background image

 

DLACZEGO 

WIERZĘ 

 

Św. Maksymilian Maria Kolbe i bracia 

 

 

 

 

Dlaczego  wierzę.  Nowe  wydanie  ku  światłu,  Niepokalanów  1937.  Nakład  Centrali  Milicji 
Niepokalanej.  (Za  pozwoleniem  Władzy  Duchownej),  str.  176.  (Pisownię  i  słownictwo 
nieznacznie uwspółcześniono).  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

1)  Od wydawcy…………………………………………………………………………………3  

2)  Jedna prawda………………………………………………………………………….…….3  

3)  Czy Bóg istnieje?.........................................................................................................5  

4)  Kim jest Bóg?...............................................................................................................6  

5)  Co mówi poganin o Bogu?...........................................................................................8  

6)  Czy Pan Bóg wie o wszystkim?...................................................................................8 

7)  Wiedza, która prowadzi do Boga………………………………………………………...10 

8)  Po 40-tu latach badań religijnych………………………………………………………...11 

9)  Nie wierzę..................................................................................................................13  

10) Cierpienie a sprawiedliwość Boża……………………………………………………….14 

11) Dlaczego dobrzy cierpią?..........................................................................................16  

12) Czy potrzeba religii?..................................................................................................17  

13) Czy wystarczy religia oparta na wewnętrznym uczuciu?...........................................19  

14) Dlaczego niektórzy ludzie nie wierzą?.......................................................................21  

15) Czy każda religia jest dobra?.....................................................................................21  

16) Czy cuda są możliwe?...............................................................................................24  

17) Cuda…………………………………………………………………………………...……26  

18) Jeszcze jeden kłopot dla tych, co nie wierzą……………………………………………27 

19) Czy Chrystus Pan prawdziwie zmartwychwstał?.......................................................28  

20) Która religia jest Chrystusowa?..................................................................................31  

21) Opoka Kościoła Chrystusowego………………………………………………………….31  

22) Nieomylność papieża……………………………………………………………………...33  

23) Między kolegami……………………………………………………………………………34 

24) A to się złapał……………………………………………………………………………….35  

25) Czy Bóg traci na sile?.................................................................................................35  

26) Kościół a państwo………………………….……………………………………………….36  

27) Czy źle zrobił?.............................................................................................................38  

28) Oburzyła się…………………….……………………………………………………………39  

29) Ciekawa odpowiedź………………………………………………...………………………40  

30) Roztropni wieśniacy………………………………………………………………………...40  

31) Panowie spod okna…………………………………………………………………………41 

32) Z karnawału…………………………………………….……………………………………42  

33) Jak umierał wielki muzyk Szopen…………………………………………………………42  

34) Niebo…………………………………………………………………………………………45  

35) Piekło…………………………………………………………………………………………46  

36) Coś niecoś o poście…………………………………………………….…………………..47  

37) Czy jest szczęście na świecie?...................................................................................49  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

38) Niewola zakonnych ślubów………………………………………………………………...50  

39) Wykolejony?................................................................................................................51  

40) Jak Indianin bronił czci Najświętszej Panny………………………………….…………..52  

41) Wśród pauzy…………………………………………………………………………………52  

42) Zamilkł………………………………………………………………………………………..54  

43) Teolog………………………………………………………………………………………..54 

44) Postęp………………………………………………………………………………………..55  

45) Skutki szkoły bezwyznaniowej…………………………………………………………….56  

46) Ciekawa rozmowa z kapłanem buddyjskim………………………………………………58 

47) Wyznanie nawróconego pisarza……………………………………………..……………59  

48) Wiara uczonych……………………………………………………………………………..60  

 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

OD WYDAWCY 

 

Prawda jest  słońcem. Ale chmury  niewiedzy, nieuctwa,  ignorancji często zasłaniają  ludziom 
to  słońce.  Do  walki  z  nią  występuje  także  przewrotność  i  zła  wola.  Stąd  nie  masz  żadnej 
prawdy,  której  by  ktoś  nie  zaprzeczał.  I  dlatego  Prawda  musi  walczyć,  aby  wśród  mroków 
różnych  przesądów,  uprzedzeń  i  pychy  wyrąbać  sobie  uznanie  –  niby  drogę,  którą  wśród 
gęstwin przeciwności przedzierają się jej promienie.  
 
Tak się ma rzecz z prawdami naukowymi. Zupełnie podobnie i z prawdami Wiary, z tą może 
różnicą,  iż podczas,  gdy  z pewnikami naukowymi walczą przeważnie  ludzie, znający się na 
tym,  to  do  walki  z  prawdami  Wiary  czuje  się  powołany  i  uprawniony  prawie  każdy,  a 
zwłaszcza ci, którzy się w nich najmniej orientują. Dlatego prawda religijna musi też walczyć, 
odparowywać  zarzuty i rozświetlać  swoje wnętrze, aby je  uprzystępnić niespecjalistom, dać 
się poznać każdemu, kto ma trochę dobrej woli.  
 
Ponieważ zaś namnożyło się bezliku różnych niedowiarków, nastawionych względem Wiary 
katolickiej  nieprzychylnie,  przeważnie  dlatego,  że  jej  nie  znają,  albo  mają  o  niej  fałszywe 
pojęcie,  trzeba  jąć  się  pracy  oświatowej,  która  by  uświadamiała  ludzi  o  najważniejszych 
rzeczach,  zwłaszcza,  że  pośród  błądzących  jest  wielu,  którzy  pragną  poznać  Prawdę.  Dla 
nich  to  w  pierwszym  rzędzie  i  dla  tych,  którzy  pragną  pogłębić  nieco  swoje  wiadomości 
religijne  i  uzbroić  się  w  tarczę  wiedzy  przeciw  rozmaitym  zarzutom,  postanowiliśmy  wydać 
niniejszą książkę. Uczyć ludzi i do Boga zbliżać oddalonych od Niego – oto jej cel. Nie są to 
rzeczy  nowe,  ale  zbiór  pogadanek,  które  były  drukowane  w  różnych  rocznikach  "Rycerza 
Niepokalanej". Pisali je różni autorzy, stąd dość różny ich poziom i styl.  
 
W  Twoje  najświętsze  ręce,  o  Niepokalana  Dziewico,  oddajemy  ten  zbiór  pogadanek, 
błagając,  byś  wyprosiła  tym  wszystkim,  co  go  czytać  będą,  łaskę  Ducha  Świętego  do 
poznania Prawdy i skłoniła wolę do jej przyjęcia.  
 
 

JEDNA PRAWDA 

 

Było to w nocy z trzynastego na czternastego kwietnia 1926 roku. Pociąg mknął z Warszawy 
w  kierunku  Torunia.  Naprzeciw  mnie  młody  człowiek  zawzięcie  rozprawiał  o  zyskach  i 
majątkach z dwoma innymi. Pomyślałem: Poznaniacy chyba, bo mimo słowiańskich rysów, o 
przemyśle, handlu, no i o zyskach prawią. Pomyliłem się jednak trochę, bo jeden z nich i to 
właśnie ten, który decydującą odgrywał rolę, był żydem.  

 

– Pan się zapewne niedługo ochrzci? – zagadnąłem.  

– Nie – odrzekł, – w jakiej religii człowiek się urodził, w tej umrzeć powinien.  

– A gdyby ta religia nie była prawdziwą?  

– Dla każdego jego religia jest dobrą, chociaż przyznam, że ja nie należę do gorliwych.  

–  To  niedobrze! Jakżeż  jednak  mogą być  różne religie  prawdziwemi?  Przecież  prawda jest 
tylko  jedna.  "Tak"  i  "nie"  w  tej  samej  sprawie  i  pod  tym  samym  względem  prawdą  być  nie 
może.  A  przecież  tym  właśnie  różnią  się  różne  religie,  że  w  niektórych  rzeczach  co  jedna 
twierdzi, to druga przeczy.  

– Prawda zależy też od tego, jak się kto na jakąś rzecz zapatruje.  

Zauważyłem, że łamiący polszczyznę panowie z drugiego przedziału powstali i śledzą naszą 
rozmowę.  

– Panie, – rzekłem – że my tu siedzimy i rozmawiamy, jest to prawdą, czy nie?  

– To zależy. Ktoś, kto nie rozumie po polsku, powie, że my nie rozmawiamy, ale tylko jakiś 
dźwięk wydajemy.  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

– Czy jednak przestanie przez to być prawdą, że my rzeczywiście rozmawiamy?  

– No, nie...  

– A chociażby wszyscy ludzie twierdzili i przysięgali, że my tu nie siedzimy i nie rozmawiamy, 
czyby to zmieniło fakt? Wszyscy by nieprawdę powiedzieli, a prawda pozostałaby nietkniętą.  

– ... Tak ...  

–  Widzi  więc  pan,  że  prawda  zupełnie  nie  zależy  od  tego,  jak  kto  zechce  twierdzić  lub 
przeczyć; więc nie może być inną dla jednego a inną dla drugiego. Musimy jednak przy tym 
dobrze  rozróżnić  co  pewne,  co  prawdopodobne,  co  wątpliwe,  a  co  możliwe  tylko.  Fakt  na 
przykład przytoczony tj., że my tu siedzimy i rozmawiamy, należy do pewnych.  

– Ludzie mają różne cele i to, co dla jednego jest dobrem, to dla drugiego jest złem.  

–  Lecz  tu  nie  mamy  już  do  czynienia  z  twierdzeniem  i przeczeniem  o  tym  samym  pod  tym 
samym  względem,  bo  twierdzimy  o  jednym,  a  przeczymy  nie  o  tym  samym,  ale  o  drugim. 
Prawdą tu będzie, że jeżeli coś naprawdę jest dobre dla jednego, nie jest niedobre dla tegoż 
samego i pod tym samym względem.  

–  Ogólny  jednak  cel  mamy  wszyscy  ten  sam.  Każdy  z  nas,  gdy  pomyśli  nieco,  musi 
przyznać,  że  na  tym  świecie,  chociażby  kto  jak  najwięcej  miał  i  używał  zawsze  więcej 
jeszcze  wolałby  mieć  i  używać,  i  nie  spocznie,  aż  gdzieś  w  nieskończoności.  Naszym 
ogólnym celem jest więc coś nieskończonego i wiecznego.  

– Bóg.  

Od Niego wyszliśmy i naturalnym pędem do Niego dążymy. Jest to piękny przykład ogólnego 
prawa akcji i reakcji równej i przeciwnej.  

– Gdzie jest ten Pan Bóg? Jak to może być, by Pan Bóg był to człowiek z siwą długą brodą, 
jak na obrazach się maluje.  

–  I  któż  tak  twierdzi?  Pan  Bóg  jest  wszędzie.  Ale  powiedz  pan,  jak  my  ludzie,  którzy  nie 
możemy  urobić  sobie  pojęcia  bez  zmysłowego  przedstawienia  rzeczy,  mamy  sobie 
wyobrazić  P.  Boga,  najczystszego  ducha?  Przecież  mówiąc  punkt,  górę  kredy  zostawiamy 
na tablicy,  chociaż  nie  mamy  bynajmniej  zamiaru  twierdzić,  że  ten punkt  bez  wymiarów,  to 
właśnie ta kreda na tablicy. A jednak musimy to jakoś przedstawić. Podobnie ma się rzecz z 
obrazami przedstawiającymi Pana Boga.  

– Ja sobie wyobrażam, że Pan Bóg to jest natura.  

– A co to jest ta cała natura?  

– ...  

– Czy ta natura ma rozum?  

– ...  

–  Rozumnym,  nazywamy  działanie  dla  jakiegoś  celu.  Prawda?  Nierozumnym  nazywamy 
tego, który bezcelu działa, albo używa środków nieodpowiednich do celu. Czyż tak?  

– No dobrze.  

– Weź pan oko, albo ucho ludzkie. Ile tam części i to wszystko zbudowane i ułożone tak, by 
osiągnąć  cel  tj.  widzenie  albo  słyszenie.  Widać  więc  tu  działanie  dla  celu,  więc  rozumne. 
Czyj,  pytam  teraz,  rozum  to  obmyślił  i  ułożył?  Czy  nasz,  czy  naszych  rodziców,  czy 
przodków? Toż jeszcze nauka nawet nie zdołała zbadać tajników organizmu już istniejących, 
gotowych.  A  jednak aż  bije  w oczy  celowość  w budowie  choćby  takiego  oka,  czy ucha,  by 
służyły  do  widzenia  czy  słyszenia.  Chociażby  nawet  zabawili  się  w  ewolucjonistów  i  kazali 
rozwijać  się temu wszystkiemu  z jakiejś materii prymitywnej, to zawsze pozostanie  to  samo 
pytanie nietknięte: a kto tej materii dał byt, a kto tak mądrze nadał jej ruchy, by po tylu, tylu 
latach  różnych  ruchów  wykonała  zamierzony  cel?  Ten  więc  rozum,  Tego  co  tym  rozumem 
się kieruje, my nazywamy Panem Bogiem.  

Pociąg zwalnia. Łowicz. Ruch. Wysiadanie. Ująłem paciorki różańca.  

 

M. K.  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

CZY BÓG ISTNIEJE?  

 

Minęliśmy Przemyśl, a pociąg mknął szybko, unosząc nas w stronę Krakowa. Przy oknie po 
obu stronach siedzieli młodzi ludzie. Jeden z nich artysta-malarz portrecista i, jak się okazało 
z rozmowy, izraelita. Rozmawialiśmy o celu człowieka i doszliśmy do twierdzenia, że 
upodobnienie się do Boga, czyli chwała Boża zewnętrzna jest właśnie tym celem i stanowi 
jedynie całkowite szczęście stworzenia. Na jednej ze stacyj wszedł między innymi do 
naszego przedziału jakiś inteligentny mężczyzna i usiadł naprzeciwko mnie; zaraz też 
przyłączył się on do naszego kółka.  
– A czy my możemy wiedzieć, że Pan Bóg istnieje? – zagadnął.  
– I owszem.  
– W to chyba może ktoś wierzyć tylko; nikt bowiem nie potrafi udowodnić, że Pan Bóg 
istnieje.  
– Proszę pana, a ja panu to jasno udowodnię.  
– Mnie pod tym względem już nikt nie przekona.  
– Chyba, że Pan z góry odrzucił wszelkie rozumowanie.  
– Wcale nie.  
– Chciałabym i ja usłyszeć jasny na to dowód – wtrąciła siedząca obok pani.  
– Przepraszam panów, rzekłem, zwracając się ku siedzącym przy oknie, że powrócę do 
zagadnienia, o którym już mówiliśmy, by uczynić zadość życzeniom tych, którzy później 
wsiedli.  
– Prosimy bardzo.  
– Najpierw jednak przepraszam, jakie pan posiada wykształcenie?  
– Uniwersyteckie, studiowałem prawo.  
– A filozofię może także?  
– Tego już nie; co zresztą ma filozofia do wiary?  
– Wiara musi być rozumną i tego właśnie dokonuje filozofia, zwłaszcza w zagadnieniu, czy 
Pan Bóg istnieje, – a teraz muszę wiedzieć w czym się wszyscy zgadzamy, bo od tego 
zacząć mi wypadnie, inaczej – budowalibyśmy na niepewnym fundamencie. Więc zacznijmy:  
– Czy pan istnieje?  
– Tak, ale ja jestem tylko częścią ziemi.  
– Proszę pana, później pomówimy o tym, czym my jesteśmy, a teraz tylko pytam, czy pan 
istnieje?  
– Tak jest.  
– A pani?  
– I ja to przyznaję.  
– A może kto z państwa sądzi inaczej?  
Wszyscy przytakują.  
– Więc nasze istnienie jest pewne.  
– Tego bym nie powiedział.  
– A dlaczego?  
– Bo my nic w ogóle na pewno wiedzieć nie możemy; co jedni twierdzą, to przeczą inni.  
– Więc pan nie jest pewny, czy pan istnieje?  
– Ja jestem tylko cząstką materii we wszechświecie.  
– Nie chodzi mi o to – powtarzam – czym pan jest, lecz czy pan w ogóle istnieje, tj. czy pan 
jest czymś, czy też niczym.  
– Oczywiście, niczym nie jestem.  
– Na pewno?  
– Na pewno!  
– A ma pan zegarek?  
– Mam – odpowiedział, sięgając do kieszeni.  
– Jest on pański?  
– Mój.  
– A na pewno?  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

– Bez wątpienia.  
– Przepraszam, ale gdyby pan o tym wątpił, poprosiłbym o niego i schował do kieszeni. 
(Obecni w śmiech). – Fałszywym więc jest pańskie założenie, że niczego z pewnością 
wiedzieć nie możemy, bo przecież pan uważa własne istnienie jako pewnik i bynajmniej nie 
ma ochoty wątpić, że ten zegarek należy do pana. – A ja, czy istnieję?  
– Tak.  
– A ta pani, tamten pan i w ogóle wszyscy tu obecni?  
– Także.  
– I na pewno?  
– Na pewno.  
– Dlaczego pan to twierdzi?  
– Bo... oczy moje jasno mi o tym mówią.  
– A te pola, łąki, przesuwające się przed oknami wagonu, świat cały i gwiazdy nad naszymi 
głowami – czy istnieją?  
– Także; w ogóle przyznaję już, że to, co widzimy, istnieć musi; ale przecież Pana Boga nie 
widzimy.  
– Proszę pana, czy parowóz idzie na przodzie?  
– Oczywiście.  
– Na pewno?  
– Na pewno.  
– A czy pan go widzi?  
– Nie, lecz gdyby było inaczej, nasz wagon nie posuwałby się naprzód.  
– A więc pan już przyznaje, że nie tylko możemy poznać jakąś rzecz przez bezpośrednie 
widzenie, ale także ze skutku rozumem przejść do poznania względnej przyczyny – prawda?  
– Tak jest.  
– Cóżby pan pomyślał o człowieku, któryby panu dowodził o swym zegarku: "Ten metal z 
okładki sam przypadkiem oderwał się z kopalni, sam dziwnym trafem przetopił się, 
przeczyścił i uformował wedle obecnego kształtu. Napis także przypadkiem na nim się wyrył. 
Szkiełko również przypadkiem się przetopiło i wyszlifowało. Także kółka same się zrobiły. I 
inne części składowe tego zegarka zupełnie przypadkiem się utworzyły; a następnie 
zespoliły się w obecnym porządku i tak bez myśli ludzkiej, ani też ręki, przypadkowo całkiem, 
wskazuje on godziny". Gdyby ten człowiek zupełnie na serio tak twierdził, co by pan o nim 
powiedział?  
– Że cierpi chyba na zboczenie umysłu.  
– Otóż w przyrodzie mamy organizmy bez porównania misterniej zbudowane. Zapewne 
podziwiał pan, studiując anatomię, budowę choćby takiego oka ludzkiego. Ile to różnych 
części, jak one delikatne i jak wspaniale służą do widzenia! Cała przyroda składa się z 
milionów i miliardów organizmów, które żyją, rozwijają się i rozmnażają. Czy więc można 
twierdzić, że te cuda przyrody to przypadek? Mógłby kto powiedzieć: "Nie dzieje się to bez 
przyczyny". – Prawda, ale te przyczyny mają jeszcze swoje przyczyny, a te także swoje 
przyczyny. Czy jednak w tej serii przyczyn, choćby nawet pchniętej w nieskończoność, 
musimy przyjąć pierwszą przyczynę? Przyczyny bowiem inne nie dają od siebie żadnych 
doskonałości, ale tylko podają to, co same otrzymały, a nam chodzi o twórcę doskonałości. – 
Musi być jakaś pierwsza przyczyna... i... t. j. – Bóg.  
– Oczywiście.  
Na twarzy owego pana odbijał się pewien rodzaj zdziwienia, że sam dotąd do takiego wyniku 
nie doszedł, być może, że nigdy przedtem nie rozmyślał nad tą sprawą.  

 

 

KIM JEST BÓG? 

 

Ciemności coraz bardziej rzedły, a światło coraz obficiej wlewało swe promienie przez szyby 
wagonu  na  linii  Grodno-Białystok-Warszawa.  Za  towarzyszów  podróży  miałem  tym  razem 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

trzech  żydów,  dość  inteligentnych.  Tylko  po  szwargotaniu  rozpoznać  ich  było  można. 
Wszczęła się rozmowa o religii i Bogu. Istnienie pierwszej przyczyny wszechrzeczy uznawali 
wszyscy.  

– Czym jednak jest Ten Pan Bóg, pierwsza przyczyna – spytałem.  

–  Moim  zdaniem  –  odparł  jeden  z  nich,  którego  policzki  i  odzienie  kazały  wnosić  o  wcale 
wygodnym stanie materialnym – Bóg to jest cała natura.  

– To być nie może.  

– A dlaczego?  

–  Z  tego  prostego  powodu,  że  przyczyna  istnieje  przed  skutkiem,  więc  skutek,  jako 
zaczynający swe istnienie później, nie może być tym samym co przyczyna, ale musi być od 
niej  realnie  różny;  otóż  natura,  przyroda  jest  skutkiem,  dlatego  też  nie  może  być  zarazem 
przyczyną.  

– Siły przyrody możemy przecież nazwać Bogiem.  

– I to nie, bo i te siły są skutkiem.  

– Po czym my możemy poznać, że siły są skutkiem, a nie pierwszą przyczyną.  

– Bo są skończone.  

– Więc pierwsza przyczyna musi być nieskończona?  

– Bez wątpienia.  

– Dlaczego?  

–  Cokolwiek  istnieje,  musi  mieć  jakąś  rację  bytu.  Tak  też  i  granice  w  istnieniu  muszą  mieć 
swoje  "dlaczego".  Otóż  w  istocie,  która  jest  pierwszą  przyczyną,  nie  może  być  racji 
"dlaczego" dla granic bo skądżeż by one mogły pochodzić?  

Albo z zewnątrz, albo też z wewnątrz tej pierwszej przyczyny.  

Nie  z  wewnątrz,  bo  przecież naprzód  trzeba  by  istnieć,  aby  coś  działać,  więc  i ograniczać. 
Kiedy  zaś  owa  pierwsza  przyczyna  istnieje,  już  jest  albo  ograniczona,  albo  nie.  Sama  nie 
może nakreślić granic swej istocie.  

Ani  też  z  zewnątrz  takie  ograniczenie  przyjść  nie  mogło,  bo  inaczej  już  ta  przyczyna  nie 
byłaby  pierwszą. Więc  ani  z  wewnątrz  ani  z  zewnątrz  nie  może  być  racyj  dla  granic,  więc 
tych granic być nie może: stąd ta pierwsza przyczyna musi być nieskończona. Wszystko, na 
czym  wyciśnięte  jest  piętno  granic,  nie  może  być  tą  pierwszą  przyczyną  wszechrzeczy,  a 
przecież i siły działają wedle praw, dających się ująć w ścisłe matematyczne formułki, poza 
które już ich siła nie sięga.  

– O Bogu zresztą niewiele możemy wiedzieć.  

–  Owszem,  nie  możemy  wprawdzie  zgłębić  Jego  istoty  i  Jego  doskonałości,  bo  Bóg  jest 
istotą  nieskończoną,  a  nasza  głowa  ma  granice  i  wchodzi  w  czapkę  albo  w  kapelusz,  ale 
wiele o Panu Bogu wiedzieć możemy.  

– Na przykład?  

–  Naprzód  widzimy  celową  budowę  członków  w  ciele  ludzkim  i  zwierzęcym,  części  w 
roślinach  i  w  ogóle  z  góry  obmyśloną  harmonię  we  wszechświecie.  Istota  więc,  która  to 
wszystko  powołała do  bytu,  musi mieć  rozum,  musi  być  osobą.  Następnie cokolwiek  jest  w 
skutku, musi w jakiś i to doskonalszy sposób być w przyczynie. Weźmy malarza. Nie daje on 
z siebie ni farby ni płótna; to wszystko bierze z zewnątrz. Co jednak daje tj. kształty, to musi 
mieć w sobie. Musiał on przede wszystkim wyobrazić sobie ten obraz, zanim wziął pędzel do 
ręki;  wedle  wzoru  też,  utworzonego  w  umyśle  i  w  fantazji,  maluje.  Lecz  Pan  Bóg  nie  brał 
niczego  z  zewnątrz;  On,  jako  pierwsza  przyczyna,  wywiódł  Swe  twory  z  nicości,  dał  im 
wszystko, wszystkie  więc doskonałości stworzeń i w Nim być  muszą tylko  w sposób,  jak  to 
przedtem zaznaczyłem, nieskończenie doskonały, bo w Nim granic być nie może.  

Słuchali z zajęciem, więc rozmowa toczyła się dalej o Mesjaszu, Odkupieniu i celu człowieka.  

M. K.  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

 

 

CO MÓWI POGANIN O BOGU? 

 

Wśród  sfer  półinteligentnych  jak  również  socjalistyczno-bolszewickich  panuje  fałszywe 
mniemanie, że człowiek oświecony, czy też uczony, nie może być wierzącym katolikiem i w 
ogóle religijnym. 

Tymczasem  historia  i  statystyka  wykazują,  że  najwięksi  geniusze  ludzkości  byli  właśnie 
ludźmi  wierzącymi,  co  zresztą  dawno  już  stwierdził  słynny  filozof  Bakon  Werulamski  w 
słynnym  swym  powiedzeniu:  "Wiele  nauki  prowadzi  zawsze  do  Boga,  tylko  półmędrkowie 
wolą błąkać się po manowcach, by się nie spotkać z Panem Bogiem
". 

Do licznej rzeszy ludzi sławnych, którzy się odznaczali głęboką religijnością, przybywa nowa 
postać – to słynny apostoł wyzwolenia Indii, Mahatma Gandhi. 

W roku 1931 zwróciło się do Gandhiego amerykańskie towarzystwo wytwórni gramofonów z 
propozycją, aby utrwalił na jednej z płyt gramofonowych swoje poglądy polityczne. Jednakże 
Gandhi  wolał  wybrać  temat  religijny  i  mówił  o  swej  wierze  w  Boga.  Dzisiaj  to  wyznanie 
Gandhiego rozbrzmiewa już po całym świecie. 

"Istnieje  –  powiada  Gandhi  –  we  wszechświecie  tajemnicza  i  nie  dająca  się  określić  siła, 
która  przenika  wszystko.  Czuję  tę  siłę,  chociaż  jej  nie  widzę.  Ta  siła  niewidzialna,  którą 
odczuwam wbrew wszelkim argumentom przeciwnym, różni się całkiem od tego wszystkiego, 
co  własnymi  zmysłami  spostrzegam.  Podobnie  w  życiu  codziennym  spotykamy  ludzi,  co 
wcale nie wiedzą, kto nimi rządzi, albo dlaczego i jak tym rządom podlegają, ale pomimo to 
są oni pewni, że istnieje jakaś władza, której ulegają
". 

A wyznanie to kończy słowami: "Nie ma na świecie żadnego ślepego (nieświadomego swych 
celów)  prawa,  gdyż  prawo  ślepe  nie  może  rządzić  istotami  żyjącymi.  A  tym  prawem,  co 
rządzi życiem, to jest Bóg. Prawo i Prawodawca są jedną i tą samą istotą. Jakkolwiek znam 
bardzo mało prawo i prawodawcę, to przecież nie mogę zaprzeczać istnienia i pierwszego i 
drugiego.  Podobnie,  jak  nic  mi  nie  pomoże,  gdy  będę  zaprzeczał  istnieniu  jakiejś  władzy 
ludzkiej,  tłumacząc  się, iż jej nie znam bliżej,  –  tak  też nie może  uwolnić spod  panowania i 
mocy  Bożej  moje  zaprzeczenie  istnienia  Boga  i  Jego  prawa.  Przeciwnie,  ciche  i  pokorne 
uznanie powagi Bożej uczyni życie nasze daleko lepszym, podobnie jak dobrowolne uznanie 
jakiejś władzy ludzkiej czyni łatwiejszym spełnienie nakazów tejże władzy
". 

Na  końcu  swych  wywodów  Gandhi  stawia  pytanie:  "Czy  ta  moc  Boża,  objawiająca  się  we 
wszechświecie, jest dobroczynną, czy też zła chcącą?
" – I taką na to daje odpowiedź: "Ja ją 
uważam  za  dobroczynną,  gdyż  widzę,  jak  nawet  ze  śmierci  wyprowadza  życie
".  Przeto 
wyciąga  z  tego  wniosek:  "Bóg  jest  Życiem,  Prawdą  i  światłością,  jest  On  Miłością  i 
Najwyższym Dobrem
". 

Jakże nieskończenie wyżej stoi ten bosy i milczący poganin od wielu oświeconych polityków 
europejskich, którzy w swych rachubach i posunięciach nigdy się nie liczą z prawem Bożym, 
a  tym  mniej  z  sumieniem  i  wszelką  uczciwością.  Toteż  "mądrość"  tych  mężów  stanu 
zaprowadziła  Europę  w  ślepy zaułek,  z  którego  innego  wyjścia  nie  ma,  jak  tylko  powrót na 
stare drogi, wytknięte przez mądrość Bożą. 

 

 

CZY PAN BÓG WIE O WSZYSTKIM? 

 

– Nie mogę pojąć, jak Pan Bóg może o wszystkim wiedzieć.  

– I ja też nie.  

–  A  więc?...  Co  się  sprzeciwia  rozumowi,  nie  może  przecież  mieć  miejsca.  A  taką  jest 
właśnie wszechwiedza Boża.  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

–  Mój  drogi!  Jeżeli nie  możesz,  jak  to  powiedziałeś, pojąć,  jak  Pan  Bóg  może  o  wszystkim 
wiedzieć,  to  już,  ściśle  mówiąc  (przy  rozumowaniu  ściśle  mówić  trzeba!),  rzecz  ta  ani  się 
sprzeciwia, ani nie sprzeciwia twojemu rozumowi.  

– Już cię teraz nie rozumiem.  

–  Słuchaj!  Czy  może  być  prawdą,  że  ty  tu  stoisz  i  rozmawiasz  ze  mną,  a  zarazem  też 
prawdą, że ciebie tu wcale nie ma?  

– Jeżeli tu stoję, to chyba, że tu jestem.  

–  A  gdyby  kto  twierdził  przeciwnie,  to  czy  jego  twierdzenie  sprzeciwiałoby  się  twemu 
rozumowi?  

– Bez wątpienia.  

– A dlaczego?  

– Bo jasno widzę, że tak jest, a nie inaczej.  

– A więc jasno widzisz, czyli pojmujesz, że to się sprzeciwia twemu rozumowi?  

– Oczywiście.  

– Widzisz więc, że cała pewność, że coś się sprzeciwia rozumowi, nie wypływa bynajmniej z 
tego,  że  się  czegoś  nie  pojmuje,  ale  właściwie  z  tego,  że  się  widzi  jasno,  iż  powiedzieć 
inaczej  byłoby  niedorzecznością.  Ot,  do  czego  dążyłem:  właśnie  dlatego,  że  nie  możesz 
pojąć,  jak  Pan  Bóg  wie o  wszystkim,  nie  możesz o  tym nic  wiedzieć,  a  tym mniej  twierdzić 
cokolwiek.  

– Więc nic o tym nie wiemy?  

– Nic.  

– Jak to? Przecież Katechizm wyraźnie mówi, że Pan Bóg jest wszechwiedzący?  

– Oczywiście! Lecz tam powiedziano tylko, że Pan Bóg wie o wszystkim, nie wyjaśniając, a 
tym bardziej nie orzekając, jak to jest.  

–  Słusznie.  Ale  powiem  ci,  skąd  moja  trudność. Otóż słyszałem,  no i tak być  musi,  że  Pan 
Bóg wie dobrze o tym, co będę czynił za godzinę, jutro, w godzinę śmierci, a nawet czy się 
zbawię, czy potępię. A z drugiej strony przecież to ode mnie zależy! Jakże więc to pogodzić?  

– Tutaj już wchodzimy w zakres pytania: jak Pan Bóg wie o wszystkim? O tym zaś, jak wyżej 
zaznaczyłem, nic nie wiemy. Więc, gdyby mi kto powiedział, że "pojął" jak to być może, lub 
"zrozumiał", że to być  nie  może, powiedziałbym mu  otwarcie, że  albo kpi  ze  mnie, albo nie 
wie o co chodzi. Bo widzisz, tu rozchodzi się o poznanie zdolności rozumu Nieskończonego! 
Niestety  jednak,  nasze  głowy,  jak  nas  codziennie  doświadczenie  uczy,  nieraz  w  zwykłych 
zagadnieniach życiowych, trudno, lub zgoła wcale się nie orientują. Jakżeż nam więc wobec 
tego marzyć o proporcji między naszym pojęciem a Bożą Wiedzą, zwłaszcza gdy tu zachodzi 
różnica nieskończona? Na próżno np. wytężałby kto umysł i rozdymał głowę, żeby przecież 
poznać jak daleko ciągnie się przestrzeń? Mógłby myślą podążyć na księżyc, minąć słońce, 
dotrzeć  do  gwiazd,  mgławic  i...  i...?  Ani  tu  końca  dopatrzeć,...  ani  początku  pojąć!  Bo 
przecież  i przed nim i za  nim jest  jeszcze  i jeszcze... przestrzeń. Gdzie tajemnica zagadki? 
Oto: my jesteśmy skończeni!  

Jednakże  mimo  to  można  sobie  pomyśleć  jakieś,  choć  dalekie  i  bardzo  niedokładne 
podobieństwo. Np.: my tu rozmawiamy, prawda?  

– Prawda.  

– I dobrowolnie tu przyszedłeś?  

– Nikt mnie nie zmuszał.  

– Czy ty i ja wiemy o tym zdarzeniu?  

– Oczywiście.  

– Pomyśl sobie po tym wypadku: czy może kto twierdzić, że nas tu nie było i żeśmy z sobą 
nie rozmawiali?  

– Chyba żartem.  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

10 

– Więc ta wiedza, że tak było, będzie pewna?  

– Cudem by nie można zrobić, żeby nie było tego, co się już stało!  

–  Słusznie  mówisz. Widzisz  więc, że  my  po  wypadku  będziemy  mieli zupełną  pewność,  że 
tak,  a  nie  inaczej  się  stało,  chociaż,  jak  twierdzisz,  nikt  cię  nie  zmuszał  do  tego,  abyś  tu 
przyszedł i ze mną rozmawiał. Tak to wygląda nasza wiedza ludzka, skończona.  

Lecz  w  poznawaniu  Bożym,  a  raczej  w  Wiedzy  Bożej  zachodzi  wielka  różnica.  Ponieważ 
Wiedza ta jest nieskończona, więc dla Niej nie może istnieć naprawdę żadne "przedtem", lub 
"potem". Dlatego Bóg  wie  wszystko zawsze tj.  w każdej chwili, czyli po ludzku: i przedtem i 
potem, ale to się już w naszej skończonej głowie nie zmieści.  

M. K.  

 

 

WIEDZA, KTÓRA PROWADZI DO BOGA 

 

W  pociągu,  dążącym  do  Paryża,  w  pustym  zupełnie  przedziale  siedział  starszy,  poważny 
mężczyzna. W pewnej chwili wsunął on rękę do kieszeni i wyjął spowrotem zamkniętą, kryjąc 
coś  w  dłoni.  Oczy,  którymi  śledził  piękno  krajobrazu,  przymknął  lekko  i  pogrążył  się  w 
modlitwie.  

