background image

I

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

Rok XXII

Nr 15 (1090) 

9 kwietnia 2011

Cena 5 zł 

Rok XXII

Nr 15 (1090) 

9 kwietnia 2011

Cena 5 zł 

w tym 8% VAT

w tym 8% VAT

www.nczas.com

Rząd 
pcha ceny 
w górę

Rząd 
pcha ceny 
w górę

Rosja 

coraz 

mniejsza

Rosja 

coraz 

mniejsza

Za tydzień 

kongres prawicy!

Za tydzień 

kongres prawicy!

INDEKS 366692   ISSN 0867-0366

background image

II

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

Za wszelkie pomyłki przepraszamy, prosimy 
o wyrozumiałość i nadsyłanie nam informacji 
o dostrzeżonych błędach.

LISTY

Głos wołającego na puszczy?
W zasadzie do powyższego tytułu li-

stu mógłbym ograniczyć  tę wiadomość. 
(…) Dlaczego Redakcja nie szanuje czy-
telników (więc i klientów) z zagranicy? 
Czy poza Polską jest nas tak mało,  że 
nie opłaca się Wam usprawnić swoich 
e-usług? Chodzi mianowicie o dwie pro-
ste rzeczy: 1. wprowadzenie możliwości 
płatności PayPal (to najpopularniejszy 
system płatności na świecie, który gwa-
rantuje względną anonimowość i bezpie-
czeństwo); 2. udostępnienie e-wydania 
i e-booków w „ludzkich” formatach, np. 
epub, mobi (najpopularniejszy czytnik 
książek i prasy elektronicznej na świecie 
to Kindle fi rmy Amazon). (…) Tu, w Ka-
nadzie, chciałbym Was czytać nie tylko 
online, ale również w wersji skondenso-
wanej. (…) Marzeniem byłoby móc kupić 
Was w kiosku :), ale rozumiem argument, 
że do Ottawy daleko. Nota bene numery, 
które zabrałem ze sobą z Polski siedem 
lat temu, zrobiły furorę wśród moich pol-
skich znajomych od lat mieszkających w 
prowincji Ontario (…) 

Pozdrawiam Re-

dakcję mojego ulubionego tygodnika! 

dr Marek Wójcik

 

Od Redakcji: W ciągu dwóch tygo-

dni ruszy nowa odsłona księgarni (w tej 
chwili działa w wersji testowej), w któ-
rej postaramy się uczynić zadość Pana 
prośbie. W chwili pisania odpowiedzi na 
Pana list byliśmy na etapie potwierdzania 
rachunku bankowego w systemie PayPal. 
Zapewniam, że system płatności elektro-
nicznej, z którego korzystamy obecnie 
(DotPay), jest nie tylko bezpieczny (je-
den z najpopularniejszych w Polsce!), ale 
i bardzo funkcjonalny. Od ponad dwóch 
lat w księgarni sklep-niezalezna.pl i pra-
wie czterech lat na ewydanie.nczas.com 
można płacić kartą kredytową: VISA, 
MasterCard, JCB, American Express itd. 
E-wydanie na razie nie będzie dostępne 
w formacie mobi (domyślny dla czytnika 
Kindle), ale prawdopodobnie już wkrótce 
do obecnie oferowanych PDF-ów dołączy 
EPUB. Pozdrawiamy i mamy nadzieję na 
częstszy kontakt (jak w Kanadzie trzyma 
się wolny rynek?). 

Oblicza Ruchu Poparcia Palikota
Chciałbym odnieść się do artykułu 

„Mordowanie nienarodzonych... jak wy-
rób kiełbasy”, w którym opisali Pań-
stwo przypadek tarnowskiego spotkania 
Janusza Palikota i jego „liberalnego” 
zachowania w stosunku do oponentów. 
Z pewnym niesmakiem muszę przyznać, 
że podobna sytuacja miała miejsce we 
Włocławku. Jako przedstawiciel Ruchu 

Wolności, lokalnego ugrupowania mło-
dzieżowego, zdołałem „dopchać się” do 
mikrofonu i zadać pierwsze pytanie w ca-
łej dyskusji. Spytałem o wyrównanie płac 
kobiet i mężczyzn, przesadne pompowanie 
kryterium płci zamiast innych, ważniej-
szych i bardziej wymiernych. Kiedy poda-
wałem casus Wielkiej Brytanii, gdzie takie 
praktyki przyniosły jedynie straty, władze 
RPP we Włocławku najzwyczajniej w 
świecie podziękowały mi za występ, dały 
książkę „na odwal się” i pominęły moje 
pytanie jako niewarte odpowiedzi. Do 
końca debaty nie zostałem dopuszczony 
do głosu, mimo że bywały momenty, kie-
dy jako jedyny miałem rękę w górze. Po 
debacie (która zawierała taką samą pro-
pagandę lewacką jak w Tarnowie) miało 
miejsce spotkanie potencjalnych nowych 
członków RPP. Wraz z kolegami-wolno-
ściowcami zostaliśmy, by spróbować spy-
tać po raz kolejny o cokolwiek. Widząc 
nasze oburzenie, Palikot zaproponował, 
że porozmawia ze mną na osobności po 
spotkaniu. Tak zrobiliśmy, przy czym bez 
obecności kamery okazuje się on człowie-
kiem bardzo słabym i rozczarowującym. 
Nie potrafi ł mi logicznie odpowiedzieć, 
czy ta „darmowa antykoncepcja” z jego 
programu będzie polegała na rozdawaniu 
prezerwatyw na kartki. Potwierdza się: ja-
kie zakłamanie, taka lewica.

Michał Czajkowski 

(www.ruchwolnosci.pl)

Od Redakcji: Brak zainteresowania 

wyborców Ruchem Poparcia Palikota 
przy równoczesnym słabnącym, ale jed-
nak obecnym zainteresowaniu mediów 
potwierdza słabość ferajny „młodych, 
wykształconych” spod Pałacu Prezy-
denckiego. Doniesienia o tryumfi e anty-
kościelnej i proaborcyjnej „cywilizacji 
śmierci” są więc – na szczęście – mocno 
przesadzone.

Budowlany kryptobolszewizm
Gazeta „Metro”, Warszawa, wtorek, 

29 marca 2011 roku. Artykuł „Młody so-
bie nie pomieszka”, autor Mariusz Jało-
szewski. Cytat: „Konieczna jest długolet-
nia polityka państwa. A nawet zmuszenie 
państwa i samorządów do inwestowania 
w tanie budownictwo dla uboższych. We 
Francji dano mieszkańcom możliwość 
skarżenia państwa za brak godziwych 
warunków do życia. Gdyby u nas wpro-
wadzić takie prawo, gminy pod groźbą 
odszkodowań zaczęłyby budować lokale 
socjalne. Nie muszą mieć pieniędzy na 
inwestycje, mogą zasiedlać ludzi w pry-
watnych lub spółdzielczych czynszów-
kach. Tylko trzeba stworzyć zachęty do 

ich budowy. Np. trzeba zabezpieczyć ta-
nie grunty, wyrównać prawa właścicieli 
mieszkań i ich lokatorów, uprościć pro-
cesy inwestycyjne”. Mój k

omentarz: cały 

tekst jest szczery aż do bólu, przy czym 
wyrównanie praw właścicieli mieszkań 
i ich lokatorów może przebiegać tylko 
w kierunku przymusowego podzielenia 
się  własnością. Wtedy będzie równo. 
Czyżby w redakcji „Metra” ujawnił się 
kryptobolszewik? Dla wyjaśnienia, co to 
jest „Metro”, podaję e-adres redakcji: 
metro@agora.pl.

Jarosław Olszak (Pruszków)

Chaos przedkonferencyjny?
Jak jest w końcu z tymi zapisami na 

Kongres Prawicy? W jednym numerze 
we wstępniaku redaktora naczelnego i 
w listach znalazłem informację o braku 
konieczności rezerwacji. Jednak w sieci, 
pocztą pantofl ową, błyskawicznie roz-
przestrzenił się adres http://tiny.pl/hdl5g
będący zalążkiem strony internetowej 
UPR-WiP, z możliwością zapisania się na 
rzeczony Kongres. O co chodzi? (…)

Jakub Polit

Od Redakcji: 16 kwietnia do Sali Kon-

gresowej każdy sympatyk ruchu konser-
watywno-liberalnego będzie mógł wejść 
z ulicy. Rejestracja NIE JEST wymaga-
na
. Jednak na podanej przez Pana stronie 
można dać wyraz gotowości pojawienia 
się na Kongresie. Dzięki zamieszczone-
mu tam formularzowi, wpisom na blogu 
p.Korwina oraz nczas.com organizato-
rzy są w stanie oszacować rząd wielkości 
chętnych. 

background image

III

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

T

YGODNIK

 

KONSERWATYWNO

-

LIBERALNY

Najwyższy CZAS!

