background image

Leigh Michaels

“Ślub na życzenie”

Tytuł oryginału: Bride by Design

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Był przyzwyczajony do biżuterii. Zawsze go otaczała. Dorastał, patrząc na 

tajemnicze,   tęczowe opale, leniwe ogniki rubinów, lodowate błyski brylantów, 

chłodną elegancję platyny i ciepły  połysk złota. Jednak nigdy nie widział takiego 

sklepu   z   biżuterią   jak   ten  przy   State   Street.   Był   to    tak   znany   przybytek,   że 

widniało na nim tylko nazwisko właściciela i nazwa ulicy: Birmingham przy  State. 

Wszyscy   wiedzieli,   że   właśnie   tu   należy   przyjść   po   coś   pięknego, 

niepowtarzalnego i  kosztownego.

Wnętrze   nie   przypominało   typowego   sklepu   jubilerskiego.   Raczej 

ekskluzywny salon mody. Nie  było wystawy wychodzącej na słynną w Chicago 

ulicę State. W środku stało tylko sześć szklanych   gablot na filarach z szarego 

marmuru.   W   każdej   znajdowało   się   zaledwie   kilka   cennych   przedmiotów. 

Ustawienie   gablot   zdawało   się   być   przypadkowe.   Podłogę   pokrywał   szeroki, 

niebieskoszary dywan.   Punktem centralnym wnętrza była kasetka z szerokim, 

brylantowym naszyjnikiem wyeksponowanym na  aksamitnej tkaninie. W świetle 

punktowego reflektora jarzył się, jakby płonął żywym ogniem.

Gdy  David  wszedł  do  środka,  ruszył  ku  niemu  mężczyzna  w   ciemnym 

garniturze. Stąpał  bezgłośnie po grubym dywanie.

- Czym mogę panu służyć?

David   nie   mógł   oderwać   oczu   od   naszyjnika.   Było   coś   niezwykłego   w 

sposobie   zamocowania     kamieni.   Zauważył   to   z   daleka,   choć   nie   umiałby 

określić,   w   czym   tkwi   sekret.   Miał   ochotę   dotknąć     naszyjnika,   dokładnie 

przyjrzeć się misternej robocie.

Nie został tu jednak zaproszony z Atlanty, żeby podziwiać towar Henry'ego 

Birminghama i  podglądać jego sekrety. Musiał istnieć jakiś inny powód.

- David Elliot do pana Birminghama - wyjaśnił.

- A, tak. Czeka na pana.

background image

Mężczyzna energicznie ruszył przodem w kierunku tylnej ściany. Była tak 

zaprojektowana, że  od strony wejścia nie było widać, iż za nią kryje się niewielki 

pokój. W pomieszczeniu stały trzy  niewielkie, lecz wygodne fotele, a w środku 

między nimi mały stolik. Blat nakryty był pluszem w  kolorze dywanu. W jednym z 

foteli siedział Henry Birmingham, przypatrując się rozłożonym na blacie   stołu 

kilkunastu brylantowym pierścionkom.

David zatrzymał się w wejściu. Henry odsunął pierścionki na bok i wstał. 

David widywał go   już przy różnych okazjach, na spotkaniach i targach, jednak 

jeszcze nigdy nie stał twarzą w twarz z  najznakomitszym projektantem biżuterii. 

Henry był niższy, szczuplejszy i bardziej zgarbiony, niż  wydawało się z daleka. 

Pomimo   dość   podeszłego   wieku   nadal   miał   bujną   czuprynę,   choć   już 

przyprószoną  siwizną.

Spojrzał badawczo na Davida. Przez kilkanaście sekund przyglądał mu się 

tak bez słowa, aż  David poczuł się nieswojo. David odetchnął z ulgą, gdy Henry 

w końcu uśmiechnął się i wyciągnął rękę  na powitanie.

- Witam w mojej firmie - powiedział serdecznie. - Dziękuję, że przyjechałeś z tak 

daleka, żeby się  ze mną spotkać. Proszę, siadaj.

Sam też usiadł i spojrzał na rozsypane pierścionki.

-   Mam   niecodzienne   zamówienie.   Pewna   pani   zebrała   wszystkie   pierścionki, 

jakie   zgromadziła   w   ciągu     życia:   pamiątki   rodzinne,   zaręczynowe,   prezenty 

urodzinowe i tak dalej. Nie ma wśród nich żadnego   naprawdę wartościowego 

drobiazgu.   Dobra   próba   złota,   ale   banalne   wzory   i   nie   najwyższej   jakości 

kamienie. Na pewno nikt już ich nie będzie nosić. Jednak, zamiast złożyć je na 

dnie   pudełka   z     kosztownościami,   żeby   nadal   obrastały   kurzem,   ta   pani 

przyniosła   je  do   mnie   i   poprosiła,   żebym     zrobił   z   nich   coś,   co   ją   zachwyci. 

Rozumiesz, prawdziwe dzieło sztuki. - Uniósł głowę. - Masz jakiś  pomysł?

David lekko się uśmiechnął.

-   Panie   Birmingham,   nie   sądzę,   że   zaprosił   mnie   pan   do   Chicago,   żeby 

zasięgnąć rady w tak banalnej  sprawie. A poza tym, ja miałbym uczyć mistrza? 

Jest pan w branży o pięćdziesiąt lat dłużej niż ja.

-  Mów do  mnie  Henry.  Jak  wszyscy.   Rzeczywiście,  nie  zaprosiłem  cię tu,   by 

background image

rozmawiać o tym konkretnym  zleceniu, ale ciekaw jestem twojej opinii.

David pochylił się i sięgnął po najbliższy pierścionek. Obrączka była starta 

od ciągłego  noszenia, a wzór wygrawerowany wokół kamienia właściwie już nie 

istniał. Niewielki brylant, zgodnie  z wcześniejszą oceną Henry'ego, nie wyróżniał 

się ani szlifem, ani barwą. David odłożył go i sięgnął   po następny. Nawet nie 

wyjmując   lupy   z   kieszeni,   mógł   stwierdzić,   że   uszkodzony   kamień   wymaga 

ponownego oszlifowania. Jedno spojrzenie wystarczyło, żeby ocenić pozostałe. 

Staroświecki, niemodny  szlif, przeciętne i znoszone wyroby.

- Co chce z nich zrobić? Broszkę? Wisiorek?

- Decyzję pozostawiła mnie.

- Czyli zrzuciła całą odpowiedzialność za efekt końcowy na twoje barki?

- Na to wygląda. - Henry pochylił się, oparł łokcie na stoliku, a brodę na dłoniach. 

- Co  proponujesz? - spytał.

- Wyjąłbym kamienie. Każdy pierścionek przetopiłbym oddzielnie. Po ostudzeniu 

płynnego złota w  wodzie powstałby  przypadkowy, ale  zarazem  niepowtarzalny 

kształt. Potem wstawiłbym kamień.  Wszystkie utworzone w ten sposób błyskotki 

połączyłbym ładnym, ciężkim łańcuchem, żeby zrobić  bransoletkę lub naszyjnik. 

Gdyby jednak chciała coś bardziej ekstrawaganckiego, przetopiłbym   wszystkie 

pierścionki razem, tak by powstał duży wisior.

Dorzucił trzymany w ręku pierścionek do pozostałych.

- Zdałem twój test?

- Jaki test?

-   Czy   moja   odpowiedź   zrównoważyła   cenę   biletu   lotniczego?   A   może 

przygotowałeś dla mnie jeszcze  jakiś inny sprawdzian?

Henry długo milczał. David trochę za późno zdał sobie sprawę, jak głupio 

musiało zabrzmieć   jego pytanie. Przecież prawie nie znał tego człowieka i nie 

miał pojęcia, dlaczego został zaproszony   do jego firmy. Wielka szkoda, że nie 

umiał trzymać języka za zębami i spokojnie czekać na rozwój  wydarzeń.

- Gdybym już wcześniej nie był przekonany, że warto było wydać pieniądze na 

bilet,   nie  pytałbym  cię     o  opinię.  Teraz   chodźmy   gdzieś,   żeby  pogadać.   Jest 

trochę za wcześnie na lunch, ale możemy się  czegoś napić.

background image

Zostawił rozrzucone pierścionki, chwycił prostą, hebanową laskę ze złotą 

gałką, która   dotychczas stała oparta  o krawędź stolika, i  pierwszy ruszył  do 

wyjścia.

David zawahał się.

- Czy nie powinieneś tego schować w bezpiecznym miejscu? Nie są to cenne 

precjoza, ale mają swoją  wartość.

-   Zrobi   to   któryś   z   ekspedientów   -   uśmiechnął   się.   -   To   jedna   z   zalet   bycia 

szefem, a jeszcze   lepiej, jeśli umie się roztaczać wokół siebie aurę geniusza. 

Dałem   pracownikom   do   zrozumienia,   że     jestem   zbyt   zaabsorbowany 

tworzeniem dzieł sztuki, żeby pamiętać o takich drobiazgach jak sprzątanie   w 

pracowni.

Gdy wychodzili frontowymi  drzwiami, David zerknął  przez ramię. Jakaś 

kobieta ubrana na  czarno zmierzała do pokoju na zapleczu.

Nie zdziwiłby się, gdyby Henry zabrał go do któregoś z najmodniejszych 

prywatnych   klubów.     Pewnie   był   członkiem   niemal   wszystkich   elitarnych 

przybytków tego typu, bo właśnie z takiego  środowiska wywodziła się większość 

jego   klientów.   Był   więc   bardzo   zaskoczony,   gdy   zamiast   wezwać     taksówkę, 

Henry   ruszył   spacerowym   krokiem   do   najbliższej   przecznicy   i   wszedł   do 

niewielkiej tawerny.   Sprawiała wrażenie, jakby istniała co najmniej od stu lat. 

Spojrzał na Davida.

- Nie jest to nastrojowy zakątek, ale dają smacznie jeść, piwo kosztuje niewiele, 

a  obsługa  nikogo   nie pogania.  O  żadnym  z  modnych  lokali  nie  da się  tego 

powiedzieć.

Usiedli w zacisznym miejscu w najdalszym kącie sali.

- Na co masz ochotę?

- Proszę kawę.

Henry uniósł brwi.

- Może wolałbyś piwo lub coś mocniejszego? - spytał.

- Nie unikam alkoholu, ale teraz przyda mi się pełna przytomność umysłu. Myślę, 

że czeka mnie  poważna rozmowa.

Ku jego zaskoczeniu, Henry roześmiał się.

background image

- Słusznie.

Przywołał gestem kelnerkę i poprosił o dzbanek kawy i dwie filiżanki.

-   Teraz   możemy   tu   siedzieć,   jak   długo   chcemy   i   nikt   nam   nie   będzie 

przeszkadzał.   Domyślam   się,   że     jesteś   ciekaw,   dlaczego   poprosiłem   cię   o 

przyjazd. No, a w dodatku wymogłem na tobie obietnicę, że  nie powiesz nic na 

temat tej podróży twojemu szefowi.

- Szukałem odpowiedzi na te pytania, nie przeczę - przyznał David.

Kelnerka   przyniosła   kawę,   napełniła   filiżanki   i   znikła   bez   słowa.   Henry 

wsypał do swojej  filiżanki dwie czubate łyżeczki cukru.

- Jesteś młodym, bardzo utalentowanym projektantem.

- Dziękuję.

- Prawdę mówiąc, należysz do trójki najzdolniejszych w kraju.

- Czuję się zaszczycony, że pan to zauważył.

- Nie wiedziałbym o tobie, gdyby nie konkurs, do którego przystąpiłeś na wiosnę. 

Wystawiłeś własne  projekty, a nie rzeczy, które robisz dla swojego pracodawcy. - 

Uśmiechnął się i pochylił w stronę  rozmówcy. - Pewnie zdajesz sobie sprawę, że 

pozostając w dotychczasowej firmie, do niczego nie   dojdziesz. Oni są bardzo 

konserwatywni i nie pozwolą ci rozwinąć skrzydeł.

To się nazywa trafić w sedno, pomyślał David.

- Mój pracodawca był zawsze wobec mnie w porządku - odpowiedział spokojnie.

- Jesteś zbyt lojalny, żeby powiedzieć coś złego na ich temat? - Henry uniósł 

brwi.

- Tak, dopóki mi płacą. Zawsze uważałem, że zanim powie się coś złego na 

temat szefa, najpierw  powinno się złożyć wymówienie.

- Uprzedzano mnie, że taki jesteś - mruknął Henry. - Cóż, obaj wiemy, że twój 

pracodawca nigdy nie   zgodzi  się wpuścić  do firmy  powiewu  nowości. Lepiej 

porozmawiajmy o tobie. Czy przez resztę życia   chcesz powielać wzory, które 

zawsze były nudne? Masz chyba nieco większe ambicje.

Zabrzmiało to okrutnie, lecz David musiał przyznać ze smutkiem, że na 

tym właśnie polegała  jego praca.

- Jeśli spojrzeć na to od tej strony, to oczywiście, nie jestem zadowolony. Lubię 

background image

eksperymentować,   jednak każdy właściciel firmy narzuca pracownikom jakieś 

ograniczenia.

-   Dlaczego   w   takim   razie   nie   zaczniesz   pracować   na   własny   rachunek?   - 

przerwał mu Henry.

- Mam otworzyć własną firmę? Z całym szacunkiem, nawet pan tak nie zaczynał. 

O   ile   mi   wiadomo,   nie     miał   pan   odpowiednich   środków,   ale   przynajmniej 

odziedziczył pan sklep po ojcu i grupę stałych  klientów.

Henry zachichotał.

- Widzę, że odrobiłeś pracę domową.

-   Wszyscy   w   naszej   branży   wiedzą,   kto   to   jest   Birmingham.   Ja   musiałbym 

startować zupełnie od zera.  Dziś, żeby uruchomić firmę i utrzymać ją, dopóki nie 

zdobędzie się klientów, trzeba naprawdę   ogromnych pieniędzy. O wiele więcej 

niż pięćdziesiąt lat temu.

- Czyli jednak rozważałeś taki scenariusz?

- Oczywiście.

- Ambicja to połowa sukcesu - stwierdził Henry, napełniając ponownie filiżankę. - 

Jakie wrażenie  zrobił na tobie mój sklep?

David uniósł głowę.

- Gdybym miał pieniądze, żeby rozkręcić własny interes, byłby to dla mnie wzór 

do naśladowania. Skąd  to pytanie?

- A chciałbyś mieć ten sklep na własność?

David poczuł szum w uszach. Pomyślał, że chyba się przesłyszał.

- Mieć na własność? - zapytał ostrożnie. - Nie bardzo rozumiem, do czego pan 

zmierza.

- Mieć, czyli posiadać - odpowiedział Henry ze zniecierpliwieniem. - Prowadzić. 

Być właścicielem.

David spojrzał na niego badawczo. Czy ten człowiek zwariował? Nikt nie 

wspominał, że Henry  Birmingham postradał rozum. Zresztą, gdyby tak się stało, 

Henry z pewnością zostałby poddany  stosownej terapii. No, ale lepiej dmuchać 

na zimne, toteż David zaczął przemawiać łagodnym głosem,  jak do dziecka.

- Już wyjaśniłem, że nie zbiorę dość pieniędzy na własną firmę. Może udałoby 

background image

się namówić jakiś bank  na pożyczkę, ale i tak wysokość udzielonego mi kredytu 

byłaby śmieszna w porównaniu z wartością  firmy Birmingham. Nawet nie umiem 

sobie wyobrazić tej sumy...

- Moja firma nie jest na sprzedaż - stwierdził Henry.

- W takim razie - David pokręcił głową - naprawdę nie rozumiem, o czym pan 

mówi.

- Proponuję, żebyś wziął sobie tę firmę, Davidzie, a dokładniej połowę. Będziesz 

miał zupełną   swobodę  w sprawie projektów.  Oczywiście, są  jednak... pewne 

warunki. Chcesz je poznać?

Henry'ego nie było już od kilkunastu minut. Dopiero teraz David mógł w 

miarę spokojnie i na  chłodno przeanalizować sytuację. To nie Henry Birmingham 

zgłupiał, tylko ja, doszedł po chwili do  smutnego wniosku. Nie mógł zrozumieć, 

jak to się stało, że wyraził zgodę na tak absurdalne warunki.   Henry kusił go 

swoją  firmą   niczym  smakowitym   kąskiem,   a  on   dał  się  na  to  złapać.   Jednak 

Davida  skusiła nie tylko sama firma, ale przede wszystkim możliwość uzyskania 

pełnej niezależności. Właśnie  o tym od dawna marzył, a jedynie praca na własny 

rachunek umożliwiłaby mu osiągnięcie tego celu.

Doszedł do wniosku, że zgodził się na wszystkie warunki Henry'ego, ponieważ 

pozwolił się   zahipnotyzować. Powinien natychmiast stąd wyjść, dopóki nie jest 

za późno. Wstać, złapać taksówkę,  pojechać na lotnisko i wsiąść do pierwszego 

samolotu   lecącego   do   Atlanty.   Jednak   nie   ruszył   się   z     miejsca.   Firma 

Birmingham przy State podana na srebrnym talerzu. Oczywiście, pod kilkoma 

warunkami.  Był jednak pewien, że ona - wnuczka Henry'ego - nigdy się na to nie 

zgodzi.

Czuł na przemian rozczarowanie i ulgę. Pomyślał, że jeszcze nie musi 

wychodzić. Może  poczekać pół godziny, jak obiecał Henry'emu. Jeśli ona się nie 

zjawi, trudno. Będzie miał czyste  sumienie, a przynajmniej dotrzyma słowa.

Spojrzał na zegarek. Minęło już dwadzieścia minut. Wystarczy posiedzieć 

jeszcze dziesięć, i   będzie po sprawie. Musiał jednak przyznać, że szkoda mu 

background image

było takiej okazji. Przez chwilę wyobrażał   sobie, co mógłby stworzyć, gdyby 

tylko pozwolono mu rozwinąć skrzydła, no i gdyby miał dość  pieniędzy. Mógłby...

- Pan David Elliot? - usłyszał pytanie.

Uniósł   wzrok.   Miał   nadzieję,   że   to   kelnerka.   Może   wnuczka   Henry'ego 

zadzwoniła   do   tawerny   z     wiadomością,   że   nie   przyjdzie.   Byłoby   to   bardzo 

uprzejme, zamiast kazać mu czekać na próżno. Jednak   kobieta nie miała na 

sobie stroju kelnerki. Ubrana  była  w ciemnozielony, dopasowany  kostium. Na 

szyi     miała   sznur   doskonale   dobranych   pereł,   częściowo   ukryty   za   wysokim 

kołnierzem żakietu. Była drobna i   delikatna. Zielone oczy spoglądały na niego 

spod gęstych, czarnych rzęs. Kruczoczarne włosy związała  luźno na karku.

- Przysłał mnie dziadek - powiedziała.

David poczuł ostre ukłucie, jakby ktoś wbił mu nóż pod żebra. Przedtem w 

ogóle się nie  zastanawiał, jak może wyglądać wnuczka Birminghama. Z jakiegoś 

niezrozumiałego powodu nie spodziewał  się tak czarującej osoby.

- Proponował, żebyśmy porozmawiali przy lunchu - dodała cicho.

David wstał, trochę za późno przypominając sobie o dobrych manierach.

- Ty... pewnie jesteś Eve - powiedział zmieszany.

- Tak. Eve Birmingham.

Patrzyła na niego badawczo i z zainteresowaniem, ale z jej twarzy nie 

sposób było niczego  wyczytać.

-   Można?   -   spytała   i   nie   czekając   na   zaproszenie,   wśliznęła   się   na   fotel 

naprzeciw niego.

David   odetchnął   zadowolony,   że   może   usiąść,   bo   ze   zdenerwowania 

uginały się pod nim nogi.   Nie spodziewał się, że Eve stawi się na spotkanie. 

Przyszła, ale to jeszcze nie znaczy, że się   zgodzi, powtarzał sobie. Może po 

prostu   jest   zbyt   uprzejma,   żeby   szukać   jakiejś   wymówki?   Zaraz,   być     może 

nawet   nie   wie,   co   zaplanował   Henry?   Och,   to   byłaby   nadzwyczaj   kłopotliwa 

sytuacja.

Eve   poprosiła   kelnerkę   o   dzbanek   herbaty.   David   zyskał   chwilę,   żeby 

wziąć się w garść.

-   Rozumiem,   że   ucięliście   sobie   z   Henrym   szczerą   rozmowę   -   powiedziała, 

background image

napełniając filiżankę.

- Rzucił kilka ciekawych propozycji - przyznał David i natychmiast pomyślał, że 

zabrzmiało   to   dość     niezręcznie.   -   To   znaczy...   Nie   wiem,   czy   powiedział   ci 

dokładnie, o co chodzi.

Eve odstawiła dzbanek z herbatą.

- Henry raczej nie ma przede mną tajemnic.

- Może tym razem postąpił inaczej?

- Cóż, wiem, że od pewnego czasu nosi się z myślą o przejściu na emeryturę. 

Nie chce sprzedać firmy,  na renomę której pracował długie lata. Obawia się, że 

firma mogłaby przejść w niewłaściwe ręce.   Zaczął się rozglądać za młodym, 

utalentowanym

projektantem,   który   mógłby   kontynuować   jego   pracę.     Szczerze   mówiąc, 

doskonale go rozumiem. Chce powierzyć swe ukochane dziecko komuś, komu 

będzie mógł  w pełni zaufać.

- A ty? - David zdał sobie sprawę, że to pytanie prześladowało go od chwili, gdy 

Henry złożył mu tę  nieprawdopodobną ofertę. - Nie chcesz prowadzić firmy?

Eve wzruszyła ramionami.

-   Bez   trudu   rozpoznaję   dobry   wyrób,   ale   sama   mogłabym   do   końca   świata 

próbować zrobić podobny. Nie  odziedziczyłam talentu po dziadku.

- Nie wyglądasz na zmartwioną takim obrotem sytuacji.

- Zdążyłam już oswoić się z faktem, że moje zdolności rozwinęły się w zupełnie 

innym kierunku. Henry   też się z tym pogodził. Właściwie to już dość dawno 

zrozumiał, że nie będę w stanie go zastąpić.

- Zwrócił się do mnie, choć jestem kimś z zewnątrz. Ciekaw jestem, co o tym 

wszystkim sądzisz.

-   Firma   jest   dla   mnie   bardzo   ważna.   Kieruję   pracownikami,   odpowiadam   za 

obsługę klientów, dbam o  wszystkie podstawowe sprawy. Jednak tak samo jak 

Henry uważam, że nie wolno dopuścić, by przejęła  nas jakaś sieć produkująca 

tanie, seryjne wyroby. - Spojrzała na niego znad filiżanki. - Jeśli  uznał, że dzięki 

tobie przetrwamy, to popieram jego decyzję.

David potarł podbródek.

background image

- Chyba jednak nie powiedział ci wszystkiego.

Dolał sobie kawy, choć zdawał sobie sprawę, że i tak już wypił jej za dużo. 

Ale co to  właściwie za różnica? W obecnej sytuacji pewnie byłby roztrzęsiony i 

bez tej solidnej dawki kofeiny.

- Masz na myśli moje małżeństwo z jego następcą? - spytała spokojnie.

Łyżeczka, którą David kurczowo ściskał w dłoni, upadła z brzękiem na 

stół.

- O tym też wiesz? 

Spojrzała na niego ze smutkiem.

- Mówiłam ci, że niewiele przede mną ukrywa.

-   Nie   żyjemy   przecież   w   średniowieczu   i   nie   musimy   się   godzić   na   takie 

zaaranżowane małżeństwo.

Zamyśliła się na chwilę.

-   Ma   swoje   powody   -   powiedziała   w   końcu.   -   Jego   małżeństwo   zostało 

skojarzone przez rodzinę i było  udane. Nie widział w tym nic złego. Każdy, kto 

poprzez   małżeństwo   wchodzi   do   rodziny,   przestaje   być     obcy.   Szukanie 

wspólników to dość ryzykowna sprawa, a małżeństwo daje większą gwarancję 

przetrwania  firmy. Żadne z nas nie może przejąć ani sprzedać firmy bez zgody 

współmałżonka.

- Najwyraźniej nie słyszał o czymś takim jak rozwód.

- A niby z jakiego powodu miałoby się rozpaść małżeństwo, zawarte świadomie, 

dla osiągnięcia  wspólnego celu?

-   Boże,   nie   tylko   wyglądasz   jak   Królowa   Śniegu,   ale   cały   czas   tak   się 

zachowujesz.

Powiedział to, nim zdążył się zastanowić. Przez moment wydawało mu 

się, że w oczach Eve  zalśniły łzy. Ależ ze mnie nieokrzesany głupek, pomyślał 

ze złością. Nie lubił ranić innych, no i  rzadko bywał aż tak nietaktowny.

Rzuciła mu zdecydowane spojrzenie.

-   Oczywiście,   powinieneś   zrozumieć,   że   Henry   patrzy   na   sprawę 

perspektywicznie. Dzięki małżeństwu   może przyjść na świat dziedzic firmy. W 

ten sposób, nawet gdy się zestarzejemy, nie będziemy musieli  się martwić, że 

background image

rodzinny interes przejdzie w obce ręce.

Ta kobieta niewątpliwie mówiła serio. David doszedł do wniosku, że chyba 

nie jest całkiem  normalna. Odstawił głośno filiżankę.

- Jak możesz mówić o tym tak spokojnie? Henry musi być szalony.

-   Kocham   dziadka   i   zrobię   wszystko,   by   był   szczęśliwy   -   odpowiedziała 

spokojnie.

- Czyli - powiedział powoli David -jesteś zdecydowana zawrzeć małżeństwo z 

rozsądku? Z jakimś obcym  mężczyzną? Czy tak?

Skinęła głową.

- Dlaczego?

- Już ci wyjaśniłam.

-   Próbuję   cię   zrozumieć.   Mogłabyś   poszukać   kogoś,   kto   da   ci   szczęście. 

Dlaczego godzisz się na  udawany związek?

Ścisnęła   filiżankę,   aż   zbielały   jej   palce,   lecz   nadal   mówiła   spokojnym 

głosem.

-   To   już   nie   twoja   sprawa.   Powiedzmy,   że   postanowiłam   unikać   zobowiązań 

uczuciowych, a obrączka na  palcu da mi poczucie bezpieczeństwa.

Biedne, naiwne maleństwo, pomyślał. Jesteś zbyt piękna, żeby mężczyźni 

przestali   się   tobą     interesować   tylko   z   powodu   obrączki.   Oczywiście,   każdy 

mężczyzna, który poznałby ją bliżej i  zorientował się, że atrakcyjny wygląd nie 

idzie   w   parze   z   ciepłym   wnętrzem,   pewnie   nie   miałby   ochoty     na   kolejne 

spotkanie. Jednak zawsze znajdzie się kolejny amator wdzięków Eve.

Przypomniał sobie jej słowa o obrączce i poczuciu bezpieczeństwa.

-   Chyba   rozumiem   -   powiedział   łagodnie.   -   Eve,   mnie   możesz   się   przyznać. 

Jesteś w ciąży, prawda?

Wzięła  głęboki oddech.  Wydawało się przez  chwilę, że rzuci w  Davida 

filiżanką. Obserwował z  przejęciem, jak zaczerwieniły się jej policzki, lecz zaraz 

odzyskała panowanie nad sobą. Jednak nie  była tak zimna i pozbawiona uczuć, 

jak się wydawało na pierwszy rzut oka. Dobrze wiedzieć.

- Nic podobnego - oświadczyła zdecydowanie.

- Świetnie. Jakoś dotychczas nie marzyłem o dzieciach, ale gdybym już musiał 

background image

zmieniać im pieluchy,  wolałbym, żeby były moje.

- Na pewno nie będziesz musiał zmieniać pieluch - odpowiedziała lodowatym 

tonem.

- Czyżbyś była pewna, że zgodzę się na ten szalony pomysł? Dlaczego?

- Byłbyś głupi, gdybyś odmówił. To niepowtarzalna okazja. Pomyśl, masz szansę 

zostać następcą  Henry'ego Birminghama.

- Zastanawiam się, co zrobiłby, gdybym mu odmówił?

Eve wzruszyła ramionami.

- Pewnie wybrałby kogoś z listy.

- Jakiej listy?

Wtedy   przypomniał   sobie,   co   usłyszał   od   Henry'ego:   że   jest   jednym   z 

trzech najlepszych,  młodych projektantów w kraju. A zatem na tej liście widniały 

przynajmniej trzy nazwiska.

Eve spojrzała na niego badawczo.

-   Nie   rób   takiej   obrażonej   miny.   Chyba   nie   uważasz   się   za   jedynego 

utalentowanego człowieka w naszym  kraju? Henry nie jest szalony, nie przekaże 

firmy   osobie,   której   osobiście   nie   pozna.   Pewnie     przeprowadzi   rozmowy   ze 

wszystkimi kandydatami.

- Na którym miejscu umieścił moje nazwisko?

- Nie wiem dokładnie - odpowiedziała spokojnie.

- Rozumiem. To jedna z nielicznych tajemnic, do których cię nie dopuścił.

- Słusznie. Jedno mogę ci powiedzieć. Jesteś pierwszym, z którym Henry umówił 

mnie na spotkanie.

Jeśli więc przed nim byli jacyś inni, nie spełnili wymaganych warunków.

- Pewnie powinienem się cieszyć i uznać to za powód do dumy?

- W każdym razie teraz, gdy złożył ci ofertę, nie ma znaczenia, na którym byłeś 

miejscu.   Żaden     rozsądny   projektant   nie   zastanawiałby   się   nad   kolejnością   i 

dałby sobie obciąć palec, byle tylko  Henry wziął go pod uwagę.

- Henry nie chce palca, ale całe ciało - mruknął David.

Eve zaczęła się nerwowo bawić filiżanką.

-   Jeśli   mowa   o   sprawach   ciała   -   powiedziała   z   wahaniem-   nie   musielibyśmy 

background image

spędzać   ze   sobą   zbyt   wiele     czasu,   choć   pewnie   mieszkalibyśmy   w   jednym 

domu.

- Słusznie. Henry mógłby coś podejrzewać, gdybyśmy zamieszkali w różnych 

częściach miasta.

- Myślę, że możemy się dogadać w tej sprawie.

- Współlokatorzy? - upewnił się.

-   Jeśli   tak   chcesz   to   nazwać.   To   niewielka   niedogodność,biorąc   pod   uwagę 

stawkę. Pomyśl, dostajesz w  zamian wspaniałą firmę.

Rozpatrując sprawę wyłącznie w kategoriach interesu, Eve miała rację. 

Propozycja Birminghama  pozwoliłaby Davidowi osiągnąć to, do czego nigdy nie 

doszedłby o własnych siłach. Jeśli odmówi, nie  tylko zaprzepaści talent, ale też 

nie zrealizuje marzeń. Taka szansa przytrafia się tylko raz.

Spojrzał na Eve. Czuł, że jego życie znalazło się w punkcie zwrotnym.

- Zjedzmy lunch - zaproponował - i porozmawiajmy o naszym ślubie.

W   sprawie   ślubu   Eve   miała   od   dawna   wyrobione   zdanie.   Postanowiła 

jasno i wyraźnie  powiedzieć, co na ten temat sądzi.

-   Nie   mam   zamiaru   się   wygłupiać   -   oświadczyła.   -   Żadnej   białej   sukni 

wyszywanej perłami, fraków ani   smokingów,sypania płatków kwiatów, długich 

toastów i innych tego rodzaju głupot.

- Zero romantyzmu?

Spojrzała na niego i po raz pierwszy przyjrzała mu się uważnie. Był dość 

przystojny, choć  miał nieco zbyt grubo ciosane rysy. Kasztanowe włosy, brązowe 

oczy z długimi rzęsami. W sumie,   oprócz niezwykłej pewności siebie, niczym 

specjalnym się nie wyróżniał.

- Owszem. Nie będzie druhen, tortu, tańców.

- Ciekawe, że jakoś mnie to nie dziwi - stwierdził.

Eve   zauważyła   jednak,   że   wbrew   tym   słowom   był   zaskoczony.   Jakby 

uważał, że jedynym marzeniem  każdej młodej kobiety jest uroczysty i wystawny 

ślub. Jednocześnie odetchnął z ulgą, co doskonale  rozumiała. Był gotów, o ile by 

nalegała, na najbardziej wymyślną ceremonię. Zacisnąłby zęby i zniósł  wszystko 

w zamian za nagrodę. Ślub to przecież tylko jeden dzień, a firma Birmingham - 

background image

na całe  życie.

