwierdzają 

spostrzeżenia Świadków z m. Osielec. 
Wszyscy   świadkowie   wykluczają   możliwość   zaobserwowania   samolotu   czy   innego   ziemskiego 
pojazdu powietrznego.
WNIOSKI:
W   świetle   znanych   nam   faktów   można   przypuszczać,   że   ów   NOL   był   meteorytem   z   jednego   z 
aktualnie   promieniujących   rojów:   Skorpidów,   Akwarydów,   Lirydów,   Wirginidów   czy   Bootydów, 
który wpadł w atmosferę Ziemi i spadł lub eksplodował nad Republiką Czeską. Wnioskujemy o  
uznanie   tego   obiektu   za   IFO,   a   także   za   przekazaniem   powyższej   informacji   astronomom   z 
Uniwersytetu Wrocławskiego.
Dr Stanisław Buda
 i
nż. Robert K. Leśniakiewicz
34-746 Osielec 221
 ul. Mickiewicza 53
34-240 Jordanów
Meldunek ten został wysłany do Instytutu Astronomii Uniwersytetu Wrocławskiego.
Tak myśleliśmy wtedy, bo teraz nie jesteśmy tego tacy pewni, bowiem okazało się, że ów „bolid” 
leciał co najmniej w dwóch kierunkach - z zachodu na wschód - jak widziano go nad Dolnym 
Śląskiem   i   Opolszczyzną,   i   z   północy   na   południe,   jak   widziano   go   nad   Górnym   Śląskiem   i 
Małopolską... A zatem, jak twierdzi Bronisław Rzepecki - który badał wszystkie dostępne relacje o 
tym zjawisku -  albo były tam   d w a   bolidy, albo  j e d e n , który zmienił trajektorię skręcając 
gwałtownie o 90

o

 w prawo - na południe - i wleciał nad Republikę Czeską, gdzie eksplodował... 

Trzecim wyjściem jest tylko UFO w klasycznym tego słowa znaczeniu!
Następny tego rodzaju przypadek zdarzył się w rok później:
112c

background image

... a stało się to w rocznicę spadku Meteorytu Tunguskiego, 30 czerwca 2001 roku, we wczesnych 
godzinach rannych. A oto relacja dla Nieznanego Świata:
Czasami zdarzają się takie dni, w których w nasze życie wtargnie coś niezwykłego, co zmienia je na 
czas dłuższy, albo nawet do jego końca. Dzień, w którym zjawia się żyrafa, a my patrząc na nią  
mówimy do siebie: „Nie, przecież to jest niemożliwe!”
Taki „dzień żyrafy” wydarzył się w te wakacje. 30 czerwca 2001 roku, o godzinie 05:30 CW (03:30  
GMT), kiedy to 19-letni mieszkaniec miejscowości Skomielna Biała - pan Andrzej B. wybrał się do 
lasu porastającego zachodnie stoki Lubonia na grzyby. Kiedy był już w lesie, usłyszał nad głową 
dziwny gwizd - jakby przelatującego odrzutowca - i po chwili coś, tnąc po drodze gałęzie świerków,  
wbiło się w ściołę w odległości 15-20 metrów od struchlałego młodzieńca. Andrzej podszedł bliżej i  
ku   swemu   niebotycznemu   zdumieniu   ujrzał   wbity   w   ziemię   niemal   6-kilogramowy   blok   lodu   o 
dziwnym,  czerwonawym   zabarwieniu.   Stało   się   to   w  okolicy   punktu   opisanego   współrzędnymi: 
49

o

39’ N i 19

o

57’ E - patrz mapka. Oczywiście   zapakował znalezisko do plecaka i przyniósł do 

domu. 
Oczywiście powiadomiono o wszystkim redakcję tygodnika „Nasze Strony” i krakowski OTV. Bryła  
została sfilmowana przez ekipę z TVP Kraków i migawki zostały wyemitowane w dniu 1 lipca 2001 
roku w dwóch wydaniach „Kroniki” krakowskiej TV. Informacja o spadku niezwykłego meteorytu 
była wyemitowana na stronach telegazety TVP Kraków przez cały dzień 2 lipca br. Rezultatem tego  
był reportaż pt. „Prosto z nieba” zamieszczony w numerze 27(377),2001 z dnia 8 lipca 2001 roku,  
autorstwa  Roberta   Miśkowca  i  Pawła   Góreckiego.  Autorzy   opisali   perypetie,   jakich   doznali 
próbując odpowiedzieć na pytanie, co to właściwie było i skąd się wzięła bryła zmrożonej solanki w  
środku   lata   w   beskidzkim   lesie?!   Pozwolę   sobie   streścić   ich   przygody   i   zacytować   niektóre 
wypowiedzi, bo są tego warte!
Redaktorzy „Naszych Stron” zrazu zadzwonili do zakopiańskiego IMGW do Michała Furmanka
który orzekł, że niemożliwe jest, by lodowe gradziny osiągały tak ogromne rozmiary. Wysunął on 
przypuszczenie, ze najprawdopodobniej bryła lodu pochodzi z... samolotowej lodówki, którą ktoś  
czyścił lecąc nad Beskidem Wyspowym. 
Kolejny   telefon   redaktorzy   „Naszych   Stron”   wykonali   do   Instytutu   Astronomii   Obserwatorium  
Astronomicznego UJ w Krakowie. Telefon odebrał... portier, który stwierdził w rozmowie, że nie  
połączy   ich   z   żadnym   z   naukowców,   bo   nikt   nie   będzie   kładł   na   szalę   swego   autorytetu, 
wypowiadając się na temat takiego zjawiska, którego nikt nie zbadał, ani nie dotknął. (!!!) I dalej -  
cytuję po literkach - Mamy sporo takich dziwnych telefonów. O UFO i tym podobnych zjawiskach.  
Instytut nie zajmuje się takimi sprawami. Poza tym lód by na Ziemię nie doleciał, bo by się spalił w  
atmosferze - zapewnił ich portier, osoba uważająca siebie za nader kompetentną.
Adiunkt Nadleśnictwa Nowy Targ  mgr inż. Andrzej Głodkiewicz  stwierdził, że nie jest możliwe  
utrzymanie się na drzewie takiej bryły lodu z zimy, nawet gdyby znajdował się on w jakiejś dziupli. 
Bryłę lodu można w lesie znaleźć, ale tylko i wyłącznie pod grubą warstwą trocin w lodowni, w  
której przechowuje się siewki, nasiona, owoce leśne, itp. 
Następną osobą był dyrektor Obserwatorium Astronomicznego na Suchorze w Gorcach,  prof. dr 
hab. Jerzy M. Kreiner  
z Katedry Astronomii WSP Kraków. Oto jego wypowiedź dla „Naszych 
Stron”:
W pobliżu Ziemi krąży wiele bolidów, w tym również lodowych. Jest jednak bardzo mała szansa,  
żeby taki obiekt - jak ten spod Lubonia - dotarł na powierzchnię Ziemi z Kosmosu. Przelatując  
przez  kilkadziesiąt co najmniej kilometrów atmosfery, stopiłby się wskutek gorąca wywołanego  
tarciem.   A   jaka   była   temperatura   bryły   w   chwili   jej   znalezienia?   Była   chłodna   -   to   macie 
odpowiedź: kosmiczne pochodzenie jest wykluczone. Poza tym, czy lód w bryle zmieszany był z  
kawałkami skał? - Nie - To też wyklucza przypuszczenie, że mógł to być bolid, meteor. Lodowe 
bolidy, które znamy, są zbite z lodu i kawałków skał.

background image

W porcie lotniczym im. Jana Pawła II w Krakowie-Balicach wykluczono hipotezę o tym, że mógł to  
być lód z samolotu. 
Krakowski meteorolog pracujący onegdaj dla LOT-u, pan Jan Adamski stwierdził, że to są jednak  
ogromne gradziny:
To normalne zjawisko spotykane w Europie południowej, we Włoszech, w Hiszpanii, we Francji. W 
chmurach burzowych dochodzi do kumulacji cząsteczek wody wokół jąder [kondensacji]. Tworzą 
się gradziny, które znamy jako grad. Oczywiście grad w porównaniu z bryłą spod Lubonia, to 
drobnica. Proszę jednak pamiętać, że już w samej chmurze burzowej gradziny ulegają rozbiciu,  
obijają   się   przecież.   Wszystko   się   tam   kotłuje.   Opady   kilkukilogramowych   brył   lodu,   znane   z 
południowej Europy, to 10-20 brył o wadze 5-7 kg. Dlaczego w ogóle dochodzi do tego, że bryły  
lecące z wysokości 10.000 m dolatują, skoro powinny się rozpadać w drobne gradziny - tego nie  
wiemy. O tym, co się dzieje we wnętrzu chmur burzowych praktycznie nic nie wiemy - z prostego  
powodu:   każdy,   kto   próbował   wlecieć   i   obserwować   chmurę   burzową   od   środka,   kończył   na  
cmentarzu. 
Oczywiście, że z samolotów zrzuca się substancje ciekłe - nie z lodówek, tylko z toalet. Mało jednak  
prawdopodobne, by doszło do zestalenia się takiego „aerozolu” w masywną bryłę. No i pasy dróg 
lotniczych biegną bliżej Babiej Góry, w okolicach Policy i Jabłonki.
Artykuł kończy się ubolewaniem, że nikt nie potraktował serio tego niezwykłego znaleziska i pan 
Jan B. schował je w zamrażarce. Być może ktoś poprowadzi badania dalej...
I   tyle   mądrości   objawionej   specjalistów.   Piszę   te   słowa   nie   bez   przekąsu,   bo   zrozumiałem   to,  
dlaczego w naszym kraju jest taki bałagan, skoro to cieć decyduje o tym, kogo ma z kim połączyć, a 
kogo   nie!   Po   przeczytaniu   tego   akapitu   w   relacji   reporterów   „Naszych   Stron”   ogarnęła   mnie 
zgroza.   Uważam   to   za   skandal   i   winni   tego   skandalu   powinni   pożegnać   się   z   profesurami   i  
stopniami   naukowymi,   bo   dla   mnie   reprezentują   oni   poziom   intelektu   dokładnie   równym   z  
poziomem  owego „kompetentnego”  ciecia... Teraz  nie dziwię się, że polscy naukowcy odnoszą  
sukcesy tylko za granicą, w kraju nie mają najmniejszych szans rozwinąć skrzydeł, bo im są one 
skutecznie podcinane przez zmamuciałych i sprykowaciałych kolegów, którzy już dawno powinni  
być na emeryturze!
Prof. Kreiner zachowuje się tak, jakby w życiu nie słyszał o zjawisku ablacji - dzięki któremu  
możliwe są powroty ziemskich statków kosmicznych na Ziemię, nie mówiąc już o tzw. „korytarzach 
wejścia” w ziemską atmosferę, które zawierają się w przedziale 10-20

o

. Co oznacza, że ciało, które 

wejdzie w atmosferę pod kątem mniejszym od 10

o

 zostanie odbite od niej w przestrzeń kosmiczną,  

zaś pod kątem większym od 20

o

 - spłonie w atmosferze. Dla mnie jest to oczywiste, że duży meteoryt 

lodowy z zawiesinami z pyły kosmicznego wszedł w atmosferę pod kątem zawartym w przedziale  
<10

o

-20

o

>. Wskutek zjawiska ablacji część lodu odparowała i uchroniła tym sposobem niewielki  

ułamek masy meteorytu - około 10% - który spadł Andrzejowi B. niemal pod nogi... Dlatego też 
jego pierwotną masę możemy ocenić na jakieś 60-100 kg. 
Spadek lodowych brył miał istotnie miejsce w styczniu 2000 roku i jak podawały media w dniu 12  
stycznia 2000 roku na belgijskie Liége spadła lodowa kula, cuchnąca amoniakiem. Oczywiście  
posądzono o to jakiś samolot, który pozbył się nieczystości z WC...
20 stycznia na okolice Toledo, w miejscowościach Tocina, Alcudia i Aunion z jasnego nieba spadło  
około 60 brył lodu. Największa z nich miała masę 10 kg.
25 stycznia dwa lodowe pociski spadły na włoskie Treviso.
27 stycznia na Treviso, Bolonię, Mediolan, Wenecję i inne miejscowości północnych i środkowych  
Włoch   spada   lawina   lodowych   brył,   z   których   największe   mają   masę   5-7   kg!   Wydarzenia   te  
wiązałem   wtedy   z   przejściem   w   pobliżu   Ziemi   Komety   Milenijnej   -   C/1999S4(LINEAR),   która  
sprawiła nam taki zawód, jak sławetna kometa C/1973E1(Kohoutek) w 1974 roku... Teraz przez 

background image

Układ   Słoneczny   przechodziła   kolejna   kometa   oznaczona   jako   C/2001A2(LINEAR),   więc 
wydarzenie ze Skomielnej Białej można było skojarzyć z jej pojawieniem się na niebie. Można ją  
było obserwować w pierwszej dekadzie lipca w konstelacjach Wieloryba, Ryb i Pegaza, gdzie jej  
jasność   była   na   granicy   widzialności   okiem   nieuzbrojonym.   Nawiasem   mówiąc   wstrząsająca  
tragedia rosyjskiego samolotu pasażerskiego Tu-154, który w dniu 3 lipca 2001 roku rozbił się pod 
Irkuckiem,   wskutek   czego   150   osób   poniosło   śmierć   na   miejscu   mogła   tez   być   spowodowana 
uderzeniem takiej lodowej „piguły”, o czym już pisałem na łamach „Nieznanego Świata”...
Nie   bez   znaczenia   jest   jeszcze   jeden   przedziwny   fakt   -   otóż   meteoryt   Skomielna   Biała   spadł  
dokładnie w... 93 rocznicę spadku słynnego Meteorytu Tunguskiego, którego pochodzenie, skład 
chemiczny i mechanizm potwornej eksplozji, z jaką skończył swój żywot nad tajgą są kompletną 
tajemnicą!
Tyle wiedziałem do dnia 5 lipca.
6 lipca 2001 roku, pojechałem wraz z Majką i Danielem Wójtowiczami do Skomielnej Białej, by 
dowiedzieć   się   czegoś   więcej   u   samego   źródła.   Dwa   dni   wcześniej   rozpytywałem   ludzi  
zamieszkałych w pobliżu miejsca impaktu, ale niczego konkretnego się nie dowiedziałem, nawet nie  
potrafiono wskazać mi jego miejsca. Mówiono o tym, że meteoryt uderzył nie w stok Lubonia, ale  
Zbójeckiej Góry, tuż przy drodze numer 7 - „zakopiance”, niedaleko motelu i przekaźnika telefonii  
komórkowej.   Udało   mi   się   w   końcu   dotrzeć   do   pana   Andrzeja   B.,   który   potwierdził   wersję 
wypadków podaną już w prasie i TV. Wykonałem kilka zdjęć i zapis wideo - widać na nich wyraźnie,  
że meteoryt ma kształt aerodynamiczny - jakby kropli wody, a jego boki są wygładzone pędem  
powietrza. Jednolita barwa meteoru w pewnym miejscu staje się ciemniejsza - jakby znajdował się  
tam   jakiś   wrostek   z   czarniawego   osadu   czy   innego   barwnika.   Wykonałem   także   pomiary  
radioaktywności - bo tego obawiali się p. B. - i stwierdziłem, że meteoryt wypromieniowywał tylko  
0,014 µSv/h, podczas, kiedy tło radioaktywne gruntu trzymało się w granicach 0,016 - 0,018 µSv/h  
promieniowania β i γ.   W rozmowie ze świadkiem udało mi się tylko uściślić miejsce impaktu, które 
wskazałem strzałką na mapce. Najgorsze było w tym wszystkim to, że ci ludzie nie wiedzieli, co 
począć z tym fantem. Mówiło się o wysłaniu tego meteorytu do AGH w Krakowie, bądź na UJ, gdzie  
ktoś wykonałby analizę. Najgorsze także było to, że ktoś z Krakowa postraszył tych ludzi, że to oni 
będą musieli zapłacić niebagatelne pieniądze za wykonanie analizy!!!  - co uważam (i nie tylko ja) 
za   przejaw   kompletnej   paranoi.   W   ten   sposób   można   było   stracić   cenny   dla   nauki   meteoryt.  
Wyglądało na to, że w Krakowie nikt tym nie chciał się zająć na poważnie, a mnie diabli brali, bo  
najchętniej zatelefonowałbym do mojego znajomego z tokijskiej telewizji NHK. Dla Japończyków  
zrobić reportaż z Polski o kawałku głowy komety, to pestka. I z całą pewnością wyłożyliby każde  
pieniądze na analizy... W takich przypadkach NHK jest sponsorowana przez NASDA

[8]

, a wszystkie 

tego rodzaju artefakty są przewożone do Ośrodka Badań Kosmicznych NASDA w Kagoshima.
W rozterce i nie wiedząc, co robić zatelefonowałem do Roberta Bernatowicza i powiadomiłem go o 
tej sprawie. Niestety - był dokładnie w takiej samej sytuacji, jak ja i niczego mi nie mógł poradzić. 
Potem wykonałem telefon do  Andrzeja Kotowieckiego  znanego cieszyńskiego meteorytologa. On 
także   nic   nie   mógł   poradzić   -   a   problemem   było   wykonanie   analizy,   do   czego   potrzebne   jest  
laboratorium...   Napisałem   list   do   następnego   meteorytologa-amatora   pana  Romana   Rzepki  z 
Giżycka, w którym przesłałem mu materiały prasowe dotyczące tego incydentu. Dopiero udało mi 
się przełamać impas w telefonicznej rozmowie z  prof. dr hab. Bogdanem Rompoltem  z Instytutu 
Astronomii Uniwersytetu Wrocławskiego, którego bardzo zainteresowała ta sprawa. Jego opinia, po  
zreferowaniu mu faktów, była jednoznaczna - mamy do czynienia z głęboko zamrożonym lodem  
kometarnym, pochodzącym z jądra głowy komety lub z mikro-komety, która rozpadła się gdzieś w  
atmosferze nad Beskidami... To właśnie dzięki takim mikro-kometom powstają tajemnicze „pearl  
clouds” - perłowe obłoki, które są skutkami eksplozji tego rodzaju ciał niebieskich na wysokości 25  
km nad Ziemią. Próbki tego dziwnego, czerwonawo-pomarańczowego czy też brzoskwiniowego w 
kolorze, lodu zostaną zbadane w laboratorium IAUW. Ta instytucja była mi znana z ubiegłego roku,  
kiedy to Małopolskie Centrum Badań UFO i Zjawisk Anomalnych przesłało jej materiały dotyczące 
obserwacji spadku Meteorytu Beskidy - patrz zdjęcie - w dniu 6 maja 2000 roku, a który to meteoryt  

background image

był widziany w pasie województw południowych, jak leciał nad Polską i eksplodował nad Republiką  
Czeską, siejąc wokół odłamkami, jak szrapnel. 
Czy takie rzeczy, jak rozpad jąder kometarnych są możliwe? Oczywiście, że tak. Doskonale ilustruje 
to załączona sekwencja zdjęć otrzymanych ze Słowacji, a które przedstawiają częściowy rozpad  
głowy komety P/Hale-Boppa. Te dwa obiekty oznaczone na zdjęciach jako UNK-1 i UNK-2 to 
właśnie są one takimi odłamkami. To właśnie one spowodowały członków sekty „Heaven’s Gate” 
do popełnienia zbiorowego samobójstwa, bowiem jej członkowie wzięli je za UFO...
W dniu 7 lipca zatelefonował do mnie Andrzej Kotowiecki, który powiadomił mnie, że wysłał e-
maile do uczonych z Krakowa i Warszawy, którzy zainteresują się tym  meteorytem  i dokonają  
odpowiednich badań.
Mnie   natomiast   zainteresowała   dziwna   zbieżność   czasoprzestrzenna   dwóch   -   tak   na   pozór  
odległych od siebie - wydarzeń. No bo spójrz Czytelniku: w dniu 30 czerwca, tyle, że 1908 roku - na  
tajgę   syberyjską   spadł   Meteoryt   Tunguski,   który   spustoszył   ją   straszliwie.   Miało   to   miejsce   o  
godzinie 00

h

17

m

11

GMT.  Meteoryt Skomielna Biała spadł około godziny 03

h

30

m

 GMT - a zatem 

różnica wynosi tylko trzy godziny z kilkoma minutami. I dalej: Meteoryt Tunguski spadł na 60

o

55’ 

szerokości   geograficznej   północnej,   zaś   Meteoryt   Skomielna   Biała   spadł   na   49

o

39’  szerokości 

geograficznej północnej - co stanowi różnicę tylko około jedenastu stopni. To nie jest dużo - biorąc  
pod uwagę dzielący te wydarzenia dystans 93 lat!... Wydaje się zatem, że hipoteza stawiająca na  
kometarne pochodzenie Meteorytu Tunguskiego zyskała kolejny punkt! 
Jak widać, to nie było UFO, lecz rzadkie bo rzadkie, ale naturalne zjawisko przyrody, które w  
naszym   świecie   stanowi   pewną   anomalię.   Czy   zmienia   to   w   jakiś   sposób   atrakcyjność   i  
sensacyjność tego wydarzenia? Bynajmniej! Jest to 42 meteoryt, którego lot ku ziemi obserwowano 
w naszym kraju.