Nr 15 (1090) 9 kwietnia 2011

Indeks 366692, ISSN 0867-0366

Założyciel: 

J

ANUSZ

 K

ORWIN

-M

IKKE

Redaktor Naczelny: 

T

OMASZ

 S

OMMER

Redaktor Prowadzący: 

M

AREK

 S

KALSKI

Publicyści: 

Stanisław Michalkiewicz, 

Marek Jan Chodakiewicz 

(Waszyngton), 

Kataw Zar (Tel Awiw),  

Adam Wielomski, 

Marian Miszalski, 

Wojciech Grzelak 

(Gornoałtajsk), 

Krzysztof M. Mazur, Marek 

Arpad Kowalski, Rafał Pazio, 

Tomasz Teluk,  Marcin Masny. 

Okładka: 

Radosław Watras

Opracowanie grafi czne 

i łamanie: 

Robert Lijka RLMedia

Korekta i adiustacja: 

Maciej Jaworek

Adres do korespondencji: 

ul. Lisa Kuli 7/1,

01-512 Warszawa,

E-mail: 

redakcja@nczas.com.pl

Strona internetowa: 

www.nczas.com

Sklep internetowy:

 www.nczas.com/sklep

 

książki można zamawiać

także telefonicznie pod nr: 

796 207 936

Wydawca:

3S M

EDIA

 S

P

Z

 

O

.

O

ul. Lisa Kuli 7/1,

01-512 Warszawa,

NIP 113-23-46-954, 

REGON 017490790, 

Tel/fax. 0-22 831 62 38

Druk:

Drukarnia Bałtycka Sp. z o.o.

ul. Wosia Budzysza 7

80-612 Gdańsk

www.drukarniabaltycka.com.pl

 

E-prenumerata: 

http://

ewydanie.nczas.com/

Biuro reklamy: 

tel.: 606 88 88 82

Prenumerata:

Prenumeratę pocztową prowadzi 

Redakcja. Koszt w prenumera-

cie krajowej wynosi 229 złotych

Zamówienia dokonuje się po prostu 

poprzez wpłatę tej sumy na konto 

63 1910 1048 2256 0156 5988 0003,

podając jednocześnie dokładny ad-

res, na który ma być wysyłane pismo. 

Prenumerata wysyłana priorytetem 

(teoretycznie powinna wszędzie do-

cierać w środę) kosztuje 289 zł

Reklamacje dotyczące prenumeraty 

proszę zgłaszać pod nr: 796 207 936 

lub na adres mailowy: 

reklamacje@nczas.com.pl 

Sprzedaż i kolportaż za granicą 

wymagają pisemnej zgody Wydawcy.

Redakcja zastrzega sobie prawo zmiany 

tytułów, skracania i redagowania nadesła-

nych tekstów, nie zwraca materiałów nie 

zamówionych, nie ponosi odpowiedzialno-

ści za treść ogłoszeń.

Redakcja zastrzega sobie prawo do 

nieopłacania materiałów opublikowa-

nych w internecie za wiedzą ich au-

torów w przypadku opublikowania ich 

wcześniej niż dwa tygodnie po mo-

mencie wydrukowania ich w tygodniku 

„Najwyższy CZAS!”.

F

OT

. R. G

RAD

OD

 REDAKTORA

Trawka czy łapówka?

CZY BRAK FAKTU 

TO FAKT?

               

P. prof.Piotr Winczorek ogłosił, 

że zrobienie teraz referendum w 
sprawie budowy elektrowni ato-
mowej byłoby nieuczciwe, bo 
akurat niedawno były problemy 
z elektrownią w Fukushimie...

...ale czy równie nieuczciwe 

nie byłoby rozpisywanie referen-
dum w czasie, gdy przez ostatnie 
dziesięć lat nie było akurat przy-
padkiem kłopotu z żadną elek-
trownią jądrową?

JKM

S

ejm znowelizował ustawę o 
przeciwdziałaniu narkomanii. 
Nowe prawo przewiduje możli-
wość odstąpienia w niektórych 

przypadkach od ścigania za posiadanie 
małej ilości narkotyków. Oczywiście po-
słowie PO z ministrem sprawiedliwości 
Krzysztofem Kwiatkowskim na czele nie 
są w stanie sobie wyobrazić,  że wcale 
tym sposobem nie osiągną zamierzonego 
celu, czyli opróżnienia 
aresztów czy więzień 
z ludzi skazanych „za 
jednego skręta”. Na-
tomiast osiągną to, 
czego teoretycznie nie 
zamierzali – czyli po-
głębienie korupcji w 
prokuraturze. Skoro 
bowiem prokuratorzy 
będą mogli decydować, 
kiedy  ścigać, a kiedy 
nie, na podstawie swojego widzimisię, to 
trudno spodziewać się, by z takiej okazji 
nie skorzystali. Zaraz ustawią się do nich 
kolejki rodziców, krewnych i znajomych 
przyłapanych miłośników dobrego bucha, 
którzy za odstąpienie od karania udzielą 
odpowiedniej gratyfi kacji. A liczba po-
sadzonych za trawkę wcale nie zmale-
je, bo przecież musi być jakiś przykład, 
który dobitnie pokaże potencjalnym ła-
pówkodawcom, co się stanie, jeśli w łapę 
nie dadzą.

W ogóle to cała dyskusja o zagrożeniu, 

jakim są narkotyki, nie ma specjalnego 
sensu. Nie od dziś wiadomo, że są ludzie 

ze specjalną predylekcją do ćpania, któ-
rzy będą się narkotyzowali aż do śmierci, 
choćby grożono im nie wiadomo jakimi 
sankcjami. Jednak większość  użytkowni-
ków dragów, z prezydentem Clintonem na 
czele, „nigdy się nie zaciąga” i w nałóg nie 
wpada. Istnienie prohibicji w tym przypad-
ku, podobnie jak w przypadku alkoholu, 
jest więc bezsensowne i służy wyłącznie 
tworzeniu dodatkowych etatów oraz kon-

troli społeczeństwa. 

Co oczywiście nie 

oznacza,  że państwo 
nie powinno przed 
narkotykami prze-
strzegać. I pomagać 
– ale tylko prawnie, 
a nie fi nansowo – w 
tworzeniu instytucji, 
które pomogą uświa-
damiać ludziom, 
czym narkotyki na-

prawdę są i jak może się skończyć ich uży-
wanie. Pozostawiając im samym decyzję, 
czy truć się, czy nie.

PS  Po raz kolejny spadła z wokandy roz-

prawa w sprawie, jaką wytoczyła „NCz!” 
spółka należąca częściowo do żony mini-
stra skarbu Aleksandra Grada. Kolejny ter-
min sąd wyznaczył na czerwiec. O szcze-
gółach poinformujemy jak zwykle kilka 
dni przed wyznaczoną datą. A na przyszły 
tydzień zapraszamy do sądu na pierwszą 
rozprawę w procesie, jaki spółka ITI, wła-
ściciel telewizji TVN, wytoczyła Stanisła-
wowi Michalkiewiczowi (patrz str. XIII).