Eve   była   zadowolona,   że   przemyślała   wszystko   wcześniej   i   teraz 

wiedziała,   co   powiedzieć.     Oboje   mieli   powody,   by   zawrzeć   małżeństwo   z 

rozsądku, choć ludzie na pewno ich nie zrozumieją. Nie   chciała stanąć przed 

ołtarzem i składać uroczystej przysięgi ani udawać, że są w sobie zakochani. 

Zaplanowała   skromną   ceremonię   w   urzędzie,   a   ludzie   niech   sobie   myślą   i 

gadają, co chcą.

- Oczywiście liczbę gości ograniczymy do minimum - dodała. - Jeśli twoja matka 

lubi organizować  przyjęcia, to uprzedź ją, że tym razem nie będzie miała pola do 

popisu.

- Mama umarła, gdy miałem osiemnaście lat - powiedział cicho.

Eve na chwilę wstrzymała oddech.

- Przepraszam. Trochę mnie poniosło. Jakoś mi się wydawało, że...

- Nie mogłaś wiedzieć - przerwał. - Wymieniłaś wszystko, czego nie będzie, ale 

nie wspomniałaś o  pierścionku - dodał, patrząc na jej smukłe dłonie, pozbawione 

jakiejkolwiek biżuterii.

- Jeśli chodzi ci po głowie jakiś wspaniały projekt, to szkoda twojego zachodu - 

powiedziała cicho,  ukrywając dłonie pod blatem.

Uniósł brwi.

-   Wnuczka   Henry'ego   Birminghama   ma   się   pokazać   bez   pierścionka 

zaręczynowego? Eve, to mój zawód.  Ludzie będą się spodziewać... - przerwał 

nagle.

- Właśnie. Zrobisz go, nie myśląc o tym, co mi się podoba, tylko wyłącznie na 

pokaz. Dziękuję, nie  mam zamiaru być twoją żywą reklamą.

-   Do   diabła.   Dlaczego   mnie   obrażasz?   Jak   możesz   mówić,   że   nawet   nie 

zapytałbym, co lubisz? Co z  obrączką?

- Dobrze, powiem ci. Chcę platynową obrączkę.

- Dobry wybór. A jaki kamień? Brylant?

- Zwykła prosta obrączka bez kamieni i ozdób.

Przyglądał jej się przez chwilę.

-   Coś   wyłącznie   użytkowego   -   powiedział   ponuro.   -   Jak   nasze   małżeństwo. 

background image

Wreszcie zrozumiałem.

- To dobrze - odpowiedziała. - Dzięki temu wszystko będzie jasne.

Sięgnęła nieco drżącą ręką po filiżankę i upiła łyk letniej herbaty.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Eve zjawiła się na lotnisku za wcześnie. Samolot Davida miał wylądować 

dopiero za godzinę.   Usiadła w fotelu. Trudno, jakoś przetrwa tę godzinę. Na 

szczęście David nie dowie się, że  przyjechała tak wcześnie. Jeszcze gotów by 

pomyśleć,   że   nie   mogła   się   go   doczekać.   W   rzeczywistości     pragnęła   jak 

najszybciej uwolnić się od Henry'ego. Godzina w poczekalni to nic w porównaniu 

z jego  uciążliwym towarzystwem.

Straciła cierpliwość, gdy po raz piąty tego popołudnia Henry zajrzał do jej 

gabinetu, by  zapytać, czy otrzymała jakieś wiadomości od Davida.

-   Henry,   on   jest   dorosły.   Potrafi   wysiąść   z   samolotu   bez   mojej   pomocy. 

Zamówiłam   limuzynę.   Szofer     wie,   że   ma   zabrać   go   z   lotniska,   zawieźć   do 

hotelu, a potem do sklepu. Co jeszcze powinnam zrobić?

- To wielka zmiana w życiu tego chłopca. Musi zrezygnować z wielu rzeczy.

- Jestem pewna, że więcej zyskuje niż traci. - Eve nie starała się nawet ukryć 

złośliwości.

- Chyba oboje chcemy, żeby był zadowolony z podjętej decyzji.

-   Dlatego   zamówiłam   limuzynę,   zamiast   proponować   mu   taksówkę.   Jeśli 

uważasz, że to za mało, może  pojedziesz go przywitać?

-   Właściwie   mógłbym.   Lepiej   jednak   pojedź   ty.   Nie   widziałaś   go   już   miesiąc. 

Spotkasz się z nim  dopiero w sklepie? To nie zrobi dobrego wrażenia.

- Nie musisz się obawiać, nie będziemy publicznie okazywać uczuć na oczach 

zażenowanych   pracowników     -   odpowiedziała   Eve,   rozłożyła   dokumenty   i 

pochyliła się nad biurkiem, dając do zrozumienia, że ma  sporo pracy.

Henry ignorował te aż nazbyt czytelne sygnały.

- Dlaczego   nie   zrobisz   sobie   wolnego   popołudnia? Pojedź po niego. Nie 

musisz go tu od razu  przywozić. Wprowadzę go w sprawy firmy jutro.

- Henry, jestem zajęta.

background image

-   Zbyt   zajęta,   żeby   spotkać   się   z   narzeczonym?   Dobrze,   kochanie.   Jeśli   nie 

możesz tego odłożyć, to  trudno.

Eve skrzyżowała  ręce  i  spojrzała na dziadka podejrzliwie.  Kiedy Henry 

zaczynał   mówić   słodkim     głosem,   atmosfera   stawała   się   napięta.   Usiadł 

naprzeciw jej biurka i wskazał na rozrzucone  dokumenty.

- Powiedz mi coś więcej na temat naszej nowej kampanii reklamowej - poprosił i 

spojrzał na nią  wyczekująco.

Wiedziała, że dała się podejść. Nie mogła się zdecydować na żadne z 

haseł   reklamowych     zaproponowanych   przez   agencję.   Od   kilku   godzin 

przeglądała projekty i propozycje. Niczego nie  wybrała.

Henry   dobrze   o   tym   wiedział.   Demonstracyjnie   zasiadł   w   fotelu,   jakby 

zamierzał spędzić w nim  całe popołudnie.

- Dobrze - powiedziała, odsuwając papiery. - Pojadę na lotnisko. Właściwie nie 

wiem po co, bo David  jest w stanie samodzielnie przeczytać własne nazwisko na 

tabliczce, którą będzie trzymał kierowca.  Jednak, jeśli nalegasz...

- Nie spiesz się z powrotem - zaproponował Henry. - Pokaż mu miasto, nowe 

mieszkanie.

- Nie jestem przewodniczką.

- To zabierz go na kolację. Każdy musi jeść.

W   tym   momencie   Eve   zdecydowała,   że   bezpieczniej   będzie   wyjść   ze 

sklepu,   nim   Henry   zdąży     jeszcze   coś   zaproponować.   Na   wypadek   gdyby 

przyszły  mu  do  głowy  jakieś  inne   wspaniałe  pomysły,     wychodząc,  wyłączyła 

telefon komórkowy.

Niestety,   taksówka,   którą   zatrzymała   tuż   obok   sklepu,   dojechała   na 

miejsce w rekordowym  czasie. Eve siedziała teraz w hali przylotowej lotniska i 

potwornie się nudziła. Nie miała nic do  roboty. Czekała ją godzina rozmyślań, bo 

nawet nie wzięła ze sobą dokumentów. W ciągu ostatniego  miesiąca, od chwili 

gdy David wrócił do Atlanty, usiłowała o nim nie myśleć. Odsuwała od siebie 

także świadomość, że za niecały tydzień zwiąże się na całe życie z zupełnie 

obcym człowiekiem. Może   nie tak całkiem obcym, bo w tym czasie kilka razy 

rozmawiali   ze   sobą   przez   telefon.   Za   każdym   razem     to   Henry   wręczał   jej 

background image

słuchawkę. Ani  ona,   ani   David  nie  mieli  wielkiej  ochoty   na  sztywną   wymianę 

ogólników. Właściwie od czasu rozmowy o ślubie nie mieli okazji, żeby lepiej się 

poznać.

Małżeństwo zostało postanowione. Przygotowano dokumenty w sprawie 

firmy,   pozostawało   je   jedynie     podpisać.   Eve   była   pewna,   że   David   się   nie 

wycofa. Gdy raz pojawiła się szansa na przejęcie  powszechnie znanej i świetnie 

prosperującej firmy, pewnie prędzej wziąłby ślub z wężem boa, niż   przepuścił 

taką okazję. Natomiast Eve podjęła decyzję już kilka miesięcy wcześniej, gdy 

Henry  przedstawił jej swój plan. Nie znała jeszcze Davida Elliota, ale nie miało 

dla niej znaczenia, z kim  weźmie ślub. Nade wszystko pragnęła zachować firmę 

w rodzinie, a przy okazji zadowolić dziadka.

W sprawie znalezienia kandydata zdała się na Henry'ego. Nie dlatego, że 

miała bezgraniczne   zaufanie do jego rozsądku. Po prostu nie mógł popełnić 

większego   błędu,   niż   zdarzyło   się   to   niegdyś     jej   samej.   Travis   Tate   był 

wspomnieniem równie miłym, jak ból zęba. Początkowo nie mogła się   uwolnić 

od rozpamiętywania cierpień, czemu nieodmiennie towarzyszył wielki żal. Teraz 

coraz  rzadziej wracała do tamtej nieszczęsnej historii, lecz rana jeszcze się nie 

zabliźniła. Eve miała  nadzieję, że wraz z upływem czasu te negatywne emocje 

osłabną. Podjęła przecież słuszną decyzję,  choć przyszło jej to z trudem.

Siedząca   obok   kobieta   odrzuciła   czasopismo,   które   przeglądała   i 

pospiesznie   ruszyła     przywitać   jednego   z   pasażerów.   Eve   podniosła   pismo   i 

zaczęła je bezmyślnie kartkować. Przechodziły   kolejne grupy pasażerów. Eve 

coraz   częściej   zerkała   na   zawieszony   tuż   pod   sufitem   monitor,   na   którym 

wyświetlano czas przylotów. Po raz kolejny pomyślała, że w sprawie Travisa nie 

miała innego wyjścia,  choć to stwierdzenie w najmniejszym stopniu nie łagodziło 

bólu. Miłości nie można włączyć i wyłączyć  na zawołanie. Eve kochała Travisa 

do szaleństwa i była zdania, że takie uczucie zdarza się tylko  raz. Jakoś się z 

tym pogodziła, ale nie zamierzała z nikim o tym rozmawiać, nawet z Henrym. 

Tym  bardziej nie miała ochoty tłumaczyć mężczyznom, którzy zapraszali ją na 

kolację, że nie jest nimi  zainteresowana, bo nadal kocha kogoś innego.

Zauważyła, że od czasu rozstania z Travisem, mężczyźni traktują ją jak 

background image

łakomy   kąsek.   Dlatego     marzyła   o   tym,   by   jak   najszybciej   wyjść   za   mąż. 

Uważała,   że   obrączka   na   palcu   uchroni   ją   przed     naprzykrzającymi   się 

zalotnikami. David był idealnym kandydatem. Nie miał złudzeń, że mogłaby się 

nim zainteresować. Ich umowa była dla niego niezwykle korzystna. Oboje też 

zdawali sobie sprawę, że   ślub jest tylko formalnością, więc nie musieli przed 

sobą niczego udawać.

Nawet Henry był realistą na tyle, by nie wierzyć, że Eve i David zakochają 

się w sobie od  pierwszego wejrzenia. Pewnie będzie mu przykro, gdy zorientuje 

się, że nie doczeka się prawnuka,   który odziedziczy firmę. Cóż, nie wszystkie 

małżeństwa mają dzieci.

Obok Eve przeszła kolejna grupa pasażerów. Nie zwracała na nich uwagi. 

Patrzyła   na   człowieka     w   granatowym   uniformie,   który   stanął   przy   wyjściu, 

trzymając tabliczkę z nazwiskiem "Elliot".  Kierowca limuzyny zjawił się na czas. 

Pomyślała, że mogłoby być śmiesznie, gdyby David, szukając  kierowcy, w ogóle 

jej   nie   zauważył.   Przez   chwilę   miała   ochotę   zasłonić   twarz   czasopismem   i 

poczekać,  dopóki jej nie minie. Później mogłaby powiedzieć Henry'emu, że nie 

odszukała Davida w tłumie.

Obok   niej   gwałtownie   zatrzymał   się   jeden   z   pasażerów.   Idący   za   nim 

mężczyzna, klnąc pod  nosem, zrobił szybki unik, żeby na niego nie wpaść.

- Eve? - usłyszała miły głos.

To   chyba   nie   może   być   prawda,   pomyślała   w   panice.   Odwróciła   się 

szybko.

- Travis?

-   Eve,   kochanie   -   powiedział   drżącym   głosem.   -   Skąd   wiedziałaś,   że   dziś 

przyjeżdżam?   Pewnie   od   mojej     sekretarki.   Nie   sądziłem,   że   się   z   nią 

kontaktujesz.

Pokręciła przecząco głową, jednak nie mogła przestać na niego patrzeć. 

Wyglądał jeszcze   bardziej elegancko niż zwykle. Doskonale skrojony garnitur, 

jasnoblond włosy ułożone w modną  fryzurę. Płaszcz niedbale przerzucony przez 

ramię, a w dłoni teczka ze skóry aligatora.

- Nie miałem nadziei na takie spotkanie. Bardzo za tobą tęskniłem. Próbowałem 

background image

zapomnieć, jak mi  kazałaś. Jednak nie potrafię. Nie przestałem o tobie myśleć. 

Widzę,   że   ty   też   nie   możesz   o   mnie     zapomnieć.   Gdyby   było   inaczej,   nie 

przyjechałabyś tutaj. Przyznaj, zmieniłaś zdanie na temat naszego  związku.

Chętnie zmieniłabym zdanie, ale nie mogę, bo nie chcę jeszcze bardziej 

cierpieć, pomyślała.  Zebrała się na odwagę.

- Travis, nie jestem tu z twojego powodu.

Tylko na chwilę stracił pewność siebie.

-  Ależ   oczywiście,   że   z   mojego.   Po   co   inaczej   tkwiłabyś   w   hali   przylotów?   - 

spytał, wyciągając rękę,  jakby zamierzał przytulić Eve.

Pomyślała   z   rozpaczą,   że   znów   ogarniają   ją   wątpliwości.   Może   nie 

powinna   przekreślać     wszystkiego,   co   ich   kiedyś   łączyło?   Bzdura,   podjęła 

słuszną decyzję i nie powinna jej zmieniać.  Konsekwencja to podstawa sukcesu. 

Tylko jak przekonać o tym Travisa?

Coś   za   jego   plecami   przykuło   jej   uwagę.   Spostrzegła   pasażera 

kroczącego energicznie w jej   kierunku. Wysoki, szeroki w ramionach, w nieco 

wymiętym   ubraniu.   Cóż,   David,   w   przeciwieństwie   do     Travisa,   nie   był 

przyzwyczajony   do   częstych   podróży   samolotem.   Poczuła   ulgę.   Odrzuciła 

czasopismo,  ominęła Travisa i podbiegła do Davida. Zaskoczony, uniósł wysoko 

brwi. Zdziwił się jeszcze bardziej,  gdy Eve uniosła twarz do pocałunku.

- Pocałuj mnie - zażądała. 

Odstawił teczkę i bez wahania spełnił prośbę Eve. Świetny facet na trudne 

chwile,   pomyślała     z   uznaniem.   Nie   zadaje   zbędnych   pytań,   po   prostu 

przystępuje do działania.

Ich   pierwszy   pocałunek   był   długi   i   namiętny.   Eve   poczuła   się 

nieprawdopodobnie zmieszana.  Zaczęła się zastanawiać, co też sobie pomyślą 

przypadkowi przechodnie. David dał jej chwilę na   zaczerpnięcie powietrza, a 

potem   przycisnął   jeszcze   mocniej,   jakby   poprzedni   pocałunek   był   dopiero 

wstępem do prawdziwego powitania. Gdy w końcu odsunęli się od siebie na kilka 

centymetrów, Eve  kręciło się w głowie. Docierały do niej strzępy rozmów.

- Ten to ma szczęście - powiedział do kolegi jeden z pasażerów. - To się nazywa 

powitanie.

background image

- Coś takiego! - skomentowała starsza pani. - Widziałaś, gdzie on pakuje łapy? 

Ci młodzi uważają, że  wszyscy muszą patrzeć, jak się obmacują.

A zatem nasze przedstawienie wypadło bardzo przekonująco, pomyślała 

Eve. Dyskretnie  spojrzała przez ramię, ale nigdzie nie było widać Travisa.

- Jeśli szukasz faceta, z którym rozmawiałaś - wyjaśnił David - to przyglądał się 

nam przez chwilę,  a potem zniknął. Domyślam się, że właśnie o to ci chodziło.

Mówił spokojnym głosem i nadal trzymał ją za ramię, jakby obawiał się, że 

Eve lada moment  zemdleje.

- Potrafię stać o własnych siłach - stwierdziła. Puścił jej ramię i schylił się po 

bagaże.

Weź swoje czasopismo.

- To nie moje.

- Naprawdę? Kiedy cię zauważyłem, trzymałaś je jak tarczę. Pewnie nie masz 

ochoty czegokolwiek mi   wyjaśniać. Szkoda, bo przyznam szczerze, że spala 

mnie ciekawość. No trudno...

Oczywiście,   że   nie   mam   ochoty,   pomyślała   Eve,   ale   zdecydowała   się 

jakoś skomentować  sytuację. W końcu David na to zasłużył

- Chodzi o to... - przerwała i po chwili namysłu zaczęła od nowa. - To był ktoś, kto 

nie powinien  wiedzieć o naszej...naszej...

- Umowie? - podpowiedział David. - Wiesz, właśnie zastanawiałem się nad tym, 

czy uda nam  się    przekonać innych, że jesteśmy prawdziwym małżeństwem. 

Zamieszkamy razem, i Henry'emu to na razie  wystarczy. A co z innymi, jak ten, 

którego przed chwilą próbowałaś przekonać?

Najwyraźniej   oczekiwał,   że   Eve   powie   mu,   kto   to   był.   Ona   jednak 

postanowiła odłożyć  wyjaśnienia na później.

- Jeszcze się nad tym wspólnie zastanowimy. Może wreszcie ruszymy w drogę? - 

zaproponowała i  pomachała do kierowcy. Dotknął czapki i podszedł do nich.

Eve spojrzała zdziwiona na dwie walizki.

- Niewiele tego - stwierdziła, podczas gdy kierowca niósł bagaż do samochodu.

- Trochę rzeczy wysłałem przez firmę kurierską - wyjaśnił David i objął ją za 

ramię, prowadząc do  wyjścia. Poczuła dreszcz niemal tak silny, jak w chwili gdy 

background image

ją całował.

-   Nie   ma   sprawy,   jeśli   będziesz   czegoś   potrzebował,   w   hotelu   na   pewno   to 

załatwią.

- W hotelu? - upewnił się.

-  Henry zarezerwował ci pokój w hotelu  "Englin"  - wyjaśniła,  rumieniąc się.  - 

Uznał, że najlepiej   będzie, jeśli wprowadzisz się do mnie dopiero po ślubie. Z 

kolei jego apartament jest niewielki. Nie  ma tam sypialni dla gości,a "Englin" to 

jeden z najlepszych hoteli w mieście.

- Rozumiem. Na pewno mi się spodoba.

- Chodzi tylko o kilka dni przed ślubem. - Wzięła głęboki oddech. - Zdaje się, że 

jest parę rzeczy,  o których powinnam ci powiedzieć.

Pomógł jej zająć miejsce w limuzynie i usiadł obok.

- Co się stało?

- Cóż, chciałam, żeby wszystko odbyło się dzisiaj, żeby mieć to z głowy. Już 

prawie dopięłam sprawy  na ostatni guzik i wtedy wtrącił się Henry.

David uniósł brwi, wyraźnie zaskoczony.

- I co, będzie biała suknia i czerwony dywan w katedrze?

- Nie, na szczęście nie upierał się przy wielkiej pompie. Jednak uważał, że taki 

skromny ślub bez  gości wzbudzi podejrzenia i ludzie zaczną plotkować. Nalega, 

żeby zaprosić parę osób i urządzić małe  przyjęcie.

Nie odpowiedział, więc spojrzała na niego pytająco.

- To niezupełnie tak - odezwał się w końcu. - Miło z jego strony, że się tym zajął, 

ale to mnie  zależało na tej zmianie.

Zrobiła wielkie oczy.

- Dlaczego?

- Spokojnie, nie marzę o torcie dwumetrowej wysokości, ani o zastępie druhen. 

Nie chcę jednak, by   ludzie pomyśleli, że mamy coś do ukrycia. Zyskamy też 

kilka   dni,   żeby   się   lepiej   poznać.   Ostatecznie     ten   krok   zaważy   na   naszym 

dalszym życiu...

-   Nie   żartuj   -   powiedziała  z   drwiną.   -  Teraz   już   byś   się   nie   wycofał.   Prędzej 

uściskałbyś aligatora,  niż przepuścił taką okazję. Jeśli już mówimy o uściskach...

background image

-   Niech   zgadnę   -   powiedział,   nie   patrząc   w   jej   stronę.-   Mam   nie   traktować 

przedstawienia na lotnisku  jako zachęty z twojej strony.

Westchnęła z ulgą.

- Właśnie. Nie sądziłam, że tak je potraktujesz, ale na wszelki wypadek...

-   Żeby   w   przyszłości   uniknąć   nieporozumień,   możemy   potrenować   stałe 

zagrywki, jak piłkarze. Potem   wystarczy podać numer scenki - zaproponował 

spokojnie. 

Z głośnika rozległ się głos kierowcy.

- Przepraszam, czy najpierw podjechać do hotelu?

Eve wyjrzała przez okno, zdziwiona, że droga upłynęła tak szybko.

- Tak, bardzo proszę.

Spojrzała na Davida.

- Henry proponował, bym ci pokazała miasto, a potem zabrała na obiad. Uważa, 

że powinniśmy pobyć  trochę tylko we dwoje.

- Dziękuję, ale jestem nieco zmęczony.

Eve   wzruszyła   ramionami.   Nie   wyglądał   na   zmęczonego,   na   pewno 

skłamał. Zupełnie nie  rozumiała, o co mu chodzi.

Jeszcze nie było późno, ale powoli zapadał wczesny zmrok jesiennego 

popołudnia. Również w  samochodzie zrobiło się ciemno i Eve nie widziała miny 

Davida.

-   Czy   moja   odpowiedź   nie   jest   ci   na   rękę?   -   spytał   cicho.-   Możesz   teraz 

powiedzieć Henry'emu, że  naprawdę się starałaś.

Przypomniała   sobie,   co   ostatnio   mówiła:   „Henry   zarezerwował...   Henry 

proponował... Uważa, że   powinniśmy pobyć we dwoje... Mieć ślub z głowy..." 

David musiał odnieść wrażenie, że spotykała się z   nim wyłącznie na życzenie 

Henry'ego. Na pewno uznał mnie za okropnie zarozumiałą nudziarę,  pomyślała.

Limuzyna   zatrzymała   się   przed   wejściem   do   hotelu.   Kierowca   okrążył 

pojazd, żeby otworzyć  drzwi, potem z bagażnika wyjął walizki. David nie spieszył 

się z wysiadaniem.

-   Boisz   się-   stwierdził.   -   Dlatego   chciałaś,   by   ślub   odbył   się   jak   najszybciej, 

prawda? Przyrzekłaś   coś Henry'emu i teraz nie wypada się wycofać, choćbyś 

background image

nie wiem jak żałowała swej decyzji. Nie znasz   mnie, nie masz pojęcia, jakim 

jestem człowiekiem.

Eve przygryzła wargę.

- To, co mówisz, sprawia mi przykrość.

- Ale to prawda. Dlatego marzysz, by wreszcie się mnie pozbyć.

- Co prawda to Henry chciał, żebyśmy razem spędzili wieczór, ale naprawdę 

chętnie zjem z tobą  kolację.

Nie   była   pewna,   czy   jej   uwierzył.   Sama   była   zaskoczona   swym 

stwierdzeniem. Co dziwniejsze,  mówiła zupełnie szczerze.

David  spoglądał  na  nią  przez  chwilę.  Wysiadł  z  samochodu.  Usłyszała 

głos   portiera,   który     uprzejmie   zapraszał   do   hotelu.   Przymknęła   oczy.   Nim 

zdążyła się zastanowić, co robić dalej, David  znów się pojawił.

- Portier kazał zanieść mój bagaż do pokoju. Mogę się zameldować później. Czy 

kolację zjemy tu, czy  gdzieś indziej? Co proponujesz?

Była zbyt zaskoczona, żeby odpowiedzieć.

- Dziś w karcie mamy wspaniały stek - podpowiedział portier zza pleców Davida.

- Chętnie bym spróbował, a ty, Eve?

Wysiadła z samochodu i spojrzała na czekającego szofera.

- Dziękuję, jest pan wolny.

Zauważyła, że David wysoko uniósł brwi.

- Nie ma sensu zatrzymywać samochód na godzinę czy dwie, jeśli mogę wrócić 

do domu taksówką. Nie  proponuję ci niczego więcej poza wspólną kolacją.

Przecież nic nie powiedziałem.

- Nie musiałeś. Twoje uniesione brwi mówią za ciebie.

Po raz pierwszy zauważyła, że się uśmiechnął. Kierownik sali zaprowadził 

ich do niewielkiego   stolika w zacisznym kącie. Eve usiadła i szybko rozejrzała 

się po sali.

- Szukasz kogoś? - spytał David.

- Nikogo szczególnego, klientów i znajomych. Zwykle jest tu kilka osób, które 

mnie znają, ale dziś  nikogo nie widzę. Może uda nam się spokojnie przebrnąć 

przez kolację - powiedziała, sięgając po  kartę dań. - Słuchaj, David, nie wiem, 

background image

jak to powiedzieć, ale dotychczas zachowywałam się...

- Niezbyt miło? - zasugerował. - Zapomnijmy o tym i zacznijmy od początku. 

Cześć, miło cię znów  widzieć. Opowiedz, jak będzie wyglądać nasz ślub.

- Myślałam, że wiesz już wszystko. Przecież to twój pomysł, żeby... - ugryzła się 

w język. -  Przepraszam, zdaje się, że znowu wykazałam się brakiem taktu.

Zjawił się kelner z butelką wina.

- Dobry wieczór, panno Birmingham, witam pana. Pani dyrektor poleciła mi podać 

jedno z naszych  najlepszych win i przekazać pozdrowienia.

- Powinnam była wiedzieć, że nie da się tu wejść niepostrzeżenie - stwierdziła 

Eve. - Ale nigdzie  nie widziałam pani dyrektor.

- Zadzwoniła ze swojego gabinetu - wyjaśnił kelner. - Myślę, że portier informuje 

ją, kto wchodzi do  hotelu.

Sprawnie otworzył butelkę i wręczył korek Davidowi, by ten ocenił bukiet 

wina. Eve  wstrzymała oddech, ale David znał się na rzeczy i doskonale wiedział, 

co robić.

Kiedy kelner odszedł, Eve spojrzała na ciemnoczerwony płyn w kieliszku. 

Pomyślała, że  kolejny raz nie doceniła Davida Elliota.

-   Pani   dyrektor   troszczy   się   o   klientów   -   zauważył.   -   Czy   tak   miło   traktuje 

wszystkich, z którymi  się spotykasz?

- Oczywiście, że nie. Dba o interesy. Właśnie w tym hotelu, w jednej z mniejszych 

sal na górze,  odbędzie się przyjęcie weselne. Za co wznosimy toast?

- Powiedziałbym: za nas, ale pewnie bym cię tym zdenerwował, więc proponuję: 

żeby Henry był  szczęśliwy.

- Zgoda - powiedziała i uniosła kieliszek. 

Unikając   patrzenia  w   oczy  Davida,   przyjrzała  się   jego  dłoniom.   Długie, 

opalone palce, krótko  obcięte paznokcie, jak przystało na człowieka parającego 

się precyzyjną pracą. Na kostce jednego  palca widać było niewielką bliznę. Dłoń 

delikatnie obejmowała kieliszek, ale Eve łatwo mogła sobie  wyobrazić, że David 

bez trudu zgniótłby kruche szkło.

Obok rozległ się piskliwy sopran.

- Ależ to mała Eve! Kochanie, masz nowego przyjaciela? 

background image

Eve znała ten głos. Że też musieli się natknąć akurat na Estellę Morgan. 

Kobieta dobiegała   sześćdziesiątki. Miała ostre, nieco ptasie rysy i wyzywający 

makijaż. Zastygła teraz z uniesioną  ręką, jakby zamierzała przytrzymać etolę z 

norek.  Jednocześnie demonstrowała brylantową bransoletę   o szerokości kilku 

centymetrów.

- Pani Morgan, chciałabym przedstawić Davida Elliota, który właśnie dołączył do 

firmy Birmingham -  powiedziała Eve, zmuszając się do uśmiechu.

Zainteresowanie pani Morgan wyraźnie osłabło.

- Pewnie w dziale sprzedaży? - spytała lekceważąco.

Eve poczuła irytację.

-   Bez   działu   sprzedaży   -   oświadczyła   zdecydowanie   -   nie   moglibyśmy 

funkcjonować.   Natomiast   David     jest   najbardziej   uzdolnionym   projektantem   w 

kraju. Będzie pracował bezpośrednio z Henrym i w   przyszłości zostanie jego 

następcą. Tak to wygląda.

Twarz pani Morgan pojaśniała.

- Projektant? Ciekawe, czy Henry przekaże panu moje ostatnie zamówienie.

- Możliwe - przyznał David. - Proszę się nie niepokoić. Henry nadal będzie nad 

tym czuwał.

- Cóż, dopóki Henry kieruje... - Spojrzała na dłonie Eve i Davida, jakby chciała 

wybadać grunt. 

Brak obrączek wyraźnie ją uspokoił. 

- Właściwie może byłoby lepiej, gdyby pan się tym zajął. Ma to być prezent dla 

córki. Cenię styl  Henry'ego, ale ktoś młodszy pewnie będzie lepiej wiedział, co 

spodoba się dwudziestoletniej  dziewczynie.

Próbuje   swatać   córkę   tak   subtelnie,   pomyślała   Eve,   że   można   dostać 

mdłości.

-   Jednak   moim   pierwszym   zadaniem   -   oznajmił  David  ciepłym   tonem   -   będą 

ślubne obrączki.

Uniósł dłoń Eve i pocałował jej palec serdeczny.

- Eve, cóż za wspaniała zdobycz - powiedziała zawiedziona pani Morgan. - Jak 

się poznaliście?

background image

Eve nagle poczuła, że traci grunt pod nogami. Nie była przygotowana na 

takie pytania,  zwłaszcza gdy pytającym powodowała czysta złośliwość.

- Oczywiście, dzięki Henry'emu - wyjaśnił spokojnie David.

- Oczywiście. - Pani Morgan wciągnęła głośno powietrze. - Bardzo wygodnie dla 

was obojga.

Udrapowała etolę wokół szyi i ruszyła do wyjścia. Eve i David usiedli z 

ulgą i jak na  komendę oboje odetchnęli z ulgą.

- Najzdolniejszy projektant? Eve, kochanie, nawet Henry powiedział, że jestem 

tylko w pierwszej  trójce - skomentował David z uśmiechem.

Eve zignorowała tę uwagę. Myślała już o czymś innym.

- Dziwne, pani Morgan nigdy nie wspomniała Henry'emu, że chodzi jej o prezent 

dla córki. Przyniosła  garść starych pierścionków.

- A tak, widziałem je.

- Dzięki temu od dwóch miesięcy ma pretekst, żeby dzwonić do niego dwa razy 

w tygodniu.

David spojrzał zdziwiony.

- Myślisz, że próbuje go usidlić?

-   Śmieszne,   prawda?   Chyba   wreszcie   zrozumiała,   że   nic   z   tego,   więc 

najwyraźniej zajęła się swataniem  córki.

-   Pewnie   powinienem   czuć   się   zaszczycony   -   mruknął   David.   -   Jednak   to 

spotkanie   ma   również   dobre     strony.   Stało   się   jasne,   że   musimy   porządnie 

przećwiczyć odpowiedzi na zaskakujące pytania. Kto  zaczyna?