Po  chwili  pociąg przystanął  w  jakimś  mieście  uniwersyteckim.  Otworzyły  się  drzwi  wagonu, 
do  przedziału  wsiadł  młody,  energiczny  człowiek,  odbierając  z  hałasem  od  bagażowego 
swoje walizy.  

Pociąg  ruszył.  Dość  długo  jechali  obaj  mężczyźni  w  całkowitym  milczeniu,  które  wreszcie 
przerwał  młodszy podróżny, jakby nie mogąc utrzymać  w sobie nowonabytych  wiadomości. 
Z wyniosłego tonu jego rozmowy poznałbyś od  razu świeżutkiego absolwenta uniwersytetu, 
na którego dyplomie atrament nie miał jeszcze dość czasu do wyschnięcia.  

–  Tak  –  proszę  pana  –  wczoraj  właśnie  ukończyłem  swoje  studia  uniwersyteckie. 
Specjalizowałem się w biologii. Szczycę się z oddziału, do którego należałem. Powszechnie 
spodziewają się od nas wielkich rzeczy. Niektórzy z moich kolegów podjęli już samodzielne, 
oryginalne badania...  

Na twarzy starszego znać było widoczne zaciekawienie.  

– Toś się pan specjalizował w biologii! Serdecznie gratuluję! Wybrałeś znakomitą dziedzinę! 
Nauka o życiu winna cię zbliżyć do Stwórcy życia...  

Młodzieniec  wielce  zdziwiony tą odpowiedzią, podniósł oczy  i nagle  roześmiał  się –  niezbyt 
głośno wprawdzie i niezłośliwie, ale z pewnym politowaniem w tonie...  

– Ach! pan zapewne niewiele wie o biologii, nieprawdaż? – zapytał.  

Starzec wzruszył ramionami, jakby z pewnym upokorzeniem:  

– Być może! Wszak należę już do starszego pokolenia.  

– Mnie się tak samo zdaje. Bo widzi pan – biologia, to jedyna wśród nauk, która ostatecznie 
człowieka  przekonywa,  iż  życie  jest  czymś  niezawisłym  od  Boga.  Ja,  jako  przyrodnik, 
zupełnie nie wierzę w Boga!  

– Oh! – zawołał zdziwiony towarzysz podróży. Cóż to ma wspólnego z nauką? Czyż wszyscy 
biologowie muszą zaprzeczać istnienia Boga?  

– Naturalnie – poczyna cierpliwie tłumaczyć staremu nasz absolwent. Widzi pan, moje studia 
naukowe,  moje  badania  biologiczne  przekonały  mię  najwidoczniej,  że  Bóg  zupełnie  nie 
istnieje...  

I  dalejże  wykładać  wszystko,  co  tylko  wiedział,  co  tylko  mógł  przytoczyć  na  poparcie  swej 
arcynaukowej tezy.  

– Czy to wasz profesor tak wam wykładał?  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

11 

– Oczywiście. On już od dawna, jak wszyscy biologowie, przekonał się, że przyjęcie istnienia 
Boga jest najzupełniej zbędne...  

– Jakież jego nazwisko?  

Młodzieniec wymienił imię i nazwisko profesora. Starszy pan jednak kręcił dziwnie głową.  

– Przyznaję się z lękiem, że o nim nigdy nie słyszałem...  

–  Ależ  to  niemożliwe!  To  jeden  z  największych  biologów  świata!  Uznany  przez  wszystkie 
znakomitości.  

Tymczasem  pociąg  zwalniał  biegu.  Starszy  pan  począł  spokojnie  składać  swe  rzeczy, 
oczekując na swą stację. Poczym ozwał się:  

– Żałuję mocno, że ta wasza biologia w swych badaniach nad życiem dochodzi do wniosku, 
że  Bóg  niepotrzebny  dla  jego  powstania.  Ja  zawsze  sądziłem,  że  im  głębiej  poznajemy 
tajemnicę  życia,  tym  więcej  podziwiamy  Jego  wspaniałe  cuda  i  skomplikowane  dziwy  i  tym 
mocniej przekonywamy  się,  że  ono nie może być dziełem jakiegoś przypadku, ale  wymaga 
koniecznie Istoty, która by je ściśle obmyśliła i powołała do bytu.  

–  Eh!  Niechże  pan  przeczyta  jakąś  popularną  biologię  –  odparł  młody  protekcjonalnym 
tonem – a przekonasz się pan, że jesteś w błędzie.  

W  tej  chwili  pociąg  stanął.  Podróżny  wstał  z  ławki,  by  wysiąść,  gdy  nagle  coś  mu  się 
wysunęło  z dłoni. Czarny, stary,  zużyty –  różaniec upadł  na podłogę  wagonu, tuż pod nogi 
młodzieńca.  

Uprzejmie  podniósł  go  i  podał  staremu  panu,  wciskając  mu  go  w  rękę,  jak  pieniądz 
napiwka...  

– Pan jak widzę, wierzący?  

– Tak!  

–  No,  nie  chciałbym  osłabić  pańskiej  wiary,  ale  jeśli  mi  pan  zechce  podać  swe  nazwisko  i 
adres,  przyślę  panu  książkę  z  mojej  dziedziny...  Przestrzegam  jednak,  że  ona  może  nieco 
podkopać pańską wiarę...  

–  Bardzo  dziękuję –  odrzekł wysiadający. –  Możesz ją  pan  przesłać  do mojego Instytutu w 
Paryżu. Jestem Ludwik Pasteur (1).  
 

Przypisy:

 

(1)  Ludwik  Pasteur  (1822  –  1895)  jeden  z  najwybitniejszych  uczonych  XIX  wieku.  Twórca  nauki  o 
drobnoustrojach, które odkrył po długoletnich badaniach, sprowadzając całkowity przewrót w biologii, 
chemii organicznej i medycynie, a zwłaszcza swymi dziełami o fermentacji, o chorobach jedwabnika i 
leczeniu wścieklizny – stał się dobroczyńcą ludzkości.

  

 

 

PO 40-TU LATACH BADAŃ RELIGIJNYCH 

 

Pan Moody, który  w r. 1931 przeszedł  na  łono Kościoła katolickiego, jest jednym z wielkich 
finansistów  Stanów  Zjednoczonych  i  założycielem  firmy  "Muddys  Investment  Service". 
Niedawno na  konferencji w Seminarium Najświętszej  Maryi Panny w Baltimore  opowiedział 
swe nawrócenie. Mówił, że przedtem, gdy słyszał, iż ktoś przeszedł na katolicyzm, zastrzegał 
się zapewniająco: "Na pewno nigdy mi się to nie zdarzy". I tak powtarzał przez całe życie, aż 
do niedawna.  

Studiując z zamiłowaniem przyrodę, zbadał przeróżne systematy filozoficzne i religijne, lecz 
nigdzie nie znalazł pokoju ni szczęścia rzeczywistego. "Tak doszedłem – mówił on – do roku 
1920,  w  którym  stwierdziłem,  że  filozofia  nowoczesna  nie  ma  żadnej  wartości.  Sam  nie 
wiedziałem w co wierzyłem; nie znajdowałem odpowiedzi na zagadnienie życia".  

Ze  studiów nad wierzeniami wyniósł  tę  tylko  pewność,  że  żadna  z nich nie  odpowie  mu  na 
jego  wątpliwości.  Nigdy  jednak  nie  zastanawiał  się  nad  katolicyzmem.  Dlaczego?  "Gdyż  – 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

12 

mówił –  miałem wrodzony przesąd  i uprzedzenie do religii katolickiej.  Przeżyłem już  50  lat. 
Dotychczasowe  badania  zawiodły,  jednak  nie  przestałem  studiować  dalej,  szukając 
odpowiedzi na problem bytu".  

W roku 1927  w połowie  sierpnia p.  Moody  udał się  z przyjacielem do Wiednia  w sprawach 
bankowych.  Pewnego  poranku  weszli  obydwaj  do  katedry  św.  Stefana  [(Szczepana)],  nie 
mając  zamiaru  bynajmniej  modlić  się.  Było  to  15  sierpnia.  Katedra  wypełniona  ludźmi  po 
brzegi – odprawiała się właśnie Msza święta.  

Pierwszą  ich  myślą  było  wyjść  z powrotem,  a  zwiedzenie  kościoła odłożyć na  później,  lecz 
napływający  stale  tłum  ludzi  tak  cisnął  ich  naprzód do  wewnątrz,  że  wkrótce  znaleźli  się  w 
pośrodku świątyni, nie mając możności wycofania się.  

Żaden z nich nigdy nie był na Mszy św. w kościele katolickim. Jeśli kiedy p. Moody wszedł do 
jakiegoś kościoła katolickiego, a odprawiała się wówczas Msza św. – natychmiast zawracał i 
wychodził.  Tym  razem  jednak,  mimo  niezadowolenia,  musieli  pozostać.  Po  jakimś  czasie, 
choć tłum rzedniał w kościele, p. Moody nie odczuwał już potrzeby wyjścia, gdyż owładnęło 
nim  dziwne  wzruszenie,  a  nawet,  gdy  na  odgłos  dzwonka  przed  Podniesieniem  wszyscy 
uklękli  –  zaproponował  przyjacielowi,  by  uczynili  to  samo.  Ten  jednak  odparł:  "Jak  to,  my, 
wielcy  przemysłowcy,  uklękniemy  na  twardej  kamiennej  posadzce?  Głupstwo!".  I  pozostali 
stojąc.  

Pana  Moody'ego  uderzyły wspaniałe ceremonie  i słodka  muzyka. Czuł  się  pociągniętym ku 
ołtarzowi,  na  którym  widniał  obraz  Matki  Bożej,  przed  którym,  jak  zauważył,  uklękły  dwie 
zakonnice i jeden starzec. Widział, że ten ołtarz był szczególnie pięknie oświetlony i że ciągle 
przychodzili  przed  niego  ludzie  i  modlili  się,  co  zaostrzało  jego  ciekawość.  Dowiedział  się 
potem,  że  ołtarz  ten  był  poświęcony  Matce  Bożej,  Której  święto  właśnie  w  tym  dniu  było 
obchodzone.  

Po  nabożeństwie  wyszli  i  cały  dzień  zeszedł  im  na  załatwianiu  różnych  spraw.  Ale  pod 
wieczór, gdy p. Moody pozostał sam, przechadzając się tam i z powrotem, znów, mimowoli 
znalazł  się  na  placu  św.  Stefana  [(Szczepana)].  Gdy  ludzie  wychodzili  z  kościoła  po 
nieszporach,  przyszło  mu  na  myśl,  by  wstąpić  do  kościoła,  bo  wtedy  nikogo  nie  będzie  i 
swobodnie zwiedzi piękną świątynię.  

Wszedłszy  do  kościoła,  pierwsze  swe  kroki  skierował  ku  ołtarzowi  Najświętszej  Dziewicy, 
oświetlonemu  jeszcze,  a  który  już  za  pierwszym  razem  wielkie  na  nim  uczynił  wrażenie. 
Widział,  jak  i tym razem ludzie śpieszyli i klękali pobożnie,  modląc  się,  i odchodzili.  Światło 
na  innych  ołtarzach  pogaszono,  tylko  na  tym  –  Matki  Bożej  –  pali  się  jeszcze.  Jaskrawe 
promienie  zachodzącego  słońca  sączyły  się  poprzez  barwiste  witraże,  padając  na  święty 
obraz. A postać Matki Bożej uśmiechała się słodyczą i pokojem.  

–  Są  w  życiu  człowieka  chwile  –  mówił  p.  Moody  –  albo  i  godziny,  które  przydarzają  się 
wszystkim.  Wtedy,  chociażby  kto  był  najobojętniejszym,  zepsutym  do  szpiku  kości  – 
odczuwa  straszną  tajemnicę  życia,  która  go  nastraja  do  modlitwy,  rozbudza  coś,  co 
dotychczas drzemało, pobudza duszę do  błagania  o światło, pomoc i opiekę. Taka  godzina 
przyszła właśnie i na mnie, gdym wtedy o późnej porze popołudniowej ukląkł przed ołtarzem 
i  obserwował  witrażowe  światło,  zapadający  szybko  mrok,  chybotliwe  drżenie  czerwonych 
płomyków świec na ołtarzu i ludzi, którzy wchodzili do kościoła i prawie wszyscy klękali przed 
ołtarzem Matki Bożej. Wtedy i ja począłem się modlić, prosząc o natchnienie z góry.  

–  Od  25  lat  –  mówił  dalej  –  wątpiłem  w  istnienie  i  konieczność  Boga:  wierzyłem,  jak  wielu 
ludzi obecnie,  że  wszystkie  religie  są  tylko  poezją  i tworem wyobraźni.  Lecz  w głębi swego 
serca  czułem  na  pewno,  i  w  chwilach  jaśniejszych  mego  zdrowego  rozumu  musiałem 
przyjąć,  że  takie  rozumowanie  jest  fałszywe,  życie  byłoby  nonsensem,  gdyby  nie  miało 
wyznaczonego z góry celu, a cel ten można uznać tylko przez wiarę w Boga. Lecz gdzież był 
ten Bóg? Czemuż nie mogłem Go odnaleźć? To zawsze było dla mnie zagadką i przyczyną 
ciągłych moich zawodów.  

– Podczas mego rozmyślania doświadczyłem tego, co opisywał kardynał Newman: "Gdy już 
raz  człowiek  oczyma  duszy  i  przy  pomocy  Bożej  uzna  Stworzyciela,  to  przekroczył  równik; 
czego on wtedy doświadczył, nie zdarzy się już po raz drugi. On już zgiął twardy swój grzbiet 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

13 

i  zwyciężył  siebie".  Nie  znałem  jeszcze  tych  słów  kardynała  Newmana,  lecz  przed 
opuszczeniem  kościoła,  który  pogrążył  się  w  ciemnościach,  widziałem,  że  przekroczyłem 
równik i wyszedłem z cennym przekonaniem, że nareszcie znalazłem swego Boga.  

– Przez 3 dni, w ciągu których pozostawaliśmy jeszcze w Wiedniu, udawałem się codziennie 
wczesnym rankiem do kościoła św. Stefana [(Szczepana)], gdzie szczególnie pociągał mnie 
ołtarz z obrazem  Matki Bożej,  przed którym przepędzałem czas na modlitwie  i upajaniu się 
niewymowną słodyczą duchową. Nawet w czasie gorączkowych zajęć stało mi przed oczyma 
duszy  to,  com  odczuwał  w  kościele  św.  Stefana  [(Szczepana)].  Również  w  czasie  22-
godzinnej  jazdy  z Wiednia  do Paryża, ani  zasnąć,  ani  czytać  nie  mogłem, gdyż  pamięć  na 
katedrę  św.  Stefana  [(Szczepana)]  i  znajdujący  się  tam  obraz  Niepokalanej  Dziewicy 
zaprzątała cały mój umysł.  

–  Może  to  się  wydać  dziwnym,  ale  wszystkie  moje  uprzedzenia  do  Kościoła  katolickiego 
upadły. Niewiele jeszcze wiedziałem o religii katolickiej, lecz po tym, czego doświadczyłem w 
kościele  św.  Stefana  [(Szczepana)]  –  nie  mogłem  powiedzieć,  że  Kościół  katolicki  był  mi 
obcym.  Jednak  długą  jeszcze  drogę  miałem  przebyć,  nim  Kościół  katolicki  rozwarł  przede 
mną  swe  bramy.  Od  owego  święta  Wniebowzięcia  Matki  Bożej  w  r.  1927  zacząłem  się 
stawać katolikiem.  

–  Powróciwszy  do  Nev-Yorku,  chciałem  się  postarać  o  książki  katolickie,  które  by  mnie 
pouczyły  o  katolicyzmie.  Wiele  księgarń  musiałem  obejść,  nim  cośkolwiek  znalazłem. 
Najpierw  dostała  mi  się  do  ręki  książka  Fultowa  Sheens'a  pt.  "Bóg  i  rozum",  w  której 
znalazłem rozbiór nowoczesnej filozofii, czego właśnie szukałem. Potem wykład filozofii św. 
Tomasza  z  Akwinu;  dotąd  to  imię  było  dla  mnie  sfinksem.  Wykład  filozofii  św.  Tomasza 
przekonał mię. Tak powoli utworzyłem sobie biblioteczkę filozofii scholastycznej; inne książki, 
jakie  miałem  dotąd,  stopniowo  wrzucałem  do  pieca.  Prawie  bez  zwrócenia  na  to  uwagi 
zacząłem studiować także św. Augustyna i tak zagłębiłem się aż w teologię.  

–  W  roku  1930  książki  katolickie  zajmowały  już  sześć  półek  mojej  biblioteki  i  czułem  się 
zupełnym katolikiem. Poszedłem do trzech uczonych pastorów protestanckich i prosiłem, by 
mi odpowiedzieli na kilka pytań. Przyciśnięci do muru, oświadczyli mi wręcz, że ja już należę 
do Kościoła katolickiego i że najlepiej zrobię, jeśli wstąpię do niego jak najprędzej.  

–  Jednak  wahałem  się  jeszcze.  Znowu  przeczytałem  Santayona  i  innych  filozofów 
nowoczesnych.  Cały  rok  badałem  skrupulatnie,  czym  przypadkiem  czego  nie  pominął. 
Wreszcie  doszedłem  do  ostatecznego  i  stanowczego  przekonania,  że  tylko  w  Kościele 
katolickim  jest  dla  mnie  miejsce....  Udałem  się  do  ks.  proboszcza  małego  kościółka 
wiejskiego  w górnej części stanu  Nev-York  i po tygodniu zostałem przyjęty do  społeczności 
wiernych  Kościoła  katolickiego.  Sakrament  Bierzmowania  otrzymałem  z  rąk  kardynała 
Hayes'a, arcybiskupa Nowego Yorku, i otrzymałem imię Tomasz.  

–  Dopiero od  dziewięciu miesięcy  należę  do  rzymsko-katolickiego Kościoła,  a odczuwam w 
duszy taki pokój, jakiego nigdy przedtem nie znałem.  

–  Teraz  jestem  przekonany,  że  jedynie  Kościół  katolicki  daje  odpowiedź  na  pytanie  o  celu 
życia.  To  mówię  i  twierdzę  ja,  który  przez  40  lat  zgłębiałem  najrozmaitsze  spekulacje 
filozoficzne.  

 

 

NIE WIERZĘ… 

 

NIE  WIERZĘ,  że  wszechświat powstał sam  z  siebie,  bo  z niczego  nic  samo  z  siebie  nigdy 
nie powstało i powstać nie może.  

NIE  WIERZĘ,  że  wszechświat  powstał  przypadkiem  z  jakiejś  materii,  bo  żadna  dotąd 
maszyna  nie  zbudowała  się  sama  przypadkiem,  nawet  skromny  zegarek;  a  tym  bardziej 
żadna  maszyna  nie  stworzyła  maszyny  podobnej  sobie,  a  twory  żyjące  przechodzą  z 
pokolenia na pokolenie przez tyle już tysięcy lat.  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

14 

NIE  WIERZĘ,  że  szympansy,  czy  inne  pociechy  darwinowskie  (małpy)  prześcigną  nas  w 
budowie samolotów, lub innych wynalazkach, bo nie widać u nich postępu. Po tylu wiekach 
nie zdobyły się nawet na pisanie skromnych dziejów swego małpiego postępu.  

NIE  WIERZĘ,  że  dusza  ludzka  umiera  razem  z  ciałem,  bo  na  cóż  wtedy  to  nieprzeparte 
pragnienie szczęścia i to bez granic, nawet i w trwaniu.  

NIE WIERZĘ, że nasi "zawodowi niedowiarkowie" nie mają nigdy okresów jasnego poznania 
w których zdają sobie sprawę, że okłamują tylko siebie.  

NIE  WIERZĘ,  że  znajdzie  się  pod  słońcem  człowiek,  co  by  nie  pragnął  szczęścia  i  to 
możliwie największego, bez ograniczeń, czyli... Boga.  

M. K.  

 

 

CIERPIENIE A SPRAWIEDLIWOŚĆ BOŻA 

 

W  czasie  wakacyj  spotkałem  przypadkowo  jednego  z  dawnych  kolegów  szkolnych.  Nie 
widzieliśmy się już lat parę: rozdzieliła nas straszliwa zawierucha światowej wojny i każdego 
w  inne  rzuciła  strony.  Wzruszeni  tym  niespodziewanym  zetknięciem  się,  nie  wiedzieliśmy 
nawet  od  czego rozpocząć  wymianę myśli; na  zwykłych słowach  powitania  urwał  się  wątek 
rozmowy. Lecz niedługo to trwało.  Po ochłonięciu  z pierwszego wrażenia  wpadliśmy na  tok 
dawnych  czasów,  dawnych  profesorów,  współuczniów,  zabaw,  rozrywek.  Ponieważ  mój 
kolega  właśnie  wybierał  się  na  przechadzkę,  a  i  ja  nie  miałem  nagłego  zajęcia,  więc, 
gawędząc  po drodze,  ruszyliśmy  wolnym  krokiem  w  stronę  pobliskiego  lasu.  Przesunął  się 
przed  nami  cichy,  jakoby  zadumany  cmentarz,  przesunął  się  szereg  chat  wieśniaczych  i 
schludny dworek wiejski. Przystanęliśmy na małym pagórku i rozglądnęliśmy się dokoła.  

Słońce miało się ku zachodowi. Na krańcach widnokręgu zarysowało się niewyraźnie faliste 
pasmo  wzgórz,  przyprószonych  lekką,  wieczorną  mgłą  i  oblanych  promieniami 
zachodzącego  słońca.  Na  stokach  widać  było  kilka  szarawych,  nierównomiernie  pociętych 
plam: to wioski i drobne mieściny. Bliżej zaś ścieliła się obszerna kotlina, okryta zielenią łąk, 
niby  różnobarwnym  kobiercem,  a  przecięta  w  środku  krętą,  srebrzystą  taśmą  strumyka.  Po 
bokach  kotliny  ciągnęły  się  różowozłote  smugi  dojrzewających  zbóż.  Na  prawo  u  podnóża 
pagórka  przytuliło  się  kilkadziesiąt  włościańskich  zagród.  Spośród  potężnych  grusz, 
rozłożystych jabłoni i niskich, wiotkich śliw wystawały tylko słomiane strzechy i skrawki ścian. 
Zapadające  słonko  oblekło  lekką,  przeźroczystą  purpurą  białe  ściany,  odświeżyło  i 
wygładziło poczerniałe, mchem obrosłe poszycia.  

Tuż  za  nami  zaczynał  się  poważny  las  bukowy,  niby  szereg  kolumn  jakiejś  olbrzymiej 
budowli. Przygasłe światło dzienne przedzierało się przez kilka ledwie rzędów drzew – dalej 
panował już tajemniczy półmrok. Naokół była cisza... Tylko niekiedy przeleciał ze świergotem 
ptak,  powracający  do  gniazda,  zaświergotał  niepewnie  i  jakby  nieśmiało  świerszcz  polny, 
krzyknął pastuszek na łące, zaryczało bydło pędzone do obory.  

* * * 

Stanęliśmy  obaj  w  milczeniu,  zachwyceni  czarownym  widokiem  przyrody.  Po  chwili  jakoś 
mimo woli wyrwał mi się z piersi okrzyk:  

– Cudny ten świat Boży! Jakże potężny, jak niewymownie pięknym musi być jego Twórca!  

Na  te  słowa,  mój  towarzysz  ocknął  się  z  zadumy,  ruszył  ręką  i  jakimś  dziwnie  obojętnym 
tonem wybąknął:  

–  Tak, pięknym  jest  ten świat,  ale  niestety  nie  zawsze  i nie wszędzie,  a dzieją  się  na  nim i 
takie rzeczy, które trudno z mądrością i potęgą Stwórcy pogodzić.  

– Ej, Romek, czemu ty się tak czarno dziś na wszystko patrzysz?  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

15 

–  Mój  kochany,  wyjawiłbym  ci  przyczynę,  ale  ponieważ  wiem  na  pewno,  iż  pod  tym 
względem  odmiennych,  krańcowych  nawet  jesteśmy  zapatrywań,  więc  może  zwierzenia 
moje nie sprawiłyby ci przyjemności.  

–  Owszem,  powiedz  otwarcie,  co  myślisz;  odmienność  twych  zapatrywań  wielkiej 
nieprzyjemności  mi  nie  przysporzy,  bo  jużem  miał  nieraz  sposobność  do  tego  się 
przyzwyczaić.  

– Otóż najpierw zaznaczę, że od ostatniego z tobą spotkania pogląd mój na świat zmienił się 
całkowicie. Byłem kilka lat na wojnie: widziałem wiele, doświadczyłem wiele i doszedłem do 
tego, że wiara moja w Boga nie miała trwałych podstaw.  

– Radbym wiedzieć, jaką drogą dotarłeś do tak skrajnego wniosku?  

– Bardzo krótką, – odparł trochę z przekąsem.  

Przekonałem  się,  że  kto  cnotliwy,  pracowity,  poczciwy,  ten  skazany  jest  na  nędzę, 
niedostatek  i  wyzysk;  źli  zaś  i  występni  opływają  w  bogactwach,  używają  rozkoszy, 
przepędzają  czas  na  zabawach.  Gdyby  Bóg  istniał,  to  chyba  nie  dopuściłby  do  takiej 
niesprawiedliwości.  

– Widzę, mój drogi, żeś może wiele widział, wiele doświadczył, aleś bardzo mało, lub bardzo 
powierzchownie  nad  swymi  spostrzeżeniami  się  zastanawiał.  Wiesz  przecież,  że  gdy 
przyjdzie  o  jakiejś  rzeczy  sprawiedliwy  sąd  wydać,  trzeba  najpierw  ową  rzecz 
wszechstronnie  i  bez  uprzedzeń  zbadać,  a  po  wtóre  trzeba  ją  porównać  z  całością  planu 
Bożego  w  świecie.  Jak  bowiem  na  obrazie,  w  swym  miejscu  położone  cienie  dodają 
piękności malowidłu, tak poszczególne w świecie braki przyczyniają się do ogólnej harmonii.  

– Bardzom ciekaw, jak te zasady przystosujesz do mego zarzutu?  

–  Zobaczysz  zaraz.  Powiedziałeś,  że  poczciwi  cierpią  na  tym  świecie,  a  źli  używają, 
nieprawdaż?  

– Tak.  

–  Otóż  zdanie  to,  jeśli  nie  całkiem  fałszywe,  to  przynajmniej  jest  zanadto  ogólnikowe  i 
przesadzone.  

– Dlaczego?  

–  Przede  wszystkim  dlatego,  że  są  nieszczęścia,  bóle,  zgryzoty,  które  nie  pytają,  czy  kto 
cnotliwy, czy zły, czy bogaty, czy ubogi. Przecież chorują zarówno poczciwi, jak i przewrotni; 
śmierć zabiera najbliższych i najdroższych, tak spod włościańskiej strzechy, jak i z pałacu itd. 
Nadto,  rozbiorę  twój  zarzut  na  części,  w  każdej  z  nich  jakiś  błąd  wynajdę.  Mówisz  o 
upośledzeniu  ludzi  poczciwych.  Czy  też  naprawdę  każdy  poczciwy  jest  nędzarzem,  czy 
każdy wyzyskiwany? Iluż ja znam ludzi cnotliwych, co ze swego stanowiska są zadowoleni i 
nikomu  ziemskiego  szczęścia  nie  zazdroszczą.  Co  zaś  tyczy  się  innych,  rzeczywiście 
cierpiących niedostatek, to po pierwsze, my nie możemy ściśle wiedzieć, kto poczciwy, a kto 
nie; oceniamy człowieka na zewnątrz, lecz nie znamy wnętrza, nie widzimy myśli, zamiarów i 
pragnień,  i  z  tego  powodu  możemy  się  grubo  pomylić,  co  do  moralnej  wartości  osób.  Po 
drugie, wielu z tych, niby to poczciwych, sami sobie ukuli ciężkie kajdany losu. Jedni zubożeli 
i wpadli w nędzę, bo oddali się namiętnościom, zmarnowali zdolności, roztrwonili majętność, 
inni muszą cierpieć, bo nie chcieli rąk do pracy wyciągnąć.  

A teraz przypatrzmy się tym złym ludziom, o których twierdzisz, iż są szczęśliwymi. Mnie się 
zdaje, że na ogół tak nie jest. Bo chyba niewiele zażywają szczęścia ci, co za swe zbrodnie 
gniją  po  więzieniach  lub  z  niepewnością  oczekują  chwili,  w  której  kula  przetnie  pasmo  ich 
życia.  O  innych też  nie można powiedzieć,  że  tylko  rozkosz przypadła im w udziale, iluż to 
bowiem  upada  pod  brzemieniem  wyrzutów  sumienia,  iluż  dręczy  bojaźń  zasłużonej  kary. 
Wierzaj mi, drogi, że bardzo często wygodniej biedakowi w łachmanach, niż zbrodniarzowi w 
jedwabiach,  że  lepiej  smakuje  pierwszemu  czarny,  ciężko  przez  niego  zapracowany  chleb, 
niż drugiemu najwyszukańsze potrawy, niecnym rzemiosłem zdobyte.  

Otóż  widzisz,  że  zarzut  twój  trzeba  bardzo  ograniczyć  i  do  wyjątkowych  tylko  można  go 
zastosować  wypadków.  Ale,  jak  właśnie  te  wypadki  tłumaczyć?  Zaiste  trudnym  by  to  było, 
gdyby  ze  śmiercią  człowieka  kończyło  się  wszystko.  Tymczasem  życie  ziemskie  jest  jakby 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

16 

dniem  uciążliwej  pracy,  po  której  ma  nastąpić  błogi  wieczny  spoczynek;  jest 
przygotowaniem,  drogą  do  życia  przyszłego.  A  dopiero  w  życiu  przyszłym  cnota  odbierze 
należną nagrodę, a grzech nieodpokutowany – sprawiedliwą karę. Przeto Pan Bóg już tu na 
ziemi spuszcza  na  ludzi  cnotliwych  różne klęski, niedostatki,  cierpienia, aby sobie  wysłużyli 
wyższy  stopień  chwały niebieskiej.  Inaczej  znowu  postępuje  z bezbożnymi:  jeśli  przestrogi, 
wyrzuty  sumienia  i  kary  im  nie  pomogą,  lecz  bardziej  jeszcze  w  grzechu  utwierdzają, 
wówczas  Pan  Bóg  pozostawia  ich  własnym  namiętnościom, owszem,  daje  im  nawet dobra 
doczesne, by im wypłacić tę odrobinę dobrych uczynków, jakie spełnili na ziemi. Lecz za to 
po śmierci należeć im się będzie tylko sprawiedliwa kara za nieprawości.  

Więc  zarzut,  który  mi  postawiłeś,  ja  teraz  przeciw  tobie  obracam.  Właśnie,  gdyby  nie  było 
Boga,  gdyby  nie  było  życia  przyszłego,  to  owa  nierówność  na  ziemi  byłaby  czymś 
zagadkowym,  niewytłumaczalnym,  pozbawionym  zasady.  Po  uznaniu  zaś  Boga  i 
nieśmiertelności duszy wszystko się staje jasnym, harmonijnym, wszystko ma swój cel i swą 
przyczynę. Cóż mi na to odpowiesz?  

–  Muszę ustąpić i wyznam  ci szczerze, że  nigdy nie zastanawiałem się głębiej nad  dopiero 
co przez ciebie rozwiązaną trudnością.  

* * * 

Rozmowa się urwała. W milczeniu zawróciliśmy do wioski. Noc obejmowała już świat w swe 
objęcia. Na firmamencie coraz gęściej rozsiewały się gwiazdy. Wieś pogrążyła się w ciszy i 
ciemności.  Tylko  lekki  ciepły  wiatr  szumiał  w przydrożnych  wierzbach, a  z dalekiego  stawu 
dolatywało wesołe żab grzechotanie. Doszliśmy wreszcie do środka wioski, pożegnaliśmy się 
serdeczniej  niż  zazwyczaj  i  każdy  z  nas  w  inną  odszedł  stronę:  mój  kolega  do  mieszkania 
kierownika szkoły, a ja do cichej w cieniu wyniosłych świerków ukrytej plebanii.  

B. P.  

 

 

DLACZEGO DOBRZY CIERPIĄ? 

 

Niedawno  zadał  mi  N.  N.  to  pytanie:  "Dobrzy  zazwyczaj  cierpią,  a  złym  często  nieźle  się 
powodzi, gdzie tu sprawiedliwość?".  

– Pan Bóg jest nieskończenie sprawiedliwy, prawda?  

– Tak jest! Inaczej nie byłby Bogiem.  

–  Więc  Pan  Bóg  musi  za  każdy  dobry  uczynek  nagrodzić  i  każdy  zły  ukarać,  żaden  czyn, 
żadne słowo, żadna myśl nie ujdzie Jego sądu. A teraz czy jest na świecie człowiek choćby 
najgorszy, któryby nigdy nic dobrego nie uczynił?  

– Takiego nie ma.  

–  Każdy  przecież  czasem  obowiązek  swój  dobrze  wypełni,  albo  miłosierdzie  okaże 
bliźniemu, albo coś innego dobrego mu się trafi. Otóż jeżeli ten człowiek tak źle żyje, że po 
śmierci należy mu się piekło, kiedy mu Pan Bóg za tę trochę dobrego zapłaci?... kiedy?...  

– Na tamtym świecie.  

– Ależ tam tylko piekło go czeka.  

– Więc na tym...  

– Następnie, czy jest jaki człowiek choćby najlepszy, któryby nigdy nic złego nie popełnił?  

– I takiego nie ma.  

–  Słusznie,  boć  i  sprawiedliwy  "siedemkroć  na  dzień  upada".  Jeżeli  więc  Pan  Bóg  chce 
komuś ukrócić czyśćca, albo dać od razu niebo, gdzie nastąpi wyrównanie rachunków?  

– Aha, to tak...  

– Właśnie Pan Bóg okazuje szczególniejszą miłość tym, których już na tym świecie karze, bo 
w czyśćcu jest tylko kara i długa i ciężka, a na tym świecie przez dobrowolne przyjmowanie 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

17 

krzyżów  jeszcze  na  większą  chwałę  w  niebie  zasługujemy;  stąd  też  przysłowie  "kogo  Bóg 
miłuje, tego biczuje".  

Nie ma więc co zazdrościć tym ludziom złym, którym się dobrze powodzi; owszem, powinni 
się oni bardzo obawiać, by to nie była już zapłata za trochę dobrego, które zdziałali.  

M. K.  

 

 

CZY POTRZEBA RELIGII? 