T

OMASZ

 S

OMMER

 

SKORO PROKURATORZY 

BĘDĄ MOGLI 

DECYDOWAĆ, KIEDY 

ŚCIGAĆ, A KIEDY NIE, 

NA PODSTAWIE SWOJEGO 

WIDZIMISIĘ, TO TRUDNO 

SPODZIEWAĆ SIĘ, 

BY Z TAKIEJ OKAZJI 

NIE SKORZYSTALI

background image

IV

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

WASIUKIEWICZ

KTO CZYTA

KTO CZYTA

, NIE BŁĄDZI

„Nasz Dziennik”Do incydentu doszło podczas wizyty Ka-

tarzyny Hall we Włocławku. Szefowa Ministerstwa Eduka-
cji Narodowej wzięła udział w spotkaniu „Dokąd zmierza 
polska szkoła – planowane zmiany w edukacji”, które od-
było się w Zespole Szkół Katolickich im. ks. Jana Długosza. 
Z inicjatywą jego zorganizowania wystąpiła przewodni-
cząca sejmowej podkomisji do spraw jakości kształcenia i 
wychowania poseł Domicela Kopaczewska (PO). Minister 
miała przemawiać na tle panoramy Włocławka, z zarysowa-
ną w tle katedrą i zabudową. W centrum – krzyż na tamie, 
ustawiony w miejscu, z którego oprawcy zrzucili do wody 
ciało błogosławionego ks. Jerzego Popiełuszki. Jednak tuż 
przed wejściem minister Hall na aulę wicedyrektor szkoły 
Katarzyna Zarzecka zauważyła,  że krzyż został zasłonięty 
bannerem z napisem „Włocławek”. Przesunęła banner, ale 
po chwili ponownie zasłaniał on krucyfi ks. Dopuścił się tego 
urzędnik towarzyszący szefowej MEN, który w rozmowie z 
wicedyrektor stanowczo zakazał jej przesuwania tego ele-
mentu. – To ma zasłaniać krzyż – usłyszała. Nie pomogły 
żadne argumenty, jak choćby ten, że jest to po prostu zdjęcie 
miasta. – To tylko pani to wie, a my nie jesteśmy na spotka-
niu modlitewnym – wypalił mężczyzna, który nie przedsta-
wił się wtedy z imienia i nazwiska. Wicedyrektor nie zdążyła 
już nic więcej zrobić, bo na aulę wkroczyła minister. Zapy-
tany przez „Nasz Dziennik” o to zajście rzecznik prasowy 
resortu edukacji Grzegorz Żurawski przekonywał 17 mar-
ca, że krzyż został zasłonięty przez jednego z organizatorów, 
a nie przez osobę z otoczenia Katarzyny Hall. Ale kłamstwo 
ma krótkie nogi. Dyrektorowi Zespołu Szkół Katolickich 
im. ks. Jana Długosza we Włocławku bardzo zależało na 
ustaleniu sprawcy, zwłaszcza po tym, jak rzecznik MEN pu-
blicznie podzielił się swoimi podejrzeniami. Ksiądz dr Jacek 
Kędzierski obejrzał więc w telewizji relację z tego spotkania 
i zapoznał się ze zdjęciami na stronach internetowych resor-

tu edukacji. Po konsultacji z wicedyrektor szkoły Katarzy-
ną Zarzecką uzyskał pewność, że krzyż zasłaniał bannerem 
Grzegorz Żurawski we własnej osobie. 
Dla niezorientowanych: 
rzecznik to „katolik”, a pani minister to „konserwatystka”.

Trwa szopka w sprawie OFE. Na stronie Wpolityce.pl opu-

blikowano apel: Zwracamy się do Prezydenta RP o upublicz-
nienie ekspertyz prawnych, które mają być podstawą Jego 
decyzji w sprawie podpisania ustawy o zmianie niektórych 
ustaw związanych z funkcjonowaniem systemu ubezpieczeń 
społecznych. Demokracja wymaga, aby przesłanki decyzji 
Prezydenta, który na mocy art. 126.2 Konstytucji „czuwa 
nad przestrzeganiem Konstytucji”, były dostępne dla spo-
łeczeństwa, w tym dla kręgów fachowych w danej sprawie. 
Jest to tym bardziej istotne, że ustawa w sprawie zmian w 
systemie emerytalnym budzi zasadnicze zastrzeżenia ze 
strony kręgów prawniczych, między innymi byłego prezesa 
Trybunału Konstytucyjnego. Sytuacja, w której ekspertyzy, 
które mają być podstawą podjęcia tak zasadniczej decyzji 
przez Prezydenta, nie byłyby dostępne społeczeństwu, prze-
czyłaby zasadzie przejrzystości i uczciwości debaty publicz-
nej na temat stanowienia prawa. 
Pod apelem podpisali się: 
Balcerowicz, Cimoszewicz, Stępień, Syryjczyk i Steinhoff. 
Społeczeństwo odpowiada apelem na apel: „Zwracamy się do 
sygnatariuszy apelu o upublicznienie wszystkich dokumentów, 
które były podstawą ich decyzji o złożeniu pod nim podpisu. 
Jest to tym bardziej istotne, że apel w sprawie zmian w systemie 
emerytalnym budzi zasadnicze zastrzeżenia ze strony kręgów 
robotniczych, między innymi pani Genowefy Kopniak, która 
zarabia na życie jako konserwator powierzchni płaskich. Sytu-
acja, w której dokumenty, które były podstawą poparcia apelu, 
nie były dostępne społeczeństwu, przeczyłaby zasadzie przej-
rzystości i uczciwości debaty publicznej na temat stanowienia 
prawa”. Jak żartować, to na całego.

                             

        KL

background image

V

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

Ś

SWIAT

KRAJ

PUBLICYSTYKA

FELIETON

INNE DZIAŁY

VI 

■ 

Postęp w kraju

VII 

■ 

Teoria non grata 

– L

ESZEK

 S

ZYMOWSKI

IX 

■ 

Kongres Nowej Prawicy 

– J

ANUSZ

 K

ORWIN

-M

IKKE

 Odsłony z Lepperem – R

AFAŁ

 P

AZIO

XII 

 Na politycznym przednówku 

– K

RZYSZTOF

 M. M

AZUR

XIV 

■ 

Ceny muszą rosnąć 

– M

AREK

 Ł

ANGALIS

XVI 

■ 

Jest alternatywa! 

– M

ARIAN

 M

ISZALSKI

XVII 

■ 

Żydowscy spadkobiercy straszą 

bojkotem – O

LGIERD

 D

OMINO

XIX 

 

Postęp w świecie

XXI  

 USA: Samowolka Obamy 

– P

AWEŁ

 Ł

EPKOWSKI

XXIV 

● 

Rosja: Wciąż na równi pochyłej 

– M

AREK

 A. K

OPROWSKI

XXVI 

● 

Birmański odlot w środku dżun-

gli – M

ICHAŁ

 L

UBINA

, R

ADOSŁAW

 P

YFFEL

 

XXVIII 

 Francja: Powyborcze swary 

w UMP – B

OGDAN

 D

OBOSZ

XXX 

● 

Niemcy: Wielki sukces Zielonych 

– T

OMASZ

 M

YSŁEK

XXXII 

● 

Izrael: Kurnik z innej beczki 

– K

ATAW

 Z

AR

XXXIV   Postępy postępu
XXXVII 

 

Fergańska wieża Babel 

– P

RZEMYSŁAW

 C

HWAŁA

XL   Wolność dla życia, wolność dla za-
bijania – K

ATARZYNA

 W

OZINSKA

XLI 

 

Meandry idolatrii 

– W

OJCIECH

 G

RZELAK

XLIII 

 

Święto w Sodomie 

– O

LGIERD

 D

OMINO

XXXV 

 

M

AREK

 J

AN

 C

HODAKIEWICZ

 

XLIV 

 

J

ANUSZ

 K

ORWIN

-M

IKKE

XLV 

 

S

TANISŁAW

 M

ICHALKIEWICZ

XLVI 

 

A

DAM

 W

IELOMSKI

XLVII 

 

B

ARBARA

 B

UONAFIORI

XLVII 

 

M

AREK

 A

RPAD

 K

OWALSKI

XLVIII 

 

Największe Głupstwo Tygodnia

XLVIII 

 

Szachy

XLIX 

 

Brydż

XLIX   W pajęczynie

 

Czarna Księga

LI 

 

Film

W

 NUMERZE

TEORIA NON GRATA

Polska prokuratura i tak zwani rosyjscy 

śledczy muszą stale ofi cjalnie informować, 
że hipoteza zamachu w Smoleńsku została 
wykluczona z braku dowodów. Inaczej do-
szłoby do gigantycznego skandalu między-
narodowego ze szkodą dla nich i dla polskich 
władz. W dalszym ciągu nie zakończono 
śledztwa prowadzonego przez wojskową 
prokuraturę. Prokuratorzy w mundurach 
już teraz – w przeddzień rocznicy katastrofy 
smoleńskiej – ofi cjalnie jednak wykluczają 
zamach. Czy możemy wierzyć, że są całko-
wicie bezstronni i zależy im jedynie na rze-
telnym i drobiazgowym wyjaśnieniu przy-
czyn śmierci załogi i pasażerów? 