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Portier miał rację. Stek był naprawdę dobry. Davidowi smakowałby jeszcze 

bardziej, gdyby nie  próbował dokładnie zapamiętać wszystkiego, co mówiła Eve. 

Zwykle potrzeba kilku miesięcy na poznanie   tylu faktów z życia drugiej osoby. 

Jednak   pani   Morgan   uświadomiła   im,   że   czeka   ich   mnóstwo   pytań,     toteż 

postanowili przygotować właściwe odpowiedzi.

-   Ile   osób   będzie   na   ślubie?   -   spytał   David,   gdy   kelner   sprzątnął   talerze. 

Zaskoczył ją tym  pytaniem.

- Może to głupio zabrzmi, ale naprawdę nie wiem. Henry zapewniał, że chodzi o 

niewielką grupę.  Powiedział, że zajmie się przygotowaniami, więc do niczego się 

nie wtrącałam, nawet nie widziałam  zaproszeń. Dlaczego pytasz?

- Pani Morgan wygląda na dobrze poinformowaną osobę, to urodzona plotkara, a 

jednak   nic   nie   słyszała     o   naszym   ślubie.   Szczerze   mówiąc,   to   nieco 

zaskakujące. Chyba, że Henry przygotowuje wszystko po  kryjomu. Masz ochotę 

na deser?

Pokręciła przecząco głową. David zauważył, że Eve ma podkrążone oczy.

- Jesteś przemęczona.

- Trochę boli mnie głowa.

-   Ciebie   też?   -   zapytał   z   uśmiechem.   -   Chyba   to   nic   dziwnego,   po   tylu 

informacjach, jakie  próbowaliśmy sobie przyswoić.

Eve uśmiechnęła się leciutko i odpowiedziała:

- To mi przypomina kucie do egzaminów na studiach. Czekaj, nie podpowiadaj, 

zdałeś na uniwersytet  w...

-   Wystarczy   na   dziś   -   zdecydował   i   skinął   na   kelnera.   -   Jutro   znów   trochę 

poćwiczymy. Nie martw się,  będzie dobrze.

Kelner  podał  skórzane   etui  z   rachunkiem.   David  otworzył   i  spojrzał  na 

background image

sumę. Eve wyprostowała  się.

- David, podaj mi to. Ja cię zaprosiłam.

Wyjął portfel.

- Niezupełnie. To był pomysł Henry'ego.

- No tak, ale... - Uśmiechnęła się nagle promiennie. - W takim razie dopiszmy to 

do rachunku  Henry'ego - zaproponowała. - Bardzo się zdziwi.

- Nie wątpię, ale zbyt wiele mu zawdzięczam, by płatać mu takie figle. - Podał 

etui kelnerowi, wstał  i pomógł Eve odsunąć krzesło. - Odprowadzę cię do domu.

- Nie żartuj, to tylko kilka przecznic stąd. Portier sprowadzi mi taksówkę. Zawsze 

tak robię.

Ale   dziś   jesteś   ze   mną   i   powinno   być   inaczej,   pomyślał   David.   Nie 

zamierzał jednak   roztrząsać tej kwestii i ruszył z Eve przez hol do głównego 

wejścia.

Podjechała taksówka.

- Dziękuję za kolację... i za wszystko - powiedziała Eve odrobinę niepewnym 

głosem.

David pomógł jej zająć miejsce i usiadł obok.

- Nie wiem, co sobie myślisz, ale...

- Nie chodzi o to, co ja myślę - szepnął David - lecz co myśli portier. On donosi 

swojej szefowej, a  potem powstają plotki. Albo pocałujesz mnie teraz, gdy udaje, 

że na nas nie patrzy, albo pozwolisz,  żebym cię odwiózł do domu. Będzie sobie 

wyobrażał namiętne pożegnanie zakochanych. Natomiast na  pewno nie możesz 

teraz po prostu uścisnąć mi dłoni i życzyć dobrej nocy.

- Chyba masz rację - stwierdziła przyciszonym głosem.

- Chyba?

-   Na   pewno   -   zgodziła   się   i   podała   adres   kierowcy.   -   Mam   nadzieję,   że   nie 

będziesz   mnie  molestował     na  tylnym   siedzeniu,   żeby     przekonać   o  naszym 

uczuciu kierowcę taksówki.

- Bardzo śmieszne. Jeszcze nie ustaliliśmy, kto kogo molestował dziś na lotnisku.

Uświadomił sobie, że przy kolacji nie poruszali tego tematu. Ciekawe, kim 

był ten  przystojniak, któremu Eve za wszelką cenę usiłowała udowodnić, że jest 

background image

po uszy zakochana w innym  facecie.

Eve   rzeczywiście   mieszkała   zaledwie   kilka   przecznic   od   hotelu.   David 

poprosił kierowcę, żeby  zaczekał, i odprowadził Eve do wejścia. Kiedy szukała 

kluczy, zerknął na budynek. Ciężka, nieco  przysadzista bryła liczyła dwanaście 

pięter. Budynek nie był nowoczesny, nie wyróżniał się niczym  szczególnym.

-   Zdziwiony?   -   spytała.   -   Nie   zaprzeczaj.   Widzę   po   twojej   minie,   że   jesteś 

zaskoczony.

- Odrobinę. Z tego, co kiedyś mówiłaś, zrozumiałem, że mamy zamieszkać w 

jakimś domku.

Wzruszyła ramionami.

-   Cóż,   któregoś   dnia   pewnie   się   na   to   zdecydujemy.   Pomyślałam,   że   też 

chciałbyś mieć coś do  powiedzenia w tej sprawie.

-   Miło,   że   liczysz   się   z   moim   zdaniem   -   stwierdził.   -   Do   zobaczenia   jutro   w 

sklepie.

W drodze do hotelu myślał o wszystkim, o czym dziś rozmawiali i o tym, 

jakie sprawy powinni  byli jeszcze poruszyć. Potrzebował czasu, żeby się oswoić 

z nową sytuacją. Miał nadzieję, że po  pierwszym spotkaniu z Eve szybko upora 

się   ze   swoimi   sprawami   w  Atlancie,   a   potem   spokojnie     przemyśli   wszystkie 

konsekwencje podjętej decyzji. Cóż, zwyczajnie zabrakło mu czasu, bo musiał 

załatwić mnóstwo rzeczy, jak to przy przeprowadzce. Zlikwidował mieszkanie, 

spakował się, sprzedał  samochód, jednak nadal nie docierało do niego, że teraz 

zamieszka w Chicago.

Dopiero   dziś,   gdy   zobaczył   Eve   na   lotnisku,   dotarło   do   niego,   że   to 

wszystko   dzieje   się     naprawdę.   Chwilę   później   usłyszał:   "Pocałuj   mnie!"   i 

wydarzenia zaczęły się toczyć z oszałamiającą  szybkością.

Zapomnij o tym, powtarzał sobie. Masz teraz na głowie o wiele ważniejsze 

sprawy.  Jutro czeka    cię  pierwszy dzień  w  wymarzonej  firmie.  To  ważniejsza 

sprawa niż wspominanie miłej chwili na  lotnisku.

Gdy obejmował Eve w pasie, odruchowo przesunął ręce nieco niżej, aż 

background image

usłyszał   złośliwy     komentarz   przechodzącej   pasażerki.   Dopiero   wtedy 

oprzytomniał i zdał sobie sprawę, że stoi na środku  wielkiej hali, trzymając dłonie 

na pośladkach Eve. No tak, to dlatego jeden z przechodzących obok  pasażerów 

wspomniał   o   gorącym   powitaniu.   Pewnie   chętnie   znalazłby   się   na   miejscu 

Davida.

Dziwne, że Eve nie rozszarpała go za to, biorąc pod uwagę jej późniejsze 

zachowanie. Czyżby   ten człowiek na lotnisku był dla niej aż tak ważny? Być 

może, skoncentrowana na tamtym facecie, w   ogóle nie zwracała uwagi na nic 

innego?   A  jeśli   doskonale   wiedziała,   co   się   dzieje,   lecz   wtedy   było     jej   to 

obojętne? Żadne z tych wyjaśnień nie mogło poprawić Davidowi nastroju, ale 

dobry humor nie  był teraz najważniejszy. Dręczyło go wiele wątpliwości.

Nim wysiadł z samolotu, wszystko wydawało się bardzo proste, jednak 

teraz... Eve powiedziała  mu dziś, że prędzej uściskałby aligatora, niż przepuścił 

taką okazję. Zaczynał się czuć, jakby wpadł  w bagno.

Eve,   gdyby   to   od   niej   zależało,   w   ogóle   nie   zawracałaby   sobie   głowy 

przygotowaniami do  ślubu. Nie kupiłaby sukni ani nie poszła do fryzjera. Nawet 

nie zdobyłaby się na manikiur.  Najchętniej poszłaby tak, jak chodziła zwykle do 

biura.   Jednak   całe   przedstawienie   niewątpliwie   było     ważne   dla   Henry'ego. 

Wynajął nawet dodatkowy apartament w hotelu, żeby Eve mogła się spokojnie 

przebrać, poprawić makijaż i fryzurę. Owszem, chciała za wszelką cenę uniknąć 

uroczystej   pompy,     jednak   pięciominutowa  ceremonia   w  najbliższym   urzędzie 

rzeczywiście   wzbudziłaby   plotki,   no   i     zasmuciła   Henry'ego.  Trzeba   pójść   na 

kompromis,   wybrać   pośrednie   rozwiązanie.   Ona   i   David   nie   zrobią     z   siebie 

idiotów, a dziadek poczuje się usatysfakcjonowany i nie będzie miał do nich żalu.

Skończyła   się   ubierać,   lecz   stała   jeszcze   przed   lustrem,   poprawiając 

kwiaty wplecione we  włosy.

Henry zapukał do drzwi.

- Eve? Już czas...

background image

Otworzyła   drzwi,   cofnęła   się   i   obróciła,   żeby   ocenił   całość.   Zapytała 

nieśmiało:

- Co ty na to?

Powoli obejrzał ją od stóp do głowy.

-   Szczerze   mówiąc   -   powiedział   w   końcu   -   byłem   trochę   rozczarowany,   gdy 

powiedziałaś, że włożysz  kostium zamiast sukni ślubnej. Wyobraziłem sobie coś 

takiego, w czym zwykle zjawiasz się w firmie.

Ja   też,   pomyślała.   Najrozsądniej   byłoby   kupić   elegancki,   klasyczny 

kostium, w którym mogłaby  potem chodzić do pracy. Ostatecznie zdecydowała 

się na coś zupełnie innego. Nic dziwnego, że Henry  był zaskoczony. Sama nie 

mogła zrozumieć, jak to się stało.

Z   przodu   strój   przypominał   zwykły   kostium,   jeśli   nie   liczyć 

srebrzystobiałego   koloru.   Był     bardzo   dopasowany   i   miał   głęboki   dekolt.   Eve 

spojrzała przez ramię, żeby jeszcze raz sprawdzić  plecy. Właściwie trudno było 

mówić o plecach, bo tył żakietu składał się wyłącznie z koronki.

- Mam nadzieję, że nie zmarznę - powiedziała, poprawiając na szyi sznur pereł. - 

Jeszcze tylko  kolczyki i będę gotowa.

Czuła   ucisk   w   klatce   piersiowej,   jakby   żakiet   nagle   się   skurczył.   Była 

bardziej przejęta  sytuacją, niż się spodziewała.

Henry wyciągnął z wewnętrznej kieszeni pudełeczko pokryte aksamitem.

- Prezent  dla  panny młodej. Zgodnie  z  tradycją  powinnaś  mieć  na sobie coś 

starego, więc nie zrobiłem  nic na tę okazję.

Nie   chciałeś   konkurować   z   Davidem,   by   nie   poczuł   się   zawstydzony, 

pomyślała.

Aksamitne pudełeczko zdobił monogram firmy Birmingham. Tkanina była 

jednak zielona, a nie  tradycyjnie, jak od wielu lat, w ciepłym odcieniu brzoskwini. 

Musiało   więc   liczyć   co   najmniej  tyle     lat,   ile   miała  Eve.   Nacisnęła   zatrzask   i 

zobaczyła dwie duże perły oprawione w platynę i otoczone  drobnymi, trójkątnymi 

brylantami.

- Henry, są naprawdę piękne.

- Należały do twojej babci. Zrobiłem je na dwudziestą piątą rocznicę naszego 

background image

ślubu.

- Ale na taką rocznicę daje się srebro, a nie platynę - stwierdziła przekornie. - 

Perły   są   na     trzydziestą,   a   brylanty   dopiero...   -   zauważyła,   że   gwałtownie 

zamrugał. - Przepraszam, Henry.

- Sarah byłaby dumna, gdyby cię teraz mogła zobaczyć.- Zamyślił się na chwilę. - 

Eve, wiem, że w tym   tygodniu doszło do jakiegoś drobnego nieporozumienia 

między tobą i Davidem.

- Drobne   nieporozumienie?   -   powtórzyła,   wpinając w ucho kolczyk. - Nad 

kampanią reklamową  pracowałam od miesięcy.

-   A   on   po   pięciu   minutach   wytknął   wszystkie   słabe   punkty.   Chyba   trochę 

przesadził, proponując  nawiązanie współpracy z inną agencją reklamową. Eve, 

co naprawdę o nim myślisz?

Ach,   Henry,   jestem   szaleńczo   zakochana,   skomentowała   w   duchu,   ale 

oczywiście   nie   powiedziała     tego   głośno.   Nie   powinna   złośliwie   żartować   z 

dziadka.

- Myślę, że można na nim polegać.

Była to skromna pochwała, ale Henry przyjął ją z wyraźną ulgą.

- Wiem, jakie to dla ciebie ważne. Po przeżyciach w ubiegłym roku.

- Henry, nie wpadnę od razu w depresję na każdą wzmiankę o Travisie.

-   Wiem,   że   to   już   przeszłość   i   obiecuję   nie   wracać   do   tego   więcej. 

Zaimponowałaś   mi   wtedy,   podziwiam     cię   za   odwagę   i   bezkompromisowość. 

Zrezygnowałaś   z   osobistego   szczęścia,   rozważając   wszystkie   za   i     przeciw. 

Postąpiłaś   słusznie,   bo   trudno   spędzić   życie   u   boku   człowieka,   któremu   nie 

można ufać. Wasz  związek byłby katastrofą.

- To, co się stało, nie było winą Travisa. Po prostu uwikłał się w sytuację, która go 

przerosła.

Henry   pokręcił   głową   z   powątpiewaniem,   ale   nie   skomentował   tej 

wypowiedzi. Podał wnuczce  drugi kolczyk.

- Ty i babcia byliście ze sobą szczęśliwi, prawda? - spytała Eve.

- Tak, to prawda.

- Ale nie byliście bezgranicznie zakochani?

background image

- Nie - odpowiedział Henry po namyśle. - Nie wiem, czy kiedykolwiek byliśmy. 

Zrozum, Eve, taka  gorąca namiętność szybko się wypala.

- Natomiast zaufanie zostaje?

- Dobrze mieć kogoś, na kim można polegać - powiedział cicho.

Przymknęła na chwilę oczy, wzięła głęboki oddech i uśmiechnęła się do 

niego.

- Henry, już czas.

Kiedy zbliżali się do sali balowej, Eve zauważyła Davida kręcącego się tuż 

przy   drzwiach.     Miał   na   sobie   ciemnoszary   garnitur,   w  ręku   trzymał   niewielki 

bukiet białych róż.

- To dla mnie? - spytała.

Spojrzał   na   kwiaty,   jakby   zdążył   już   o   nich   zapomnieć   i   wzruszył 

ramionami.

- Chyba tak. Nie widziałem w pobliżu nikogo, kto wyglądałby jak panna młoda, 

więc niech będą dla  ciebie - powiedział roztargnionym tonem.

Eve   uznała,   że   to   z   powodu   jej   kostiumu,   któremu   przyglądał   się   z 

zainteresowaniem.   Jeszcze     nie   widział   pleców,   pomyślała   z   nagłym 

zadowoleniem.

- Widzę, że ustąpiłaś w sprawie białej satyny - powiedział chłodno.

No tak, znów się pomyliła. Nie zdziwił go strój, tylko fakt, że postąpiła 

inaczej, niż  zapowiadała.

- To nie satyna - szepnęła z lekką irytacją - tylko brokat, a ubrałam się na biało, 

bo do twarzy mi  w tym kolorze.

- Jak uważasz, kochanie. Przepraszam, Henry, czy mógłbym pogadać z Eve w 

cztery oczy? - spytał David  i odprowadził ją na bok.

- Dobrze mi też w czarnym - kontynuowała Eve - ale nie chciałam wyglądać jak 

wdowa.

Nie słuchał jej zbyt uważnie, natomiast badawczo jej się przyglądał.

- O co ci chodzi? - spytała zaniepokojona.

- Masz teraz ostatnią szansę, żeby się wycofać - powiedział cicho.

- Jeśli chodzi o to, że to ty chcesz odwołać ślub, sam porozmawiaj z Henrym. Nie 

background image

próbuj załatwić  sprawy moimi rękami - oświadczyła stanowczym tonem.

- Nie to miałem na myśli. Jeśli opadły cię wątpliwości i czujesz się jak w pułapce, 

nie musimy tego  robić. Wezmę winę na siebie.

To   ją   zaskoczyło.   Czy   był   to   gest   dżentelmena,   czy   ostatnia   próba 

ratowania wolności?

- David, co byś zrobił, gdybym naprawdę się wycofała?

Milczał. Już myślała, że nie doczeka się odpowiedzi.

- Na pewno coś bym wymyślił. Eve, jaką podjęłaś decyzję? Muszę wiedzieć.

Przez chwilę trzymała go w niepewności.

- Nic się nie zmieniło. Chcę, żeby dziadek był szczęśliwy.

- W takim razie do zobaczenia w środku - powiedział i zniknął za rogiem.

- Wszystko w porządku? - usłyszała za plecami głos Henry'ego.

- Oczywiście.

Stała jeszcze przez chwilę nieruchomo, patrząc w kierunku, gdzie zniknął 

David. Henry ujął  ją pod rękę i poprowadził do sali balowej.

Chociaż   sala   była   jedną   z   mniejszych   w   hotelu,   jej   wystrój   w   niczym   nie 

ustępował innym   pomieszczeniom. Przybrana kwiatami przypominała weselny 

tort. Przynajmniej takie wrażenie odniosła   Eve. W środku było mnóstwo osób. 

Najwyraźniej dla Henry'ego "grupka znajomych" oznaczała zupełnie  coś innego 

niż dla jego wnuczki. Kiedy Eve stanęła w wejściu, tłum ucichł i rozstąpił się. Na 

przeciwnym końcu sali zobaczyła Davida w towarzystwie urzędnika.

Ceremonia trwała krótko, lecz i tak Eve cały czas błądziła myślami gdzie 

indziej.   Niski   głos     urzędnika   działał   na   nią   hipnotyzujące   Odurzał   ją   słodki, 

intensywny zapach róż. Zastanawiała się,   co David naprawdę czuje. Radość i 

triumf, czy lęk przed porażką? Był utalentowanym projektantem,  jednak musiały 

dręczyć go wątpliwości. W końcu miał zostać następcą.

Urzędnik   poprosił   o   obrączki   i   David   sięgnął   do   wewnętrznej   kieszeni 

marynarki.   Eve     spojrzała   z   zaciekawieniem.   Chociaż   zapowiedział   Estelli 

Morgan, że jego pierwszym zadaniem będzie  ślubna obrączka, przez pierwszy 

tydzień   w   Birmingham   przy   State   pochłonięty   był   licznymi   sprawami 

organizacyjnymi. Tuż obok stołu, przy którym pracował Henry, ustawił własny, i 

background image

wypakował wszystkie   narzędzia przywiezione w starej walizce. W ciągu tego 

tygodnia Eve wielokrotnie miała ochotę zapytać   o obrączkę, ale udało jej się 

poskromić ciekawość. Wiedziała, że już wkrótce się dowie, czy   posłuchał jej 

prośby, czy też zrobił coś przede wszystkim dla własnej przyjemności. Nie miało 

sensu   naciskanie go. Wolała unikać okazji do sprzeczki. Jeśli obrączka okaże 

się brzydka, Eve po prostu  nie będzie jej nosić.

Przypomniała   sobie   dokładnie,   jak   oschłym   tonem   informowała   go   o 

swoich oczekiwaniach w tej   materii. Zdała sobie sprawę, że zlekceważyła go 

jako projektanta biżuterii. To tak, jakby  wspaniałemu ogrodnikowi powiedzieć, że 

jego   wysiłki   nie   mają   sensu,   bo   plastikowe   kwiaty   są   i   tak     trwalsze   od 

prawdziwych.   Po   takim   oświadczeniu,   pomyślała,   pewnie   poszedł   do 

najbliższego sklepu i   kupił najprostszą obrączkę, jaką zobaczył. Nie powinna 

mieć do niego pretensji. Szkoda jego czasu,  skoro i tak dała mu do zrozumienia, 

że nie doceni jego wysiłków.

W   końcu   nawet   nie   spojrzała   na   obrączkę,   którą   wsunął   jej   na   palec. 

Pasowała doskonale, choć   David nawet nie zapytał Eve o rozmiar. Zapewne 

Henry udzielił mu stosownych informacji.

Krótka uroczystość dobiegła końca.

-   Możesz   pocałować   pannę   młodą   -   powiedział   urzędnik,   uśmiechając   się 

szeroko.  Eve  przechyliła    głowę,  spodziewając   się  krótkiego  muśnięcia  warg. 

Jednak kiedy David wziął ją w ramiona,   przypomniała sobie gorący, namiętny 

pocałunek w poczekalni lotniska.  Na pewno nie powtórzy tego tutaj, na oczach 

tych wszystkich ludzi, pomyślała.

Nie spiesząc się, dotknął wargami jej ust. Nie był to zdawkowy pocałunek 

ani   udawany   przejaw     namiętności.   Eve   wydawało   się,   że   trwa   w 

nieskończoność.   Wreszcie   oboje   odwrócili   się   do   tłumu     spieszącego   z 

życzeniami.

Eve   starała   się   sprawiać   wrażenie   szczęśliwej   panny   młodej,   jak   tego 

oczekiwali   zaproszeni     goście,   którzy   teraz   nie   żałowali   jej   uścisków   i 

pocałunków.   Henry   odsunął   się   nieco   dalej,   żeby     dyskretnie   wytrzeć   oczy. 

Grupka pań z firmy Birmingham zbliżyła się do Eve.

background image

- Eve, dosłownie zżera nas ciekawość. Nikt jeszcze nie widział twojej obrączki.

Sama też nie zdążyła  jej  się przyjrzeć. Najchętniej odeszłaby na bok  i 

spokojnie obejrzała   ten symbol małżeńskiej niewoli. Z obawą przełożyła bukiet 

róż do drugiej ręki. Nie miała wyjścia,  nie wypadało odmówić.

Obrączka   była   platynowa   -   zgodnie   z   życzeniem   Eve.   Prosta,   bez 

brylantów   i   wyszukanych     ornamentów.   Jednak   David   nie   posłuchał   Eve   do 

końca. Choć obrączka wyróżniała się elegancką  prostotą, miała w sobie coś, co 

przykuwało   wzrok.   Była   nieco   szersza   i   nie   zaokrąglona,   lecz     wykończona 

kilkoma zachodzącymi na siebie płaszczyznami. Przy każdym ruchu dłoni metal 

odbijał  światło, jakby obrączka została wyrzeźbiona w szlachetnym kamieniu.

Eve wyciągnęła dłoń.

- Jest taka... prosta - zdziwiła się jedna z ekspedientek.

Henry przestał ocierać łzy i zerknął nad jej ramieniem.

- Nie tyle prosta, lecz, jak każdy dobry projekt, subtelna.- Ujął dłoń Eve i poruszył 

nią,  obserwując grę świateł na platynie. - Ten wzór zrobi furorę. Ludzie będą się 

pchali drzwiami i  oknami, żeby to obejrzeć.

"Nie mam zamiaru być twoją żywą reklamą...", Eve przypomniała sobie 

własne słowa. Cóż,   chociaż David zrobił wszystko tak, jak sobie życzyła i tak 

udało mu się błysnąć talentem.

-   Jeszcze   nie   usłyszeliśmy,   co   myśli   osoba   najbardziej   zainteresowana   - 

powiedział Henry. - Eve, jak  ci się podoba?

- Hm, myślę, że ten facet to geniusz - stwierdziła lekkim tonem.

Zauważyła badawcze spojrzenie Henry'ego.

- Chyba wszyscy czekają, że pierwsi zasiądziemy do stołu - dodała szybko.

Tłum   powoli   ruszył   na   drugą   stronę   sali,   gdzie   za   otwartymi   drzwiami 

widać było elegancko  nakryte stoły. Przystawki już czekały. Gdy szli przez salę, 

zatrzymała ich dyrektorka hotelu.

- Niestety, nie mogę zostać na przyjęciu - powiedziała- bo odbywa się u nas kilka 

zjazdów   i   muszę     wszystkiego   dopilnować.   Chciałabym   wam   obojgu   złożyć 

najlepsze życzenia. Gdzie zamierzacie spędzić  miesiąc miodowy?

Można   było   spodziewać   się   takiego   pytania,   pomyślała   Eve   w   lekkim 

background image

popłochu.

- Wiesz, Elizabeth, właściwie nigdzie nie jedziemy. David chciałby jak najszybciej 

zadomowić się w  nowym miejscu.

Elizabeth była szczerze zaskoczona.

- Chcesz powiedzieć, że zostajecie w domu?

- Właściwie... tak - przyznała Eve, czując, że jej uśmiech zamienia się w grymas.

- Wreszcie zamieszkamy razem i to będzie jak miodowy miesiąc - wtrącił David. - 

Wyjedziemy później.  Może na Hawaje lub na Karaiby.

Tam, gdzie akurat będzie się odbywał kolejny zjazd jubilerów, dodała Eve 

w myślach.   Dyrektorka zmarszczyła czoło, ale już nic więcej nie powiedziała. 

Eve zauważyła, że odchodząc,  pokręciła głową.

David objął Eve za ramiona i poprowadził w kierunku stołu.  Jego  dłoń 

dosłownie paliła ją  przez cienką koronkę.

- A przy okazji - powiedziała cicho - zapomniałam ci powiedzieć, że źle znoszę 

pobyt na słońcu.

Zatrzymał się i spojrzał na nią.

- Jakiś rodzaj alergii?

- Właściwie to nie alergia, raczej nadwrażliwość. Niedługo zima, więc wyleciało 

mi to z głowy. Nie  musisz się tym przejmować. Jeśli chcesz, możesz smażyć się 

na słońcu.

- Czyli wylegiwanie się na plaży to najgorszy pomysł na spędzenie miodowego 

miesiąca?

- Niestety. Oczywiście wiem, że nie proponowałeś tego wyjazdu na serio, ale moi 

znajomi wiedzą, jak  bardzo unikam słońca. Jeśli ktoś znów zapyta o nasze plany 

wyjazdowe, wymyśl coś bardziej  prawdopodobnego.

- Co proponujesz? Północne wybrzeże Grenlandii? Lepiej powiem, że żona nie 

ma zamiaru wstawać z  łóżka przez cały miesiąc miodowy, więc wszystko jedno 

dokąd pojedziemy.

Kelnerzy właśnie skończyli podawać główne danie, gdy znów zjawiła się 

dyrektorka hotelu.  Pochyliła się nad ramieniem Eve.

- Zostawiłaś coś w swoim apartamencie?

background image

-   Oczywiście.   Zestaw   kosmetyków,   mój   kostium,   trochę   biżuterii...   Dlaczego 

pytasz? Ktoś się włamał?

- Włamanie w hotelu "Englin"? - Elizabeth zrobiła przerażoną minę. - Absolutnie 

nie do pomyślenia.  Chciałam tylko wiedzieć, czy jest coś do spakowania przed 

przeprowadzką.

- O jakiej przeprowadzce... - zaczęła Eve, ale kobieta nie pozwoliła jej skończyć.

-   David,   zajmujesz   apartament   dwanaście,   prawda?   Został   tam   jeszcze   twój 

bagaż, czy tak?

Skinął głową.

-   Każę   wszystko   przenieść.   Zanim   skończycie   kolację,   wasz   pokój   będzie 

przygotowany   -   powiedziała   i     położyła   na   stole   przed   nimi   staroświecki, 

metalowy klucz. - Weekend spędzicie w apartamencie dla  nowożeńców. Na mój 

koszt.

Eve otworzyła usta, lecz gdy zauważyła spojrzenie Davida, szybko ugryzła 

się w język.   Właściwie, co mogła powiedzieć? Przepraszam, muszę odmówić, 

bo nie wzięłam flanelowej piżamy?

Nie. Nowo zaślubiona żona nie mogła odrzucić takiego miłego i hojnego gestu. 

Nawet jeśli podarunek  zupełnie nie przypadł jej do gustu.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Mała,   elegancka   winda,   którą   jechali,   służyła   wyłącznie   gościom 

korzystającym z apartamentu  dla nowożeńców.

-   Powinniśmy   przewidzieć,   że   tak   się   to   skończy   -   Eve   pierwsza   przerwała 

milczenie. - Gdybyśmy mieli  szczęście, apartament byłby już zajęty.

- Nie wypadało odmówić, zabrać bagaże i zwolnić pokoje - mruknął David.

Eve skinęła głową.

-   Nie   powiedziałam   ci   jeszcze,   że   Elizabeth   należy   do   naszych   najlepszych 

klientek.   No,   może   nie   tyle     ona,   co   jej   mąż,   choć   to   na   jedno   wychodzi. 

Zauważyłeś wisiorek, który dziś nosiła?

- Czarny opal w kształcie gruszki, ważący co najmniej dziewięć karatów? Tak, 

widziałem.

- Dziewięć i trzydzieści pięć setnych - uściśliła Eve. - Specjalne zamówienie na 

rocznicę ślubu. Henry  szukał odpowiedniego kamienia niemal przez rok. Trudno 

znaleźć opal tej wielkości z takim wspaniałym, jednolitym połyskiem. 

David cicho zagwizdał  z podziwu.

- Masz rację. O takiego klienta trzeba dbać.

Winda zatrzymała się. Wyszli do maleńkiego holu z jedynymi drzwiami. 

David wyjął z kieszeni dziwaczny, staroświecki klucz. Gdy otworzył drzwi, Eve 

ciekawie zajrzała do środka. Na szczęście wnętrze nie było dziwaczne. Nie tak 

obszerne, jak inne  apartamenty w tym hotelu, ale nowożeńcom nie powinno to 

przeszkadzać.   Ostatecznie   nie   mieli     przecież   powodów,   by   unikać   swego 

towarzystwa. Najwidoczniej taka właśnie myśl przyświecała  projektantowi.

Pokój podzielony był ściankami i filarami. Tuż przy drzwiach stała szeroka 

kanapa,   naprzeciwko    zamknięta   szafka,   w  której   prawdopodobnie   ukryty   był 

telewizor.   Dalej   niskie   przepierzenie,     zwieńczone   podłużną   donicą   pełną 

ozdobnych   roślin.   Po   drugiej   stronie   znajdowało   się   ogromne   łoże.     Eve 

background image

zauważyła, że na szczęście nie jest w kształcie serca i właściwie niczym się nie 

wyróżnia.     Uchylone   drzwi   do   łazienki   ukazywały   lśniące   wnętrze.   Eve 

zainteresowała wnęka kuchenna, tak mała,  że przypominała domek dla lalek.

-   Zdaje   się,   że   ludzie,   którzy   tu   zwykle   mieszkają,   nie   myślą   o   gotowaniu   - 

stwierdziła. 

Mają   apetyt     na   zupełnie   co   innego,   pomyślała,   spodziewając   się,   że 

David   złośliwie   skomentuje   jej   uwagę.   On     jednak   najwyraźniej   postanowił 

przyjmować wszystko za dobrą monetę.

-   Prawdę   mówiąc,   całkiem   mi   się   tu   podoba.   Mieszkałem   już   w   mniejszych 

pokojach.

- Ale na pewno w pojedynkę - powiedziała Eve i zaczerwieniła się. - Nie chodziło 

mi o to, czy   mieszkałeś z kimś. To nie moja sprawa, nawet gdybyś miał tuzin 

kochanek.

David zamyślił się.