[9]

Pozostaje nam tylko czekać na wyniki badań Meteorytu Skomielna Biała. Mam nadzieję, że jeżeli  
nawet okaże się on „tylko” zamarzniętym fragmentem głowy kometarnej, to i tak pomoże on nam  
dowiedzieć się więcej na temat pochodzenia komet w Układzie Słonecznym i o jego historii. Patrząc  
i dotykając ten kawał dziwnej materii odczułem zdziwienie - że to jest takie ładne, niedowierzanie i 
zarazem fascynację - że to przybyło z Kosmosu, tak jak kiedyś, w mym dzieciństwie, kiedy to po raz  
pierwszy pokazano w naszej czarno-białej TV  film zrobiony z przekazanych przez Rangera 9 zdjęć 
Srebrnego Globu w rejonie krateru Alphonse... Ktoś w TV wpadł na cudowny - moim zdaniem - 
pomysł, by jako podkład dźwiękowy wstawić „Symfonię z Nowego Świata” Antonina Dvořaka. Nie 
mógł trafić lepiej. A teraz, po tylu latach trzymałem w ręku słony i zimny okruch spoza tego świata,  
który   znam,   i   znów   w   uszach   zabrzmiała   mi   niepokojąca   muzyka   arcydzieła   czeskiego  
kompozytora... I pomimo trzydziestostopniowego upału poczułem nagły wiew chłodu czarnej pustki, 
w   której   ten   kawał   zamrożonej   solanki   przemierzał   miliardy   miliardów   kilometrów   w   chłodzie  
niemal Zera Absolutnego aphelium i żarze palących promieni słonecznych w peryhelium, przez 
setki   czy   nawet   setki   tysięcy   cykli,   kiedy   jeszcze   Wszechświat   był   młody,   a   Ziemia   dopiero  
formowała się z dysku akrecyjnego Słońca... I to była mocna rzecz!
W następnym wydaniu „Naszych Stron” z dnia 12 lipca 2001 roku, jego reporter w artykule „Bryła  
z... soli?” sugeruje, że nie był to żaden meteoryt, a tzw. lizawka dla zwierząt. Pisze on tak:
Tymczasem rozwiązanie zagadki pochodzenia bryły jest być może bardzo proste i bardzo... bliskie. 
Do naszej redakcji zadzwonili właściciele hurtowni soli kłodawskiej „Magia” z Nowego targu - 
Andrzej Sięka Marcin Gołębiowski: Przyjeżdżajcie do nas, chyba wiemy, co to jest - zapewniali  
nas przez telefon.
Nasz reporter udał się do hurtowni by to sprawdzić.
  - Po przeczytaniu artykułu byliśmy bardzo 
ciekawi, co to mogło być. Gdy dokładniej przypatrzyliśmy się bryle na zdjęciu byliśmy niemal 
pewni, że to kryształ soli - mówi Marcin Gołębiowski. 
Rzeczywiście,   bryła   znaleziona   w   Skomielnej   Białej,   po   dokładnym   obejrzeniu   okazała   się 

background image

kilkukilogramowym kryształem soli, tzw. „lizawką”. Zimny i mokry od deszczu kryształ soli do  
złudzenia przypomina bryłę lodu. Od właścicieli hurtowni dowiedzieliśmy się, że solne kryształy 
kupują m.in. bacowie wyrabiający oscypki, ale najczęściej zaopatrują się w niego myśliwi. 

Postanowiliśmy   pójść   tym   tropem   i   dowiedzieć   się,   czy   rzeczywiście   myśliwi 
rozmieścili   lizawki   w   lesie   pod   Luboniem   Wielkim   w   okolicach   Skomielnej 
Białej.   Skontaktowaliśmy   się   z   działającym  na   tym  terenie   kołem  łowieckim 
„Knieja” ze Skawy. 

- Rzeczywiście, pod koniec maja kupiliśmy dużą ilość tych kryształów , które rozmieściliśmy także w  
lasach koło Skomielnej Białej [...]  - wyjaśnił nam  Michał Zapała  z Raby Niżnej, łowczy koła  
„Knieja”. 
Ale myśliwi zostawiają lizawki na zwalonych pniach drzew i na ziemi, nigdy nie na wysokościach
- Jestem pewien, że słyszałem huk uderzenia o ziemię - zapewnia  Andrzej B.   - nie widziałem 
jednak, jak ta bryła spadała. [...]
Właściciele nowotarskiej hurtowni twierdzą, że ten rodzaj lizawki jest na Podhalu nowością.
- Spotykana do tej pory lizawka dla zwierząt była mniejsza i miała czarny kolor. Ta kolor ma lekko 
pomarańczowy i jest naturalnym kryształem soli. Ludzie tego jeszcze nie znają. Rozprowadzamy go  
na tym terenie dopiero od niedawna - twierdzi Andrzej Sięka.
Faktycznie,   sól   z   Kłodawy   ma   lekko   pomarańczowe   zabarwienie   i   zawiera   domieszkę   soli  
potasowych   -   stąd   lekko   gorzki   smak.   Podobnego   zdania   jest   także  prof.   Bogdan   Rompolt
Czekajmy zatem na wyniki analizy...

[10]

 Trochę szkoda, że nie było to UFO, czy tylko „anomalne  

zjawisko” - a lizawka (czy aby?), ale tak czy inaczej znowu dane mi było posmakować Nieznanego, 
poznać  nowych  ludzi  nie  bojących  się szukać  odpowiedzi  na pytania  i  - niejako  przy  okazji  - 
powrócić sercem do czasów, kiedy mój świat nie był tak skomplikowany, a problemem było tylko  
napisanie   wypracowania   czy   rozwiązanie   słupka   równań   pierwszego   stopnia   jako   zadanie 
domowe...
A sprawa pozostaje nadal otwarta i bynajmniej nie jest wyjaśniona do końca. W dalszym ciągu  n i 
e    m a   odpowiedzi na kluczowe pytanie, co właściwie wystraszyło Andrzeja B. tak, że wziął za  
meteoryt  pierwszy lepszy  niezwykle  wyglądający  kamień,  który  najprawdopodobniej  jednak  był  
zawleczoną tam przez kogoś lizawką? Co to było? Samolot odrzutowy? - ale w takim razie dlaczego  
nikt nie słyszał go poza świadkiem? Meteoryt, który spadł gdzieś w pobliżu świadka? - tego też się  
nie da wykluczyć i prof. Rompolt sugeruje taką możliwość - w takim przypadku należałoby poszukać  
go w tym rejonie. A może to był jednak Nieznany Obiekt Latający? Odpowiedź być może znajdziemy  
w przyszłości.
To, że znaleziskiem zainteresowali się wrocławscy astronomowie pozwala mi żywić nadzieję, że są  
w Polsce ludzie, którzy nie boją się wyzwania i są nade wszystko   o t w a r c i   n a   n o w o ś ć   N 
i e z n a n e g o   - są gotowi badać nieznane fenomeny i nadstawić karku dla swych racji, nawet  
wtedy, kiedy ciemny i sprzedajny motłoch jest odmiennego zdania. I chwała im za to!... 

Jordanów, dn. 2001-07-12

KONIEC

 
No właśnie, badania wykonane w Instytucie Geologii Uniwersytetu Wrocławskiego wykazały, że 
jednak była to tylko... lizawka solna z soli kłodawskiej. Ale wbrew pozorom to wcale nie stanowi 

background image

żadnego rozwiązania zagadki, bowiem coś leciało i coś wydzielało dziwny świszczący huk, jak 
silniki samolotu odrzutowego. Jak twierdzi prof. dr hab. Bogdan Rompolt - to „coś” tam wciąż 
jeszcze jest... - „i rośnie, i rośnie!...” - jak złowróżbnie dodaje moja siostra.
Tymczasem ciekawe wyjaśnienie podał astronom - amator z Giżycka  mgr inż. Roman Rzepka
który stwierdził, że istnieje pewien rodzaj meteorów, który zachowuje się w nietypowy sposób, co 
objawia   się   m.in.   wykonywaniem   dziwnych   ruchów   w   atmosferze,   a   co   może   wynikać   z   ich 
odmiennego od znanych nam meteorytów, składu chemicznego i budowy fizycznej. Hipoteza ta jest 
jak dotąd nie do zweryfikowania, bo żaden taki jeszcze nie wpadł uczonym w ręce - a jeżeli nawet, 
to i tak się o tym nie dowiemy,  a to dlatego, że zmieniłoby to obraz świata lansowany przez 
współczesną naukę... 
113
O ile poprzednie obiekty mogły być meteorami i meteorytami, o tyle ten obiekt, który obserwowała 
pani Irena W.  z Jordanowa na pewno nie był żadnym bolidem. 
W dniu 30 maja 1998 roku, pomiędzy godziną 23:00 a 23:30 świadek obserwowała z okna swego 
domu   przelot   obiektu   w   kształcie   trójkąta   równoramiennego   nad   masywem   Przykca,   którego 
powierzchnia   mieniła   się   kolorami   żółtym,   czerwonym   i   niebieskim.   W   jego   rogach   płonęły 
niebieskie, czerwone i żółte światła, z tym,  że żółte świeciło się bez przerwy w dolnym rogu 
trójkąta.
Pani W. nie chciała budzić domowników, i powiadomiła ich o wszystkim dopiero w następnym 
dniu.
114
Obserwacja tego NOL-a i jego dziwnych ewolucji miała miejsce w Sieprawiu, a świadkiem była 
artystka-malarz mgr inż. architekt Ewa Masłowska. Wydarzenie to miało miejsce 17 września 
1998 roku, w godzinach 21:00-21:20, przy czystym niebie i dobrze widocznych gwiazdach.

NL ukazał się na AZ = 315

o

 i powoli przesuwał się na wschód, lecąc na H = 45

o

 - zrazu było to 

białe światło o jasności -4

m

. W drugiej fazie tuż przy świetle ukazał się popielaty trójkąt, który był 

powoli „wsysany” do światła. Naraz przy białym świetle pojawiło się mniejsze koloru czerwonego i 
obydwa światła z ogromną prędkością - jak odrzutowce - oddaliły się na wschód.
Obserwacja jak obserwacja - słyszeliśmy o ciekawszych - ale ma ona swój smaczek, a to dlatego, że 
tego   samego   dnia   w   okolicach   Myślenic   toczyła   się   akcja   poszukiwawczo   -   ratownicza   za 
śmigłowcem Pogotowia ratunkowego z Krakowa. Poszukiwania trwały do dnia 22 września 1998 
roku i uczestniczyły w nich helikoptery z JW. WOPK w Krakowie-Balicach. Nie znaleziono ani 
szczątków   helikoptera,   ani   żartownisiów   -   bo   rychło   okazało   się,   że   ów   helikopter   cały   czas 
spoczywał w hangarze. Być może ów fałszywy alarm był czymś podobnym do incydentu z dnia 7-9 
września 1985 roku, ze statkiem bandery szwedzkiej m/v „Cona” na Morzu Bałtyckim?

[11]

Istnieje możliwość, że był to eksperyment (???) Obcych przeprowadzony w celu np. rozpoznania 
naszej sieci informacyjnej w sytuacjach kryzysowych czy katastrofalnych...
115
To wydarzenie miało miejsce w Pobiedniku Wielkim, niedaleko Aeroklubu Krakowskiego. Świadek 
-  pan  Adam  M.  zaobserwował  dziwne czerwone  i zielone  światła, które  wisiały w powietrzu 
wirując wokół wspólnej osi. Było to coś podobnego do iluminacji laserowej, ale z drugiej strony 
świadek czuł, że światełka należą do jakiegoś solidnego, ciemnego obiektu, który wisi gdzieś nad 
Krakowem. Było to wieczorem, dnia 27 października 1998 roku, około godziny 18:35. Na niebie 
lśniły ostro jesienne gwiazdy, a NOL leciał z zachodu na wschód powoli „wirując” światłami. Pan 
M. obserwował je przez czas dłuższy i jest stuprocentowo pewien, że nie był to samolot, balon czy 
helikopter.

background image

116
I to już ostatni incydent z serii obserwacji NL, który wydarzył się na terenach PROJEKTU TATRY. 
W nocy 21/22 stycznia 1999 roku, w Jordanowie, około godziny 02:30 pan A. L. i jego córka mgr 
W. L.  
przez 10 sekund obserwowali przelot 4 NL w kształcie kul świecących pomarańczowym 
światłem. 

Te BOL-e przeleciały nad zachodnimi rejonami Jordanowa na H = 30

o

  i na AZ = 45

o

-270

o

, z 

lekkim odchyleniem na południe - w kierunku (znowu!!!) Targoszówki! 
BOL-e świeciły pomarańczowym światłem, ale ich krawędzie były - według relacji świadków - 
„tęczowe”. Poruszały się stosunkowo wolno. Świadkowie sądzili, że były to po prostu samoloty 
komunikacyjne, które wystartowały z lotnisk krajowych ze względu na opadnięcie gęstych mgieł, 
które   w   tych   dniach   blokowały  ruch   lotniczy  na   terenie   całego   kraju,   ale   przeczył   temu   brak 
odgłosu   pracujących   silników   i   kulisty  kształt   świateł,   zupełnie   innych   niż   światła   samolotów 
pasażerskich.

---oooOooo---

Odetchnijmy na chwilę od Nocnych Świateł i zajmijmy się przez chwilę innymi obiektami, które 
zaobserwowano nad terenami PROJEKTU TATRY, a których nie ma zbyt wiele. Zacznę od...
117
... obserwacji niezwykłego obiektu, który przez analogię do NL mógłby być nazwany Dziennym 
Światłem. Było to w dniu 30 czerwca 1958 roku, o godzinie 13:00 w Mszanie Dolnej. 
Bohaterami tego wydarzenia są inż. lotnictwa R. R. i jego ojciec pan A. R., którzy przez 20 minut 
obserwowali na bezchmurnym niebie intensywnie świecący punkt o jasności powyżej -5

m

, a który 

wykonywał dziwaczne ewolucje niemal w zenicie Mszany Dolnej. Polegały one na okrążaniu w 
linii łamanej punktu zenitu. Prędkość NOL-a była niewielka, ale zwroty NOL-a były bardzo ostre, 
bez wyhamowania prędkości, z przyspieszeniem wynoszącym kilkaset g.
118
Klasyczny DD zaobserwował w dniu 2 maja 1994 roku szef Krakowskiego Oddziału MCBUFOiZA 
Marcin Mioduszewski. Miało to miejsce pomiędzy godziną 13:00 a 13:06 w Trzemeśni, przy 
doskonałej pogodzie i w obecności 2 świadków.
NOL w kształcie dwuwypukłego dysku z kopułką (model „klasyczny”) nadleciał z północnego-
zachodu   i   poleciał   w   kierunku   południowego-wschodu,   na   H   =   40

o

  nad   horyzontem.   Miał   on 

wielkość Księżyca w pełni i miał kolor srebrzysto-aluminiowy. Ów DD leciał z niedużą prędkością 
i po 6 minutach znikł za horyzontem.
Godzi   się   tutaj   wspomnieć,   że   niedaleko   Trzemeśni   znajduje   się   Diabli   Kamień   w   Smykalni 
k./Szczyrzyca, z którym są związane legendy o diabłach, które harcują tam w bezksiężycowe noce i 
które   w   połowie   XI   wieku   chciały   zburzyć   nim   klasztor   oo.   Benedyktynów,   a   potem   oo. 
Cystersów...   W   okolicach   Diablego   Kamienia   znajdują   się   jeszcze   dwa   miejsca   mieszkalno-
sakralne: Klasztorzysko i Grodzisko, które zostały zniszczone przez Tatarów w 1225 roku, a które 
zostały założone już w 2000 roku przed Chrystusem przez ludność pomorsko-łużycką i celtycką. 
Jest to ogromne cmentarzysko kultowe i miejsce mocy, przez które przebiega linia Ley’a - co 
pokazałem w jednym z programów TVN z cyklu „Nie do wiary...”
Z miejscem tym są związane nie tylko legendy, ale także opowiada się tam o obserwacjach NOL-i 
ale - niestety - niczego ciekawego nie udało się dowiedzieć od miejscowych. 
119
Obserwacja typu DD z Tatr, której dokonał mieszkaniec Gdyni -  pan Piotr Siwek  w dniu 16 
września 1996 roku, miała miejsce na Czerwonych Wierchach z V piętra WDW „Kościelisko” w 

background image

Kościelisku. Niebo było czyste i pogoda wspaniała. Około godziny 18:22, zza Przełęczy Mułowej - 
czyli pomiędzy Krzesanicą a Ciemniakiem, wypłynął owalny obiekt lśniący fluoryzującą żółcią. 
Świadek początkowo sądził, że to obłok, ale był on zbyt regularny, jak na obłok, i jego kolor był 
niezwykły. Poza tym ów „obłok” uniósł się nad szczyt Ciemniaka za wysokość około 30

o

  nad 

horyzont, i po jakichś 8 minutach delikatnie spłynął w Dolinę Tomanową...
NOL pozostawił po sobie jasny - „świecący jak aureola” ślad - który rozwiał się w powietrzu. 
Świadek sądził, że wylądował on w Dolinie Tomanowej, ale nie ma co do tego absolutnej pewności. 
120
Ten sam świadek cztery dni wcześniej - tj. 12 września 1997 roku - wybrał się klasycznym szlakiem 
wycieczkowym z Morskiego Oka do Doliny Pięciu Stawów Polskich via Świstówka i w godzinach 
13:30-16:24 wykonał on serię zdjęć - w załączeniu - na których można zauważyć dziwne „efekty 
świetlne”   -   niektóre   z   nich   można   wytłumaczyć   od   biedy   efektami   katadioptrycznymi   - 
wielokrotnymi   załamaniami   i   odbiciami   światła   w   soczewkach   układu   optycznego   jego 
kompaktowego   aparatu   fotograficznego,   aliści   nie   na   wszystkich,   bo   kilka   z   nich   przedstawia 
zagadkową   „mgiełkę”,   która   jest   nad   wyraz   podobna   do   tajemniczych,   mglistych   postaci 
fotografowanych   niejednokrotnie   w   okolicach   cmentarzy   czy   w   czasie   eksperymentów 
spirytystycznych.
Zdjęcia wykonane w Tatrach przez pana Piotra Siwka w dniu 12 września 1997 roku maja błąd 
katadioptryczny w postaci jasnego kręgu w narożnikach kadru - patrz zdj. nr 1-4.
Zdjęcie   nr   5   jest   kompletną   zagadką,   boż   kim   czy   też   czym   jest   zagadkowy   mglisty   słup 
przesłaniający częściowo próg stawiarski Doliny Roztoki i wodospad Siklawa? 
Trudno właściwie powiedzieć, co właściwie uchwycono na tym zdjęciu. Może to emanacja energii 
życiowej tych, którzy stracili życie w okolicy tego miejsca, albo  to Obcy, którzy w niewidzialnej 
postaci obserwują Tatry i wszystkie żywe istoty w nich żyjące?... A może to oni przygotowali 
operację porwania czterech turystów z Pułtuska, która to operacja zakończyła się pełnym sukcesem 
w dwa lata później? Takiej możliwości też nie możemy odrzucić...
---oooOooo---
I   wreszcie   dochodzimy   do   ostatniej   kategorii   obiektów   zaobserwowanych   nad   terenami 
PROJEKTU   TATRY   -   są   to   Nieznane   Obiekty   Orbitalne   -   NOO   albo   w   międzynarodowej 
nomenklaturze - Unknown Orbiting Objects - UOOs. Jak już pisałem, NOO są pozostałościami po 
wielkim  konflikcie   bogów,  który  rozegrał   się  jakieś   15-12  tysięcy  lat   temu,   co  stało  się   m.in. 
przyczyną zatopienia kontynentu Atlantydy, Lanki i Mu... Teraz, kiedy mamy już dość materiału 
obserwacyjnego - wszak NOO są statystycznie najczęściej obserwowanymi UFO - pozwolę sobie 
stwierdzić, że nie wszystkie NOO są tymi pozostałościami - co więcej - te NOO wykonują na 
wokółziemskich   orbitach   jakieś   ściśle   określone   misje   -   już   to   zwiadowcze,   już   to   naukowo-
badawcze, co doskonale tłumaczyłoby ich aktywność na kilka lat przed otwartą wojną pomiędzy 
NATO a Jugosławią i II Wojną Asasynów pomiędzy USA a talibańskimi terrorystami Usamy ben-
Ladena w 2001 roku. 
Stawiając sprawę ze strony statystyki, to opisane w tej pracy UFO możemy podzielić na:
 

Kategoria 
UFO

Ilość Dysk

Kula  Gwia

z
da

Inne

DD/Obiekt 
Dzienny

3

2

 

1

 

background image

RV

1

 

 

 

1

RV/NOO

1

 

 

1

 

NL

9

 

 

 

9

NL/BOL

2

 

2

 

 

NL/NOO

10

 

 

10

 

Razem

26

2

2

12

10

 
Te 11 przypadków obserwacji NOO podaję poniżej:
121
W dniu 1 kwietnia 1997 roku, o godzinie 19:49 CW (17:49 GMT) w Jordanowie udało mi się 
sfilmować głowę komety Hale-Boppa. W pewnym momencie w wizjerze ujrzałem przelatujący 
obiekt, który kilka razy rozbłysnął i zniknął z pola widzenia. Używałem kamery Panasonic  typu 
NV-RX7EN z zoomem 20x. Wszystko trwało około 2 sekund. NOO  migotał z częstotliwością 
około 1 Hz białym lub biało-żółtym światłem, i był on nieco ciemniejszy od odwzorowania głowy 
komety H-B, której sumaryczna jasność wynosiła wtedy około -1

m

. Jasność NOO musiała wynosić 

około +3

m

, przy zoomie 7x. 

Nie mógł to być ptak czy inne nocne latające zwierzę. Nie był to także ani samolot, balon czy 
helikopter - byłoby widać więcej świateł. Osobiście podejrzewam, że ów NOO znajdował się na 
LEO, a zatem na wysokości >120 km nad Ziemią.
Film został pokazany w czasie IV Ogólnopolskiego Kongresu Ufologicznego w Gdyni, w czerwcu 
1998 roku. W dyskusji nikt nie potrafił mi podać jakiegoś wyjaśnienia, mimo tego, że był tam kwiat 
ufologii polskiej!... 
122
Następny incydent z NOO miał miejsce w nocy 22/23 sierpnia 1997 roku, pomiędzy godzinami 22 
a 23:30 w  Mszanie Dolnej. Bohaterką jest pani  mgr A. B.  (wszelkie dane zastrzeżone), która 
zaobserwowała przelot jakiegoś bardzo szybkiego ciała w kolorze pomarańczowym, które ciągnęło 
za sobą smugę znikającą po około 2 sekundach. Całość zjawiska trwała około 5 sekund, więc mógł 
to być jakiś meteor. Ów NL przemieszczał się z NE na SE na H = 70

o

 - prostoliniowo. 