Czytaj na stronie VII.

Rosja coraz mniejsza

Wszystkie próby zatrzymania katastrofy demografi cznej 

w Rosji podjęte w minionych latach zawiodły lub okazały się 

niewystarczające. Liczba mieszkańców Federacji Rosyjskiej 

wciąż spada. Według wstępnych wyników „ogólnorosyjskiego 

spisu ludności”, jest ich o 2,2 miliona mniej niż w 2002 roku. 

Maleje przy tym liczba rodowitych Rosjan, zaś coraz więcej jest 

przedstawicieli mniejszości etnicznych, zwłaszcza muzułmanów. 

Jaka jest przyszłość wschodniego imperium? 

       

 

Czytaj 

na 

stronie 

XXIV.

Czytaj na stronie VII.

CAŁA DEKADA SODOMITÓW

Kilka dni temu minęło dokładnie dzie-

sięć lat od dnia, w którym burmistrz 
Amsterdamu „pobłogosławił” ofi cjalnie 
pierwsze pary gejowskie i lesbijskie. Od 
tamtej pory tylko w Holandii zawarto bli-
sko 15 tysięcy takich „małżeństw”. W śla-
dy Holendrów poszły rządy kilku krajów 
europejskich. Jednak środowiska gejow-
skie nadal są niezadowolone. Wbrew ich 
pragnieniom, takich „ślubów” jest nadal 
stosunkowo niewiele. 

Więcej na stronie XLIII.

background image

VI

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

POSTĘP W KRAJU

NCzc. Grzegorz Schetyna, mar-

szałek Sejmu, formalnie zaakcepto-

wał prośbę WCzc. Jarosława Kaczyńskiego 
o uchylenie mu immunitetu w związku 
z procesem, jaki wytoczył mu p.Roman 
Giertych, który stwierdził, że za rządów 
PiS p.Jarosław Kaczyński zbierał „haki” 
na politycznych rywali. Lider PiS złożył 
wtedy pozew, zarzucając p.Giertychowi 
kłamstwo; ten odpłacił się oskarżeniem 
p.Kaczyńskiego o zniesławienie. 
P. Giertych założył sprawę cywilną i wniósł 
o sprawę karną, która została zawieszona 
ze względu na immunitet poselski.

Chcesz zyskać wroga – stwórz z nim 

koalicję. Oj, będzie ciekawie. 

Ponad 120 tys. podpisów zebrała Sekcja 

Krajowa Oświaty i Wychowania NSZZ 
„Solidarność” pod listem-apelem o 
odwołanie JE Katarzyny Hall, minister 
edukacji.  Wg oświatowej „S”, p.Hall jest 
najgorszym z dotychczasowych mini-
strów edukacji.

A za Giertycha z kolei protestowali 

ci z postpeerelowskiego ZNP. I tak w 
kółko Macieju. A wystarczy rozwiązać 
to całe ministerstwo i problem zniknie. 
Tylko czym będą zajmować się działacze 
związków zawodowych? Nie daj Bóg i 
oni okazaliby się niepotrzebni! 

PKO BP, gdzie trwa walka o skład 

zarządu, po cichu rozpoczęła pracę nad 
zmianą logo. Może to ponoć pochłonąć 
setki milionów złotych. Prestiżowy ma-
gazyn „The Banker” wycenił niedawno 
jej wartość na 1 mld $ (ok. 3 mld zł), 
a ubiegłoroczny ranking „Rzeczpospoli-
tej” wycenił markę PKO BP na 
3,6 mld zł. Ponoć marka jest jednocze-
śnie i dobrodziejstwem, i przekleństwem 
PKO BP. Nowa marka ma przyciągnąć 
ludzi młodych, gdyż większość klientów 
tego banku to starsza generacja Polaków, 
która w naturalny sposób się wykrusza. 
Zmiany logo nie będą rewolucyjne, 
ale i tak trzeba będzie zmienić wystrój 
i szyldy ok. 1200 placówek PKO BP.

Ciekawe, czy nowe logo spowoduje 

zmniejszenie kolejek w tym banku, choć 
być może jest to element tradycji, bo 
bank ma korzenie peerelowskie, a do 
dziś jest bankiem kontrolowanym przez 
państwo. 

 
Kilkaset tysięcy użytkowników inter-

netu w Polsce, którzy otrzymują faktury 
e-mailem, musi poprosić dostawcę, by 
je wydrukował i przesłał pocztą lub 
kurierem, gdyż inaczej stracą prawo do 
ulgi podatkowej. Absurd zniknie dopiero 
w 2017 roku.

To i tak nieźle. Znamy takie absurdy, 

których data zniknięcia nie jest nawet w 
przybliżeniu znana. 

Komisja Europejska stanowczo sprze-

ciwia się planom polskiego rządu, by 
zabrać pieniądze przeznaczone na kolej i 
dać je drogowcom. Dotacje muszą trafi ć 
na modernizację torów, bo są one w 
fatalnym stanie. Tymczasem rząd poprosi 
KE o zgodę na nowy sposób wydawania 
unijnych funduszy na kolej, by móc sku-
tecznie i szybko remontować torowiska 
i skrócić czas przejazdu pociągów. KE 
przyznaje pieniądze tylko na gruntowne 
remonty, gdzie oprócz remontów torów 
najdroższa jest automatyka systemów 
sterowania – po to, by z torów mogły 
korzystać pociągi z innych krajów. 

Mniejsza o to, czy kolej, czy drogi. My 

w tej sprawie proponujemy skończyć 
z fi kcją – niech KE decyduje sama od 

początku do końca, bo tylko robi się 
bałagan. A nasz rząd na zieloną trawkę. 
Przynajmniej tyle na tym zyskamy. 

Wg RMF FM, władze Wrocławia, 

zamiast łatać lokalne dziury, przekażą 
aż 60 tys. €uro na przygotowanie rapor-
tu nt. stanu technicznego wrocławskich 
dróg. Biurokraci zasłaniają się przepisa-
mi, które mówią, iż raz na pięć lat takie 
oględziny muszą przeprowadzić. 
Tyle że nie trzeba na to wydawać aż 
60 tys. €uro, gdyż we Wrocławiu dziury 
w drogach są rzeczą oczywistą i aby to 
stwierdzić, wystarczy wyjść na ulicę lub 
przejechać się samochodem, rowerem 
albo autobusem.

A my proponujemy, że za jakieś 

20 tys. €urosów policzymy wszystkie dziu-
ry w mostach wrocławskich. Obiecujemy, 
fuszerki nie będzie, co do jednej.  

JE Donald Tusk, premier rządu RP, od-

powiadając na wniosek ministra obrony 
w sprawie podniesienia płac wojsko-
wym, stwierdził, iż aktualnie „nie jest 
dobry czas na masowe i powszechne 
podwyżki w tak czy inaczej rozumianej 
sferze budżetowej”. Szef rządu zazna-
czył także, że zdaje sobie sprawę z 
tego, iż służby mundurowe w Polsce są 
„niedoszacowanymi fi nansowo grupami 
zawodowymi”.

Warto odwołać się do tradycji i zezwo-

lić na branie okupu za jeńców branych w 
takim Afganistanie.

Sejm znowelizował ustawę o przeciw-

działaniu narkomanii. Nowe przepisy 
przewidują możliwość odstąpienia w 
niektórych przypadkach od ścigania 
za posiadanie małej ilości narkotyków. 
Głosowanie poprzedziła kilkudziesięcio-
minutowa burzliwa dyskusja. Przeciwko 
ustawie byli posłowie PiS. Zdaniem 
JE Krzysztofa Kwiatkowskiego, noweli-
zacja da skuteczne narzędzia do ścigania 
dilerów i leczenia osób uzależnionych. 
Jego zdaniem, ustawa w żadnym stopniu 
nie oznacza legalizacji narkotyków.

Podejrzewamy, że co najmniej jedna 

posłanka z PiS była na niezłych dopala-
czach – tak burzliwie dyskutowała.

Rosną ceny paliw na stacjach benzy-

nowych. SLD nawołuje, by rząd na trzy 
miesiące obniżył akcyzę od paliw, 
a JE Waldemar Pawlak, wicepremier, 
zrzuca problem na koncerny paliwowe i 
sugeruje zmniejszenie marży kontrolowa-
nym przez rząd Orlenowi i Lotosowi.