 

Jesteśmy  w  jednym  z  większych  biur  handlowych.  Za  kilkanaście  minut  rozpocznie  się 
urzędowanie. Funkcjonariusze różnych stopni schodzą się pojedynczo lub małymi grupkami. 
Po  zwykłem  przywitaniu  rozpoczyna  się  ożywiona  rozmowa.  Ma  się  rozumieć,  iż  prawie 
każdy  przynosi  jakąś  nowinę:  ten  o  niespodziankach  politycznych,  ów  o  rabunkowym 
napadzie,  inny  o  świetnym  interesie  pana  N.  itd.,  w  ogóle  nie  brak  tematu  do  pogawędki. 
Wreszcie  do  rozprawiających  zbliża  się  jakiś  młody  urzędnik  i  podniesionym  głosem 
oznajmia,  że  radca  Z.  nad  ranem  zakończył  życie.  Natychmiast  posypały  się  zewsząd 
bezładne pytania:  

–  Co?  Doprawdy?  Taki  młody  człowiek?  Przecież  tylko  kilka  dni  chorował!  Szkoda  go, 
zdolności miał niepoślednie, a z obowiązków wzorowo się wywiązywał.  

– Ha, śmierć nie przebiera, wtrącił ktoś z boku.  

–  Ale  to  rzecz dziwna – dodał ten, co przyniósł  nowinę o zgonie – że księdza nie chciał  do 
siebie  dopuścić.  Mimo  nalegań  brata  i  córki  odpowiadał  stale:  "Obejdzie  się,  to  mi  nie 
pomoże wcale". Wprawdzie za życia do kościoła często nie zaglądał, ale nie spodziewałem 
się, że przy śmierci o Bogu nie pomyśli.  

– Mnie się zdaje – przerwał ktoś ze zgromadzonych – że ten fakt ani jego zasług, ani sławy 
nie zmniejsza. Ja właściwie sądzę człowieka z życia i czynów. Są pobożnisie co nie są warci 
złamanego  grosza;  wielu  zaś  jest  takich,  co  choć  o  religię  się  nie  troszczą,  to  jednak  żyją 
uczciwie, moralnie, świecą innym przykładem i tych właśnie cenię.  

–  Ja  znowu –  rzekł  starszy,  dobrze  już  posiwiały  urzędnik  –  nie  zgodziłbym  się  na pańską 
zasadę.  

–  A  to  z  jakiego  powodu?  Może  pan  zamierza  bronić  tych  bigotów,  co  pół  dnia  siedzą  w 
kościele, a drugie pół spędzają na obmowach, plotkach lub lenistwie?  

– Bynajmniej, razem z panem ich potępiam. Ale trzeba i na to zwrócić uwagę, że pańskiego 
zarzutu nie można skierować choćby przeciw dziesiątej części tych ludzi, których nazywamy 
religijnymi.  Pewnie,  iż  każdej  rzeczy,  choćby  najpożyteczniejszej,  można  nadużyć;  każdą 
zasadę choćby najzbawienniejszą można wypaczyć, ale z tego jeszcze nie wynika, by sama 
rzecz lub zasada była w sobie złą, bezwartościową. Takiemu nadużyciu i wypaczeniu może 
ulec i religia. Nie trzeba zatem sądzić o jej wartości z postępowania tych, co religii używają 
jako  pokrywki  swego  duchowego  zepsucia,  ale  z  życia  tych,  co  zasady  religijne  w  czyn 
wprowadzają.  

Po  wtóre  wspomniałeś  pan,  iż  są  ludzie,  nietroszczący  się  o  religię,  a  jednak  uczciwi, 
przykładni. Dziwnym może się komu wyda, gdy powiem, że właśnie ta uczciwość i moralność 
opiera się na resztkach religii, które zostały w ich duszy. Bo właściwie cóż może być zasadą 
cnoty  i  obowiązku,  jeśli  nie  religia?  Przecież  cnota  wymaga  jakiegoś  sprawdzianu,  za 
pomocą którego można by ją odróżnić od występku. Obowiązek zaś nie może się obejść bez 
prawodawcy:  a  taki  sprawdzian  i  takiego  prawodawcę  wskazuje  nam  jedynie  religia.  Nie 
wystarczy tu materialny pożytek, nie wystarczy honor, nie wystarczą kary, wymierzane przez 
państwo.  Cóżby  się  wówczas  stało,  gdyby  korzyść  doczesna była  miarą  cnoty  i  występku? 
Czyż  kradzieże  i  zabójstwa,  w  tajemnicy  dokonane,  nie  stałyby  się  wtedy  godnymi 
pochwały? I honor również niewiele by znaczył. Pominąwszy już to, iż przy gwałtowniejszym 
wzburzeniu  namiętności  traci  swą  siłę,  jest  on  czuły  jedynie  na  sąd  innych,  a  własnym 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

18 

sumieniem  wcale  się  nie  krępuje.  Tym  bardziej  nie  pomagają  kary  wymierzane  prawem 
cywilnym, bo przecież tysiączne istnieją sposoby uwolnienia się od nich.  

–  Przepraszam,  iż przerwę, ale nie tylko pożytek, honor i kary  kierują  człowiekiem;  każdy z 
nas ma przewodnika we własnym sumieniu.  

– Tak, lecz sąd sumienia musi się opierać na jakiejś wyższej ode mnie Istocie. Jeśli nie ma 
religii, nie ma Boga, nie ma nagrody i życia po śmierci, to choćby mi dziesięć sumień mówiło: 
nie  bierz,  bo  to  cudze,  niewiele  bym  się  krępował  taką  przestrogą,  bo  brakowałoby  jej 
podstaw. Przypomina mi się tutaj powiastka z murzyńskiego życia. Pewien podróżnik zapytał 
się  murzyna,  na  czym  ziemia  spoczywa.  Na  wielkim  słoniu,  brzmiała  odpowiedź.  A  na 
czymże stoi słoń? Na olbrzymim żółwiu. A żółw co ma pod nogami? Na to pytanie murzyn już 
odpowiedzi nie znalazł. Podobnie wygląda i to odwoływanie się do sumienia u człowieka, co 
nie uznaje potrzeby religii.  

Teraz wracam znowu do mego pierwotnego założenia i powtarzam, że jeśli religia wyłącznie 
może być podstawą uczciwości i moralnego życia, więc jest nią i u tych, co zasad religijnych 
zupełnie się wyrzekli. Powiecie mi pewnie, że to niemożliwe. Dowieść jednak tego nietrudno. 
Nikt się bowiem  niedowiarkiem i przeciwnikiem  religii nie  rodzi. Owszem za młodu  czy to  w 
kółku  rodzinnym,  czy  w  szkole  razem  z  prawdami  religii  wpajają  w  nas  znajomość  cnoty  i 
występku,  prawa  i  obowiązku.  I  właśnie  te  podstawowe  wiadomości  pozostają  w  nas,  i 
kierują naszym postępowaniem mimo zmienionych przekonań.  

Zresztą,  choćby  ktoś  ani  z  domu  rodzicielskiego  ani  ze  szkoły  nie  wyniósł  tego  popędu  do 
cnoty i uczciwości, to nabył go w życiu społecznym. Bądźcobądź społeczeństwo ma w swym 
łonie  szczupłą  tylko  garstkę  takich  ludzi,  co  żadnej  religii  nie  uznają.  Więc  garstka  ta, 
chcącniechcąc, stosuje się w działaniu do ogółu. Wpływ ten jest niejednokrotnie bezwiedny, 
niedostrzegalny. I tu właśnie tkwi przyczyna uczciwości "niezależnej od wszelkich religijnych 
przesądów".  Gdyby  ludzie  niereligijni  zawsze  i  wszędzie  stosowali  swe  zasady,  a  nie 
kierowali  się  ani  wychowaniem  lat  młodocianych,  ani  otoczeniem,  to  upodobniliby  się  do 
zwierząt, bo prawidłem ich życia byłoby tylko zadowolenie zmysłów.  

I  jeszcze  jedna  rzecz  ważna.  Czy  ludzie  niereligijni  mogą  być  bezwzględnie  uczciwymi? 
Zdaje  mi  się,  że  nie.  Któż  to  bowiem  jest  uczciwym?  Ten,  kto  wypełnia  wiernie  swe 
obowiązki względem Boga, a więc religijne są najważniejsze. Czyż może zatem zasługiwać 
na miano uczciwego, kto je zaniedbuje?  

–  Tak,  zagadnął  jeden  ze  śmielszych,  ale  właściwie  skąd  wypływają  obowiązki  względem 
Boga, skąd potrzeba wyznawania religii?  

–  Jakże  to!  Przecież  Bóg  nas  stworzył,  Bóg  nas  utrzymuje  w  istnieniu  i  wspomaga  w 
działaniu. Jako istoty rozumne winniśmy uznać wyższość Boga i naszą od Niego zależność, 
a  tym  samym  winniśmy  oddać  Bogu  hołd  czci.  Po  wtóre  Bóg  jest  naszym  największym 
Dobrodziejem.  Bez  żadnej  z naszej  strony zasługi  otrzymaliśmy  Odeń  rozum,  wolną  wolę  i 
tyle,  tyle  innych  darów;  zatem  ciąży  na  nas  obowiązek  wdzięczności.  Dalej,  odczuwamy  w 
życiu  wiele  braków,  niedomagań,  potrzeb,  którym  jedynie  Bóg,  jako  Istota  wszechmocna, 
zapobiec może; stąd wypływa potrzeba modlitwy. I jeszcze, Bóg jest nieskończonym dobrem 
i niewysłowionym pięknem, więc należy Mu się od nas miłość i uwielbienie. Na koniec, jeśli 
obrazimy  Stwórcę,  winniśmy  pokutą  Go  przebłagać,  a  wzgardę  prawa  własnym  wyrównać 
poniżeniem.  

Lecz  na  aktach  czci,  posłuszeństwa,  dziękczynienia,  prośby,  miłości,  uwielbienia  i  pokuty 
polega  religia.  Jeśli  zatem  do  wykonywania  tych  aktów  jesteśmy  obowiązani,  jesteśmy 
obowiązani i do religii.  

Nadto  niezaprzeczoną  jest  rzeczą,  że  każdy  z  nas  pragnie  szczęścia  i  to  szczęścia 
całkowitego,  doskonałego,  bezwzględnego.  A  wiemy  aż  nadto  dobrze,  iż  na  tej  ziemi  nikt 
całkowicie  szczęśliwym  nie  był,  ani  będzie.  Dlaczego?  Bo  pragnień  naszych  żadne  dobro 
ziemskie zaspokoić nie może. Umysł bowiem ludzki pożąda nieskończonej prawdy, wola zaś 
nieograniczonego  dobra.  Ponieważ  tylko  Bóg,  jako  nieskończony  w  Swej  Istocie,  te  dwie 
duszy  naszej  dążności  zaspokoić  może,  więc  na  osiągnieniu  Boga  szczęście  człowieka 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

19 

polega. Lecz, by Boga osiągnąć, trzeba Go już tu na ziemi czcić i miłować, trzeba ku Niemu 
dążyć, czyli innymi słowy – trzeba być religijnym.  

Po  tych  słowach  urzędnik  spojrzał  po  obecnych,  czy  mu  znowu  jakiejś  nie  postawią 
trudności. Lecz już nikt do tego ochoty nie miał. Ten zaś, co przedtem wystąpił z zarzutem, 
trochę  zmieszany  rzucił  okiem  na  zegarek  i  rzekł:  "Trzeba  iść  do  biurka,  bo  już  minęła 
godzina".  Na  to  wezwanie  każdy  pośpieszył  ku  swemu  stolikowi.  Ozwały  się  z  szelestem 
przewracane  akta,  stąd  i  zowąd  dolatywał  cichy  zgrzyt  gorączkowego  pisma  i 
nierównomierne uderzanie piór o dno kałamarzy. Rozpoczęła się praca.  

B. P.  

 

 

CZY WYSTARCZY RELIGIA OPARTA NA WEWNĘTRZNYM UCZUCIU? 

 

Nie  ma  miasteczka,  nie  ma  wioski  nawet,  gdzie  by  nie  było  paru  swojskich  mędrków. 
Niekiedy  ich  mądrość  ogranicza  się  na  sprawach  gminnych,  częściej  zahacza  o  politykę, a 
nieraz  wkracza  i  w  dziedzinę  religijną.  Na  tym  ostatnim  polu  znowu  dwa  znajdujemy  typy 
domorosłych filozofów. Jedni to niby szczerzy katolicy. Z pewności ich sądów wnioskować by 
można,  że  lepiej  znają  zasady  wiary,  niż  najbieglejsi  teologowie,  a  więcej  dbają  o 
rozszerzenie  i  utrwalenie  Kościoła,  niż  papież  i  biskupi.  Z  tej  niby  to  gorliwości  krytykują 
najczęściej  swego proboszcza,  wtrącają  się  do  spraw  kościelnych,  chcieliby  według  swego 
widzimisię urządzić nabożeństwa itp. Typ drugi przedstawiają otwarci niedowiarkowie. Są to 
zazwyczaj ludzie, co mimo skąpego wykształcenia, wielkie o sobie mają mniemanie. "Nie ma 
Boga,  mówi  jeden,  więc  po  cóż  się  modlić".  "Religia  dla  kobiet  i  dzieci",  dowodzi  drugi. 
"Wszystko,  czego  księża  uczą,  jest  kłamstwem,  księża  wymyślili  spowiedź  i  piekło",  woła 
trzeci, itd.  

Dawniej  takich  niedowarzonych  mędrków  nasz  lud  w  niektórych  okolicach  nazywał 
"farmazonami"  i  stronił  od  nich  zazwyczaj.  Dziś  już  więcej  znajdują  popleczników.  Ma  się 
rozumieć,  iż  tylko  równy  równemu  rad;  więc  gromadzą  się  koło  tych  "uczonych"  różne 
niedouki, hulaki, nicponie, pijaczyny, którym jakoś trudno wybrać się do kościoła i spowiedzi, 
a  za  to  łatwiej  zabawić  się  w  dostrojonym  do  swych  obyczajów  towarzystwie.  Ludzi 
prawdziwie poczciwych między nimi nie znajdziesz.  

Otóż  na  jednego  z  takich  małomiejskich  "farmazonów"  natknąłem  się  przed  paru  laty.  Za 
młodu był to niezły chłopak: wesoły, ruchliwy, dość pobożny. Z nauką szło mu jak po grudzie, 
ale serce miał złote. Zamieć wojny światowej 1914–1918 wyrwała go z IV klasy gimnazjalnej 
na  linię  bojową.  W  krótkim  czasie  został  sierżantem  i  w  ciągu  lat  siedmiu  nie  opuszczał 
szeregów. Dzięki wypadkom wojennym przejechał wzdłuż i wszerz Austrię i Niemcy, widział 
północną  Francję,  północne  Włochy,  Turcję  i  znaczną  część  Rosji  (tak  przynajmniej 
opowiadał). Wreszcie po tylu latach wojskowego życia powrócił do domu i z wielkim trudem 
wkręcił  się  na  pisarczyka  przy  jakimś  urzędzie.  Na  ciele  wyrósł,  zmężniał,  ale  na  duszy 
zmienił  się  nie  do  poznania.  Wprawdzie  moralna  zgnilizna  całkiem  jeszcze  nim  nie 
owładnęła, ale z dziecięcych przekonań religijnych pozostały mu tylko strzępy. Uznawał niby 
to jakąś religię, ale swoją, mglistą, opartą na wewnętrznym uczuciu. Stąd też nie widziano go 
w kościele jeno coś dwa, czy trzy razy i to nie na Mszy św.,  lecz w czasie ślubu. Poza tym 
zwykł  był  (szczególnie  przy  młodszych)  drwiąco  się  wyrażać  o  prawdach  wiary,  szydził  z 
nabożeństw i duchowieństwa.  

Spotkaliśmy się przypadkowo w czasie przechadzki. Ponieważ parę lat przed wojną jużeśmy 
się znali bliżej, więc przywitanie było poniekąd przyjacielskie. Ale mój znajomy czuł się przy 
mnie  nieswojo  i  jakoś  na  dłuższą  pogawędkę  ochoty  nie  miał;  chciał  się  tylko  ze  mną  co 
prędzej  pożegnać,  niby  w  tym  celu,  "by  mi  nie  przeszkadzać  i  nie  skracać  chwil 
poświęconych na wytchnienie". Ale ja właśnie chciałem go przy sobie zatrzymać.  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

20 

–  Mój  drogi  –  powiadam  –  i  rozmowa  może  być  rozrywką.  Czy  przechadzka  tylko  wtedy 
pożyteczna, gdy milczkiem odbyta? Pójdziemy obaj w jedną stronę zatem i wilk będzie syty i 
koza cała.  

Przyparty  do  muru,  uśmiechnął  się,  jak  to  mówią,  od  niechcenia  i  ruszył  ze  mną  ku 
pobliskiemu wzgórzu. Zaczęliśmy rozmowę od spraw miejscowych, a stąd przerzuciliśmy się 
na  politykę.  By  jakoś  ośmielić  swego  towarzysza,  starałem  się  przybrać  rolę  ucznia. 
Zadawałem  pytania;  on  odpowiadał  na  nie  z  początku  kilku  słowami,  potem  zapalił  się, 
nabrał odwagi i zaczął szeroko swe zapatrywania przedstawiać. Narzekał na zacietrzewienie 
partyjne, łapownictwo, brak miłości Ojczyzny itd.  

Po niejakiej chwili udało mi się zjechać zręcznie na dziedzinę religijną.  

–  Dziś  –  rozpocząłem  –  wobec  zaniku  obowiązkowości  i  moralnego  poczucia,  wobec 
powodzi  kradzieży  i  zbrodni,  wobec  karygodnego  samolubstwa  i  zasklepiania  się  w 
materialnym  dobrobycie  i  zmysłowym  użyciu,  potrzeba  by  umocnienia  religii.  A  tymczasem 
zasady  religijne zanikają w społeczeństwie. Poznać  to  można po  takim drobnym, zdaje się, 
objawie,  jak  uczęszczanie  do  kościoła  w  niedzielę  i  święta.  Przed  wojną  w  tutejszej  parafii 
podczas sumy kościół był przepełniony, dziś prawie pustkami świeci.  

Mego  towarzysza  tknęło  widocznie  do  żywa,  zaciął  się  trochę,  ale  w  tej  prawie  chwili 
opanował zmieszanie i z odcieniem wyższości odparł:  

–  Mój  kochany,  może  cię  urażę,  lecz  powiem,  co  czuję.  Jesteś  pod  tym  względem 
jednostronnym. Uczęszczanie do kościoła, żegnanie się wodą święconą, klękanie, spowiedź 
i inne praktyki religijne – to tylko zewnętrzny pokost, kryjący pustkę wewnętrzną. Bóg naszej 
zewnętrznej czci nie potrzebuje, ale patrzy na serce. I moim zdaniem najlepsza religia opiera 
się na przekonaniu, a nie na takich drobnostkach.  

–  Powoli,  powoli...  Zarzucasz  mi,  że  jednostronnie  na  rzeczy  patrzę,  ale,  zdaje  się,  ty 
większą jednostronnością grzeszysz, bo chcesz z religii usunąć to, bez czego by się ona nie 
obeszła.  

Przede wszystkim, jeżeliśmy dziełem Stwórcy co do duszy, to chyba równą miarą także i co 
do ciała. I jedno i drugie z rąk Bożych pochodzi. Jeśli tedy dusza ma się korzyć przed swym 
Panem, to jakim prawem może się wyłamywać spod tego obowiązku ciało? Tym bardziej, że 
ciało  jest  zebraniem  doskonałości,  jakie  widzimy  we  wszystkich  istotach  niższych, 
nierozumnych,  więc  i  z  tego  powodu  powinno  w  ich,  jakoby,  imieniu  składać  Bogu 
uwielbienie.  Co  więcej.  Cześć  zewnętrzna  jest  koniecznym  wypływem  i  bodźcem  czci 
wewnętrznej.  Taką  bowiem  już  mamy  naturę,  iż  każde  uczucie  żywsze  okazujemy 
zewnętrznym  wzruszeniem.  Czynność  wewnętrzna  uzewnętrznia  się  w  ruchach,  postawie, 
wyrazie  twarzy  i  oczu.  Radość  objawia  się  uśmiechem,  smutek  płaczem  i  przygnębieniem, 
prośba pokorną postawą i błagalnym głosem itd. Z drugiej strony znaki zewnętrzne obudzają 
w  duszy  podobne  uczucia.  I  dlatego  to  wzniosłość  podpadających  pod  zmysły  symbolów  i 
ceremonii  kościelnych  potęguje  w  nas  życie  wewnętrzne,  wyrywa  z  natłoku  doczesnych 
zajęć, z codziennej szarzyzny i kieruje ku nieskończoności.  

Nawet w stosunkach z ludźmi musimy przecież zważać nie tylko na uczucia wewnętrzne, ale 
i  na  zewnętrzne  oznaki.  Byłeś  żołnierzem.  Wyobraź  sobie,  iż  przy  przeglądzie  wojsk  nie 
oddałeś  należnej  czci  generałowi.  Zwracają  ci  uwagę,  a  ty  najspokojniej  mówisz:  Panie 
generale, ja w sercu większą mam dla pana cześć, niż inni. Bardzo wątpię, czy taka obrona 
byłaby  wystarczająca.  Albo:  wracasz  z  wojny  do  rodzinnego  domu.  Na  drodze  spotykasz 
matkę  i  przechodzisz  wobec  niej  jak  obcy.  Zdziwiona  matka  wyrzuca  ci  obojętność,  a  ty 
zimno odpowiadasz: Matko! Przywitanie to tylko zewnętrzna drobnostka: prawda, miłość tkwi 
w sercu.  Czy zasługiwałbyś  w takim wypadku na miano dobrego syna? Sam przyznasz, że 
nie. Dlaczegóż więc Bogu czci zewnętrznej odmawiasz?  

Tłumaczysz  się  co  prawda  tym,  że  Pan  Bóg  czci  zewnętrznej  nie  potrzebuje.  Oczywiście, 
Pan Bóg nawet naszej wewnętrznej czci nie potrzebuje, bo jest Sam w Sobie nieskończenie 
doskonałym,  ale  z  tego  jeszcze  nie  wynika,  że  my  od  tego  obowiązku  jesteśmy  wolni. 
Przełożony nie potrzebuje hołdu swych poddanych, a jednakowoż ma prawo tego hołdu się 
domagać.  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

21 

Mówisz, że Pan Bóg patrzy na serce. I to prawda. A właśnie Bóg, patrząc na serce tych, co 
Mu nie chcą czci zewnętrznej oddawać, widzi, iż oni ani odrobiny wewnętrznego uczucia nie 
mają. Bo gdyby uczucie to rzeczywiście było, z pewnością ujawniłoby się w czynie.  

– A jednak – cześć zewnętrzna rozbudza nieraz fałszywą pobożność.  

– Nic dziwnego, nie ma takiej rzeczy, której by człowiek nadużyć nie potrafił. Ja również nie 
pochwalam  tych,  co  świętość  opierają  na  bezmyślnym  klepaniu  pacierzy,  nie  uznaję  też 
świętości obłudników, ani radzę naśladować tych,  co pół dnia siedzą w kościele, a przez to 
zaniedbują swoje obowiązki.  

Mój  towarzysz  nie  miał  odwagi  bronić  dalej  swych  zapatrywań.  Rozmawialiśmy  jeszcze 
długo, ale już w większej zgodzie, że zaś łaska Boża działała, a ziemia nie była opoczystą, 
więc po kilku dniach wszystko skończyło się spowiedzią i zmianą na lepsze.  

B. P.  

 

 

DLACZEGO NIEKTÓRZY LUDZIE NIE WIERZĄ? 

 

Kardynał angielski Newman (Njumen), który w młodości swej był protestantem, wysłuchiwał 
pewnego dnia zwierzenia starego przyjaciela protestanta. Mówił on:  

–  Jestem przekonany o Boskości Kościoła katolickiego,  lecz  jakiś nieprzezwyciężony wstręt 
wstrzymuje mnie od przejścia na wiarę katolicką.  

Uśmiechnął  się  ze  smutkiem  kardynał,  wiedział  bowiem,  co  jest  przeszkodą  w  nawróceniu 
się  jego  przyjaciela.  Wziął  potem  arkusz  papieru,  napisał  na  nim  wyraz:  "Bóg"  i  podał  do 
przeczytania przyjacielowi, pytając:  

– Cóż przeczytałeś?  

– Bóg – odpowiedział protestant.  

– Dobrze – rzekł kardynał.  

Wziął następnie złotą monetę, przykrył nią napisany wyraz i pyta:  

– Cóż teraz przeczytasz?  

Zrozumiał protestant i ze wstydem opuścił głowę.  

Iluż  to  nie  wierzy  w  Boga,  nie  myśli  o  Nim,  nie  modli  się,  bo  pieniądz  i  sprawy  doczesne 
zakrywają Go przed ich oczyma!  

 

 

CZY KAŻDA RELIGIA JEST DOBRA? 

 

Pociąg sunął raźno po jednej z głównych linii kolejowych naszej Rzeczypospolitej. Jak okiem 
sięgnąć  ciągnęły  się  równiny,  ogarbione  gdzieniegdzie  lekkimi  pagórkami.  Ranek  był 
chłodny,  wrześniowy.  Złocista  tarcza  słoneczna  dźwignęła  się  zza  krańców  widnokręgu  i 
zatopiła w morzu promieni i rozorane zagony i puste ścierniska i wykoszone łąki i gęste kępy 
łozin.  Nikłe  opary,  zawisłe  nad  moczarami,  podnosiły  się  nieznacznie  i  rozpływały  zwolna  i 
niepostrzeżenie.  Kropelki  rosy,  uczepione  do  listków  traw,  zabłysły  jak  szczodrą  ręką 
zarzucone brylanty.  

Z  podróżnych  mało  kto  zachwycał  się  tym  uroczym  obrazem  przyrody.  Potworzyły  się  jak 
zazwyczaj  osobne  grupki.  Rozprawiano  zawzięcie,  z  przekonaniem  i  gorączkową 
gestykulacją.  Co  było  podłożem  rozmowy?  Najrozmaitsze dziedziny.  Jedni układali  świetne 
plany handlowych interesów, drudzy narzekali na drożyznę i paskarstwo, inni omawiali różne 
zagadnienia swego zawodu,  lub  stanowiska. Ale, ma  się  rozumieć, większość  podróżników 
zajęła  się  polityką.  Sypały  się  gromy  oburzenia  na  łapownictwo,  pociski  ostrej  krytyki 
uderzały w ministrów i posłów, biadano nad finansową gospodarką, itd.  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

22 

Jedno z takich  politycznych  kółek tworzyło  dwóch  oficerów, fabryczny robotnik  i zbogacony 
na  wojnie  żydek.  Obok  nich  siedział  także  jakiś  małomówny,  ale  nader  zdrowo  myślący, 
profesor  gimnazjalny.  Przy  samym  oknie  stał  ksiądz-zakonnik.  Choć  zapatrzony  w  piękny 
krajobraz, nie odwracał jednak uwagi i od toczącej się rozmowy.  

–  Nie mogę sobie  wytłumaczyć –  rozpoczął  ogniście  jeden  z oficerów – dlaczego  w sejmie 
trzymają takich osobników, którym nie chodzi o dobro publiczne, ale o przepchanie własnych 
teoryj i partyjnych zapatrywań. Przecież oni dla swego widzimisię sprzedaliby Ojczyznę!  

– Przepraszam – wtrącił jego wojskowy towarzysz – iż włożę tu swoje dwa grosze. Zdaje mi 
się, że tych ludzi nie można obwiniać, boć oni działają według swych przekonań.  

–  Tak,  ale  przekonania  są  prawdziwe  i  fałszywe.  Pierwsze  winny  być  nietykalne;  przeciw 
drugim wolno występować, wolno je zwalczać i potępiać.  

–  Ależ,  proszę  pana,  ja  się  posłużę  przykładem  z  dziedziny  religijnej.  Jeśli  tam  nie  wolno 
naruszać cudzych przekonań, to chyba i tutaj należałoby podobną stosować zasadę.  

–  O,  co  do  dziedziny  religijnej,  to  zupełnie  się  z  panem  zgadzam,  ale  religii  i  polityki  nie 
należy, jak sądzę, pod tym względem na równi stawiać.  

Po  takim  odparciu  zarzutu  rozmowa  urwała  się  na  chwilę.  Cieszę  się  –  przerwał 
niespodziewanie  ksiądz,  –  który  zwracając  się  do  jednego  z  oficerów,  zapytał:  czy  nie 
raczyłby  mi  pan  wyjaśnić,  dlaczego  właściwie  nie  wolno  cudzych  przekonań  religijnych 
naruszać?  

– Bo mnie się zdaje – odpowiedział zagadnięty – że wszystkie religie są dobre.  

– Hm, to trochę za ryzykowny pogląd. Co byś pan pomyślał o człowieku, któryby upierał się 
przy  twierdzeniu,  iż  jedna  i  ta  sama  rzecz,  w  jednej  i  tej  samej  chwili,  pod  tym  samym 
względem  i  wobec  jednego  i  tego  samego  widza,  byłaby  zarazem  i  całkowicie  biała  i 
całkowicie czarna?  

– Pomyślałbym po prostu – rzekł z uśmiechem oficer – że władze umysłowe tego człowieka 
nie znajdują się w całkowitym porządku; ale co za styczność ma to pytanie z religią, o którą 
księdzu chodzi?  

–  O,  dość  wielką nawet,  bo  właśnie  kto  twierdzi,  iż  wszystkie  religie  są  dobre, ten  równym 
prawem mógłby powiedzieć, że białe jest czarnym a czarne białym, lub, że dwa razy dwa jest 
pięć, siedem lub dziewięć.  

– Ciekaw jestem dlaczego?  

–  Będę  się  starał  wygłoszone  zdanie  króciutko  uzasadnić.  Otóż,  żeby  każda  religia  była 
dobrą, każda  musiałaby być prawdziwą.  (Sam pan  chyba  przyznasz,  iż fałsz i kłamstwo na 
przymiot dobroci nie zasługuje). Tymczasem wszystkie religie prawdziwymi być nie mogą, a 
to  z  powodu  zachodzących  między  nimi  sprzeczności.  A  sprzeczności  wspomniane  są  tak 
jasne i tak liczne, że, jak mniemam, ich istnienia nie trzeba panom dowodzić. Można je łatwo 
znaleźć  i  w  głoszonych  przez  różne  religie  zasadach  i  w  nakazach  moralnych  i  w  czci 
zewnętrznej.  Oto  kilka  dla  przykładu.  Poganie  opierają  swą  religię  na  wielobóstwie,  czczą 
twory  bezrozumne  jak:  słońce,  księżyc,  gwiazdy,  ogień,  zwierzęta,  drewniane  bałwany, 
kamienie;  pogaństwo  ubóstwiało  niejednokrotnie  zbrodnie  i  występki  a  składało  im  ofiary  z 
ludzkiego życia. Chrześcijaństwo  odwrotnie  –  jednego uznaje  Boga, żądz i namiętności  nie 
tylko  nie  ubóstwia,  ale  każe  je  przytłumiać,  iż  potępia  myślne  nawet  pożądanie  występku. 
Pogaństwo  zezwalało  na  zemstę  i  nienawiść,  chrześcijaństwo  przeciwnie,  nakłada 
obowiązek  miłości  bliźniego.  Pogaństwo  stawiało  niewolnika  niżej  zwierzęcia,  upadlało 
kobietę,  ustanawiało  ojca  panem  życia  i  śmierci  w  rodzinie  i  w  ogóle  uginało  się  przed 
fizyczną siłą; chrześcijaństwo zaś głosi równość wszystkich wobec Boga, reformuje stosunki 
rodzinne,  siłę  poddaje  moralnemu  prawu.  Po  cóż  jednak  mnożyć  i  nagromadzać 
sprzeczności?  Czyliż  jedna  z  nich  nie  wystarczy  do  udowodnienia  różnicy  istotnej  między 
obu  religiami?  A  zatem  słusznie  wnioskować  można,  iż  obie  równie  prawdziwymi  być  nie 
mogą.  

Ale zostawmy już na boku religię pogańską, a przypatrzmy się samemu chrześcijaństwu. I w 
jego  łonie  istnieją  najrozmaitsze  wyznania,  rozbieżne  w  zasadach  i  zwalczające  się 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

23 

wzajemnie.  Inaczej  na  naukę  Chrystusa  zapatruje  się  katolik,  inaczej  protestant,  inaczej 
schizmatyk.  Któż z nich ma  słuszność?  Czy wszyscy razem?  Chyba nie, bo w przeciwnym 
wypadku  śnieg  mógłby  być  białym  i  czarnym  zarazem.  Jeżeli  bowiem  dwie  przeciwności 
mogą  być  prawdziwe  w  dziedzinie  religijnej,  to  dlaczegóż  dziedzina  np.  fizyczna  nie 
podlegałaby takiemu prawu?  

–  Proszę  księdza  –  przerwał  jeden  z  oficerów  –  zgadzam  się  na  te  wywody,  a  przecież 
zdania  swego  nie  cofam.  Opieram  się  na  różnicy  między  praktyką  a  teorią.  W  teorii 
rzeczywiście jedna tylko religia może być prawdziwą, ale w praktyce po czym tę prawdziwą 
religię rozpoznać? Każde wyznanie religijne powołuje się na swój nadprzyrodzony początek.  

–  Słusznie  pan  zauważył  –  odparł  ksiądz,  –  że  wszystkie  religie  wysuwają  na  czoło  swą 
nadprzyrodzoność  i  prawdziwość.  Ale  czyż  inaczej  być  może?  Przecież  nikt  otwarcie  do 
błędu i fałszu przyznać się nie myśli. Fałsz bowiem sam w sobie jest czymś tak wstrętnym, 
tak  dla  naszego  umysłu  niedostosowanym,  iż  dopiero  ozdobiony  błyskotkami  zmysłowego 
dobra,  oparty  na  pozornych  dowodach,  przybrany  w  pociągającą  szatę  prawdy,  zdoła 
omamić  umysł  i  porwać  za  sobą  wolę.  Otóż  i  religia  każda,  jakiekolwiek  głosiłaby  zasady, 
zawsze będzie  się  starała  przyoblec  je  w pozory  prawdy. W  przeciwnym  razie  przyznałaby 
się od razu do całkowitego bankructwa.  

Lecz choć wszystkie religie ubiegają się o znamiona prawdziwości, to jednak wcale stąd nie 
wynika,  iż  w  praktyce  niemożliwą  jest  rzeczą  dojść  do  poznania  religii  jedynie  prawdziwej: 
owszem, zdrowy rozsądek mówi nam,  że prawdziwa religia posiada  pewne odrębne  cechy, 
po których zawsze i wszędzie można ją odróżnić od religii fałszywych.  

– Skądże to? – zagadnął żywo oficer.  

–  Stąd,  że  religia,  jak  zresztą  człowiek  i  świat  cały,  bierze  swój  początek  od  Boga.  A  jeśli 
Sam  Bóg  wszczepił  w  ducha  ludzkiego  potrzebę  religii,  to  bezsprzecznie  tę  religię  Swym 
nieomylnym  znamieniem  opatrzył.  Czyliż  bowiem  Stwórcy  obojętną  byłoby  rzeczą,  jakie 
ludzie  mają  o  Nim  pojęcia:  prawdziwe  czy fałszywe;  jak  Go  czczą,  cnotą  czy  występkiem? 
Przecież taka obojętność sprzeciwiałaby się Boskiej świętości i mądrości.  