Analiza   zdarzenia  wskazuje  na  to,  że   mógł   to  być  meteor  z   roju  ι-Akwarydów  Południowych 
promieniujących w dniach od 14 lipca do 29 sierpnia z radiantu o współrzędnych RA = 22

h

36

m

 i 

DEC   =   -5

o

  lub   ι-Akwarydów   Północnych   promieniujących   z   miejsca   o   koordynatach   RA  = 

22

h

27

m

36

s

 i DEC = -15

o

30

’ 

z różnymi Vg zawierającymi się w przedziale od 22,8 do 42,3 km/s, z 

częstotliwością 20 błysków na godzinę. Mogły to być także meteory z rojów: δ-Akwarydy i α-
Kaprikornidy.
Istnieje także możliwość, że był to jeden ze sztucznych satelitów Ziemi - zbudowany i wystrzelony 
na orbitę niekoniecznie po 1957 roku... 
123
Powróćmy do Jordanowa. 16 października 1997 roku, 13-letnia uczennica z Jordanowa Małgorzata 

background image

M.  wraz z jej dwoma koleżankami -  Ulą B.  i  Angeliką W.  zaobserwowały w godzinach 18:36-
18:27 NL w kształcie „gwiazdy z nieregularnym krzyżem”, która szybko przemieszczała się po 
niebie z SW na NE na H = 60

o

. Po chwili NL znikł, a w chwilę później na jego miejscu pojawiły się 

trzy gwiazdy, ustawione w formację trójkąta równobocznego. Całe zjawisko zakończyło się po 
minucie.
Trudno wyjaśnić, co to być mogło... Na pewno nie były to:
v      Meteory - bo obraz  spadku  czy przelotu przez atmosferę meteorów  jest  zupełnie inny od 
opisanego powyżej;
v     Samoloty czy inne pojazdy powietrzne, bo Małgosia M. jest bystrą i inteligentną obserwatorką 
i doskonale rozróżnia ziemskie statki powietrzne;
v     Latające zwierzęta
v     Latawce, lotnie, itp. itd.
Jedynym wyjściem z sytuacji są albo NOO, albo samoloty podorbitalnego zwiadu fotograficznego i 
radio-elektronicznego typu Aurora czy Uragan - ale to nie wyjaśnia zakończenia obserwowanego 
zjawiska...
124
Wieczorem,   dnia   4   lutego   1998   roku,   wraz   z   jednym   świadkiem   -   panią  Małgorzatą   W.  z 
Jordanowa - około godziny 19:04 zaobserwowaliśmy na tle konstelacji Smoka silny błysk biało-
niebieskiego światła o jasności około -2

m

,00 - którą porównaliśmy w jasnością gwiazdy Syriusz (α 

Wielkiego Psa),  -1

m

,4 - który to rozbłysk trwał 1-3 sekund. Wydawało nam się, że za tą „gwiazdą” 

ciągnęła się  jasna smuga o długości jakichś  10 średnic NOL-a, ale nie  jestem tego absolutnie 
pewny.
Być może był to meteor z roju Virginidów, promieniujących z punktu o współrzędnych: RA = 
12

h

24

m

  i   DEC   =   0

o

  z   Vg   =   35   km/s,   ale   przeczy   temu   kierunek   ruchu   tego   „bolidu”   -   z 

gwiazdozbioru   Smoka,   który   jest   jednym   z   gwiazdozbiorów   wokół   biegunowych,   a   błysk   ów 
pojawił się mniej więcej na pozycji RA = 11

h

 i DEC = +70

o

, a zatem nie mógł to być taki meteor. 

Ani samolot czy inny balon - może to był jakiś sztuczny satelita Ziemi, który wszedł w atmosferę i 
spłonął.
125 
Ta   obserwacja   była   dokonana   aż   z   czterech   punktów   naszego   kraju!   Widziało   ten   NL  wielu 
świadków i nie ma mowy o jakimkolwiek złudzeniu, czy planecie Wenus...
24 lipca 1998 roku, w godzinach 21:44-21:46, przy wygwieżdżonym niebie i lekkich cirrusach, 
zaobserwowano   w   Jordanowie,   Krakowie,   Miechowie   i   Warszawie   przelot   świecącego 
pomarańczowym światłem obiektu o jasności co najmniej -5

m

,00 (NOL był jaśniejszy od Wenus  - 

-4

m

,2 w maksimum blasku) i przesuwał się powoli od gwiazdozbioru Wężownika poprzez Orła, 

Tarczę Sobieskiego i Źrebię ku Wodnikowi, gdzie znikł. W ciągu 2 minut pokonał on 90

o

 na niebie 

w azymucie i około 15

o

 w elewacji.

Zrazu   wydało   mi   się,   że   była   to   stacja   orbitalna  Mir,   ale   moje   wątpliwości   rozproszył   pan 
Kazimierz Bzowski - któremu wysłałem kopię Karty zgłoszenia obserwacji NOL-a - w swym liście 
z dnia 5 sierpnia 1998 roku, który pozwalam sobie zacytować:
Panie Robercie!
Odpowiadając na Pana list z dnia 28 lipca br. załączam dwie strony >>Załącznika...<<.  Członek 
GB UFO z Warszawy - pan  T. F.  (...) ma na 11 piętrze budynku usytuowane obserwatorium do 
permanentnej obserwacji przestrzeni powietrznej obejmującej sektor od AZ = 0

o

 do 180

o

 i H = 0

background image

do 90

o

. (...)

W dniu 4 sierpnia 1998 roku skonfrontowano podane przez Pana dane obserwacyjne z nagraniem  
video w nocy 27.07.1998 r. - dzięki temu ustalono, co następuje:

-   Na   kierunku   180

o

  wynurzył   się   w   podanym   czasie   zza   strefy   obserwacji   świetlisty   obiekt   -  

jaśniejszy   niż   Jowisz   w   maksimum   blasku.   NOL   ten   mógł   nadlecieć   z   południowego-zachodu.  
Pierwsza obserwacja: około 48-50

o

  nad horyzontem i zniżał się do około 20

o

  nad horyzontem. 

Trajektoria wschodnia. Łączny czas obserwacji około 3 minut - od godziny 21:43 do 21:46. (...)
W dniu 4 sierpnia 1998 roku usiłowałem połączyć się telefonicznie z prof. Budkiewiczem, który jest 
ekspertem ds. stacji Mir, ale nie zastałem go w domu. Tego dnia nie udało się - jak twierdzi pan T.  
F. zaobserwować stacji Mir, mimo intensywnych poszukiwań gołym okiem i teleskopem. (...)
Warszawa, 5 sierpnia 1998 r.                               

Kazimierz Bzowski

Kierownik GBUFO Warszawa

Tyle pan Kazimierz Bzowski - człowiek, który zjadł zęby na obserwacjach  Mira, a także innych 
satelitów udających NOL-e. A potem obserwacje sypnęły się, jak z wora:
126
Znów Jordanów. 30 sierpnia 1998 roku, o godzinie 21:30, troje świadków obserwowało przelot 
dziwnego obiektu, który pojawił się na tle konstelacji Orła, gdzie świecił jako obiekt o jasności 
+0

m

,8 i przesuwał się w kierunku gwiazdy Altair - α Orła, po minięciu której rozbłysnął do jasności 

ponad -1

m

, a następnie przygasł do poprzedniej jasności, kierując się w stronę gwiazd: Deneb - α 

Łabędzia i Polaris - α Małej Niedźwiedzicy. Po minięciu Polarnej znów rozbłysnął do -1

m

  i po 

chwili znikł pomiędzy gwiazdami Kohab (β UMi) i Megrez (δ UMa)...
Na pewno nie był to Mir czy inny satelita Ziemi. Żaden satelita tak się nie zachowuje, jak ten NL. 
Nie ma też takiego satelity, który pojawia się znikąd i znika jak Kot z Cheshire...
127
Jordanów,   9   października   1998   roku,   w   godzinach   19:29-19:30   dwoje   świadków   obserwowało 
przelot   świecącego   jasnożółtym   światłem   NOL-a,   który   szybko   przemieszczał   się   z   okolicy 
gwiazdy Deneb i znikł na południe od gwiazdy Makrab (α Pegaza). Jego jasność wynosiła około 
-2

m

,9 - co było porównywalne z jasnością Jowisza. Obydwa te obiekty miały identyczną jasność...

Być może był to Mir, ale rzecz w tym, że obiekt ten był widoczny w 2

h

35

m

  p o   zachodzie Słońca, 

a zatem nie mógł to być  Mir  czy inny sztuczny satelita Ziemi  krążący po LEO. Ogólny czas 
obserwacji - około 15 sekund. Nie stwierdzono żadnych zmian jasności tego NOO, co oznaczałoby, 
że emitował on własne światło i znajdował się w stożku cienia Ziemi, lub - zakładając, że świecił 
on światłem odbitym - znajdował się w bardzo dużej odległości od naszej planety, poza stożkami jej 
cienia i półcienia.
128
Ponownie Jordanów, dnia 18 października 1998 roku, o godzinie 06:03, przez około 5 sekund 
dwoje   świadków:  Adam   J.,   jego   córka  Katarzyna   J.  i   ja,   obserwowaliśmy   nad   wschodnim 
horyzontem przelot jakiegoś świetlistego punktu zmierzającego ku południowi. 
W 5 minut później, jadąc samochodem po drodze nr 28 z Jordanowa do Skomielnej Białej i dalej do 
Krakowa   drogą  nr  7  -  zauważyliśmy wiszące   przez   2-3  minuty  nad  łańcuchem Tatr   Bielskich 
dziwne światła koloru jaskrawo-pomarańczowego. 

background image

Pierwsze   światło   było   koloru   białawego,   a   te   nad  Tatrami   -   pomarańczowego.  Te   ostatnie   nie 
poruszały się - wisiały na niebie i ich jasność wynosiła jakieś -1

m

, zaś jasność białego światła - 0

m

Nie mogły to być meteory czy meteoryty - prędzej jakieś sztuczne satelity lub - dotyczy to obiektu 
znad Tatr Bielskich - balon meteorologiczny.
129
Następna obserwacja NOO miała miejsce też w Jordanowie, wieczorem, dnia 25 grudnia 1998 roku, 
około godziny 17:35 i trwała około 5 sekund.
NOO wyglądał jak ruchoma niebieska gwiazda, która przemieszczała się powoli z północy na 
południe   na   tle   konstelacji   Byka.   Jasność   tego   obiektu   wynosiła   około   +4

m

,5   -   co   ustalono 

porównując go z gwiazdami doskonale widocznych Plejad. 
Być może był to sztuczny satelita Ziemi, ale biorąc pod uwagę fakt, że Słońce zaszło o godzinie 
15:28 ów satelita powinien znaleźć się już w stożku cienia Ziemi. W przypadku, gdyby znajdował 
się poza nim, to powinien świecić światłem białym lub jasnożółtym, a nie niebieskim.
A zatem nie mógł to być satelita Ziemi zbudowany przez ludzi...
130
8   lutego   1999   roku,   w   Jordanowie   -   pięcioro   świadków:  Anna   Leśniakiewicz,   Marzena  W., 
Ewelina   W.,   Wioletta   W.  
i   ja   -   zaobserwowaliśmy   o   godzinie   19:25   przelot   świecącego 
pomarańczowym światłem, gwiazdopodobnego NOL-a, o jasności widomej -1

m

  - co ustaliliśmy 

porównując jego jasność z jasnością gwiazd: Betelgeuse - α Oriona, Syriusza i planet: Jowisza i 
Saturna - który przemierzył niebo w ciągu 10 sekund z punktu na AZ = 270

o

 na AZ = 180

o

 i stałej 

H = 40

o

I tutaj rzecz ciekawa - po przemierzeniu jakichś 40-45

o

  wzdłuż azymutu, nad pomarańczowym 

NOL-em pojawiła się migająca biała „gwiazdka” o jasności +3

m

, a następnie oba NOL-e, czy jeden 

NOL z dwoma światłami, poleciały dalej.
Nie   mógł   to   być   żaden   samolot   czy   helikopter.  W   ciszy   zimowego   wieczoru   nie   słyszeliśmy 
żadnego   dźwięku   pracującego   silnika   tłokowego   czy   odrzutowego,   ani   wizgu   turbin.   Nie 
stwierdzono żadnego wpływu NOL-a na otoczenia, a to dowodzi tego, że ów NOL poruszał się 
bardzo wysoko. Nie mógł to być żaden satelita - bo Słońce zaszło niemal 3 godziny wcześniej - czy 
stacja Mir dokonująca eksperymentu w rodzaju „Пятно 2½”, które to eksperymenty mogłyby być 
od biedy wyjaśnieniem pojawienia się świecącego punktu obok NOL-a.

[12]

 zresztą trudno byłoby 

wyobrazić sobie zwierciadło kosmiczne, którego położenie zmieniałoby się z częstotliwością 2 Hz - 
nie mówiąc już o tym, że eksperyment „Piatno 2½” nie wypalił. Czy był to tylko przypadek? Być 
może, ale nie zapominajmy,  że takie kosmiczne zwierciadła mogą odbijać nie tylko promienie 
Słońca,  ale  także  promienie  lasera  bojowego. Wyglądałoby zatem na  to,  że  to  Ufici  przerwali 
Rosjanom ten niebezpieczny eksperyment, który mógł stanowić zagrożenie dla światowego pokoju, 
bowiem   przy   pomocy   takiego   lasera   i   systemu   zwierciadeł   można   razić   cele   na   Ziemi,   w   jej 
atmosferze i w Kosmosie... 
Tak czy inaczej - nie ma wyjaśnienia dla zaobserwowanego przez nas fenomenu!
131
Jordanów,  24  marca  1999  roku, godzina  18:32-18:34.  na bezchmurnym  niebie  zaobserwowano 
przelot świecącego żółtym światłem NOL-a, który ukazał się na AZ = 180

o

  i H = 40

o

, a potem 

poleciał lekkim łukiem i znikł na AZ = 135

o

  i H = 15

o

. NOL znikł równie gwałtownie, jak się 

pojawił   -   jego   jasność   wynosiła   początkowo   -3

m

  a   pod   koniec   obserwacji   spadła   do   0

m

,   co 

porównano z jasnością planet: Wenus, Jowisza i Saturna oraz gwiazd: Syriusza, Regulusa - α Lwa, 
Betelgeuse oraz Procjona - α Małego Psa. 

background image

Prawdopodobnie był to jakiś duży sztuczny satelita, albo Mirale... Ale żaden z tych obiektów nie 
pojawia się naraz i naraz znika. Być może był to jakiś samolot zwiadowczy typu  Aurora  czy 
Uragan  znajdujący   się   na   wysokości   podorbitalnej   -   około   70.000   m,   czy   nawet   na   LEO, 
dokonujący zwiadu na terytorium Jugosławii...
O godzinie 19:55 CŚE lotnictwo NATO uderzyło na pozycje serbskie i serbskie bazy wojskowe w 
Kosowie. Zaczęła się kampania USA i NATO przeciwko  Slobodanowi Miloszewiczowi  i jego 
zbrodniczym generałom, istnieje zatem prawdopodobieństwo, że był to właśnie taki zwiadowczy 
samolot USA! Zakładając, że samolot taki leciał nad Jugosławią - czyli w odległości około 720-750 
km w linii prostej od południowych granic Polski, na wysokości 70 km nad Ziemią, to teoretycznie 
powinien być widoczny w kole o promieniu wynoszącym 945 km, a nawet większym biorąc pod 
uwagę refrakcję atmosferyczną, a zatem rzecz jest całkowicie możliwa.
Z drugiej zaś strony, co to za samolot szpiegowski, którego widać jak na dłoni z odległości prawie 
tysiąca kilometrów? Nie mówiąc już o tym, że samolot odbijający nawet 100% światła słonecznego 
byłby widoczny z tej odległości jako gwiazdeczka o jasności poniżej +6

m

, natomiast jasność tego 

obiektu wynosiła tyle, co jasność Wenus, a zatem musiałby to być ogromny balon, poruszający się z 
prędkością co najmniej 5 Ma i na wysokości podorbitalnej! A zatem, co do było? Tego nie wiem... A 
jednak to   c o ś   pojawiło się na kilkanaście minut przed uderzeniem NATO na serbskie instalacje 
wojskowe w Jugosławii.
Wniosek jest jeden: Obcy prowadzący stałą obserwację Ziemi i jej mieszkańców usiłowali nas 
przestrzec przed kolejnym konfliktem zbrojnym na Bałkanach, nadając nam komunikaty i 
podpisując się pod nimi jako Matka Boska z Medjugorie. Niestety, stało się to najgorsze i 
Serbowie z Albańczykami (z UÇK) wciągnęli 26 państw na trzech kontynentach w działania 
wojenne   III   Wojny   Światowej!   Obcych   nie   interesują   ludzie,   ale   to,   co   stanie   się   ze 
środowiskiem   naturalnym   Ziemi   w   okolicach   Gór   Dynarskich.   I   nie   myliłem   się.   Oni 
rzeczywiście byli zaniepokojeni tym, co tam się działo, bowiem Amerykanie użyli w Jugosławii 
40.000 pocisków ppanc. DU zawierających zubożony uran-238! 
Jak straszną krzywdę wyrządzili tym przyrodzie Ziemi - przekonamy się wkrótce. W 2000 roku 
ruszyła kampania prowadzona przez sprzedajnych naukowców w celu zanegowania szkodliwości 
pocisków DU, w której haniebny udział wzięli także nasi atomiści!
30.000 pocisków DU użyto również w wojnie w Zatoce Perskiej przeciwko wojskom  Husajna 
Saddama  
-   co   spowodowało   trwałe   skażenia   uranem   tamtejszych   pustyń.   Sławetny   „syndrom 
Zatoki   Perskiej”   jest   spowodowany   najprawdopodobniej   właśnie   skażeniem   ludzi   rozpylonym 
uranem-238! Przecież  wiadomo  powszechnie, że  wszystkie  bez wyjątki izotopy i  związki  tego 
pierwiastka są toksyczne i w najwyższym stopniu szkodliwe dla zdrowia! Pozostaje pytanie: ile ton 
uranu pozostawili Rosjanie na polskich poligonach na Ziemiach Odzyskanych???...
132
Wieczorem   dnia   6   maja   1999   roku,   o   godzinie   21:00   w   Jordanowie,   dwoje   świadków 
zaobserwowało przelot gwiazdopodobnego obiektu zmierzającego z N-NW na S-SE. NOO przebył 
w czasie 30 sekund około 35

o

. nie była to - rzecz jasna - żadna gwiazda czy planeta, bo te ostatnie 

były doskonale widoczne na nocnym nieboskłonie: Wenus o jasności -4

m

 i złocisto-białym kolorze, 

oraz   czerwony   Mars   o   jasności   -2

m

.   NOO   miał   kolor   niebieskawo-biały.   Jego   jasność   była 

porównywalna z jasnością Arktura - α Wolarza - czyli +0

m

,1 - z tym, ze kolor jego światła był 

podobny do koloru gwiazd o klasie widmowej B.
Mam całkowitą pewność, że nie był to Mir, bo ten ostatni świeciłby światłem słonecznym odbitym 
od   jego   korpusu,   a   w   pobliżu   terminatora   to   światło   powinno   czerwienieć,   czego   nie 
zaobserwowano. W opisywanym przypadku światło słabło do wartości +2

m

, ale nie zmieniło barwy, 

a zatem nie mógł to być Mir

background image

Żeby zakończyć już kwestię obserwacji NOO, to do tego chciałbym jeszcze dodać, że w latach 
następnych   także   stwierdzano   pojawianie   się   tych   obiektów   -   które   tylko   tu   przekazuję   z 
kronikarskiego obowiązku, bo spowszedniały one do tego stopnia, że tylko odnotowywano fakt ich 
pojawienia się, co obrazuje następująca tabelka:
 

Typ 
UFO

Rok 
2000

Rok 
2001

Raze
m

NOO 6

6

12

NOO/
RV

1

-

1

Raze
m

7

6

13

 
Są to obserwacje dokonane przez Jordanowski Oddział MCBUFOiZA do 31 października 2001 
roku. W skali całego Centrum te wielkości są większe o niemal 50%, co uzmysławia nam skalę 
zjawiska.
 