Akcyzę to należy znieść w ogóle, a nie 

zmniejszać na trzy miesiące.

Wg „Super Expressu”, prezy-

dium Sejmu w ostatnim dniu 

urzędowania p.Bronisława 

Komorowskiego jako mar-

szałka Sejmu przyznało sobie 

kilkudziesięciotysięczne 

premie za „intensywną pracę 

po katastrofi e smoleńskiej”. 

Wówczas marszałek Komo-

rowski musiał pełnić również 

funkcję p.o. prezydenta, 

a WCzc. Ewa Kierzkowska 

wraz z marszałkiem Niesio-

łowskim zostali we dwójkę 

w Sejmie, który „musiał nor-

malnie pracować”. 

W zasadzie jest sprawiedliwie: 

PiS z katastrofy wynosi korzyści 
polityczne, PO fi nansowe. Tak się 
bawi za nasze pieniądze nasza, 
pożal się Boże, „klasa polityczna”. 

F

OT

. W

IKIPEDIA

background image

VII

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

Nie jest problemem spowodować czyjąś 
śmierć. Problemem jest spowodować 
śmierć naturalną.

W. I. Lenin

N

ie ma przesłanek uzasadniających 
tezę o zamachu, więc ta hipoteza 
śledcza została wykluczona – po-
wiedział w piątek na konferencji 

prasowej prokurator generalny RP Andrzej 
Seremet. W ten sposób szef polskich śled-
czych odpowiedział na pytanie, czy są ja-
kieś przesłanki przemawiające za tym, że 
prezydent Kaczyński został zamordowa-
ny. Według Seremeta, jest to niemożliwe, 
bo nie ma na to żadnego dowodu. Rzecz 
jasna, nie można w sposób wyczerpujący 
tego uzasadnić, bo akta są wciąż chronio-
ne tajemnicą śledztwa. Jak na ironię, kon-
ferencja odbyła się 1 kwietnia, co można 
odczytać jako primaaprilisowy żart i kpinę 
ze społeczeństwa. 

Kłamstwo goni kłamstwo

Co takiego zrobiła prokuratura nadzoro-

wana przez Andrzeja Seremeta, aby dojść 
do prawdy? W książce „Zamach w Smo-
leńsku” (wyd. Bollinari Publishing House, 
2011) przedstawiłem to dokładnie krok 

po kroku. Z ciekawszych faktów warto 
przypomnieć,  że pierwszym problemem 
prokuratury było to, że w Ministerstwie 
Sprawiedliwości i w Prokuraturze Gene-
ralnej nie było pieniędzy przeznaczonych 
na wypadek nagły, a z konta resortu nie 
można było pobrać pieniędzy, bo bank w 
sobotę był nieczynny, zaś karty umożli-
wiającej wypłatę z bankomatu nie było w 
resorcie... ani jednej (sic!). W końcu pro-
kuratorzy musieli pojechać do Smoleńska, 
używając własnych, prywatnych pienię-
dzy i prywatnych kart kredytowych. Gdy 
wrócili, musieli niepotrzebnie tracić czas 
na załatwienie formalności umożliwiają-
cych ubieganie się o zwrot pieniędzy. Na 
miejsce tragedii polscy prokuratorzy do-
tarli wieczorem – wcześniej się nie udało 
przybyć. Z kolei prokurator Marek Pasio-
nek – najbardziej doświadczony spośród 
polskich śledczych – część czasu w Rosji 
spędził na zwiedzaniu Moskwy, ponieważ 
przełożeni spóźnili się z wysłaniem do 
Rosji dokumentów poświadczających, że 
jest ofi cjalnym przedstawicielem strony 
polskiej. Podobnych przykładów „rzetel-
ności” polskiej prokuratury były dziesiąt-
ki. Transmisję konferencji prasowej pro-
kuratora Seremeta z pewnością oglądali 
najbliżsi Przemysława Gosiewskiego i 
Zbigniewa Wassermanna, którzy od wielu 

L

ESZEK

 S

ZYMOWSKI

Teoria

 

non grata

Polska prokuratura i rosyjscy „śledczy” 
muszą ofi cjalnie informować, że hipo-
teza na temat zamachu w Smoleńsku 
została wykluczona z powodu braku do-
wodów. Inaczej doszłoby do gigantycz-
nego skandalu międzynarodowego ze 
szkodą dla nich i dla polskich władz.

F

OT

. www

.prezydent.pl

miesięcy nie mogą wymóc na prokura-
turze, by dokonała ekshumacji zwłok, o 
którą wnioskowali już latem. Z pewno-
ścią dla tych krewnych słowa Seremeta 
brzmiały niezwykle „wiarygodnie”.

Sposób weryfi kacji

Jestem ciekaw, w jaki sposób weryfi ko-

wano wersję o zamachu. Kilka miesięcy 
temu, po jednym z artykułów w „NCz!” 
zostałem przesłuchany w wojskowej pro-
kuraturze jako świadek w sprawie kata-
strofy. Przesłuchująca mnie prokuratorka 
(skądinąd miła i atrakcyjna fi zycznie) 
chciała dowiedzieć się, dlaczego forsuję 
tezę o zamachu. Tłumaczyłem,  że wyni-
ka to z logicznych przesłanek, z polityki 
imperialistycznej Rosji, z zachowania 
samych Rosjan po katastrofi e, wreszcie z 
tego, co wydarzyło się w Polsce, kto prze-
jął później władzę i jak układają się rela-
cje z Rosją. Padło więc pytanie, kto miał-
by zabić prezydenta. Odpowiedziałem, że 
moim zdaniem rosyjskie służby specjalne. 
Wtedy padło kolejne pytanie: czy świa-
dek widział lub słyszał rozmowę lub był 
obecny na spotkaniu, w trakcie którego 
wydano wyrok śmierci na Kaczyńskiego 
lub był świadkiem jakiegokolwiek innego 
zdarzenia wskazującego na organizację 
zamachu (sic!!!). Zgodnie z prawdą od-

KRAJ

background image

VIII

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

KRAJ

powiedziałem,  że nie. Wówczas 
postraszono mnie odpowiedzial-
nością karną za składanie fałszy-
wych zeznań itp. Jeśli cała hipo-
teza zamachu była weryfi kowana 
w taki sam sposób, jak wyglądało 
przesłuchanie mojej osoby, to nic 
dziwnego, że prokurator Seremet 
mógł w piątek niefrasobliwie tę 
tezę wykluczyć, patrząc prosto w 
oczy telewizyjnych kamer.

Niewygodna teza

Trzeba wziąć pod uwagę,  że 

prokurator Seremet musiał być 
obarczony politycznym prag-
matyzmem. Ten zaś wymusza 
dzisiejsza rzeczywistość. Po 
10 kwietnia niepodzielnie spra-
wująca władzę Platforma Obywa-
telska zapowiadała nowy rozdział 
w historii polsko-rosyjskich sto-
sunków. Polega on na tym, że Pol-
ska ustępuje Rosji we wszystkim, 
a Rosja w rewanżu nie daje Polsce 
nic. Po 10 kwietnia przetrzebio-
no i częściowo spalono archiwa 
przejęte po byłych Wojskowych 
Służbach Informacyjnych i zdeponowane 
w Pałacu Prezydenckim. Umożliwiło to 
zlikwidowanie materiałów kompromitują-
cych ludzi związanych z WSI, co z kolei 
tamtemu środowisku bardzo pomogło. Od 
10 kwietnia ludzie dawnej WSI trafi ają 
znów na atrakcyjne posadki w instytucjach 
podległych prezydentowi (m.in. w BBN), 
co pomaga Rosji kontrolować jedną swo-
ją agenturę przy pomocy drugiej agentury. 
Polska zdecydowała się również na umo-
rzenie Gazpromowi ponad 1,2 mld złotych 
długu, w zamian za co podpisano nową 
umowę gazową, jeszcze bardziej nieko-
rzystną dla Polski niż poprzednia. Polska 
przestała również popierać aspiracje nie-
podległościowe Gruzji i wycofała się z 
odbudowy suwerenności energetycznej. 
Ten sposób rozumienia „dobrych” relacji 
polsko-rosyjskich jest dla nas perspektywą 
zgubną, ale wymusza to, by o wschodnich 
sąsiadach wypowiadać się zawsze w sa-
mych superlatywach.