- Chyba jednak mniej. Przynajmniej nie pamiętam, żeby było ich tak dużo. Kilku 

nawet nie warto  wspominać.

-  A  może   powinieneś   je   liczyć   przed   zaśnięciem,   żeby   poćwiczyć   pamięć?   - 

spytała.   -   Tylko   nie   próbuj     wręczać   mi   ich   listy.   Nie   obchodzi   mnie   twoja 

przeszłość.

To   oczywiście   było   dalekie   od   prawdy.   Dotychczas   Eve   w   ogóle   nie 

zastanawiała się nad przeszłością  Davida. Nawet namiętny pocałunek nie dał jej 

do myślenia, choć powinien. David na pewno nie nauczył   się tak całować z 

podręcznika.

Mężczyzna taki jak David... Nie mogła uwierzyć, że początkowo uznała go 

jedynie za kogoś, kto nie   budzi wstrętu. Był przecież przystojny, utalentowany, 

ambitny, bardzo męski. Tylko idiotka mogła   myśleć, że w jego życiu nie było 

kobiet. A jeśli spotkał na swej drodze kogoś wyjątkowego?

Ta myśl bardziej zaniepokoiła Eve niż tuzin ewentualnych kochanek. David 

mógł rozstać się z kimś z   jej powodu lub mówiąc dokładniej, z powodu oferty 

Henry'ego.   Jeśli   istniała   taka   kobieta,   była   dla     niego   mniej   ważna   niż   firma 

Birmingham.

background image

Nic   nie   przemawiało   za   taką   hipotezą,   toteż   nie   miało   sensu 

zastanawianie się nad tym, ani zadawanie  pytań. Mimo wszystko Eve nie mogła 

przestać o tym myśleć.

David   pomyślał,   że   umowa   była   nieco   inna.   Spędzenie   weekendu   w 

apartamencie dla nowożeńców nie   należało do jego marzeń. Na dodatek Eve 

była tak roztrzęsiona, że nie potrafiła usiedzieć na  miejscu. Nie rozumiał, co się 

z nią dzieje. Czyżby obawiała się przebywać z nim sam na sam w tak niewielkim 

pomieszczeniu? Być może powinien ją jakoś uspokoić, ale właściwie po co? Jeśli 

zamierzała przez całą noc krążyć nerwowo po pokoju, to jej sprawa. On zaraz 

przebierze się w coś  wygodniejszego i wreszcie odpocznie. Podszedł do szafy. 

Otworzył drzwi i poczuł się jak głupiec.  Nic dziwnego, że Eve straciła humor. Z 

jednej strony szafy w idealnym porządku wisiały jego  garnitury, koszule i stroje 

sportowe. Z drugiej strony były tylko dwa wieszaki. Na jednym długa  spódnica w 

kolorze khaki, na drugim pasująca do niej bluzka w paski. I nic więcej...

- Myślę, że byłoby ci wygodniej, gdybyś zrzuciła ten strój - powiedział.

- Nie jestem pewna - odpowiedziała z wahaniem.

-   Eve,   do   diabła,   nie   składam   ci   żadnej   nieprzyzwoitej   propozycji.   Chcę   ci 

pożyczyć piżamę.

Zaczął przeszukiwać szuflady, w których pokojówka ułożyła jego rzeczy. W 

końcu znalazł niebieską  piżamę.

- Proszę. Weź ją, jeśli chcesz. Idę się przebrać. Potem możesz się zamknąć w 

łazience, nawet  na całą noc.

Spojrzała na piżamę, potem na niego.

- Wygląda jak nowa - zauważyła.

Czy ta kobieta niczego nie rozumie? - pomyślał ze złością i westchnął.

- Tak - oznajmił kąśliwie - jest nowa. Mieliśmy zamieszkać pod jednym dachem, 

więc   nie     chciałem   cię   straszyć   moim   nocnym   strojem,   którego   dotychczas 

używałem.

Zarumieniła   się.   Nic   dziwnego,   że   unika   słońca,   pomyślał.   Ma   tak 

delikatną skórę, że usmażyłaby się  jak kurczak.

- Dzięki - powiedziała cicho.

background image

Włożył spodnie od dresu i bawełnianą koszulkę. Gdy wieszał garnitur, Eve 

zniknęła w łazience.   Usłyszał, że przekręciła zamek. Westchnął. Jego słowa 

potraktowała dosłownie. Otworzył szafkę, w   której był telewizor, i z pilotem w 

ręku opadł na kanapę. Miał nadzieję, że telewizor działa. Choć z  drugiej strony 

nowożeńcy z pewnością nie zaprzątaliby sobie tym głowy.

Oferta   programowa   była   niezwykle   skromna.   Zastanawiał   się,   czy 

pozostać przy jakimś starym filmie,   czy przełączyć na mecz tenisowy zupełnie 

nieznanych zawodników, gdy ktoś zapukał do drzwi. Zdziwiony   David poszedł 

otworzyć. Hotelowy goniec wręczył mu duże, płaskie pudełko.

- Dostawa dla pani Elliot - wyjaśnił.

David  potrzebował  krótkiej  chwili,   nim   zorientował  się,  że  pani  Elliot   to 

Eve.   Jeszcze   nie   oswoił     się   z   nową   sytuacją.   Sięgnął   po   portfel,   lecz 

przypomniał sobie, że zostawił go na stoliku. Nim  zdążył po niego pójść, goniec 

już zniknął w windzie.

Nie  powinien  się  dziwić,   że   tamten  uciekł.  Służba  hotelowa  najpewniej 

miała przykazane nie  przeszkadzać nowożeńcom o żadnej porze. Dziwne było 

tylko to, że chłopak nie zaczekał na napiwek.  David obejrzał pakunek zawinięty 

w błyszczący, beżowy papier przypominający tkaninę. Paczuszka była   bardzo 

lekka, nie pachniała prochem, w środku nic nie tykało. No cóż, pozostawało mieć 

nadzieję, że   to tylko niegroźny dowód czyjejś pamięci... Wsunął pudełko pod 

pachę, podszedł do drzwi łazienki i zapukał.

- Dostarczyli twoją paczkę.

Odpowiedziała mu cisza. Już zaczął się zastanawiać, czy Eve nie zasnęła 

w wannie, gdy krzyknęła  przez drzwi:

- Przecież wiesz, że nie czekam na żadną paczkę.

-   A   jednak   coś   przynieśli.   -   Jeszcze   raz   obejrzał   opakowanie   i   zauważył 

dyskretną, złotą nalepkę. -  Jest napis: Milady. Bielizna damska.

- Ach tak. Już idę.

Chwilę później otworzyła drzwi. Pospiesznie narzuciła obszerny szlafrok 

kąpielowy.   Miała   upięte     wysoko   włosy,   choć   nadal   ozdobione   wplecionymi 

kwiatkami.   Na   kilku   niesfornych,   mokrych   kosmykach     zostały   resztki   piany. 

background image

Spojrzała z niedowierzaniem na pudełko, a potem na Davida.

- Nie wiem, kiedy zdążyła to kupić.

- Kto? Szefowa hotelu? - spytał David. Oparł się o futrynę i skrzyżował ręce. Był 

zbyt zaciekawiony,  żeby odejść.

Eve   rozdarła   papier   i   uchyliła   pokrywkę   pudełka.   Na   beżowej   bibułce 

kryjącej zawartość, leżała  koperta. Eve powoli wyjęła kartkę.

- To od wszystkich pań pracujących w naszej firmie - stwierdziła z ulgą. - Pewnie 

kupiły na  prezent ślubny, ale zdecydowały się przysłać na górę, gdy dowiedziały 

się, że zamieszkamy w tym  apartamencie.

Wrzuciła kartkę do pudełka

- Może powinnaś przynajmniej sprawdzić, co ci kupiły.

- Nie muszę. Domyślam się, co jest w środku. Chyba nigdy nie byłeś w sklepach 

Milady, skoro nie wiesz.

-   Nie   bądź   taka   pewna.   To   musi   być   seksowna   bielizna,   ale   na   pewno 

spodziewały   się,   że   oboje   obejrzymy   prezent.   Oczywiście,   możemy   im 

powiedzieć, że nie  było czasu, bo byliśmy zbyt zajęci czymś innym.

- Jeśli tak ci zależy.

Eve rozłożyła bibułkę i wyjęła białą koronkową mgiełkę. Rozprostowała ją i 

wyciągnęła przed siebie.  To body raczej należałoby nazwać pajęczyną...

David   zagwizdał,   nie   zdając   sobie   z   tego   sprawy,   dopiero   karcące 

spojrzenie Eve przywołało go do  porządku.

- Do diabła, David, przecież to tylko bielizna. Piękna, ale zupełnie niepraktyczna. 

Kobieta  zamarzłaby w czymś takim.

Pomyślał, że to mało prawdopodobne. Każdy prawdziwy mężczyzna już, 

by zadbał o odpowiednią  temperaturę ciała partnerki.

- Niedopuszczalne marnotrawstwo drogiej koronki. Chyba się ze mną zgodzisz? - 

spytała, krytycznie  oglądając prezent. - David? - ponagliła go.

-   Oczywiście   -   wykrztusił.   -   Marnotrawstwo.   -   Chociaż   niewielkie,   bo   zużyto 

bardzo mało koronki,  pomyślał bezwiednie.

Wepchnęła body do pudełka.

- Cóż, nie wypada wybrzydzać, bo to prezent.

background image

Zdał sobie sprawę, że blokuje drzwi. Szybko się cofnął i wrócił na kanapę. 

Pomyślał,   że   w   jednej     sprawie   Eve   miała   rację.   Panie   z   firmy   Birmingham 

niewątpliwie zmarnowały pieniądze, kupując taką  seksowną bieliznę wyjątkowo 

oziębłej kobiecie. Chociaż, kilka dni temu na lotnisku Eve nie  zachowywała się 

jak sopel lodu. Podobnie dziś, gdy urzędnik ogłosił ich mężem i żoną. David 

zamierzał jedynie leciutko musnąć wargami jej usta, by tradycji  stało się zadość. 

Jednak kiedy ją objął, nie mógł się już powstrzymać. Przycisnął ją mocno do 

siebie. Może chciał się przekonać, czy jest w stanie skruszyć tę lodową skorupę, 

którą się otoczyła?   Nadal nie wiedział, jaką kobietą jest Eve. Wyraźnie starała 

się nie odpowiedzieć na jego uścisk,   ale w pewnej chwili wydało mu się, że 

przestała się w pełni kontrolować. Właśnie to go  zaintrygowało najbardziej.

Wyszła z łazienki. Tym razem dokładnie owinięta w zbyt obszerny szlafrok, 

który sięgał jej do  kostek. David zauważył, że włożyła jego spodnie od piżamy. 

Na środku pokoju ziewnęła, zakrywając  usta.

-   Jestem   bardzo   zmęczona,   dosłownie   padam   z   nóg.   Wiesz,   od   tego 

uśmiechania się na siłę bolą  mnie policzki - oświadczyła.

Przyjrzał   jej   się   uważnie.   Nie   potrzebowała   żadnych   kosmetycznych 

sztuczek, żeby pięknie wyglądać.  Był pewien, że kilka pocałunków przegoniłoby 

zmęczenie.

- Powinniśmy rzucić monetą, żeby ustalić, kto śpi w łóżku, a kto na kanapie - 

dodała, ponownie  ziewając. 

- Moglibyśmy o to zagrać w pokera, ale niestety, nie mamy kart.

- Wystarczy zadzwonić do recepcji i poprosić, żeby kupili. Chociaż lepiej nie. 

Wszyscy w hotelu   opowiadaliby sobie o nowożeńcach, którzy w noc poślubną 

grali w karty.

- Wyjaśniłbym, że to był rozbierany poker - zaproponował David.

-   Mam   lepszy   pomysł.   Śpij   na   łóżku,   bo   jesteś   za   duży,   żeby   swobodnie 

wyciągnąć   się   na     kanapie.   Czy   mógłbyś   mi   pomóc?   -   Dotknęła   kwiatków 

wplecionych we włosy. - Nie mogę się tego pozbyć.  Fryzjer przesadził z lakierem 

i kiedy próbuję cokolwiek zrobić, zaplątują się jeszcze bardziej.

Usiadła sztywno na sofie obok niego. Był przyzwyczajony do precyzyjnej 

background image

pracy i zdjęcie takich ozdób   nie powinno stanowić problemu. Jednak nie mógł 

się   skupić,   czując   delikatny   aromat   bzu,   którym   Eve     pachniała   po   kąpieli   i 

widząc tak blisko jej kark. Wystarczyłoby pochylić się odrobinę... Myśl o  czymś 

innym, powtarzał sobie.

-   Szkoda,   że   obdarowałaś   wszystkich   gości   kawałkiem   weselnego   tortu   - 

powiedział. - Jestem  głodny jak wilk.

Kilka kwiatków zostało mu w dłoni. Włosy otoczyły twarz Eve miękką falą, 

gdy odwróciła się do niego  z promiennym uśmiechem.

Eve nie sądziła, że tak szybko zapadnie w głęboki sen. Dlatego zgodziła 

się spędzić noc na kanapie.   Nie było to wygodne miejsce, lecz Eve dosłownie 

przewracała   się   ze   zmęczenia   i   pewnie   zasnęłaby     nawet   na   podłodze. 

Pamiętała jak przez mgłę, że przez chwilę oglądała jakiś bardzo stary film, potem 

David   podłożył   jej   poduszkę   pod   głowę   i   przykrył   ją   kocem.   Obudziła   się   z 

zesztywniałym   karkiem.     Poranne   słońce   wpadało   przez   szerokie   okna 

wychodzące na jezioro Michigan.

Potem dostrzegła Davida. Spał wciśnięty w koniec kanapy. Głowa opadła 

mu   na  oparcie,   trzymał  jej    stopy   na  kolanach.   Musiał  tak  spędzić   całą  noc. 

Czyżby też uśpił go pasjonujący film? Jednak telewizor był  wyłączony.

Próbowała   wstać,   nie   budząc   Davida,   ale   gdy   tylko   się   poruszyła, 

natychmiast otworzył oczy. Została   na kanapie, podciągnęła kolana i objęła je 

rękami.

- Dlaczego nie poszedłeś do łóżka? - spytała. - Tylko nie mów mi, że chciałeś 

zachować się jak  dżentelmen.

- Cóż, jeśli nie odpowiada ci takie wytłumaczenie... - zaczął rozespanym głosem

- Wybrałam kanapę, żeby było ci wygodniej. Dlaczego nie skorzystałeś z mojej 

wspaniałomyślnej oferty?  Musisz mieć sztywne wszystkie mięśnie.

- Czułbym się gorzej, gdybyś się męczyła na kanapie, a ja wylegiwałbym się w 

królewskim łożu.

Wstał   i   przeciągnął   się.   Spojrzała   na   jego   mięśnie   napinające   się   pod 

background image

cienką, bawełnianą koszulką.

- Żono, co na śniadanie?

- Dziwne pytanie.

- Cóż, jeśli ci nie odpowiadają maniery dżentelmena, mogę przeobrazić się w 

prostaka.

- Nie o to mi... - poddała się. - Zamówmy coś do pokoju. Gdzieś tu musi być 

menu. Co chcesz dziś  robić? Musimy jakoś spędzić cały dzień.

-   Plaża   odpada,   jak   już   się   dowiedziałem,   więc   wybór   pozostawiam   tobie   - 

oświadczył, przeglądając  menu. - Co chciałabyś zjeść?

- Proszę kawę.

- To wszystko?

- Nie jadam śniadań.

- Nic dziwnego, że rano bywasz zgryźliwa.

- Bywa o wiele gorzej, gdy zaśpię i spóźniam się do pracy.

- Będę o tym pamiętał.

Usiadł   na   brzegu   kanapy   i   przysunął   telefon.   Eve   poprawiła   pasek 

szlafroka   i   zaniosła   poduszkę   do     łóżka.   David   wyrównał   pościel,   ale   ona 

ściągnęła kołdrę.

- Co robisz? - zapytał David, odstawiając telefon.

Pokojówki   powinny   pomyśleć,   że   korzystaliśmy   z   łóżka.   -   Cofnęła   się, 

żeby sprawdzić efekt. - Jak  to wygląda?

Podszedł bliżej i stanął obok niej.

- Niezbyt przekonująco.

- Tak myślałam, ale co jeszcze mogę...

Nim zdążyła skończyć zdanie, David poprawił pościel, potem wziął Eve na 

ręce i rzucił na środek  łóżka. Pisnęła, lecz nim zdążyła zeskoczyć, już był obok 

niej. Przetoczył się w lewo i prawo,   zgniótł poduszkę, wreszcie oparł się na 

łokciu i uważnie spojrzał na Eve.

- Co się stało, kochanie? Myślałaś, że chodzi mi o coś innego?

Miała ochotę warczeć i gryźć ze złości. Zręcznie zeskoczył z łóżka.

- Jeśli kiedykolwiek zapragniesz zmiąć pościel, wystarczy mnie zawołać.

background image

Eve wstała i podeszła do szafy. Wzięła ubranie i poszła do łazienki, by się 

ubrać. Co się z tobą  dzieje? - zganiła się w duchu. Nie mogła uwierzyć, że serce 

jej wali jak oszalałe z powodu chwili  niewinnych wygłupów.

Kiedy wyszła, David siedział na kanapie, przeglądając poranną gazetę. 

Obok niego stał wózek ze  śniadaniem. Tosty, jajecznica, bekon, parówki, gofry, 

kawa, owoce i butelka szampana. Eve stanęła  jak wryta.

- Zamówiłeś to wszystko?

-   Niezupełnie   -   powiedział,   odkładając   gazetę.   -   To   śniadanie,   jakie   zawsze 

podają do apartamentu  nowożeńców. Tak przynajmniej powiedział kelner, który 

to dostarczył.

-   Jesteś   pewien,   że   nie   pomylił   tego   z   dostawą   do   pokoju,   w   którym 

zakwaterowali kadrę maratończyków?

- No co ty! Prawdziwi wyczynowcy nie piliby szampana.

Eve usiadła i nalała sobie kawy.

- Kto mógłby pochłonąć tyle kalorii na śniadanie?

- Pozwól, że nie odpowiem. Oprócz tego nie jest już tak wcześnie, właściwie 

należałoby uznać  ten posiłek za wczesny lunch.

Wyjął   butelkę   szampana   z   kubełka   z   lodem,   wytarł   szmatką,   sprawnie 

wyjął korek i podał napełniony  kieliszek Eve.

- Chyba że wolałabyś zająć się czymś innym.

Choć w jego słowach nie było erotycznego podtekstu, Eve musiała się 

powstrzymać, żeby nie spojrzeć w  stronę łóżka.

- Chyba zabiorę cię na zwiedzanie miasta. Henry nalegał na taką wycieczkę - 

powiedziała.   Była     gotowa   do   wielu   poświęceń,   byle   tylko   wyrwać   się   z 

apartamentu nowożeńców.

- Najpierw kawałek na  piechotę, potem taksówką do Parku Lincolna. Pomyśl, co 

chciałbyś zobaczyć. Możemy nawet wjechać na   ostatnie piętro Sears Tower, 

jeśli chcesz się poczuć jak prawdziwy turysta.

- Oczywiście - zapewnił, podając jej pełen talerz. - Taki ambitny program wymaga 

energii.  Przejrzysz teraz prasę?

Eve musiała przyznać, że gofry pachniały kusząco. Mieli przed sobą długi 

background image

weekend i jakoś musieli  wypełnić wolny czas. Ostatecznie są gorsze zajęcia niż 

wspólne czytanie gazet. Przynajmniej przez   chwilę nie będą musieli wymyślać 

tematów do rozmowy.

Wszędzie, gdzie poszli, spotykali znajomych Eve. W Art Institute natknęli 

się na starszą panią   połyskującą brylantami. David nie pamiętał, czy była na 

ślubie, ale natychmiast przypomniał sobie  brylanty. W sklepie Tyler - Royale Eve 

przymierzyła kilka sukienek, przedtem jednak przedstawiła  Davida kierowniczce 

działu   i   kilku   ekspedientkom.   Zapłaciła   za   wybraną   sukienkę   i   poprosiła   o 

dostarczenie do hotelu.

- Przynajmniej będę miała jutro co na siebie włożyć - powiedziała. - Co teraz?

- Widzę, że prowadzisz bogate życie towarzyskie.

Spojrzała zdziwiona.

- Nie mam na to czasu.

- Chcesz powiedzieć, że wszystkie te panie to klientki?

- Większość. Niektóre dopiero o tym marzą. Przychodzą od czasu do czasu, 

żeby   pooglądać.   Nasz     salon   uchodzi   za   atrakcję   turystyczną,   podobnie   jak 

rzeźba Picassa przed ratuszem. Dlaczego  pytasz? Chcesz wiedzieć, ilu Henry 

ma klientów? - spytała chłodnym tonem, nie oczekując nawet odpowiedzi. - Może 

pójdziemy   teraz   do   muzeum   historii   naturalnej   -   zaproponowała.   -   Mają 

wspaniały zbiór kamieni i minerałów.

- Każesz mi oglądać kamienie? Zlituj się, mamy wolne - mruknął, jednak Eve i 

tak postawiła na swoim.

W  sali,   gdzie  eksponowano  kamienie  szlachetne,  David  zauważył  parę 

młodych ludzi. Widział ich w  sklepie w poprzednim tygodniu. Oglądali pierścionki 

zaręczynowe,   ale   niczego   nie   wybrali.     Dziewczyna   zerknęła   teraz   z 

zaciekawieniem na dłoń Eve i David zauważył, że na jej twarzy  odmalowało się 

rozczarowanie.

-   Myślałam,   że   będzie   pani   miała  piękną  obrączkę   -   powiedziała  dziewczyna 

współczującym tonem. - To  znaczy... ojej, nie chciałam zrobić przykrości.

background image

- Według mnie ta obrączka jest piękna - odpowiedziała Eve uprzejmie. - Gdybym 

chciała   zwracać   na     siebie   uwagę,   założyłabym   szmaragd   wielkości   ulicznej 

latarni - dodała.

Gdy wyszli z muzeum, David odezwał się pierwszy.

- Dziękuję, że to powiedziałaś. Nawet jeśli w to nie wierzysz. Miło z twojej strony.

Spojrzała zaskoczona.

-   Chodzi   ci   o   obrączkę?   -   Wyciągnęła   dłoń.   Platyna   błysnęła   w   słońcu.   Eve 

przeszła kilka  kroków, zanim dodała:

- Tak, jest wspaniała.

- Wczoraj tak nie myślałaś.

- Wczoraj uważałam, że projektując ją, zrobiłeś mi na złość. Jakbyś chciał coś 

udowodnić... Trudno mi  to wytłumaczyć.

- A teraz? - spytał niby od niechcenia.

Zastanawiała się przez chwilę.

- Teraz myślę, że umiesz robić wyłącznie piękne rzeczy.

Odetchnął   z   ulgą.   Miał   wielką   ochotę     wziąć   ją   za   rękę,   ale   właśnie 

machała na przejeżdżającą taksówkę.

- Nadal chcesz obejrzeć panoramę miasta z Sears Tower? - spytała.

Obejrzeli   zachód   słońca   ze   szczytu   wieżowca   i   w   końcu,   nie   mając 

pretekstu,   żeby   dłużej   kręcić   się     po   mieście,   zdecydowali   się   na   powrót   do 

hotelu. Portier na ich widok odetchnął z ulgą.

-   Nikt   nie   wiedział,   dokąd   państwo   pojechali   -   powiedział   przejęty.   -   Szukała 

państwa obsługa  hotelowa.

-   Dlaczego?   -   spytała   Eve   z   uśmiechem.   -   Czy   dostaniemy   naganę,   bo   nie 

zjedliśmy wszystkiego, co  podano na śniadanie?

- Chcieli ustalić, gdzie mają podać kolację.

- Myślałam, że zjemy coś z grilla.

- Przygotowano już polędwicę w ziołach. Zamówienie złożył pani dziadek. Zaraz 

zawiadomię obsługę, że  państwo już wrócili.

- Zupełnie jakbyśmy wrócili po godzinie policyjnej - odezwała się Eve, gdy wsiedli 

do windy. - Wiesz,   chodzi mi po głowie pewien pomysł. Może spróbujemy się 

background image

stąd   dyskretnie   wymknąć?  Nie,   to  się   nie     uda.   W   tym  hotelu  mają  świetnie 

rozwiniętą siatkę szpiegowską. Poza tym zapomniałam, że Henry   trzyma rękę 

na pulsie. - Ziewnęła. - Ta kanapa nie jest najwygodniejsza.

- Dziś ty śpisz w łóżku. Tak będzie sprawiedliwie.

Spojrzała na niego badawczo.

-   Możemy   oboje   z   niego   skorzystać,   jeśli   zostaniesz   na   swojej   połowie   - 

powiedziała.   -   To   jedyne     rozsądne   wyjście   -   dodała   szybko,   widząc   jego 

zaskoczoną minę. - Jutro idziemy do pracy i nie możemy  wyglądać na skrajnie 

wyczerpanych.

-   Dlaczego  nie?   -   David  nie  umiał  się  powstrzymać  od   drobnej  złośliwości.   - 

Pracownicy będą  rozczarowani, jeśli zjawimy się wypoczęci.

Roześmiał się, widząc, że pokazała mu język.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

David wziął długi, gorący prysznic. Kiedy wyszedł z łazienki, Eve już leżała 

w łóżku. Ustawiła za   plecami stertę poduszek, zgięła kolana i oparła na nich 

notatnik. Nie miała na sobie obszernego  szlafroka, ale schowała się w piżamie 

Davida najdokładniej, jak to możliwe. Nawet postawiła  kołnierz. W rozproszonym 

świetle z bocznej lampy wyglądała bardzo ponętnie i intrygująco. Uniosła  wzrok 

znad notatek.

- Dlaczego tak stoisz i mi się przyglądasz?

Uznał,   że   lepiej   nie   wspominać,   jaki   skutek   odniosły   jej   starania   o 

niewinny, skromny wygląd.

- Wybrałaś już połowę, na której śpisz, prawda?

- Nie, wszystko mi jedno, mogę się przenieść. Jeśli tuzin kochanek przyzwyczaił 

cię do spania z tej  strony...

- Chyba już ci mówiłem, że nie było ich aż tyle.

- Niewiele mniej. Wiesz, zdecydowałam, że się nie zamienię. Dobrze ci zrobi, 

jeśli ktoś cię wyrwie z  kieratu przyzwyczajeń. Łatwiej zapamiętasz, że nie jestem 

numerem trzynastym, ani żadnym innym.

-   No   tak,   nawet   poczyniłaś   pewne   kroki   w   tym   kierunku   -   mruknął   David, 

wskazując   na   zrolowany   koc,     który   umieściła   dokładnie   na   środku   łóżka.   - 

Zastanawiam się, czy nie ufasz mnie, czy sobie.

Nie czekając na odpowiedź, zajął swoją połowę.

- Co robisz, piszesz listy?

- Przygotowuję listę rzeczy, które muszę zrobić jutro.

- Eve, jeszcze masz na to czas.

Ziewnął, poprawił poduszkę, odwrócił się tyłem i zamknął oczy. Pomyślał, 

że po nocy spędzonej na  kanapie natychmiast zaśnie.

Jednak sen nie nadchodził. W apartamencie było tak cicho, że David słyszał 

background image

oddech   Eve.   Wreszcie     skończyła   listę,   odłożyła   notatnik   i   sięgnęła,   żeby 

wyłączyć boczną lampę. Położyła się ostrożnie,  najwidoczniej starała się go nie 

obudzić.   Śmieszne.  Nie  rozumiała,   że  sama   jej  obecność  nie     pozwalała  mu 

zmrużyć oka.

David leżał nieruchomo i zastanawiał się, czy nie lepiej byłoby przenieść 

się   na   kanapę.     Przynajmniej   nie   czułby   każdego   ruchu   Eve,   nie   słyszał   jej 

oddechu. Zdecydował jednak, że ma swoją  dumę i nie podda się tak łatwo. Nie 

jest  już  młokosem,  dlatego  powinien zachować  zimną  krew.  Nie    pozwoli,  by 

sytuacja wymknęła mu się spod kontroli. Jednak udawanie obojętności wobec 

Eve  przychodziło mu z coraz większym trudem.

Nie rozumiał, co się z nim działo. Zgodził się na małżeństwo i warunki, 

które  mu  narzuciła.  Nie    sądził wtedy,  że  te  ograniczenia  będą  mu  w  czymś 

przeszkadzać. Eve  nie  zrobiła na  nim  olśniewającego   wrażenia,  a poza tym 

przecież   zawarli   układ.   Złamanie   warunków   umowy   wywołałoby   niepotrzebne 

komplikacje.   Eve   była   piękna,   to   prawda,   ale   jednocześnie   zimna   i 

nieprzystępna.   Oczywiście,     kiedy   obiecywał   związek   bez   seksu,   nie   mógł 

przewidzieć,   że   wylądują   w   jednym   łóżku.   Nie     uwzględniał   w   kalkulacjach 

zmysłowego pocałunku na lotnisku. Gdyby wtedy nie rzuciła mu się w  ramiona, 

nigdy by się nie domyślił, że sopel, z którym się ożenił, potrafi zmienić się w 

wulkan.   Teraz, myśląc o tym pocałunku, musiał się powstrzymywać, żeby jej 

znów nie objąć.

Ze złością poprawił poduszkę. Zauważył, że w pomieszczeniu zapanowała 

zupełna cisza. Eve starała   się oddychać bezgłośnie. Po chwili poszedł w jej 

ślady.

David spał w najlepsze, wdychając zapach bzu, gdy nagle obudził go głos 

wypowiadający jego imię.  Otworzył oczy. Leżał nos w nos z Eve. Przez chwilę 

nie ruszał się. Próbował ocenić sytuację.   Barykada z koca została zepchnięta 

gdzieś w nogi. Włosy Eve pachniały bzem. Miał je pod policzkiem.   Niechcący 

background image

przycisnął ją do łóżka. Nie mogła nawet ruszyć głową. Nic dziwnego, że mówiła 

przez  zaciśnięte zęby. 

Zaraz będę martwy, pomyślał w przebłysku wisielczego humoru.

- Pozwolisz? - spytała, uwalniając włosy. 

Spojrzała na budzik przy łóżku i krzyknęła.

- Zawsze budzisz się w takim humorze? - spytał zirytowany nie na żarty.

- Tylko gdy zaśpię, mówiłam ci przecież. Zupełnie nie rozumiem, jak to się stało... 

Nastawiłam budzik  na siódmą.

- Boże, jak późno!

Zerknął na tarczę budzika. Było kilka minut po dziewiątej.

- Może się spieszy? - zasugerował. Wreszcie sięgnął po swój zegarek. Budzik 

nie kłamał.

- Nie dzwoni! - Eve sprawdziła jeszcze raz. - Nie do wiary. Podobno w tym hotelu 

naprawiają wszystko,  nim zdąży się zepsuć. To ich slogan reklamowy.

-   Może   nikt   ich   nie   poinformował.   Kto   korzysta   z   budzika   w   apartamencie 

nowożeńców?

- Tylko mi nie tłumacz, co się robi w noc poślubną - powiedziała rozzłoszczona. - 

Ale ludzie muszą  czasem zdążyć na samolot.

- Jeśli potrafią przewidywać, rezerwują popołudniowy lot - stwierdził, wstając. - 

Przecież   nie     chciałaś   wyglądać   na   zmęczoną,   więc   pospałaś   dwie   godziny 

dłużej.

- Ale czuję się zmęczona. - Otworzyła szafę i wyjęła nową sukienkę. - Musimy się 

pospieszyć.

- Po co? I tak jesteśmy spóźnieni, więc co za różnica? - zauważył, ale ona już 

zniknęła w łazience.

Poprzedniego  wieczoru  jakoś  nie  pomyśleli  o  tym,  żeby  się  spakować. 

Teraz David wykorzystał wolną   chwilę i wyjął walizki z szafy. Zaczął opróżniać 

szuflady. Eve wychynęła z łazienki z tuszem do rzęs   w jednej ręce i piżamą 

Davida w drugiej.

-   Proszę   -   powiedziała.   -   Dziękuję   za   wypożyczenie.   Nie   patrz   tak   na   mnie. 

Wiem, że powinnam  ją oddać wypraną i pachnącą, ale nie mam już miejsca w 

background image

torbie.