 18. KAMIENIE NIGDY NIE KŁAMIĄ!
Wydarzenie w Iwięcinie - Znikające kamienie ze Stawisk Małych - O diablich kamieniach raz  
jeszcze - Kamienne kule ze Słowacji i... Wieliczki - Dlaczego powstawały sanktuaria z kamieni?
Zejdźmy z Kosmosu na Ziemię i zajmijmy się teraz kamieniami., ale nie zwyczajnymi otoczakami, 
lecz głazami eratycznymi, które zaścielają Niż Polski i wychodniami albo ławicami kamiennymi, 
które można spotkać tam, gdzie nie sięgnął ich lodowiec. Lodowiec sprzed 10.000 lat.
Mimo   tego,   że   wioska   Iwięcino   leży   koło   Suchej   Koszalińskiej   w   województwie 
zachodniopomorskim, to zainteresowały mnie wydarzenia, które tam się rozegrały w dniu 18 lutego 
1998 roku, około godziny 04:00. Opisał je najpierw tygodnik  Chwila dla Ciebie i pozwolę sobie 
zacytować fragmenty tego raportu:

Z KOSMOSU DO IWIĘCINA

Coś takiego może zdarzyć się raz w życiu! - Zdarzyło się to 18 lutego br. około 4 nad ranem - mówi 
pani Beata z Iwięcina.
- Wstałam, by nakarmić dziecko. Nagle w oknie ukazało się światło! Żółtawe, podobne do światła  
żarówki, ale bardzo ostre. Podeszłam do okna. Zobaczyłam świecący półksiężyc. Spadał z nieba z  
dużą prędkością. Najpierw szybko,   p o t e m  w o l n i e j.  Nad ziemią 3 razy światło zapaliło się i 
zgasło.(!!!) Jak twierdzą inni świadkowie - zjawisko było znakomicie widoczne także w Darłowie, 
około 15 km od Iwięcina.
Nastepnego dnia pani Beata opowiedziała o wszystkim matce. Obie postanowiły poszukać tego, co  
spadło z nieba. Wkrótce znalazły spory, ciepły, błyszczący w dotyku kamień. Mama pani Beaty  
pracujaca w miejscowej szkole zaniosła znalezisko do dyrektora szkoły - jednocześnie nauczyciela  
fizyki.
- Zastanawialiśmy się, co to jest - mówi dyr. Zimnowłodzki - rozważałem, czy nie jest to fragment  

background image

meteorytu? (...)
Dyrektor mgr inż. Włodzimierz Zimnowłodzki posłał „meteoryt” do mgr Andrzeja S. Pilskiego 
z Fromborka, który orzekł, że to jest zwyczajny   z i e m s k i   k a m i e ń,  a nie meteoryt. No cóż - 
dyrektor Zimnowłodzki zaciął się jednak i obiecał, że będzie szukał tego meteorytu...
Poprzez redakcję Chwili dla Ciebie skontaktowałem się z dyrektorem Zimnowłodzkim i w czerwcu 
2001 roku otrzymałem od niego list z informacjami uzupełniającymi relacje zamieszczone w tym 
czasopiśmie.   Potwierdzało   to   moje   przypuszczenia   -   na   terenie   Polski   Obcy   zaczynali   jakieś 
tajemnicze działania, w których kamienie odgrywają czołową rolę!... i to już od 1991 roku.
W 1991 roku, na terenie województwa pomorskiego miał miejsce podobny wypadek, o którym 
dowiedziałem   się   z   referatu  Zofii   „Eleonory”   Piepiórki  pt.  Sieć   diabelskich   kamieni,   który 
wygłosiła ona w czasie Konferencji Radiestezyjno - Ufologicznej w dniu 12 grudnia 1998 roku w 
Morskim Instytucie Rybołówstwa w Gdyni. Na stronach 5 i 6 powołanego dokumentu czytamy:
... Kamień w Małych Stawiskach zwrócił mą uwagę swoim nagłym  pojawieniem się w okolicy, w 
maju 1991 roku, w czasie około 14 dni, w dodatku bez jakichkolwiek śladów środka transportu, np. 
śladów kół, śladów ciągnięcia, itp. Przechodzę tą drogą w pobliżu miejsca, gdzie stał i  wiem, że 
nigdy tam nie było tak dużego głazu. Nikt spośród miejscowych rolników nie przyznawał się do  
niego. Miał on około 1 m wysokości, obwód około 5 m i masę około 3 ton. Mogłam powiedzieć tylko  
tyle, że był on z granitu, a od strony południowej miał przyklejoną jakby łatkę, która wyglądała jak  
plama sosu na ścianie. (...)
W latach 1992 i 1993 wokół tego kamienia stały jeszcze trzy mniejsze. Rozłożone symetrycznie w  
kształcie trójkąta w odległości około 0,5 m od kamienia i 2 m od siebie - jakby wskazywały dwa  
kierunki.   Tworzyły   coś   jakby   strzałkę   czy   ogon   komety.   Początkowo   wydawało   mi   się   to   bez  
znaczenia, ale potem stwierdziłam, że jeden z nich wskazuje na wyspę Ostrów na jeziorze Wdzydze, 
a drugi na kamienne kręgi w Odrach. (!!!)Na Ostrowiu pokazywały się często NOL-e w kształcie  
ognistych kul. Dwa tygodnie wcześniej, zanim ten kamień się pojawił, ukazała się tam olbrzymia 
pomarańczowa kula światła o średnicy 30 m.
Ślicznie - tylko rzecz w tym, że kamienie owe   z n i k ł y   w roku 1994 - równie tajemniczo, jak się 
pojawiły!
Rok   1999.   W   nocy   24/25   lutego   1999   roku,   na   pole   pomiędzy   Żabnem   a   Niecieczą   w 
województwie małopolskim spadł głaz - kamienna kula ze złocistego granitu o średnicy 1 m i masie 
około 5 ton. Ludzie  okrzyknęli  to znalezisko meteorytem  i z zapałem zaczęli  odłupywać jego 
kawałki, które uchodziły za panaceum. W kilka dni później wywieziono go do Tarnowa, gdzie 
zrobiono z niego pomnik przyrody.
Oczywiście uczeni stwierdzili, że jest to najnormalniejszy na świecie głaz narzutowy, cała otoczkę 
towarzyszącą   jego   pojawieniu   się   -   wszystkie   efekty   audiowizualne   uznano   za   halucynacje 
ciemnych i rozgorączkowanych chłopów z Niecieczy i całej sprawie ukręcono łeb...
Następny   nietypowy   głaz   narzutowy   -   meteoryt   został   znaleziony   we   Florynce   k./Grybowa   w 
powiecie nowosądeckim, w dniu 22 lipca 1999 roku. Miał on kształt niemal regularnego dysku o 
średnicy prawie metra i masie pół tony. Do dziś dnia nie ustalono jego pochodzenia i jedno jest 
pewne - nie jest to głaz z miejscowego materiału skalnego, a z skądinąd...  Czy postąpiono słusznie 
nie zwracając większej uwagi na te fakty?
Uważam,  że niesłusznie!
„Diabelskie kamienie” tworzą wraz z wychodniami kamiennymi sieć na terenie naszego kraju (i 
innych krajów świata też). Podejrzewamy, że tworzą one sieć informacjozbiorczą, zbudowaną na 
przełomie Średniowiecz i Renesansu, czyli w XVI wieku. Być może Obcy ja odbudowują bądź 
modernizują,   a   to   dlatego,   że   znaczna   jej   część   uległa   zniszczeniu   w   czasie   prawie   500   lat 
nieprzerwanego funkcjonowania. Tak zatem ta aktywność NOL-i ma związek z tą restauracją sieci 
informacyjnej na terenie Polski. 

background image

O ile „diabelskie kamienie” potraktujemy jako swoiste „znaki drogowe” czy nawigacyjne dla NOL-
i, to znalezisko na Słowacji - które odkrył dla świata dr Miloš Jesenský wymyka się - jak na razie, 
wszelkiej   klasyfikacji.   Chodzi   tutaj   o   kamienne   kule   na   pograniczu   słowacko-czeskim   w 
Javornikach. Są to bryły kamienne w kształcie kul, z których największa mierzy aż 300 cm średnicy 
i   jest   największą   ze   znanych   na   świecie!   Znajdują   się   one   w   kamieniołomie   w   okolicach 
miejscowości Klokočov. Podobne struktury znajdują się także na stronie czeskiej granicy.
Byliśmy tam po drodze na II Międzynarodowy Kongres Ufologiczny PYRAMIDA’98 w Pradze, w 
ostatnim   dniu   kwietnia   1998   roku,   i   muszę   przyznać,   że   te   kule   wywarły   na   mnie   kolosalne 
wrażenie. Zwiedziliśmy klokoczowski kamieniołom, w którym mieści się owa kula piaskowcowa o 
średnicy 3 metrów, a następnie dwa inne przysiółki, gdzie ze skały wyzierały kule i idealnie kuliste 
wgłębienia. Niektóre negatywy mierzyły nawet do 6 metrów! Kto i kiedy je tak idealnie obrobił, a 
nade wszystko   j a k ?  - tego nie wiemy...
Owszem, świat nauki - a jakże - sformułował kilka hipotez. Najpierw była mowa o wietrzeniu 
kulistym, aliści to wietrzenie ma miejsce w granitach - jak twierdzą w swych pracach geolodzy: 
prof.   dr   hab.   Walery   Goetel  i  prof.   dr   hab.   Kazimierz   Maślankiewicz  -   i   na   pustyniach. 
Ostatnimi czasy uczeni stwierdzili, że wietrzenie kuliste może mieć miejsce także w piaskowcach - 
to opinia  dr Krzysztofa Racielskiego  z Uniwersytetu Warszawskiego - rzecz jednak w tym, że 
podobne struktury musiałyby występować także  po polskiej stronie granicy: w Beskidzie Śląskim, 
Żywieckim i Małym. Nie ma tam   a n i   j e d n e j   kuli kamiennej, co sprawdziliśmy w maju 1998 
roku w ramach prac JORDANOL-a, ale... - coś podobnego znaleźliśmy w Smykalni k./Szczyrzyca 
w województwie małopolskim. Mowa tu oczywiście o Diablim Kamieniu.
No właśnie - Diabli Kamień. Stanowi on kompletną zagadkę Beskidu Wyspowego. Po raz pierwszy 
zetknąłem się z nim w 1997 roku, kiedy rozpracowywałem siatkę diabelskich kamieni Pająka-
Wilka-Rzepeckiego. Słyszałem o nim jeszcze wcześniej, ale nie brałem tego wszystkiego na serio, 
co o nim mówiono. Najpierw zwiedziłem z żoną kamień (NB, też diabelski) w Rudniku, kamień 
Kopytko w Sieprawiu k./Świątnik i kamień Zimna Woda na grzbiecie góry Chełm k./Zembrzyc. Ten 
ostatni najlepiej pasował do legendy o diabłach bombardujących nowopowstałe kościoły i klasztory, 
a   jego   celem   miało   być   w   1610   roku   sanktuarium   maryjne   w   Kalwarii   Zebrzydowskiej.   Inny 
piekielnik obrał za cel uderzenia ogromnym głazem Bazylikę Mariacką w Krakowie i swój ładunek 
rzucił w okolicach Rudnika. Legendy także mówią, że celem diabelskiego rajdu miał być klasztor w 
Tyńcu.
   Troszeczkę inaczej  było w Sieprawiu, gdzie w czerwcu 1998 roku udaliśmy się specjalnie z 
miejscowymi znawczyniami przedmiotu, paniami  Michaliną Dyrdą  i  Aretą Królówną. Od nich 
właśnie dowiedzieliśmy się, że  ten głaz - a właściwie wychodnia  ciężkowickiego  piaskowca - 
zwana Kopytko, swoją nazwę zawdzięcza odciskowi jakby końskiego kopyta na swej powierzchni. 
Ów odcisk ma rozmiary około 20-25 cm średnicy i jest wgłębiony na około 10 cm. Legenda głosi, 
że odcisk tego kopyta wziął się z tego, że kiedyś jechała tam do Krakowa królowa Polski -  św. 
Jadwiga Andegawenka
 - której koń wspinając się na ten głaz pozostawił odcisk swego kopyta. W 
części pierwszej Raportu... przedstawiłem pierwszy wariant tej legendy, w którym chodziło o konia 
królowej Bony Sforza d’Aragona, dzięki czemu ustalono datę na dni 15-18 kwietnia 1518 roku. W 
tym układzie, skoro to był koń św. Jadwigi Andegawenki, drugiej żony Władysława Jagiełły, to 
cały incydent należy cofnąć w czasie do roku Pańskiego 1384, kiedy to św. Jadwiga po raz pierwszy 
zasiadła na Wawelu.  
I teraz najciekawsze: na powierzchni wychodni Diabelskiego Kamienia w Smykalni k./Szczyrzyca 
znaleźliśmy negatywy kuliste    i d e n t y c z n e    z tymi, jakie widzieliśmy w Javornikach na 
Słowacji i w Czechach, zaś w najwyższych partiach wychodni - odciski końskich kopyt identyczny 
z tym na wychodni Kopytko w Sieprawiu!
Trzeba nam wiedzieć, że Diabli Kamień wraz z dwoma osadami: Klasztorzysko i Grodzisko na 
zboczach Ciecienia tworzą   c e n t r u m   k u l t o w e   kultury celtyckiej i pomorsko-łużyckiej i to 
co   najmniej   od   roku   2000   przed   Chrystusem!!!   Biorąc   wszelkie   poprawki   na   pozostałości   po 

background image

atomowych wojnach Atlantydów, to śmiało można cofnąć powstanie tego centrum o dalsze 2000 
lat... Obrzędy pogańskie trwały tam aż do połowy XII wieku, do czasu sprowadzenia się w te 
okolice   oo.   Benedyktynów   i   Cystersów   -   które   to   zakony   stanowiły   do   czasu   powstania 
Towarzystwa Jezusowego - swego rodzaju „komandosów Kościoła katolickiego” w Średniowieczu. 
Dziś Diabli Kamień obstawiono krzyżami i figurkami Jezusa oraz Maryi, postawiono kapliczkę u 
wejścia na wychodnię i szlak łącznikowy na Ciecienia, a tuż przy głazie wartę objęli pustelnicy. 
Ostatni pustelnik zmarł w połowie lat 60. XX wieku.
Prawdziwe kamienne kule znaleźliśmy jednak nie w tym rejonie naszego kraju, ale kilkanaście 
kilometrów na północ od Szczyrzyca - w kopalni soli w Wieliczce, w 2001 roku! A oto relacja na 
ten temat, którą zamieściliśmy w Internecie:
 
ŚLADY OBCYCH W MAGNUM SAL?
 
27   lutego   2001   roku,   po   raz   trzeci   w   życiu   miałem   okazję   wraz   z   moją   siostrą  Wiktorią 
Leśniakiewicz
 i dziesięciorgiem jej uczniów klasy I dG z Wysokiej k./Jordanowa, odwiedzić jeden z 
cudów naszego kraju, wpisany na listę dziedzictwa kulturowego świata UNESCO, unikat w skali  
kosmicznej - kopalnię soli w Wieliczce - Magnum Sal. Wcześniej zwiedzaliśmy Wieliczkę jeszcze w  
latach 70. ubiegłego wieku, zaś w maju 1989 - dzięki uprzejmości i znajomościom komendanta  
GPK Łysa Polana - mjr SG Mariana Toty udało się nam zwiedzić kopalnię soli w Bochni. Teraz w 
Wieliczce przebycie niemal sześciokilometrowej trasy wycieczkowej było dla nas wyprawą w dziwny  
świat   pozbawiony   światła,   świat   szarości,   czerni   i   zieleni   przełamanej   ostrą   bielą   wykwitów  
solnych,  świat  ciszy łona  Ziemi...  To była  także  wyprawa  w przeszłość  naszego  kraju  i  naszej 
planety.
Najpierw jednak zwiedziliśmy Muzeum Żup Solnych w Zamku Żupnym, gdzie miły pan przewodnik 
zapoznał nas z historią regionu - Pogórza Wielickiego - od epoki kamienia łupanego, aż do czasów  
współczesnych.   Następnie   z   piwnic   przeszliśmy   na   parter,   gdzie   eksponowano   historię   miasta 
Wieliczki   i   powiatu   wielickiego.   Najbardziej   zajmująca   była   kolekcja   solniczek   ze   wszystkich 
kontynentów i krajów świata. Najładniejsze były solniczki miśnieńskie z saskiej porcelany z czasów  
króla Augusta II Mocnego. Prześliczne farfurki sielankowych pasterek i pasterzy, warte miliony...
Najciekawszą jednak była ekspozycja geologiczna i paleontologiczna na drugim piętrze Muzeum.  
Zaraz przy wejściu wita gości niewielki dinozaur stojący przy gnieździe pełnym jaj, z których każde  
na oko ma objętość 3-4 jaj kurzych. W gablotkach znajdują się muszle ogromnych amonitów i 
belemnitów,   kości   mamutów   i   ich   ogromne   ciosy,   obok   podobnych   do   makaronu   nitki 
nietoperzowych kosteczek, tworzących całe brekcje. Tutaj także znajdują się próbki różnych odmian 
soli, węgli i bursztynów z zatopionymi w nich okazami roślin i zwierząt. 
Po dwóch godzinach opuszczamy Muzeum, by wejść w świat podziemi gwarków, koboldów, krasnali  
i ducha Skarbnika. Nasz przewodnik jest elegancko ubranym w czarny górniczy mundur starszym 
panem   -   jak   później   się   dowiadujemy   -   byłym   górnikiem   z   30-letnim   stażem   pracy.   Trasa  
wycieczkowa   wiedzie   przez   kilkanaście   komór   i   liczy   sobie   prawie   6   kilometrów.   Mamy  
międzynarodowe   towarzystwo:   jacyś   Belgowie   i   Niemcy,   w   przejściu   mijamy   się   z   grupką  
Murzynów... Po drodze podziwiamy wspaniałe rzeźby wycięte w zielonej soli przez rzeźbiarzy - 
amatorów.   Zaskakują   nas   widowiska   „światło-dźwięk”,   których   nie   powstydziłoby   się   żadne 
europejskie   muzeum   czy   kompleks   architektoniczny,   ale   to   wszystko   jest   w   dole,   135   m   pod 
powierzchnią ziemi i 50 mln lat wstecz, i to stanowi o unikalności tego wielickiego cudu świata... 
Oglądamy   tedy   legendę   o   pierścieniu  św.   Kingi  zmaterializowaną   w   nadnaturalnej   wielkości 
rzeźbach, wypalających metan „pokutników” - najdoświadczeńszych górników, którzy ryzykując 
swym   życiem,   wypalali   zastoiny   metanowe   przy   pomocy   pochodni   na   długich   drągach   -  
przedstawienia pracy w kopalni soli od najdawniejszych czasów przy pomocy naturalnej wielkości 
manekinów ludzi i... koni. W muzeum oglądamy narzędzia pracy, pamiątki po sławnych ludziach,  

background image

którzy odwiedzali tą kopalnię - od króla Kazimierza Wielkiego do Ojca Świętego Jana Pawła II i 
prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego oraz naszych noblistów. Jest tam także kolejka konna,  
w   której   obwożono   po   kopalni   cesarza  Franciszka   Józefa  i   drewniane   sprzęty   obrośnięte 
decymetrowymi kryształami białej i przeźroczystej soli. 
Najciekawszą jest jednak ekspozycja geologiczno-mineralogiczna, gdzie czekała nas największa  
niespodzianka.   Pokazano   na   niej   sól   wszelkich   odmian   z   kopali   w   Wieliczce,   Bochni,   Wapna,  
Kłodawy i Inowrocławia. Niby zwyczajna NaCl, a ile jej odmian! Są tam ogromne, ponad 100-
kilogramowe   monokryształy   halitu   białego,   czerwonego,   zielonkawo-czarnego,   szarego   i 
brązowego   koloru,   a   także   niemal   zupełnie   przeźroczystego,   z   niebiesko-fioletowymi 
przebarwieniami spowodowanymi obecnością radioaktywnego potasu-40. Skąd się on tam wziął? Z 
Kosmosu? Z   wnętrza  Ziemi?  Poza solą  można  zobaczyć  tam   kryształy  gipsu, apatytów,  siarki,  
getytu   i  innych  minerałów,  które   występują  wraz   z  solami.  Poza  tym   obejrzeliśmy  tam  jeszcze 
utwory   typowe   dla   jaskiń   krasowych:   stalaktyty,   stalagmity   i   stalagnaty   solne.  I   wreszcie 
najbardziej tajemniczy obiekt - duża, lekko spłaszczona kula kamienna, której wiek wynosi około  
22,5 mln lat. Druga, ale mniej regularna leżała opodal
 - vide zdjęcia. Tylko dwa razy widziałem  
takie dziwne kule - w kamieniołomach słowackich Javorników, odkrytych w 1996 roku przez  dr 
Miloša Jesenský’ego
  - i na Diablim Kamieniu w Smykalni k./Szczyrzyca, gdzie znalazła je ekipa  
Marcina   Mioduszewskiego  z   MCBUFOiZA   Kraków.   Moi   koledzy   z   MCBUFOiZA   Ropczyce: 
Arkadiusz Miazga i Marcin  Mierzwa  odkryli je także na Diabelskim  Kamieniu koło Ryglic w 
województwie podkarpackim. Jak dotąd nie ma zadowalającego wyjaśnienia, co do powstania tych  
niezwykłych obiektów! Ponoć są one dowodem na to, że w Miocenie w naszym rejonie Małopolski  
była tu pustynia...
Zastanawiamy się nad tymi dwoma dziwnymi faktami. Obecność radioaktywnego potasu-40 można  
od biedy wytłumaczyć tym, że w okolicach Inowrocławia, Wapna i Kłodawy - skąd rzeczone próbki 
zostały przywiezione - znajdują się także pokłady sylwinu - soli potasowej KCl - a więc może to  
dlatego? Potas-40 rozpada się wydzielając promieniowanie beta minus w ciągu 1,25 x 10