Bez wyjścia

Prokurator Andrzej Seremet nie miał 

więc innego wyjścia niż powiedzieć,  że 
nie ma żadnych ofi cjalnych  przesłanek 
uwiarygodniających tezę o zamachu. Ta-
kie stanowisko oczywiście  świadczy o 
prokuratorze generalnym jak najgorzej. 
Tym bardziej jeśli weźmie się pod uwagę, 
że część dowodów uwiarygodniających 
tezę o zamachu znajduje się w depozycie 
tajnym wojskowej prokuratury. Są tam 

m.in. wyniki ekspertyz aparatów telefo-
nicznych pasażerów tupolewa. Wynika 
z nich, że co najmniej z kilku telefonów 
zarejestrowano połączenie wychodzące w 
czasie zbliżonym do katastrofy lub bez-
pośrednio po niej. Przykładem może być 
choćby telefon należący do śp. Zbignie-
wa Wassermanna, włączony na terenie 
Rosji 10 kwietnia nad ranem. Utajniono 
również ekspertyzę fonoskopijną wyko-
naną w Laboratorium Kryminalistycznym 
ABW, która wykazała, że tajemnicze od-
głosy zarejestrowane na fi lmie nagranym 
w Smoleńsku telefonem komórkowym 
to wystrzały z pistoletów typu Makarow 
– używanych bardzo często przez rosyj-
skich milicjantów i funkcjonariuszy taj-
nych służb. Te i inne ekspertyzy opatrzo-
ne zostały klauzulami „Tajne” lub „Ściśle 
tajne”. Zgodnie z ustawą takimi gryfami 
mogą być opatrzone jedynie dokumenty 
zawierające informacje, „których ujaw-
nienie spowodowałoby istotną szkodę dla 
bezpieczeństwa państwa”. Czy naprawdę 
ujawnienie,  że telefon Zbigniewa Was-
sermanna został włączony po ofi cjalnym 
momencie katastrofy, to informacja, która 
może wywrócić Polskę do góry nogami?

Skandal dyplomatyczny

Wyobraźmy sobie sytuację, że prokura-

tor Seremet i prokurator Parulski odpo-
wiedzieliby inaczej: hipoteza zamachu 
jest nadal weryfi kowana.  Oznaczałoby 
to,  że dwóch najważniejszych polskich 

prokuratorów ofi cjalnie  przyznaje,  że 
nie wykluczono jeszcze wersji zakłada-
jącej,  że polski prezydent mógł zostać 
zamordowany przez Rosjan. Jaka byłaby 
reakcja? Ambasador rosyjski musiałby 
złożyć formalny protest wobec działań 
polskiego rządu. Sprawa wywołałaby 
skandal dyplomatyczny na arenie mię-
dzynarodowej, bo zostałoby to odebra-
ne jako ofi cjalne oskarżenie Rosji przez 
urzędnika państwa polskiego. 

Bez precedensu

Sprawa byłaby o tyle precedensowa, 

że w najnowszej historii nie jest znany 
przypadek, aby jedno państwo oskarżało 
drugie o zabójstwo swojego prezydenta. 
Wyjątkiem są republiki lub terytoria aspi-
rujące do niepodległości (np. Czeczeni 
oskarżają Rosjan – zupełnie zresztą słusz-
nie – o zabójstwo prezydenta Dżochara 
Dudajewa). Gdyby więc prokurator Se-
remet lub prokurator Parulski stwierdzili, 
że doszło do zamachu, byłaby to rzecz ab-
solutnie niebywała. Mogłoby to bowiem 
zostać odebrane jako ofi cjalne oskarżenie 
Rosji o morderstwo polityczne na głowie 
suwerennego teoretycznie państwa. Trud-
no sobie wyobrazić, aby pozostało to bez 
reakcji. Rosjanie musieliby odpowiedzieć 
ostro, potem zaczęłyby się sankcje i mię-
dzynarodowa awantura.

Ponieważ i Polska, i Rosja należą do 

ONZ, organizacja formalnie byłaby zo-
bowiązana do wyjaśnienia sprawy. To 
można byłoby zrobić tylko w jeden spo-
sób: powołując specjalną komisję do jej 
wyjaśnienia. Taki pomysł podchwyciły-
by państwa rywalizujące z Rosją (USA, 
Chiny, Japonia, Indie). Działanie jakie-
gokolwiek tworu oczywiście musiałoby 
obnażyć prawdziwą rolę Rosjan, ale po-
kazałoby też katastrofalną nieudolność 
polskiego rządu i polskiej prokuratury. 
Prawda byłaby więc niewygodna zarów-
no dla strony polskiej, jak i rosyjskiej. 
Tym bardziej że samego Tuska posta-
wiłoby to w dwuznacznym świetle w 
oczach rosyjskich mocodawców. Temu 
wszystkiemu zapobiegło jedno zdanie 
wypowiedziane przez prokuratora gene-
ralnego Andrzeja Seremeta. Co będzie 
dalej, łatwo przewidzieć. Zaczną się dal-
sze oskarżenia strony polskiej i dalsze 
obarczanie winą Bogu ducha winnych 
pilotów. Będzie też utrwalanie serwili-
zmu wobec Rosji, nazywanego „przyjaź-
nią” lub „dobrymi stosunkami”. Matusz-
ka Rossija 
po wypowiedziach Seremeta 
może być spokojna. W końcu sam Tusk 
nazywał tego ostatniego człowiekiem 
godnym zaufania.

L

ESZEK

 S

ZYMOWSKI

 

Zamachu nie było, bo... to popsułoby 

stosunki z Rosją

background image

IX

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

Puszcza cz. V

Daje

Żbik

W Sarny

Szpik

D

DARIUSZ BRZÓSKA-BRZÓSKIEWICZ

KRAJ

Kongres 
Nowej 
Prawicy 

F

OT

. R.W

A

TRAS

D

o czego konieczna jest Prawica 
– nie będę tłumaczył. Dlaczego 
od 20 lat posuwa się nam roz-
maite  łże-prawice – nie będę 

tłumaczył. Dlaczego trzeba przyjechać na 
Kongres Prawicy? 

Bo trzeba swoją obecnością dać  świa-

dectwo Prawdzie. Bo chodzi o to, by na 
sali zasiedli ludzie bijący brawo lub gwiż-
dżący we właściwych momentach, a nie 
ludzie przypadkowi, z ulicy. 

Oczywiście każdy może przyjść – jeśli 

dostanie się na salę. Natomiast osoby, które 
zarezerwują sobie miejsce siedzące, będą 
je miały zagwarantowane – oczywiście o 
ile uczynią to odpowiednio wcześniej. 

Uczestnictwo w Kongresie jest bezpłat-

ne. Rezerwacja miejsca – też. Niestety, 
by sobie miejsce zarezerwować, trzeba to 
zrobić przez internet. Oczywiście można 
wysłać list na adres Redakcji, ale poczta 
idzie długo... 

Natomiast każdy chyba ma w rodzinie 

kogoś, kto ma dostęp do Sieci – i umie 
posługiwać się komputerem. Trzeba go 
poprosić – i on to jednym kliknięciem za-
łatwi. 

Zgłosić się można np. na moim portalu. 

Na znajdującym się tam blogu co parę dni 
będzie powtórzona lista adresów – wystar-
czy otworzyć adres swojego okręgu wybor-
czego i wysłać zgłoszenie. Można też wejść 
na stronę  http://www.upr-wip.pl – a tam 
jest elegancki formularzyk do szybkiego 
wypełnienia i kliknięcia.

Po co te okręgi? Po to, że usadzimy Pań-

stwa w ten sposób, by ludzie z jednego 
okręgu siedzieli obok siebie. W ten spo-
sób będziecie mogli Państwo od razu na 
miejscu nawiązać kontakt organizacyjny. 

Nie ukrywajmy: idziemy w tych wybo-

rach po sukces. Nie liczymy na więcej niż 
na 15% głosów – bo wiadomo, że tylko 
taki procent ludzi jest w stanie zrozumieć 
to, o czym mówimy. Ale w naszej sytu-
acji, gdy reżymowe media starają się nas 
przemielić na miazgę, nawet 10% byłoby 
znośnym rezultatem. 

Z drugiej strony: jeśli nie my, to kto? Je-

śli nie teraz, to kiedy? PO i PiS robią, co 
mogą, by zniechęcić do siebie wyborców. 
PSL zraża sobie elektorat na wsi. Jedynie 
SLD robi karierę, krytykując rzekomą 
„prawicę u władzy” – ale wyborcy Prawi-
cy na SLD nie zagłosują. 