David wrzucił piżamę do walizki i uśmiechnął się.

-   Nie   zapomnij   koronkowego   body.   Co   z   nim   zrobiłaś?   Nie   widziałem   go   od 

sobotniego wieczoru.

- Nic dziwnego, nie zamierzałam tego zabierać. - Otworzyła szufladę i rzuciła mu 

body. -  Proszę. Jeśli ci na tym zależy, to zapakuj.

Odrzucił z powrotem.

- Lepiej to zabrać. Jeśli pokojówka znajdzie cokolwiek, zaniesie szefowej hotelu, 

a ta każe odesłać do  firmy. Paniom, które złożyły się na prezent, będzie bardzo 

przykro.

-   Masz   rację.   Na   ile   ją   znam,   tak   by   właśnie   zrobiła   -   przyznała   Eve   z 

westchnieniem, wkładając  pudełko z prezentem do bocznej kieszeni torby.

- Co zrobimy z bagażem? - spytał. - Nie chcę zjawić się w sklepie z walizkami w 

ręku.

- Możemy zostawić je w hotelowej przechowalni i odebrać po pracy. Chociaż nie. 

Po   drodze   wpadniemy     do   mojego   mieszkania   i   tam   je   zostawimy.   Kiedy 

będziesz gotowy? Nie chcę się spóźnić bardziej, niż  to konieczne.

- Domyślam się, że ze śniadania nici - mruknął. - Ale przynajmniej nie musimy 

tracić cennego czasu na  rozkopywanie pościeli.

Gdy   wreszcie   dotarli   do   pracy,   sklep   był   otwarty   już   od   godziny.   Eve 

spojrzała na zegarek, potem na  dwie kobiety, które właśnie wyszły ze sklepu z 

małymi reklamówkami w ciepłym odcieniu brzoskwini.  Westchnęła.

- Naprawdę musimy wymyślić lepszy sposób na wczesne wstawanie. Nie może 

być tak, że klienci zjawiają  się w sklepie przed właścicielami.

- Jeśli zamierzasz powiesić na lodówce rozkład dnia, to ja się nie zgadzam - 

oświadczył, wyciągając rękę, by pomóc Eve wysiąść. - Na pewno żaden z twoich 

budzików nie ośmieli się zadzwonić za późno, więc od jutra nie powinno być 

problemu.

- Słuchaj, David. Lubię być punktualna, ale to jeszcze nie oznacza...

background image

Otworzył szerzej drzwi i pochylił się.

- Kochanie, uśmiechnij się. Jesteśmy obserwowani - szepnął.

Eve już zauważyła, że wszyscy w sklepie im się przyglądają. Kilka osób 

zerknęło na zegarki. Eve   miała ochotę przypomnieć im, że setki razy właśnie 

ona   przychodziła   pierwsza.   Jednak   takie     zachowanie   potraktowano   by   jako 

obronę. Śmieszne. Nie obowiązywały jej sztywne godziny pracy, bo i  tak musiała 

tkwić w firmie, dopóki nie załatwiła wszystkich bieżących spraw.

- Dzień dobry - powiedziała, starając się, żeby zabrzmiało to radośnie. - Miło mi, 

że  wszyscy przyszli nas powitać.

Ruszyła przez salę w kierunku biura na zapleczu. David dogonił ją i objął 

za ramiona. Odwróciła się,  a on delikatnie pocałował jej usta.

- Kochanie, będę w pracowni. Zajmę się naszyjnikiem pani Morgan.

Eve uśmiechnęła się promiennie, lecz pod nosem powiedziała ze złością:

- Będę o tym pamiętać, na wypadek gdyby jakimś cudem okazało się, że bardzo 

za tobą tęsknię.

Kątem oka dostrzegła, że jeden ze sprzedawców wyjął banknot i podał 

koleżance   stojącej   obok.   Dziwne,   pomyślała   Eve.   Pewnie   to   składka   na   te 

zmarnowane  koronki. Właśnie.

- Chciałabym podziękować wszystkim za prezent. Jest wspaniały - powiedziała 

donośnym głosem.

- Tak - potwierdził David. - Każdy dostanie ode mnie list z podziękowaniem za to, 

że pamiętaliście o  Eve. To był świetny wybór.

Poczuła, że się  rumieni. Uśmiechnęła się do  niego i  powiedziała  cicho 

przez zaciśnięte zęby:

- Przestaniesz wreszcie?

Pochylił się do niej.

- Gdybym powiedział, że rzuciłaś prezent gdzieś na podłogę, wyszedłbym na 

prostaka - szepnął  jej do ucha.

Eve, mimo irytacji i zażenowania, udało się przybrać miły wyraz twarzy. 

Ruszyła w stronę swojego  gabinetu. Po kilku krokach zatrzymała się nagle. Tuż 

przy   drzwiach   jej   pokoju,   obserwując   salę   wystawową,   stał     Travis   Tate.   Na 

background image

chwilę wstrzymała oddech.

-   Jeszcze   jesteś   w   Chicago?   -   spytała,   starając   się   mówić   lekkim   tonem.   - 

Wydawało mi się, że  powinieneś już być w następnym miejscu.

- Nadal śledzisz mój rozkład jazdy - ucieszył się. - Pewnie tak by było, ale Henry 

nie miał dla mnie  czasu w ubiegłym tygodniu.

-  Może powinieneś spotkać się z nim teraz?

Przeszła obok niego i pochyliła się nad biurkiem, żeby przejrzeć pocztę. 

Wszedł za nią i badawczo  jej się przyjrzał.

- Już z nim rozmawiałem. Natomiast bardzo się zdziwiłem, że ciebie nie ma rano 

w pracy. Postanowiłem dziś zaczekać na dalszy ciąg. W ogóle muszę  przyznać, 

Eve, że przedstawienie było interesujące. 

Spuściła wzrok.

- Masz na myśli moje spotkanie z Davidem na lotnisku?

- Nie, już wcześniej doszły mnie plotki, że Henry myśli o emeryturze. Twój mąż 

dostał wszystko za  jednym zamachem. Eve, kochanie, jestem zaskoczony. Jak 

na kobietę, która tyle rozprawia o  moralności, sprzedałaś się bardzo tanio.

- Czy ten człowiek ci się naprzykrza? - spytał David, który nagle pojawił się w 

drzwiach.

- Nie, właśnie wychodzi.

Travis uśmiechnął się zimno.

- Władczy typ ten twój mąż. Nie ma się co dziwić. Wystartował od zera, więc 

musi teraz dbać  o żonę, bo równie szybko może wszystko stracić - powiedział i 

odwrócił się na pięcie.

Eve próbowała opanować drżenie rąk.

-   Nie   musiałeś   tu   wpadać   jak   burza.   Nie   trzeba   mnie   przed   nim   ratować   - 

powiedziała do Davida, gdy za  Travisem zamknęły się drzwi.

-   Tak   to   wyglądało?   Jakbym   chciał   ratować   ci   życie?   -   upewnił   się   David.   - 

Szkoda, że nikt nie zdążył   mi go przedstawić. Jest taki sympatyczny... Henry 

chce z nami porozmawiać przy śniadaniu.

- Ciekawe, czyj to pomysł?

-   Co   do   śniadania,   to   mój.   Henry   bardzo   się   przejął,   że   mieliśmy   dziś   rano 

background image

ważniejsze sprawy na głowie  niż jedzenie.

Eve zamarła z otwartymi ustami.

- Chyba mu tego nie powiedziałeś?

-   Że   się   spóźniliśmy   z   powodu   seksu?   Nie   rozumiem,   dlaczego   jesteś   taka 

oburzona. Przecież chcesz, by  tak myślał.

- Nie mam zamiaru okłamywać go w tej sprawie!

-  Aha,   wolisz,   żeby   sam   wyciągnął   wnioski,   niekoniecznie   słuszne.   Właśnie 

dlatego   nic   mu   nie     powiedziałem.   Interesujące,   że   każda   moja   wypowiedź 

natychmiast   kojarzy   ci   się   z   jednym...   No     dobrze,   odłóżmy   tę   dyskusję   na 

później. Henry czeka na nas przy wyjściu.

Na o wiele później, a najlepiej... już nigdy do tego nie wracać, pomyślała. 

Co mi przyszło do głowy,  żeby w ogóle poruszać ten temat. No i znowu wyszłam 

na idiotkę.

- Powiedz mi coś więcej na temat tego człowieka, który stąd wyszedł - powiedział 

David.

-   Nie   mam   o   czym.   Jest   jak   jedna   z   twoich   licznych   kochanek.   Nie   stanowi 

problemu.

- Czyżby? - mruknął David.

Henry   stał   obok   gabloty   umieszczonej   najbliżej   wejścia.   Rozmawiał   ze 

sprzedawcą. Eve zauważyła, że   właśnie chował portfel, a sprzedawca wkładał 

banknot do koperty.

- Śniadanie - powiedział Henry, uśmiechając się do nich i zacierając ręce. Wziął 

laskę opartą  o gablotę. - Wspaniały pomysł. Nie zdążyłem nic zjeść dziś rano.

Kiedy szli ulicą w stronę jego ulubionej tawerny, Eve spytała:

- Henry, o co chodziło? Zwykle nie rozdajesz gotówki pracownikom.

Zamrugał z niewinną miną.

- O czym mówisz, kochanie?

David ujął ją pod rękę.

- Myślę, że to takie biurowe zakłady. Każdy daje kilka dolarów i obstawia jakiś 

background image

wynik. Zwycięzca  bierze wszystko.

-   Wiem,   na   czym   polegają   zakłady   -   stwierdziła   rozgniewana   -   ale   jest   po 

mistrzostwach, a rozgrywki  koszykówki jeszcze nie wystartowały.

- Można obstawiać w innych dziedzinach - wyjaśnił spokojnie David. - Domyślam 

się, że ma to coś   wspólnego z nami. Gdy się zjawiliśmy, wszyscy zerknęli na 

zegar.

Eve odwróciła się, żeby spojrzeć na dziadka.

- Zakładaliście się dziś, o której zjawimy się w pracy? - spytała zdumiona.

- Niezupełnie - odpowiedział z pogodną miną. - Czas mijał, was nie było, więc 

zaczęliśmy się  zastanawiać, ile dni po ślubie pojawisz się w pracy punktualnie. 

Skoro już o tym wiesz, chyba  powinniśmy odwołać zakłady.

- Słusznie - stwierdziła Eve - bo wygra ten, kto obstawił jutrzejszy poranek.

Henry uprzejmie skinął głową, ale nic nie powiedział. W tawernie skierował 

się  do  ulubionego   kąta  i    wygodnie  rozsiadł  na  środku  ławki.  Eve  niechętnie 

usiadła na drugiej. Przesunęła się do końca, żeby  David też mógł się wcisnąć.

-   Jeśli   wolicie,   możemy   się   przesiąść   do   normalnego   stolika   -   zaproponował 

Henry,   widząc,   że     z   trudem   się   zmieścili.   David   spojrzał   na   Eve,   jakby   był 

ciekaw,   czy   skorzysta   z   okazji,   by   od   niego   uciec.   Natomiast   ona   za   żadne 

skarby nie przyznałaby, że ta bliskość bardzo ją  krępuje.

-   Ależ   nie.   Ubóstwiam   tak   siedzieć   w   ciasnym   kąciku.   Czuję   się   wtedy 

bezpiecznie. Henry, o  czym chciałeś z nami rozmawiać?

Henry pomachał na kelnerkę.

- Głównie o kampanii reklamowej. Dużo o tym myślałem w czasie weekendu. 

Nim podpiszemy umowę,  powinniśmy się spotkać z tymi ludźmi, którzy wystąpili 

z nowym pomysłem.

- Ale ja już się wstępnie zgodziłam - zaprotestowała Eve.

-   To   było,   zanim   poznałaś   wszystkie   fakty   -   stwierdził   David.   -   Jeszcze   nie 

dostałaś kompletu  materiałów.

Spojrzała na niego niezbyt przyjaźnie.

- Powinnam się była domyślić, że to twoja sprawka.

-   Eve,   nie   snuj  teorii  spiskowych.   Uważam,  że  takie  sprawy   trzeba  załatwiać 

background image

oficjalną drogą.

- Oficjalną, czyli za twoją zgodą?

- Powinniśmy ustalić - wtrącił się Henry - dlaczego uważają, że ich pomysły są 

takie   genialne   i   skąd     to   niezachwiane   przeświadczenie   o   skuteczności 

proponowanej kampanii. Jeśli przekonają nas, może  uda im się też przekonać 

naszych klientów.

- Nie wiem, czy to ma sens - broniła się Eve. - Prowadziliśmy już kampanie 

reklamowe, które niezbyt  mi się podobały i...

-   I   może   byłyby   znacznie   lepsze,   gdybyś   poszukała   innych   rozwiązań   - 

powiedział David. - Myślę,  Henry, że tak będzie najlepiej. Jedno spotkanie. Jeśli 

mnie przekonają, wycofuję wszelkie zastrzeżenia.

-   Świetnie   -   podsumowała   Eve.   -   Zorganizuję   spotkanie.   Jeśli   wyczerpaliśmy 

temat, wracam do  pracy.

Spodziewała się protestów, ale David wstał i zrobił dla niej przejście.

- Bywa trochę naburmuszona, jeśli nie zje śniadania - powiedział poważnie do 

Henry'ego.

Usłyszała te słowa, ale nawet się nie odwróciła. 

Rano, gdy wpadli do mieszkania Eve, żeby zostawić bagaże, natknęli się 

w holu na administratora   budynku. Zostawili wszystko pod jego opieką i nie 

musieli wjeżdżać na górę. Kiedy wieczorem Eve  otwierała drzwi, zauważyła, że 

ręce jej się trzęsą z przejęcia. Czym ona się tak przejmuje? Skoro  wytrzymała z 

Davidem w niezbyt obszernym apartamencie hotelowym, poradzi sobie też we 

własnym domu.  Wreszcie jest u siebie, powinna się odprężyć. Nie byli skazani 

na jeden pokój, portierów,   wszędobylskie pokojówki, ani na wścibską obsługę. 

Jednak   sprawa   nie   przedstawiała   się   tak   prosto.     Pokój   w   hotelu   był   czymś 

tymczasowym, natomiast do jej mieszkania David wprowadzał się na stałe.

Ominęła walizki, które dozorca postawił tuż przy drzwiach.

- Weź zapasowy klucz. Jest w szufladzie w przedpokoju. Nie zawsze będziemy 

background image

razem wchodzić i  wychodzić.

David   nie   odpowiedział.   Spojrzała   w   jego   stronę.   Rozglądał   się   wokół. 

Odruchowo zrobiła to samo.  Mieszkała tu od dwóch lat i już się przyzwyczaiła, 

lecz teraz obrzuciła je krytycznym spojrzeniem.

Szeroki przedpokój, zaraz za rogiem wejście do sypialni. Wzdłuż jednej 

ściany stały regały z  książkami. Na drugiej wisiały oprawione fotografie. Po lewej 

stronie   mieściła   się   kuchnia.   Nie     była   oddzielona   drzwiami   od   przedpokoju. 

Nieco dalej po prawej stronie wysokie wejście zakończone  łukiem prowadziło do 

obszernego   salonu.   W   ciągu   dnia   wydawał   się   przestronny   i   słoneczny,   ale 

wieczorem, gdy ściemniało się za oknami, robił mniej przytulne wrażenie. Eve 

wcisnęła   guzik,     zapalając   gaz   w   kominku.   Usiadła   na   skórzanej   kanapie   na 

wprost tańczących płomieni.

- To byłoby niegłupie - zaczął David - żeby wstawać o tej samej porze i wspólnie 

jeździć taksówką. Po  co brać dwie? Chyba że zwykle jeździsz samochodem.

- Spróbuj znaleźć w centrum wolne miejsce do parkowania. To nie jest miasto dla 

kierowców.

Skinął głową.

- Dlatego  sprzedałem samochód,  zamiast nim tu przyjechać. Pomyślałem, że 

jeśli zajdzie taka  potrzeba, po prostu kupię nowy.

- Słusznie. Nie tylko w śródmieściu brakuje miejsc do parkowania - powiedziała, 

spoglądając na niego.  Nadal stał w przejściu do salonu.

Mieszkanie było o wiele większe niż hotelowy apartament, a jednak tego 

nie czuła. Tak jakby nagle   David zajął większość wolnego miejsca. Któregoś 

dnia mówił o kupnie domku. Eve przeczuwała, że wkrótce trzeba będzie wrócić 

do tej rozmowy.

-   Później   się   rozpakuję   -   powiedziała.   -   Teraz   chcę   spokojnie   posiedzieć   i 

pozbierać się po  tym wszystkim. Pokój gościnny jest na końcu przedpokoju, po 

prawej stronie.

David nie ruszył się z miejsca.

- Dobrze. Tymczasem może mi powiesz, kto to jest ten Travis Tate? Jeden ze 

sprzedawców podał  mi jego nazwisko.

background image

Zastygła w bezruchu. Dzień był pełen wydarzeń i niemal zapomniała o 

porannym incydencie.

- Domyślam się, że należy do spraw, po których musisz się pozbierać.

Eve gwałtownie wstała. Ruszyła energicznie w jego kierunku.

- Chcesz mnie przewrócić? - spytał.

-  Nie   pozwolę się  przesłuchiwać.    Nie   pytałam   cię o szczegóły dotyczące 

twoich byłych partnerek.

Spojrzał na  nią  zwężonymi  oczami. Eve zdała  sobie sprawę, że źle to 

rozegrała. David powinien  zrozumieć, na czym polega ich układ. Nie miał prawa 

zadawać jej takich pytań.

- A więc jest dla ciebie kimś ważnym - powiedział cicho.

Wróciła   na   kanapę   i   usiadła   w     najdalszym   końcu.   David   spojrzał   na   nią 

spokojnie. Nie zamierzał ustąpić.

-   Kiedyś   był   ważny   -   przyznała.   Pomyślała,   że   prawdziwemu   dżentelmenowi 

wystarczyłoby takie  wyjaśnienie. Jednak dzisiaj David najwidoczniej nie potrafił 

zdobyć się na rycerskość.

- Już nie jest ważny? - spytał.

Pokręciła głową.

- Nie, od kilku miesięcy.

- Co się stało?

-   Czy   to   ma   znaczenie?   Powiedziałam,   że   to   się   skończyło,   i   to   powinno   ci 

wystarczyć. Koniec tej  dyskusji.

-   Chyba   ma   znaczenie,   bo   ten   pan   najwyraźniej   nie   uznał,   że   wszystko 

skończone - powiedział, siadając  na krześle.

Przygryzła wargę

- Kim on jest? Czym się zajmuje? - spytał,

Eve westchnęła z rezygnacją.

- Jest przedstawicielem handlowym firmy pośredniczącej w handlu kamieniami 

szlachetnymi. Spotyka się  z Henrym mniej więcej raz w miesiącu.

- Dlatego był w firmie. Rozumiem. A na lotnisku?

- Dużo podróżuje, bo taką ma pracę - wyjaśniła.

background image

- Domyślam się, że biedak czuje się samotny.

Nie zareagowała na ironiczny ton.

-   Spędzanie   życia   w   hotelach   może   być   nużące.   Szukał   towarzystwa   i... 

Zaczęliśmy się spotykać za każdym razem, gdy tu przylatywał. To nie były randki. 

Po prostu  przyjaźń. Ale w końcu...

- Zakochałaś się.

- Tak - przyznała. Nie miała powodu wstydzić się ani usprawiedliwiać. - Jeśli cię 

to interesuje, on  też się we mnie zakochał.

David przesunął się na krześle.

- Rozumiem. Wszystko układało się idealnie, jak w bajce. Co takiego się stało, że 

skończyłaś  marnie jako moja żona? Pewnie Henry się nie zgodził, bo Travis nie 

pasował do jego planów wobec firmy.

- Henry o tym nie wiedział.

David uniósł wysoko brwi, jakby miał co do tego wątpliwości.

- Jeśli zerwania nie spowodował Henry, co zniszczyło ten romans?

- To nie miał być romans - podkreśliła.

- Jednak twoje uczucia okazały się silniejsze niż zamiary.

- To się często zdarza.

- Tak? - spytała bezbarwnym głosem. - Jakimś cudem o tym nie wiedziałam.

- Myślałem, że wszystkie nastolatki muszą wysłuchiwać mądrych pouczeń, żeby 

nie chodzić na randki z   kimś, kto nie nadaje się na męża, bo emocje często 

wymykają   się   spod   kontroli.  A  właściwie,   nie     sposób   ich   kontrolować.   Mnie 

uświadomił to ojciec, a twoja mama na pewno...

Pokręciła przecząco głową.

-   Matka   nigdy   nie   rozmawiała   ze   mną   na   takie   tematy.   Zostawiła   ojca,   gdy 

miałam pięć lat. Później  rzadko ją widywałam.

- Przepraszam, Eve. Nie wiedziałem.

-   Nie   mogłeś   wiedzieć.   Co   prawda   ich   rozwód   nie   był   żadną   tajemnicą,   ale 

niewiele osób wiedziało,  dlaczego odeszła od ojca.

- Dlaczego? - spytał cicho.

Odwróciła wzrok.

background image

- Małżeństwo się rozpadło, bo mama przestała kochać mojego ojca. Zakochała 

się w kimś innym i poszła za głosem serca.

-   Zostawiła   cię.   Teraz   rozumiem,   dlaczego   nikt   ci   nie   nabijał   głowy   dobrymi 

radami. Nawet nie  sprzeciwiłaś się narzuconemu małżeństwu.

Wzruszyła ramionami.

- Gdy moi rodzice brali ślub, byli zakochani. Potem okazało się to bez znaczenia.

- Wróćmy do Travisa. Dlaczego za niego nie wyszłaś?

Pomyślała, że David jest zawzięty jak  buldog. Jeśli się czegoś uczepi, już 

nie popuści.

- Nie mogłam.

- Niech zgadnę. - David zaczął chodzić po pokoju. - Przychodzą mi do głowy trzy 

powody - powiedział,  marszcząc czoło. - On w ogóle nie ma zamiaru się żenić, 

jest homoseksualistą, albo już ma żonę. No  tak, ukrył przed tobą, że jest żonaty, 

mam rację?

- Nie ukrył.

Po raz pierwszy udało jej się go zaskoczyć.

- Wiedziałaś, że jest żonaty? Kochanie, jeśli spotykasz się z facetem, który ma 

żonę, nie powinnaś się  dziwić, gdy do niej wróci.

- Nie wrócił. Chodzi mi... Musisz mówić o tym jako praniu brudów?

- Jeśli nie chcesz słuchać moich domysłów, przestań się obrażać i powiedz, jak 

było naprawdę.

-   W   porządku.   -   Wzięła   głęboki   oddech.   -   Nie   wiedziałam,   że   jest   żonaty. 

Początkowo, kiedy byliśmy  tylko przyjaciółmi, nie rozmawialiśmy na takie tematy, 

bo i po co? Zresztą i tak byli z żoną w separacji.

- Oczywiście.

- Nie rozumiem, dlaczego jesteś taki podejrzliwy. W dzisiejszych czasach to się 

często zdarza...

- Właśnie. Dlaczego więc nie rozwiódł się i nie ożenił z tobą?

- Miał zamiar, ale nie pozwoliłam mu na to, bo... - załamał jej się głos - ...bo ma 

dwie córeczki.  Sześcio- i trzyletnią.

David zagwizdał.

background image

- Przypomniałaś sobie własne dzieciństwo. Nie mogłaś im zrobić tego, czego 

sama doświadczyłaś.

Skinęła głową.

- Powiedziałam mu, że musi wrócić i ratować małżeństwo ze względu na dzieci.

- I tu moim zdaniem pan Tate się przeliczył.

- O co ci chodzi?

- Musiał być jednym z tych nielicznych, którzy szczegółowo znali historię twojej 

matki. Albo był na  tyle sprytny, żeby nie wspomnieć o dzieciach, dopóki nie był 

pewny, że cię omotał.

Eve niemal się zachłysnęła ze złości.

- Przestań!

- Eve, przed chwilą oświadczyłaś, że to już skończone.

- To nie znaczy, że wolno ci wieszać psy na Travisie. Co ty możesz wiedzieć? Nie 

chciał   nikogo     skrzywdzić.   Znalazł   się   w   sytuacji,   na   którą   nie   miał   wpływu. 

Podobnie   jak   ja.Nie   mam   zamiaru   dłużej   rozmawiać   na   ten   temat.   Sprawa 

zamknięta, jasne?

Ominęła go i poszła do sypialni w głębi przedpokoju. Miała ochotę uciec 

jak najdalej. Nigdy się nie dogadamy, pomyślała. Żaden dom, nawet największy, 

nie będzie dość duży dla nas obojga.  Powinniśmy zamieszkać osobno.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Pokój gościnny okazał się dość mały. Co prawda Eve dołożyła starań, by 

Davidowi   było   tu   wygodnie,     jednak   on   nie   czuł   się   w   tym   wnętrzu   dobrze. 

Bardziej przypominało biuro niż przytulną sypialnię.  Biurko zostało pospiesznie 

przesunięte   na   bok,   żeby   zrobić   więcej   miejsca.   Przedtem   stało   na   środku 

pokoju, widać było jeszcze ślady na dywanie. Połowę szafy zajmowały dokładnie 

oznaczone pudełka i  segregatory. Na wąskim łóżku leżał stos poduszek. Niska 

szafka była częściowo zajęta przez  drukarkę.

Dla Davida stało się jasne, że u Eve niezbyt często nocowali goście. Jeśli 

nawet   jacyś   zostawali   na     noc,   nie   korzystali   z   tego   pokoju,   pomyślał.   Na 

przykład taki Travis Tate.

David próbował odegnać te myśli, jednak bez większego powodzenia. Na 

próżno   tłumaczył   sobie,   że   to     nie   jego   sprawa.   Eve   uznała   znajomość   z 

Travisem za przeszłość i nie miał powodów, by wątpić w jej  szczerość. Mówiła o 

tym z trudem, czyli podjęcie takiej decyzji musiało ją wiele kosztować. Jednak 

miał wrażenie, że w jej opowieści pobrzmiewały fałszywe nuty. 

Zdjął stos poduszek, wyłączył światła i spróbował ułożyć się wygodnie na 

wąskim   łóżku.   Oparł   głowę     na   rękach   i   myślał   o   tym,   co   mu   opowiedziała. 

Typowa   historia.   Żonaty   mężczyzna   i   zakochana   nieprzytomnie,     bezbronna 

kobieta. Na szczęście nie była na tyle naiwna, by myśleć, że rozwód jest dla 

dzieci  mniejszym złem niż wiecznie kłócący się rodzice. Wiedziała z własnego 

doświadczenia,   jak   jest     naprawdę.   Bolesne   wspomnienia   z   dzieciństwa   nie 

pozwoliły jej skrzywdzić córeczek Travisa.

Twierdziła z przekonaniem, że znalazła jedyne możliwe wyjście z sytuacji. 

Jednak   właśnie   to     najbardziej   zaniepokoiło   Davida.   Były   inne   wyjścia.   Nie 

musiała   rozbijać   rodziny   ani   tracić     ukochanego   mężczyzny.   Dlaczego   na 

przykład nie zdecydowała się poczekać, aż córeczki Travisa   podrosną? Jeśli 

background image

była tak nieprzytomnie zakochana, powinna rozważyć taką ewentualność. Może 

nie   chciała czekać tak długo? Miłość do Travisa nie miała przyszłości, jednak 

Eve nie próbowała ułożyć  sobie życia na nowo. Uważała, że z nikim innym nie 

będzie   szczęśliwa,   a   jednak   przystała   na     niezwykłą   propozycję   Henry'ego   i 

poślubiła zupełnie obcego człowieka.

Czy mówiła całą prawdę? Może podświadomie traktowała małżeństwo z 

Davidem jako tymczasowy związek?  Henry będzie zadowolony, a ona spokojnie 

dotrwa do chwili, gdy Travis uwolni się od rodzinnych  zobowiązań. David kręcił 

się na łóżku, nie mogąc uwolnić się od natrętnych myśli. Rozbolały go plecy  od 

zbyt miękkiego materaca. Zaczął się obawiać, że zbyt pochopnie zaufał Eve. Kto 

wie, czy nie  zostanie okrzyknięty jednym z największych głupców w Chicago.

Tykanie ściennego zegara, tak samo jak kapanie wody z nieszczelnego 

kranu,   działało   Davidowi   na     nerwy.   Przynajmniej   nie   musiał   się   martwić,   że 

zaśpi. Taka tortura nie pozwoli mu zmrużyć oka.   Zdjął zegar ze ściany i wyjął 

baterie.   Nastała   martwa   cisza,   tak   całkowita,   że   nadal   nie   mógł     zasnąć. 

Koszmar...

W   tej   sytuacji   właściwie   lepiej   było   czymś   się   zająć.   Kilka   projektów 

czekało na dokończenie. Wśród   nich naszyjnik pani Morgan. David nie wpadł 

jeszcze   na   dobry   pomysł.   Może   powinien   zrobić   kilka     szkiców.   Przy   okazji 

przestałby myśleć o Eve.

Sięgnął, żeby otworzyć szufladę biurka, ale cofnął rękę. Nie chciał grzebać 

w rzeczach osobistych  Eve. Chociaż był przekonany, że usunęła wszystko, wolał 

jednak   nie   ryzykować.   Postanowił   pójść   po     swoją   teczkę,   którą   zostawił   w 

przedpokoju. Poruszał się cicho, na palcach. Za rogiem przedpokoju  zauważył 

światło padające z kuchni. Eve też nie mogła spać.

Siedziała przy kuchennym blacie, z kawałkiem zimnej pizzy w ręku. Przed 

nią   stał   talerz.   Zawsze     doskonałe   maniery,   pomyślał.   Nawet   resztki   pizzy 

wykłada na porcelanę.

- Mam nadzieję, że lubisz pepperoni - powiedział. - Powinienem zapytać, nim 

zamówiłem, ale  byłaś nadąsana i nie chciałem cię drażnić.

Odwróciła się. Serwetka zsunęła jej się z kolan i wylądowała na podłodze.

background image

- Nie byłam nadąsana.

Miała   na   sobie   obszerną   koszulę   nocną   w   stylu   prababci,   z   olbrzymią 

ilością falbanek i marszczeń, które skutecznie maskowały figurę. Pomyślał, że 

pewnie  kupiła ją ze względu na niego. Majstersztyk sztuki krawieckiej był jednak 

niezwykle seksowny, gdyż  pozostawiał wiele miejsca dla wyobraźni.

- Czy to koniec pizzy? - spytał.

Eve pokręciła głową.

- Jeszcze trochę zostało. Miałam ochotę tylko na kawałek. Jest już późno.

Niechcący   dotknął   jej   ramienia,   gdy   otwierał   lodówkę.   Poczuł,   że 

przeszedł   ją   dreszcz.   W   pierwszej     chwili   nawet   go   to   zirytowało.   Czyżby 

naprawdę uważała, że coś jej grozi z jego strony? Skąd u niej   ta obsesja na 

temat seksu? Dlaczago wszystko kojarzyło jej się tylko z tym jednym?

- Dziękuję, że zamówiłeś pizzę - powiedziała, nie patrząc na niego.

- Rozejrzałem się po kuchni. Wybór był niewielki.

- Wiem. Jutro przychodzą sprzątać i przyniosą zakupy. Jeśli chcesz, żeby coś 

kupili, wpisz na listę. -  Wskazała na zapisaną kartkę, przyczepioną magnesem 

do lodówki. - Wracam do łóżka, a ty? To  znaczy... - przerwała i zarumieniła się.

- Chyba trochę popracuję.

Ześliznęła się z kuchennego taboretu.

- W takim razie do zobaczenia rano.

Szybko wyszła z kuchni, zapominając o nie dokończonym kawałku pizzy. 

David   usiadł   i   nadgryzł   swoją   porcję.   Sięgnął   po   ołówek   i   notes.   Zaczął 

szkicować naszyjnik.

Nagle   dotarło   do   niego,   że   nie   odsunęła   się   od   niego   z   dreszczem 

obrzydzenia, ani się go nie obawiała. Nie zagrażał jej, tylko temu, w co wierzyła. 

Najwyraźniej   była   przekonana,   że   nadal   kocha   Travisa.   Może   do   pewnego 

stopnia   nawet   tak   było.     Jednak   udało   jej   się   wyrwać   spod   jego   wpływu. 