9

 lat, więc 

mógł się tam zachować od 270 mln lat. A może promieniował tam nie tylko potas-40, a jeszcze inne  
pierwiastki promieniotwórcze, np. uran, tor i pierwiastki ziem rzadkich? Kto wie, czy znalazły się  
tam w wyniku rozumnego i celowego działania Obcych? - przecież Oni też mogli używać energii  
jądrowej - jak my teraz - i pozbywając się odpadów promieniotwórczych wyrzucając je wprost do  
permskiej solanki, z której potem powstały pokłady soli pod Kujawami. A może - co jest równie 
prawdopodobne - statek kosmiczny Obcych rozbił się nad Kujawami 270 mln lat temu, a do nas  
dotarło   jedynie   echo   tej   katastrofy   w   postaci   przebarwionych   na   fioletowo-niebieski   kolor 
kryształów halitu...  Kamienne kule mogłyby być rezultatem „wietrzenia kulistego” czy osadzania 
się masy skalnej wokół jądra krystalizacji - konkrecji. Przyszedł mi do głowy jeszcze jeden pomysł -  
otóż ich obecność dziwnie zbiega się w czasie z powstaniem pól rozrzutu tektytów Mołdawitów-
Vltavitów w Czechach i na Słowacji - 14,7 mln lat temu i Epizodem Wielkiego Wymierania. Czyżby 
więc były to namacalne ślady jakiejś kosmicznej katastrofy z Miocenu? Może te ogromne stacje i  
statki kosmiczne, o których pisze w swych pracach  mgr Andrzej Kotowiecki  zostały zniszczone 
przez meteory w kształcie kamiennych kul, które teraz zalegają w złożach Wieliczki i Bochni? Te  
kamienne kule to meteoryty, które doleciały do powierzchni Ziemi dlatego, że „wśliznęły” się do 
atmosfery pod odpowiednim kątem i niemal nienaruszone dotarły do mioceńskiej solanki, która  
potem  stała się złożem  soli... - a także w piaski na lądzie, które potem  stały się piaskowcami  
magurskimi. Już na Słowacji uderzyło mnie to, że są one zupełnie gładkie, jakby polerowane - to 
pęd rozcinanego w czasie spadku na Ziemię powietrza tak je wygładził!
No właśnie, z tego, co wiem na temat poszukiwań meteorytów, to nikt nie starał się ich szukać w 
warstwach i pokładach kopalin. A przecież to właśnie tam powinno ich być najwięcej - im starsza  
warstwa geologiczna, tym  większa ilość meteorytów powinna się w niej znajdować! Powód? -  
bardzo prosty: dawniej było więcej „kosmicznych odpadów” po akcie kreacji Układu Słonecznego, 
innymi słowy mówiąc - Ziemia krążąc wokół Słońca „pochłaniała” jak wielki odkurzacz wszystkie  
te „kosmiczne śmieci”, które powinny znajdować się teraz w pokładach skalnych pod naszymi  

background image

stopami. Ciekawy jestem, ile takich okazów meteorytów zostało bezpowrotnie straconych w czasie  
eksploatacji   naszych   kopalni?   Ile   artefaktów   po   naszej   Protocywilizacji   (czy   nawet  
Protocywilizacjach)   albo   pobycie   Obcych   zostało   zniszczonych,   lub   po   prostu   wyrzuconych   na 
hałdy? 
Wydaje mi się, że jeżeli mamy szukać artefaktów paleoufologicznych, to szukajmy ich właśnie w 
naszych   kopalinach:   solach,   węglach   i   rudach   metali   -   a   zwłaszcza   w   okolicach
   złóż   tych 
ostatnich, bo metale były potrzebne
 każdej cywilizacji!...
Potem już tylko krótki odpoczynek, zakupienie pamiątek i wyjazd windą na górę... Po wycieczce  
pozostaje nam wspomnienie piękna, tajemnicy i przygody, pamiątki oraz zdjęcia z tego niezwykłego  
świata ciemności i ciszy, a także miłej i fachowej obsługi na światowym poziomie.
Ta wycieczka dała mi przeświadczenie o tym, że jeszcze mamy szanse dokonać niejednego odkrycia 
nie tylko na drodze do innych planet - a w perspektywie do innych gwiazd - ale nade wszystko we  
wnętrzu naszej własnej planety, która jest jednym ogromnym archiwum z księgami zapisanymi w 
innych językach i rzecz w tym, by umieć te księgi przeczytać...
Pod koniec marca 2001 roku spotkałem się z kilkoma inżynierami-górnikami w Jaworznie, którzy  
podzielili   mój   punkt   widzenia,   a   zatem   rzecz   jest   całkowicie   możliwa   do   przeprowadzenia   i 
rokowania są jak najpomyślniejsze. Dobrze byłoby przeszukać kopalniane hałdy w poszukiwaniu 
„reliktowych” meteorytów, które mogły się tam znaleźć w trakcie sortowania węgla kamiennego,  
jako kamienie. 
Możemy znaleźć tam jedynie meteoryty kamienne, bowiem żelazno-niklowe dawno 
uległy utlenieniu i zmieniły się w tlenki żelaza i niklu. Trwałość przystoi kamieniom, a zatem to one  
powinny ostać się w pokopalnianych hałdach...
Osobiście   uważam,   że   takie   wycieczki   edukacyjne   dają   dzieciom   (i   dorosłym)   więcej,   niż  
wielogodzinne   ględzenie   i   wkuwanie   z   nudnych   podręczników,   co   daję   do   rozważenia   naszym 
pedagogom i wychowawcom młodzieży.
KONIEC
Diabelskie moce dają znać o sobie, na co przykładem są obserwacje NOL-i lub fenomenów z NOL-
ami kojarzonych w okolicach Szczyrzyca.
I tak jest we wszystkich przypadkach tych diabelskich kamieni! Zawsze w ich pobliżu czy tez przy 
nich odbywały się obrzędy pogańskie i kontr-obrzędy chrześcijańskie. I dziwnym przypadkiem   w 
s z y s t k i e   te głazy i wychodnie wpisują się w siatkę linii Ley’a na terenie naszego kraju, a to już 
jest coś więcej, niż tylko przypadek...
Uczeni prostacy wyjaśniają to tym, że ludzi fascynował ogrom głazów i ich tajemnicze kształty, ale 
to tylko pół prawdy, bo dlaczego czczono je również tu - w górach, gdzie kamieni i wychodni pod 
dostatkiem? Proszę odpowiedzieć na to pytanie, a to już jest wyższa szkoła jazdy - i nie da się zbyć 
tego pytania prostym wyjaśnieniem godnym dziecka z podstawówki...
Najgorszym jednak w tym wszystkim jest to, że opisane tutaj kule na Słowacji i niektóre artefakty 
w Polsce zostały zniszczone częściowo przez okoliczną ludność, której wmówiono, że kawałki tych 
kul są panaceum na bezpłodność... W moim  Memorandum nr 1/1999  podałem tą informację do 
wiadomości wszystkich liczących się ufologów w Polsce.

[13]

  Podejrzewam, że za zniszczeniem 

tych artefaktów stoją „ludzie w czerni” - niewiele jednak mający wspólnego z pozaziemskimi czy 
agartyjskimi   MiB-ami,   ale   z   najbardziej   reakcyjnymi   i   zachowawczymi   odłamami   Kościoła 
katolickiego lub twardołbymi, dogmatycznymi uczonymi, przed działalnością których ostrzegają 
nas badacze przeszłości Ludzkości w rodzaju Michaela Cremo... Obydwu tego rodzaju oszołomom 
artefakty te są nader niewygodne ze względu na to, że prawda, którą niosą - bije w ich osobiste 
przekonania i wyznawane dogmaty naukowe czy religijne. Dlatego też niszczą oni wszystko, co 
może   mieć   związek   z   Obcymi,   ziemskimi   Precywilizacjami,   dowodami   na   Ich   istnienie   i 
działalność na naszej planecie.
I tak należałoby patrzeć na ten problem.

background image

Sprawa   sanktuariów   kamiennych   została   wyjaśniona   -   to   te   kamienie   pozostały   po   Wielkim 
Konflikcie Bogów-Astronautów w roku 10.000 przed Chrystusem - o czym przetrwała pamięć w 
postaci   mitów,   legend   i   podań   czy   wierzeń.   Być   może   12.000   lat   temu   na   tych   miejscach 
znajdowały się lotniska, miasta i kosmodromy? Takim kosmodromem mógłby być z powodzeniem 
płaskowyż Tybetu czy Marcahuasi. W Jerzmanowicach mogła istnieć jakaś stacja radarowa systemu 
obronnego Atlantydów czy ich przeciwników, którzy mieli w nią wycelowana głowicę oślepiającą. 
Spełniła ona swe zadanie, tyle że po upływie 12.000 lat od końca konfliktu... Podobnie mogło być 
w Tatrach Wysokich i Zachodnich. Pozostałością po nich mogą być tunele pod górami i jaskinie 
wyłożone nieznanymi aliażami metali...
Tak czy owak, Atlantydzi i współcześni Ufici posługują się tajemniczym rodzajem energii, który 
przenika cały Wszechświat i pozwala na tworzenie takich rzeczy, o których się nawet komputerom 
nie śniło, a które nas tak zdumiewają w ufozjawisku. I o tym traktuje następny rozdział.
 
19. ASTRALNE BLISKIE SPOTKANIA
Tajemnicze   radiosygnały   -   O   bezsensie   SETI   -   Kręgi   zbożowe   w   Małopolsce   -   Duchy 
niepołomickiego cmentarza - Sypialniane téte-à-téte - Co wiedzą Aborygeni? - Teoria Jerzego 
Łataka
Ta historia wydarzyła się w 1967 czy 1968 roku, w zimie. Nie pamiętam dokładnej daty poza tym, 
że był to dzień imienin którejś z moich ciotek. I było to na krótko po przeczytaniu przeze mnie 
książki Marii Kann pt. Błękitna planeta, moralitetu fantastyczno-naukowego, którego bohaterowie 
- harcerze z Warszawy - spotykają w uroczych plenerach Bieszczadów kosmonautę pochodzącego z 
planety   krążącej   wokół   słońca   Tau   Ceti.  Jun  Atlan  -   bo   tak   zwał   się   ów   kosmonauta   -   był 
potomkiem   Atlantydów   i   powrócił   na   Ziemię,   by   odnaleźć   pozostałości   po   kulturze   swych 
przodków.
Imieniny mojej cioci były standardowe: dorośli jedli, pili, palili i gadali, gadali i jeszcze raz gadali o 
milionach nieważnych spraw. Miałem wtedy 11 czy 12 lat, i takie imprezy mnie szalenie nudziły. 
Wyniosłem się tedy do drugiego pokoju, gdzie było wielozakresowe radio i zacząłem - wzorem 
bohaterów Błękitnej planety - „czesać” skalę radioodbiornika na falach średnich i krótkich. Głosy w 
radio syczały cos nienawistnie, bełkotały, przemawiały napuszenie w kilkudziesięciu językach. Od 
czasu do czasu dolatywały do mnie strzępy muzyki i ćwierkliwy głos pracy radiodalekopisów. 
Lubiłem słuchać tej muzyki - bo telex przekazywał szybciej wiadomości od antycznego aparatu 
nadawczego Morse’a. tutaj emisja pięciobitowych znaków tchnęła dla mnie urzekającą prostotą: 
znak /....o/ oznaczał „a”, znak /...oo/ to „b”, /..o.o/ to „c”, /..ooo/ to „d”, itd. itp. - a alfabet Morse’a 
wydawał mi się w porównaniu z tym szybkim kodowaniem i przekazywaniem informacji czymś 
żałośnie prymitywnym...
Kręciłem pokrętłem strojenia wsłuchując się w dźwięki otaczającego mnie Wszechświata, patrząc 
jednocześnie przez okno na nabiegające granatem niebo, na którym wybijały się srebrzyste ćwieki 
gwiazd   wśród   nagich   koron   drzew,   jak   na   obrazach  Siódmaka...   Słyszałem   ćwierkanie 
radiodalekopisów - po latach dowiedziałem się, że były to głównie stacje szyfrowe MON, MSW i 
MSZ, pracujące w ramach Układu Warszawskiego. I naraz złapałem Morse - ktoś nadawał tak 
wolno, że mogłem wyłapać niewprawnym uchem nadawany znak: kropka, kropka, kropka, kreska, 
kropka - czyli /...-./ - chwila przerwy i znów ti, ti, ti, ta, ti. Już po imprezie, w domu spojrzałem do 
którejś   z   encyklopedii   mojego   dziadka   i   wyczytałem,   że   kombinacja   /...-./   oznacza 
ZROZUMIAŁEM. Hmmm... - za to ja nie rozumiałem jednego - dlaczego ktoś przez niemal dwie 
godziny tłukł kluczem w eter na fali o długości około 31 metrów (9,5 MHz) jeden i ten sam sygnał: 
ZROZUMIAŁEM?...
Zaintrygowało   mnie   to   i   przez   kilka   następnych   dni   „czesałem”   fale   krótkie   we   wszystkich 
dostępnych mi pasmach: 16,8 m, 19 m, 25 m, 31 m, 41 m i 49 m - czyli od 17 do 6 MHz. 
Wyłapałem   kilka   takich   dziwnych   „audycji”,   w   czasie   których   przez   kilka   nawet   godzin   ktoś 

background image

puszczał w eter: /..-/ czyli „u”, /..-./ czyli „f”, /-/ czyli „t” oraz /..../ czyli „h”... Nie wiedziałem, co o 
tym wszystkim myśleć. Teraz myślę, że to któraś z central szpiegowskich wysyłała dla swych 
agentów sygnały na HF i VHF. Trwała przecież Zimna Wojna i radiostacje szpiegowskie po obu 
stronach Żelaznej Kurtyny grały jej ponurego walca...
Nie liczyłem na to, że wychwycę w tym zgiełku Znak z Kosmosu i wreszcie spasowałem, ale... 
jednak pewnego dnia udało mi się wychwycić coś niezwykłego. Brzmiało to tak, jak melodyjka 
złożona z trzech rodzajów tonów: krótkiego /./, średniego - /-/ i długiego /__/. Przelewało się to-to 
gdzieś na skraju pasma 49 metrów, pomiędzy 5,8 a 6,0 MHz i brzmiało to mniej więcej tak:
.__-.--__-__.  .__-. ---.__  __-  ..__ __ __  ... ---.__.--. __..-..__ __.--  __..-__ __ itd.
Co to było? Nie wiem. Brzmiało to chwilami melodyjnie, jak pozdrowienie ze świata, którego już 
nie ma... Być może to był jakiś nowy rodzaj kodu albo szyfru stosowanego przez którąś ze służb 
specjalnych albo agencję kosmonautyki? A może to była próba Kontaktu? Mogę to tylko zgadywać. 
W jakiś czas potem wpadła mi w ręce książka SF jakiegoś francuskiego pisarza pt. Planeta Kalgar - 
w której ów autor także pisał o takich sygnałach, a zatem mógł to być jakiś żart radioamatora? A 
może to autor słyszał to samo, co ja i to zainspirowało go do napisanie tej książki?
W   szkole   średniej   zainteresowała   mnie   także   radioastronomia,   jako   potencjalne   narzędzie 
zdobywania   wiedzy  o   Obcych   Cywilizacjach   i   ewentualnego   Kontaktu   z   Nimi.   Jeszcze   wtedy 
naiwnie wyobrażałem sobie, że odbędzie się to przy pomocy fal radiowych. W prasie technicznej 
czytałem   o   programach   OZMA,   CYCLOPS,   CETI   -   szczególnie   to   ostatnie   działało   mi   na 
wyobraźnię: Communication with Extra Terrestial Intelligence! Później zrobiono z tego SETI - 
Searching for Extra Terrestial Intelligence - poszukiwanie pozaziemskich cywilizacji - a wszystko 
to   opierało   się   na   nasłuchiwaniu   Kosmosu   na   pewnych   zakresach   fal   radiowych.   Brzmiało   to 
wszystko obiecująco i   przekonywująco. Mamy nasłuchiwać Kosmosu na fali 21 cm, bo to fala 
rozgłośni „Radio Kosmos 1”, a że  częstotliwość 1420 MHz to pasmo wolnego wodoru (H), którego 
jest najwięcej w Kosmosie, to bez ochyby wszystkie rozumne istoty całego Wszechświata muszą 
się na niej porozumiewać! Rychło do tej częstotliwości doszło „Radio Kosmos 2” - czyli pasmo 
hydroksylowe - OH o częstotliwości 1661 MHz i długości fali 18 cm, „Radio Kosmos 3” to pasmo 
wodne   -   H

2

O   o   częstotliwości   22,23522   GHz   i   długości   fali   1,35   cm.   A  jeszcze   pasma   o 

długościach fal 18,2 cm, 12,6 cm czy 31,4 m... 
I co? I nic. Znaku z Kosmosu jak nie było, tak nie ma - jeżeli nie liczyć zagadkowych radioech van 
der Pola - Störmera
. To ochłodziło mój entuzjazm, ale go nie podkopało. Doszedłem bowiem do 
wniosku,   że   nasłuchiwanie   Kosmosu   traci   sens   ze   względu   na   to,   że   -   zważywszy  kosmiczne 
odległości   -   fala   radiowa   obrzydliwie   „wlecze   się’  z   prędkością   tylko   tych   300.000   km/s   i 
komunikacja z najbliższą gwiazdą zajęłaby nam 10 lat!
Zdałem sobie z tego sprawę po przeczytaniu zdumiewającej   swym rozmachem wizji, powieści 
Krzysztofa Borunia  i  Andrzeja Trepki  Zagubiona przyszłość, Proxima  i  Kosmiczni bracia  - w 
której to „trylogii proximiańskiej” autorzy z drobiazgową dokładnością rozpracowują techniczne 
aspekty wyprawy Ziemian do układu Tolimana, którego trzy składniki są odległe od Ziemi o 4,3 ly. 
Ich statek kosmiczny - Astrobolid pokonał trasę Słońce - Proxima Centaura (Toliman C) w czasie 
132 lat, lecąc z prędkością podróżną 50.000 km/s. Bohaterowie korzystali z  napędu jonowego, a 
dokładniej  z   jonowo-magnetycznego.  W drugiej  części  podróży,   pomiędzy  Proximą   a  układem 
Tolimana  A  i   B,   posługiwali   się   już   rakietą   o   napędzie   fotonowym,   która   osiągała   prędkość 
relatywistyczną   równą   około   ½c   -   czyli   około   150.000   km/s,   a   i   wtedy   przebycie   odległości 
wynoszącej   10.400  AU   (czyli   2   miesięcy   biegu   światła)   zajęło   im   dwa   miesiące   -   wskutek 
interwencji   mieszkańców   układu   Tolimana...   Mimo   wręcz   czasami   nachalnej   komunistycznej 
łopatologii ideologicznej - bez której ta powieść nie miałaby szans ukazać się przed 1956 rokiem - 
czyta się to wszystko interesująco, nawet dziś - w XXI wieku. Autorzy wylewają potężny kubeł 
zimnej   wody   na   głowy   nie   tyle   zwolenników   podróży   międzygwiezdnych,   ile   zwolenników 
łączności radiowej z Obcymi w Kosmosie.  Meldunki na Ziemię były przekazywane z niemal cztero 

background image

i pół-letnim opóźnieniem, co oczywiście czyniło ekspedycję skazaną wyłącznie na samą siebie, i 
życzliwość Obcych. I co najciekawsze - stojący od nas wyżej technicznie Urpianie (zamieszkujący 
Układ Tolimana) posiadali jednak sposób łączności ponadprogowej... Autorzy nie napisali tego 
wprost, ale dali delikatnie do zrozumienia, bowiem dla marksizmu-leninizmu tych czasów było to 
bluźnierstwem!   Wysłannicy   pyłowi   Urpian  mido  mogły   operować   w   Układzie   Słonecznym, 
Układzie Procjona i Układzie Proximy w   c z a s i e    r e a l n y m !   A zatem   m u s i a ł y   mieć 
jakiś sposób na łączność ponadświetlną, której nośnik przemieszczał się z v >> c!
Oczywiście nie mówi się tego wprost, a tylko napomyka aluzyjnie... - np. promieniowania sisimi i 
fadoremi są jedynie promieniowaniami towarzyszącymi właściwemu przekazowi dodomi energii i 
informacji dla mido. Aby jednak mogły one funkcjonować należycie i w   c z a s i e   r e a l n y m   
-    m u s i a ł y   one być instruowane i ładowanie energetycznie z v >> c i w T = 0. Inaczej po 
prostu   b y ć   n i e   m o g ł o! Bez tego Urpianie nie mogli prowadzić efektywnej kontroli nad 
załogami  Astrobolidu  i  RER   w Układzie Proximy i budować agregatów Pamięci Wieczystej - 
superkomputera zawierającego wszelką wiedzę Urpian - na planecie Tolimana B. na tym polega 
urok tej „trylogii proximiańskiej” - poza jej aspektami stricte technicznymi , autorzy rozpatrują tam 
aspekty czysto filozoficzne Kontaktu: ludzi z XX wieku ze sztucznej planetki Celestia z ludźmi z 
XXVI wieku, dla których ci drudzy stanowią cos w rodzaju bogów dzięki przewadze technicznej; 
ludzi z Temidami - którzy są na poziomie kamienia jeszcze nie rozłupanego; ludzi z Urpianami z 
planety Juventa - którzy to Urpianie przerastają nas cywilizacyjnie o kilka stuleci; i wreszcie ludzi 
w cywilizacją Silihomidów, która niemal opanowała układ Ziemia - Księżyc niekonwencjonalnymi 
metodami walki. I tutaj kolejna ciekawa uwaga: i Urpianie i Silihomidzi posługują się   t e l e p a t i 
ą !   Tym środkiem łączności, który został wyklęty przez wszystkich racjonalistów! - a który był 
najprawdopodobniej w powszechnym użyciu na Ziemi   z a n i m   w y k s z t a ł c i ł a   s i e   m o 
w a ! Polecam tą ciekawą powieść choćby dlatego, że jest ona dla mnie źródłem inspiracji.
 A może było tak, że po Wielkim Konflikcie Bogów-Astronautów sprymitywizowana Ludzkość 
przestała używać telepatii, więc rozwinęła mowę?... To dokładnie tłumaczy, dlaczego ludzki mózg 
pracuje zaledwie 10% swej objętości! I dlaczego Neandertalczyk miał większy o 400 g mózg od 
Homo   sapiens   sapiens...   Po   prostu   Neandertalczyk   porozumiewał   się   telepatycznie   z   innymi 
osobnikami i być może niektórymi gatunkami zwierząt, NB co stało się być może przyczyną jego 
zguby, a dzisiaj tylko resztki przedstawicieli jego cywilizacji straszy ludzi jako Ałmas, Yeti, Bigfoot 
czy Sasquatch... 
Jaka z tego płynęła nauka dla mnie? Wyciągnąłem wniosek, że te wszystkie programy w rodzaju 
CETI, SETI i im podobne są jedynie wyciąganiem pieniędzy z kieszeni podatnika przez uczonych 
bez elementarnej wyobraźni! Dlaczego? A dlatego, że    ż a d n a    istota nosząca szczytne miano 
istoty rozumnej   n i e    b ę d z i e    posługiwać się    n a j m n i e j    efektywnym środkiem 
komunikacji,   jakim   jest   wykorzystanie   fal   elektromagnetycznych.   Fala   radiowa   na   potwornie 
wielkich   dystansach   kosmicznych   mierzonych   okresem   biegu   światła,   które   w   czasie   1   roku 
przebiega dystans zaledwie 9,46053 x 10