– Cóż więc będzie takim Boskim znamieniem prawdziwej religii?  

Przede  wszystkim  cuda.  Cud  bowiem  jest  zjawiskiem  w  całym  tego  słowa  znaczeniu 
nadnaturalnym,  jest  bezpośrednim  a  nadzwyczajnym  wmieszaniem  się  Stwórcy  w  zwykły 
bieg  przyrody.  A  jeśli  Bóg  działa  cuda,  co  uświetniają,  wzmacniają  i  potwierdzają  jakąś 
religię, to stąd prosty wniosek, że owa religia jest Boską i jedynie prawdziwą. Zatem ta religia 
opiera  się  na  świadectwie  Stwórcy,  która  choć  jeden  prawdziwy  cud  na  swe  potwierdzenie 
przywiedzie. Powiedziałem  prawdziwy  cud, bo  każda fałszywa  religia chlubi  się  cudownymi 
zjawiskami,  zawdzięczającymi  swój  początek  albo  zmyśleniu,  albo  kuglarstwu,  albo 
nieznajomości  praw  przyrody,  albo  pomocy  szatana,  ale  jeden  jedyny,  i  tu  powiem  bez 
ogródki,  katolicyzm może przytoczyć ku  swej  obronie cuda  rzeczywiste  i prawdziwe  tj.  ręką 
Bożą bezpośrednio zdziałane.  

– Proszę mi choć jeden taki niezbity cud przytoczyć!  

–  Owszem.  Pominę  te  cuda  natury  moralnej,  jako  to niespożytość Kościoła  wśród  ciągłych 
prześladowań,  niezmienność  katolicyzmu,  mimo  tylu  herezyj  i  odszczepieństw,  niezwykłe 
męstwo i niewytłumaczalna odwaga męczenników, nieprzerwany ciąg świętych itd., nie będę 
sięgał  też  czasów  odległych,  bo  może  byście  mi  panowie  zarzucili,  że  dawniej  byli  ludzie 
naiwni, łatwowierni, że nie patrzyli tak na rzeczy (a do zbicia tych zarzutów już i czasu może 
by mi zabrakło). Więc, by prędzej dojść do końcowego wniosku, przytoczę jeden wypadek w 
swoim czasie bardzo głośny i drobiazgowo przez lekarzy zbadany.  

Było to w r. 1867 we wsi flandryjskiej Jabbeke. Mieszkańcowi tej wioski Piotrowi Rudderowi, 
spadające  przy  ścinaniu  drzewo  zgruchotało  nogę  poniżej  kolana.  Kość  tak  strasznie  była 
zmiażdżona,  iż,  jak  świadczy  dr  Affenaer  (który  właśnie  leczył  nieszczęśliwego),  "gdy  się 
poruszało  chorą  nogą,  słychać  było  taki  chrzęst,  jakby potrząsał  workiem  orzechów.  Część 
dolna  nogi  wisiała  i  obracała  się  na  wszystkie  strony".  Mimo  troskliwej  opieki  lekarskiej 
kalectwo  nie  ustępowało.  Owszem,  po  pięciu  tygodniach  na  nodze  otworzyła  się  ropiejąca 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

24 

rana.  Stan  taki,  z  dnia  na  dzień  się  pogarszający  trwał  aż  do  r.  1875  tj.  lat  osiem. 
Opuszczony  przez  ludzi  biedak,  postanowił  udać  się  o  pomoc  do  Matki  Boskiej  i  odbyć 
pielgrzymkę do Ostacker, miejsca słynącego cudami. W przeddzień odjazdu do cudownego 
miejsca  trzy  osoby  z  sąsiedztwa  oglądały  ranę  i,  jak  zgodnie  zaświadczyły,  dwa  końce 
złamanej kości odległe były od siebie na 3 cm.  

Z wielkim trudem dostał się Rudder do Ostacker. Tu przed cudowną grotą usiadł na ławce i 
gorąco  począł  się  modlić.  Nagle  czuje  jakieś  wstrząśnienie  i  traci  przytomność.  Po  chwili 
jednak  wstaje  o  własnych  siłach,  biegnie  ku  grocie  i  pada  na  kolana  przed  statuą 
Niepokalanej Dziewicy. Uzdrowienie było całkowite: kości się zrosły i to bez skrócenia nogi, 
ustąpiła  puchlina,  została  tylko  blizna,  jakby  na  świadectwo  niezwykłego  cudu.  Lekarze  ze 
wszech stron zjeżdżali się, by na miejscu zbadać niepowszednie zjawisko.  

A teraz zapytam się panów, czy to nagłe uzdrowienie mogło być dokonane siłami przyrody?  

– Nie, – odpowiedział po krótkim namyśle jeden z oficerów.  

– A więc było zdziałane mocą Bożą?  

– Innego wyjścia nie ma.  

– A zatem cud ten jest niezbitym świadectwem prawdziwości katolicyzmu.  

Oficerowie  spojrzeli  po  sobie  trochę  zakłopotani.  Wkrótce  jednak  rozpoczęli  znowu  z 
księdzem rozmowę o religii i to już w zgodniejszym tonie.  

Wreszcie  pociąg  stanął  na  jednej  ze  stacyj  węzłowych.  Oficerowie  poczęli  się  zbierać.  Na 
odchodnym  pożegnali  się  z  księdzem  po  przyjacielsku,  a  jeden  rzekł  półgłosem:  "Dziękuję 
księdzu za parę słów wyjaśnienia. Bądźcobądź sprawy religijne są najważniejsze w życiu, a 
jednak właśnie o nich ma człowiek częstokroć skąpe i, co gorsza, błędne pojęcie".  

B. P.    

 

 

CZY CUDA SĄ MOŻLIWE? 

 

Zebranie nauczycielskie. Ruch, wybuchy śmiechu, gwar, rozmowy mieszają się wzajemnie i 
wytwarzają  wśród  obecnych  nastrój  wesołego  podniecenia.  Rozprawiamy  o  wszystkim:  ma 
się  rozumieć  naczelne  miejsce  zajmuje  nasze  tradycyjne,  a  dzisiaj  szczególnie  modne 
narzekanie; poza tym  ten  i  ów  występuje  z  krytyką  szkolnego  programu,  ktoś  podaje  nowe 
plany, a inni dzielą się z towarzyszami z zasobem "najświeższych" wiadomości z okolicy.  

Tuż obok mnie jeden kolega barwnie opisuje drugiemu jakieś nieprawdopodobne zdarzenie.  

– To niemożliwe.  

– Możliwe, bo rzeczywiste.  

– Prędzej bym w cud uwierzył – woła żartobliwym tonem pierwszy.  

– A pan w cuda nie wierzy? – wtrąciłem także żartem, nie spodziewając się, że to zapytanie 
da początek głębszej pogadance o cudach.  

–  O,  jeśli  chodzi  o  zaznaczenie  moich  pod  tym  względem  przekonań  –  odpowiedział  –  to 
szczerze się przyznaję, iż w cuda nie wierzę. Moim zdaniem wiara w cuda nie zgadza się z 
nowoczesnym na świat poglądem.  

–  Mój  drogi panie  –  rzekłem  –  ja  jeszcze  zaliczam  się  do  tych  wsteczników,  którzy  w cuda 
wierzą. Ogromnie tedy jestem ciekaw na czym ten "nowoczesny pogląd" się opiera.  

–  Cud  jest niemożliwy –  odparł  z  taką  co  najmniej  pewnością,  jak  gdyby  wygłaszał  pewnik 
matematyczny: 2 + 2 = 4.  

– Radbym wiedzieć dlaczego?  

–  Choćby  z  tej  prostej  przyczyny,  że  cud  sprzeciwia  się  prawom  przyrody,  a  prawa  te  są 
niezmienne.  Czyż  można  wobec  tego  wierzyć  w takie  fakta  ewangeliczne,  jak:  wznoszenie 
się Chrystusa w powietrze, stąpanie po wodzie itp.  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

25 

– Pozwolisz pan, iż wtrącę pytanie z innej dziedziny?  

– Owszem, proszę bardzo.  

–  Czy  pan  uznaje  prawo  ciężkości  względem  przyciągania,  które  na  naszej  kuli  ziemskiej 
objawia  się np. w ten sposób,  że  kamień  spada zawsze na dół, a  woda  spływa z dachu do 
rynny, a nigdy odwrotnie?  

– Całkiem naturalnie.  

– A czy pan przypadkowo nie widział, jak to chłopcy kamieniami strącają jabłka z jabłoni?  

– Widziałem, ale co to ma wspólnego z naszym przedmiotem?  

– Zaraz, zaraz dojdziemy. – Otóż jest rzecz taka: Prawo przyrody wymaga, aby kamień spadł 
na dół, a tymczasem mały chłopak może to prawo naruszyć, a przynajmniej na chwilę nadać 
kamieniowi  pęd  wprost  przeciwny.  Może  to  również  zamach  na  niezmienność  praw 
rządzących światem?  

–  Bynajmniej,  bo  choć  prawo  przyciągania  zawsze  działa,  jednakowoż  daje  się  jednak  za 
pomocą większej siły sparaliżować i w pojedynczym wypadku zawiesić.  

–  Bardzo  pięknie.  To  właśnie  chciałem  od  pana  usłyszeć.  Zgadzamy  się  więc  obaj,  że 
człowiek  może  niekiedy  prawo  przyrody  w  działaniu  powstrzymać.  Chodzi  tylko  o  to,  by 
jednej  sile przeciwstawić siłę drugą, większą. Na jakiej  podstawie odmawia pan  Bogu  tego, 
co  my w pewnej mierze posiadamy? Czyż Bóg, Stwórca  świata i jego  Kierownik,  nie może 
potęgą  Swoją prawa  natury  zawiesić  w  działaniu?  Dziwi  się  pan,  jak  Chrystus  mógł  unosić 
się  w  powietrzu,  lub  chodzić  po  powierzchni  wody.  Jeśli  ludzie  przemyślnością  swego 
rozumu doszli dziś do tego, że mimo prawa ciężkości unoszą się samolotami w przestworza, 
a  okrętami  przebiegają  oceany,  to  jeden  Pan  Bóg  nie  mógłby  praw  przyrody  Swą 
wszechmocą  ujarzmić?  Zresztą  Bóg  jest  tych  praw  Twórcą:  może  je  nie  tylko  chwilowo 
zawiesić,  ale  i  zmienić  całkowicie. W  przeciwnym  razie  nie  byłby  Bogiem.  Nie  byłby  Istotą 
niezależną, bezwzględną, ale niewolnikiem jakiejś ślepej konieczności.  

– Zatem Pan Bóg mógłby sprawić, by 2 + 2 równało się pięciu?  

–  O,  to  co  innego,  2  +  2  to  nie  jest  prawo  fizyczne,  ale  matematyczne.  Zmiana  prawa 
matematycznego prowadzi  do niedorzeczności  –  a  Bóg  niedorzeczności uczynić  nie  może, 
bo Sam Sobie by się sprzeciwiał. Ale prawa fizyczne, prawa przyrody nie zawierają w sobie 
pojęcia  bezwzględnej  konieczności:  któżby  np.  powiedział,  że  ziemia  nie  mogłaby  mieć 
większej objętości, rok więcej dni, dzień więcej godzin itp.  

– Ja sądzę przecież – bronił się dalej mój towarzysz – że nawet gdyby P. Bóg mógł zawiesić 
lub  zmienić  prawo  przyrody,  to  i  tak  cud  byłby  niemożliwy,  bo  sprzeciwiałby  się  Bożej 
mądrości  i  niezmienności.  Stwórca  zakrawałby  na  nieudolnego  artystę,  który  ciągle  swe 
dzieło poprawia.  

–  Rozbrajasz  mnie  pan  swą  troskliwością  o  P.  Boga.  Lecz  proszę  być  spokojnym  o  Boże 
przymioty.  Pan Bóg  od wieków  nadał prawa naturze  i od wieków  postanowił zrobić od  tych 
praw  pewne  odchylenia.  Jak  cały  rozwój  świata,  tak  i  cuda  są  stopniowym  wypełnianiem 
odwiecznego planu. Cuda więc tylko w naszym nieudolnym pojęciu są wyjątkami, ale w myśli 
Bożej należą do ogólnego porządku. Nie można mówić o jakiejś zmianie, o jakiejś poprawce. 
Z mądrością zaś Bożą cuda nie zgadzałyby się wtedy, gdyby P. Bóg czynił je bez wyższego 
celu,  ot  tak  –  z  kaprysu.  Jednakowoż  cudom  towarzyszy  zawsze  jakiś  wzgląd  wyższej 
prawdy, okazanie Bożej potęgi itd.  

–  No,  ale  uznawszy  możliwość  cudów,  trzeba  zwątpić  w  pożytek  i  wartość  naukowych 
zdobyczy. Nauka bowiem opiera się na stałości praw przyrody: jeśliby P. Bóg mógł dowoli te 
prawa  zmieniać,  to  w  przyrodzie  nic  nie  można  by  przewidzieć,  nic  ściśle  określić.  Ani 
astronom nie mógłby obliczyć zaćmienia słońca, ani lekarz szukać lekarstwa na choroby, bo 
Pan Bóg wszechmocą Swoją udaremniałby ich prace i zabiegi.  

–  Zbyt  wygórowana  obawa,  mój  panie.  Przede  wszystkim  wielu,  bardzo  wielu  uczonych 
wierzyło, wierzy i wierzyć będzie w cuda, a mimo to żadnemu z nich na myśl nie przyszło, i 
zdaje się nie przyjdzie, że P. Bóg im cudami będzie w pracy naukowej przeszkadzał. Zresztą 
w naturze ileż to  razy nieprzewidziana  siła przeszkodzi w działaniu jakiegoś  prawa.  Co  byś 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

26 

pan powiedział o człowieku, który, nie mogąc w mokrym drzewie ognia rozniecić, twierdziłby, 
że  drzewo  jest  materiałem  niezapalnym?  Zresztą  cuda  z  natury  rzadko  się  dzieją,  więc 
płonny lęk o naruszenie podstaw nauki. Bądź pan pewien, że gdy wobec uczniów przyjdzie 
zrobić jakieś doświadczenie fizyczne  lub  chemiczne,  to  wówczas  P. Bóg  cudów działać nie 
będzie.  

Mój  przeciwnik,  zdaje  się  szukał  jeszcze  obronnego  stanowiska,  lecz  z  grupki  ciekawych, 
którzy  dookoła  się  skupili,  ktoś  wtrącił  z  przekąsem:  "Widzę,  że  z  kolegi  teolog  nie  lada!" 
Zebrani wybuchnęli śmiechem: dyskusja przerwała się.  

B. P.  

 

 

CUDA 

 

Niedawno temu rozmawiałem z "Jednym" i "Drugim" (nie podaję nazwisk, bo może by sobie 
tego nie życzyli). Mówiliśmy o prawdzie, tezach, hipotezach itd., a także potrącaliśmy o cuda.  

"Jeden" opowiadał z odcieniem zgorszenia,  że  jakiś tam biskup za prędko  w cud  uwierzył i 
posłał księdza na miejsce dla zbadania sprawy.  

– Jeżeli uwierzył zaraz, to po co jeszcze posłał badać? – spytałem.  

– ... Ja powtarzam tylko co dowodził dziennik.  

–  Jak  to  mądrze  piszą,  prawda?  –  Co  do  wypadków,  które  uchodzą  za  cudowne,  Kościół 
postępuje  bardzo  przezornie  i  wysyła  właśnie  na  miejsce  komisje,  złożone  z  fachowców 
duchownych i świeckich celem ustalenia faktu, jego okoliczności i charakteru, zanim orzeknie 
o tym, czy dany wypadek jest rzeczywiście cudownym, czy też nie.  

–  Z  cudami  dosyć  często  się  spotykamy,  wtrącił "Drugi",  bo  tyle  mamy  jeszcze  nieznanych 
praw w przyrodzie.  

– Jak właściwie wyobraża sobie pan pojęcie cudu? – zagadnąłem.  

– Jest to wypadek, pochodzący z nieznanych nam jeszcze sił przyrody.  

– To bynajmniej nie jest jeszcze cudem.  

– A więc co?  

– Jest to wypadek, pochodzący nie z sił przyrody znanych czy nieznanych, ale bezpośrednio 
spowodowany  Wszechmocą  Bożą,  wbrew  istniejącym  prawom  przyrody.  My,  mając  głowę 
skończoną, chcielibyśmy wszystko zacieśnić do jej pojęć. Tak więc, ponieważ w codziennym 
życiu widzimy zawsze przyczyny naturalne w różnych wypadkach, jesteśmy skłonni do tego, 
by  wszystkie  wypadki zaliczyć do tej  kategorii, z tą najwyżej  różnicą, że  w niektórych  –  nie 
znamy  jeszcze  przyczyn.  Ale  wszechświat  jest  większy,  można  powiedzieć,  że  prawie 
nieskończenie jest większy niż wszystkie nasze głowy razem i bynajmniej nie musi wszystko 
koniecznie  pochodzić  z  przyczyn  naturalnych  i  to  materialnych  jeszcze.  Pan  Bóg,  który  z 
niczego stworzył to wszystko, co nas dookoła otacza, czyli inaczej, utrzymuje nas w istnieniu 
i daje w każdej chwili istnienie temu wszystkiemu, nie jest znowu tak słabym, żeby bez tych 
Swoich stworzeń i nie ściśle wedle im danych praw nie mógł czegoś zdziałać.  

Owszem, nawet takie bezpośrednie działanie Boże bardzo przyczynia się do ożywienia wiary 
i wzbudzenia większej w Bogu ufności, bo do rzeczy zwyczajnych, chociaż najwspanialszych 
dzieł  Bożych,  tak  się  przyzwyczajamy,  że  to  już  na  nas  wrażenia  nie  robi.  Takie  więc 
bezpośrednie działanie Boże od czasu do czasu jest nam potrzebne.  

– Nie przeczę, że Pan Bóg cuda czynić może, ale chciałbym posłyszeć fakta.  

–  I owszem. Znam  osobiście bardzo  wykształconego  i świątobliwego  księdza, który  mi taką 
rzecz o sobie opowiadał:  

"Gdym był małym chłopcem, rozbolała mię noga tak, że spać nie mogłem i krzyczałem z bólu 
po nocach.  Lekarze nic  pomóc nie byli  w  stanie,  aż  wreszcie  zrobili  konsylium  i  orzekli,  że 
konieczną jest operacja.  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

27 

To  było  wieczorem;  nazajutrz  miano  operacji  dokonać.  Matka  moja  jednak,  widząc  co  się 
święci, zdzierała wszystkie bandaże i polewała zbolałą nogę wodą z Lurd. Była to pierwsza 
noc, w której usnąłem. Rano powstałem – całkiem zdrów. Przychodzą lekarze dla dokonania 
operacji, a ja już swobodnie chodzę. Oniemieli ze zdziwienia, nie na tym jednak koniec; jakby 
dla  okazania,  że  nie  była  to  drobnostka,  nie  mogłem  jeszcze  włożyć  obuwia  z  powodu 
zgrubienia  na  stopie,  które  się  potem  otworzyło,  a  z  niego  wypadł  kawałek  kości.  Lekarz, 
który mnie leczył był niedowiarkiem; po tym jednak wypadku nawrócił się i zbudował kościół".  

Albo głośne na cały świat uzdrowienie Piotra Ruddera.  

Ścięte  drzewo  padło  mu  na  nogę  i  złamało  ją  tak  nieszczęśliwie,  że  mimo  zabiegów 
lekarskich  kości  nie  tylko  się  nie  zrosły,  ale  nawet  psuć  się  zaczęły.  Przeleżał  wśród 
strasznych  bólów  cały  rok,  a  potem  przez  osiem  lat  i  dwa  miesiące  włóczył  się  o  kulach. 
Mając  jednak  od  dzieciństwa  nabożeństwo  do  Najświętszej  Panny,  udał  się  do  Ostacker, 
gdzie zbudowano grotę podobną do groty w Lurd i czczono Niepokalaną. Części złamanych 
kości  odstawały  wówczas  od  siebie  o  3  cm,  dolna  część  nogi  obracała  się  bezwładnie  na 
wszystkie strony, a z rany wydobywała się cuchnąca materia, tak, że woźnica zawołał: "Oto 
człowiek, który gubi nogę po drodze", a konduktor robił mu wyrzuty, iż zanieczyszcza wagon. 
Przyszedłszy  do  groty  zaczyna  się  modlić.  Naraz  wstaje  zupełnie  zdrów.  Lekarz  jego  p. 
Affenaer, przedtem niewierzący, nawrócił się i stał się gorliwym katolikiem.  

Oto są cuda.  

M. K.  

 

 

JESZCZE JEDEN KŁOPOT DLA TYCH CO NIE WIERZĄ 

 

Jest wielu sceptyków,  którzy nie wierzą w cudowne działanie  wody ze źródła, znajdującego 
się w grocie Lurd.  

Aby  właśnie  takich  przekonać,  że  użycie  tej  wody,  połączone  z  silną  wiarą,  rzeczywiście 
cuda działa – przytaczam fakt, którego naocznym byłem świadkiem.  

W listopadzie 1930 r. byłem wezwany do samego redaktora w Nicei p. Eugene Roche, 70 lat 
liczącego,  chorego  na  chroniczną  wadę  serca.  Choroba  ta,  chociaż  niewyleczalna,  jednak, 
zachowując higieniczną dietę, można z nią długo jeszcze żyć.  

W  końcu  grudnia  chory  raptem  czuje  wstręt  do  jedzenia,  połączony  z  nudnościami  i 
skłonnością do wymiotów, które jednak nigdy nie następują.  

Wszystkie środki pobudzające apetyt nic nie pomagają; chory z wielkim wstrętem przyjmuje 
dziennie dwie filiżanki mleka z kakao.  

Zawezwałem konsylium lekarskie.  

Lekarze,  nie  znalazłszy  przyczyny  tego  wstrętu  w  organizmie  chorego,  skonstatowali,  że 
choroba  powstała  wskutek  zajść  psychicznych  i  poradzili  wezwać  znanego  w  Nicei 
magnetyzera, p. Anglesa, aby chorego hipnotyzował i sugestionował  do  jedzenia.  Leczenie 
to  trwało  dwa  tygodnie,  ale  bez  rezultatu.  Chory  wskutek  nieużywania  pokarmów  wysechł 
strasznie, podobny był do żywego kościotrupa.  

Poradziłem  rodzinie  jego,  by  wezwała  kapłana,  gdyż  śmierci  można  się  było  w  każdej 
godzinie  spodziewać.  Na  wieść  o  tym  przeraził  się  bardzo.  Wyspowiadał  się  jednak  ze 
skruchą i nabożnie.  

Po kilku dniach odwiedziłem go znowu. Ujrzawszy mnie, rzekł z płaczem: "Czy rzeczywiście 
nie ma już na świecie żadnego środka, abym jeszcze pozostał przy życiu?" Odpowiedziałem 
mu, że nauka lekarska jest w tym wypadku bezsilną... jednakowoż jest jeden jedyny i ostatni 
środek,  ale  nie  apteczny,  który  go  jeszcze  może  wyratować  i  dałbym  mu  go,  gdybym  był 
przekonany o jego szczerej i głębokiej wierze chrześcijańskiej, a on mi na to odpowiada:  

"Wszak ja nic innego nie robię, jak tylko modlę się i przygotowuję na śmierć".  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

28 

Powiedziałem mu, że to jeszcze niedosyć, bo Bóg chce, aby wiara w Jego Moc i Opatrzność 
była  silną.  Przyrzekłem  mu  jutro  przynieść  środek,  którym,  jeżeli  szczerze  będzie  wierzył, 
Pan Bóg może go uzdrowić.  

Nazajutrz, zaopatrzywszy się w mały flakonik wody z cudownego źródła w Lurd, którą mi brat 
mój, Leon, zamieszkały w Warszawie, przed trzema laty przywiózł, udałem się do chorego.  

Był  spokojniejszym  –  obok  niego  stała  nietknięta  filiżanka  czekolady,  a  gdym  go  zapytał, 
dlaczego nie wypił, odpowiedział, że nie może, ponieważ gdy próbuje zaraz zbiera mu się na 
wymioty.  

Zapytałem go następnie, czy wierzy w pomoc Najświętszej Maryi Panny Niepokalanej.  

Na to pytanie oczy jego zalały się łzami i drżącym głosem odrzekł: "Wierzę".  

–  Wstawaj  pan  z  łóżka  i  będziemy  się  modlić  wspólnie  do  Matki  Bożej  –  powiedziałem  do 
niego. – I gdy z wielkim trudem przy pomocy rodziny wstał, uklęknęliśmy, odmawiając głośno 
i żarliwie modlitwy do Niepokalanej.  

Po skończonej modlitwie dałem mu wypić wodę z Lurd.  

Wypił  ją  pobożnie  i  z  rozrzewnieniem,  a  po  chwili  wypił  także  i  czekoladę.  Następnie 
poleciłem mu dać ciepłego bulionu, który spożył z doskonałym apetytem.  

I  od  tej  chwili  apetyt  służy  mu  wyśmienicie,  przybył  na  wadze  kilkanaście  kilo,  pracuje  jak 
dawniej, mimo swego sędziwego wieku.  

Czy  w  tym  wypadku  można  mówić  o  hipnozie  lub  sugestii,  która  przez  dwa  tygodnie 
stosowana, okazała się bezskuteczną?!  

Nawet  niedowiarek  czuje  się  zwyciężonym,  widząc  tak  niezbity  dowód  potężnego  i 
cudownego działania wody z groty w Lurd.  

Nicea, dnia 20 maja 1931.  
Dr med. Józef Dobrzański  

 

 

CZY CHRYSTUS PRAWDZIWIE ZMARTWYCHWSTAŁ? 

 

W  drugi  czy  trzeci  dzień  po  Świętach  Wielkanocnych  siedziałem  na  ławce  przed  małą, 
wiejską  stacyjką  i  czekałem na pociąg,  który  miał  mnie  przewieźć  z  cichego  ustronia  w  wir 
wielkiego  miasta.  Był  cudny  ranek  wiosenny.  Perły  rosy  jak  drogie  kamienie  migotały  na 
skromnym  jeszcze  traw  kobiercu.  Bladawa  zieleń  świeżych,  nierozwiniętych  listków 
nadawała  drzewom  wygląd  jakichś  mar  zaspanych.  Mgły  już  to  niby  lekkie  tkaniny 
rozwieszały się po wierzchołkach pobliskiego lasu, już przed światłem wschodzącego słońca 
kryły  się  trwożliwie  w  moczarzyste  kotlinki.  Płuca  wciągały  z  lubością  wonne  powietrze, 
wzrok upajał się widokiem nowego życia, a słuch tonął w hałaśliwym ptaszęcym świergocie.  

Czyjeś  głośne  chrząknięcie  przerwało  mi  ten  cichy  podziw  i  położyło  kres  nieuchwytnym 
marzeniom.  Oglądnąłem  się  i  spostrzegłem,  że  przysiadł  się  do  mnie  obywatel,  którego 
znałem tylko z widzenia i opowiadań.  

– Śliczny dzień, nieprawdaż? – zagadnął.  

–  I  to  już  nie  pierwszy  –  odrzekłem  –  całe  Święta  spędziliśmy  pod  ciepłym  tchnieniem 
wiosny.  

– Rzecz w ogóle znamienna, że chrystianizm legendę o zmartwychwstaniu Chrystusa splótł 
ściśle ze zmartwychwstaniem wiosennym przyrody.  

– Jaką legendę? – spytałem zdziwiony.  

– No... legendę Zmartwychwstania, związaną ze świętem Wielkiejnocy.  

–  Przecież  Zmartwychwstanie  Chrystusa  to  fakt  historyczny,  niezaprzeczony,  to  nie  bajka, 
nie legenda, nie podanie!  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

29 

–  Ach,  któżby  temu  dziś  wierzył.  Można  było  Zmartwychwstanie  wmawiać  w  ludzi 
średniowiecznych,  niekulturalnych,  ale  w  XX  wieku  już  za  późno!  Co  samo  w  sobie  jest 
niemożliwe, tego nie uważam za fakt historyczny.  

– O... pierwszą część pańskiego założenia, tj. że Zmartwychwstanie jest niemożliwe, trzeba 
by dopiero udowodnić, wątpię bardzo, czyby się to panu udało. Bo stąd, iż p. X. lub p. Y. w 
coś nie wierzy, czy wierzyć nie chce, jeszcze nie wynika, by daną rzecz zaliczyć od razu do 
niemożliwych. Moglibyśmy na temat samej tylko możliwości Zmartwychwstania pomówić, ale 
moim  zdaniem  prędzej  dojdziemy  do  ostatecznego  wniosku,  gdy  się  oprzemy  na  takiej 
podstawie:  co  się  już,  chociażby  raz  jeden  zdarzyło,  tego  nikt  zdrowo  myślący  nie  nazwie 
niemożliwym.  

Zgadza się pan ze mną na tym punkcie?  

– Najzupełniej.  

– Otóż fakt Zmartwychwstania Chrystusa rzeczywiście się zdarzył, a zatem jest możliwy. I tę 
prawdę będę się starał panu udowodnić.  

– Chętnie posłucham. Ciekaw jestem, jaką wartość mają te dowody.  

–  Rzeczywistość  jakiegokolwiek  wypadku  historycznego  stwierdzamy  najczęściej  przez 
wiarogodnych świadków, świadkami zmartwychwstania Chrystusa są Apostołowie, uczniowie 
i pierwsi Jego wyznawcy. Jest ich nie kilku, nie kilkunastu, ale, jak nam przekazał św. Paweł 
w  pierwszym  liście  do  Koryntian  (XV,  6)  przeszło  pięciuset  różnego  stanu,  płci,  wieku, 
usposobienia,  a  świadczą  nie  o  czymś  dawnym,  słyszanym  od  innych,  lecz  o  tym,  co  na 
własne oglądali oczy.  

O tych pierwszych świadkach z wszelką pewnością powiedzieć można, że nie mieli zamiaru 
oszukiwać. W oszustwie, którego by się tylu ludzi dopuściło, musiałby uwydatnić się jakiś cel. 
A  jakaż korzyść,  jakie  wyrachowanie  skłoniłoby Apostołów  do ułożenia  tej niezwykłej bajki? 
Sławy Mistrza nie uratowaliby, a sami mogli się spodziewać za oszustwo najsroższych kar i 
prześladowań.  Zresztą  Apostołowie,  choć  ludzie  prości,  wiedzieli  dobrze,  iż  w  zmyślone 
Zmartwychwstanie  nikt  by  nie  uwierzył.  Przecież  nie  rozgłaszali  tego  cudu  gdzieś  na 
krańcach  świata,  ale  w  Judei,  tam,  gdzie  Chrystus  żył,  gdzie  prawie  każdy  Go  widział  i 
słyszał,  gdzie  można  było  oglądać  grób,  wypytywać  naocznych  świadków.  Stąd  nic 
dziwnego,  że  nawet  najsurowsi  krytycy  i  zagorzali  racjonaliści  nie  śmią  odmówić  ani 
Ewangelistom,  ani  św.  Pawłowi,  (który  we  wspaniałym  liście  do  Koryntian  dokładnie  o 
Zmartwychwstaniu Chrystusa pisze) prawdopodobności i dobrej wiary.  

Choćby  jednak  Apostołowie  chcieli  oszukiwać,  to  by  oszukać  nie  mogli.  Bo  przecież,  by 
potwornemu  kłamstwu  dać  pozorną  podstawę,  trzeba  było  zabrać  z  grobu  i  ukryć  ciało 
Chrystusa. A jak wiadomo, grób był przywalony wielkim głazem, opieczętowany, obstawiony 
strażami.  Ciało  mogli  wydostać  przekupstwem,  przemocą  lub  podstępem.  Jeśli  użyli 
przekupstwa,  to  przede  wszystkim  nasuwa  się  poważna  wątpliwość,  skąd  biedni  rybacy 
wzięli tyle  pieniędzy, by  skłonić legionistów  rzymskich  do  czynu, za  który,  wedle ówczesnej 
karności  wojskowej,  groziła  ciężka  kara;  po  wtóre,  dlaczego  najwyższa  rada  żydowska 
(Sanhedryn)  milczy  uparcie  i  nie  poszukuje  winnych?  dlaczego  nie  pociąga  do 
odpowiedzialności  ani  żołnierzy,  ani  Apostołów?!  Przedtem  żydzi  tyle  dołożyli  starań,  by 
zapobiec wykradzeniu ciała, cóżby ich teraz skłoniło do umorzenia sprawy?  

Tym bardziej nie można posądzać uczniów Chrystusa o użycie przemocy czy podstępu. Co 
do  przemocy,  to  wiemy  dobrze  jak  bojaźliwi  byli  Apostołowie.  W  Ogrójcu  na  widok 
arcykapłańskich pachołków uciekają w popłochu, Piotr na  głos  służącej  zapiera  się Mistrza, 
tylko Jan na Golgotę pójść się odważył. I ci ludzie, niepomni co ich za to czeka, mieliby się 
rzucić  na  żołnierzy  Piłata?  Taki  gwałt  wywołałby  niechybnie  wrzawę  i  oszustwo  w  samym 
zarodku zostałoby stłumione.  

Podstępnie  wykraść  także  by  ciała  nie  mogli.  Bo  naprawdę  kamienny  byłby  sen 
"czuwających"  żołnierzy,  gdyby  nie  słyszeli  odwalania  kamienia,  wynoszenia  zwłok  itd. 
Zresztą znowu wraca pytanie, dlaczego nie szukano winowajców ani wśród straży, ani wśród 
uczniów Chrystusa?  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

30 

Ale przypuśćmy nawet,  że  Apostołowie  chcieli oszukać i rzeczywiście udało  im się  wykraść 
ciało Chrystusa. Teraz dopiero największe piętrzą się trudności. Dlaczego ni stąd ni zowąd, 
po  tej  kradzieży  wstępuje  w  bojaźliwych  Apostołów  duch  nadzwyczajnej  odwagi  i  męstwa? 
Dlaczego  w  obronie  "zmyślonego"  Zmartwychwstania  narażają  się  na  rózgi  i  więzienie?  A 
wreszcie co ich tak zaślepia, że oszukaństwo przypieczętowują męczeństwem?  

Jak  wytłumaczyć  ten  fakt,  że  wskutek  dwu  pierwszych  kazań  św.  Piotra  nawraca  się  8000 
ludzi, co  albo sami byli świadkami śmierci Chrystusa, albo mogli się o  wszystkim dokładnie 
dowiedzieć?  

Jak  wytłumaczyć  rozszerzenie  się  Kościoła  katolickiego?  Czy  w  ciągu  19  wieków  już  nie 
miliony, ale miliardy ludzi oparły swe przekonania religijne na kłamstwie kilku rybaków? Czy 
dziś jeszcze 400 milionów ludzi wierzyłoby w bezpodstawną, wymyśloną bajkę?  

Jak panu się wydaje?  