Przestała   się   z   nim   spotykać.   Dzięki   temu   otworzyły     się   przed   nią   nowe 

możliwości,   choć   pewnie   jeszcze   nie   zdawała   sobie   z   tego   sprawy.   David 

powiedział   sobie, że jak na początek nie jest źle, bo chociaż dostrzegała jego 

obecność. Nie potrafiła być  obojętna. Intrygowała go i pociągała. Zainteresować 

background image

sobą taki sopel lodu - to było wyzwanie, które  miał ochotę podjąć.

Spojrzał na kartkę. Dopiero teraz spostrzegł, że w końcu nie narysował 

naszyjnika.   W   zamyśleniu     naszkicował   skomplikowany   wzór,   jaki   tworzyła 

wstążka przy dekolcie nocnej koszuli Eve.

Budzik hałasował od dłuższej chwili, nim Eve wreszcie się obudziła. Śniło 

jej się, że zawinięta jak  mumia spoczywa w dusznej piramidzie. Gdy otworzyła 

oczy, stwierdziła, że nic w tym dziwnego, bo  obszerna koszula nocna krępowała 

jej ruchy. Z trudem uwolniła się od niej. Uśmiechnęła się na myśl,   że w razie 

potrzeby   może   zawołać   Davida   na   pomoc.   Ostatecznie,   to   z   jego   powodu 

włożyła na siebie  strój wielkości cyrkowego namiotu.

Zerknęła w lustro. Z niesmakiem przyjrzała się marszczonej koszuli. Jak 

się spodziewała, David był  wyraźnie rozczarowany jej wyglądem, jednak nadal 

nie czuła się bezpiecznie. Sięgnęła po sukienkę i  poszła do kuchni. Nie zastała 

tam Davida, lecz dzbanek był pełen gorącej kawy. 

Nalała   sobie   filiżankę   i 

włączyła żelazko. David  wkroczył, poprawiając krawat.

- Możesz spokojnie zjeść śniadanie, nim zdążę się ubrać - powiedziała.

- Pod warunkiem, że jakoś strawię resztki zimnej pizzy.

- I kto tu ma od rana zły humor? - spytała, dokładnie prasując kołnierzyk sukienki. 

- Wyglądasz,  jakbyś wcale nie spał. Tak było?

- Niewiele spałem. Myślałem.

- Nie chcę wiedzieć o czym - powiedziała, nie odrywając wzroku od sukienki.

- Nie szkodzi. I tak ci powiem. O tobie i Travisie.

Energicznie i głośno odstawiła żelazko.

- Jeśli zamierzasz pytać o szczegóły, to nie doczekasz się odpowiedzi. Nie twoja 

sprawa. Nie mam  zamiaru zaspokajać twojej niezdrowej ciekawości.

- W porządku. Nic więcej nie chcę wiedzieć. I tak już mi powiedziałaś, że miałaś 

z nim romans.

background image

Spojrzała na niego zaskoczona.

- Nie przypominam sobie.

- Przyznałaś, że są szczegóły, które wolisz przemilczeć. Na pewno pikantne, jeśli 

nie chcesz o nich  mówić.

- Nie zniżę się do odpowiedzi.

-   W   rezultacie   tego   romansu   zdecydowałaś,   że   resztę   życia   spędzisz   bez 

jakichkolwiek intymnych   kontaktów. Nie możesz mieć Travisa, więc nie chcesz 

nikogo.

- I co z tego? - spytała, znów sięgając po żelazko.

- To ci się nie uda - oświadczył spokojnie.

- Jeśli myślisz, że możesz mi wydawać polecenia...

Eve  przypomniała  sobie  o  żelazku  i  cofnęła  je  w    ostatniej  chwili,  nim 

zdążyło spalić koronkowy kołnierzyk.

- Nie mam takiego zamiaru. Po prostu stwierdzam fakt. To się nie może udać. 

Poważnie myślisz, że nie będę w stanie żyć bez seksu?

- Właśnie tak.

Spojrzała na niego szczerze zdziwiona.

-   Dlaczego?   Jesteś   nadal   roztrzęsiona   po   rozstaniu   z   Travisem.   Jednak 

wcześniej czy później wrócą pragnienia.  Tylko ktoś, kto nie wie, co traci, może 

zrezygnować z fizycznych przyjemności. Uwierz mi.

- Najwyraźniej nie rozumiesz kobiet. - Potrząsnęła sukienką i poprawiła mankiety. 

- Na tym polega  problem z mężczyznami. Wydaje im się, że kobiety pragną tego 

samego, co oni. Nic bardziej  błędnego.

- Jeszcze nie teraz, ale w pewnej chwili przyznasz mi rację.

- Powiadomię cię, gdy to się stanie - powiedziała oschłym tonem. - Uważasz, że 

któregoś   dnia   ogarnie     mnie   takie   pożądanie,   że   rzucę   się   na   pierwszego 

przechodnia na ulicy? A może nawet na ciebie, bo  jesteś pod ręką? Chyba nie 

mówisz poważnie. Jestem odporna na takie pokusy.

- Na pewno?

Odwróciła   się,   żeby   wyłączyć   żelazko   i   nie   zauważyła,   kiedy   podszedł 

bliżej.   Wyjął   jej   żelazko   z     ręki   i   odstawił,   a   potem   przycisnął   ją   do   siebie. 

background image

Powinnam dać mu w twarz, pomyślała, ale nic takiego oczywiście nie  zrobiła.

Gdy całował ją po raz pierwszy, na lotnisku, stało się tak na jej życzenie. 

Po raz drugi, na ślubie,  był bardziej opanowany. Pewnie dlatego, że obserwował 

ich tłum gości. Tym razem całował ją powoli,  uwodzicielsko i delikatnie. Najpierw 

usta, potem zagłębienia za uszami, szyję i wreszcie dekolt.  Westchnęła. Zdała 

sobie sprawę, że do niczego jej nie zmuszał. Nawet przestał przyciskać ją do 

siebie. Nie musiał, bo przywarła do niego całym ciałem.

- Nadal twierdzisz, że jesteś odporna na wszelkie pokusy? - spytał zdyszanym, 

chrapliwym  głosem.

- Czuję tylko ochotę, żeby wbić w ciebie ostre narzędzie. 

Roześmiał się.

- Szkoda byłoby zginąć z powodu jednego pocałunku - szepnął. - Ale z powodu 

dwóch... -  Wyciągnął rękę, jakby miał zamiar znów ją objąć.

- Nawet nie próbuj! - Eve odsunęła się.

David skrzyżował ręce na piersiach.

- Już się przekonałaś. Nie jesteś odporna. Wcześniej czy później zacznie ci tego 

brakować.

- Pewnie dlatego powinnam mieć romans z tobą?

Pokręcił głową.

- Małżonkowie nie mogą mieć romansu.

Co za ulga, pomyślała.

-  Ale   powinniśmy   ze   sobą   sypiać.   Wszyscy   byliby   szczęśliwi:   ty,   ja,   a   nawet 

Henry.

-   Wystarczyłyby   dwie   trzecie   tej   wyliczanki.   Jednak   zapomniałeś   o   czymś   - 

powiedziała   chłodno.   -   Zgodziłeś   się   na   pewne   warunki   i   teraz   nie   wolno   ci 

zmieniać zasad.

- Słusznie. Wszystko zależy od ciebie - powiedział pogodnym tonem. - Jeśli się 

zdecydujesz, będę w  pobliżu.

- Życzę miłego oczekiwania, panie Elliot. Mamy umowę i to nie moja wina, że 

ogarnia cię żądza.

- Pięknie powiedziane.

background image

- Nie próbuj mi wmawiać, że to coś więcej. Och, nie! - zawołała, patrząc na zegar 

na kuchence  mikrofalowej.

- Co się stało? - David rozejrzał się wokół.

Wskazała na wyświetlacz.

- Znów się spóźnimy.

Eve doszła do wniosku, że poślubiła oszusta. Jak inaczej można nazwać 

człowieka, który zgadza się na  rozsądny, czysty układ, a potem próbuje cofnąć 

dane   słowo?   Na   dodatek   odrzucenie   jego   zalotów   nie     sprawiło   jej   żadnej 

przyjemności. Nie był obrażony ani rozczarowany. W ogóle nie przejął się, że 

odrzuciła jego propozycję. W taksówce wesoło gawędził przez całą drogę. Kiedy 

wysiedli, próbowała  się od niego uwolnić, ale wziął ją pod rękę i poprowadził do 

głównego wejścia.

-   Eve,   ostrożnie,   bo  odniosę  wrażenie,   że   przeszkadza  ci   każdy   mój  dotyk   - 

powiedział cicho,  otwierając przed nią drzwi. Uśmiechnęła się z przymusem.

Grupa   pracowników   wewnątrz   sklepu   była   niewiele   mniejsza   niż 

poprzedniego dnia. Nie brakowało nawet  Henry'ego. Układał nowy naszyjnik w 

jednej z gablot. Ostentacyjnie spojrzał na zegarek.

- Och, dzieci, dziś już tylko trzydzieści minut spóźnienia.

- Przykro mi, Henry, jeśli jesteś rozczarowany - zaczął David. - Powiedziałem 

Eve, że i tak nie  spodziewacie się nas przez co najmniej godzinę, więc równie 

dobrze   możemy...   -   W   tym   momencie   mocno     przydeptała   mu   palce.   David 

drgnął,   ale   nie   przerwał   -   ...dokończyć   głęboko   filozoficzną   dyskusję,     którą 

wcześniej zaczęliśmy.

Kilka osób roześmiało się jak z dobrego żartu. Eve pomyślała, że cios 

ostrym narzędziem byłby zbyt  łagodną karą dla Davida.

Nie patrząc na niego, uniosła wysoko głowę i rzuciła okiem na tłum. Zauważyła 

uważne spojrzenie  Henry'ego. Wyglądał na zadowolonego z siebie. Pomyślała, 

że   miał   swoje   powody.   David   powoli     zaczynał   spełniać   jego   oczekiwania. 

background image

Szkoda, ale będzie musiała go rozczarować. Henry nie krył   nadziei, że z tego 

małżeństwa urodzi się następca, który zajmie się firmą. Poczuła się winna, ale 

pewnych faktów nie sposób zmienić.

Poczucie winy szybko zamieniło się w oburzenie. Początkowo David sam 

przyznał, że pomysł Henry'ego  kojarzy mu się ze średniowieczem. Dziwił się, że 

Eve na to przystała. Teraz nagle zaczęło mu się to  podobać. No cóż, była pod 

ręką, a on postanowił wykorzystać sytuację.

- Henry, dziś ja stawiam śniadanie - powiedział David radosnym tonem. - Mam 

kilka pomysłów,  które chcę ci przedstawić.

Henry skinął głową i zamknął gablotę. Kiedy obaj podeszli do wyjścia, Eve 

zastąpiła im drogę.

- Przepraszam, ale...

- Kochanie, nie czuj się porzucona. Przecież nie jadasz śniadań.

-   Chciałam   wam   tylko   przypomnieć,   że   później   mamy   spotkanie   z   agencją 

reklamową.

- Umówiłaś ich u nas, czy w ich biurze? - spytał Henry.

- U nich. Nie miało sensu, żeby przynosili wszystko do sklepu.

Henry skinął głową.

- Wrócimy na czas - obiecał. Odwrócił się do Davida.

- Jak naszyjnik pani Morgan?

- Nieźle. Wszystko dzięki Eve. Zainspirowała mnie wczoraj.

Powiedz jeszcze słowo, a już ja cię zainspiruję, pomyślała Eve z irytacją. 

Zastanawiała się, co  David ma zamiar naopowiadać Henry'emu.

Wróciła do gabinetu, żeby zająć się listą płac. Nie mogła się skupić i gdy 

naliczyła sobie podatek   większy niż wysokość  pensji,  odłożyła obliczenia  na 

później.   Zeszła   do   sali   wystawowej,   żeby   pomóc     obsługiwać   klientów. 

Natychmiast   tego   pożałowała.   Estella   Morgan   stała   obok   jednej   z   gablot, 

stukając w szkło wypielęgnowanymi paznokciami. Rzucała mordercze spojrzenia 

pracownikom, którzy  zajęci byli innymi klientami.

Eve zmusiła się do uśmiechu.

- Dzień dobry, pani Morgan. Czym mogę służyć?

background image

- Przyszłam zobaczyć mój naszyjnik.

Eve przypomniała sobie,  co  mówił  David. Jeśli  dopiero teraz  wpadł  na 

jakiś pomysł... Wzięła się w  garść.

- Obawiam się, że jeszcze nie jest skończony.

Estella Morgan nie była w pokojowym nastroju.

- W takim  razie  chcę zobaczyć to, co już zostało zrobione  albo przynajmniej 

projekt. Muszę się  przekonać, czy będzie odpowiedni dla mojej córki.

Eve   ponownie   pomyślała,   że   pani   Morgan   jest   dziś   wyjątkowo 

niesympatyczna. W takim stanie ducha  chyba nie powinna podejmować decyzji 

za córkę.

- Obawiam się, że nie pokazujemy nie wykończonej biżuterii.

- Chyba już zajęliście się moim zamówieniem?

- Nie wiem, jak bardzo zaawansowana jest praca. Powinna pani porozmawiać z 

Davidem, ale chwilowo go  nie ma.

Estella Morgan fuknęła z niesmakiem.

- To pewnie oznacza brak projektu. Nie lubię, gdy się mnie zbywa byle czym. No 

cóż, zapowiada  się kolejne opóźnienie. Proszę powiedzieć Henry'emu, że chcę 

mieć naszyjnik na koniec   tygodnia. Córka obchodzi urodziny, nie zamierzam 

teraz szukać innego prezentu. Lepiej, żeby była zadowolona z tego naszyjnika.

- Oczywiście, pani Morgan. Przekażę mu tę wiadomość.

Kobieta energicznie ruszyła do wyjścia  akurat w chwili, gdy David i Henry 

zjawili się w drzwiach. Pani Morgan zatrzymała ich w przejściu i jeszcze raz  dała 

wyraz niezadowoleniu i oburzeniu.

Kiedy wreszcie uwolnili się od niej, Eve przybrała  słodki ton.

- Domyślam się, że nie muszę powtarzać, co mi powiedziała, prawda?

- Nie. Wyraziła jasno swoją opinię - przyznał Henry.

Spojrzał na Eve zamyślonym wzrokiem.

-     Wiesz,   kochanie,   bardzo   podobają   mi   się   stroje,   które   ostatnio   nosisz. 

Wyglądasz w nich jakoś  delikatniej niż w tych, które nosiłaś dawniej. Ciekawe...

Ruszyli w stronę schodów wiodących do pracowni na górze.

- David, mogę cię prosić na chwilkę? - spytała.

background image

Szepnął coś do Henry'ego i zawrócił.

- Słucham?

-   Przepraszam,   że   cię   zatrzymuję.   Pewnie   chcesz   wreszcie   zabrać   się   za 

naszyjnik   pani   Morgan,   ale   to     opóźnienie   powstało   wyłącznie   z   twojej   winy. 

Mogłeś zająć się tym wcześniej.

- I tak też zrobiłem - odpowiedział z uśmiechem.

- Jeśli będziesz tak długo jadał śniadania, to możesz od razu zostawać na lunch.

David sięgnął do kieszeni. Wyciągnął jakąś wizytówkę.

- Masz długopis?

- Do czego ci potrzebny?

-   Chcę   zapisać,   co   kupić   ci   na   jutrzejsze   śniadanie.   Może   rano   będziesz   w 

lepszym humorze.

Bez słowa ruszyła do gabinetu. David poszedł za nią i zasiadł w fotelu 

obok jej biurka.

- Spójrz, co zrobiłaś z moim butem - zaczął. - Prawie mi zmiażdżyłaś palce, 

podczas gdy ja tylko...

- Będzie jeszcze gorzej, jeśli nie przestaniesz oszukiwać Henry'ego.

Uniósł brwi.

- Ja go oszukuję?

- Tak. Chcesz, żeby uwierzył, że my... że...

Uniósł rękę.

- Chwileczkę. Sama tego chciałaś. Mówiłaś, że jeśli o czymś nie wie, to go to nie 

boli.

-   Zależało   mi,   by   sam   się   domyślił   prawdy,   a   nie   byśmy   odgrywali   role 

romantycznych kochanków. Poczuje  się oszukany, gdy pozna prawdę.

- Jest na to prosta rada - mruknął David, wstając. - Po prostu przestań udawać.

Wyszedł, nim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Gdy   we   trójkę   weszli   do   sali   konferencyjnej,   Eve   zorientowała   się,   że 

szefowie agencji reklamowej  obawiają się utraty kontraktu z firmą Birmingham. 

Przy   długim   stole   zasiadło   więcej   osób,   niż     dotychczas   zajmowało   się   całą 

kampanią. Wolne były tylko trzy sąsiadujące ze sobą miejsca. Wzdłuż   ściany 

stały   restauracyjne   wózki,   a   na   nich   tace   z   szynką,   schabem,   indykiem, 

warzywami, serami i  owocami. Wszystko pięknie ułożone i kolorowo przybrane.

- Miło z ich strony, że zaprosili nas na lunch - szepnął David.

- Genialnie prosty sposób. Teraz nie możemy nagle wyjść, bo to byłby przejaw 

złego wychowania -  stwierdziła Eve złośliwie.

- Kto chciałby wychodzić z takiego przyjęcia?

- Najwyraźniej ktoś już podpatrzył twoje słabostki - zauważyła zgryźliwie.

Usiadła   na   jednym   z   wolnych   krzeseł,   zostawiając   środkowe   dla 

Henry'ego. Jednak on również usiadł z  boku. David znalazł się w środku. W ten 

sposób Henry chciał dać do zrozumienia, jak zmieniły się  układy wewnątrz firmy.

-   Prosiliśmy   o   to   spotkanie   -   zaczęła   Eve   -   żeby   omówić   nie   tylko   aktualną 

kampanię, ale całą strategię marketingową, jaką opracowaliście dla naszej firmy 

na następne kilka lat.

Ciemnowłosa kobieta po drugiej stronie stołu pochyliła się w ich kierunku.

- To trudne zadanie - powiedziała z uśmiechem. - Może najpierw zacznijmy od 

lunchu.   Jestem   Jayne   Reznor   -   przedstawiła   się.   Nie   dodała,   że   jest 

współwłaścicielką agencji. Eve zdążyła już  poznać ją wcześniej.

Wytoczyli najcięższe działa, pomyślała z rozbawieniem. Właśnie nakładała 

sobie odrobinę musztardy na  kanapkę, gdy usłyszała za sobą niski głos Jayne 

Reznor.

-  To   ty   jesteś   tym   młodym   człowiekiem   z   nowymi   pomysłami,   którego   mamy 

zadowolić - mówiła do Davida.

background image

- Chciałbym zadać wam też kilka trudnych pytań - przyznał. - Czy podać pani 

półmisek z wędlinami?

W czasie prezentacji Eve nie odzywała się. Kiedy prowadzący wreszcie 

usiadł, była gotowa zgodzić  się z Davidem. Propozycje nie różniły się niczym od 

tych sprzed roku czy dwóch. Trudno byłoby  znaleźć rażące błędy, lecz nikt nie 

doszukałby się też nowych pomysłów.

- Kawał fachowej roboty - David przerwał ciszę. - Jednak tym razem chcielibyśmy 

zagospodarować   inny   sektor   rynku.   Nasi   obecni   klienci   należą   do   starszej 

generacji, pora dotrzeć do  młodych. Eve nie wiedziała, czy sam na to wpadł, czy 

po prostu prezentuje poglądy Henry'ego.

Jayne Reznor wyprostowała się na krześle.

- Słuchaj, David, jeśli mogę się do ciebie tak zwracać.

- Tak mam na imię - zgodził się.

-  Możemy oczywiście skierować reklamę do młodszego pokolenia.  Przyznasz 

jednak, że młodzi szukają   innego produktu niż wasi dotychczasowi klienci. - 

Rzuciła   przelotne   spojrzenie   na   platynową     obrączkę   Eve.   -   Powiedzmy,   że 

większość wolałaby nosić coś innego niż ich babcie.

Eve nie mogła uwierzyć własnym uszom. Czyżby ta kobieta rzeczywiście 

zamierzała  kogoś   obrazić?   Gdy    tamta  spojrzała  lekceważąco  na  pojedynczy 

sznur pereł na jej szyi, Eve nie miała już wątpliwości.

- Możemy przygotować kampanię skierowaną do młodych, ale jeśli produkt nie 

jest atrakcyjny dla  odbiorcy, i tak go nie kupi.

- Przygotujemy nowe wzory - obiecał David.

- To zmienia postać rzeczy. - Spojrzała na niego. - Przypomniała mi się bardzo 

udana kampania sprzed  kilku lat. Fotografowaliśmy właściciela firmy z kobietami 

noszącymi jego wyroby. Co miesiąc inna  modelka.

Henry roześmiał się.

- O ile pamiętam, chodziło o bieliznę. Podobał mi się ten pomysł, choć nie wiem, 

jak to zostało  zrobione. Na przykład modelka w koronkach na stoku narciarskim 

nie trzęsła się z zimna. Nie miała  nawet gęsiej skórki.

- Dlatego wynajmujemy najlepszych fotografów - wyjaśniła Jayne. Spojrzała z 

background image

uśmiechem   na   Davida.   -     Podobnie   możemy   potraktować   biżuterię.   Jesteś 

przystojny   i   fotogeniczny.   Pokazalibyśmy   cię   na     zdjęciach   w   towarzystwie 

modelek. Co ty na to?

Eve   zupełnie   nie   podobał   się   ten   pomysł.   Jedynie   ze   względu   na 

Henry'ego powstrzymała się od  komentarza.

-   Może   powinniśmy   się   porozumieć   z   jakąś   siecią   sklepów   odzieżowych   - 

zaproponowała.   -   Oni   ubiorą     modelki,   zareklamujemy   się   wspólnie   i   w   ten 

sposób zmniejszymy koszty.

- Myślę, że ubrania nie będą potrzebne - stwierdziła Jayne.

- Słucham? - spytała Eve lodowatym tonem.

- Ludzie mają zwrócić uwagę na biżuterię, nie na stroje.

- Jeśli modelki nie będą miały nic na sobie...

- Nagie modelki? - upewniła się Eve.

- Zrobimy to ze smakiem - zapewniła Jayne. - Nie chodzi nam o rozkładówki do 

czasopism dla panów.

- Słusznie - wtrącił Henry z uśmiechem. - W przeciwnym razie nikt nie spojrzy na 

naszą biżuterię,  choćby była najpiękniejsza.

Jayne przyglądała się Davidowi, jakby to on był towarem na sprzedaż.

- Niedobrze, że jesteś żonaty, ale jakoś to ukryjemy. Na pewno coś wymyślimy - 

zapewniła.

-   Mamy   zamiar   zorganizować   oficjalne   spotkanie,   żeby   przedstawić   Davida 

naszym klientom - wyjaśnił  Henry.

- To będzie świetny początek nowej kampanii - oznajmiła Jayne. - Wśród tłumu 

będą krążyć modelki z  najnowszymi wzorami biżuterii.

- Ciekawe, w co ubierze te dziewczyny? W stringi? - zastanawiała się Eve. - 

Jayne, nie chciałabym cię zniechęcać, ale firma, w której jesteśmy ubezpieczeni, 

nie   zgodzi się na to. Zażądają, żeby za każdą modelką chodził ochroniarz. To 

chyba nie zrobi dobrego  wrażenia, jak sądzisz?

Jayne wzruszyła ramionami.

-     Jestem   pewna,   że   coś   wymyślimy   -   odpowiedziała,   nawet   na   nią   nie 

spoglądając. - David,  zadzwonię do ciebie z propozycją haseł reklamowych.

background image

Dosyć tego, pomyślała Eve, coraz bardziej zdenerwowana.

- Na nas już czas - powiedziała. - Jeśli mamy coś reklamować, to musimy zrobić 

nowe  projekty.

Kiedy wyszli z budynku, Eve nadal kipiała ze złości.

- Bezczelna baba - mruknęła.

- Pomysł jest niezły - powiedział Henry. - Poczekajmy na ostateczną propozycję. 

Mamy piękny dzień,  więc wrócę do firmy na piechotę. Spacer dobrze mi zrobi.

Ruszył, pogwizdując i machając laseczką. David zatrzymał taksówkę.

- Możemy teraz przez chwilę porozmawiać.

- O czym?

- Chciałbym, żebyś wszystko przemyślała na spokojnie.

- Rozumiem cię. Na pewno ci pochlebia, że kampania reklamowa będzie kręcić 

się wokół twojej osoby.   Przejrzyj na oczy, David, ta kobieta tobą manipuluje. 

Ktoś powinien sprowadzić cię na ziemię.

- Na razie twoje argumenty przeciw tej kampanii nie były zbyt rozsądne. Zupełnie 

jakbyś chciała  pokazać Henry'emu, że jesteś o mnie zazdrosna.

Eve zaniemówiła z wrażenia. Zazdrosna? Właśnie taki wniosek wyciągnął 

z ich dyskusji? Ma tupet...

-   Kochanie   -   mówił  dalej  David.   -   Jeśli   mnie   nie   chcesz,   to   przynajmniej  nie 

zachowuj się jak pies  ogrodnika.

- Słuchaj - powiedziała z furią. - Tak sobie myślę, że Jayne Reznor flirtowałaby z 

samym diabłem,  gdyby jej to pomogło zdobyć kontrakt. Nie obchodzi mnie, jak 

się na to zapatrujesz. Nie moja sprawa,  z kim się zadajesz. Przestań się łudzić, 

że zależy mi na czymś więcej niż na firmie.

- Prawda jest zupełnie inna. Zachowujesz się jak zazdrosny potwór i dziwisz się, 

że Henry wyciąga   fałszywe wnioski na temat naszych układów - przerwał jej 

David.

Sklep był już zamknięty. Pracownicy wyszli, lecz Eve nie zwracała na to 

background image

uwagi.   Przez   całe   popołudnie     poprawiała   błędy,   które   zrobiła   w   księgach 

rachunkowych.   Potem   wzięła   się   za   planowanie   zadań   na     najbliższe   dwa 

tygodnie.   Kiedy   skończyła,   w   sali   wystawowej   było   ciemno.   Blask   światła 

dochodził  tylko z pracowni na górze. Zamknęła biurko i ruszyła po schodach.

Stół   Henry'ego   zarzucony   był   narzędziami.   Jednak   nikt   przy   nim   nie 

siedział. Henry stał w przeciwnym  kącie, spoglądając ponad ramieniem Davida. 

Usłyszał Eve i kiwnął do niej ręką.

- Chodź, zobacz, co robi twój mąż.

Podeszła z ociąganiem. Henry odsunął się, robiąc jej miejsce. Spojrzał na 

nią uważnie.

- Kochanie, czy coś się stało?

Teraz   nie   mogę   ci   tego   powiedzieć,   pomyślała   ponuro.   Miała   ochotę 

wyjaśnić   mu   bez   owijania   w     bawełnę,   jak   wygląda   sytuacja   między   nią   a 

Davidem. Postanowiła jednak zaczekać.

- Miałam ciężki dzień - odpowiedziała.

- Trudni klienci?

-   Raczej   dziwacy.   Pamiętasz   ten   wielki   rubin,   którym   ozdobiłeś   jeden   z 

naszyjników? Sprzedaliśmy go  tuż przed walentynkami.

Henry skinął głową.

- Coś się z nim stało?

- Trafił do pewnej pani, która twierdzi, że ciąży na nim jakaś klątwa. Siedziała tu 

dziś w  nieskończoność, opowiadając mi o wszystkich nieszczęściach, które się 

wydarzyły od czasu, gdy  dostała go od narzeczonego.

-   Zaczarowany   rubin?   -   wtrącił   David.   -   Może   powinniśmy   go   odkupić   i 

pokazywać jako atrakcję  turystyczną?

-   Zdążyłam   się   zorientować   -   powiedziała   Eve   -   że   jedynym   przekleństwem 

związanym z tym rubinem jest  facet, od którego go dostała.

Spojrzała na stół.

- To ze starych pierścionków pani Morgan? - spytała zaskoczona.

Na stole leżała misterna pajęczyna z cienkiego, skręconego złotego drutu i 

łańcuszka   o   drobnych     ogniwach.   Połączenia   były   wzmocnione   niewielkimi 

background image

kawałkami złota w nieregularnym kształcie. Na tej  delikatnej koronce błyszczały 

niesymetrycznie rozmieszczone kamienie, które kiedyś tkwiły w  pierścionkach.

- Nie trzeba zaklętego rubinu, żeby przyciągnąć turystów - stwierdziła Eve. - Jeśli 

pani   Morgan   nie     zachwyci   się   tym   naszyjnikiem,   zrobię   z   niego   pierwszy 

eksponat do naszego muzeum.

- Dziękuję - szepnął David. 

Spojrzał   na   nią.   Poczuła   ucisk   w   gardle.   Zdziwiła   ją   własna   reakcja. 

Powiedziała mu zasłużony komplement, a on tylko okazał wdzięczność.

- Wracam już do domu, Eve - powiedział Henry. - Możemy wyjść razem.

Podszedł   do   swojego   stołu   i   zamknął   szuflady.   Eve   nadal   podziwiała 

naszyjnik.

- David, też już wychodzisz?

Pokręcił głową.

- Zostanę, żeby to dokończyć.

Poczuła   się   trochę   rozczarowana,   że   nie   wrócą   razem.   Dziwne,   bo 

poprzedniego   wieczoru   oddałaby     wszystko,   byle   tylko   nie   dzielić   z   nim 

mieszkania. Wmówiła sobie, że prawdziwy powód jej kiepskiego   nastroju jest 

zupełnie inny. Nie musiała odkładać rozmowy z Henrym do następnego dnia, a 

nie miała  na nią wielkiej ochoty.

Chwilę później zjawił się Henry z kapeluszem i laseczką.

- W takim razie zobaczymy się później - powiedziała.

David wstał, a ona odruchowo nadstawiła  policzek. Musnął ją chłodnymi 

wargami, zatrzymując się dłużej w kąciku jej ust. Spojrzała przez  ramię. Henry 

spoglądał na nich zadowolony z siebie. Czuła się winna. Na pewno znów odniósł 

fałszywe wrażenie. Niedobrze...

- Henry - zaczęła, gdy tylko zamknął drzwi. - Dziękuję, że nie pytasz, jak się 

układa między mną a  Davidem, ale...

- Nie muszę pytać - powiedział łagodnie i podszedł do krawężnika. - Ciekawe, 

czy o tej porze uda nam  się złapać dwie taksówki.

Eve nie słuchała.

- Na tym polega problem. Z zewnątrz wygląda to tak, jakbyśmy... - Wzięła głęboki 

background image

oddech.   -     Henry,   domyślam   się,   że   marzysz   o   prawnuku,   który   będzie 

dziedzicem firmy. Muszę ci jednak  powiedzieć, że...

Lekko wzruszył ramionami.

-   Dziedzic?   Brzmi   to   bardzo   staroświecko.   Na   pewno   nic   takiego   nie 

powiedziałem.

Pomyślała, że jedno z nich musiało zwariować.

- Nie dosłownie, ale dawałeś do zrozumienia.

Machnął na przejeżdżającą taksówkę.

-   Moja   droga,   jestem   zbyt   rozsądny,   żeby   żądać   czegoś   takiego.   Byłaby   to 

głupota   z   mojej   strony.   Nie     zawsze   dzieci   dziedziczą   po   rodzicach 

zainteresowania i talenty. Na przykład twój ojciec. Był   doskonałym jubilerem, 

natomiast o interesach nie miał bladego pojęcia. A ty...

- Henry - zaprotestowała. - Wiesz, że firma jest dla mnie wszystkim.

- Oczywiście, kochanie, ale cieszę się, że nie przejmiesz jej sama - uśmiechnął 

się.   -   Kocham   cię,   ale     gdy   sobie   wyobrażę,   jak   siedzisz   przy   moim   stole, 

próbując zrobić naszyjnik, to oblewa mnie   zimny pot. W każdym razie byłbym 

durniem, robiąc plany dla przyszłych pokoleń. Jak mógłbym wiązać nadzieje z 

dzieckiem, które nawet nie jest jeszcze w planach?

Otworzył tylne drzwi taksówki. Eve zajęła miejsce.

- To nie znaczy, że nie chciałbym doczekać się prawnuka - dodał z uśmiechem. - 

O, nadjeżdża  następna taksówka. Do zobaczenia jutro, kochanie.