12

 km wlecze się i nie może być  efektywnym narzędziem 

wymiany   informacji,   a   zatem   musi   to   być   coś   innego   -   tym   czymś   wydaje   się   być   zjawisko 
łączności biologicznej - właśnie telepatii.
Telepatia istnieje, i wykazał to m.in. eksperyment przeprowadzony przez Nieznany Świat Nautilius 
Radia Zet
 w 1998 roku, kiedy to obraz nadany przez medium w studio radiowym, odebrało wielu 
ludzi, którzy nawet niczego o tym eksperymencie nie wiedzieli!!! Ale to jeszcze nic, w porównaniu 
z   sensacją,   która   wyszła   już   po   ukończeniu   eksperymentu,   kiedy   w   czerwcu   1998   roku 
omawialiśmy   go   w   gronie   przyjaciół   w   czasie   odwiedzin   naczelnego  Nieznanego   Świata  w 
Jordanowie. Redaktor Marek Rymuszko  pokazał mi rysunek, który został nadany telepatycznie 
ze studia Nautiliusa Radia Zet. Przedstawiał on żółto-pomarańczowe Słońce na niebieskim tle i z 
wydłużonym, żółtym kleksem pod jego płomienistą grzywą. Namalowała go dziewczynka z jednej 
z   warszawskich   szkół.   Zaintrygował   mnie   on,   bo   odnosiłem   niejasne   wrażenie,   że   gdzieś   już 
widziałem taki obraz. I w przebłysku natchnienia pamięć podrzuciła mi rozwiązanie - rysunek ów 

background image

był   niemal   identyczny   ze   zdjęciem   komety   Ikeya-Seki   zbliżającej   się   do   Słońca,   w   dniu   21 
października 1965 roku, o godzinie 03:35 GMT! Ciekawe - kto „nadał” ten komunikat autorce 
rysunku, która zapewne w życiu nawet nie słyszała o tej komecie?!
W jednym z moich artykułów dla  Nieznanego Świata  rzuciłem projekt wysłania w Kosmos, na 
orbitę wokółsłoneczną o promieniu 150 AU - a zatem poza zasięgiem wpływów grawitacyjnych 
planet   Układu   Słonecznego   -   stacji   kosmicznej  Radiozwiadowcy   Ziemi,   której   to   misji   celem 
byłoby   wychwycenie   wszelkich   emisji   w   zakresach   fal   VHF   i   UHF   z   modulacja  AM   i   FM 
pochodzących   z   gwiazd   położonych   w   odległości   do   20   ly  od   Słońca.  W  zasięgu   anten  RZZ 
znalazłyby się wszystkie podejrzane gwiazdy o posiadanie układów planetarnych z potencjalnymi 
CNT   -   jeżeli   owe   CNT  posługują   się   radiem,   to   bardzo   szybko   dałoby   się   je   zlokalizować   i 
spróbować się z nimi dogadać. Nasz RZZ w pierwszym rzędzie podsłuchałby: Tolimana A, B i C 
(Proxima); Procjona A i B; Syriusza A, B i ewentualnego Syriusza C oraz inne gwiazdy w naszym 
najbliższym sąsiedztwie.
Rzecz ta byłaby do zrobienia nawet dzisiaj - w listopadzie 2001 roku - gdyby przeznaczyć na to 
środki wydawane przez Ludzkość na zbrojenia przeciwko sobie samej i grzęznącej w durnych i 
niepotrzebnych konfliktach, które jej nie przyniosły niczego dobrego... Jeżeli wyliczenia niektórych 
egzobiologów są prawidłowe, to RZZ powinien wychwycić kilkadziesiąt CNT w Galaktyce.
Ktoś mógłby zapytać, że skoro CNT i SCNT posługują się masowo telepatią, to dlaczego my nie 
odbieramy Ich telepatem? Odpowiedzi może być kilka:
v      Gatunek Homo sapiens sapiens    p o s i a d a ł    te właściwości, ale utracił je po Wielkim 
Konflikcie  Bogów-Astronautów  12.000 lat temu. Tych, którzy byli  w stanie je odbierać  mimo 
regresu ogółu, wymordowała  w przeszłości Święta Inkwizycja jako czarownice  i czarowników 
kontaktujących się z diabłem - szacuje się, że ogółem zamordowano 10 mln ludzi za rzekome czary. 
Hipoteza o najwyższym stopniu prawdopodobieństwa.
v      Ludzie nie są w stanie odbierać telepatem, bo ich mózgi nie są w stanie ich przyjmować i 
funkcja ta rozwinie się dopiero z biegiem czasu - hipoteza najmniej prawdopodobna.
v      Telepatemy  te  są  nadawane   na  kanałach  łączności   telepatycznej,  których  nasze   mózgi   nie 
odbierają.
v     Ludzkie mózgi odbierają telepatemy, ale nie jesteśmy w stanie ich rozumieć, gdyż są kodowane 
i przez to niedostępne dla prymitywnych psychozoów - którymi w końcu jesteśmy.
v      Nie odbieramy żadnych telepatem, gdyż ich odbiór jest celowo blokowany przez Obcych, z 
powodów jak wyżej.
v      Mózg człowieka jest w stanie odbierać telepatemy Obcych CNT i SCNT tylko w stanach 
odmiennych świadomości: sen, trans, OOBE, itp. - a czego nie zdajemy sobie świadomie sprawy i 
bierzemy te informacje za twory własnej imaginacji, a nie za realne przesłania...
Starczy...
Osobiście podejrzewam, że Obcy kontaktują się z nami nie tylko na płaszczyźnie fizycznej, ale 
przede wszystkim na płaszczyźnie tzw. astralu.
Czy mamy na to dowody? Oczywiście. Są nimi osławione kręgi i piktogramy zbożowe pojawiające 
się na polach uprawnych całego świata.
Wbrew temu, co pisze się pod koniec lat 90. XX wieku i początku lat 10. XXI wieku, te tajemnicze 
rysunki   na   polach   nie   są   hitem   ostatnich   lat   bo   jak   pisze   w   swej   pracy  UFO-mysteriet:   från 
flygande tefat till cirklar i sädesfälten
  szwedzki ufolog  Clas Svahn  oraz  Colin  Andrews  i  Pat 
Delgado
   w   pracy  Circular   Evidence  (w   dostępnej   mi   włoskiej   edycji  L’Enigma   delle   trace 
circolari
) -  pierwsze kręgi zbożowe pojawiły się już w 1590 roku w rejonie miasta Assen w 
Holandii, zaś pierwsze wzmianki o kręgach pochodzą z angielskich kronik z 1499 roku!
 Już w 
XV   wieku!   -   a   zatem   nie   może   być   mowy   o   nowej   formie   kontaktu,   bowiem   zjawisko   to 

background image

towarzyszyło Ludzkości od zarania jej dziejów, tylko relacje o nim zatarł czas, zniszczyły liczne 
wojny i działania Kościoła - nie tylko katolickiego...
W Polsce - o ile wierzyć różnym relacjom - kręgi i piktogramy zbożowe obserwowano od dawna, 
ale   media   i   ufolodzy   zainteresowali   się   nimi   od   sierpnia   1998   roku,   kiedy   to   mieszkańcy 
miejscowości   Polanka   k./Myślenic   po   raz   pierwszy   zgłosili   pojawienie   się   czterech   kręgów 
zbożowych w jej okolicy. Od tej pory do roku 2001, w kraju odnotowano następujące przypadki 
pojawienia się kręgów i piktogramów zbożowych:
 

Kategoria 
czas i 
miejsce 
zjawiska

Data 
powstania

Rodzaj 
zboża

Ilość 
ele-
mentów

KZ   Polanka 
1998

Koniec 
lipca 1998 

pszenżyt
o

4

KZ   Stróża 
1998

Sierpień 
1998

pszenica

1(?)

KZ   Pigża 
1999

27.07.1999 pszenżyt

o

4

PZ 
Kielanówka 
2000

1.07.2000

 

pszenica

4

PZ  Nosówka 
2000

Lipiec 
2000

2

PZ 
Wylatowo 
2000

22.07.2000

5

KZ 
Wylatowo 
2000

VI/VII.200
0

żyto

5(?)

KZ   Drawień 
2000-I

22.07.2000  

 

pszenica

1

KZ   Drawień 
2000-II

24.07.2000

1

background image

PZ 
Kruklanki 
2000

VII/VIII.20
00

5 w 1

PZ 
Wylatowo 
2001-I

26/27.VI.2
001

9

PZ   Jugowa 
2001

 

11/12.VII.2
001

6

PZ 
Wylatowo 
2001-II

2

PZ   Łąka 
2001

6

PZ 
Wylatowo 
2001-III-A,B

24/25.VII.2
001

3+3

 
Polscy badacze skupieni w organizacji nazwanej Polską Siecią Obserwatorów Kręgów Zbożowych 
przebadali te tajemnicze formacje i okazało się, że powstały one w miejscach, gdzie w przeszłości 
miały miejsce tragiczne czy znaczące wydarzenia dla życia naszego narodu. I tak np. w przypadku 
KZ Polanka 1998 mamy do czynienia formacjami, które powstały w okolicach dwóch cmentarzy: 
żydowskiego kirkutu i miejsca pochówku ofiar epidemii cholery. Jak twierdzi red. Jerzy Pałosz z 
Gazety  Krakowskiej  - kręgi te  pojawiły się na tym  terenie już w  połowie sierpnia 1998 roku. 
Przedstawiony tam był krąg o średnicy 8 m z pierścieniem. Wychodząc z założenia, że każdy krąg 
jest jakimś przesłaniem - doszliśmy do wniosku, że jest to Ich ostrzeżenie przed spadkiem stacji 
orbitalnej Mir. Mogło równie dobrze chodzić Im o zwrócenie naszej uwagi na latające nam wtedy 
nad głowami NOO!
Wraz z  Bronisławem Rzepeckim  dokonałem pomiarów i udokumentowania jedynego ocalałego 
wtedy KZ - wyniki tego przekazaliśmy do publicznej wiadomości na łamach Czasu UFO. Pozostałe 
przypadki mają już bogatą literaturę, więc nie będę rozwijał tego tematu. Dodam tylko, że poza 
kręgami i piktogramami zbożowymi istnieją również Kręgi Trawiaste (KT), które obserwowano 
niejednokrotnie   w   różnych   miejscach   naszego   kraju   -   także   w   zasięgu   działania   PROJEKTU 
TATRY, o czym później.
Zimą 1998 roku mieliśmy kolejną przesłankę po temu, by sądzić, że Obcy i ciała astralne ludzi 
potrafią manifestować się w przedziwny sposób. Było to w listopadzie i grudniu, w Niepołomicach, 
gdzie na miejscowym cmentarzu ukazywały się jakieś dziwne światła, a które ludzie utożsamiali ze 
zjawami swych bliskich zmarłych. Sprawie nadała bieg TVN i Superexpress. Nieszczęście chciało, 
że   za   wyjaśnienie   tego   fenomenu   zabrało   się   dwóch   krakowskich   uczonych   z   Uniwersytetu 
Jagiellońskiego. Ci uczeni „zaciemniacze” po badaniach doszli do wniosku, że - cytuję po literkach 
Światła na niepołomickim cmentarzu spowodowane są przez... fosfor wydobywający się z kości 
pochowanych tam zmarłych ludzi...
  No cóż - głupota tego stwierdzenia jest szokująca i zarazem 
ewidentna, jako że gdyby było tak, jak postulują to „zaciemniacze” z UJ, to takie fenomeny można 

background image

by zobaczyć na każdym cmentarzu! Ale tego już „zaciemniacze” nie próbowali wyjaśnić, bo to nie 
pasuje do ich wymądrzonej teorii.
Pies z tym tańcował, niechże im będzie Wojtek - pardon - fosfor! A co uczeni „zaciemniacze” 
powiedzą na wizyty nieznanych Istot Nie Z Tego Świata w naszych sypialniach?  Bo wizyty te mają 
miejsce i są na to świadkowie. A chodzi mi tutaj nie tyle o Bedroom Visitors, ale chodzi o Bliskie 
Spotkania z Nimi... we śnie!
Pierwszy raz spotkałem się z tym problemem w Karkonoszach, gdzie w 1993 roku zarejestrowałem 
CE5 w Dolinie Sowiej. Jego bohaterami była pani mgr Ewa Katarzyna T. i jej kolega, którzy tam 
obserwowali   NOL-a,   który   splanował   im   nad   głowy   zupełnie   bezgłośnie,   świecąc   białymi   i 
czerwonymi światełkami po bokach. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że w następne 
noce pani T. Śniła dziwny sen, w którym Obcy kazali się jej zainteresować Ziemia i naukami o niej, 
co wpłynęło na nią tak inspirująco, że zainteresowała się krystaloterapią...
 Następny przypadek dziwnych snów przeżyłem wraz z moją żoną w lecie 1998 roku, a mianowicie 
oboje śniliśmy identyczny w detalach sen, a było w nim lądowanie NOL-a w okolicach Majerzówki 
pomiędzy   Jordanowem   a   Bystrą   Podhalańską.   Jeżeli   był   to   tylko   przypadek   -   to   nadzwyczaj 
interesujący!...
Podobne przypadki opisywał w swej książce Alien Meetings amerykański ufolog Brad Steiger. Nie 
wyciągnął on jednak takich wniosków, które nasunęły się nam niemal automatycznie. Jest on nader 
prosty i przejrzysty - w czasie snu łatwiej jest nawiązać kontakt z naszą podświadomością - z ID - 
która jest bankiem pamięci każdego człowieka, bowiem zawiera informacje o tym, co człowiek 
widział i przeżył od swych narodzin do chwili obecnej. Co więcej - ID    n i e    k ł a m i e ! - i 
dlatego Obcy mają wgląd w nasze dusze, które nie są zakłamane przez Ego i Superego... Myślę, że 
Obcy w ten sposób dają nam znać: JESTEŚMY!!! I dlatego te wszystkie programy w rodzaju CETI 
i   SETI   oraz   ich   najnowsze   mutacje   są   jedynie   sztuką   dla   sztuki,   bo   Oni   porozumiewają   się 
telepatycznie,   ergo   wszelkie   urządzenia   radiokomunikacyjne   są  Im  po   prostu   zbędne!   Dlatego 
właśnie   SETI   jest   marnotrawieniem   pieniędzy   podatników,   które   powinny   być   skierowane   na 
badania nad możliwościami ludzkiego mózgu i ich rozwijaniem, co dałoby nam większy pożytek, 
niż wsłuchiwanie się w Silentium Universii...
Tak zatem   s n y   s ą   w a ż n i e j s z e   o d   j a w y !   O tym dokładnie wiedzą australijscy 
Aborygeni, dla których sny są bardziej oczywiste od jawy, a cały świat zaczął się od skończenia się 
Czasy Snu - czasu istnienia i działalności poprzedniej CNT na Ziemi. I to właśnie parapsychiczne 
widzenie   problematyki   ufologicznej   i   Kontaktu   z   Obcymi   jest   centralnym   punktem   sposobu 
myślenia - zwanego Polską Szkołą Ufologii, a której podwaliny dał artykuł znanego zakopiańskiego 
mistyka,  psychotronika,  ufologa i badacza  cayce’owskich  readings  -  inż.  Jerzego  Łataka, a  z 
którego tezami zgadzam się w całej rozciągłości. Uważamy mianowicie, że   s e n   j e s t   k l u c z 
e m   do tajemnicy Ich działalności na Ziemi. 
W Czasie Snu ludzie byli w stałym kontakcie bilateralnym z bogami. A potem stało się coś, co ten 
kontakt przerwało na wieki. Czy była to - już tutaj postulowana - wojna na skale całej cywilizacji, 
czy może agresja z Kosmosu - tego jeszcze nie wiemy. Patrząc na to z tego punktu widzenia mogę 
powiedzieć, że Obcy dążą do ponownego nawiązania z nami kontaktu telepatycznego - stąd te 
wszystkie niesamowite przygody związane z zetknięciem z Nimi: wszczepy, telepatyczne przekazy, 
widzenia Matki Boskiej i świętych Pańskich, duchy i widma ludzi dawno zmarłych, itd. itp. Oni nie 
ingerują w nasze sprawy wewnętrzne, ale przez cały czas sprawują nad nami niewidzialną kontrolę, 
a wszystko to w czasie snu.
Pierwszy   raz   tego   rodzaju   myśl   wyraził   polski   pisarz   SF  Adam   Wiśniowski-Snerg  w   swej 
znakomitej i z tego punktu widzenia genialnej powieści Robot. Ta powieść jest czymś więcej, niż 
tylko opowiadaniem o ludziach, którzy znaleźli się w niecodziennej sytuacji - jest to konkretna 
wskazówka, gdzie należy szukać drugiego klucza do naszej Rzeczywistości...
 

background image

20. ZAKOŃCZENIE
Jeszcze o Wielkiej Wojnie - Co ukrywają Dogoni? - Meteoryty i wieczne lody - Tropy wiodą w  
Kosmos - Znów wojna światów? - Wizje i rewizje lokalne - Złudzenia alchemików kolejnym  
dowodem.
Powróćmy jeszcze do hipotezy wielkiej wojny bogów. Wielu autorów zajmujących się zakazana 
archeologią, astrologia, atlantologią i naukami pokrewnymi zauważa, że rodzaj ludzki miał swe 
wzloty i upadki, i na dodatek jest o wiele starszy, niż się to ortodoksyjnym uczonym wydaje. Takie 
poglądy reprezentuje m.in. sir Brinsley le Poer-Trench lord of Clancarty, Aleksander Mora, dr 
Miloš   Jesenský,   Richard   Mooney,   Hans   Bellamy,   Jan   Krzyściak,   Klaus   Aschenbrenner, 
Johannes von Buttlar, Michael Cremo, Alec MacCellan
  i wielu, wielu innych - w tym niżej 
podpisany.
Osobiście podejrzewam, że człowiek ma za sobą nie 3 mln lat rozwoju - jak głosi oficjalna nauka - 
a   co   najmniej   50   mln   lat,   i   że   pierwsze   hominidy   pojawiły   się   w   czasie   pierwszej   eksplozji 
populacyjnej ssaków po tragicznym dla gadów impakcie asteroidy  sprzed 65 mln lat, dzięki której 
powstała   na   Jukatanie   poimpaktowa   formacja   Chicxulub.  Wyjaśnia   to   m.in.   wszystkie   odciski 
ludzkich   stóp   w   kredowych   skałach   z   poziomu   wczesnego   Trzeciorzędu   -   Tr

e-f

  na   granicy 

paleocenu   i   eocenu,   które   znaleziono   w   okolicach   Martina   na   Słowacji.   Innym   podejrzanym 
okresem w historii naszej planety są zlodowacenia - znane pod nazwą Epok Lodowych. Nie trafia 
do mnie to, że Ziemia przechodziła poprzez ciemne mgławice czy zmieniała się stała słoneczna, bo 
nie   ma   na   to   dowodów   astronomicznych.   Nie   prościej   byłoby   założyć,   że   zlodowacenia   są 
wynikiem działania na Ziemi kilku cywilizacji przedludzkich, i że każda z nich doprowadziła się do 
samozagłady swoją działalnością - za każdym razem wywołując efekt cieplarniany środowiska, a 
potem   zlodowacenie.   NB,   nas   czeka   dokładnie   taki   sam   los,   jak   pozostałe   cztery   cywilizacje 
przedludzkie. 
Spójrzmy na Kenozoik: dzieli się on na dwie nierówne części: Trzeciorzęd - Tr i Czwartorzęd - Q. 
Trzeciorzęd   zaś   dzieli   się   na:   Paleogen   i   Neogen.   Człowiek   powstał   zatem   już   na   początku 
Paleogenu - gdzieś na granicy Paleocenu i Eocenu - jakieś 55-50 mln lat temu. Poprzez pozostałe 
podokresy: Oligocen, Miocen i Pliocen ludzie rozwijali swoją cywilizację, aż doszło do pierwszego 
Wielkiego   Kryzysu,   który   wyznaczył   granicę   Tr/Q

1

  od   której   zaczął   się   epizod   lodowcowy 

Pleistocenu, zwany Günz-Menap, który zaczął się 1,7 mln lat temu i skończył się 600.000 lat temu. 
Interglacjał Kromer trwał około 100.000 lat, a po nim przyszedł drugi glacjał: Elster-Mindel - 
trwający 200.000 lat. W interglacjale Holstein nasza planeta odpoczęła sobie na kolejne 100.000 lat 
od lodów, które następnie zaatakowały Europę w czasie glacjału Sal-Ris na kolejne 100.000 lat. 
Potem się ociepliło na 50.000 lat w interglacjale Em, by w roku 50.000 przed Chrystusem nastało 
ostatnie - czwarte zlodowacenie Vislan-Würm, które skończyło się najprawdopodobniej katastrofą 
Atlantydy, Mu i Lanki w roku 10.000 przed Chrystusem. Obecnie żyjemy w kolejnym interglacjale 
i Ziemia dzięki naszym wysiłkom zmierza ku kolejnemu efektowi szklarniowemu i... następnemu 
zlodowaceniu,   które   zakończy   dzieje   naszej   cywilizacji   za   kilka   tysięcy   lat,   o   ile   sami   nie 
wykończymy się wcześniej.
Ale   nie   tylko   w   Czwartorzędzie   atakowały   nas   lody,   bo   zlodowacenia   następowały   także   w 
następujących okresach: Prekambr (Wend) - 570 mln lat temu, Karbon - 362 mln lat temu i Perm - 
290 mln lat temu. I co najciekawsze - w warstwach należących do tych okresów geologicznych 
znajdowano dziwne ślady i niezwykłe artefakty, wskazujące na istnienie w tych czasach jakiejś 
cywilizacji. Takim dziwnym śladem są np. ozokeryty, które nijak nie pasują do teorii o powstaniu 
złóż węgla kamiennego. Pisze się, że powstały one dzięki ropie naftowej, która powoli ulegała 
przemianom w warunkach wysokiego ciśnienia, temperatury i braku dostępu tlenu. OK., ale czy na 
pewno? Bardziej  przemawia do mnie to, że ozokeryty,  to są po prostu masy plastyczne, które 
zostały kiedyś po prostu zakopane i uległy metamorfozie w wyżej wspomnianych warunkach, co 
jest nie do przyjęcia przez ortodoksyjną naukę...