–  Przyznaję  –  odparł  po  namyśle, –  że  samo  oszustwo  tego  by  nie  dokonało, ale  mogą tu 
inne względy wchodzić w rachubę. Tak np. niektórzy protestanccy uczeni wręcz zaprzeczają 
śmierci Chrystusa na krzyżu: prawdopodobnie popadł w letarg, omdlenie, chwilowy bezwład, 
a po jakimś czasie przyszedł do siebie i znowu począł się wśród ludzi pokazywać.  

–  Mój  panie  –  rzekłem  –  o  tym  zarzucie  powiada  racjonalista  Reuss  (również protestant,  a 
więc  chyba  nie  podejrzany  o  stronniczość),  że  zdrowy  rozsądek  dawno  go  już  wyjaśnił. 
Mówić  bowiem  o  pozornej  tylko  śmierci  Chrystusa,  jest  to podawać  w  wątpliwość  nie  tylko 
opowiadania  Ewangelistów,  ale  i  świadectwa  pogańskich  pisarzy,  którzy  bez  najmniejszej 
wątpliwości stwierdzają, że Chrystus umarł śmiercią krzyżową.  

Poza tym rzeczywistość śmierci dowodzi po 1-sze urzędowe zeznanie setnika przed Piłatem 
(Marek XV, 44); po 2-gie świadectwo żołnierzy; ci widząc, iż Chrystus już nie żyje, nie łamali 
Mu  kości,  tylko  włócznią  bok  przebodli;  po  3-cie  przezorność  faryzeuszów,  którzy  nie 
pozwoliliby zdjąć żyjącego Chrystusa z krzyża; po 4-te troskliwość tych, co grzebali Jezusa: 
przecież,  gdyby  choć  iskierkę życia  w Nim dostrzegli, nie wkładaliby Go do grobu. –  Nawet 
choćby  Chrystus  nie  umarł  na  krzyżu,  to  osłabiony  męką,  wycieńczony  upływem  krwi, 
ściśnięty  prześcieradłami  w  zimnym  grobie  życie  by  zakończył.  W  końcu,  mówią  lekarze, 
sam  zapach  wielkiej  ilości  (100  funtów)  olejków,  którymi  namaszczono  ciało,  byłby  nawet 
zdrowego człowieka o śmierć przyprawił. Prawda, jeszcze jedno; ciekaw jestem gdzie się ten 
Chrystus  podział?  dlaczego  nikt  nie  podał,  jaką  śmiercią  później  umarł?  co  Go  skłoniło  do 
tego, że tylko przez 40 dni ludziom się pokazywał?  

–  Jednak  mamy  jeszcze  wyjście,  którym  bez  oszustwa,  bez  uciekania  się  do  pozornej 
śmierci da się wytłumaczyć wiara w Zmartwychwstanie Chrystusa.  

– Jakie? – zagadnąłem.  

–  Te  zjawienia  Chrystusa  mogły  być  przywidzeniem.  Chrystus  przed  męką  dość  często  o 
swym  Zmartwychwstaniu  wspominał,  Apostołowie  wbili  sobie  te  słowa  do  głowy  i  potem 
zjawiały się urojone obrazy ukochanego Mistrza.  

–  Ach,  jak  to pan  cudownie  wytłumaczył!  Niestety,  wątpię  bardzo  czyby  takie  "wyjaśnienia" 
rozsądnemu człowiekowi do rozumu przemówiły.  

– Dlaczegóżby nie? Przecież złudzenia wyobraźni są rzeczą dość powszechną! – odciął się 
mój sąsiad.  

–  To  prawda,  ale  wymagają  one  pewnych  warunków,  są  zawsze  ograniczone  co  do  osób, 
miejsca, okoliczności. A tu wszystko przeciwko złudzeniu przemawia.  

Proszę  sobie  wyobrazić,  czy  to  możliwe,  by  500  ludzi,  wątpiących  nie  tylko  w 
Zmartwychwstanie, ale w ogóle w potęgę i prawdomówność swego Nauczyciela (świadczy o 
tym  rozmowa  uczniów  idących  do  Emaus  (1),  lekceważenie,  jakie  okazują  Apostołowie 
opowiadaniu świętych niewiast (2), niedowiarstwo Ap. Tomasza (3), – ludzi najrozmaitszych 
charakterów uległo  złudzeniu  i to  nie  raz  jeden, nie w jednym miejscu? Dotykali Chrystusa, 
jedli z Nim, rozmawiali. Czy słyszał kto kiedy o takim złudzeniu? – A przy tym wszystkim jak 
łatwo  żydzi  mogli  udowodnić  śmieszność  tego  rzekomego  Zmartwychwstania;  wystarczyło 
pokazać ciało Jezusa w grobie. Rzecz również dziwna, że te zjawiska trwały tylko od 3-go do 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

31 

czterdziestego  dnia  po  śmierci!  I  to  godne  uwagi,  dlaczego  podobne  zjawisko  w  ciągu 
wieków nigdy się nie powtórzyło!  

Czekałem jakiejś odpowiedzi na moje wywody. Spotkała mnie niespodzianka. Towarzyszowi 
wyczerpał się zasób "mądrości", więc zręcznie wykonał odwrót. Widocznie i mnie nie chciał 
za  zwycięzcę  uznać  i  sam  jako  pobity  ustąpić;  skończył  tedy  rozmowę  oryginalnym 
wynurzeniem:  "To  są  rzeczy  bardzo  ciekawe.  Często  lubię  rozpoczynać dyskusję na temat 
religijny, bo w ten sposób zawsze czegoś nowego się dowiem".  

B. P.  

 

 

KTÓRA RELIGIA JEST CHRYSTUSOWA? 

 

W lipcu 1926 r. w poczekalni pewnego lekarza toczyła się ożywiona rozmowa, jak to źle się 
dzieje,  ile  nieuczciwości,  jakby  to  wszystko  się  zmieniło,  gdyby  wszyscy  byli  gorliwymi 
katolikami, co nas czeka po śmierci i o niebie.  

– Ale kto się tam dostanie? – westchnęła jedna z pań.  

– Kto zechce – odrzekłem. – Tylko ci pójdą na potępienie, którzy koniecznie tam iść chcą, bo 
więcej  trzeba  znieść  dla  piekła,  niż  dla  nieba;  słowem,  wedle  dobrowolnego  wyboru  każdy 
ma  już  na  tym  świecie  przedsmak  nieba  albo  piekła.  –  Przepraszam,  jeżeli  można  spytać, 
czy pani jest katoliczką?  

– Ma się rozumieć, katoliczką jestem.  

– To tym łatwiej nam się zrozumie.  

–  A  gdyby  kto  nie  był  katolikiem?  –  wtrąciła  druga  pani.  –  Ja  na  przykład  jestem 
prawosławną.  

–  Wtedy  musimy  sięgnąć  głębiej.  Wszyscy  ludzie  są  sobie  braćmi,  a  prawosławni  nawet 
tegoż  samego  Chrystusa  Pana  czczą.  Nie  można  by  jednak  powiedzieć,  że  religia 
prawosławna jest także religią, którą Chrystus Pan założył.  

– A to dlaczego?  

– Bo prawda jest tylko jedna. "Tak" i "nie", nie może być razem prawdą. Otóż my twierdzimy, 
że  Ojciec  Święty  jest  widzialną  głową  Kościoła  Chrystusowego,  prawosławni  zaś  temu 
przeczą. Nie mogą być obydwa te zdania prawdziwymi.  

– Słusznie.  

–  Otóż  Chrystus  Pan  wiedział,  że  nastąpią  różne  odszczepieństwa  i  dał  jasną  normę,  po 
której  możemy  poznać  Jego Kościół.  Zwracając  się  bowiem  do  św. Piotra  rzekł:  "Ty  jesteś 
opoka, a na tej opoce zbuduję Kościół mój". Jego więc Kościołem jest ten, który na tej opoce 
się wspiera, a następcami św. Piotra to nie carowie rosyjscy, ale Papieże.  

 

 

OPOKA KOŚCIOŁA CHRYSTUSOWEGO 

 

Dzieła rąk Bożych są w sobie czymś idealnym, wzniosłym i trwałym, żadna potęga piekielna, 
czy burza ludzkiej przewrotności nie potrafi ich zniszczyć. Do najwznioślejszych dzieł Bożych 
należy bez wątpienia religia katolicka, ten żywy i prawdziwy węzeł łączności serca człowieka 
z Bogiem, a zadzierzgnięty przez Jezusa.  

Chrystus,  zakładając  Kościół,  chciał,  by  ta  instytucja  była  jedną  i  trwałą.  –  Ma  być  – 
powiedział Jezus  – "jedna Owczarnia i jeden pasterz";  – to  znak jedności Kościoła,  którego 
zadaniem jest wieść ludy do Boga poprzez wszystkie wieki; – stąd jego trwałość.  

Jedność  i  trwałość  Kościoła  oparł  Chrystus  na  widzialnym  autorytecie  –  Piotrze,  którego 
ustanowił filarem, fundamentem i ostoją założonej przez Siebie religii.  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

32 

– "Piotrze, – mówi Jezus do jednego ze Swych Apostołów – a ja tobie powiadam, iżeś ty jest 
opoka
 (skała): a na tej opoce zbuduję Kościół mój: a bramy piekielne nie zwyciężą go" (Mt. 
16, 18).  

Wkłada  zatem  Chrystus  na  barki  umiłowanego  Apostoła  ciężar  wielki  i  obowiązek  bardzo 
odpowiedzialny: "... tyś jest opoka!".  
Św.  Piotr  jest  nadto  najwyższym  rządcą  w  Kościele  Chrystusowym:  "tobie  dam  klucze 
królestwa  niebieskiego,  –  a  cokolwiek  zwiążesz  na  ziemi,  będzie  związane  w  niebie;  a 
cokolwiek rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane i w niebiesiech
" (Mt. 16, 19).  

Te słowa Chrystusa tłumaczą nam niezwykłe zjawisko w dziejach ludzkości: Kościół katolicki 
pomimo  20-wiekowego  trwania  pozostaje  taki  sam,  jaki  wyszedł  spod  ręki  Zbawiciela.  I 
podczas,  gdy przez te 20  wieków  upadło  wiele narodów,  zniszczało tyle potężnych państw, 
powstało  tyle  przeróżnych  sekt  religijnych  i  –  nie  pozostało  po  nich  śladu,  –  gdy  siła 
ewolucyjna przekształciła oblicza wielu innych religii, – to Kościół katolicki pozostaje zawsze 
żywy, święty i jeden.  

Opoka  bowiem  wiary  katolickiej  –  św.  Piotr  –  mocno  podpiera  Kościół  Chrystusowy  przez 
wszystkie  wieki,  gdyż  "żyje  i  sprawuje  władzę  w  Swoich  następcach,  aż  do  dzisiejszych 
czasów". Odcina, chociaż z bólem w sercu, ale ze stanowczością, wszelkie uschłe gałęzie z 
drzewa  –  Kościoła;  wyrzuca  z  Owczarni  Chrystusowej  parszywe  owce  i  tak  zabezpiecza 
zdrową atmosferę swym pozostałym wiernym owieczkom.  

Kły  szatańskie łamią  się o  tę mocną,  niewzruszoną i twardą  Opokę  Kościoła  katolickiego  – 
Piotra  i  jego  następców.  Wprawdzie  wróg  piekielny  nie  przestaje  działać  i  tworzy  coraz  to 
inne herezje, w które pragnie omotać, niby w sieci, Kościół Chrystusa. – Miota ogromne fale 
prześladowań  na  wyznawców  Jezusa.  –  Wszczyna  gwałtowne  burze,  które  –  zda  się  – 
zawalą  cały  gmach  Chrystusa.  Jednak  Kościół  katolicki,  stojąc  na  mocnym  fundamencie  – 
Piotrze i jego następcach, mężnie i skutecznie opiera się tym wszelkim wroga napaściom.  

Fale  prześladowań  oczyszczają  Owczarnię  Chrystusa  z  brudów.  Burze  nienawiści, 
powstające  ze  strony  wrogów  Kościoła  katolickiego,  odrywają  tylko  martwe,  nieużyteczne  i 
szkodliwe gałęzie z drzewa Zbawiciela, jakim jest Kościół katolicki.  

Wystarczy  przypomnieć  czasy  reformacji,  kiedy  to  Kościół  katolicki  zdawał  się  być 
podważony  z  podstaw  i  już  chylić  się  ku  upadkowi.  –  Złudzenie!...  Kościół  bowiem 
odmłodniał,  spotężniał  i  wyrósł  spowrotem  w  olbrzymie  drzewo,  gdyż  św.  Piotr,  żyjąc  w 
swoich następcach – papieżach, odrodził Owczarnię Chrystusa i pilnie stał na jej straży.  

Kto daje i dzisiaj tę żywotność Kościołowi katolickiemu, że mimo tylu prześladowań ze strony 
masonów, komunistów, czy nawet socjalistów, pozostaje nieskażony?...  

– Oto z katedry Piotrowej rozchodzą się po całym świecie, czy to ojcowskie słowa zachęty i 
upomnienia, czy też ostra groźba sędziego wieczności.  

– "Niech młodzi ludzie – pisze Ojciec Święty Pius XI w liście apostolskim Antoniana solemnia 
–  zwłaszcza  ci,  którzy  walczą  w  szeregach  Akcji  Katolickiej,  uczą  się  od  św.  Antoniego 
odwracać  się  od  złudzeń  świata  i  oddawać  się  w  czystości  serca  temu,  co  wzniosłe  i 
wielkie!".  

W  jednym  z  przemówień  na  Nowy  Rok  Ojciec  Święty  wypowiedział  te  znamienne  słowa: 
"Postanowione  ręką  Boga  na  czele  całego  Kościoła  serce  Nasze  jest  wszędzie  tam,  gdzie 
Kościół  ten  cierpi,  walczy  i  modli  się:  tam  dąży  przede  wszystkim  Nasza  troska  i  Nasze 
modlitwy, aby wraz z nim się modlić, walczyć i cierpieć".  

W encyklice  Casti connubii, Ojciec Święty,  jako najwyższy strażnik wiary i nauki Chrystusa, 
nakazuje kapłanom, ażeby w sprawach małżeńskich nie pozostawiali wiernych w błędzie: "... 
na  mocy  Naszej  najwyższej  władzy  i  w  trosce  Naszej o  dusze,  ostrzegamy  kapłanów..., by 
powierzonych sobie wiernych nie pozostawiali w błędzie co do tego bardzo ważnego prawa 
Bożego,  a  co  więcej,  by  sami  się  strzegli  fałszywych  mniemań  w  tym  względzie  i  by  w 
żadnym wypadku nie stawali się pobłażliwymi".  

Słowa  te  i  wiele  innych  są  potężnym  grzmotem,  wstrząsającym  katolickie  sumienia, 
wywołującym cudowne skutki i dźwigającym mury Kościoła Chrystusowego.  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

33 

Tego wszystkiego zaś dokonuje stale i ciągle Boskie słowo Jezusa: "tyś jest opoka!".  

* * * 

Chcesz  zatem  wiedzieć,  gdzie  jest  Kościół  Chrystusa,  dowiedz  się  wpierw  o  Piotrze  i  jego 
Następcy: "Gdzie jest Piotr, tam Kościół" – mówi św. Ambroży. "Gdzie Kościół, tam Chrystus" 
– wskazuje Ojciec Święty Pius XI.  

A więc być wyznawcą Jezusa, to znaczy tyle, co uznawać i poddawać się pod władzę Piotra, 
żyjącego w swoich następcach – papieżach.  

Miles Immaculatae  

 

 

NIEOMYLNOŚĆ PAPIEŻA 

 

–  Nie powiem,  żebym  był  niewierzącym. Wierzę  w istnienie  Boga, ale przecież niepodobna 
znowu uznawać za prawdę wszystkiego, czego Kościół katolicki naucza.  

– A to dlaczego?  

– Bo pewne rzeczy nie godzą się z faktami.  

– Na przykład?  

–  Niedawno  temu  ogłoszono  nieomylność  papieża  jako  dogmat,  a  jednak  nie  można 
powiedzieć, żeby wszyscy papieże nigdy nie zboczyli z prawej drogi.  

– Więc pan chce powiedzieć, iż papież może zgrzeszyć?  

– Tak jest.  

– Tego też mu nikt nie zaprzecza. Owszem, mogę pana zapewnić, że i papież się spowiada i 
to  tak  często,  jak  każda  inna osoba  duchowna,  to  jest  co  tydzień.  Znałem nawet osobiście 
księdza, który był spowiednikiem ś. p. Ojca Świętego Benedykta XV. Był nim O. Aleksander 
Basile, jezuita. Należy więc dobrze odróżnić nieomylność od bezgrzeszności.  

– Jednak nawet w tym znaczeniu nie nazwałbym papieża nieomylnym; czyż można bowiem 
przypuścić,  by  papież  dlatego,  że  jest  papieżem  posiadał  już  wszelką  wiedzę  i  na  każde 
zagadnienie potrafił trafnie odpowiedzieć?  

–  Ależ panie,  to  pan chyba nigdy nie  czytał  o dogmacie nieomylności  papieża. Nikt  przecie 
tego od papieża nie żąda. Papież jest nieomylnym tylko w rzeczach wiary i obyczajów i to nie 
zawsze  wtedy,  kiedykolwiek  o  tych  nawet  sprawach  mówi  lub  pisze,  ale  jedynie,  gdy  jako 
Pasterz  całego  Kościoła,  najwyższą  swą  Apostolską  powagą  orzeka,  że  dane  twierdzenie, 
dotyczące  wiary  i  obyczajów  jest  prawdą  objawioną,  lub  ściśle  złączoną  z  objawionymi 
prawdami i dlatego każdy je przyjąć musi. Tak więc papież nie jest bynajmniej nieomylnym w 
sprawach,  tyczących  jedynie  nauk  przyrodniczych,  polityki  itd.,  a  nawet  w  rzeczach, 
tyczących wiary i obyczajów, gdy mówi jako zwyczajny ksiądz lub uczony.  

I tak np.  liczne dzieła papieża  Benedykta XIV, chociaż mają  wielką powagę  jako  wspaniałe 
prace uczonego, to jednak wcale nie należą do dogmatów.  

W  rzeczach  zaś  wiary  i  obyczajów,  doprawdy,  inaczej  być  nie  mogło,  bo  jakiż  byłby  to 
kościół, w którym nic  nie byłoby pewnym,  gdzie by  nie  można było wiedzieć  w co wierzyć i 
jak  postępować?  Widok  rozkładającego  się  w  oczach  naszych  protestantyzmu  jest  jego 
najlepszym  obrazem.  Na  cóżby  się  zdało  wówczas  nauczanie  Jezusa  Chrystusa?  Jakże 
mógłby  wtedy  Pan  Jezus  grozić potępieniem  tym,  którzy nie uwierzą  Apostołom  (1),  gdyby 
wszyscy razem mogli fałsz głosić?  

Cóżby znaczyły słowa Zbawiciela, wyrzeczone do Piotra: "Ja prosiłem za tobą, aby nie ustała 
wiara  twoja;  ty  zaś  w  przyszłości,  nawróciwszy  się,  utwierdzaj  swych  braci
",  gdyby  on  był 
omylnym? Jakżeż mógłby wtedy utwierdzać innych? A wreszcie, jakoż by się spełniły słowa 
Chrystusa do Piotra: "Ty jesteś opoka, a na tej opoce zbuduję Kościół mój, a moce piekielne 
nie  przemogą  go
"?  Przecież  gdyby  papież  uczył  fałszu  lub  moralnego  zła,  już  fałsz  i  zło 
święciłyby triumf.  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

34 

– Więc to chyba Pan Bóg musi objawić papieżowi w takich wypadkach co jest prawdą?  

– Wcale tego  nie potrzeba;  wystarczy,  by  Pan Bóg nie  dopuścił zbłądzić, przecież  definicję 
dogmatyczną  poprzedzają  gruntowne  studia  uczonych  nad  Pismem  Świętym  i  Kościelną 
Tradycją od pierwszych wieków i dopiero ostatnie słowo wypowiada tu papież.  

– W każdym razie w całej tej sprawie jest coś niezwykłego.  

–  Oczywiście,  ale  też  sprawa  zbawienia  dusz  nie  zasługuje  na  to?  Panu  Bogu  zresztą  nie 
trudniej działać rzeczy niezwykłe, niż te, które my zwykłymi nazywamy. Tylko dla nas stanowi 
to  różnicę,  bo  rzeczy  i  zjawiska,  które  często  podpadają  pod  nasze  zmysły  już  nam 
powszednieją, a co rzadko albo nigdy jeszcze nie widzieliśmy, jest dla nas niezwykłością.  

M. K.  

 

 

MIĘDZY KOLEGAMI 

 

–  Już  to  wy,  katolicy,  za  wiele  przypisujecie  swojemu  papieżowi,  przemówił  Zygfryd  do 
swego kolegi szkolnego – Stanisława Z.  

–  My?  i za  wiele? –  odrzekł ze  zdziwieniem  Stanisław. – Wyznam  ci, że  cię  tym razem nie 
rozumiem!  

– Może nie dobrze po polsku się wyraziłem?  

– Po polsku dobrze, ale źle po katolicku.  

– Bo ja ewangelik, więc po ewangelicku myślę i mówię.  

– W tym sęk, mój drogi – podchwycił Stanisław – że o katolickich rzeczach po ewangelicku 
mówisz.  Bo  i  kiedy  katolicy  cośkolwiek  papieżowi  przypisywali,  czego  nie  przypisywał  mu 
Sam Bóg? O czym nie zaświadczył Chrystus?  

– Nieomylność, to już podarek wasz własny!  

–  Ha,  więc to myśmy uczynili Piotra  opoką  Kościoła Chrystusowego  i aż  imię  jego Szymon 
na  Piotr  dlatego  zmienili?!  Myśmy  orzekli,  że  bramy  piekielne  nigdy  Kościoła  na  tej  opoce 
zbudowanego nie przemogą – co?  

– To słowa Chrystusa; ale co ma opoka do nieomylności?  

– Omylny Piotr lichą byłby opoką i bramy piekielne, co błędem i fałszem wojują, łatwo by go 
przemogły.  A  słuchaj  jeszcze:  czy  myśmy  zapowiedzieli,  że  Pan  Jezus  będzie  umacniał 
wiarę  Piotra  do  tego  stopnia,  że  on,  z natury  chwiejny  i  niestały, brać apostolską  w  wierze 
utwierdzać będzie?  

–  Nie  rozumiemy  się,  Stanisławie;  ja  o  papieżu  a  ty  o  Piotrze...  –  Opoką  –  zgoda,  ale  nie 
papieżem!  

– Nazwij go jak zechcesz; dość, że na nim jako na opoce wspierać się miał i wspierał istotnie 
Kościół cały.  

– Ale nie na jego następcach.  

–  A  to  by  mi  była  opoka,  co  by  tak  długo  tylko  trwała,  pokąd  żył  Piotr,  a  potem  skruszała. 
Wstydź  się,  Zygfrydzie,  przypisywać  Panu  Jezusowi,  że  tak  kiepską  znalazł  dla  Kościoła 
Swego opokę! Piasek, nie opokę!  

– Przyznam ci, że mnie to zastanawia.  

– Widzisz zatem, że to nie my, katolicy, ale Sam Chrystus papieża mocno uprzywilejował i to 
dla jego nie osobliwego, lecz dla ogólnego dobra. "Oto ja jestem z wami po wszystkie dni aż 
do  skończenia  świata
",  odezwał  się  po  Swym  Zmartwychwstaniu  Zbawiciel.  Aż  do 
skończenia świata czuwa On nad Kościołem Swoim.  

– Coś mi się rozwidnia...  

–  Razi  cię  szczególnie  nieomylność  papieża.  Chrystus  do  udzielenia  jej  głowie  Kościoła 
niejako  koniecznością  widział się  zmuszony; w przeciwnym  razie u  nas, jak dziś u  was,  nie 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

35 

byłoby jedności, lecz zapatrywań na kwestie wiary św. najistotniejsze – bez liku. Bo i ty byś 
zapewne, mając  ustanowić Kościół mocny  i trwały i, jako Chrystus,  wszechmocnym będąc, 
najwyższą władzę jego nieomylnością obdarzył.  

– Ma się rozumieć. – Tylko dziwię się, skąd ci taka mądrość, Staszku?  

– Mam Ewangelijki i niekiedy je sobie odczytuję.  

– To ja ewangelik, a jeszcze Ewangelii nie miałem w ręce.  

– I – dodaj – wierzyłem na ślepo...  

J. A.  

 

 

A TO SIĘ ZŁAPAŁ 

 

Sławny  astronom  ks.  Kircher,  chcąc  jednego  ze  swych  znajomych,  który  wątpił  o  istnieniu 
Boga, przekonać o tym, użył następującego środka.  

Wiedząc,  o  którym  czasie  ów  znajomy  go  odwiedzi,  postawił  w  kącie  swego  pokoju 
prześliczny globus (to jest podobiznę kuli ziemskiej).  

Wtem wchodzi jego znajomy i spostrzegłszy ów globus, pyta zdziwiony:  

– A to co? czyje to? kto to zrobił?  

Kircher mu na to spokojnie:  

– Nikt – samo się zrobiło i przypadkiem tam się dostało.  

– Wolne żarty, kochany Ojcze – odrzekł znajomy.  

–  Ależ  wcale  nie  żarty  –  rzeczywiście  ten  globus  przypadkiem  się  zrobił  i  do  kąta  mego 
pokoju się dostał.  

Tego  było  już za  wiele owemu panu  i począł  się niecierpliwić, a nawet czuł  się obrażonym, 
że Kircher z niego żartuje. Tej sposobności użył astronom i rzekł mu:  

– Pan nie chcesz wierzyć i uważasz za niedorzeczność przypuścić, że ten mały globus sam 
przez  się  powstał  i  przypadkiem  do  owego  kąta  się  dostał;  a  jakże  pan  możesz  rozumnie 
przypuścić, że ta prawdziwa kula ziemska i całe niebo z planetami i gwiazdami same przez 
się i prostym tylko przypadkiem powstały?  

Znajomy umilkł i zawstydzony odszedł.  

 

 

CZY BÓG TRACI NA SILE? 

 

W  poczekalni  kąpielowej  letniska  W...  w  1925  roku  siedzący  goście  prowadzili  ożywioną 
rozmowę na temat stanowiska człowieka we wszechświecie.  

–  Potęga  jego  zdobywa  wszystko,  ujarzmia  wszystko  –  głosił  z  uniesieniem,  zapewne 
inżynier.  

–  Istotnie,  potwierdził  gość  inny  –  żywioł  wodny  spętany,  powietrze  spętane;  jeszcze 
zagarniemy  próżnię,  co  zapewne  już  w  niedługim  czasie  nastąpi,  a  już  nic  człowiekowi  się 
nie oprze.  

– Tu, proszę panów, szczególnie ambicja nasza znajduje miłe a uzasadnione zadowolenie – 
mówił,  wyprostowawszy  się,  kuracjusz  pierwszy  –  czujemy  dziś  potęgę  naszą,  mamy  jej 
świadomość mocną i dostrzegamy, jak coraz bardziej od niej ziemskie i zaziemskie potęgi w 
popłochu pierzchają.  

–  O  tak  –  wmieszała  się  do  rozmowy  młoda,  wedle  najnowszej  mody  ubrana  jakaś  pani  – 
potęgi  ziemskie  i  zaziemskie,  a  te  ostatnie  osobliwie.  Jak  to niedawno  wierzono  jeszcze  w 
Boga...  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

36 

–  Wypraszam  sobie  w  mej  i  ludzi  rozsądnych  obecności  popisywania  się  głupią 
bezbożnością  –  wpadł najniespodziewaniej,  zbliżając  się  do  mocno zdumionej  "filozofki",  w 
sile wieku mężczyzna jakiś, dotychczas spokojnie rozmowie się przysłuchujący.  

–  Jakie  prawo  ma  pan  tak  niegrzecznie  mi  przerywać  –  rzekła  z  oburzeniem  wielkim,  a 
lękiem większym jeszcze.  

–  Bóg,  mój  Stwórca,  mój  Dobroczyńca,  mój  Ojciec  –  toż  w  obronie  Jego  stanąć  uważam 
sobie za najświętszy obowiązek.  

Nastała  chwila  milczenia,  spowodowana  zakłopotaniem  wszystkich  obecnych  skutkiem  tak 
odważnego  wystąpienia  onego  gościa;  przerwał  ją  po  pewnym  czasie  ów  prawdopodobnie 
inżynier.  

– Śmiałość pańska wszystkim nam zaimponowała, ale musisz pan chyba uznać, że w miarę, 
jak człowiek zyskuje na sile, Bóg zdaje się na Swej potędze tracić.  

– Dziwi mnie, jak człowiek inteligentny podobne zdania wypowiadać może. Bóg jest zawsze 
Bogiem, najdoskonalszym, niezmiennym w Swej potędze, nieskończonym, a człowiek na to 
właśnie  otrzymał  od  Boga  rozum,  by  badał  i  użytkował  siły  przyrody;  chociażby  miliony  lat 
upłynęło i człowiek potrafił tysiące razy szybciej rozpoznawać i ujarzmiać naturę, to przecież 
zawsze  on  zostanie  czymś  skończonym:  wobec  więc  nieskończonego  Boga  –  proszkiem  i 
niczym.  Zresztą  –  dodał  po  chwili  spojrzawszy  w  okno  –  o  potędze  Boga  i  wielkości  Jego 
zdaje się, panowie, będziecie mogli za chwilę się przekonać.  

Mówił  tak,  bo  nadciągnęła  właśnie  burza.  Z  dala  dochodziły  groźne  poryki  gromów.  Mrok 
rozpostarł  się  jakby  wieczorny,  choć  godzina  była  ledwie  trzecia  popołudniu.  Spokój  błogi, 
dopiero  co  rozlany  dokoła,  zakłócił  wiatr  wzmagający  się  coraz  bardziej.  Wiatr  ten  szybko 
przerodził się w szaloną wichurę i spędził z pól i łąk wszystko co żyje. Błyski na tle ołowianej 
dali rozdzierały przestworza. Gęsta ulewa, zda się podniecona rykiem wichru i przeraźliwym 
turkotem piorunów, pędzona gigantyczną siłą jakąś, staczała się z zagniewanych niebios tak 
silnie  ukośnie,  że  czyniła  wrażenie  mocno  pochylonej,  leżącej  już  prawie,  strunami 
przeobficie  naciągniętej  harfy.  Burza  po  niej  przygrywała  marsz  straszny,  bo  potęgi  i 
zniszczenia  zarazem.  Wśród  gęstych  i  grubych  kropel  deszczu  dostrzegliśmy  liczne  białe 
ziarnka.  

– Grad – zawołało z przerażeniem ust kilka.  

Wrażenie malowało się na licach  wszystkich przykre  (żniwa!...) i co  chwila  jakimś objawiało 
się zdaniem, wnioskiem, sądem.  

Tylko  obrońca  odważny  czci  Boskiej,  spoglądając  wciąż  na  objaw  potęgi  Stwórcy,  milczał, 
albowiem przemawiał za niego o Swej mocy, sile, a bezradności pysznego człowieka – Sam 
wszechmogący Bóg....  

A. K.  

 

 

KOŚCIÓŁ A PAŃSTWO 

 

W  mieście  Z.  w  gimnazjum  zadzwoniono  na  przerwę.  Za  chwilę  z  szerokich  drzwi 
wchodowych  poczęły  się  wysypywać  gromadki  rozweselonej  młodzieży.  Ma  się  rozumieć 
najpierw z hałasem i śmiechem wybiegli malcy, za nimi z większą już powagą wysuwali się 
starsi uczniowie, na końcu ukazało się kilku profesorów. W czasie przerwy również znać było 
owo rozgraniczenie. Młodzi bawili się, uganiali a przy tym nie żałowali gardła. Choć niejeden 
wyszedł  z  klasy  z  kwaśną  minką,  to  na  podwórzu  szkolnym  odzyskiwał  humor.  Starsi  w 
mniejszych lub większych grupach przechadzali się wzdłuż i wszerz, a tylko niekiedy wśród 
rozmowy potężnym wybuchali śmiechem. Profesorowie od czasu do czasu mieszali się w ten 
wir, najczęściej dla poskromienia jakichś wybryków. Zresztą gawędzili osobno.  

Właśnie jeden z profesorów zaczął przeglądać najnowszy numer gazety.  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

37 

–  Cóż  tam  słychać  –  spytał  go  stojący  tuż  obok  kolega,  –  nie  ma  jeszcze  przesilenia 
gabinetowego?  

–  E,  daj  pan  spokój,  odparł  z  uśmiechem  zagadnięty,  przecież  i  posłowie  chcą  parę  dni 
odpocząć, co dnia nie będą nad nowym gabinetem radzić. Ale, widzi pan, znowu wyciągnięto 
sprawę stosunku Kościoła do państwa.  

– Doprawdy nie rozumiem, dlaczego nad tym czas tracą.  

–  No,  bądźcobądź,  ten  zobopólny  stosunek  to  rzecz  ważna  i  nie  można  tak  naprędce 
załatwiać.  

–  Ależ  ja  w  ogóle  sądzę,  że  ta  sprawa  jest  dziś,  jak  to  mówią,  nie  na  czasie.  Religia  jest 
rzeczą prywatną, duchową, odnoszącą się do wewnętrznych przekonań, a państwo zajmuje 
się sprawami publicznymi; zatem nie ma tu właściwie punktu stycznego. Niech sobie Kościół 
idzie  swoją  drogą,  a  państwo  swoją.  Każde  z  nich  ma  swój  odrębny  cel,  odmienne 
prowadzące do tegoż celu środki, a więc obejdzie się bez porozumienia.  

– Po głębszym zastanowieniu z pewnością zmieniłbyś pan swoje zapatrywania.  

– Wątpię.  

–  Przede wszystkim chociażby  religia była rzeczą  tylko prywatną,  to i tak  państwo powinno 
by  się o nią starać.  Bo  religia  jest największym dobrem człowieka; religia  nas uszlachetnia, 
całemu  życiu  naszemu  odpowiedni  nadaje  kierunek,  podtrzymuje  nas  w  pracy,  cierpieniu, 
uczy patrzeć na świat z wyższego punktu, tłumaczy takie zagadnienia, których rozum, swym 
własnym zostawiony siłom, nigdy by sobie nie wyjaśnił. Jeśli tedy państwo stara się o mienie 
prywatne swych obywateli, jeśli dba o rozwój sztuk i nauk, to tym więcej dbać winno o rozwój 
życia  religijnego.  Ponieważ  religia  pożyteczną  i  potrzebną  jest  dla  każdej  jednostki,  więc 
potrzebną i pożyteczną jest dla państwa.  

Ponadto  państwo  jako  takie  (a  nie  tylko  ze  względu  na  tworzących  je  ludzi)  winno  być 
religijne.  Któż  bowiem  dał  człowiekowi  popęd  do  zrzeszania  się,  do  łączenia  się  z  innymi 
ludźmi dla wspólnej obrony i wspólnego dobra? Ten, kto mu dał rozumną naturę, a więc Bóg. 
A  zatem społeczeństwo u  samego  rdzenia, u  samej podstawy  zależy od  Boga.  Dlatego  też 
winno swoją zależność okazać Mu na zewnątrz, czyli innymi słowy winno być religijnym.  