Jadąc   do   domu,   zastanawiała   się,   czy   rzeczywiście   zupełnie   nie 

zrozumiała intencji Henry'ego. Była   przekonana, że musiał kiedyś zwierzyć się 

jej  ze  swoich   marzeń   na   temat   przyszłości   rodziny.  Taksówka  zatrzymała   się 

przed   budynkiem.   Eve   zapłaciła   i   wysiadła.   Dozorca   właśnie   zbierał   się   do 

wyjścia, kiedy weszła.

- Panno Birmingham, to znaczy pani Elliot. Nie wiedziałem, co mieli zrobić z tymi 

wszystkimi  pudłami, więc kazałem postawić je na pani piętrze obok windy.

- Z pudłami? - upewniła się.

- Tak. Nie chciałem, żeby ci ludzie od przeprowadzek wchodzili do mieszkania w 

czasie państwa  nieobecności - dodał, wychodząc.

background image

Przypomniała sobie, że David wysłał swoje rzeczy z Atlanty. Wyjęła listy ze 

skrzynki i ziewając,   wsiadła do windy. Zajmę się tym jutro, pomyślała. Drzwi 

windy   otworzyły   się  na   dziewiątym   piętrze.     Wysiadła   i  zatrzymała   się   w  pół 

kroku.   Korytarz   był   zastawiony   kartonowymi   pudłami,   plastikowymi   i 

drewnianymi   pojemnikami.   W   niektórych   bez   trudu   zmieściłby   się   telewizor. 

Znalazł się tu nawet fotel obity czerwoną skórą. Mnóstwo pudełek miało nalepki z 

napisem: "Ostrożnie - szkło". Pozostawiono jedynie wąskie przejście pomiędzy 

pakunkami. Powiedział, że wysłał  tu tylko trochę rzeczy, pomyślała przerażona.

Za jej plecami znów otworzyły się drzwi windy. Wysiadła sąsiadka, ciemna 

blondynka, starsza od Eve o  kilka lat.

- Przepraszam za bałagan - powiedziała Eve odruchowo.

- Mówiłam im, żeby nie zastawiali korytarza, ale mnie zignorowali - poskarżyła 

się sąsiadka.

- Gdy tylko wróci mój mąż...

- To wszystko jego? - zdziwiła się tamta już łagodniejszym tonem.

Eve zdjęła najwyżej stojące pudełko, które niebezpiecznie się chybotało i 

weszła   do   mieszkania.     Natychmiast   sięgnęła   po   telefon.   Długo   trwało,   nim 

wreszcie usłyszała trochę zaaferowany głos  Davida.

- Słucham?

- Jesteś tu potrzebny, natychmiast.

Na chwilę zaległa cisza.

- Miałem nadzieję, że za mną zatęsknisz - powiedział - ale nie przypuszczałem, 

że stanie się to tak  szybko.

- David, daj spokój. Między nami nic się nie zmieniło. Przywieźli twoje rzeczy. 

Przyjedź w ciągu pół  godziny, bo pudła ze szkłem mogą nie przetrwać.

- To pewnie porcelana mojej babci.

Spojrzała   z   niedowierzaniem   na   pudełko.   Było   zbyt   lekkie   jak   na 

porcelanę.

- Możesz je otworzyć - dodał, jakby czytał w jej myślach, co ją zdenerwowało.

-   Gdy  tylko  chwyci  mnie  nieprzeparta  chęć  rozpakowywania,  zacznę  od  tego 

pudełka. Na razie  mam co robić.

background image

Szybko przebrała się w dżinsy i sweter. Kiedy David przekręcał klucz w 

zamku, była już zajęta  gotowaniem. Wszedł, niosąc dwa pudełka.

- Zrozumiałem, o co ci chodzi, dopiero gdy to zobaczyłem. Nie zdawałem sobie 

sprawy, że mam tyle   rzeczy - wyjaśnił. - Nie wiedziałem, że lubisz gotować - 

dodał, wdychając aromaty dochodzące z  kuchni.

- Zwykle unikam takich zajęć, ale dziś będziesz potrzebował dużo energii, by 

rozpakować te pudła. A  jeśli zajmę się kuchnią, nie będę musiała pomagać.

- Wiedziałem, że coś się za tym kryje.

- Zajrzałam do środka - powiedziała, wskazując pudełko. - To nie porcelana.

- Jednak nie wytrzymałaś - roześmiał się i delikatnie wyjął ze środka plastikowy 

model zabytkowego  samochodu.

Była   to   bardzo   dokładna   replika,   odtworzono   najdrobniejsze   szczegóły. 

David rozwinął  miękki papier.

- Zapomniałem, że go mam. To pierwszy model, jaki skleiłem. Byłem jeszcze 

dzieckiem.  Tylko ten zatrzymałem.

- To pocieszające. Już się bałam, że w innych pudełkach jest ich więcej.

Samochodów   nie   znajdziesz,   bo   po   jakimś   czasie   przerzuciłem   się   na 

samoloty i helikoptery. Później   zainteresowały mnie modele w butelkach, ale 

szybko odkryłem, że praca ze złotem i brylantami   daje więcej przyjemności i 

satysfakcji.

Rozwinął  papierowe  zawiniątko,  które  znalazł  na  dnie  pudełka.  Była  to 

tubka zaschniętego kleju.

- Nie sądziłem, że to też przywiozą.

- Zostawiłeś im całe pakowanie? - Pokręciła głową. - Takie firmy pakują każdy 

śmieć,   który   znajdą.     Szczególnie   jeśli   opłata   uzależniona   jest   od   wagi   i 

rozmiarów paczki.

- Moja znajoma przeprowadzała   się w zeszłym roku do innej dzielnicy. Ekipa 

zawinęła w miękką gąbkę każdą złamaną kredkę jej  dziecka. Jeśli nie wyrzucisz 

śmieci z kosza, na pewno wsypią jego zawartość do kartonu i zakleją.

- Teraz rozumiem, dlaczego tyle tych pudeł.

- Nigdy się nie przeprowadzałeś?

background image

- Zwykle niedaleko. Umawiałem się z kumplami i w jedno popołudnie sprawa była 

załatwiona.

-   Myślę,   że   tymczasem   możesz   ustawić   wszystkie   pudła   w   salonie   przed 

regałami.

- Nie będą przeszkadzać?

-   Będą,   ale   tylko   tam   się   zmieszczą   -   powiedziała,   przykrywając   garnek 

pokrywką. - Ja w tym czasie   przejrzę ogłoszenia. Od jutra zaczniemy szukać 

jakiegoś   domku.   Przy   odrobinie   szczęścia     przeprowadzimy   się   na   Boże 

Narodzenie. Włączyć muzykę, żeby dodała ci energii? Może ragtime albo jakieś 

brazylijskie rytmy?

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

David  czuł  się   przytłoczony  ilością  pudeł  czekających  w  korytarzu.   Nie 

zdawał   sobie   sprawy,   że     zgromadził   tyle   rzeczy.   Jednak   prawdziwym 

zaskoczeniem był widok Eve. Nigdy przedtem nie widział jej   w dżinsach. Były 

bardzo   obcisłe   i   podkreślały   jej   zgrabną   figurę.   Za   każdym   razem,   gdy   mijał 

kuchnię, niosąc kolejne pakunki, ciekawie zerkał na Eve. To było głupie, ale nie 

mógł się oprzeć.

Nadal nie mieściło mu się w głowie, że zgromadził tyle rupieci. Sprzedał 

część mebli, resztę   przekazał dla schroniska dla bezdomnych. Zostawił tylko 

ukochany   skórzany   fotel   i   niewielki   stolik.     Spodziewał   się,   że   reszta   rzeczy 

zmieści się w kilkunastu pudłach.

Dopiero   po   godzinie   na   korytarzu   widać   było   wyraźną   różnicę.   Eve 

przyniosła   wysoką   szklankę   mrożonej     herbaty.   David   jednym   haustem   wypił 

połowę.

-   Ostatnio   nie   chciało   mi   się   chodzić   na   siłownię.   Jak   przerzucę   tę   stertę, 

wystarczy mi treningu na  rok. Nasz salon zaczyna wyglądać jak chiński mur.

- Wiem. Dokończę wnoszenie i biorę się za rozpakowywanie. A jeśli pudła są do 

połowy puste?

-   Obawiam  się,   że  możesz  nie  mieć  tyle  szczęścia  -  powiedziała   i  delikatnie 

przejechała dłonią po blacie stolika, który właśnie zamierzał wnieść. -   Bardzo 

ładny.

- Cieszę się, że mamy podobny gust.

- Nie zawsze. Po co ci ten fotel? Miejscami ma zupełnie przetartą skórę.

- To ulubiony fotel mojego ojca.

- Domyślałam się, że masz do niego sentyment, bo uroda tego mebla jest dość 

wątpliwą sprawą. Musimy   kupić dom z obszerną piwnicą. - Schowasz tam, co 

będziesz chciał. Żeby ci nie było przykro, że twoje  skarby tam wylądują, pomogę 

ci coś przenieść - powiedziała, sięgając po pudełko na szczycie  sterty.

background image

David   nie   zdążył   jej   ostrzec,   że   jest   dużo   cięższe,   niż   na   to   wygląda. 

Przechyliło się  niebezpiecznie i runęło w jej kierunku. Straciła równowagę. David 

błyskawicznie wyobraził sobie, że   Eve uderza plecami o twarde płytki podłogi. 

Rzucił się do przodu. Wiedział, że nie uda mu się w  pełni zapobiec katastrofie i 

Eve   upadnie.   Usiłował   przynajmniej   odepchnąć   spadające   pudło,   żeby   nie 

wylądowało na jej żebrach.

Dosięgnął pudła, lecz pośliznął się przy tym na rozlanej herbacie i upadł prosto 

na Eve. Pudło z  hukiem uderzyło o podłogę.

- Czy mógłbyś mi powiedzieć, co miałeś zamiar zrobić? - spytała spokojnie, leżąc 

na podłodze.

Uniósł głowę.

- Robiłem, co mogłem, żeby nie spadła na ciebie piła.

- Co? - Spojrzała w stronę pudła.

- Piła tarczowa. Przejąłem po ojcu trochę narzędzi.

- Skąd wiesz, że jest właśnie w tym pudle?

- Sam ją pakowałem jeszcze w jego domu. Ojciec robił meble. Nauczył mnie 

dbać o narzędzia. Zachowałem  je, żeby urządzić własny warsztat.

-   W   takim   razie   musimy   poszukać   domu   z   naprawdę   dużą   piwnicą.   Może 

tymczasem wstaniemy z podłogi? Jest mi tu dość niewygodnie.

Powoli zaczął się podnosić. Zupełnie nie miał na to ochoty. Wolałby raczej 

objąć Eve i mocno ją  pocałować. Wstał, ociągając się, i podał rękę Eve.

- Nic ci się nie stało? - spytał.

-   Chyba   miałeś   szczęście.   Musiałbyś   tłumaczyć   się   przed   Henrym,   gdybym 

połamała kości.

Otrzepała dżinsy i weszła do środka. Zdał sobie sprawę, że gdyby stało jej 

się coś poważnego,   rozmowa z Henrym nie byłaby największym problemem. 

Prawdziwym koszmarem byłyby dręczące go wyrzuty  sumienia.

background image

Następnego ranka byli gotowi do wyjścia punktualnie co do minuty.

- Mam nadzieję, że po drodze nic nas nie zatrzyma. Taksówka nie złapie gumy, 

żadnych stłuczek ani  walących się budynków - powiedziała Eve, dopijając kawę.

- I nie zepsuje się zamek u drzwi - dodał David, poruszając klamką. - Mówię 

poważnie.   Chyba   odpadła     sprężyna.   Możemy   wyjść,   ale   drzwi   nie   da   się 

zamknąć.

- Po prostu cudownie. Zadzwonię do konserwatora budynku. Jeśli odbierze jego 

żona i powie, że właśnie wyjechał, to nie ręczę za siebie.

- Rozejrzyj się, może masz śrubokręt? - odezwał się David.

- Nigdy nie miałam.

- W moich rzeczach jest gdzieś pudełko z podręcznymi narzędziami.

-   Gdzieś?   To   cenna   wskazówka.   Mam   szukać   na   chybił   trafił?   -   spytała 

zaczepnie.

- Już ci mówiłem, że gdybyś jadała śniadania, miałabyś rano lepszy humor - 

powiedział i ruszył na  poszukiwanie narzędzi.

Kiedy   David   znalazł   wreszcie   szary,   plastikowy   pojemnik,   potrzebował 

tylko kilku minut, żeby uporać  się z zamkiem. Jednak i tak spóźnili się do pracy 

po raz trzeci z rzędu.

- Żałuję, że odwołałem zakłady - stwierdził Henry, gdy wreszcie dotarli.

Eve opowiedziała o historii z zamkiem. Henry tylko przewrócił oczami.

- Może lepszy byłby nowy konkurs - stwierdził. - Trzeba będzie obstawiać, jaką 

podacie  przyczynę spóźnienia.

Spojrzał uważnie na Davida.

-   Sprzątałem   dziś   na   moim   stole   i   znalazłem   kamień,   o   którym   już   dawno 

zapomniałem. Przepiękny  szafir, pięć czy sześć karatów. Kupiłem go jakieś dwa 

lata temu. Może chcesz obejrzeć?

Eve   nie   zdziwiła   się,   że   Henry   mógł   zapomnieć   o   takim   kamieniu,   ale 

nerwowo rozejrzała się wokół.  Lepiej, żeby tego nie usłyszał żaden klient.

-   David,   zanim   pójdziecie   do   swoich   zabawek,   chciałabym   wiedzieć,   czy 

skończyłeś naszyjnik  dla pani Morgan.

Skinął głową.

background image

- Muszę jeszcze tylko sprawdzić, czy czegoś nie przeoczyłem.

- Zadzwonię do niej i powiem, że może go dziś odebrać - powiedziała i poszła do 

swojego gabinetu.

Ktoś położył na jej biurku gazetę otwartą na rubryce towarzyskiej. Zajrzała 

do niej, wybierając  numer telefonu. Gazeta poświęciła pół strony reportażowi ze 

ślubu Eve i Davida. Eve zostawiła  Estelli Morgan wiadomość na automatycznej 

sekretarce i czytała dalej. Reporter przedstawił   uroczystość i wesele, jakby to 

była najbardziej romantyczna historia stulecia. Zamyśliła się. Dla  niej wyglądało 

to zupełnie inaczej.

Schowała   gazetę   do   szuflady   i   zeszła   do   sali   wystawowej.   Poranek   był 

wyjątkowo spokojny. Nie pojawił  się jeszcze żaden klient. Jedna z ekspedientek 

czyściła   wszechobecne   odciski   palców   na   szklanej     gablocie,   druga   układała 

pierścionki,   żeby   lepiej   prezentowały   się   w   świetle   punktowego   reflektora. 

Plotkowały, nie przerywając pracy. Eve przeszła już przez pół sali, gdy usłyszała 

znajome imię.

-   Nigdy   nie   sądziłam,   że   Travis   Tate   będzie   takim   wspaniałym   ojcem   - 

powiedziała jedna z nich.

- Ja też nie, ale teraz...

- Coś się stało z Travisem? - Eve wtrąciła się do rozmowy. - Przecież był u nas w 

poniedziałek.

- Tak, to ja rozmawiałam wtedy z jego sekretarką. Pilnie go szukała. Dlatego był 

w twoim gabinecie.  Powiedział, że nie będziesz miała nic przeciwko temu, jeśli 

skorzysta z telefonu.

- Dlaczego nie zadzwoniła do niego na komórkę?

Ekspedientka wzruszyła ramionami.

- Podobno nie działała. W każdym razie wtedy nie wiedziałyśmy, o co chodzi.

Pewnie szukał go jakiś klient? - upewniła się Eve już spokojniejszym tonem.

-   Też   tak   myślałam,   ale   jego   sekretarka   dziś   zadzwoniła   i   wyjaśniła   sprawę. 

Szukała wtedy Travisa, bo  jego żona zaczęła rodzić.

- Tym razem bliźniaki - dodała druga pracownica.

Eve poczuła, że grunt usuwa jej się spod nóg. Powiedziałam mu, żeby 

background image

wrócił do domu i ratował  małżeństwo. Energicznie się do tego zabrał, pomyślała.

-   To   były   wcześniaki.   Spodziewali   się   ich   za   niecałe   dwa   miesiące.   Pewnie 

dlatego Travis był   tutaj, a nie w domu przy żonie. W każdym razie ma dwóch 

chłopców. Pewnie wpadnie do nas pokazać  zdjęcia.

Szczerze  wątpię,   skomentowała  w  duchu  Eve  i  zawróciła  do   gabinetu. 

Chciała być sama. Czuła się tak słabo, jakby za chwilę miała zemdleć. Słyszała 

za plecami dalszy  ciąg rozmowy.

- Może nie powinnam nic mówić? Myślisz, że była nim zainteresowana?

- Chyba żartujesz. Kobieta, która jest z Davidem Elliotem, nie spojrzy nawet na 

takiego głupka jak  Travis.

Pomyślała, że łatwo się pomylić, jeśli nie zna się całej prawdy. Te plotkujące 

kobiety niewiele rozumiały ze sprawy, o której tak zawzięcie dyskutowały. Jednak 

nie   czuła   się   oburzona.   Przypomniała   sobie,   że     nie   tylko   one   wyrażają   się 

lekceważąco   ojej   byłym   ukochanym.   Według   Davida   Travis   wszystko 

zaplanował. Nie był w niej zakochany, kłamał na temat separacji z żoną. Dopiero 

teraz dotarło do  niej, że kiedy

Travis mówił o rozpadającym się małżeństwie, jego żona musiała już być w ciąży. 

Nie  trzeba było nawet zaglądać do kalendarza, by to ustalić.

Poczuła   narastającą   wściekłość.   Kiedy   ona   nie   spała   po   nocach, 

zmagając   się   z   decyzją   co   do   ich     przyszłości,   Travis   cieszył   się   życiem   w 

domowych pieleszach. Gdy zdecydowała się poświęcić własne   szczęście dla 

dobra jego dzieci, pewnie już wiedział, że żona jest w ciąży. No i oczywiście 

wiedział o tym, gdy spotkał Eve na lotnisku. Mówił wtedy, jak bardzo stara się 

uratować małżeństwo, lecz niestety, bez skutku.

Była zła na niego, a jeszcze bardziej na siebie. Ależ z niej naiwna idiotka! 

Uwierzyła we wszystkie  kłamstwa Travisa. Nabrała się na najstarszą na świecie 

historyjkę   o   mężu,   którego   nie   rozumie   żona.     Idiotko,   powtarzała   sobie,   nie 

kochał cię. Chciał tylko skorzystać z okazji, a przy tym zadbać o  własne interesy. 

Znów   przypomniała   sobie,   co   mówił   David.   Travis   pewnie   porzuciłby   żonę. 

Ostatecznie   związek   z   Eve   dawał   mu   dostęp   do   majątku   Henry'ego.   Teraz 

zrozumiała zachowanie Travisa  na widok Davida. Nie mógł go znieść, bo David 

background image

pokrzyżował mu plany.

Rozległ się cichy dzwonek u drzwi. Wszedł jakiś klient. Eve nie zwróciła na 

to uwagi. Jednak po chwili usłyszała obrażony głos Estelli Morgan.

-   Zupełnie   nieodpowiednia   chwila,   żeby   ściągać   mnie   do   śródmieścia   - 

przemawiała   do   ekspedientki.   -     Przecież   byłam   tu   już   wczoraj.   Oczywiście, 

gdybym się nie upomniała, nie wiadomo, jak długo by to  jeszcze trwało.

- Mamo - zaprotestował cienki głosik. - To nie wina ekspedientki.

Eve wzięła głęboki wdech, zapomniała na moment o Travisie, przyoblekła 

twarz w grzeczny uśmiech i  ruszyła przez salę. Podeszła do Estelli Morgan i jej 

czarnowłosej, niewysokiej córki. Stojąca przed  nimi ekspedientka wyglądała na 

przerażoną.

- Ja obsłużę panią Morgan - powiedziała cicho. - Poproś tu pana Elliota.

Pracownica   z   wyraźną   ulgą   popędziła   w   stronę   schodów.   Estella 

obdarzyła Eve niechętnym spojrzeniem.

- Podobno naszyjnik już gotowy. - Rozejrzała się. - Nigdzie go nie widzę.

- Nie wystawiamy zamówionej biżuterii bez zgody jej właściciela - odparła Eve 

miłym tonem. - Proszę za  mną.

Poprowadziła panie do małego pokoju na parterze.

- Myślę, że ci się spodoba - powiedziała z uśmiechem do młodszej z kobiet.

Dziewczyna nie była co do tego przekonana.

- Czego byście nie zrobili z tymi pierścionkami, zawsze będą to stare rupiecie - 

powiedziała     cicho.   -   To   nie   był   mój   pomysł.   Gdyby   to   ode   mnie   zależało, 

pozbyłabym się ich i kupiła coś naprawdę  ładnego.

- Jess, kochanie - odezwała się Estella słodkim głosem. - Eve zapewnia, że te 

stare rupiecie w  rękach mistrza zamieniły się w prawdziwy skarb.

Jeśli jej się nie spodoba, pomyślała Eve, naprawdę to odkupię. Wszedł 

David, trzymając zawiniątko z czarnego aksamitu. Za nim wkroczył uśmiechnięty 

Henry.

- Nie   chcę przeszkadzać -   powiedział,   witając   się z Estellą. - Jestem tylko 

ciekaw, czy  się spodoba.

David   jednym   ruchem   rozwinął   aksamit.   Przed   chwilą   nie   było   na   co 

background image

patrzeć. Teraz nagle przed oczami   zgromadzonych ukazała się błyszcząca w 

świetle złota pajęczyna. Eve pomyślała, że David zachował   się jak wytrawny 

aktor.

Zapadła   długa   cisza.   Zwykle   był   to   dobry   znak,   gdy   klient   milczał 

zaskoczony   urodą   przedmiotu.     Jednak   z   Estellą   Morgan   nigdy   nic   nie   było 

wiadomo. Wreszcie Jess wyciągnęła palec i  dotknęła naszyjnika tak delikatnie, 

jakby mógł się rozpłynąć. Spojrzała na Davida.

- Nie do wiary, co pan potrafi zrobić. Jak zobaczą to moje przyjaciółki, wszystkie 

przybiegną, żeby coś u pana zamówić. Jednak to ja mam pierwszą rzecz, którą 

pan zrobił w  Chicago.     

Nieprawda, pomyślała z dumą Eve. Moja obrączka była pierwsza.

- Mam nadzieję, że ten naszyjnik nigdy ci się nie znudzi.

Estella Morgan głośno chrząknęła,  żeby zwrócić na siebie uwagę.

-   Niezupełnie  tak   to   sobie   wyobrażałam   -   stwierdziła.   Po   raz   drugi   w  pokoju 

zaległa  cisza.

- O to właśnie chodzi - zaczęła Eve. - Specjalizujemy się w rzeczach niezwykłych 

i niepowtarzalnych. Gdyby chciała pani coś przeciętnego, nie przyniosłaby pani 

pierścionków do Birminghama, tylko do   innego jubilera, których w tym mieście 

są setki, prawda?

- Mamo, nie wygłupiaj się - nie wytrzymała Jess. - Nie widzisz, że jest cudowny? 

Pomoże pan mi to  założyć? - Jess zwróciła się do Davida, patrząc mu zalotnie 

prosto w oczy.

David zerknął na Eve.

- Chyba ty masz większe doświadczenie.

Eve   zapięła   naszyjnik.   Pani   Morgan   zdążyła   już   sięgnąć   po   torebkę. 

Wstała.

- Wygląda jak obroża - oświadczyła. - Ale jeśli ci się podoba, kochanie, to i ja 

jestem  zadowolona.

Henry odprowadził obie panie do drzwi. Gdy wreszcie zniknęły, Eve z ulgą 

opadła na krzesło.

- Ciekawe, co ona sobie wyobrażała. Że połączymy stare pierścionki w jeden 

background image

łańcuch?

David spojrzał na nią badawczo. Czuła, że wreszcie opuszcza ją napięcie, 

którego  od  dawna  nie  mogła     się  pozbyć.   Była  wściekła,   kiedy  ekspedientka 

powiedziała jej o żonie Travisa, lecz dopiero teraz   zdała sobie sprawę, że nie 

cierpiała z tego powodu. Czuła ból po rozstaniu z Travisem, to prawda.   Teraz 

jednak   nie   był   już   w   stanie   jej   zranić.   Nie   rozumiała,   jak   to   się   stało,   lecz 

właściwie     przestało   ją   to   obchodzić.   Wreszcie   czuła   się   wolna.   Musiałam 

przeczuwać, że coś między nami było  nie tak, pomyślała. Spojrzała na Davida 

zupełnie inaczej niż dotychczas. Jakby nagle ujrzała go przez mikroskop. Nie 

była wolna, lecz nie z powodu Travisa. Była przekonana, że go kocha, ale  wtedy 

jeszcze nie miała pojęcia, co to jest miłość. Teraz dotarło do niej, że w ciągu 

ostatnich dni  stało się coś niewyobrażalnego. Zakochała się we własnym mężu.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Wmówiła   sobie,   że   z   powodu   Travisa   już   nigdy   nie   będzie   w   stanie 

kochać. Tamten związek oparty był   wyłącznie na jednostronnym zauroczeniu, 

teraz stało się to dla niej jasne. Jak i to, że zakochała   się do szaleństwa w 

Davidzie.   Zastanawiała   się,   jak   do   tego   doszło.   Ustalili   warunki,   wytyczyli 

granice, oboje to zaakceptowali.

Od początku miała do niego zaufanie. Mogła na nim polegać i nie musiała 

mieć się na baczności.  Polubiła go, a potem sprawy nabrały tempa i zaczęło się 

dziać coś dziwnego.

- Eve? Wszystko w porządku? - spytał David.

Zesztywniała, jakby obawiała się, że może odczytać  jej myśli.

-  Świetnie  - powiedziała.  - Tylko trochę boli mnie ramię.  Chyba wczoraj przy 

upadku  naciągnęłam sobie jakiś mięsień.

Stanął za jej krzesłem.

- Pokaż, gdzie boli.

- To naprawdę nic takiego. - Pokręciła głową.

Położył   dłonie   na   jej   ramionach   i   delikatnie     próbował   znaleźć   bolące 

miejsce. Chciała wstać, strącić jego dłoń, a jednocześnie pragnęła jak najdłużej 

napawać się jego delikatnym dotykiem.

- Może powinnaś wrócić do domu, poleżeć, zrobić sobie okład?

-   Nie   -   odpowiedziała  pospiesznie.   -   Mam  za  dużo  do  zrobienia,   żeby  wziąć 

wolny dzień.

-   Dzwoni   pani   Reznor   z   agencji   -   poinformowała   ekspedientka,   stając   w 

drzwiach.

Eve wstała.

- Odbiorę u siebie.

Ekspedientka spojrzała z wahaniem.

- Prosiła Davida.

background image

- Oczywiście, powinnam się domyślić - stwierdziła Eve.

- Masz głośno mówiący aparat. Możemy oboje z nią rozmawiać.

- Jestem pewna, że nie będzie z tego zadowolona. - Spojrzała na Davida. - Boże, 

zachowuję się jak  potwór. Ta Jayne wyzwala we mnie najgorsze instynkty.

Mówiła   prawdę,   choć   podobnie   poczuła   się,   widząc,   jak   Jess   Morgan 

patrzy   w   oczy   Davidowi.   Poczuła     zazdrość.   Teraz   zrozumiała,   dlaczego   tak 

dziwnie   zareagowała,   gdy   David   zaproponował,   żeby     zmienili   łączącą   ich 

umowę   i   zaczęli   żyć   jak   prawdziwe   małżeństwo.   Była   zaintrygowana   taką 

możliwością, choć nie chciała się do tego przyznać. David nie ukrywał swego 

zainteresowania jej  osobą, a jej to pochlebiało. Po prostu.

David   proponował   jej   taki   związek,   jaki   łączył   Henry'ego   i   Sarah. 

Zaaranżowane małżeństwo, bez   wielkich uczuć, ale stabilne i trwałe. Jednak 

Eve   marzyła   o   prawdziwym   związku  pełnym   namiętności.  Trudno,   pomyślała. 

Marzenia są ważne, ale nie wolno zapominać o rzeczywistości. Mogła wybierać: 

albo związek bez  zaangażowania obu stron, albo nic. Nie, to zbyt okrutne...

David przekręcił klucz w zamku.

- Prawdziwa przyjemność. Nadal działa.

Eve   zdążyła   już   zapomnieć,   że   rano   mieli   kłopoty   z   zamknięciem 

mieszkania.

- Jak mogłeś wątpić? Przecież to ty naprawiałeś. A przy okazji, teraz twoja kolej 

na  gotowanie.

Spojrzał na nią spod oka.

- Naprawdę chcesz zaryzykować? Jeśli chodzi o moje umiejętności kulinarne, 

potrafię zrobić kanapki z  serem i zamówić przez telefon pizzę.

- Sera chyba nie mamy - powiedziała. - Musi być pizza.

- Może nawet udałoby mi się przygotować coś innego - stwierdził, sprawdzając 

zawartość   lodówki.   -     Najpierw   powinniśmy   napić   się   wina.   Jeśli   będziesz 

background image

wstawiona, nie zauważysz, gdy coś przypalę.

- Świetny pomysł. Zapomniałam cię zapytać, co miała do powiedzenia Jayne 

Reznor.

- Ciągle ten sam temat - powiedział, podając jej kieliszek z winem.

-   Mówiła,   że   będziesz   świetnie   wyglądał   na   jachcie   obok   modelki   ubranej 

wyłącznie w szafiry w kolorze  morskiej wody? Tak?

- Mniej więcej. Powiedziałem jej, że chcę, żebyś to ty wystąpiła jako modelka. 

Musi więc wytężyć  umysł, bo wspomniałem o twoim uczuleniu na słońce.

- Co?

- Żartuję. Powiedziałem, że jednak powinni wymyślić coś zupełnie nowego.

-   Masz   więcej   rozsądku,   niż   myślałam   -   stwierdziła   z   zadowoleniem.   Wzięła 

kieliszek i poszła się  przebrać.

Gdy wróciła, dobiegł ją hałas przestawianej patelni i ciche przekleństwo. 

Zniechęciło ją to do  zaglądania do kuchni. Salon też nie wyglądał przytulnie ze 

stertą   pudeł   i   rozsypanymi   narzędziami.     Chcąc   nie   chcąc,   wzięła   się   za 

porządki.   Stwierdziła,   że   podział   pracy   zupełnie   jej   nie   odpowiada.     Zaczęła 

żałować, że nie zgłosiła się na ochotniczkę do gotowania. Zdjęła kilka pudełek. 

Tym   razem     najpierw   sprawdzała,   czy   je   udźwignie.   Zajrzała   do   jednego   z 

napisem: "Szafki kuchenne". Jak  przypuszczała, w środku nie było szafek, tylko 

ich zawartość, wrzucona byle jak do kartonu przez  prężną ekipę. Nie brakowało 

nawet zeschniętego pieczywa. Miała nadzieję, że nie natknie się na  rozmrożone 

resztki z lodówki. Wyrzuciła śmieci do plastikowego worka i poszła do kuchni.

Mimo   obaw,   nie   otoczył   jej   swąd   spalonych   potraw.   Poczuła   zapach 

przypraw i smażonego łososia.  David uniósł wzrok. Nie miał na sobie marynarki 

ani krawata.

- Widzę, że wzięłaś się za porządki. Może znalazłaś mój ulubiony nóż?

- Ulubiony, bo jedyny? Był wśród rupieci. Wygląda, jakbyś ścinał nim gałęzie.

- To prawda, sporo przeszedł. Uważaj, jest ostry - powiedział, wyciągając rękę. 

Eve   próbowała mu go podać. Zderzyli się dłońmi. Eve wypuściła trzonek. Nóż 

wyleciał w górę.  Spadając, skaleczył jej przegub.

David miał rację. Nóż był ostry. W pierwszej chwili nawet nie poczuła, że 

background image

ma przeciętą skórę.   Zorientowała się, dopiero gdy zobaczyła pierwsze krople 

krwi. David natychmiast sięgnął po  papierowy ręcznik.