background image

Zainteresowanych odsyłam do lektury książek Michaela Cremo i Thomasa de Jeana.  Wychodzi 
zatem   na   to,   że   nie   jesteśmy   tutaj   pierwsi!
   -   jak   dotąd   sądziliśmy   to   z   naiwnością   dzieci 
Wszechświata!
Najbardziej szokującym jest to, że około 600 mln lat temu Ziemia przeszła rewolucyjną zmianę 
życia.   Znikła   flora   i   fauna   ediakariańska   i   ewolucja   wystartowała   niemal   od   zera!   Niektórzy 
przypuszczają, ze stało się to za przyczyną planety Luna, która stała się naszym Księżycem i odtąd 
wiernie   nam   towarzyszy.   Do   tego   jeszcze   wrócimy,   wszystko   wskazuje   na   to,   że   Księżyc   ma 
niejedną tajemnicę!
Podsumowując można powiedzieć, że życie na Ziemi rozwijało się swoją drogą, ale od czasu do 
czasu, wskutek kosmicznych bitew między cywilizacjami dochodziło do zagłady wielu gatunków i 
wymrożenia planety. Tak właśnie można wyjaśnić tajemnicę Wielkich Wymierań, jako rezultatów 
upadku Cywilizacji Przedludzkich. Ostatni Epizod miał miejsce 12.000 lat temu, kiedy to wskutek 
planetarnego konfliktu doszło do zalania kontynentów (no, bez przesady - po prostu archipelagów 
dużych   wysp)  Atlantydy,   Lanki   i   Mu.   Każda   taka   kosmiczna   bitwa   czy   kosmiczna   katastrofa 
ekologiczna - co na jedno wychodzi - spowodowana działalnością Ziemian i Obcych powodowała 
wymieranie gros gatunków na naszej planecie, ale jednocześnie dawała „ewolucyjnego kopa”, co 
powodowało   błyskawiczny   rozwój   i   opanowywanie   opuszczonych   nisz   ekologicznych.   W 
planetarnych wojnach bogów-astronautów używano wszelkich znanych nam i nieznanych broni 
masowego   rażenia   z   użyciem   asteroidów   spychanych   na   planetę   włącznie   -   co   kończyło   się 
Wielkimi  Wymieraniami.   Być   może   65  mln   lat   temu   jacyś   Najeźdźcy  z   Kosmosu  wykończyli 
dobrze zapowiadającą się cywilizację Dinozauroidów? Taka hipoteza jest równie dobra, jak każda 
inna. A że nie ma na to materialnych dowodów? Ależ są, tylko trzeba je dobrze poszukać! Kamienie 
nie kłamią! I tylko one mogą stanowić dowód. Metale korodują - z wyjątkiem tych szlachetnych, 
ale jest ich mało. Plastyki utleniają się bądź przeobrażają się w ozokeryty. Drewno butwieje, utlenia 
się i bardzo rzadko kamienieje. Kamienie zostają. Tylko one. I tylko one mogłyby być dowodem. 
Szukając tych śladów trzeba przeszukać kontynenty i dna Wszechoceanu Ziemi - choć te ostatnie 
wskutek subdukcji nie dają zapisu paleontologicznego starszego, niż 250 mln lat, a i to jedynie w 
kilku rejonach Wszechoceanu. Historię Ziemi i własnego gatunku znamy w oparciu o prace na 
kilkuset zaledwie odkrywkach i kilku tysiącach kopalni, które to dają obraz zamglony i niepewny. 
Nawet wspaniałe rekonstrukcje niektórych dinozaurów  są zlepkiem kości kilku   czy kilkunastu 
osobników! Podziwiam odwagę uczonych, którzy tak autorytatywnie stwierdzają, że historia Ziemi 
jest taka, jaką oni widzą i nam przekazują. Ja nie byłbym tego taki pewien ferując ten wyrok. Bo w 
końcu   na   czym   opieramy   naszą   wiedzę   o   czasie,   który   upłynął   od   danego   wydarzenia?   Na 
stratygrafii,   czyli   ułożeniu   poszczególnych   warstw   osadów   względem   siebie,   tworzących   zapis 
geologiczny   i   zawarty   w   nich   zapis   kopalny.   Kataklizmy   towarzyszące   np.   zlodowaceniom, 
impaktom asteroidów czy tworzeniu się trapów wulkanicznych zmieniaja całkowicie zapis na okres 
miliona lat, jak nie lepiej. W przypadku impaktu K/Tr po cywilizacji Dinozauroidów nie miał prawa 
pozostać   kamień   na   kamieniu,   bo   trzęsienia   ziemi,   megapowodzie   i   wzmożony   wulkanizm 
dokonały straszliwych spustoszeń w kartach księgi Matki Ziemi i tak drobny epizod, jak cywilizacja 
Dinozauroidów został z niej dokładnie wymazany, i trzeba będzie dużej dozy szczęścia, by natrafić 
na artefakt z tej epoki.
Mamy jeszcze jeden sposób datowania - datowanie radionuklidami, czyli radioizotopami niektórych 
pierwiastków   chemicznych,   która   to   metoda   oparta   jest   o   znajomość   czasu   półrozpadu   czy 
półzaniku - T

1/2

 jąder atomowych. Poniższa tabela uzmysławia nam, jak wielkie interwały czasowe 

jesteśmy w stanie mierzyć tą metodą:
 

background image

 
 
 
  
    
 
 
 
Niestety, zawodność tej metody została wykazana już niejednokrotnie - 
ot, choćby w przypadku Całunu Turyńskiego... Zakładając, że wojna z 
użyciem broni jądrowych czy impaktu asteroidy wzbogaca sedymenty 
w pierwiastki radioaktywne, a zatem odmładza daną warstwę o pewien 
czas.   Można   ustalić   wiek   danej   warstwy  poprzez   porównanie   jej   z 
analogicznymi warstwami w innym miejscu, ale czy taka metoda jest 
stuprocentowo pewna? Poważnie w to wątpię...
A teraz z innej beczki.
Kiedy   Ziemia   została   wyposażona   w   Księżyc?   Pytanie   to   brzmi 
dziwnie tylko na pierwszy rzut oka, bowiem staje się ono istotne w 
porównaniu czasu pojawienia się Księżyca i Epizodu Ediakariańskiego 
- patrz wykres. Oficjalnie przyjmuje się, że Księżyc powstał w wyniku 
„wychlapnięcia”   ziemskiej   materii   w   wyniku   kolizji   Protoziemi   z 
planetą o wielkości Marsa 2-3 mld lat temu - w czasie formowania się 
Układu   Słonecznego.   Hipoteza,   jak   hipoteza   -   teraz   nie   do 
udowodnienia.
Najsensowniejszym - moim skromnym zdaniem - jest wytłumaczenie, 
że Księżyc został „zakotwiczony” na swej orbicie jakieś 2,67 mld lat 
temu, kiedy zbliżył się do Ziemi na odległość 166.400 km, kiedy to 
doszło do grawitacyjnego wychwytu Luny i przekształceniu jej w nasz 
ziemski Księżyc.  Luna podeszła niejako „z ukosa” - bo pod kątem 
148

o

,6   względem   płaszczyzny  równika   Ziemi.   Kiedy  doszło   już   do 

wychwytu, to w ciągu następnych 170 mln lat jego orbita zaczęła się 
stabilizować i jakieś 2,5 mld lat temu osiągnęła ona trwały mimośród 
orbity e = 0, i nachylenie w stosunku do równika Ziemi = 45

o

,7. Tyle, 

że   Księżyc   obiegał   Ziemię   w   fantastycznie   krótkim   czasie   -   tylko 
6

h

20

m

,64,   ale   jego   odległość   od   naszej   planety   wynosiła   jedynie 

18.490   km!   Efekty   tego   można   sobie   wyobrazić:   potworne   fale 
pływowe,   wybuchy   wulkanów   i   straszliwe   trzęsienia   ziemi.   Dalsza 

stabilizacja orbity polegała na powolnym oddalaniu się Księżyca od Ziemi i dzisiaj Srebrny Glob 
krąży w odległości średniej 384.400 km, pod kątem 23

o

,8 i w czasie 27

d

7

h

,2. Za 300 mln lat 

Księżyc   „zawiśnie”   nieruchomo   nad   jedną   hemisferą   Ziemi...  Tak   widzi   to   astronom  prof.   H. 
Gesternkorn

A może było zupełnie inaczej? Luna przypałętała się w okolice Ziemi nie około 2,67 mld lat temu, a 
zaledwie 50.000 lat temu? Prawie na początku IV Zlodowacenia Vislan-Würm. A to mogło być tak:
Luna wcale nie była planetką z Układu Słonecznego, ale gigantycznym statkiem kosmicznym z 
Układu Tolimana C - Proximy Centaura. Proxima jest gwiazdą karłowatą o klasie widmowej dM5e, 
aperiodycznie zmienną, o temperaturze fotosfery zaledwie 3.000 K - czyli o połowę niższej od 

Reakcja 
rozpadu

T

1/2

 (lata)

C-14   →   C-
12

[14]

5.730

K-40 → Ar-
40

1,25 mld

Rb-87   → 
Sr-87

48,8 mld

La-138   → 
Ce-138

106 mld

Sm-147   → 
Nd-143

108 mld

Lu-176   → 
Hf-176

24 mld

Hf-182   → 
W-182

9 mln

Re-187   → 
Os-187

166,6 mld

Th-232   → 
Pb-208

3,9 mld

U-235   → 
Pb-207

704 mln

U-238   → 
Pb-206

[15]

4,46 mld

background image

Słońca. Proxima jest karzełkiem gwiezdnym, ale przecież nie zawsze tak było i miała ona swoje 
wielkie pięć minut w historii Wszechświata. Być może miała ona swój akt planetotwórczy i któraś z 
tych planet była biogeniczna, na której rozkwitło rozumne życie. Proximianie zorientowali się, że 
ich macierzyste słoneczko nie pogrzeje ich zbyt długo, więc chcąc nie chcąc zwrócili swe receptory 
radiowo-optyczne ku innym gwiazdom. Oczywiście na pierwszy ogień poszedł podwójny układ 
Tolimana A i B, których promieniowanie jest przyjazne życiu. Toliman A jest gwiazdą niemal 
identyczną   ze   Słońcem   -   jego   masa   wynosi   1,1   masy   słonecznej,   zaś   klasa   spektralna   jest 
identyczna - dG2V. Toliman B jest mniejszy od Słońca o 0,1 masy słonecznej i ma typ widmowy 
dK5V,  co  oznacza,  że   jest  chłodniejszy  od  Słońca,  ale  o  całe  niebo   jaśniejszy  i  cieplejszy  od 
przygasającej Proximy. Obawiam się, że ten układ nie ma planet, bowiem jest on ciasny - jego dwa 
składniki oddzielone są od siebie tylko przestrzenią 23,6 AU - dla porównania rozległość Układu 
Słonecznego od Słońca do Plutona wynosi średnio 39,3 AU, co należy jeszcze pomnożyć przez 
dwa... A zatem każda hipotetyczna planeta musiałaby spaść na któryś  ze składników, które na 
dobitkę okrążają wspólne barycentrum w czasie 90

d

2

h

,4 - więc co z tego?

Stwierdziwszy,  że nie ma  planet w Układzie Tolimana A i B, Proximianie zdecydowali się na 
zbadanie możliwości osiedlenia się na planetach jedynego istniejącego w ich sąsiedztwie układu 
planetarnego - Układu Słonecznego. Wyprawy zwiadowcze doniosły, że znajdują się tam cztery 
planety możliwe do zamieszkania: Merkury, Wenus, Ziemia i Mars, a także jeden z księżyców 
największej   planety  Układu   -   który  zda   się   być   cały  pokryty  lodowatym   oceanem   -   Europa... 
Decyzja   mogła   być   tylko   jedna   -   Proximianie   opuścili   swój   układ   i   dogasające   słoneczko   i 
posługując się niedużą planetą, jako statkiem kosmicznym - puścili się w drogę w kierunku Słońca i 
jego planet. Jak długo lecieli - nie wiem. Może 132 lata z prędkością 50.000 km/s, a może aż 
19.600 lat z prędkością 50 km/s... - nie wiem, mogę na razie tylko to zgadywać. Dość na tym, że 
Luna znalazła się w Układzie Słonecznym. I na nią czekał już komitet powitalny Ziemian.  Co było 
dalej - wiemy. Konflikt lub cała ich seria, która skończyła się upadkiem cywilizacji, epoki lodowe i 
regres do epoki kamienia łupanego, budowanie od zera. Zaś Obcy, którzy nas odwiedzają, to nic 
innego,   tylko   zbiologizowane   maszyny  -   roboty  ocalałe   z   konfliktów,   które   zaczęły  -   z   braku 
kierujących nimi ludzi - ewoluować same. Efekty widzimy od czasu do czasu w czasie CE.
Co do tego mają Dogonowie? Ano to, że zapamiętali przylot Proximidów - a wtedy jeszcze nie 
Syriusz, ale α Centaura była najjaśniejszą gwiazdą naszego nieba - i to jej oddawali cześć. Opis 
Syriusza i „baletu” jego składników doskonale pasuje do układu Tolimanów - co udowodniłem w 
moim referacie praskim. A co do użycia planety do podróży z jednego układu planetarnego do 
drugiego? Znamy takie „bezpańskie” planety - ot, choćby tą oznaczoną symbolem TMR-1C w 
gwiazdozbiorze Byka, który to obiekt jest właśnie taką planetą...
Przyznam się szczerze, że kiedy przeczytałem po raz pierwszy o odkryciu obiektu TMR-1C, to od 
razu pomyślałem o Plejadianach - wszak Plejady są oddalone od nas wprawdzie o 390 ly, zaś TMR-
1C o 450-500 ly (rozbieżne dane) i ma masę dwukrotnie większą od Jowisza - czyli około 3,815 x 
10

27

 ton, ale porusza się swobodnie w Kosmosie i co najciekawsze - widać z niej Plejady tak, jak to 

przedstawiono na sztucznym głazowisku w Odrach na Pomorzu!
Wkrótce dowiedziałem się o innej planecie, którą odkryli Amerykanie w gwiazdozbiorze Centaura, 
gdzie na tle Drogi Mlecznej porusza się ogromny blok węgla o średnicy 13.000 km i w odległości 
tylko 17 ly od Układu Słonecznego! Masa tego największego znanego diamentu oznaczonego jako 
BPM-37093 wynosi niewiele mniej, niż masa Ziemi, czyli 4,05 x 10

21

 ton!

[16]

 A ile z tego byłoby 

karatów brylantów???... Ciekawe, bo coś takiego przewidział w latach 70. słynny pisarz SF Arthur 
C. Clarke
 w trzeciej części swej tetralogii kosmicznej 2061: Odyseja kosmiczna, w której pisze on 
o diamentach ogromnej wielkości, które mogłyby być odpryskami jąder gazowych gigantów, jak 
Jowisz czy Saturn. Czyżby BPM-37093 był takim jądrem planety pierwotnie wielkości Jowisza, z 
której wybuch np. Supernovej zdarł wodorowo-metanową powłokę   i zostało tylko gołe jądro z 
ogromnego   diamentu   wielkości   Ziemi?  Astronomia   zna   podobne   przypadki   -   bo   obserwowano 
planety odzierane ze swych atmosfer przez odrzucane po wybuchach Supernovych otoczki gazowe 

background image

w mgławicach powybuchowych, a zatem mielibyśmy do czynienia z jednym z nich w naszym 
gwiezdnym sąsiedztwie?
   Niestety, na razie nie mamy czym tam dolecieć, by zbadać rzecz in situ. Nasze sondy Pioneer-10 
Pioneer-11  oddaliły się od Ziemi na odległość 66,6 AU (10 mld km) czyli około 9

h

15

m

  biegu 

światła, a zatem wyszły już poza orbitę Plutona i zmierzają w kierunku konstelacji Byka. Obie 
sondy wystartowały w swą podróż niemal 30 lat temu...
Powróćmy   jednak   do   Obcych   i   Ich   aktywności   na   Ziemi.   Niektórzy   ufolodzy   z   „nowej   fali” 
zarzucają mi, że nie wierzę w kilka rzeczy, m.in. w to, że Oni są zaangażowani w nasze sprawy i 
traktują nas obojętnie. Oczywiście, że tak! Oni traktują nas tak, jak my traktujemy mrowisko. Czy 
badacz życia mrówek będzie burzył całe mrowisko, by uratować pojedynczą mrówkę? - rzecz jasna 
nie. Gdyby Oni chcieli ingerować w nasze sprawy tu na Ziemi, to proszę Czytelniku pomyśl, ileż 
musieliby   spełnić   naszych   życzeń?   Sto   miliardów?   Więcej?   A   każde   z   nich   zmienia 
Rzeczywistość... Dlatego całkowicie rozumiem Ich i Ich nastawienie do nas, bo sam zrobiłbym 
dokładnie tak samo.
I   co   z   tego   wynika?   Jeden   wniosek   pesymistyczny:   NIE   DOROSLIŚMY   JESZCZE   DO 
KONTAKTU NA SKALĘ KOSMICZNĄ W OGÓLE. 
Uzasadnienie:
Człowiek rozumny (tylko z nazwy) w ciągu swego pochodu cywilizacyjnego potrafił tylko niszczyć 
wszystko,   co   miał   wokół   siebie,   nie   tworząc   niczego,   co   pozwoliłoby   mu   na   odtworzenie 
zniszczonych naturalnych zasobów planety - to jest aspekt ekologiczny. W aspekcie etycznym - 
człowiek obraca wszystkie stworzone przez siebie dobra na zgubę własnego gatunku - wszak giną 
wciąż ludzie w bezsensownych wojnach etnicznych, ekonomicznych, religijnych i innych - a jego 
działalność na polu inwentyki obraca się zawsze przeciwko niemu i środowisku w którym żyje.
Jest   jednak   jeszcze   drugi   wniosek   -   optymistyczny:   MY,   LUDZIE   Z   PLANETY   ZIEMIA, 
JESTEŚMY   JEDYNIE   CZĄSTKĄ   OGROMNEJ   RZESZY   RAS   GWIEZDNYCH,   KTÓRE 
ZAMIESZKUJĄ WSZECHŚWIAT. 
Uzasadnienie:
Skoro Obcy traktują nas z wyrozumiałym spokojem i obojętnością badaczy, to oznaczałoby, iż 
takich przedmiotów badań jak my sami musi być we Wszechświecie ogromna ilość. Mieliśmy po 
prostu pecha - wynikającego z rachunku prawdopodobieństwa - zbyt późno się narodzić i jesteśmy 
tym   samym   „zasietniałą”   cywilizacją,   która   dopiero   -   jak   noworodek   -   drze   się   na   cały 
Wszechświat: PATRZCIE! JESTEM TUTAJ!!!
Silentium Universii zatem, to jeno pozór - ono nie istnieje!
No, a teraz wizje, rewizje i remanenty.
Jerzy Łatak podał za  Czasem UFO  bulwersującą wiadomość na temat oddziaływania NOL-i na 
efekty awarii reaktora jądrowego w Czarnobylu. W największym skrócie wygląda to tak, że przy 
każdym pojawieniu się NOL-a, spadała radiacja nawet o 2,2 R/h! Nie zapominajmy, że katastrofa w 
CzEJ   była   źródłem   największego   w   historii   świata   skażenia   promienistego.   Okolice   fatalnego 
reaktora numer 4 skażone były wszelkimi produktami rozpadu uranu w wysokości 14,5 MBg/m

2

 - 

czyli  dziesięć   razy   więcej   niż   po   wybuchach   w   Hiroszimie   i   Nagasaki!!!   No   tak,   ale   tam 
zdetonowano kilka kilogramów izotopów uranu: 

235

U + 

233

U stabilizowanych przez 

238

U i plutonu 

239

Pu stabilizowanego przez 

240

Pu, zaś w CzEJ było aż 260 ton uranu i produktów jego rozpadu, a 

czego 99,99% silnie radioaktywne. I to świństwo poszło w atmosferę, a wyniki tego znamy. 
W czym rzecz? Ano w tym, że Ufici przewidzieli to, co się stanie w Czarnobylu i to na dłuższy 
okres naprzód. Rosjanie wybudowali CzEJ na aktywnym sejsmicznie uskoku tektonicznym i że w 
momencie katastrofy doszło do 7-minutowego trzęsienia ziemi, dokładnie pod „czwórką”. Skok 

background image

reaktywności   stosu  atomowego  przypadł   dokładnie  na  moment   pierwszego   wstrząsu,  który był 
przyczyną „rozhulania się” reaktora. Wstrząs uszkodził obieg pierwotny chłodzenia reaktora i to 
właśnie   spowodowało   jego   przegrzanie,   skok   reaktywności   i   w   rezultacie   ostatecznym 
„rozsmarowany” w czasie wybuch jądrowy...
Ufici byli świadomi niebezpieczeństwa i - jak sądzę - seria CE4 w latach 70. i na początkach lat 80. 
miała na celu zbadanie odporności ludzi na działanie promieniowań α, β i γ - a szczególnie tych 
dwóch   ostatnich   -   które   wydzielają   radionuklidy  

131

I,  

136

Cs   i  

137

Cs,   spadające   fall-out’em   po 

wybuchu na nasz kraj. Można zatem przyjąć, że CE4 w Golinie i Emilcinie były elementami tej 
akcji, tego programu badawczego.
Nawiasem mówiąc, to wydaje mi się, że katastrofa w CzEJ została spowodowana przez trzęsienie 
ziemi,   które   wywołane   zostało   podziemnym   testem   jądrowym   przeprowadzonym   przez  Armię 
radziecką gdzieś na stepach Ukrainy - lub co jest bardziej prawdopodobne - na stepach pomiędzy 
Orenburgiem a Orskiem, gdzie znajdował się radziecki poligon atomowy. Zamieszkali w Orenburgu 
Rosjanie i Polacy niejednokrotnie opowiadali mi, jak w stepie widziano potężne błyski, potem czuli 
drgania ziemi, huk eksplozji i na horyzoncie wyrastała ogromna chmura w kształcie grzyba czy 
kalafiora... A potem ludzie zaczynali chorować na dziwne choroby i niektórzy już nie wracali do 
zdrowia.
Eksplozja jądrowa spowodowała uaktywnienie się uskoków - a w okolicach CzEJ zbiegają się ich 
aż trzy! - i w rezultacie trzęsienie ziemi o sile 7-8

o

MSK w epicentrum i 2-3

o

MSK na obrzeżach - co 

odczuli mieszkańcy Czarnobyla. Hipoteza ta wyjaśnia, dlaczego KGB „wyciszyło” (mimo trwającej 
„pierestrojki”!   -   sic!)   wszystkich   fizyków,   którzy  mówili   o   trzęsieniu   ziemi   w   obawie,   by  nie 
wyszedł   na   jaw   test   jądrowy   przeprowadzany   w   Europie   i   obecność   w   rejonie   CzEJ   trzech 
supertajnych stacji sejsmicznych, których zadaniem było podsłuchiwanie geofonami krajów NATO 
i USA - a dokładnie prób jądrowych i testów ciężkich rakiet wielogłowicowych MIRV. Podobnie 
rzecz może się mieć w przypadku Ignalina EJ na Litwie, która jest równie głupio i niebezpiecznie 
usytuowana na zbiegu dwóch uskoków tektonicznych...
Taką aktywność NOL-i zaobserwowali nasi koledzy ze Słowacji, gdzie w okolicach Bohunickiej EJ 
w Bohunicach także obserwowano częste przeloty NOL-i.