Zresztą,  by  jakieś  państwo  mogło  się  utrzymać  w  bycie,  musi  mieć  jakiś  zasób  praw 
moralnych.  Na  nich  dopiero  może  oprzeć  swą  wewnętrzną  organizację.  Sama  zaś  siła 
fizyczna  nie  wystarczy.  Proszę  sobie  wyobrazić  jakiś  naród,  kraj  jakiś,  gdzie  jedynym 
hamulcem  występków  i  namiętności  byłyby  więzienia  i  karabiny.  Zapanowałaby  tam  siła 
pięści; największymi zbrodniarzami byliby ci, którym by powierzono pilnowanie społecznego 
porządku.  Ale  właśnie  owe  prawa  moralne,  nadające  państwu  spójnię  i  siłę,  wypływają  z 
zasad  religijnych.  A  więc  znowu  wniosek,  że  państwo  nie  może  religią  pomiatać,  bo 
pomiatając nią, siebie podkopuje.  

–  Ależ,  proszę  pana,  mnie  chodziło  głównie  o  stosunek  Kościoła  do  państwa,  a  nie  o 
potrzebę religii.  

– To są rzeczy jak najściślej związane. Bo jeśli państwu jakaś religia potrzebna, to w każdym 
razie  nie  zmyślona,  ale  prawdziwa.  A  że  my  katolicy  aż  nadto  mamy  dowodów,  że  religia 
prawdziwa,  objawiona  utrzymuje  się  i  przechowuje  w  Kościele,  więc  rzecz  prosta,  iż 
państwo,  mając  wśród  swych  obywateli  większość  katolików,  winno  z  Kościołem  żyć  w 
zgodzie, owszem, winno Kościół wspomagać.  

Nadmienię  tu  jeszcze,  iż  wbrew  pańskim  przekonaniom  śmiem  twierdzić,  że  między 
społecznością kościelną a świecką wiele jest punktów stycznych. Co prawda, jak w rzeczach 
czysto  duchownych  (udzielanie  świętych  Sakramentów,  głoszenie  słowa  Bożego  itd.) 
całkowicie  niezależnym  jest  Kościół,  tak  w  rzeczach  czysto  doczesnych  (np.  w  sprawach 
majątkowych, w wymierzaniu kar za przekroczenia praw itd.) niezależnym jest państwo. Ale 
są rzeczy, jeśli tak można powiedzieć, pośrednie, mieszane, w których częściowo udział ma 
państwo,  a  częściowo  Kościół.  I  w  tym  względzie  porozumienie  jest  konieczne.  Takie 
porozumienie w formie prawnej zawarte nazywa się konkordatem.  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

38 

– A gdy mimo to z nieprzewidzianych przyczyn jakieś starcie między Kościołem a państwem 
wyniknie, któż ma ustąpić?  

–  W  teorii,  jeśli  obie  strony  mają  równe  prawa,  winno  ustąpić  państwo. Wyższość  bowiem 
społeczeństwa  zależy  od  celu.  Ponieważ  zaś  Kościół  prowadzi  ludzi  do  celu 
nadprzyrodzonego, państwo ma zaś na oku tylko cel doczesny, więc Kościół, bezwzględnie 
rzeczy biorąc, stoi ponad państwem.  

W praktyce, w takich wypadkach Kościół skłonny jest do możliwych ustępstw.  

 

* * * 

Biedny  profesor  (człowiek  zresztą  poczciwy  i  na  ogół  szanujący  religię,  jednak  w  rzeczach 
religijnych  nie  bardzo  uświadomiony)  nie  wiedział,  o  co  zahaczyć.  By  ukryć  pomieszanie, 
dość  niezręcznie  zwrócił  rozmowę  na  inny  temat.  Na  szczęście  za  chwil  parę  odezwał  się 
znowu głos dzwonka. Uczniowie z widoczną niechęcią i pewnym ociąganiem się wracali do 
sal  szkolnych. Zapewne niejeden wolałby bawić się  choćby  trzy godziny, niż  tam siedzieć  i 
przy tym narażać się na złą notę i tym podobne uczniowskie nieprzyjemności.  

Za  uczniami  zwolna  podążyli  i  profesorowie.  Ten,  co  kruszył  kopię  w  obronie  rozdziału 
Kościoła, był trochę nieswój, jak zresztą każdy człowiek, któremu się sprzeczka nie uda.  

B. P.  

 

 

CZY ŹLE ZROBIŁ? 

 

– Co on uczynił, co on popełnił?  

– Cóż takiego?  

– Zmienił wiarę, zaparł się tej wiary, w której się urodził, nikczemnik!  

– A dlaczego to uczynił?  

– Ja wiem? Mówi, że przekonał się, iż religia katolicka jest prawdziwa; zapomniał już widać, 
że w prawosławnej cerkwi chrzest otrzymał.  

–  Należy  jednak  naprzód  zbadać  przyczynę  jakiegokolwiek  postępku,  zanim  się  o  nim 
zawyrokuje; nikt nie ma też prawa jego potępiać, zanim zbada przyczynę.  

– W innych sprawach, to tak, ale tu nie ma co badać.  

– Owszem, sam fakt, że istnieją różne wyznania, twierdzące, iż są religią chrześcijańską, że 
w wielu rzeczach co jedno twierdzi, to drugie przeczy, wreszcie, że Chrystus Pan jeden tylko 
Kościół  założył,  powinien  skłaniać  do  badania,  o  ile  rozwój  umysłowy  i  okoliczności  na  to 
pozwalają.  

– Ja wychodzę z tego założenia, że każdy powinien umrzeć w tej wierze, w której się urodził, 
bo dla niego ta religia jest dobra i każdy w swej religii może się zbawić, byleby tylko uczciwie 
żył.  

–  Już  sam  fakt,  o  którym  wspomniałem,  że  –  mianowicie  –  Pan  Jezus  nie  zakładał  dla 
różnych  narodów  Kościołów,  ale  tylko  jeden,  następnie,  że  jako Prawda  przedwieczna,  nie 
mógł nawet sprzeczne z sobą zdania podawać jako prawdę, przekreśla takie założenie.  

– To prawda, ale kto może to zbadać? Specjaliści, teologowie, skrypturzyści itd. łamią sobie 
głowę nad tylu kwestiami w sprawach religii i nie mają jeszcze pewnych wyników. Jakże my 
możemy  więcej  wiedzieć  od  nich?  Dla  nas  najpewniejszą  i  najbezpieczniejszą  jest  właśnie 
moja  zasada:  umrzeć  w tej  wierze,  w której  się  urodziło i pozostawić badania  specjalistom, 
uczonym i – wiekom.  

–  Jak  się  panu  wydaje,  czy  Pan  Jezus,  zakładając  religię  Swoją  i  wymagając,  by  wszyscy 
uwierzyli  w  to,  co  ta  religia  naucza  pod  grozą  potępienia,  nie  powinien  dać  wszystkim 
jakiegoś znaku łatwego do rozpoznania, aby wszyscy, którzy szczerze szukają prawdy mogli 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

39 

ją  odnaleźć?  Czy  odpowiadałoby  to  mądrości  Bożej  dać  taką  religię,  której  prawdziwości 
dotąd  jeszcze  po  20  wiekach  nie  bylibyśmy  pewni  i  musieli  jeszcze  wiekom  powierzać 
ewentualne rozwiązanie tej kwestii? Czy to wszystko możliwe?  

– ... A czym ją poznać?  

–  Wszystkie  wyznania,  szczycące  się  tym,  że  wierzą  w  Chrystusa  Pana,  mają  też  we  czci 
świętą Ewangelię.  

– Tak jest.  

–  I  we  wszystkich  Ewangeliach  (jakiegokolwiek  wydania  katolickiego  np.  w  Ewangelii  św. 
Mateusza rozdz. 16, w. 1) czytamy, że Pan Jezus rzekł do Piotra: "Ty jesteś opoka, a na tej 
opoce  zbuduję  Kościół  mój
".  Pastorowie  protestanccy  tłumaczą  ten  tekst  na  j.  polski:  Ty 
jesteś Piotr, a na tej opoce zbuduję Kościół mój, świadomie tumaniąc swoich wiernych, gdyż 
wiedzą, a  przynajmniej jako  pastorowie  powinni  wiedzieć,  że  Pismo  św. nie było  pisane  po 
polsku,  lecz  tylko  na  j.  polski  przetłumaczone.  W  języku  zaś  już  łacińskim  mamy  zamiast 
słowa  Piotr  słowo  "Petrus",  a  zamiast  słowa  "opoka"  słowo  "petra"  i  w  greckim  mamy 
"Petros"  i  "petra".  Różnica  więc  tylko  zachodzi  w  rodzaju.  P.  Jezus  zaś  nie  mówił  ani  po 
polsku, ani po łacinie, ani po grecku, ale po aramejsku (jest to dialekt hebrajskiego). W tym 
zaś  języku  tak  słowo  Piotr,  jak  i  "opoka"  znaczą zupełnie  to  samo:  "kefa",  Pan  Jezus  więc 
mówił:  Ty  jesteś  "kefa"  i  na  tym  "kefa"  zbuduję  Kościół  mój.  O  tym  panowie  pastorowie 
wiedzą,  a  przynajmniej  na  tyle  Biblię  znać  powinni.  Jeżeli  chcą  więc  użyć  w  tym  tekście 
słowa "Piotr" i "opoka" powinni za każdym razem wyjaśnić, że to ZUPEŁNIE TO SAMO, albo 
podać tłumaczenie jasne, używając wedle znaczenia tego samego słowa "opoka".  

Pan  Jezus  więc  jasno  podkreślił,  który  Kościół  jest  Jego:  "Ty  jesteś  opoka  i  na  tej  opoce 
zbuduję Kościół mój".  

– Czemuż zatem namnożyło się tyle wyznań chrześcijańskich?  

– Grzechy i nałogi są tego przyczyną.  

– Jak to?  

– Bardas – wuj pijanicy cesarza Michała III, rządząc za niego państwem, żył w kazirodczych 
stosunkach  z  wdową  po  własnym  synie;  św.  Ignacy  biskup  napominał  go,  ale  na  próżno. 
Więc  w roku 857 pominął  go jako  publicznego  gorszyciela przy  udzielaniu  Komunii świętej. 
Stąd  gniew,  wygnanie  św.  Ignacego,  nowy  patriarcha  Focjusz  i  zapoczątkowanie  – 
prawosławia.  

Luter Marcin, zakonnik augustianin, łamie śluby zakonne, wyciąga zakonnicę z klasztoru na 
żonę i zakłada – protestantyzm.  

Henryk VIII, król angielski, znudził sobie pożycie z Katarzyną i zapragnął pojąć za żonę Annę 
Boleyn,  a  potem  i  inne  żony  jak  rękawiczki  zmieniał  sobie  i  taki  to  rozpustny  monarcha 
zakłada  w  r.  1537  –  Kościół  anglikański,  bo  papież  mu  na  takie  deptanie  prawa  Bożego 
pozwolić nie chciał i nie mógł.  

Oto źródła odszczepieństwa od Kościoła Chrystusowego.  

Każdy więc, komu rozwój umysłu, zajęcia i okoliczności pozwalają na zbadanie prawdy w tej 
sprawie,  nie  tylko  może,  ale  ma  ścisły  obowiązek  badać,  poznać  prawdziwą  religię 
Chrystusową i wedle niej żyć.  

M. K.  

 

 

OBURZYŁA SIĘ 

 

Oburzyła się pewna światła (ale nie w sprawach religijnych) pani, gdym jej jasno powiedział, 
że  za  swe  uczynki  miłosierne,  istotnie bardzo wielkie, żadnej nagrody od  Boga  spodziewać 
się nie może, pokąd się z Panem Bogiem nie pojedna w Sakramencie Pokuty.  

Ogromnie się oburzyła.  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

40 

A przecie, skoro nie spowiadała się cały szereg lat, znajduje się w grzechu (sama przyznała), 
stąd w niełasce, owszem – w gniewie Bożym. A Bóg, skoro zagniewany, przyjmować od niej 
podarków nie może, boć i ona Mu ich nie składa, gdy bez względu na Niego wszystko dobre 
czyni.  

Rzecz się ma tedy podobnie, jak z tą służącą, która zagniewawszy panią swoją, nie tylko że 
jej  nie  przeprosiła,  ale  nawet  zaprzestała  służyć  jej  zupełnie  –  tylko  innym  sługom  odtąd 
dobrze czyniąc.  

O  ile  taki  stan  rzeczy  potrwa  czas  dłuższy,  służąca  ta  niesforna  od  pani  swej  zapłaty 
spodziewać się nie może.  

A ta osoba, o której mowa, od szeregu lat trwa w tym stanie.  

Ona Boga znieważyła grzechami i na pewno znieważa.  

Ona z Nim w niezgodzie.  

Ani Mu [nie] służy.  

Tedy i nagrody spodziewać się nie może.  

Więc czegoż się oburzyła?  

J. A. 

 

 

CIEKAWA ODPOWIEDŹ 

 

Oprowadzał mnie swego czasu p. P. po protestanckim zborze.  

–  A  to  jest  spowiedź  –  rzekł,  unosząc  lekko  zasłonę  na  ołtarzu,  za  którą  ujrzałem  jakoby 
nasze komunikanty.  

– Jak to spowiedź?  

– Po spowiedzi pastor ten chleb jako Ciało P. Jezusa podaje.  

– Aha! A teraz jest zwykły opłatek jeszcze?  

– Zwykły.  

– A kiedy będzie Ciało P. Jezusa?  

– Gdy pastor powie słowa: "To jest ciało moje" i poda wiernemu.  

– Tylko gdy powie i poda?  

– I jedno i drugie jest niezbędne.  

A  gdy  pastor  wyrzeknie  te  słowa  i...  zamiast  podać,  schowa  do  ołtarza?  Mielibyście  P. 
Jezusa u siebie, jako i my Go mamy.  

– To jest niemożliwe.  

– A gdyby?  

– To stanowczo jest niemożliwe i wykluczone.  

Uwaga:  Pastor  czy  tak  czy  owak  nie  zakonsekruje  chleba  w  Ciało  P.  Jezusa,  bo,  jako  nie 
mający święceń kapłańskich, nie ma i władzy żadnej.  

A. K.  

 

 

ROZTROPNI WIEŚNIACY 

 

Pewien generał w Prusach otrzymał w nagrodę rozległe posiadłości kościelne. Kiedy później 
musiał  iść  na  wojnę,  chciał  jeszcze  przyjemność  sprawić  monarsze.  Zwołał  wieśniaków, 
którzy mieszkali w jego posiadłościach (a byli to biedni ludzie) – i rzekł do nich: "Nim odjadę, 
chcę dać każdemu wielki obszar ziemi: ale musicie zamiast swej wiary, przyjąć religię naszą. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

41 

Zastanówcie się więc wprzód dobrze, a potem dacie mi szczerą odpowiedź". Wkrótce stanęli 
biedacy z pogodnym obliczem przed generałem i rzekli: "Wasza ekscelencjo! Nasze zdanie 
jest takie: «Jeżeli np. ktoś chce z nami swego konia zamienić na naszego, i do swego konia 
jeszcze nam coś dodaje, to w takim razie nasz koń musi być lepszy od jego szkapy. Dlatego 
też  i  wiara  nasza  musi  być  cenniejsza  od  waszej,  gdyż  Wasza  ekscelencja  chce  jeszcze 
dodać każdemu  z nas po wielkim kawale  ziemi, gdybyśmy  katolicką wiarę zmienili na inną. 
Zostajemy więc przy naszej wierze»".  

–  O wy łotry! –  krzyknął generał  i byłby  ich z pewnością wychłostał, gdyby  im przedtem  nie 
był przyrzekł, że za otwartość nie będzie ich karał.  

–  Prosta  ta  odpowiedź  godna  jest  uwagi;  nie  należy  dawać  posłuchu  różnym  pokusom  i 
obietnicom. 

 

 

PANOWIE SPOD OKNA 

 

Wśród  podróżnych  jadących  III  klasą  pociągu  osobowego  na  linii  Warszawa  –  Kraków 
powstało radosne poruszenie.  

Oto mężczyzna młody, pod  samym oknem szczęśliwie  usadowiony,  bywalec snać nie lada, 
opowiadał właśnie, jak raz pop ruski (1) przez pomyłkę odprawił Mszę św. na barszczu.  

– I Msza św. udała się – dodał.  

– Jak to się udała? – pytam zdziwiony.  

Nie bardzo był rad moim wmieszaniem się do rozmowy, jednak po chwili tłumaczył.  

– Bo ludzie w cerkwi zgromadzeni modlili się tak pobożnie, jak nigdy.  

– Udała się tedy modlitwa, w najlepszym razie nabożeństwo, ale nigdy Msza święta.  

– A to dlaczego? – zapytało kilka głosów naraz.  

– Bo jej tam nie było zupełnie. Chleb i wino do istoty Mszy św. należą, gdy istotnych rzeczy 
brak, nie ma Przenajświętszej Ofiary.  

– Ależ co nam też ksiądz opowiada – wmieszał się drugi spod okna w binoklach jegomość. – 
Przecież  nie  będziemy  wartości  rzeczy  religijnych  od  tak  materialnych,  jak  chleb  i  wino, 
uzależniali. Więcej dla mnie znaczy pobożność ludu.  

– Cała rzecz [w tym], że pan tu nic stanowić nie może, jeno ustawodawca – Chrystus.  

– A On modlił się i do modlitwy zachęcał.  

–  Lecz  Mszę  św.  ustanawiając,  prócz  modlitwy,  wziął  chleb  w  ręce,  błogosławił  i  łamał, 
mówiąc:  "Bierzcie  i  jedzcie,  to  jest  Ciało  moje".  Potem  wziął  kielich  z  winem  i  rozdzielając 
Apostołom mówił: "Pijcie z niego wszyscy, ten jest bowiem kielich Krwi mojej... To czyńcie na 
moją pamiątkę
".  

–  Przepraszam  –  wmieszała  się  jakaś  młoda  pani,  nauczycielka  zdaje  się.  –  Mam  z 
kwestiami  religijnymi  wiele  do  czynienia  i  rozprawiam  o  nich  często.  Należę  zarazem  do 
kółka abstynentów i wino ze Mszy św. chętnie rada bym usunąć.  

– Jakim prawem?  

– Sam Chrystus, gdyby dziś żył, pewnie by to uczynił.  

–  Skądże  u  pani  pewność taka.  Co  by  uczynił  Chrystus,  dziś  żyjąc  na  świecie,  badać  nam 
trudno.  To  wszakże  pewne,  że  On  –  Bóg  za  naszymi  i  ludzkimi  rozumowaniami 
niekoniecznie  pójść  by  musiał.  I  my  tu  nawet  nie  zgadzamy  się  między  sobą,  potomność 
niewiadomo czy za naszymi poglądami podąży...  

– My na przeszłość sprzed lat paru już patrzymy się krytycznie – wtrącił panicz w binoklach.  

–  Bóg  najmędrszy  na  nas  wszystkich  krytycznie  się  patrzy  –  dodał  starszy  mężczyzna, 
dotychczas do rozmowy się nie mieszający.  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

42 

– Wynikałoby z tego – kończył pierwszy młodzieniec spod okna – że w kwestiach religijnych 
lepiej jest pokornie słuchać niż plany wywodzić.  

–  Tak  –  zawyrokował  ów  starszy  mężczyzna,  –  bo  założycielem  religii  jest  nie  człowiek 
choćby najmędrszy, ale Stwórca-Bóg!  

N. P.  
 

Przypisy:  

(1) Jeżeli ów pop nie miał ważnych święceń, co się bardzo często u schizmatyków zdarza, to w ogóle 
nie miał i władzy konsekrowania. 

 

 

Z KARNAWAŁU 

 

Odpoczywamy w kancelarii szkolnej między lekcjami.  

– Niechże ksiądz prefekt choć raz dzisiaj pójdzie z nami na zabawę: będą śpiewy, muzyka, 
tańce – nalegała na mnie jedna z nauczycielek. – Będzie i bufet, gry...  

– Nie mam ani czasu, ani pieniędzy, ani ochoty – odparłem krótko.  

– Ależ bo ksiądz prefekt taki asceta!  

– Zbyt pochlebny sąd pani o mnie wydaje: do ascety mi jeszcze niezmiernie daleko. Asceta a 
miłośnik  zabaw,  to  dwie  osoby  krańcowo  różne;  między  zaś  nimi  cały  szereg  pojęć  i 
zapatrywań się znajduje: wśród nich i dla mnie niegodnego miejsce.  

–  Ja  w  balach  tak  rozmiłowana,  że  mi  się  po  parę  nocy  śnią  potem  –  wtrąciła  inna 
nauczycielka.  

– Mnie się i śmierć śni niekiedy.  

– Niech ksiądz o tym nie wspomina! – rzekły obydwie z pewnym oburzeniem.  

–  A  cóż  to  pomoże  nie  wspominać?  –  odpowiedziałem  spokojnie.  –  Śmierć,  proszę  pani, 
przyjdzie i to pewniej, niźli odbędzie się ta zabawa oczekiwana. Ona, nieoczekiwana!  

– Ale nie przed zabawą przecie!  

– Jeden Bóg raczy wiedzieć.  

– Ja się śmierci ogromnie obawiam – rzekła jedna.  

– Ja też – dodała druga – bo któżby się jej nie lękał?  

– Ja pierwszy, proszę pani, a ze mną wszyscy, co... nie zagłuszają sumienia zabawami, lecz 
porządkują je szczerze.  

– Fanatyk! – wrzasnęła z oburzeniem, odwracając się ode mnie, pani jedna i druga.  

A mnie na ustach zawitał uśmiech bolesny...  

A. J.  

 

 

JAK UMIERAŁ WIELKI MUZYK SZOPEN 

 

Któż nie słyszał o wielkim polskim muzyku Szopenie?  

Szopen był tym, który nasze chłopskie melodie, grywane przez pastuszków na fujarkach, na 
weselach przez wiejskich grajków rzępolone na gęślach, ubrał w artystyczne formy.  

Szopen niewielu miał dobrych przyjaciół, ale za to wielu złych, tzn. ludzi bez wiary; ci ostatni 
byli  jego  gorącymi  wielbicielami.  Artystyczne  triumfy  tłumiły  wezwanie  Ducha  Świętego. 
Pobożność,  którą  wyssał  z  piersi  matki-Polki,  miała  dlań  wartość  li  tylko  rodzinnego 
wspomnienia.  Obojętność  towarzyszy  i  towarzyszek  lat  ostatnich  przenikały  coraz  bardziej 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

43 

do  jego  umysłu;  zwątpienie  w  duszy  unosiło  się  nad  życiem  jak  czarna  i  ciężka  chmura. 
Wysubtelnione tylko poczucie form towarzyskich sprawiło, że otwarcie nie szydził z religii.  

W tym opłakanym duchowym stanie zapadł na nieuleczalną, płucną chorobę. – Wiadomość 
o  zbliżającej się  śmierci Szopena –  opowiada rówieśnik  jego ks.  Jełowicki – doszła  mnie  w 
powrotnej  mej  drodze  z  Rzymu  do  Paryża.  Pobiegłem  natychmiast  do  swego  przyjaciela, 
którego znałem od lat dziecięcych; dusza jego tym bardziej była mi droga. Ucałowaliśmy się 
serdecznie; zmieszały się łzy nasze i przekonały mnie, że dni Szopena są policzone... Chudł 
i gasł w oczach; a jednak płakał nie nad sobą, ale nade mną, współczując bólowi, jaki mnie 
spotkał skutkiem okrutnej śmierci mego brata Edwarda, którego bardzo kochał. Skorzystałem 
z tego nastroju, by mu przypomnieć ukochaną matkę, a przez wspomnienie o niej, rozbudzić 
w nim wiarę, którą weń wpoiła.  

– Rozumiem – tłumaczył mi – nie chciałbym umierać bez Sakramentów, by nie zasmucić mej 
drogiej  matki;  ale  nie  mogę  ich  przyjąć,  gdyż  ich  nie  rozumiem  tak,  jak  ty  rozumiesz. 
Odczuwam raczej całą słodycz  spowiedzi,  opartej na przyjacielskim zaufaniu; ale spowiedź 
jako  Sakrament,  jest  dla  mnie  zupełnie  niezrozumiała.  Jeśli  chcesz,  przez  wzgląd  na  twą 
przyjaźń, wyspowiadam się przed tobą; inaczej – nie.  

Ścisnęło  się  serce moje, gdym  słyszał  te słowa Szopena; rozpłakałem się: cierpiałem za  tę 
duszę.  Biedna  ona!  Przekonywałem  go  jak  mogłem,  mówiąc  mu  o  Chrystusie,  o  Najśw. 
Pannie,  o  oczywistych  dowodach  miłosierdzia  Boskiego.  Nic  z  tego.  Ofiarowałem  się 
przyprowadzić spowiednika, którego zechce. Wreszcie odpowiedział mi:  

– Jeśli w ogóle będę się spowiadał, to tylko przed tobą.  

Po  takiej  zapowiedzi  obawiałem  się,  słusznie  zresztą,  dalszego  uporu  ze  strony  swego 
przyjaciela.  

W następnych  miesiącach  często  odwiedzałem Szopena, nie uzyskując  lepszych  wyników; 
stale  odmawiał.  Modliłem  się  jednak  z  ufnością  za  zbawienie  tej  duszy.  Wszyscy  Ojcowie 
Zmartwychwstańcy  modlili  się  również  za  niego,  przede  wszystkim  podczas  naszych 
rekolekcyj. Naraz 12 października wieczorem, lekarz wezwał mnie nagląco, oświadczając, że 
nie  odpowiada  za  noc.  Drżąc  z  niepokoju,  przybyłem  do  mieszkania  Szopena  i  po  raz 
pierwszy zastałem drzwi zamknięte. Za chwilę jednak, dowiedziawszy się o mym przybyciu, 
kazał mnie wprowadzić, by mi tylko dłoń uścisnąć i rzec:  

– Kocham cię bardzo, ale nic mi nie mów; udaj się na spoczynek.  

Proszę  sobie  wyobrazić,  jaką  noc  spędziłem!  Nazajutrz  dzień  św.  Edwarda,  patrona  mego 
drogiego  zmarłego  brata.  W  czasie  Mszy  św.  na  jego  intencję  prosiłem:  "Boże  miłosierny, 
jeśli Ci miłą jest dusza brata mego Edwarda, daj mi dzisiaj duszę Fryderyka".  

Wzruszony,  z  iskrą  nadziei  w  duszy,  wróciłem  do  Szopena.  Przygotowano  mu  śniadanie. 
Prosił, bym podzielił jego posiłek. Zwróciłem się doń:  

–  Drogi  przyjacielu,  dzisiaj  dzień  imienin  mego  brata  Edwarda.  –  Szopen  westchnął.  A  ja 
dodałem:  

– W dniu Patrona mego brata chcę cię prosić o upominek dla siebie.  

Szopen na to:  

– Dam ci co chcesz.  

Odpowiedziałem:  

– Daj mi swą duszę.  

– Rozumiem cię: weź ją – odrzekł mi Szopen. I usiadł na łóżku.  

Niewypowiedziana  radość,  a  jednocześnie  obawa  mnie  owładnęły.  Jak  wziąć  tę  drogą 
duszę, by ją oddać Bogu? Ukląkłem i z gorącą w sercu prośbą do Boga się zwróciłem: "Weź 
ją  Sam,  Panie".  Podałem  Szopenowi  krucyfiks  i  złożyłem  go  w  jego  dłoniach;  łzy  gorące 
płynęły mu z oczu. Zapytałem go:  

– Czy wierzysz?  

Odrzekł mi:  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

44 

– Wierzę.  

– Jak matka twoja cię uczyła?  

Odparł:  

– Jak matka moja mnie nauczyła.  

Ze  wzrokiem  utkwionym  w  krucyfiks  spowiadał  się,  płacząc.  Przyjął  Wiatyk  i  Ostatnie 
Namaszczenie Olejem św., o które prosił.  

Od tej chwili cały,  rzec  można,  opromieniony łaską Bożą, a  raczej  Bogiem  samym, stał się 
jakby innym człowiekiem; więcej powiem, jakby świętym.  

Tegoż  dnia  rozpoczęła  się  agonia  Szopena:  trwała  cztery  dni  i  cztery  noce.  Cierpliwość, 
ufność w Bogu i często radość nie ustępowały z jego twarzy, aż do ostatniego tchnienia. W 
momentach  największych  cierpień  mówił  o  swym  szczęściu,  dziękował  Bogu,  głosił  swą 
miłość  dla  Niego  i  swe  pragnienie  ujrzenia  Go  conajrychlej.  Opowiadał  swe  szczęście 
przyjaciołom,  którzy  przychodzili  pożegnać  go  i  czuwali  w  sąsiednich  pokojach.  Nie 
pozostawało  mu  już  tchu  prawie,  konał;  nie  skarżył  się  więcej;  chwilami  tracił  przytomność 
umysłu. Stroskani przyjaciele przychodzili tłumnie do jego  sypialni, oczekując  ze  ściśniętym 
sercem  śmierci.  W  pewnej  chwili  Szopen,  otworzywszy  oczy  i  spostrzegłszy  ten  tłum, 
zawołał:  

– Co oni tu robią? Dlaczego się nie modlą?  

Wszyscy uklękli za mną; odmawiałem litanię, której obecni, nawet protestanci, odpowiadali...  

Dniem i nocą, prawie nieustannie, ściskał me ręce, jakby nie chcąc mnie opuścić i mówił:  

– Nie zostawisz mnie w tej ważnej, uroczystej chwili.  

Przylgnął  do  mnie  jak  dziecko,  co  ma  zwyczaj  tulić  się  do  swej  matki,  kiedy  jakieś 
niebezpieczeństwo  mu  grozi.  Ciągle  powtarzał  słowa:  "Jezus,  Maryja".  Całował  krzyż  w 
przedziwnym  uniesieniu  wiary,  nadziei  i  wielkiej  miłości.  Czasami  zwracał  się  do  obecnych 
przyjaciół i z najwyższą tkliwością mówił:  

–  Kocham  Boga  i  kocham  ludzi!  Uświadamiam  sobie,  że  umieram.  Módlcie  się  za  mnie. 
Zobaczymy się w niebie!  

Do lekarzy, którzy pragnęli przedłużyć mu życie, odezwał się:  

– Pozwólcie mi umrzeć; Bóg mi przebaczył i wzywa mnie do Siebie; zostawcie mnie – chcę 
umrzeć. I jeszcze:  

–  To  piękna  wiedza,  co  umie  przedłużać  cierpienie;  gdybyż  przydało  się  ono  na 
zadośćuczynienie  za  winy  moje!  Ale  jeśli  tylko,  by  mnie  męczyć  i  sprawiać  ból  tym,  którzy 
mnie kochają – piękna wiedza!  

Mówił również do otaczających go lekarzy:  

– Wymierzacie mi za nic bolesne cierpienia. A może pomyliliście się? Ale Bóg się nie omylił. 
Bóg  mnie  oczyścił.  Ach!  jak  Bóg  jest  dobry,  że  karze  mnie  na  tym  świecie!  Jak  Bóg  jest 
dobry!  

Przed samym skonem Szopen, co zawsze był tak wytworny w mowie, chcąc mi zaświadczyć 
niejako całą swą wdzięczność, jak również, by mi okazać, jak nieszczęśliwi są ci, którzy bez 
Sakramentów umierają, nie zawahał się wypowiedzieć:  

– Bez ciebie, mój drogi, zdechłbym jak wieprz.  

W chwili śmierci powtórzył raz jeszcze słodkie imiona Jezusa, Maryi, Józefa; zbliżył krucyfiks 
do ust swoich i serca, a przy ostatnim tchnieniu wyrzekł te słowa:  

– Jestem u źródła szczęścia!  

I skonał.  

Tak umarł Szopen.  

G. N. 

 

 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

45 

NIEBO 

 

Niedawno  temu,  w  grudniu,  wsiadam  do  wagonu  kolejowego  i  z  wysiłkiem  ładuję  do  góry 
podłużny pakunek. Szczęk żelaza zdradził jego zawartość.  

– To noże introligatorskie? – odezwał się siedzący naprzeciw z posiwiałą już brodą żyd.  

– Tak jest, – potwierdziłem.  

–  Ja  wiem, bo  i  ja  mam aż  trzy  wielkie  maszyny  introligatorskie,  ale  teraz  to  już  roboty  nie 
ma, jak to było przedtem.  

– Wiozę te noże do poostrzenia; gdzie też pan je ostrzy? – spytałem.  

Podał firmę i okazywał chęć do dłuższej rozmowy. Zapytałem go więc od razu:  

– Przepraszam, czy mógłbym się spytać, jaki pan ma cel w życiu.  

– Cel?  

– Do czego pan dąży, czego ostatecznie pragnie.  

– Być uczciwym, nikomu krzywdy nie robić, żeby ludzie powiedzieli: "A to uczciwy człowiek".  

– Czyż to nie za mało?  

– Za mało? Dobra opinia to jest bardzo dużo.  

– A jeżeli za czynienie drugim dobrze spotka nas czasem niewdzięczność (co często bywa), 
cóż wtedy? Czy warto by wówczas być uczciwym?  

– Prawda, to nie wystarcza.  

– A pan po śmierci nie widzi czegoś więcej? – wtrącił obok siedzący inteligentny mężczyzna 
(jak się potem okazało, adwokat).  

– Co my o tym wiemy? Włożą człowieka do ziemi i tam mu będzie dobrze, nie potrzeba ani 
jeść, ani pić, ani komornego płacić. Ot, żeby tak można żyć bez jedzenia, to by było dobrze 
żyć na świecie.  

– Ja pragnę tylko jak najprędzej umrzeć, – ozwał się na to inny jeszcze młody żydek, – co to 
za  życie,  jak  interes  nie  idzie.  Dobrze  by  było,  gdyby  ludzie  nie  lubili  pieniędzy.  U  nas  w 
Piśmie św. napisano, że rabin to ma być taki człowiek, który nie lubi pieniędzy.  

– Może w talmudzie – poprawiłem.  

– W talmudzie – powtórzył – bo wtedy może tylko sprawiedliwie sądzić, a jednak i rabini lubią 
pieniądze. Najlepiej pójść jak najprędzej na drugi świat.  

– Co tam na drugim świecie; tu się wszystko kończy – wtrącił stary żyd.  

– Panowie są jednego wyznania, to chyba się zgodzą na tym punkcie – zagadnąłem.  

– U nas jasno się o tym nie uczy – dodał młody.  

– Pan się o tym uczył – mówi mi stary żyd – niech pan nam powie, jak pan o tym myśli?  

– I owszem: wglądnijmy tylko w siebie. Czy chcielibyśmy żyć długo?  

– Ja nie, bo tyle trzeba się nacierpieć.  

– Gdyby powodziło się bardzo dobrze i wszystkiego było pod dostatkiem?  

– Ale kiedy na świecie tego nie ma.  

– Gdyby jednak było?  

Zaświeciły mu się sposępniałe oczy.  

– Gdyby było dobrze, to tak.  