Do wyborów jeszcze sześć miesięcy. 

Nie ulega wątpliwości,  że sytuacja fi -
nansowa „Rządu” jeszcze się pogorszy. 
W takiej zaś sytuacji jest z kolei możliwy 
o wiele lepszy wynik – bo mogą na nas 
zagłosować ludzie pod hasłem: „Nie rozu-
miemy, o czym Wy 
tam mówicie – ale 
mówicie inaczej niż 
ONI, więc jest szan-
sa, że wreszcie będzie 
inaczej”. 

Nie budźmy płon-

nych nadziei – bo 
wiążą się one z kry-
zysem w kraju. Nie 
życzymy go sobie. 
Ale też nie może-
my zamykać oczu, 
że władza wymyka 

się IM z rąk. Najlepszym dowodem jest 
działalność co światlejszych ludzi w służ-
bach specjalnych – widząc nieudolność 
PO, próbowali coś zrobić z PJN. Obec-
nie zrezygnowali, bo p.Joanna Kluzik-
Rostkowska i p.Elżbieta Jakubiakowa są 
niereformowalne. Teraz próbują rozbijać 
od wewnątrz PO....

Bo dla NICH wszystko jest lepsze niż 

zwycięstwo Prawicy. Cóż można IM po-
wiedzieć?

Chyba: „Nie lękajcie się!”.

J

ANUSZ

 K

ORWIN

-M

IKKE

 

background image

X

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

KRAJ

lutym 
ub. roku 
Sąd 
Okrę-

gowy w Piotrkowie Try-
bunalskim skazał lidera 
Samoobrony Andrzeja Leppera na dwa 
lata i trzy miesiące pozbawienia wol-
ności, a byłego posła tej partii Stanisła-
wa  Łyżwińskiego na pięć lat więzienia. 
Łyżwiński usłyszał siedem zarzutów, w 
tym zgwałcenia w swym biurze posel-
skim w Tomaszowie Mazowieckim ko-
biety ubiegającej się o stanowisko wójta 
i wykorzystywanie seksualne działaczek 
Samoobrony. Wszystkie zarzuty dotyczą 
lat 1999-2003.

Błędy proceduralne

Jako powód uchylenia wyroku wię-

zienia dla Leppera podano błędy pro-
ceduralne popełnione przez sąd pierw-
szej instancji. Sąd w Łodzi zauważył, 
że część wniosków obrońców nie była 
uwzględniania. Uznał także,  że naru-
szono przepisy prawa do obrony Lep-
pera, oddalając wnioski dowodowe 
oskarżonego na tzw. alibi. Wnioski te 
mogły pozwolić udowodnić,  że osoba 
oskarżona nie była obecna w miejscu i 
czasie, które wynikają z treści zarzutów. 
Andrzej Lepper nie krył satysfakcji, 
chętnie komentował postanowienie 
sądu. Ubolewał nad losem swego ko-

Sąd Apelacyjny w Łodzi 
uchylił wyrok dla lidera 
Samoobrony Andrzeja 
Leppera w sprawie po-
tocznie i na potrzeby 
mediów nazywanej sek-
saferą i skierował do 
ponownego rozpoznania. 
Zmniejszył również do 
trzech i pół roku karę dla 
byłego posła tej partii 
Stanisława Łyżwińskie-
go, który jest już prawo-
mocnie skazany i część 
odsiadki zaliczono mu na 
poczet kary. Sprawa wra-
ca co jakiś czas na pierw-
sze strony gazet i do 
serwisów informacyjnych 
ze względu na popular-
ność, jaką zyskała przed 
laty. To prezentacja skut-
ków pewnej akcji, która 
zatrzęsła sceną politycz-
ną w Polsce na przełomie 
2006 i 2007 roku.   

lutym 
ub roku

Odsłony z Lepperem

R

AFAŁ

 P

AZIO

LEPPER I ŁYŻWIŃSKI 

MIELI W TEJ SPRAWIE 

DZIAŁAĆ WSPÓLNIE 

I W POROZUMIENIU

F

OT

. R. P

AZIO

background image

XI

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

KRAJ

R

E

K

L

A

M

A

legi partyjnego – Stanisława  Łyżwiń-
skiego. Krytykował postawę Anety 
Krawczyk, między innymi za na-
ruszanie dobra własnego dziecka, 
którego zostało w całą sprawę 
skojarzone.

Lepper jednak nadal bę-

dzie musiał się bronić. 
Sąd stwierdził  błędy 
proceduralne, ale proces 
rozpocznie się niejako 
od nowa. Lider Samo-
obrony cały czas pró-
buje udowodnić,  że ni-
gdy nie był przełożonym 
Anety Krawczyk, więc 
wiele zarzutów wobec nie-
go nie ma podstaw.

Zwijanie organizacji

Samoobrona jako organizacja poli-

tyczna została wypchnięta ze sceny po-
litycznej właśnie przez tzw. seksaferę. 
Tego typu metoda dosyć skutecznie po-
zwala walczyć z politycznym przeciw-
nikiem. Andrzej Lepper jest przekonany, 
że Samoobrona będzie istnieć. Pewnie 
jest w stanie utrzymać grono zwolen-
ników, zachować resztki struktur. Poza 
tym bazuje na swojej rozpoznawalności. 
Czy Lepperowi uda się zbudować taką 
pozycję partii, jaką miała przed laty? To 
raczej mało prawdopodobne, gdyż przy 
obecnej dominacji czterech podmiotów 
politycznych już dziś prezes partii nie 
jest w stanie podejmować bieżących 
działań. Ponadto tak zwany elektorat 
wiejski skutecznie zagospodarowuje 
partia Jarosława Kaczyńskiego. 

Dodatkowo proces utrudnia prowa-

dzenie działalności politycznej. Lepper 
cały czas zapewnia, że udowodni swoją 
niewinność, a jeśli będzie trzeba, skie-
ruje sprawę do Europejskiego Trybunału 
Praw Człowieka w Strasburgu. Z kolei 
Stanisław  Łyżwiński nie pojawia się na 
rozprawach. Przysyła zwolnienia lekar-
skie, porusza się na wózku inwalidzkim. 

Sprawa będzie miała jeszcze wiele od-

słon. Sąd apelacyjny zwrócił uwagę,  że 
uchylenie wyroku w sprawie Leppera 
znajdzie swoje odniesienie 
do odpowiedzialności  Łyż-
wińskiego. Co do dwóch za-
rzucanych czynów, zarówno 
Lepper, jak i Łyżwiński mieli 
w tej sprawie działać wspólnie 
i w porozumieniu. Dlatego, 
zdaniem Sądu Apelacyjnego, 
przy ponownym rozpoznaniu 
sprawy może mieć to znacze-
nie dla ustaleń i zakresu odpo-
wiedzialności  Łyżwińskiego. 

litycznej właśn
Tego typu meto
zwala walczyć
nikiem. Andrze
że Samoobron
jest w stanie u
ników, zachow
tym bazuje na s
Czy Lepperow

Sąd Apelacyjny uznał, że wyrok dotyczą-
cy Stanisława  Łyżwińskiego jest prawo-
mocny. Zaliczono byłemu posłowi w po-
czet kary okres przebywania w areszcie, 
w którym spędził prawie dwa i pół roku. 
Żona byłego posła, Wanda Łyżwińska, 
zapowiedziała zaskarżenie wyroku do Eu-
ropejskiego Trybunału Praw Człowieka w 
Strasburgu. 

Zamach stanu?

Prezentowana początkowo jako 

Aneta K. rozmówczyni dziennikarza 
„Gazety Wyborczej” Marcina Kąckiego 
oskarżała w 2006 roku Andrzeja Lep-
pera oraz Stanisława  Łyżwińskiego o 
żądanie korzyści w postaci stosunków 
seksualnych w zamian za pracę w biu-
rze poselskim, a samego Łyżwińskiego 
także o uzależnianie wypłacania pensji 
od odbycia stosunku.