- To tylko draśnięcie - uspokoiła go.

- Ale i tak trzeba zdezynfekować - powiedział, otwierając apteczkę.

Eve   obrzuciła   kuchnię   roztargnionym   spojrzeniem.   Na   blacie   leżała 

papierowa serwetka z jakimiś  szkicami. David zauważył jej spojrzenie.

- Próbowałem narysować to, co wymyśliłaś.

- Ja?

-   Powiedziałaś  dzisiaj,   że  pani  Morgan  pewnie  chciała,   żebyśmy  połączyli  jej 

pierścionki   w   jeden     łańcuch.   To   według   mnie   świetny   pomysł   na   oryginalną 

bransoletę.

- Tylko żartowałam.

- Wiem, ale zainspirowałaś mnie. Nie myślałaś nigdy o projektowaniu?

Jeszcze raz spojrzała na szkic. Bransoletka była w zupełnie innym stylu 

niż naszyjnik Jess Morgan.  Jednak na odpowiednią okazję i do odpowiedniego 

stroju:..

- Trochę dziwna. Sama nie wiem.

- Ma własny, niepowtarzalny styl - upierał się. - Może nie na każdy gust, ale coś 

w niej jest.

- Próbujesz wymyślić wzory, które przyciągną młodszą klientelę?

Skinął głową.

- Nowy rodzaj biżuterii. Może niezbyt misternej, lecz oryginalnej. Rozumiesz, o 

czym mówię, prawda?

-  Naszkicuj coś, a jeśli znów zjawi się klient z garścią starych pierścionków...

-  Myślałem raczej o starych zapasach. Każdy jubiler przechowuje jakieś niezbyt 

udane egzemplarze.

- Znajdzie się coś na dnie głównego sejfu. Jeśli chcesz, mogę tam jutro zajrzeć.

David zabandażował jej przegub.

- Tworzymy zgrany zespół - stwierdził.

Pomyślała, że wolałaby, żeby łączyło ich coś więcej. Jednak dlaczego niby 

David miałby ją nagle obdarzyć gorącym uczuciem? Na początek dobry i “zgrany 

background image

zespół". Jeśli nie można mieć całego bochenka, lepiej zadowolić się jedną 

kromką, niż obejść się smakiem. Zgodziła się na małżeństwo oparte na szacunku 

i zaufaniu. Uważała, że o miłości nawet nie ma co marzyć. Jednak teraz 

radykalnie zmieniła poglądy na tę sprawę.

  David powiedział  kiedyś, że będzie potrzebowała  bliskości drugiej osoby i 

zatęskni   za   uczuciem.   Tak,   miał   rację,   a   ona   boleśnie   się   pomyliła.   David 

spojrzał przez ramię.

-  Jeśli nie jesteś poważnie ranna, może podasz tale...

  Przerwał   w   pół   słowa,   widząc   jej   spojrzenie.   Powoli   podeszła   do   niego. 

Czubkami   palców   dotknęła   jego   koszuli.   W   tych   dziesięciu   małych   punktach 

przywarła do niego jak przyklejona. Uniosła wzrok.

-  Pocałuj mnie.

- Znów ktoś nas obserwuje? 

Pokręciła przecząco głową.

- Po prostu mnie pocałuj. 

Wyciągnęła ręce i objęła go za szyję.

- Eve, co ci się nagle stało? - spytał niepewnym głosem.

-   Powiedziałeś, że jeśli będę chciała zmienić nasz układ, powinnam cię o 

tym uprzedzić. Chcę go zmienić - szepnęła.

 

Dotychczas zawsze całowali się przy świadkach. Teraz  wreszcie byli 

sami.   Świat   zewnętrzny   przestał   istnieć.   Liczył   się   tylko   David.   Po   raz 

pierwszy w życiu Eve była tak bezgranicznie szczęśliwa.

David uniósł głowę.

-  Do diabła, Eve. Czuję się jak w raju. Właśnie dostałem jabłko, ale wydaje 

mi się, że gdzieś tu czai się wąż - powiedział zdyszany.

-  Rozumiem. Jesteś zaskoczony, że próbuję cię kusić. Świetnie. Właśnie o 

to mi chodzi. Nie zapomnij wyłączyć piekarnika. Kolacja musi poczekać.

David   już   dawno   zorientował   się,   że   Eve   jest   najbardziej 

niebezpieczna,   gdy   się   uśmiecha.   Teraz   też   nie   mógł   się   oprzeć,   widząc 

zaproszenie, o którym mógł tylko marzyć. Jednak coś go niepokoiło. Zbyt 

szybko zmieniła zdanie. Wczoraj oskarżyła go, że nakłania ją do seksu, a 

background image

dziś   sama   próbowała   go   uwieść.   Jeśli   Eve   uważała,   że   Travis   Tatę   jest 

jedynym   mężczyzną,   którego   może   kochać,   to   jaką   rolę   przewidziała   dla 

niego? Miał zastąpić byłego ukochanego, bo akurat był pod ręką? Spojrzał na 

jej dłoń. Na palcu błyszczała obrączka, którą dla niej zrobił. Nie  miał zamiaru 

dłużej   roztrząsać   wszystkich   za   i   przeciw.   Wyciągnął   rękę   i   wyłączył 

piekarnik.

Eve zaskoczyło jego wahanie. Przecież wyraźnie dał do zrozumienia, że 

chciałby   się   z   nią   kochać.     Czyżby   od   wczoraj   zmienił   zdanie?   Jednak   nim 

zdążyła się nad tym dłużej zastanowić, nagle   najwyraźniej podjął decyzję, bo 

całkowicie przejął inicjatywę. Wziął ją na ręce i ruszył w stronę  sypialni.

-   Nie   mam   nic   przeciwko   temu,   żeby   kochać   się   w   kuchni   -   powiedział, 

popychając drzwi  ramieniem - ale aż tak nie musimy się spieszyć.

Nie miała czasu, żeby sobie wyobrażać, co będzie dalej. Pocałował ją i 

przycisnął do siebie.

Gdy   dużo   później   senna   i   uśmiechnięta   z   zadowolenia   leżała 

przytulona   do  niego,   przyszedł   czas   na     zastanowienie.   Jak   mogła   wątpić   w 

swoje uczucia? Przecież to było oczywiste, jasne jak słońce.

- Henry będzie uszczęśliwiony - szepnęła.

David uniósł głowę zaledwie o kilka centymetrów,  jakby nie miał siły.

- Myślisz teraz o Henrym?

- Przede wszystkim o tobie - powiedziała, powstrzymując ziewanie. - Teraz masz 

już  wszystko, co chciałeś zdobyć - szepnęła, zasypiając.

Eve   obudziła   się   o   świcie.   Leżała   nieruchomo,   patrząc   na   śpiącego 

Davida. Miał zmarszczone brwi, jakby się nad czymś zastanawiał. Za pierwszym 

razem, gdy   obudziła się obok niego, myślała tylko o tym, by jak najszybciej 

wyrwać się z niezręcznej sytuacji.   Tym razem miała ochotę obudzić Davida, 

background image

wśliznąć się w jego ramiona i kochać się z nim przez cały  dzień.

Jednak   postanowiła   być   rozsądna.   Pomyślała,   że   ostatnia   noc   był 

cudowna,   lecz   rankiem   trzeba     pozwolić   odpocząć   zmysłom   i   wrócić   do 

rzeczywistości.  Teraz   na   przykład   oboje   z   Davidem   powinni    pójść   do  pracy. 

Przypomniała   sobie   o   łączącej   ich   umowie.   Mieli   zbudować   związek   bez 

uczuciowego  zaangażowania. Nagle zaczęło jej to przeszkadzać. Ostatnia noc 

zmieniła wszystko. Eve poczuła się  bardziej związana z Davidem niż po złożeniu 

przysięgi małżeńskiej. Natomiast on chyba...

Nie   miała   wątpliwości,   że   tej   nocy   dała   mu   szczęście.   Warto   jednak 

pamiętać,   jak   sprawy   się   mają.  To     ona   była   ślepo   zakochana,   a   nie   David. 

Trzeba postępować wyjątkowo ostrożnie, bo David nie uwierzy w  nagłą zmianę 

uczuć.

Cicho wyśliznęła się z łóżka i podreptała do kuchni. Łosoś nie nadawał się 

już do zjedzenia. Z   przykrością wyrzuciła go do śmieci. Włączyła ekspres do 

kawy i zaczęła przeglądać zawartość lodówki.   Postanowiła zaskoczyć Davida. 

Dziś zje śniadanie, a nawet osobiście je przygotuje. Gdy omlet na  patelni zaczął 

przyjemnie pachnieć, zajrzała do pudła z rupieciami Davida, zdecydowana, żeby 

wyrzucić, co się tylko da. Jedyną przydatną rzeczą był otwieracz do konserw. 

Reszta wylądowała w  koszu na śmieci. Potem przyszła kolej na dokumenty. Eve 

włożyła je do znalezionego obok kalendarza. Odwróciła się, żeby spojrzeć na 

omlet.  Gwałtowny ruch spowodował, że kalendarz wysunął jej się z ręki. Papiery 

rozsypały się na wszystkie  strony. Zdjęła patelnię z ognia i zaczęła je układać.

Już   kończyła,   gdy   zobaczyła   wycinek   z   gazety.   Było   tam   zdjęcie 

uśmiechniętej pary. Nie włożyła  wycinka do kalendarza. Mężczyzną na zdjęciu 

był David. Z tekstu wynikało, że zaręczył się z Laurą  Benedict. Ślub planowano 

na listopad. Czyli... na teraz, uświadomiła sobie struchlała Eve.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Eve jak skamieniała patrzyła na skrawek gazety. Nic dziwnego, że zna się 

na welonach i sukniach  ślubnych, pomyślała wzburzona. Jednak po chwili znów 

była w stanie logicznie myśleć. Ślub miał być w   listopadzie, ale nie wiadomo 

którego roku. Może to jakaś stara historia, którą nie warto się  przejmować? Nie 

była naiwna. Nie uważała, że jest pierwszą kobietą w życiu Davida. Wiedziała o 

tym     od   pierwszego   pocałunku   na   lotnisku.   Od   tamtej   chwili   była   o   niego 

zazdrosna, choć  sobie tego  nie    uświadamiała. Żartowali  oboje z jego  tuzina 

kochanek.   Może   specjalnie   rozmawiał   w   ten   sposób,   by     ukryć   ten   jeden, 

naprawdę ważny dla niego związek? Daj sobie z tym spokój. Z jakiegoś powodu 

ożenił    się  nie  z  Laurą,   tylko  z  tobą,  przemawiała   do  siebie  w  duchu.   Laura 

Benedict i Travis Tatę należeli  już do przeszłości. Gdyby David uważał inaczej, 

nie przechowywałby wycinka wśród pomiętych kartek i  nieaktualnych numerów 

telefonicznych.

Mimo   wszystko   musiała   wiedzieć,   musiała   mieć   pewność.   Obejrzała 

jeszcze   raz   wycinek.   Na   odwrocie     znalazła   krótką   notatkę,   sporządzoną 

kobiecym charakterem pisma. Ślub miał się odbyć w nadchodzącym   tygodniu. 

Oczywiście, teraz już nic z tego. Wtrącił się Henry i przewrócił życie Davida do 

góry nogami. Sama przekonywała Davida, że zostać następcą Birminghama to 

szansa, która zdarza  się tylko raz. Tylko głupiec mógłby z niej nie skorzystać, a 

David   do   głupich   nie   należał.   Odszedł     więc   od   Laury.   A   jeśli   nie?   Może 

opowiedział jej takie same bajeczki jak Travis?

David wszedł do kuchni na palcach. Podszedł od tyłu do Eve i objął ją 

obiema rękami. Zesztywniała na  chwilę. Pocałował ją w szyję.

- Przestraszyłem cię? Przepraszam. Zobaczyłem, że robisz śniadanie. Musiałem 

cię dotknąć,  żeby się przekonać, że to nie złudzenie.

Wyśliznęła się z jego objęć i przełożyła omlet na talerz.

background image

- Za chwilę podam tosty.

- Nie jesz? Pewnie umierasz z głodu po dzisiejszej nocy - stwierdził David.

Zarumieniła się.

-  Już  zjadłam.  Teraz  wezmę  prysznic. To dość  długo  potrwa.   Pojedź dziś  do 

sklepu beze mnie.

Jej zachowanie zaniepokoiło go.

- Co mam powiedzieć Henry'emu?

- Na pewno coś wymyślisz - powiedziała, wychodząc z kuchni.

David   cicho   zagwizdał.   Nie   wiedział,   o   co   chodzi.   W   nocy   w   jego 

ramionach leżała zupełnie inna  kobieta. Nawet nie przejęła się, że nie zdąży na 

czas   do   pracy.   Czyżby   rozczarował   ją   jako     kochanek?   Nie,   mało 

prawdopodobne.   Wcale   nie   dlatego,   że   uważał   się   za   mistrza   erotycznych 

podbojów. Po prostu przekonał się, jak zmysłową i pełną temperamentu kobietą 

jest   jego   żona.   Pewnie   Eve   czuje     się   dzisiaj   nieco   zawstydzona.   Jednak 

zupełnie nie przewidział, że znów zamieni się w sopel lodu.

Czy uznała, że postąpiła nielojalnie wobec Travisa? W nocy wspomniała o 

uszczęśliwieniu   Henry'ego,     ale   to   bez   znaczenia.   Jednak   powiedziała   coś 

jeszcze. "Masz już wszystko, co chciałeś zdobyć".

- Dlatego to zrobiłaś? - szepnął do siebie. - Pomyślałaś, że to twój obowiązek?

Co jest  ze mną  nie  tak? Dlaczego trafiam na mężczyzn, którzy już są 

związani z innymi kobietami? -  zastanawiała się Eve, biorąc prysznic. Najpierw 

Travis, teraz David. Chociaż, były to dwa zupełnie  różne przypadki. Tym razem 

było   o   wiele   gorzej,   bo   wiadomość,   że   David   chciał   się   ożenić   z   inną,   nie 

wpłynęła na ochłodzenie jej uczuć. Nadal chciała budzić się w objęciach Davida i 

witać go  pocałunkiem. Wybrał ją, a nie Laurę. Chociaż, może wybierał między 

Laurą a firmą Henry'ego. Cóż, w  takiej sytuacji ta pani nie miała żadnych szans.

Eve  pomyślała,   że Travis  przypadkowo  trafił  w  sedno.  David  miał  zbyt 

dużo do stracenia, nie   zaryzykuje rozstania z żoną. Na pewno pozostanie jej 

background image

wierny. Nie złamie zasad, przynajmniej dopóki   Henry ma go na oku. To ona 

zachowała się jak rozpieszczone dziecko. Sama ustaliła zasady, a teraz  reguły 

tej   gry   przestały   jej   się   podobać.   Musiała   dokonać   wyboru.   Jeśli   chciała 

zachować szacunek do  siebie, powinna

dotrzymać   umowy.   W   przeciwnym   wypadku   złamałaby   serce   Henry'emu   i 

przekreśliła przyszłość Davida.  Nie będzie więcej takich szaleństw, jak ostatniej 

nocy. Pora wrócić do ustalonych wcześniej zasad.

Davidowi   zależało,   żeby   jak   najszybciej   porozmawiać   z   Henrym. 

Oczywiście,   jak   na   złość   starszy   pan     pojawił   się   w   sklepie   ze   znacznym 

opóźnieniem. Najpierw poszedł na śniadanie, potem do parku na  spacer. David 

siedział   przy   swoim   stole,   próbując   trzęsącymi   się   rękami   naprawić   zapięcie 

broszki  ozdobionej granatami. Kiedy usłyszał stukanie laski, odłożył narzędzia i 

odwrócił się.

- Henry - powiedział z ulgą. - Chciałbym przez chwilę z tobą pogadać.

Henry zatrzymał się obok stołu. Spojrzał na broszkę i pokręcił głową.

- Jeśli chcesz mojej rady, powiem ci, że chyba pijesz ostatnio za dużo kawy. 

Trzęsą ci się ręce.

- To nie z powodu kawy. - David wziął głęboki oddech.

Był   zbyt   niecierpliwy,   żeby   taktownie   nawiązać     do   interesującego   go 

tematu. 

- Chcę zmienić nasze ustalenia w sprawie firmy.

Henry zmarszczył czoło.

- Zdaje się, że już trochę na to za późno.

O wiele za późno, ale nie mam innego wyjścia, pomyślał David.

- Szczerze mówiąc, chciałbym zerwać naszą umowę.

Za jego plecami coś z hałasem upadło na  podłogę. David odwrócił się na 

krześle.   Na   podłodze   leżała   tacka   wyłożona   aksamitem.   Wokół  rozsypało  się 

kilkanaście pierścionków. Eve stała z opuszczonymi rękami. Patrzyła na niego z 

background image

taką miną, jakby ją  uderzył. David szybko wstał

- Eve.

Henry przytrzymał go za ramię. David zdawał sobie sprawę, że jednym 

ruchem może zrzucić jego dłoń.   Jednak nie miało to sensu. Słyszał, jak Eve 

zbiega  po  schodach.   Już  nie  mógł  jej  dogonić.   Przed  nim    leżały   porzucone 

pierścionki. Przyniosła je, żeby spróbował zrobić bransoletkę według jej pomysłu.

- Nigdzie nie pójdziesz, mój chłopcze - ponuro stwierdził Henry. - Wytłumacz mi, 

o co tu  chodzi.

Eve pomyślała, że właściwie powinna czuć ulgę. David podjął decyzję za 

nich   oboje.   Nie   będzie     musiała   tłumaczyć   nic   Henry'emu.   To   nie   ona   go 

rozczaruje. Po tym, co powiedział, czuła się jak   odrętwiała. Czy naprawdę nie 

mógł znieść dłużej jej towarzystwa? Nawet firma przestała się dla niego  liczyć. 

Zrezygnował ze wszystkiego, byle tylko odzyskać wolność.

Eve   wyszła   z   budynku.   Nie   mogła   znieść   ciekawskich   spojrzeń 

współpracowników. Nie chciała patrzeć na   cierpienie Henry'ego. Nie miała też 

ochoty siedzieć samotnie w pustym mieszkaniu. Nieświadomie  skierowała się do 

muzeum historii naturalnej. Chodziła zamyślona wśród gablot pełnych minerałów. 

Zobaczyła swoje odbicie w jednej z szyb. Była blada, miała podkrążone oczy, jej 

ręce drżały  chorobliwie.

Spojrzała na dłoń. Platynowa obrączka błyszczała na paku. Do dziś Eve 

nie   zdjęła   jej   nawet   na     chwilę.   Teraz   powoli   ją   zsunęła.   Jeszcze   wczoraj 

żałowała, że nie ma zaręczynowego pierścionka w tym   samym stylu. Czy tę 

obrączkę David zrobił dla niej, czy dla Laury? Przestań się zadręczać. Teraz  nie 

ma to już żadnego znaczenia, powtarzała sobie z uporem. Schowała obrączkę 

do kieszeni, czując,  że oto zamyka ważny rozdział swego życia.

Gdy tylko weszła do mieszkania, zorientowała się, że nie jest sama. No 

tak, pewnie David już zaczął  się pakować. Powiesiła płaszcz i weszła do kuchni. 

Woda w czajniku właśnie się zagotowała.

background image

- Dzięki Bogu, że już jesteś - powiedział David, wchodząc. - Już zaczynałem się 

martwić.  Gdzie byłaś?

Nie powiedziała mu, że teraz to już nie jego sprawa. Nie widziała powodu, 

by rozstawać się w  gniewie.

- Nie chcę ci przeszkadzać, gdy będziesz się pakował.

Nie ruszył się z miejsca.

- Eve.

-   Zbudowaliśmy   domek   z   kart.   Można   było   się   spodziewać,   że   tak   krucha 

konstrukcja kiedyś się  rozpadnie. To tylko kwestia czasu - stwierdziła oschle. 

Włożyła do kubka torebkę z herbatą i zalała   wrzątkiem. David stał bez 

ruchu.

- Dlaczego uważasz, że powinienem się spakować?

Kubek o mało nie wypadł jej z ręki.

-   Po   tym,   co   powiedziałeś   dziś   rano   Henry'emu,   myślałam,   że   kazał   ci   się 

wynosić, gdzie  pieprz rośnie.

- Nie. Powtórzył mi tylko, że całą naszą trójkę łączy umowa.

Spojrzała mu w oczy.

- To śmieszne. Nie ma prawa cię do niczego zmuszać, jeśli chcesz odejść. Nic 

dobrego nie mogłoby z  tego wyniknąć dla niego, firmy i... dla mnie.

- Ostatniej nocy byłaś innego zdania.

- Co masz na myśli?

- Powiedziałaś, że teraz mam już wszystko, co chciałem zdobyć.

Wzruszyła ramionami.

- Przecież to prawda. Mogłeś projektować, co tylko chciałeś. Jako protegowany 

Henry'ego miałeś  ułatwiony start. W przyszłości przejąłbyś kwitnący interes.

- A ostatniej nocy zyskałem premię w postaci ciebie.

-  Ale   mnie   nie   chcesz,   prawda?   -   spytała,   wyjmując   obrączkę   z   kieszeni.   - 

Proszę.

Nie wyciągnął ręki.

- Dlaczego tak myślisz? - spytał.

Położyła obrączkę na blacie.

background image

- To już chyba nie ma znaczenia - stwierdziła z goryczą.

Musiała wiedzieć jeszcze jedno.

 - Czy  tę obrączkę zrobiłeś dla mnie, czy dla niej?

Zamarł bez ruchu.

- Dla kogo?

- Laura Benedict miała zostać twoją żoną w najbliższą sobotę. Zapomniałeś?

- Ach, więc stąd całe zamieszanie?

- Nie - powiedziała ze złością. - To nie ja powiedziałam Henry'emu, że chcę się 

wycofać.

- Nie powiedziałaś, bo byłem szybszy. Jednak dziś rano stało się jasne, że to 

właśnie tobie na tym  zależy. Chciałbym tylko wiedzieć, czy to z powodu Laury.

- Nie - zaczęła zaczepnym tonem - ale mogłeś mi o niej powiedzieć. Zwłaszcza 

jeśli ta sprawa  rzeczywiście należy do przeszłości.

- Tak właśnie jest.

- Czyżby?

- Do diabła, Eve. Dlaczego robisz taką aferę ze sprawy, która cię nie dotyczy? 

Nie miałem powodu, żeby  ci o niej mówić. Znajomość się skończyła, i tyle.

- Skończyła się z mojego powodu. Może raczej z powodu firmy Birmingham.

- Nieprawda.

Zapadła cisza. Eve w napięciu czekała, żeby powiedział coś więcej.

- To wszystko? - odezwała się wreszcie.

Spojrzał na nią z zastanowieniem.

- Zmieniłaś się, Eve. Gdybyś nadal była takim soplem lodu, z jakim się ożeniłem, 

Laura w  ogóle by cię nie obchodziła.

Poczuła, że drżą jej ręce.

- Ja tylko...

Przerwała.   Nie   wiedziała,   co   zamierzała   powiedzieć.   Czy   to,   że   nie 

mogłaby znieść myśli, że coś go  łączy z inną kobietą?

-   Właściwie,   nie   ma   to   już   znaczenia.   Powiedziałeś   Henry'emu,   że   się 

wycofujesz.

- Dzięki temu ty nie musiałaś nic wyjaśniać.

background image

-   Nie   bądź   taki   rycerski.   Nie   uda   ci   się   zrzucić   winy   na   mnie.   Dajesz   do 

zrozumienia,   że   chcesz   mnie     ochronić   przed   złością   Henry'ego.   Jakoś   nie 

wierzę, byś kierował się takimi szlachetnymi pobudkami

- Tak - powiedział z namysłem. - Są inne powody. Myślałem o tym już od jakiegoś 

czasu, chociaż Laura  nie ma z tym nic wspólnego. Znam ją od dawna i...

- Nie chcę tego słuchać - przerwała Eve.

- Za późno. Zapytałaś, to teraz muszę ci odpowiedzieć. Jej matka prowadziła 

rubrykę   towarzyską   w     lokalnej   gazecie.   Śluby   były   jej   ulubionym   tematem. 

Spotykałem się z Laurą od pewnego czasu i jej  matka zaczęła wypytywać o datę 

ślubu. Początkowo nas to złościło. Potem pomyśleliśmy, że właściwie  dlaczego 

nie?   Dobrze  się   rozumieliśmy,   a  jej  rodzina  była   mi   przychylna.   Matka  Laury 

ustaliła   datę   z     dużym   wyprzedzeniem   i   natychmiast   opisała   to   w   gazecie. 

Pewnie stąd się dowiedziałaś?

Skinęła głową.

- Kawałek gazety wypadł z kalendarza.

- Jednak, kiedy już zostało to ogłoszone, wiedziałem, że nie mogę tego zrobić. 

Laura jest wspaniałą   kobietą, kocham ją jak siostrę. No i w tym właśnie tkwił 

problem. Było mi głupio. Powiedziałem jej,  że zasługuje na kogoś lepszego, na 

kogoś, kto ją uszczęśliwi. Rozpłakała się.

Eve przygryzła wargę. Chyba mogłabym ją polubić. Ma podobne problemy 

jak ja, pomyślała.

-   Odpowiedziała  -   mówił  dalej  David  -  że  zastanawiała  się,  jak  się  taktownie 

wycofać.   Ona   też   kochała     mnie   jak   brata,   rozumiesz?   Pośmialiśmy   się   i 

wszystko zostało po staremu. Tylko jej matka mnie  znienawidziła.

-   Wtedy   nagle   zjawił   się   Henry   i   przedstawił   ci   ofertę   nie   do   odrzucenia   - 

szepnęła Eve.

- Zaproponował dużo więcej, niż kiedykolwiek mógłbym się spodziewać.

Zauważyła, że nadal nie wyjaśnił najważniejszej kwestii. Westchnęła.

- Jeśli nie zależy ci na powrocie do Laury, dlaczego zrywasz umowę?

Wydawało się przez chwilę, że nie usłyszy odpowiedzi.

- Czułem się, jakbym cię wykorzystywał. Ożeniłem się z tobą z powodu firmy 

background image

Birmingham. Jak   długo bylibyśmy związani umową, nie uwierzyłabyś, że chcę 

być z tobą z innego powodu.

Eve przyłożyła dłoń do serca. Bała się odezwać, bała się poruszyć.

- Ojciec dawał mi dobre rady, ale o czymś zapomniał. Mówił, że nie powinienem 

się spotykać z  dziewczynami, z którymi nie chciałbym się ożenić. Nie dodał, że 

nie powinienem się żenić z kimś,  kogo nie chcę pokochać.

- Powiedziałeś Henry'emu...

-   Musiałem   mu   powiedzieć,   że   nie   chcę   zapłaty   za   małżeństwo   z   tobą. 

Birmingham to wyłącznie twoja  firma. Zrobię, co w mojej mocy, by cię do siebie 

przekonać, byś spojrzała na mnie łaskawszym   okiem - przerwał na chwilę. - 

Kiedy   wieczorem   podeszłaś   do   mnie,   czułem   się,   jakbym   wygrał   na   loterii. 

Natomiast rano...

- Znalazłam ten wycinek o Laurze - wyjaśniła cicho. - Pogodziłabym się z faktem, 

że mnie nie  kochasz, ale nie mogłam znieść myśli, że kochasz inną.

Objął   ją,   przycisnął   do   siebie   i   pocałował.   Przez   długą   chwilę   stała 

przytulona do niego, szczęśliwa  i bezpieczna.

- Nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo jesteś atrakcyjna - odezwał się David. - 

Wtedy   na   lotnisku   byłem   piekielnie   zazdrosny   o   Travisa.   Wiedziałem,   że 

pocałowałaś mnie tylko dlatego, by zagrać mu na nosie.

Pokręciła głową.

-   Podświadomie   od   początku   zdawałam   sobie   sprawę,   że   mój   związek   z 

Travisem nie ma  przyszłości. Dlatego przystałam bez większych oporów na plan 

Henry'ego. W ten sposób próbowałam  wyrugować z serca Travisa.

- Słyszałaś o bliźniakach?

Uśmiechnęła się.

- Chyba teraz, gdy ma czworo dzieci na utrzymaniu, trudniej mu będzie wmawiać 

kobietom, że  jest w separacji.

- Zamyśliła się na moment. - Co naprawdę powiedziałeś dziś Henry'emu?

- Wszystko, choć nie miałem takiego zamiaru. Umiejętnie wyciągnął ode mnie 

najdrobniejsze szczegóły.  To szczwany lis, od początku dobrze wiedział, jak to 

się skończy. Jeśli kobietę i mężczyznę  zamkniesz na ograniczonej przestrzeni, 

background image

wystarczy tylko czekać na nieuniknione.

Mieliśmy dużo szczęścia.

-   Jednak   to   Henry   pomógł   naszemu   szczęściu.   Przyznał   mi   się,   że   nie   miał 

innych   kandydatów     oprócz   mnie.   Uznał,   że   doskonale   do   siebie   pasujemy. 

Jesteśmy lojalni do bólu. Chociaż akurat to nie   zabrzmiało w jego ustach jak 

komplement.

Roześmiała się. David spojrzał jej w oczy.

-   Eve,   naprawdę   myślałaś,   że   dałem   ci   obrączkę   przeznaczoną   dla   kogoś 

innego?

Nie odpowiedziała wprost.

-   Kiedy   w   restauracji   podeszła   do   nas   pani   Morgan,   powiedziałeś,   że   twoją 

pierwszą pracą w firmie   będzie obrączka ślubna. Nie widziałam, byś nad nią 

pracował.

- Za nic nie pozwoliłbym ci na nią choćby spojrzeć. To miała być niespodzianka - 

odpowiedział. 

Sięgnął  po obrączkę leżącą na blacie. Wsunął ją Eve na palec.

- Kiedy dowiedziałam się o Laurze, byłam przekonana, że zrobiłeś ją dla niej. 

Było   mi   przykro,   ale   nie     miałam   pretensji.   Przecież   narzuciłam   ci   takie 

ograniczenia, byś nie mógł błysnąć talentem.

- Naprawdę się starałem spełnić twoje życzenia. Prosiłaś o coś prostego...

- Odmówiłam też przyjęcia pierścionka zaręczynowego - dodała cicho.

- Żałujesz?

Pokręciła przecząco głową i uniosła dłoń.

- Obrączka jest dla mnie najważniejsza.

- Nie wierzę.

-   Masz   rację   -   przyznała.   -   Żałuję.   Zrobisz   mi   zaręczynowy   pierścionek   z 

brylantem?

Delikatnie ją pocałował.

- Nie.

Uniosła brwi.

- Dlaczego? Bo już jesteśmy po ślubie?

background image

David sięgnął do kieszeni.

- Nie, bo mówiłaś, że nie chcesz żadnych brylantów.

Wyciągnął dłoń z  pierścionkiem niemal  identycznym   jak  obrączka.  Był 

nieco   szerszy,   a   w   wyszukanej   oprawie   tkwił   niebieskozielony   kamień. 

Najpiękniejszy  szmaragd, jaki Eve kiedykolwiek widziała.

- Zrobiłeś go, nim jeszcze... - zaczęła, czując, że łzy napływają jej do oczu.

- Tak. Jeszcze nim zrozumiałem, ile dla mnie znaczysz.

- Podoba ci się?

- Jest piękny - szepnęła.

- Nim go założysz, powinnaś o czymś wiedzieć - ostrzegł. - Obawiam się, że ma 

coś wspólnego z tym  naszyjnikiem z rubinem, o którym mówiła jedna z klientek.

Zmarszczyła brwi.

- Chodzi ci o ten, na którym ciąży klątwa?

- Tak. Razem z tym pierścionkiem dostajesz zakochanego, niezbyt rozsądnego 

męża. Naprawdę chcesz być  moją żoną?

- Nie wiem - odparła, udając, że się namyśla. - Czy nie lepszy byłby gorący 

romans? Mówiłeś, że ludzie  po ślubie nie romansują ze sobą.

-   Nie   miałem   racji   -   powiedział,   dotykając   ustami   jej   policzka.   -   Mogę   ci   to 

udowodnić, jeśli chcesz.

Uśmiechnęła   się.   Uniosła   dłoń,   żeby   mógł   wsunąć   jej   pierścionek   na 

palec.

- Chcę - powiedziała cicho. Nie musiała mówić nic więcej, bo wszystko już było 

jasne.