– A jak długo? Czy nie jak najdłużej?  

– Oczywiście.  

–  Więc  pragniemy  żyć,  ale  bez  cierpień,  w  szczęściu  i  to  nie  byle  jakim,  ale  wolelibyśmy, 
żeby  ono  było  raczej  większym  niż  mniejszym,  a  nawet  sama  świadomość  jakiejkolwiek 
nieprzekraczalnej  granicy  w  tym  szczęściu  byłaby  dla  nas  już  zamąceniem  szczęścia; 
pragniemy szczęścia, ale bez granic.  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

46 

– Rzeczywiście.  

– Nie tylko, ale chcemy żeby to szczęście trwało jak najdłużej – bez końca.  

– Tak.  

–  Takiego  szczęścia  bez  granic  oczywiście  nie  znajdziemy  na  skończonym  świecie,  tym 
może być tylko nieskończony, wieczny Bóg – niebo.  

A następnie my wszyscy tu obecni tego pragniemy i każdy człowiek bez względu na różnicę 
narodowości tym pragnieniem żyje. Pochodzi ono więc z czegoś nam wszystkim wspólnego, 
z natury ludzkiej. Czyż mógłby Pan Bóg, Który dał na to władze i dążenia naturalne, by one 
cel  swój osiągnęły: – oko, by widziało przedmioty widzialne, i takie przedmioty są; ucho, by 
słyszało dźwięki, i takie dźwięki istnieją, – czyż mógłby dać pragnienie wyższe, bo rozumowe 
i nie dać mu zaspokojenia?  

Takie pragnienie byłoby wtedy bezcelowe; Bóg, stwarzając w naturze tę niczym nieugaszoną 
żądzę  szczęścia  z  wyraźną  refleksją,  by  ono  nie  miało  granicy,  i  nie  dający  zaspokojenia 
tego gorącego pragnienia, nie działałby rozumnie ani z dobrocią – słowem nie byłby Bogiem. 
Takie więc szczęście być musi.  

Potwierdzają  to,  jak  na  złość  rozumowaniom  najrozmaitszych  mędrków  wielkich  i  małych, 
liczne objawienia tych, co zeszli z tego świata i obecnie cieszą się już wiecznym szczęściem 
i dzielnie wspomagają nas tu na ziemi.  

W ostatnich czasach prawdziwy "deszcz róż" przeróżnych łask zsyła niedawno zmarła, a już 
kanonizowana S. Teresa od Dzieciątka Jezus.  

Oto nasz wspólny cel.  

M. K. 

 

 

PIEKŁO 

 

– To niemożliwe, żeby Pan Bóg karał piekłem.  

– A to dlaczego?  

–  Bo  przecież  Pan  Bóg  jest  miłosierny,  nieskończenie  miłosierny;  jakżeż  więc  mógłby  tak 
srogo karać?  

–  Ale  jest  i  sprawiedliwy  i  to  nieskończenie;  więc  nie  może  przepuścić  żadnej  winy  nie 
zgładzonej jeszcze, ani żadnej kary bez zadośćuczynienia i to do punktu, matematycznie do 
punktu.  

– Czyż na tym świecie nie dosyć już cierpienia?  

–  Cierpią  przeważnie  dobrzy,  łagodni,  a  używają  sobie  często  właśnie  ci,  którzy  kradną, 
wyzyskują i oszukują innych. Na tym więc świecie nie ma jeszcze wyrównania rachunków.  

– Dobrze, rozumiem, ale przecież niekoniecznie musi być zaraz wieczne piekło!  

– Obrazę mierzy się godnością obrażonego. Policzek, wymierzony zamiataczowi ulicy będzie 
obrazą,  ale  większą  obrazą  byłby  policzek  dany  prezydentowi  miasta,  większą  jeszcze 
wymierzony  prezydentowi  Rzeczypospolitej,  a  obraza  nieskończenie  wyższej  Istoty  Boga 
będzie nieskończenie większą. Zadośćuczynienie więc musi być też nieskończenie większe. 
Przez Sakrament Spowiedzi św. nieskończone zasługi męki Pana Jezusa ściśle i całkowicie 
wyrównują  zniewagę.  Kto  zaś  nie  chce  korzystać  z  Przenajświętszej Krwi  Boga-Człowieka, 
ten nie będzie zdolnym, jako stworzenie skończone, dać zadośćuczynienia nieskończonego 
w tym życiu:  składać je  więc będzie musiał  po śmierci,  cierpiąc przez nieskończoność  czyli 
wiecznie. Tego wymaga rozum.  

R. N. 

 

 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

47 

COŚ NIECOŚ O POŚCIE 

 

–  Wiesz,  Helu,  ubawiłam  się  tego  roku  w  czasie  karnawału  bajecznie.  Tyle  zabaw 
przepędziłam  we  wspaniałym  i  wesołym  towarzystwie,  tyle  nadzwyczaj  grzecznych, 
przystojnych i sympatycznych chłopców  poznałam, tyle  różnych  muzyk się nasłuchałam, że 
naprawdę  teraz  nie  mogę  zrozumieć,  po  co  ten  jakiś  post?  Czyż  człowiekowi  już  trzeba 
zazdrościć  nawet  tych  kilku  chwil  przyjemnych  i brutalnie  zabronić  tego  wszystkiego,  jak  to 
czyni Kościół katolicki? Ach, jakżeby to lepiej było, gdyby u nas zamiast religii katolickiej była 
protestancka, albo jaka inna, która nie uznaje żadnych postów, ni czasu jakiejś pokuty.  

–  E,  nie  mów  mi  takich  rzeczy,  Nusiu,  –  przecież  wiesz,  że  jestem  katoliczką  i  cenię 
nadzwyczaj  wszystko,  co  Kościół  katolicki  nakazuje.  Jakże  cię  ten  karnawał  zmienił  nie  do 
poznania?  Byłaś  przedtem  taką  roztropną,  taktowną,  a  teraz  tak  wielką  przykrość  mi 
wyrządzasz swoimi bredniami. Czyż naprawdę zdaje ci się, że człowiek na to stworzony, by 
się  jedynie  bawił  i  to  jeszcze  jak  bawił?  Pan  Bóg  nie  zabrania  przecież  człowiekowi 
dozwolonej  rozrywki,  ani  też  Kościół  święty  nie  chce,  byśmy  pospuszczali  nosy  i  w  tym 
Wielkim Poście już o niczym innym nie myśleli, jak o poście...  

–  No,  a  na  cóż  to  Popielec?  na  co  te  zapowiedzi  postu?  przecież  to  człowieka  musi 
wyprowadzić z równowagi.  

–  E,  co  ta  mówisz?  Najpierw  po  zabawie  musi  być  odpoczynek.  A  po  wtóre,  człowiek  ma 
duszę nieśmiertelną, powinien i o niej pamiętać, bo ona jest tą lepszą, doskonalszą cząstką 
człowieka. Gdy ciało się ubawiło, trzeba teraz pomyśleć o duszy.  

–  Tylko  mi  nie  praw  jakichś  kazań  o  duszy.  Ja  się  chcę  bawić,  ja  nie  chcę  pościć  i  rzecz 
skończona. Jakiś przestarzały wymysł: nie jeść mięsa. Czy tam Panu Bogu zależy na tym, że 
ja będę mięso jadła? albo że będę głodowała? Czy będę wtedy lepiej wyglądać?  

–  Widzę,  Nuśka,  że  ci  rzeczywiście  wlazł  karnawał  do  głowy.  Ale  uważaj,  choć  trochę.  Nie 
rzucaj się, byłaś przedtem taką zawsze spokojną i pozwoliłaś sobie prawdę powiedzieć. Oto 
uważaj  najpierw na  to,  jak  ty  odnosisz  się  do  Kościoła  katolickiego. Wstydzić  się  powinnaś 
rzucać błotem  na  to, co  jest najlepszego  i najzbawienniejszego na świecie. Przecież  nieraz 
to przyznawałaś, że Kościół katolicki jest ustanowiony przez Jezusa Chrystusa, a zatem jego 
Twórcą  jest  Sam  Bóg.  Boże  jest  zatem  w  nim  to  wszystko,  co  on  w  rzeczach  wiary  i 
obyczajów  naucza.  Czyż  stałaś  się  już  tak  na  wszystko:  i  na  postęp  i  na  cywilizację  i 
stanowisko  nasze,  jako  kobiet,  obojętną,  czy  naprawdę  nie  czujesz  w  sobie  tego,  że  tylko 
religia katolicka potrafi cię w twoich dążnościach wyższych zaspokoić? Czymże jest człowiek 
niewierzący? Jaki jego los? Jaka przyszłość? Jaki cel jego bytu? odpowiedz mi na te pytania.  

– Dziwną ty jesteś, Helu. Ile razy cię spotkam, zawsze musisz mi nasypać morałów, zawsze 
musisz  mnie  wprawić  swoimi  pytaniami  w  kłopot  i  dziwniejsza  jeszcze  rzecz,  zawsze 
potrafisz mi tak przemówić, że ja nie mam co odpowiedzieć. Bo i cóż ci odpowiedzieć na twe 
pytania?  Gdy  się  zastanawiam,  czuję  to  dobrze,  że  jedynie  religia  katolicka  może  być 
prawdziwą, że ona jedna nam kobietom zapewnia należne stanowisko w społeczeństwie. Ale 
widzisz,  że  ma  nieraz  Kościół  takie  przepisy,  które  człowieka  muszą  wyprowadzić  z 
równowagi. Po co na przykład zakazywanie hucznych zabaw, tym więcej po cóż jakiś post.  

– Wiesz dobrze, Nusiu, że oznaką żywotności Kościoła są jego wspaniałe uroczystości. Otóż 
jedną z największych takich uroczystości jest Wielkanoc. Kościół św. pragnie, byśmy się do 
niej  jak  najlepiej  przygotowali.  Ponieważ  zaś  przed  zmartwychwstaniem  Swoim  Pan  Jezus 
cierpiał  bardzo  bolesną  mękę  i  poniósł  śmierć  na  krzyżu  jedynie  na  to,  by  nas  zbawić, 
dlatego Kościół  św. nawołuje  wszystkie swe dzieci,  by rozpamiętywały boleści  i mękę Pana 
Jezusa. A że, jak to jest przyjętym, w czasie żałoby nie urządza się zabaw ni tańców, dlatego 
Kościół katolicki w tym czasie żałoby największej, bo z powodu śmierci swego Założyciela i 
Mistrza,  zabronił  hucznych  zabaw.  Zdaje  mi  się,  że  i  ty  zgodzisz  się  w  tym  ze  mną,  że 
słusznie postąpił.  

– No tak, Helu, może masz słuszność, ale, jeszcze raz mówię, po co ten post jakiś?  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

48 

– Wiesz o tym, że nie jestem księdzem, bym ci wszystko wytłumaczyła. Ale ja tak pojmuję tę 
sprawę. Pan Jezus przed Swoją męką pościł przez czterdzieści dni. Dlaczegóż my, Jego, jak 
mówimy, uczniowie nie mielibyśmy iść za Jego przykładem i przygotować się do tak ważnej 
rzeczy, jaką jest Wielkanoc i spowiedź wielkanocna, w ten sam sposób. Z pewnością, że to 
Mu  się  bardziej  podobać  będzie  i  dlatego  lepszym  się  dla  nas  okaże.  Dalej,  człowiek 
grzesząc,  czyni  coś,  co  mu  sprawia  zakazaną  przyjemność,  czyli  innymi  słowy  psuje 
porządek, jaki winien panować między stworzeniem a Stwórcą, dogadzając sobie. Otóż czy 
nie  słuszną  jest  rzeczą,  by  teraz,  chcąc  naprawić  ten  nieporządek,  coś  takiego  uczynił,  co 
sprawia przykrość ciału? Właśnie takie odmawianie sobie niektórych pokarmów wyrównuje w 
pewien  sposób  ten nieporządek,  jaki  grzech  wprowadził do duszy  ludzkiej. I jeszcze, jeżeli, 
jak wspomniałam, Pan Jezus tyle dla nas wycierpiał, czyż nie słuszną jest rzeczą, byśmy też 
coś wycierpieli? On cierpiał za nas i dla nas. A dla nas czyż tak trudną miałoby być rzeczą, 
cierpieć  dla  naszej  korzyści  tę  trochę  postu?  Zresztą  jest  rzeczą  udowodnioną,  że  trochę 
postu nawet dla organizmu ludzkiego jest konieczne. Cóż to jest dieta, którą lekarze zalecają 
chorym? Czy to nie post w swoim rodzaju? Zatem i dla duszy może być post pożyteczny i dla 
zdrowia  ciała  pomocny,  zresztą,  czyżby  święta  wielkanocne  robiły  na  nas  takie  wrażenie, 
gdyby  nie  było  postu?  Czy  wyznawcy  jakiegokolwiek  innego  wyznania  pamiętają  tak  o 
świętach?  Oczekują  ich  tak  jak  katolicy?  Tutaj  dobrze  daje  się  poznać  żywotność  religii 
katolickiej. Gdy dusza się raduje, wtedy i ciało ma swoje wesele. Gdy dusza pokutuje, i ciało 
bierze w tym udział, bo człowiek składa się z ciała i duszy. Jedynie harmonia zupełna między 
tymi dwoma częściami składowymi może człowieka prawdziwie uszczęśliwić.  

–  No  pięknie  mi  ty  prawisz  i  to  zupełnie  trafia  mi  do  przekonania.  Ale  nie  mogę  tego 
zrozumieć,  jak  to  teraz  trzeba  pościć?  Dawniej –  jak  mówią  –  było  tak:  post,  to nie  jedz ni 
mięsa ni  mleka. Dziś zaś  niby post jest,  a tu mówią,  że nie tylko mleka, ale  nawet tłuszczu 
używać trzeba.  

–  Najpierw,  Nusiu,  co  do  tego  ostatniego,  to  zupełnie  mylnie  rozumiesz.  Powiedziałaś,  że 
każą tłuszczu używać. To nieprawda. Nikt przecież, chyba lekarz tylko, nie zakazuje pościć i 
bez  mleka.  Owszem,  jeżeli  kto  może,  komu  pozwala  zdrowie  i  warunki,  może  nigdy  nie 
skosztować nie tylko mięsa, ale nawet mleka. Tutaj chodzi o to, że jest pozwolone używanie i 
potraw mlecznych i używanie tłuszczu, jako przyprawy.  

–  Więc  jakże  to  można  pogodzić:  Nie  wolno  jeść  mięsa,  ani  rosołu,  ani  gotowanego  na 
mięsie, a wolno używać tłuszczu? Czy to nie jakieś drwinki?  

– Ty zawsze, Nusiu, jesteś uszczypliwa. Drwinkami nazywasz to, co jest zupełnie legalnym i 
słusznym. Odpowiedz mi na to pytanie: dlaczego w sobotę o godzinie trzeciej można nabyć 
wódki,  a  w  kwadrans  później  już  nie?  Dlaczego  w  sklepie  spożywczym  nie  można  nabyć 
tortów? Przecież to także może służyć za pokarm. Dlaczego w jednym i tym samym sklepie 
można dostać wódki zwykłej, a silniejszej już nie? tym mniej spirytusu czystego?  

–  Widzisz,  Helu,  bo  tutaj  prawo  państwowe  jest  takie,  że  kto  ma  koncesję  na  sklep 
spożywczy,  to  tym  samym  nie  ma  jej  na  cukiernię;  wódki  nie  można  po  godzinie  trzeciej 
sprzedawać,  bo  takie  jest  prawo;  również  czystego  spirytusu  do  prywatnego  używania 
sprzedawać prawo nie pozwala.  

–  Dobrześ  przynajmniej  raz  bez  przytyczek  odpowiedziała.  Takie  jest  prawo  państwowe  i 
dosyć. Ono nie pozwala, czy zakazuje, zatem nie wolno. Podobnie rzecz się ma i z postem. 
Kościół  katolicki  ma  prawo  nakładać  na  swoich  członków  obowiązek,  może  go  w  ten,  czy 
inny sposób rozumieć. Jeżeli więc nałożył na nas obowiązek postu, to trzeba mu w tym być 
posłusznym. Jeżeli zaś ten post wytłumaczył w ten sposób, że wystarczy nie używać mięsa, 
ani rosołu, ani gotowanego na mięsie, a można używać tłuszczu, to dla nas tym wygodniej. 
Zastosujmy  się  do  nakazów  kościelnych,  a  z  pewnością  i  Bogu  się  przypodobamy  i  duszy 
przyniesiemy pożytek.  

 

 

 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

49 

CZY JEST SZCZĘŚCIE NA ŚWIECIE? 

 

W podróży z Kalisza do Poznania spotkałem w wagonie człowieka szczęśliwego.  

– Czy ksiądz daleko jedzie? – zapytał mnie on najzwyczajniej w świecie.  

Był młody, lat może 26 i tak wyglądem swoim, jak i tym pierwszym odezwaniem się uczynił 
na mnie dodatnie wrażenie.  

– Bo i ja kiedyś miałem zamiar zostać księdzem, ale na szkoły funduszu nie stało – ciągnął 
dalej,  kiedym  mu  na  tamto  pytanie  udzielił  odpowiedzi.  –  I  teraz  pewnie  długo  i  dużo  na 
księdza uczyć się trzeba – prawda?  

–  Kapłan  wykształcenie  obszerne  i  głębsze  mieć  musi.  Ale  –  zagadnąłem  –  pan  zapewnie 
bardzo żałuje, że serdecznych życzeń uskutecznić nie zdołał.  

–  Ależ  nie,  bo  wiem  i  rozumiem,  że  we  wszystkim  jest  Wola  Boża;  toteż  dziś  w  świeckim 
stanie jestem również szczęśliwy.  

Po  raz  pierwszy  w  życiu  odbiło  mi  się  o  uszy  słowo  takie  i  wyznanie  takie:  jestem 
szczęśliwy...  

– A czym pan z zawodu? – zapytałem.  

– Przede wszystkim, proszę księdza jestem katolikiem, potem Polakiem i mężem, i ojcem już 
nawet.  

– A zajęcie?  

– Trudnię się kupiectwem. Prowadzę maleńki handel, który z długów postawiłem na nogi, a 
wczoraj właśnie spłaciłem dług ostatni.  

–  Z  krzywdą  bliźniego  działo  się  to  pewnie,  odważyłem  się  odezwać,  badawczo 
równocześnie spoglądając młodzieńcowi w oczy.  

–  O,  nie  –  odparł  spokojnie  –  przecież  ja  w  pierwszym  rzędzie  sprawiedliwości  szukam,  a 
potem korzyści. I przychodzi sama.  

– A nie spotykają pana przeciwności, krzyże?  

–  Jesteśmy  na  ziemskim  padole  płaczu,  toć  i  one  obficie  po  drodze  życia  rozrzucone  być 
muszą. Ale wtedy zaraz rzucę  się  na  klęczki  do modlitwy i spływa  jakaś ulga serdeczna aż 
smutek w radość się obróci.  

–  Toś  pan  szczęśliwy  –  mówiłem  na  pół  pytająco,  a  na  pół  twierdząco,  jakby  dla 
ostatecznego upewnienia się, że to nie złudzenie jakie.  

–  Jeszcze  jak! Bo niechże  sobie  ksiądz  wyobrazi,  że  mi  sumienie  nic  a  nic  nie  wyrzuca, a 
skoro  cośkolwiek  w  nim  niejasno,  zaraz  pytam  się  sumienia:  Co  zaszło?  i  grzech  mój  co 
rychlej na spowiedzi wyznaję. A Pan Bóg – zamiast się mścić – Sam w Komunii św. do serca 
mego  przychodzi.  Taki  Pan  Bóg! –  I  niech  ksiądz  sobie  jeszcze  wyobrazi,  że  przy  pomocy 
Bożej utworzyłem sobie ognisko rodzinne – już chyba najszczęśliwsze ognisko w świecie. Ja 
jej długo  nie znałem, ani  ona  mnie, bo  na zabawy lub muzyki,  gdzie  znajomości czynić  się 
zwykły,  nie  chodziliśmy  obydwoje.  Koledzy  się  ze  mnie  śmiali,  że  tak  na  osobności  nie 
znajdę żony, a ja się tylko modliłem i pracowałem – i ot mam towarzyszkę życia, jakiej każdy 
by  mi  pozazdrościł.  Zgadzamy  się  zupełnie  i  zawsze,  ona  bez  mej  wiedzy  nie  wyda  ani 
złotówki,  ja  znów  przed  nią  też  z  niczym  się  nie  kryję.  Mam  dziecko  siedmiomiesięczne 
ledwie,  a  oto  już,  gdym  teraz odjeżdżał,  żegnało  mnie  łzami.  I  ono  mnie  już  kocha  –  więc, 
księże, jakże ja mogę być nieszczęśliwy?  

– Bóg wam za skromnie spędzoną młodość błogosławi!  

– O tak, księże! Toż my często sobie o tym z żoną mówimy, że lepiej szukać Pana Boga, niż 
rychłego  małżeństwa. Bóg nam błogosławi,  więc my znów, jak  możemy, odwdzięczamy  się 
Bogu, a Pan Bóg,  widać że Wszechmocny  i dobry,  niczego nam nie zapomina, lecz znów  i 
znów lepiej czyni. Tak, jakbyśmy się wyścigiwali w usługach i Pan Bóg wciąż przegania.  

– Toś pan już chyba do tego życia ogromnie przywiązany i umierać ciężko by było...  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

50 

– Ależ! Co ksiądz mówi! Właśnie przeciwnie: ja bym i dziś rad z tego świata schodził! żonę i 
dziecko  zostawiłbym  na  opiece  stokroć  troskliwszej  Opatrzności  Bożej.  Iść  z  ziemi  do 
nieba?!... Z chwilą, w której bym się dowiedział, że nie mam nigdy umierać, już stałbym się 
najnieszczęśliwszym  z  ludzi,  bo  szczęście  i  zadowolenie  człowieka  tylko  na  wiekuistej 
nadziei  mocno  oprzeć  się  może.  Pies  na  ziemi  i  dla  ziemi;  człowiek  zaś  ma  ciało  tu,  duch 
zawsze tam!  

Mówił z takim zapałem, jakby mnie chciał pouczyć.  

I pouczył – odpowiedziami swymi, całym sposobem myślenia i programem życia.  

I zaświadczył, że i na tym świecie, choć względne, szczęście jest, byle go szukać starannie, 
a odnalezione odważnie wprowadzić w swe życie.  

A. K.  

 

 

NIEWOLA ŚLUBÓW ZAKONNYCH  

 

Spotkałem się z "mędrcem" jednym, co usiłował mi udowodnić, że związanie się ślubami po 
zakonach jest nierozumne i poniżające, bo wprowadza niewolę.  

– Kto panu to powiedział? – zagadnąłem go niespodzianie.  

– Jak to kto powiedział?  

– Sądzę, że to nie jest pańska mądrość, lecz wyczytana lub usłyszana...  

Jakoż istotnie wyczytał mój towarzysz w pewnym na pół żydowskim miesięczniku.  

–  Jakiekolwiek  źródło  mego  twierdzenia  –  ciągnął,  nie  tracąc  fantazji  –  jednak  zawsze 
pozostanie prawdą, że zakonnik przez swe śluby poniża się i w niewolę oddaje.  

– Czyją niewolę?  

Znów umilkł, co świadczyło, że artykuł miesięcznika niezbyt jeszcze przetrawił. Aż po chwili:  

– No niby – zakonu.  

– Jakim sposobem?  

Spojrzał na mnie błagalnie.  

– Wie ksiądz, że chciałbym się o tym czegoś dowiedzieć, bo przyznam, że nie wiem nawet, 
co to są, właściwie za śluby.  

– Więc tak pan mów, a nie wyjeżdżaj zaraz na obcym koniku.  

– Więc jakże z tymi ślubami?  

–  Śluby,  panie  drogi,  składa  się  zazwyczaj  po  zakonach  trzy:  Ubóstwa,  Czystości  i 
Posłuszeństwa – i to dopiero po roku nowicjatu, wśród którego kandydat dokładnie się o tym 
dowiaduje,  co  tu  panu  na  jego  życzenie  króciutko  streszczę:  a  do  tego  nie  prędzej,  jak  po 
skończonym  16-tym  roku  życia. Śluby  złożone  wtedy  wiążą  tylko  na trzy  lata,  po  którym  to 
czasie, jeśli młody zakonnik tego sobie życzy, a zakon się godzi, następują wieczyste śluby, 
już do samej śmierci obowiązujące.  

– A jeśli sobie nie życzy!  

– Wtedy swobodnie na świat odchodzi.  

– W takim razie przymusu nie ma i krzywda młodzieńcowi nie dzieje się żadna.  

– Niech pan sam osądzi.  

– I tak mi to ksiądz szybko wytłumaczył – rzekł zadowolony i syt już ascetycznej wiedzy.  

– Zaczekaj pan – rzekłem, to wstęp dopiero. A teraz o tych ślubach: czy też one z istoty swej 
zmierzają do nałożenia człowiekowi kajdan niewoli – i jeśli pod pewnym względem tak, tedy 
jak ta niewola wygląda i do czego zmierza.  

– I ksiądz się godzi na niewolę?!  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

51 

– Cierpliwości panie: i wolność i niewola, a raczej przez niewolę wolność.  

– Teraz to już nic nie rozumiem!  

–  Chwileczkę,  drogi  panie,  zaraz  się  wszystko  wyjaśni.  Zważmy  tylko  trzy  śluby  po  kolei. 
Wpierw Ubóstwo; pozbawia ono nas własności wszelakiej: co używamy, odtąd już nie nasze, 
ale klasztorne...  

– To straszne nic nie posiadać!  

–  Straszne  dla  tego,  kto  już  przez  czas  dłuższy chciwości  człowiekowi  wrodzonej folgował; 
kto wszakże mocnym aktem woli zdołał przez złożenie ślubu Ubóstwa raz na zawsze żądzę 
tę  skrępować,  nałożył  na  nią  kajdany,  podbił  w  niewolę  –  dla  tego  już  nie  straszne,  lecz 
owszem  niewypowiedzianie  błogie.  I  wolność  przedziwna:  bo  siły  duchowe  żądzą 
ubogacenia  się  już  nie  trawione,  w  inny  piękniejszy  i  szlachetniejszy  sposób  zużyte  być 
mogą.  

– I siła większa i ochota i przeszkód mniej w jakiejkolwiek wzniosłej pracy.  

– Właśnie.  

– Więc ten jest cel ślubu Ubóstwa!  

–  A  ten.  Jeszcze  wyraźniej  okaże  się  panu  ta  przez  niewolę  zdobywana  wolność  w  dwóch 
innych ślubach. Czystość; temat do rozprawiania obszerny – ja krótko: kajdany nakładam na 
ciało, aby  wolny  stał  się  duch,  co  na  obraz  i podobieństwo  samego  Boga  jest  stworzony.  I 
jakże  on  istotnie  odetchnie  wtedy  lekko:  bo  napastnik  jego  szpetny  –  ciało  –  już  w  srogiej 
ślubu Czystości niewoli! Jak rozwinie skrzydła, jak wzleci ku górze, ku ideałom, ku Bogu!...  

– To wymaga dłuższego zastanowienia.  

– Jeszcze słuchaj pan: dla całości i ten ślub ostatni, a najtrudniejszy, co niewolę aż przykrą 
niekiedy, ale i wolność największą za to rodzi: ślub świętego Posłuszeństwa. Tu już nie tylko 
majętność  wszelaką  i  rzeczy  zewnątrz  nas  się  znajdujące,  nie  tylko  cielesne  przyjemności 
Stwórcy  memu  w  ofierze  dla  celów  wyższych  składam  –  ale  i  wolę  moją,  tę  szczytną 
duchową wolę! Ujarzmiona chciwość, ujarzmione ciało – teraz wola: i już nie to co sam chcę, 
lecz co przełożeni od Boga naznaczeni mi rozkazują.  

– Na to już bym nie zezwolił.  

– Nikt też od pana nie wymaga: osobne i wielkoduszne powołania Boże tu niezbędne. Lecz 
uważ pan, jaka z tej pozornej niewoli przedziwna wolność się rodzi.  

– Wolność?!  

–  Najobszerniejsza:  bom  wyswobodzony  od  troski  rządzenia  samym  sobą  i  kierowania 
krokami mego doczesnego życia. A stąd ile trosk odpada, ile sił duchowych się zaoszczędza! 
Owszem, tu już wszystkie siły tak ducha, jak i ciała, tak rozumu, jak i woli ku jednemu celowi 
bez przeszkody zwrócić mogę: ku spełnieniu wielkich zadań mego szczytnego powołania.  

–  Księże!  Jaki  nawał  myśli  nowych  teraz  mi  się  garnie  do  głowy!  Radbym  je  wszystkie 
księdzu przedkładał i słuchał odpowiedzi i wyjaśnienia – lecz niestety, godzina mnie woła.  

Uścisnął mi rękę na pożegnanie – a ja, zostawszy sam, pomyślałem sobie:  

Młodzian dobrej woli; jaką drogą Bóg go poprowadzi jeszcze – On sam raczy wiedzieć.  

J. A. 

 

 

WYKOLEJONY? 

 

Nauczyciel  pewien  dziwnie  otwarty  i  szczery,  wpatrzony  w  moją  zakonną  suknię,  nazwał 
mnie człowiekiem wykolejonym.  

– A to dlaczego? – zapytałem.  

– Bo każdą osobę, odrywającą się od tego świata, za wykolejoną uważam.  

– W ścisłym czy dalekim słowa tego znaczeniu?  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

52 

– Choćby i w ścisłym; jako pociąg z szyn niekiedy zstępuje, tak pewne osoby z normalnego 
trybu życia.  

– I zawsze wtedy się wykolejają?  

– Zawsze.  

– A jeśli nie jak ociężały pociąg ze straszną zadymioną lokomotywą po tej ziemi biec, ale na 
sposób samolotów (aeroplanów) po wyżynach powietrznych wzbijać się pragną? Czy i wtedy 
wykolejone?  

– Cóż to za pomysł znowu?  

–  Proste  zbicie  pańskiego  obrazowego  twierdzenia.  Proste  porównanie  życia  osób, 
odrywających się od tego  świata do samolotów  już  nie  sunących, lecz  lecących  i nie  wedle 
szyn kolejowych, lecz po górnych, a swobodnych przestworzach błękitu.  

– A to mi się podoba!  

– I życie oderwane od tego świata, duchowe też?  

– Teraz także!  

J. A. 

 

 

JAK INDIANIN BRONIŁ CZCI NAJŚWIĘTSZEJ PANNY 

 

Ciężką  walkę  mają  do  staczania  nasi  misjonarze  z  pastorami  protestanckich  sekt  w 
północnej  Ameryce,  którzy  usiłują  Indian  dla  swej  nauki  pozyskać.  Pociechą  dla  naszych 
misjonarzy  jest  wiedzieć,  jak  ci  Indianie  wiernie  stoją  przy  religii  katolickiej.  W  Athabaska-
Mackenzie, na samej północy Ameryki,  pewien  Indianin z szczepu  Kri zręcznie  i zwycięsko 
bronił czci Matki Boskiej wobec pastora protestanckiego.  

–  Pastor ten –  tak  opowiada  ów  Indianin  swojemu misjonarzowi, O.  Grouardo M.  N. –  razu 
pewnego zaprosił mnie do siebie; była zima i bardzo zimno. Grzałem się przy jego piecu, gdy 
on  wziął  swoją  biblię  i  pytał  mnie  czy  umiem  czytać.  Miałem  swą  książkę  do nabożeństwa 
przy  sobie  i  pokazałem  mu  ją.  Wejrzał  w  nią  i  zobaczył  imię  Maryi.  To  mu  dało  powód  do 
tłumaczenia mi, jak nieszczęśliwym ja jestem, że się modlę do zwykłej kobiety, równej innym 
kobietom, i dodał jeszcze, że w jego książce jest napisane iż do Samego tylko Pana Jezusa 
modlić  się  trzeba.  Nie  pośpieszyłem  z  odpowiedzią,  bo  nic  nie  umiem,  jeno  mu 
powiedziałem,  że  nie  czuję  się  zdolnym,  aby  o  tym  z  nim  mówić.  Ale  pytałem  go,  czy  ma 
matkę.  Bo  ja  mam  matkę, powiedziałem  mu,  i  kocham  ją.  Czy  ty  też  masz  matkę?  Pastor, 
trochę zmieszany, odpowiedział, że on też z nieba nie spadł, i że on też, jak i inni ludzie, miał 
matkę. Otóż, odpowiedziałem mu, tyś też z pewnością matkę swoją kochał i dobrześ zrobił. 
A  ty  byś  chciał,  żeby  Pan  Jezus  nie  kochał  Swej  Matki?,  a  ty  mówisz,  że  Pan  Jezus 
niezadowolony, gdy ja mówię z uszanowaniem do Jego Matki i gdy Ją proszę, żeby za mnie 
Syna  Swego  Boskiego  prosiła?  My  w  naszej  religii  nie  rozłączamy  Pana  Jezusa  od  Jego 
Matki. Modlimy się naprzód do Pana Jezusa, a potem do Maryi Panny.  

Pastor nie mógł mi nic odpowiedzieć i tak wyrwałem się z rąk jego. 

 

 

WŚRÓD PAUZY 

 

Ciekawie  wypadła  rozmowa  z  pastorem  ewangelickim  z  W.  Uczyliśmy  obydwaj  w  szkole 
miejscowej  religii:  ja  katolików,  on  zaś  protestantów.  Zaprzyjaźniliśmy  się  nawet  –  aż  w 
szczerości serca wyrwało mi się wśród pauzy:  

– Czyśmy tu istotnie obydwaj potrzebni?  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

53 

– Chciałby ksiądz zapewne nasze ewangelickie dzieci bez opieki religijnej zostawić – bąknął 
zgryźliwie.  

– Broń Boże – odparłem – tylko sądzę, że jeden z nas podołałby nauce religii w tej szkole.  

– Ja, czy ksiądz?  

– Niech będzie otwarcie: ja.  

– I zaraz by zaczęły moje dzieci uczyć się, jak to wielbić Maryję, jak do Niej się modlić...  

– Pewnie, że zaraz.  

–  Połknął  ślinkę  jak  gorzką  pigułkę,  choć  błyszczało  z  oczu,  że  przez  gardło  mu  się  nie 
przedarła. Więc sam nawiązałem:  

– Ta cześć Maryi nas różni i pana razi.  

–  Razi  i  gniewa!  Ale  powiem  księdzu  na  zimno  i  jasno.  My  ewangelicy  wielbimy  tylko 
Chrystusa Pana, bo On jeden, jako Bóg-Człowiek prawdziwie święty i czci najwyższej godny. 
U nas bowiem świętym zowie się tylko ten, kto przez cały ciąg doczesnego życia, od chwili 
urodzenia – owszem od samego poczęcia – aż do ostatniego tchnienia najmniejszego nawet 
grzechu  nie  popełnił.  A  tak  świętym  i  stąd  godnym  uwielbienia  jest  tylko  Bóg  i  Syn  Jego, 
Chrystus.  