[17]

Nieco   inaczej   było   w   ówczesnej   Niemieckiej   Republice   Demokratycznej

[18]

  gdzie   na   jej 

bałtyckim wybrzeżu znajdowała się elektrownia jądrowa „Nord IV” w Lubminie k./Greifswaldu. 
Elektrownia ta miała reaktory typu RBMK-1000 - takie same, jak w CzEJ - zaś jej awaryjność - 
wedle osób, które w niej pracowały - była niesamowita - 1191 awarii w czasie zaledwie 2 lat, z 
czego 7 było BARDZO POWAŻNYCH, co oznacza, że o stopień wyżej było to, co w CzEJ...
„Nord IV”  EJ  była  pilnowaną  przez  poza  tajnymi   służbami   enerdowskimi  STASI, także  przez 
radziecką KGB. No i - jak się okazuje - także przez Obcych. Służąc w GPK Świnoujście słyszałem 
niejednokrotnie   od   ludzi   morza   historie   o   obserwacjach   dziwnych   obiektów   latających   i 
pływających   nad   i   na   oraz   w   wodach   Zatoki   Gdańskiej,   Pomorskiej   i   Greifswalder   Bodden. 
Szczytem wszystkiego było rzekome ostrzelanie polskiego promu pasażersko-samochodowego m/f 
Wawel  w dniu 19 marca 1986 roku. Tak naprawdę, to chodziło tam być może o zrzut aparatury 
kontrolno pomiarowej w wody Zatoki Pomorskiej przez Ufitów na 40 dni przed eksplozją w CzEJ i 
w warunkach ciągłego zagrożenia identyczną katastrofą ze strony „Nord IV” EJ. W latach 1992-94 
„Nord   IV”   EJ   została   rozebrana   i   właśnie   w   tym   czasie   nad   Greifswalder   Bodden   i   Zatoką 
Pomorską pojawiły się czarne latające trójkąty z białymi i czerwonymi światełkami konturowymi - 
co   filmowali   Polacy,   Rosjanie,   Japończycy   i   Niemcy...   Wyglądało   na   to,   że   Obcy   chcieli   się 
upewnić, czy rzeczywiście Niemcy i Rosjanie rozbrajają tą bombę ekologiczną!
Czarne trójkąty pojawiły się także w latach 90. właśnie nad krajami, które znacznie rozwinęły 
swoją energetykę jądrową: kraje UE i NAFTA. Wydaje się, że Ich monitoring naszego przemysłu 
jądrowego  wszedł  w  nową  fazę   i  zamiast   dyskoidalnych  NOL-i  pojawiły się   na  niebie   czarne 
latające trójkąty ze światełkami. Najczęściej widywano je właśnie w pobliżu instalacji jądrowych - 

background image

tutaj znamienne są dwa przykłady: francuskiej Le Hauge EJ nad Kanałem La Manche i Irvine EJ 
nad Morzem Irlandzkim. 
W przypadku Le Hauge EJ chodzi o skażenie wód Kanału radioizotopem superciężkiego wodoru 

3

H albo T (od słowa Tryt) w ilości 155 MBq/l wody morskiej! Tło radioaktywne morza wynosi 10-

20 Bq/l, zaś norma WHO przewiduje maksymalne skażenie w wysokości 7 kBg/l. W opisywanym 
przypadku doszło zatem do skażenia przekraczającego normę o 22.143 razy! Nie dziwota więc, że 
co trzecie dziecko nad francuskimi brzegami Kanału ma białaczkę radiogenną, a nad Francją i 
Belgią przelatują stada czarnych trójkątnych UFO...
Wyjątkowo   „gorące”   „popioły”   pozostałe   po   paliwie   jądrowym   z   Irvine   EJ   zatopiono   wraz   z 
kilkoma tonami bojowych środków trujących i zapalających w okolicach Mull of Kintyre - onegdaj 
opiewanego przez Beatlesów - a dziś czekającego na to, by Pandora uwolniła się ze swej puszki na 
dnie Morza Irlandzkiego. Uroczy prezencik dla potomnych!... Od tego czasu nad Szkocją i Irlandią 
widuje się czarne trójkąty, a ufolodzy brytyjscy zachodzą w głowy, co je tam ściąga? Już wiadomo - 
efekty głupoty i bezmyślności brytyjskich atomistów i wojskowych... 
I jeszcze jeden przykład z Europy. Sama tylko awaria elektrofiltrów kominowych huty żelaza w 
Algeciras  w Hiszpanii spowodowała skok promieniowania, które wykryto najpierw we Francji, 
gdzie   promieniowanie   tła   podskoczyło   o   17   μBq/m

3

  powietrza   radionuklidu  

137

Cs,   zaś   w 

południowych kantonach Szwajcarii skażenie to wynosiło już 150 μBq/m

3

. Włochom też dostało 

się za  swoje - było  tam 20 μBq/m

3

  powietrza.  I co najciekawsze  - nad skażonymi  miejscami 

pojawiły   się   czarne   trójkąty!   A   przecież   nie   była   to   awaria   reaktora   atomowego,   a   jedynie 
konwencjonalnego zakładu przemysłowego! I znów muszę powtórzyć, że Oni pilnują nas jak oka w 
głowie - a szczególnie naszej techniki jądrowej. Zbierając materiały do tego rozdziału przestałem 
się Im dziwić i Ich poczynaniom, choć z drugiej strony czyż szaleńca nie ratuje się wbrew jego 
woli???...  
Sprawa piktogramów zbożowych i ich związku z ciałami astralnymi zmarłych ludzi.
Nie tak dawno na łamach Nieznanego Świata przeczytałem niesamowitą relację pewnej pani, która 
na własne oczy zobaczyła proces tworzenia się kręgu zbożowego. Wyglądało to następująco:
Niedaleko   wioski,   gdzie   mieszkała  pani   M.   T.  znajdowała   się   mogiła   radzieckiego   żołnierza. 
Pewnego dnia pani T. wraz z koleżankami wracała z potańcówki czy majowej zabawy i przechodziły 
nieopodal mogiły, kiedy ujrzały przed sobą młodego mężczyznę w rosyjskim mundurze, który zbliżał  
się do nich. I naraz:
>>Nieoczekiwanie jednak uwagę dziewcząt przykuło niezwykłe zjawisko. Oto bowiem w rosnący 
tuż przy drodze zagon zboża uderzył - dosłownie znikąd! - gwałtowny podmuch wiatru. Podmuch, to  
dosłownie mało powiedziane - przypominało to minitrąbę powietrzną, ograniczoną tylko do tego  
jednego   pola,   a   wokół   było   nadal   cicho   i   pogodnie.   Tymczasem   tuż   przy   nich   zboże   zostało  
dosłownie   w g n i e c i o n e   p a s a m i   w   z i e m i ę  - po czym nagle wszystko ucichło.<<
Dziewczęta zdezorientowane rozglądały się i stwierdziły, że nieznajomy literalnie rozpłynął się w  
powietrzu...
A skąd my to znamy? Przecież to proces powstawania piktogramów! Ta trąba powietrzna nie wzięła 
się znikąd, a powstała pod wpływem działania silników czy też jak woli prof. Jan Pająk - pędników 
NNOL-a, który zawisł nad polem i nie dość, że na chwilę pokazał ciało astralne radzieckiego 
żołnierza, to zamanifestował się piktogramem, którego sensu młodziutkie dziewczyny nie były w 
stanie umysłem ogarnąć... Osobiście sądzę, że w okolicy każdego cmentarzyska czy pobojowiska 
tworzyły się piktogramy, a my nie potrafiliśmy ich zinterpretować. Niedawno dowiedziałem się, że 
w Jordanowie powstały kręgi trawiaste w okolicach Hyćkowej góry w lecie 1992 roku i w lipcu 
2000 roku na stokach Hajdówki - a przecież tam właśnie znajduje się zapomniany cmentarz ofiar 
„hiszpanki”  z  1919/20   roku.  Jakże  elegancko  wpisuje  się  to  w   teorię   o  kontaktach  Obcych  z 
naszymi Drogimi Nieobecnymi...

background image

Od pewnego czasu koresponduję z najbardziej znanym polskim ufologiem Krzysztofem Piechotą 
na temat „tajne stowarzyszenia, a sprawa UFO”. nie wdając się w szczegóły naszej dyskusji mogę 
powiedzieć   tylko   w   największym   skrócie,   że   wszystkie   tajne   ruchy   opierały   swe   działania   o 
alchemię. Stowarzyszenia te miały na celu stworzenie idealnego państwa wolności, równości i 
braterstwa - coś, co przyświecało rewolucji francuskiej w 1789 roku i rewolucji październikowej w 
Rosji w 1917 roku, a stało się jedynie straszliwym memento dla pokoleń ludzi i przestrogą, że 
każda próba stworzenia raju na Ziemi nieuchronnie kończy się piekłem... - i ponadto:
v      Uzyskanie kamienia filozoficznego, opanowanie sztuki transmutacji pierwiastków jednych w 
drugie - ze szczególnym uwzględnieniem robienia złota i srebra;
v     Uzyskanie wszechstronnego uniwersalnego rozpuszczalnika - alkathestu;
v      Uzyskanie   eliksiru   nieśmiertelności,   które   umożliwiłoby   życie   nieograniczone   niczym,   a 
przynajmniej długowieczność liczoną w tysiącach lat;
v     Wyprodukowanie sztucznego człowieka - homunkulusa.
Wszystkie te cztery cele miały służyć zbudowaniu pastwa idealnego i powszechnej szczęśliwości. 
Marzenie tak stare, jak sama Ludzkość i nieziszczalne, jak kwadratura koła.
Naprawdę może chodzić tutaj o przywrócenie stanu sprzed Wielkiego Konfliktu Bogów sprzed 
12.000 lat, kiedy to przy pomocy atomowych syntetyzatorów można było produkować dowolne 
ilości   dowolnych   pierwiastków   chemicznych   z   dowolnej   materii   czy   energii   w   oparciu   o 
odwrotność  einsteinowskiego  wzoru na  równoważność  energii  i  materii. To stąd  to  uporczywe 
poszukiwania  archeusza,   kamienia   filozoficznego   czy   piątego   żywiołu   -  quinta   essentia  - 
realizowane przy pomocy ognia. Tyle, że był to ogień nie zwykły, ale termojądrowych przemian 
które zachodzą wewnątrz jąder gwiazd i których efekty rozlatują się potem w chwili eksplozji 
gwiazdy Supernovej. 
Wynalezienie  alkathestu  miało   zapewnić   otrzymanie   kamienia   filozoficznego   na   drodze 
rozpuszczania   i   sublimowania   materii   aż   do   uzyskania   jej   najczystszej   postaci   -  lapis 
philosophorum
.
Eliksir długowieczności miał zapewnić wybranym długowieczność - tak, jak biblijnym patriarchom, 
których długość życia wahała się pomiędzy 700 a 1.000 lat. Współcześnie takim   patriarchą był 
ponoć hrabia  de Saint Germain...
No i sprawa homunculusa.  Wyprodukowanie sztucznego człowieka przypomina mi dość dokładnie 
klonowanie istot żywych. 
Czy to nam coś przypomina? A jużci! - przecież o tym wszystkim opowiadają ofiary Bliskich 
Spotkań Trzeciego, Czwartego i Piątego Rodzaju. To wszystko o czym tutaj piszę, Obcy opanowali 
do perfekcji, tyle że nie są to żadne istoty, ale biocybernetyczne maszyny pozostałe po Wielkim 
Konflikcie,   a   które   -   zbiologizowane   -   potrzebowały  wszystkich   tutaj   wyżej   wypunktowanych 
umiejętności do przetrwania. To właśnie dlatego Oni tak interesują się naszą genetyką i potrzebne 
Im  są  nasze  gamety.  To  właśnie  dlatego  potrzebują   niektórych   narządów  i   tkanek  człowieka   i 
zwierząt - to jest materiał podkładowy do organów modyfikowanych do potrzeb Obcych.  Maszyn 
biologicznych. Neuromatów. 
Istnieje jeszcze pewna furtka. Załóżmy, że Obcy - tj. autentyczni Kosmici, przedstawiciele CNT czy 
SCNT rzeczywiście istnieją, ale z tylko Im znanych powodów nie mogą czy nie chcą się z nami 
skontaktować   osobiście,   więc   czynią   to   za   pomocą   neuromatów   wysłanych   do   nas   z   jakiejś 
bracewellowskiej   sondy  skierowanej   do   nas   kilka   tysięcy  lat   temu.   I   to   właśnie   te   neuromaty 
prowadzą tą działalność, którą my nazywamy aktywnością UFO. 
Reasumując   -   można   powiedzieć,   że   Masoneria   i   Różokrzyżowcy   mogą   być   jedynie 
kontynuatorami   organizacji,   które   działając   tajnie   przekazywały   z   pokolenia   na   pokolenie 
starożytna wiedzę Atlantów, stanowiąc coś w rodzaju zakonu św. Leibovitza z powieści Waltera M. 

background image

Millera Jn. Są na to dowody. Wiedza ta ma nas doprowadzić z powrotem do Złotego Wieku sprzed 
Wielkiego Konfliktu. I o to w tym wszystkim chodzi.
Koniec remanentów. Czytelniku - wnioski wyciągnij sobie sam. Kiedy dobrze się rozejrzysz wokół 
siebie, to zobaczysz, że ten znany Ci i jak Ci się wydaje - ostatecznie poukładany świat ma swe 
drugie dno. I trzecie. I nawet czwarte... I znacznie różni się od tego, czego uczy się w szkołach, 
słucha się w kościele czy zna z własnego doświadczenia. Największe bowiem zagadki i tajemnice 
zawsze znajdują się najbliżej nas, tylko że my nie zawsze chcemy je dojrzeć...
Dziękuję   za   odwagę   wszystkim   ufologom,   mistykom   i   psychotronikom   oraz   innym   badaczom 
Nieznanego. Dziękuję wszystkim pisarzom fantastyki naukowej. Bez Was ten świat byłby o całe 
piekło nudniejszy i nie do zniesienia. Dziękuję Wam wszystkim...
KONIEC
Jordanów, 6 listopada 2001 roku, godzina 08:43.
 
21. LITERATURA
 
1. K. Aschenbrenner - Antylida, Gdynia 1998
2. - Astronomia popularna, Warszawa 1973
3. H. Bellamy - Kiedy na niebie nie było Księżyca, Łódź 1996
4. K. Boruń i A. Trepka - Zagubiona przyszłość, Proxima, Kosmiczni bracia, Warszawa 1956, 1987
5. P. Delgado, C. Andrews - L’Enigma delle trace circolari, Mediolan 1990
6. F. Drake i D. Sobel - Czy jest tam kto?, Warszawa 1995
7. Eleonora - Z pamiętnika jasnowidzącej, Katowice 1998
8. - Encyklopedia astronómie, Bratysława 1987
9. - Encyklopedia Zeme, Bratysława 1983
10. St. Figiel i J. Swajdo - Beskidy 3, Bielsko-Biała 1998
11. J. Gadomski - Łuna, Księżyc, Moon, warszawa 1969
12. J. Grzywok (Ruch Zwolenników Istnienia Obcych) -  korespondencja prywatna autora z lat 
1998-2001
13. M. Hope - Atlantyda - mit czy rzeczywistość, Warszawa 1994
14. J. Allen Hynek - The UFO Experience: A Scientific Inquiry, Chicago 1982
15. M. Jesenský - Korespondencja prywatna autora z lat 1993-2001
16. M. Jesenský - Bohové atomových válek, Ústi nad Labem 1998
17. M. Jesenský i R. K. Leśniakiewicz -  WUNDERLAND: Pozaziemskie technologie w Trzeciej 
Rzeszy
, Ústi nad Labem 1998, Warszawa 2001
18. J. Krzysiak - Däniken, Kosmici i Atlantydzi, Katowice 1997
19. J. Krzyżanowski (Legnicki Klub Badań i Popularyzacji UFO „Kontakt”) -  Korespondencja 
prywatna autora z lat 1996-2000
20. St. Lem - Obłok Magellana, Warszawa 1953
21. St. Lem - Niezwyciężony, Kraków 1967
22. St. Lem - Cyberiada, Kraków 1972

background image

23. R. K. Leśniakiewicz - UFO nad granicą, Kraków 2000
24. J. Łatak (Zakopiańskie Towarzystwo Psychotroniczne) - List do autora z dn. 5 maja 1999 roku
25. - Materiały robocze i archiwalne Małopolskiego centrum Badań UFO i Zjawisk Anomalnych z  
lat 1998-2001.
26. A. MacCellan - Zaginiony świat Agarti, Warszawa 1997
27. J. D. MacDougall - Krótka historia Ziemi, Warszawa 1998
28. - Nieznany Świat, nr 5-12,1998 i 1-5,1999
29. P. Novák -Vskazy odnikud, Pilzno 1997
30. J. Nyka - Beskidy, t. 2, Warszawa 1974
31. F. A. Ossendowski - Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów, Warszawa 1923
32. J. Pająk i K. Pańszczyk - Tunele NOL spod Babiej Góry, Dunedin 1998 (skrypt)
33. K. Piechota (Czas UFO) - Korespondencja prywatna autora z lat 1988-2001 
34. P. P. Read - Czarnobyl - zapis faktów, Warszawa 1997
35. B. Rzepecki (GB NOL Kraków,  Czas UFO, UFO) -  Korespondencja prywatna autora z lat  
1988-2001 
36. B. Soczówka (Małopolskie Centrum Badań UFO i Zjawisk Anomalnych) - Przegląd obserwacji 
NOO
, Miechów 1999 (skrypt)
37. C. Svahn - UFO-mysteriet: från flygande tefat till cirklar i sädesfällen, Nyköping 1998
38. T. Ściężor i J. Płeszka - Zdarzenie w Jerzmanowicach, Kraków 1993 (skrypt)
39. A. Tollmann i E. Tollmann - A jednak był Potop, Warszawa 1998
40. P. Ward - Kres ewolucji, Warszawa 1995
41. L. Zajdler - Atlantyda, Warszawa 1980
42. - Ziemia, Warszawa 1975
43. L. Znicz-Sawicki - Goście z Kosmosu - NOL, t. 3, Gdańsk 1986
44. L. Znicz-Sawicki - Podbój globu ziemskiego, t. 1-2, Kraków 1997
45. - Z powrotem na Ziemię, Warszawa 1980
46. J. Żuławski - Na Srebrnym Globie, Zwycięzca, Stara Ziemie, Kraków 1979
MATERIAŁY PRASOWE:
1. Gazeta Krakowska lata 1996-1999
2. Nasze Strony lata 1996-1997
3. Tygodnik Podhalański lata 1996-1999
4. Wizje Peryferyjne lata 1996-1997
5. Czas UFO lata 1997-2001 
PROGRAMY RADIOWE I TV:
1. Nie do wiary, TVN w latach 1998-1999
2. Nautilius Radia Zet, w latach 1997-2000 
 

background image

Przypisy

[1]

 Szerzej na ten temat napisałem w opracowaniu „Ufologia a polityka”.

[2]

  Negatywne nastawienie Rosji co do sprawy rozszerzenia UE i NATO zmieniło się nieco na 

mniej sztywne po wydarzeniach 11 września 2001 roku, kiedy to Rosja przystąpiła do koalicji 
antyterorystycznej.

[3]

 W oryginale Jarosław Krzyżanowski używa pojęcia „warstwa tarciowa”.

[4]

 Aluzja to amerykańskich eksperymentów z systemem HAARP i radzieckim/rosyjskim 

ELIPTON-em.

[5]

 Autor, podobnie jak J. Krzyżanowski domniemywa, że w lipcu 1997 i lipcu 2001 roku przeciwko 

Polsce użyto broni meteorologicznej, co spowodowało gigantyczne powodzie.

[6]

  W dalszych partiach tekstu opracowania używam następujących skrótów: AZ = azymut, H = 

elewacja, RA = rektascensja i DEC = deklinacja.

[7]

 Zainteresowanych Czytelników odsyłam do antologii pt. Bolid Syberyjski pod moją redakcją, 

zamieszczoną w Internecie na stronie 

www.ufo-centrum.prv.pl

[8]

 National Space Development Agency - Japońska Narodowa Agencja Kosmiczna.

[9]

  Zainteresowanych odsyłam do „Nieznanego Świata” nr 8,2000 i stronę internetową  

www.ufo-

centrum.prv.pl

  -   gdzie   w   artykule   pt.   „Kometa   Milenijna   i   lodowe   kule”   podałem   listę   tych 

obserwacji bez Meteorytu Beskidy z 6 maja 2000 r. i Meteorytu Skomielna Biała.  

[10]

 Analiza wykonana przez Laboratorium Instytutu Geologii Uniwersytetu Wrocławskiego w 

sierpniu 2001 roku wykazała, że niestety mamy do czynienia tylko z kawałem soli kłodawskiej...

[11]

 Wydarzenie to zostało opisane i zanalizowane przeze mnie w opracowaniu UFO nad granicą 

(Kraków 2000).

[12]

  Eksperyment   „Piatno   2½”   polegał   na   rozwinięciu   dużego   na   25   m   średnicy  zwierciadła   i 

oświetlenie odbitym  odeń „zajączkiem” świetlnym Ziemi na obszarze około 10 km

2

. Pierwszy 

eksperyment się nie powiódł dlatego, że zwierciadło nie rozłożyło się do przewidzianej średnicy. 

[13]

 Memorandum to jest dostępne w Internecie na stronie MCBUFOiZA.

[14]

 Tzw. „zegar węglowy”.

[15]

 Tzw. „zegar uranowy”.

[16]

 Masa Ziemi wynosi ok. 5,97 x 10

21

 ton.

[17]

  Inż. Miroslav Karlik  -  UFO nad elektrownią jądrową  - referat na IV Środkowo-Europejski 

Kongres Ufologiczny, Košice 1995. 

[18]

 Dzisiaj są to trzy landy wschodnie Niemiec oraz miasto Berlin.

______________________________________________
Słowniczek terminów ufologicznych i astronomicznych

Obserwacje Dalekie:

DD - (Daylight Disc) - Dzienny Dysk/Obiekt - Nieznany Obiekt Latający w kształcie dysku lub 
inny obiekt zaobserwowany w świetle dziennym.
RV - (Radar-Visual) - Obiekt Radarowo-Wizualny - Nieznany Obiekt Latający zaobserwowany 
przy pomocy urządzeń technicznych: radiolokacji, kamer fotograficznych, filmowych, wideo, 
lornetek, teleskopów, itd.

background image

NL - (Nocturnal Lights) - Nocne Światła - wszelkiego rodzaju Nieznane Obiekty Latające w nocy, 
demonstrujące swą obecność przy pomocy efektów świetlnych.
BOL - (Ball of Light) - Kule Świetlne - rodzaj Nocnych Świateł w kształcie kul.


Document Outline