–  My  nieco  inaczej  co  prawda  świętość  pojmujemy  –  rzekłem.  –  Grzechy,  łzami  pokuty 
obmyte, nie stają w uznaniu kogoś świętym na przeszkodzie. Ale zostawiwszy tym razem to 
na uboczu, świadczę nie ja tylko, ale 350 milionów katolików ze mną, że Maryja właśnie tak 
określoną przez pana świętością się cieszyła.  

– Od narodzenia, a nawet poczęcia bez grzechu?  

– Tak, zawsze deptała głowę piekielnego węża, zawsze łaski pełna!  

– Może od chwili zwiastowania począwszy...  

– I przedtem również.  

– Nigdy w to nie uwierzę!  

–  Niechże  pan  się  tak  z  góry  nie  zastrzega,  bo  my  winniśmy  prawdy,  a  nie  zatwierdzenia 
naszych dotychczasowych poglądów szukać. Słuchaj pan: wasz odłam ewangelików Jezusa 
Chrystusa za prawdziwego Boga jeszcze uznaje?  

– Niezawodnie.  

– A Pan Bóg od wieków mógł sobie wybrać Matkę według Swego upodobania?  

– Niezawodnie.  

–  I  wolał  chyba  niewinną  od  pierwszej  chwili  poczęcia  aż  poprzez  całe  życie  wybrać,  niźli 
choć cośniecoś grzeszną w młodości.  

On milczał.  

– Boć i każdy z nas pragnąłby mieć matkę najświętszą, najcnotliwszą – jeno nie od niego to 
zależy.  

Milczał.  

–  I  każdy  rad  widzieć  swą  matkę  powszechnie  czczoną  i  wielbioną.  Toteż  Chrystus 
Niepokalaną  i niewinną  matkę  Sobie  upatrzył  i  pełnią  łask  obdarzył.  I  rad  widzi nas  Maryję 
wielbiących i u stóp Jej tronu rozesłanych.  

Bo On dobry nie tylko Ojca Niebieskiego, ale i Matki ziemskiej Syn.  

Chwila  ciszy  –  aż  zmącił  ją  głos  szkolnego  dzwonka.  I  pośpieszyłem  ja  do  katolików, a  on 
do... protestantów.  

J. A.  

 

 

 

 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

54 

ZAMILKŁ… 

 

W  jednym  z  dalszych  przedziałów  wagonu,  wiozącego  mnie  do  stacji  S.,  ożywiała  się 
rozmowa  coraz  bardziej.  Z  początku  wybijały  się  spośród  niej  tylko  niejasne  wykrzykniki 
jakieś, później jednak, w miarę jak zapał rozprawiającego się wzmagał, zdołałem podchwycić 
wpierw wyrazy pojedyncze, a potem słów coraz więcej – nawet zdania całe.  

–  Księża  kłamią  –  rozległo  się  w  pewnej  chwili.  –  Księża  wszystkiemu  winni  itp.  zasady 
wybuchały raz po raz i uderzały jak gromy z posępionego strasznie czarną chmurą nieba. – 
Dość,  że  wedle  onego  agitatora,  księża  to  ludzie  już  stanowczo  najgorsi,  wszelkiego  zła 
rzeczywistego lub możliwego na tej ziemi – sprawcy.  

Uczułem się tym dotknięty i jakoby wyzwany nie tylko dlatego, żem kapłanem katolickim, ale 
że, jak dziecku przykro, gdy o jego ojcu mówią źle, tak daleko bardziej każdemu katolikowi, 
skoro  słyszy  szkalowania  kapłanów  –  przykro  jest  lub  przynajmniej  być  powinno. 
Podsunąłem się tedy pod przedział, z którego tak gromkie i tak bolesne rozlegały się okrzyki 
i  stanąwszy  sobie  tuż  obok  ze  splecionymi  na  piersiach  rękoma,  utkwiłem  wzrok  w  onym 
rozprawiaczu, którego nie tylko z natury, ale i z miny rozróżnić było łatwo. Usta złośliwe, nos 
nieco zaczerwieniony, oczy przebiegłe i niedbale rozrzucony włos: oto co na pierwsze zaraz 
spojrzenie rzucało mi się w oczy.  

–  Księża  was  bałamucą!  wołał,  nie  dostrzegłszy  mnie  jeszcze,  do  siedzących  naprzeciw 
wieśniaczek,  potęgą  głosu  jego  i  ruchami  rąk  okropnie  nastraszonych.  –  Księża  okradają  i 
pomagają  okradać  panom!  Księża  zbudowali  Polskę,  a  teraz  podatki  płacić  musicie  i 
wszystko  na  świecie...  tu  nagle  urwał,  jakby  mu  kto  język  jadowity  nożycami  odciął, 
albowiem... dostrzegł moją tuż obok siebie obecność. I radbym teraz czytelnika zaprosić do 
przypatrzenia  się  minie  zmieszanego  młodzieńca,  który  dopiero  co  wobec  prostych 
wieśniaczek  rozumem  i  sprytem  się  popisywał!  Teraz  nagle  urwał,  nie  wiedząc  snadź,  czy 
ataki podwoić, czy na co innego rozmowę skierować, czy odwoływać, czy przepraszać. Obrał 
to,  co  najłatwiejsze  dla  każdego  głupca  i  co,  nawiasem  mówiąc,  już  od  początku  swej 
podróży obrać był powinien: zamilkł.  

A  gdy  zaraz  na  stacji  najbliższej  wysiadł  gorączkowo  z  wagonu,  rzekła  jedna  wieśniaczka, 
jeszcze nieco wylękła:  

– Widzita, jak to strasecnie rozkrzykiwał, a cego jeno mu tak chyłkiem głos się urwoł, jakby 
jęzor pogryzł i w gardło wetknął sobie.  

–  Nie  wiecie?  –  rzekła  druga  głosem  przyciszonym  nieco,  –  to  ksiądz  proboszcz  na  niego 
ostro spojrzeli i zaraz mu tak głos odjęło.  

– A toci prawdy chyba mówić nie umioł, kiej się tak uląkł Jegomościa.  

– Cyganił jak najęty, a my tak go słuchały.  

–  Żydowski to kaj parobek –  doszło do  mych uszu  już z oddali, bo  tymczasem powracałem 
na swe dawne miejsce i wziąłem brewiarz do ręki.  

A. K. 

 

 

TEOLOG 

 

Wśród dłuższej podróży nietrudno spotkać się z ludźmi osobliwymi.  

Mój towarzysz w pociągu, wiozącym nas w kierunku do Lwowa, był zapalonym teologiem.  

– Proszę księdza, zwracał się do mnie – podoba mi się bardzo wiara katolicka.  

Zaczął tak, zapewne, aby wzbudzić zaufanie przeciwnika, co istotnie jest pierwszym krokiem 
do zwycięstwa. Nie odpowiadałem wszakże nic, a on ciągnął dalej:  

–  Tylko  niestety  Kościół  katolicki  za  mało  się  dziś  rozwija,  za  mało  postępuje  za  duchem 
czasu.  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

55 

– Cóż pan przez to rozumiesz – zapytałem.  

–  Co  rozumiem?  No...  niby...  jak  mi  ksiądz  sam  chyba  przyzna,  Kościół  nie  jest  dość 
postępowym, nie idzie za duchem czasu.  

– Jest więc zacofanym.  

– To chciałem powiedzieć. Lepiej by było, gdyby Kościół bardziej szedł za duchem czasu.  

– W jaki mniej więcej sposób?  

–  Jakoś  tak  bardziej  za  duchem  czasu.  –  I  parę  razy  krztusił  jeszcze  w  kółko  to  samo,  aż 
przejęty litością rzekłem:  

– Dajmy już spokój temu; radbym wiedzieć, czym pan jesteś z zawodu.  

– Dyrektorem i współwłaścicielem fabryki mydła – pośpieszył wyznać z ulgą i uspokojeniem 
w głosie.  

– W tym kierunku zapewne jesteś pan specjalistą. Ja znów w teologii. I gdyś pan w dziedzinę 
sobie niewłaściwą z takim rozmachem wkroczył, nie dziwno, że rozmowa kuleje.  

– I dlaczego?  

– Dla tego samego, jak gdybym ja chciał pana pouczać o wyrobie mydła, nie rozumiejąc się 
na tym wcale.  

J. A. 

 

 

POSTĘP 

 

Niedawno  natknąłem  się  w  podróży  na  jednego  z  dawnych  kolegów  gimnazjalnych.  Ongiś 
żyliśmy z sobą w ścisłej przyjaźni. Nic tedy dziwnego, że po jedenastoletniej prawie rozłące 
przywitanie  było  serdeczne.  "Jak  się  masz?...  gdzie  przebywasz?...  co  porabiasz?...  dokąd 
jedziesz?...  Aleś  zmężniał,  spoważniał...  nawet  nie  przypuszczałem,  iż  się  tutaj  spotkamy". 
Takie  i  tym  podobne  pytania  i  wykrzykniki  krzyżowały  się  wzajemnie.  Mieliśmy  przed  sobą 
spory kawał wspólnej podróży, więc dosyć było czasu do zobopólnych wynurzeń.  

Przypomnieliśmy  sobie  dawne  szkolne  czasy,  opowiedzieli  przeżycia  wojenne,  przeszli 
wreszcie  do  najświeższych  zmian  i  wypadków.  Już  nie  wiem  w  jaki  sposób,  dość,  że 
rozmowa skierowała się na temat religijny. Otóż mój kolega w szczerości serca wyznał, iż na 
Kościół,  na  prawdy  wiary,  na  przykazania  zapatruje  się  krytycznie,  a  owej  "naiwno-
prostaczej" wiary studenta dawno się pozbył.  

– Żyjemy w wieku XX – mówił – w wieku ogólnego postępu; człowiek inteligentny powinien z 
tym postępem iść naprzód, bo w przeciwnym razie można go słusznie nazwać zacofańcem.  

–  Mój  drogi,  zapytałem  znienacka,  może  byś  mi  raczył  wytłumaczyć  to  słowo  "postęp".  Co 
chcesz właśnie tym wyrazem oznaczyć?  

– Postęp... postęp – odparł nieco zmieszany moim pytaniem – postęp to wyraz dla każdego 
jasny i zrozumiały.  

– No, ale każdy może go po swojemu rozumieć: jeden da mu prawdziwe, inny niedokładne, a 
inny jeszcze wręcz fałszywe znaczenie.  

– Ja w postępie widzę zastosowanie się do prądów i przekonań naszych.  

– Nie zgodzilibyśmy się na tym punkcie.  

– Dlaczego? – zapytał mój kolega gorączkowo.  

–  Z  tej  prostej  przyczyny,  że  nie  wszystko  co  nowoczesne  to  uznania  godne.  Od 
najdawniejszych  czasów  do  dziś  dnia  fałsz  i  prawda,  mądrość  i  głupota  mają  prawo 
obywatelstwa  na  świecie.  Nie było  wieku,  któryby  miał  monopol nieomylności.  Stąd  też  i  w 
obecnym wieku są prądy zgubne i zapatrywania niedorzeczne. Dziwię się bardzo, że właśnie 
tę bezmyślną czołobitność przed wszystkim co nowe śmiesz nazywać postępem.  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

56 

– W takim razie  co ty  widzisz w postępie?  Dla ciebie postęp to pewnie  zaskorupienie się w 
ciemności, nieuctwie, to lęk przed kulturą, wstręt do wszelkich zmian i ulepszeń.  

–  Przenigdy,  mój  drogi,  ja  ci  dowiodę,  że  jestem  pod  tym  względem  bardziej  niż  ty 
postępowym.  Moim  zdaniem  postęp  jest  (jak  samo  słowo  wskazuje)  posuwaniem  się 
naprzód,  jest  doskonaleniem  się,  jest  wzrostem  jakiegoś  dobra.  A  ponieważ  są  dobra 
materialne, umysłowe i moralne, stąd i potrójny zazwyczaj rozróżniamy postęp. Jeśli w jakim 
narodzie  lub  społeczeństwie  wzrasta  dobrobyt,  wzrastają  udogodnienia  życiowe,  mówimy 
wtenczas  o  postępie  materialnym;  jeśli  rozwijają  się  nauki  i  sztuki,  nazywamy  to  postępem 
umysłowym;  jeśli  łagodnieją,  uszlachetniają  się  obyczaje,  wzrasta  religijność,  prawość 
charakterów, poczucie obowiązku, mamy przed sobą przykład postępu moralnego.  

Te trzy kierunki są z sobą dość luźno związane tak, że z postępem materialnym może iść w 
parze upadek moralny i umysłowy, lub na odwrót. Tak np. państwo rzymskie w II-gim wieku 
po Chrystusie okazuje większy postęp  materialny niż  w I-szym w. przed Chrystusem, ale w 
obyczajach i literaturze nastąpiło pokaźne cofnięcie się.  

Oto pojęcie, jakie mam o postępie. I jestem przekonany, że ani Kościół ani w ogóle religia nie 
stoi  prawdziwemu  postępowi  na  zawadzie,  owszem,  wspiera  go  i  utrwala.  Ale  niestety 
płaszczykiem postępu nauczyli się ludzie różne rzeczy okrywać.  

Wygaduje ktoś na Kościół, ostrzy język na duchowieństwie, poprawia Pismo św. – Ot mówią 
o nim: "To człowiek postępowy".  

Ów drwi z pobożności, nie uczęszcza na nabożeństwa, nie przestrzega postów nakazanych 
– ma się rozumieć: także postępowy.  

Inny  czyta  niemoralne  książki,  chodzi  do  żydowskich  kino-teatrów  na  brudne  widowiska, 
broni ślubów cywilnych i rozwodów – idzie – powiadają – z duchem czasu, z postępem.  

Inny  jeszcze  w  życiu  nie  bardzo  krępuje  się  przykazaniami  i  moralnością  chrześcijańską  – 
postępowy, któżby temu zaprzeczył.  

Oto co wielu widzi w postępie, a co i tyś poniekąd zawarł w słowach dopiero wspomnianych, 
że "postęp" to przystosowanie się do prądów i przekonań nowoczesnych.  

Burzyć wszystko co dawne, pomiatać tym co święte i czcigodne, wyłamywać się spod praw 
sumienia,  deptać  zdrowy  rozsądek,  odbierać  człowiekowi  to,  co  go  uszlachetnia, 
zaniedbywać  swe  obowiązki  wobec  Stwórcy,  przytakiwać  pustym  frazesom,  powtarzać  za 
drugimi różne głupstwa – to nie postęp, to najzwyklejsze pod słońcem zacofanie.  

– Zarzucasz mi – odciął się mój kolega – czego wcale nie mówiłem.  

–  Nie  mówiłeś  tego  otwarcie,  ale  do podobnych wniosków  prowadzi  twoje  zapatrywanie  na 
postęp.  Bo  jeśli  postęp  będzie  tylko  płaszczeniem  się  przed  wszystkimi  zapatrywaniami 
naszych  czasów,  a  właściwie  przed  zapatrywaniami  różnych  pół  i  ćwierć  mędrków,  to 
wówczas z pojęciem postępu da się połączyć każda niedorzeczność i każdy wybryk.  

Mój  towarzysz  jakoś  stracił  ochotę  do  dalszej  rozmowy  o  postępie.  Po  chwili  milczenia 
zaczęliśmy o... pogodzie.  

B. P. 

 

 

SKUTKI SZKOŁY BEZWYZNANIOWEJ 

 

Pan Roch, kat paryski i na wskroś wierzący katolik, był raz w kółku przyjaciół zapytany, czy 
mu  się  w  czasie  jego  smutnego  urzędowania  nie  wydarzyło  spotkać  człowieka,  któryby 
dopiero przed samą śmiercią do pierwszej Komunii św. przystępował.  

– To mi się wydarzyło, rzekł p. Roch.  

Wszyscy umilkli, a pan Roch tak zaczął mówić:  

– Był to wysoki, młody człowiek, z czarnymi oczyma, które wywierały silne wrażenie.  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

57 

Był łagodny i rozmowny, przynajmniej w przededniu swej pierwszej Komunii św. i chętnie się 
zwierzał. Mówił, że dopiero w więzieniu nabrał dobrego humoru – a że dawniej był ponury i w 
sobie zamknięty.  

Posłuchajcie więc co mi o swym życiu opowiedział:  

– Nie urodziłem się na to, aby na rusztowaniu życie swe zakończyć. Bóg dał mi wszystko, co 
było  potrzebne,  aby  ze  mnie  uczynić  poczciwego  człowieka.  Cała  tajemnica  moich  zbrodni 
leży w tym, że nie przystąpiłem do pierwszej Komunii świętej. Ojciec mój zatopiony był cały 
w  polityce.  Przypominam  sobie  tylko,  że  chciał  dla  mnie  szkoły  bezwyznaniowej  –  bez 
kapłana i bez religii.  

Mając  lat  dwanaście,  chciałem  się  zapisać  także  na  naukę  religii;  lecz  ojciec  mój  zakazał 
dyrektorowi szkoły, aby tej mojej "głupoty" nie słuchał.  

Jednego dnia przyszedł ksiądz katecheta do szkoły. Mąż Boży ujrzawszy mnie, zapytał:  

– A to ty, moje dziecię! Jeszczem cię nie widział. Czy ty nie chodzisz na katechizm?  

– Mój ojciec nie chce; mówi on, że to są "głupstwa", odrzekłem z dumą.  

– Ale czy twój ojciec nie przystępował do pierwszej Komunii?  

–  Ojciec mówi, że  przystępował, ale że  to  niepotrzebne dla chłopca – gdyż dosyć  jest,  jeśli 
będzie uczciwym republikaninem.  

– Czy mógłbym się widzieć z twoim ojcem? i o której godzinie?  

– Co dzień o 8-mej wieczór.  

Moja matka, której tę rozmowę opowiedziałem, milczała – nigdy się ojcu nie sprzeciwiała.  

– Niech ojciec robi co chce – było jej jedyną odpowiedzią.  

Około  godziny  ósmej  wieczór  serce  biło  mi  gwałtownie;  patrzałem  przez  okno  i  ujrzałem 
księdza katechetę nadchodzącego. Otworzyłem mu drzwi – on mnie pogłaskał uprzejmie po 
twarzy i wyjawił mej matce cel swego przybycia.  

– Niech ojciec robi co chce – brzmiała znowu odpowiedź.  

Nareszcie przyszedł ojciec i zamknął się z księdzem w swoim pokoju. Przyłożyłem ucho do 
dziurki od klucza i słyszałem wszystko.  

–  Dlaczegóż  pan  nie  chcesz,  by  synek  przyjął  Komunię  świętą?  To  chłopiec  otwarty, 
rozumny  i,  jak  mi  się  zdaje,  pełen  zapału.  Jeśli  pan  dopuścisz,  by  wyrósł  bez  religii,  bez 
miłości ku Bogu i swoim obowiązkom, bez hamulca i wędzidła na budzące się namiętności, 
to pan pracujesz nad jego zgubą.  

Lecz  ojciec  powtarzał  to  samo,  co  mówił  do  mnie  i  w  żaden  sposób  nie  chciał  usłuchać 
kapłana,  tak,  iż  ten  wstał  i  odchodząc,  rzekł  te  słowa,  które  do  dziś  dnia  jako  jęk  boleści 
brzmią w duszy mojej:  

–  Pozwól  sobie  pan  powiedzieć,  że  jesteś  najokrutniejszym  wrogiem  szczęścia  swego 
dziecka.  Pewnego  dnia  staniesz  się  pan  nieszczęśliwym  przez  swe  dziecko,  a  winowajcą 
będziesz pan.  

Ze smutkiem odszedł kapłan, choć dla mnie równie uprzejmy jak przedtem.  

Od  tego  czasu  zacząłem  szydzić  z  moich  kolegów,  nikogo  nie  szanowałem.  W  trzy  lata 
później opuściłem dom ojcowski dlatego, iż mi raz ojciec wyciął policzek. Przyłączyłem się do 
bandy nicponiów i żyłem  z małych  kradzieży. Miałem  lat 17, gdym  się dostał  w ręce  policji. 
Ponieważ mi nic ciężkiego nie można było zarzucić, oddano mnie do domu poprawy, abym 
się nauczył jakiego rzemiosła. Tu zapoznałem się z dwoma przyjaciółmi, którzy gorsi byli ode 
mnie. Pomimo ścisłego dozoru, udało nam się umknąć. Było to dwa lata temu. Od tej chwili 
żyłem  z  kradzieży  i  rabunku.  Przy  ostatniej  wyprawie  bronił  się  właściciel.  Zraniłem  go 
śmiertelnie,  ale  on  miał  jeszcze  tyle  siły,  że  zawołał  o  pomoc.  Byłem  krwią  zbroczony; 
schwytano mnie. Skazano na śmierć i dobrze zrobiono, bom ja sto razy na śmierć zasłużył.  

– Czy pan się nie dziwisz temu?  

– Z pewnością – odrzekłem; – rzadko, bardzo rzadko, uznają się skazańcy winnymi.  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

58 

On zaś tak mówił dalej:  

– I ja bym może także tak mówił, jak oni, gdyby mnie więzienie zupełnie nie zmieniło. Gdym 
przekroczył  próg  więzienia,  byłem  jako  szalony  –  przysięgałem,  bluźniłem,  przeklinałem 
Boga i ludzi.  

Wtem otworzyły się drzwi więzienia – wszedł czcigodny kapłan. Był to ten sam, który na ojca 
mego tak bardzo nalegał, abym przystąpił do Komunii św.  

– Jakże, mój przyjacielu – rzekł stanowczym, ale łagodnym głosem – jesteś chrześcijaninem; 
zapewne przystąpiłeś godnie do pierwszej Komunii św.  

– Przepraszam Cię, ojcze czcigodny, czy można ją i w więzieniu przyjąć?  

– Bez wątpienia – odrzekł kapłan, i dał mi katechizm.  

O,  jakaż  to  śliczna  książka,  mój  panie,  jak  cudne  modlitwy...  Gdybym  ja  to  był  pierwej 
wiedział! A jakież miał serce ten kapłan! Patrz pan na ten krucyfiks na ścianie. Zdaje mi się, 
że  ja  tu  sam  jeden  posiadam  obraz  Zbawiciela  Ukrzyżowanego.  Jaka  szkoda,  że  się  ten 
obraz nie wszędzie znajduje! Wierz mi pan, że się już na nikogo nie gniewam; nie przeklinam 
ojca mego, ale cieszę się tą myślą, że się nawróci dla swej bezbożności, która dla mnie tak 
smutne  miała następstwa. Modliłem  się  za niego... lecz  oto już  ksiądz  nadchodzi –  jeszcze 
ostatnich kilka słów z nim pomówię, i obaczysz pan, że mi pozwoli przyjąć Komunię św. –  

Tu skończył swe opowiadanie ów młodzieniec. Ja zaś od siebie dodam, że był przedmiotem 
uszanowania dla wszystkich... W piątek nic nie jadł, bo, jak mówił, wstydzi się, że jeszcze nic 
nie cierpiał dla Tego Boga, Który go krwią Swoją odkupił.  

W ostatnim  dniu  życia  swego  chciał  jeszcze  komunikować.  Byliśmy  wszyscy  na  Mszy  św., 
podczas  której  klęczał  i  jeszcze  długo  modlił  się  po  Mszy  św.  Potem  jadł  śniadanie  z 
apetytem,  był  szczęśliwy,  prawie  wesoły.  Z  każdym  oprawcą  mówił  łaskawie.  Gdy  któryś  z 
nich zapłakał, on rzekł:  

–  Płakać  nad  takim  nędznikiem  jak  ja?!  Jeśli  mnie  Pan  Bóg  jak  dobrego  łotra  przyjmie  do 
raju,  to  o  wszystkich  was  będę  pamiętał.  Tymczasem  proszę  o  maleńką  modlitwę  za 
mordercę.  

Do dziś dnia odmawiam za niego Zdrowaś Maryjo.  

Na progu więzienia rzekł do mnie:  

– Nie jest tak ciężką rzeczą w 21 roku życia umierać, jeśli się śmierć jako zadośćuczynienie 
za grzechy przyjmuje.  

Kapłan towarzyszył mu aż na rusztowanie, gdzie go po kilkakroć ucałował, a kat, zadając mu 
cios śmiertelny, rzekł:  

– Dziecko skruchy, idź do lepszego życia. 

 

 

CIEKAWA ROZMOWA Z KAPŁANEM BUDDYJSKIM 

 

Wiele,  bo  wiele  opowiada  się  o  nadzwyczajnej  wiedzy buddyjskich  kapłanów;  niechże  i  my 
coś  z  niej  zamieścimy.  Podana  niżej  rozmowa  z  kapłanem  Buddy  przydarzyła  się  ks.  J. 
Wasilewskiemu i on sam tak ją w dziełku pt. "W szponach antychrysta" (1) podaje:  

– Czy wy wierzycie w osobowego Boga? – pytam go.  

–  Nie!  –  odparł. –  My  wierzymy  w  "Wieczny  Zakon"  (a),  który  istnieje  sam  z  siebie, ożywia 
wszystko i kieruje wszystkim. Wszystko, co się stało, bez niego się nie stało.  

– Czy ten "Wieczny Zakon" jest siłą ślepą, czy rozumną? – zapytałem.  

– Jest siłą rozumną – odparł.  

– Czy ten "Zakon" świadomy jest tego, co się dzieje.  

– Tak.  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

59 

– W takim razie  ten wasz  "Wieczny  Zakon'' jest  Bogiem. Wy nazywacie go  "Zakonem", my 
nazywamy Bogiem.  

– "Zakon" ten – odparł – jest niepojęty i dlatego nic o nim pewnego powiedzieć nie możemy.  

–  To  prawda  –  odpowiedziałem  –  brakuje  wam objawienia  Bożego.  "Wieczny  Zakon"  wam 
się jeszcze nie objawił.  

Widząc, że w ręku ma paciorki, mające wygląd naszego różańca, pytam go:  

– Co to są za paciorki?  

– My liczymy na nich modlitwy – odparł.  

– Do kogóż wy się modlicie, jeżeli w Boga osobowego nie wierzycie? – zapytałem.  

–  Toteż  my  do  nikogo  się  nie  modlimy.  Modlitwa  nasza  –  to  chęć  nasza.  My  powtarzamy 
jakieś  życzenie  nasze  wiele,  wiele  razy  i  łączymy  je  z  duchami  innych  ludzi,  którzy  nas 
otaczają w świecie widzialnym lub niewidzialnym. Kiedy nasza chęć spotka się z takimiż ich 
chęciami, wtedy staje się to, czego chcemy, na mocy "Wiecznego Zakonu".  

– A skąd to wiadomo – zapytałem.  

– Tak trzeba wierzyć – odparł.  

– Czy człowiek ma duszę? – zapytałem przy sposobności.  

– Naturalnie, ma – odparł. – Dusza ludzka – to nasz rozum i wola. Ona wiecznie żyje. Ona 
musi  się  łączyć  z  "Wiecznym  Zakonem".  "Wieczny  Zakon"  jest  dobrem  bezwzględnym. 
Dusza się z nim łączy zupełnie oczyszczona. W tym celu przechodzi ona cały szereg istnień 
ludzkich, a nawet zwierzęcych. Dusze oczyszczone mogą się odradzać w wielkich i świętych 
ludziach. Dzięki temu, Budda odradza się i odradza się wiele razy.  

– A skąd to wiadomo? – zapytałem.  

– Tak trzeba wierzyć! – odparł.  

– Jeżeli ja mam rozum – powiedziałem – w takim razie wiara moja powinna być rozumną, tj. 
mieć  podstawy  do  wierzenia.  U  was  tych  podstaw  wcale  nie  ma.  Ludzie  zazwyczaj  nie 
pamiętają własnych poprzednich  istnień,  chyba  ci,  którzy mają chorobliwą wyobraźnię, albo 
swoje  mrzonki  opierają  na  zapomnianych  lub  niedobrze  uświadomionych  snach.  I  nie  tylko 
pojedyncze  osoby  nie  pamiętają,  ale  za  wyjątkiem  was,  którzy  właściwie  też  nic  z 
poprzedniego  waszego  istnienia  nie  przypominacie  sobie,  cała  ludzkość poprzez  wszystkie 
wieki  innego  była  o  tym  zdania;  nie  w  reinkarnację  wierzyła,  lecz  w  zwykłą  chrześcijańską 
nieśmiertelność  duszy.  Zresztą,  droga  reinkarnacji  niekoniecznie  prowadzi  duszę  do 
oczyszczenia.  Skąd  wiadomo,  że  w  następnych  istnieniach  swoich  dusza  grzeszna  coraz 
lepszą będzie? Ja np. myślę, że ona będzie coraz gorszą.  

– Trzeba wierzyć, że będzie lepszą – odparł znowu – nie mając żadnego argumentu.  

Wieczorem pożegnałem biednego buddystę, – unosząc jeszcze raz z sobą przekonanie, że 
tylko  katolicyzm  daje  na  wszystkie  zagadnienia  jasną  odpowiedź  i  rozumne  podstawy  do 
wierzenia we wszystkie swoje tajemnice. Dotąd przypominam sobie owego kapłana i mnicha 
buddyjskiego, który na wszystkie ważniejsze zagadnienia, mimo swej wiedzy i wykształcenia, 
miał  jedną odpowiedź: "tak  trzeba  wierzyć!". Biedny  człowiek, nie zdaje sobie sprawy,  na 
jakie manowce i rozdroża ducha może sprowadzić ślepca naturalna wiara.  

 

 

WYZNANIE NAWRÓCONEGO PISARZA 

 

Jeden  z  najznakomitszych  współczesnych  pisarzy  hiszpańskich  Palacio  Valdes  ogłosił 
niedawno  swój  "Testament  Duchowy",  w  którym  bardzo  szczerze  opowiada,  w  jaki  sposób 
stracił wiarę i później ją odzyskał.  

–  Rozumem  swoim  –  pisze  on  –  zbadałem  każdą  religię  i  kult,  jakie  istniały  i  istnieją 
dotychczas  i  doszedłem  do  wniosku,  że  żaden  z  nich  nie  może  iść  w  porównanie  z 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

60 

chrystianizmem.  Jestem  przekonany,  że  każdy  inteligentny  człowiek  musi  dojść  do  tego 
samego wniosku.  

Lecz  może  być  tylko  jeden  Kościół.  Jeżeli  bowiem  Zbawiciel  wskazał  ludziom  drogę 
zbawienia,  musiał  im  dać  środki,  za  pomocą  których  mogliby  zawsze  odrzucić  wszystkie 
przewrotne tłumaczenia Jego słów.  

Historia Kościoła katolickiego jest nieustannym cudem.  

Jeżeli  nie  przemogły  go  prześladowania  tyranów  i  pseudouczonych,  musi  w  nim  być  jakaś 
niezniszczalna siła. Tą siłą jest prawda, którą Kościół przechował czystą i nieskalaną w swej 
nauce.  

Zawsze żywy, zawsze pełen siły i przekonania, idzie Kościół poprzez wieki i niesie ludzkości 
błogosławieństwo, prowadząc ją jako słup ognisty przez pustynię świata.  

Ci, którzy urodzili się i wychowali poza Kościołem, podziwiają go, a jeżeli są ożywieni dobrą 
wolą  i  wiarą,  muszą  po  pewnej  walce  z  jego  przyciągającą  siłą,  oddać  mu  się  z  całym 
zapałem. 

 

 

WIARA UCZONYCH 

 

Wiek 19-ty był najbardziej niewierzącym w dziejach dotychczasowych ludzkości. Mimo to dr. 
Dennert, protestant,  w  sumiennie  opracowanym dziele  pt.  "Die  Religion  der  Naturforsches" 
(Religia  badaczy przyrody) wyd.  7  stwierdza, że na 283 uczonych  19-go wieku  tylko  7 było 
ateistów, 8 obojętnych, a 220 wierzących; pozostaje 48, których przekonania religijne nie są 
znane. Do podobnych wyników dochodzi X. Eymieu T. J.  

Spomiędzy uczonych badaczy przyrody, żyjących w wieku 19-tym wystarczy wymienić trzech 
największych  geniuszów:  Aleksandra  Voltę  (1745-1827),  Andrzeja  Marię  Amper'a  (1775-
1836)  i  Ludwika  Pasteur'a  (1829-1895).  Można  uważać  za  rzecz  pewną,  że  wszystkie  te 
cudowne  zastosowania  elektryczności,  których  jesteśmy  świadkami,  zawdzięcza  ludzkość 
odkryciu elektryki, dokonanemu przez Voltę, a przyjętemu z powszechnym entuzjazmem, co 
należy do rzadkich wypadków w historii wynalazków. A przecież wśród honorów i oklasków, 
które  go  spotykały  ze  wszystkich  stron,  Volta  pozostał  przez  całe  życie  chrześcijaninem 
pokornym  i  gorliwym:  codziennie  słuchał  Mszy  św.,  we  wszystkie  święta  przystępował  do 
Komunii św., uczestniczył w manifestacjach religijnych swej parafii, pomagał proboszczowi w 
nauczaniu katechizmu dzieci i prostaczków.  

A  ta  jego  żarliwa  pobożność  nie  była  wytworem  sentymentalizmu  lub  tradycjonalizmu,  ale 
owszem przekonań głębokich i rozważonych: "Zbadałem – pisał – w książkach apologetów i 
przeciwników  wiary  racje  pro  i  contra  i  znalazłem  tam dowody  najbardziej  przekonywujące, 
które  ją  czynią  w  oczach  rozumu  naturalnego  tak  zupełnie  wiarygodną,  że  wszelki  rozum 
zdrowy, nie uwiedziony przez występki i namiętności, nie może jej nie przyjąć i nie ukochać".  

Andrzej  Ampére,  nazwany  największym  geniuszem  wieku  19-go,  stosował  w  swoim 
poszukiwaniu  prawdy  religijnej  swą  metodę  pozytywną,  hiperkrytyczną,  niezawisłą.  Po 
kryzysach wątpień i niepewności w pełnej sile wieku męskiego, licząc 40 lat życia, przyjmuje 
on  ostatecznie  wiarę  Chrystusową,  staje  się  jej  żarliwym  apostołem  i  ascetą,  umiera  jak 
święty.  

Ludwik  Pasteur  jest  twórcą  najobfitszej  i  najbardziej  dobroczynnej  transformacji  nauki 
medycyny  w  trzydziestu  wiekach  jej  istnienia.  W  czterech  kątach  jego  grobowca  stoją 
postacie,  wyobrażające  Wiarę,  Nadzieję,  Miłość  i  Umiejętność  i  umieszczono  tam  napis: 
"Szczęśliwy  ten,  który  nosi  w  sobie  Boga,  Ideał  piękności  i  Jemu  służy:  ideał  sztuki,  ideał 
umiejętności, ideał ojczyzny, ideał cnót Ewangelii". Te słowa wypowiedział Pasteur w mowie 
przy przyjęciu go do Akademii Francuskiej.  

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

61 

Przez  całe  życie  Pasteur  praktykował  religię  katolicką,  bez  ostentacji  i nie  dbając  o  wzgląd 
ludzki. Umarł, całując krzyż, przyjąwszy pobożnie Sakramenty św. Nieraz też wyrażał swoje 
przekonanie, że "nauka zbliża człowieka do Boga".  

X. P.  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.