Po artykule zeszła lawina. Oskarżenia 

wobec polityków prezentowane były w 
programie „Teraz MY!” w TVN, gdzie 
kobieta wystąpiła już pod pełnym nazwi-
skiem Aneta Krawczyk. Po programie wsz-
częto śledztwo w sprawie zarzutów. Każ-
dy ruch prokuratury, na przykład badanie 
DNA dotyczące ustalenia ojcostwa dziec-

KRAJ

go – Stanisława  Łyżwiń-

tykował  postawę Anety 

między innymi za na-

bra własnego dziecka,

ało w całą sprawę 

nak nadal bę-

się  bronić.

dził  błędy 

, ale proces 

się niejako 
ider  Samo-

czas pró-

dnić,  że ni-

przełożonym

wczyk, więc

ów wobec nie-

dstaw.

rganizacji

a jako organizacja poli-

ła wypchnięta ze sceny po-

śnie przez tzw seksaferę

aśn

Sąd Apelacyjny uznał że wyrok dotyczą

ka Anety 

Krawczyk, 

był pilnie śle-

dzony przez dzien-

nikarzy. 

9 grudnia 2006 roku pod-

czas konferencji prasowej An-

drzej Lepper stwierdził,  że akcja 

skierowana w Samoobronę ma na 
celu dokonanie zamachu stanu i oba-

lenie legalnie wybranego rządu. Jego 

pogląd podzielił drugi wicepremier w 

rządzie – Roman Giertych. Postępowa-

nie przed sądem toczyło się jednak nadal. 
24 sierpnia 2007 roku prokurator Proku-
ratury Okręgowej w Łodzi przedstawił 
posłowi Stanisławowi  Łyżwińskiemu 
siedem zarzutów, m.in.: oferowania Ane-
cie Krawczyk pracy w zamian za „ko-
rzyść seksualną”, zmuszania jej i dwóch 
innych kobiet do usług seksualnych, na-
kłaniania Anety Krawczyk do dokonania 
aborcji. 8 listopada 2007 roku prokurator 
łódzkiej Prokuratury Okręgowej przed-
stawił szefowi Samoobrony RP Andrze-
jowi Lepperowi m.in. zarzuty żądania i 
przyjmowania korzyści o charakterze 
seksualnym od Anety Krawczyk.

11 lutego 2010 roku, po prawie dwóch 

latach procesu, Sąd Okręgowy w Piotrko-
wie Trybunalskim skazał nieprawomoc-
nie Andrzeja Leppera na karę dwóch lat i 
trzech miesięcy, a Stanisława Łyżwińskie-
go na karę pięciu lat pozbawienia wol-
ności bez zawieszenia wykonania kary. 
Uzasadnienie wyroku zostało utajnione. 
W tym samym dniu Stanisławowi  Łyż-
wińskiemu uchylono tymczasowy areszt, 
który opuścił karetką. Lepper i Łyżwiński 
złożyli następnie apelacje od wyroku.

30 marca 2011 roku Sąd Apelacyjny w 

Łodzi skierował sprawę Andrzeja Lep-
pera oraz dwóch zarzutów Stanisława 
Łyżwińskiego, dotyczących ich działań 
wspólnie i w porozumieniu, do ponow-
nego rozpoznania przez Sąd Okręgowy. 

background image

XII

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

KRAJ

debacie tej obok lidera Til-
tu, który jest podobno wy-
znawcą buddyzmu, wzię-
li jeszcze, jak wiadomo, 

udział: Zbigniew Hołdys, mówiący o so-
bie, że jest „człowiekiem uduchowionym, 
nie religijnym”, gdyż „religia jest sprawą 
intymną każdego człowieka”, oraz Pa-
weł Kukiz, autor słynnego onegdaj songu 
„ZChN zbliża się”, na temat którego miał 
powiedzieć, iż „tekst jest antykościelny, 
uważam bowiem, że współczesny Kościół 
nie służy Bogu. To przekonanie wzięło się 
z mojej obserwacji życia”. Debatę pro-
wadzoną w cyklu „Drugie śniadanie mi-
strzów” prowadził Marcin Meller, od kil-
ku lat redaktor miesięcznika „Playboy”, 

skierowanego do przyrodników, a 

głównie do miłośników „kró-

liczków”.

Wspomniana debata 

odbyła się wkrótce 

po tym, jak podobny 

szoł w stylu „Mam 

talent” zaprezen-

towali polskiej 
widowni dwaj 
„giganci” od eko-

nomii, tj. obecny 

minister Rostowski 

i były minister Bal-

cerowicz. Strach po-

myśleć, co będzie dalej, 

zwłaszcza że praktycznie na-

tychmiast po zakończeniu ka-

riery sportowej o polityczne ko-

mentarze pokusił się sam mistrz 

Adam Małysz, któremu nawet lide-

rzy partii chłopskiej zaproponowali in 

blanco „jedynkę” na listach wyborczych 

podczas zbliżających się wyborów par-

lamentarnych. Wprawdzie pani pro-
fesor Staniszkis próbowała mistrza 

nieco otrzeźwić, sugerując, by zamiast 

o polityce, wypowiadał się raczej o sko-

kach narciarskich, ale przecież i ta rada 

nie była zbyt rozsądna, gdyż w ta-

kim razie kto miałby prawo wypo-

wiadać się na tematy polityczne? 

Chcąc nie chcąc, musielibyśmy 

powrócić do starego, wypróbo-

wanego hasła: „literaci do piór, 

studenci do nauki, robotnicy do 

fabryk” i – jak po cichu dodawa-

no – „politycy do koryta”. Problem 
oczywiście nie polega na tym, że na 
tematy polityczne wypowiadają się 

sportowcy, piosenkarze, gitarzyści 

czy miłośnicy „króliczków”, ale na tym, 
że w dzisiejszej ochlokracji sądom takich 
celebrytów na tematy, o których nie mają 
zielonego pojęcia, przypisuje się większą 
wagę niż są one faktycznie warte. Winni 
tego stanu rzeczy nie są celebryci, lecz 
politycy, którzy specjalnie tak konstruują 
system debaty publicznej, aby zamknąć ją 
w kontrolowanych przez siebie ramach. 
To, że prywatna stacja telewizyjna zapro-
siła do swojego studia wymienionych na 
wstępie szarpidrutów i pozwoliła „deba-
tować” im z premierem polskiego rządu, 
nie budzi większego zdziwienia – nato-
miast dziwić może fakt, że premier, nie 
mający czasu na podobne „kwękolenia” z 
reprezentantami innych sił politycznych, 
ma ten czas na podobne kawiarniane 
rozmówki z celebrytami estrady. Jeżeli 
mająca się za poważną siłę polityczną i 
tworząca koalicję rządową partia oferuje 
w ciemno pierwsze miejsce na liście wy-
borczej z dowolnego (do wyboru) okręgu 
wyborczego skoczkowi narciarskiemu, 
który swoją pierwszą polityczną dwuzda-
niową wypowiedź ujawnił światu i Polsce 
zaledwie kilkanaście dni temu, to jak ten 
fakt należy rozumieć w odniesieniu do 
poziomu krajowej polityki, jak i poziomu 
samej tej partii? Z faktu tego wynika, że 
partia ma głęboko w nosie merytoryczny 
poziom swoich posłów, bo przecież trudno 
przypuszczać, by jej działacze nie zdawali 
sobie sprawy, że pojęcie mistrza Adama o 
makroekonomii, prawie, zarządzaniu pań-
stwem, polityce międzynarodowej i temu 
podobnych drobiazgach, na których po-
winien rozumieć się poseł, nie jest szcze-
gólnie wysokie. Z drugiej strony skoro 
zakładają, że wyborcy in gremio wybiorą 
sobie na posła znanego sportowca tylko 
dlatego, że dobrze skacze, pływa czy gra 
w piłkę, to oznacza, że mają bardzo niskie 
mniemanie o rozumie tychże wyborców. 
Ten rozum polityczny wyborców jest, jaki 
jest, ale politycy, zamiast – co jest ich po-
winnością – podnosić ten poziom na wyż-
szy szczebel, świadomie jeszcze bardziej 
ogłupiają naród, aby tym łacniej wma-
wiać w niego brak wyborczej alternatywy. 
Przecież wspomniana debata Rostowski-
Balcerowicz osiągnęła swój prawdziwy 
cel, tj. zasugerowała sporej części pu-
bliczności, że alternatywą jest tylko to, co 
głosi jeden z tych dwóch guru – w końcu 
nawet największa partia opozycyjna głosi 
w tej sprawie to samo, co powtarza Balce-
rowicz. Także Tusk, powtarzający głośno, 

„Pracy nie ma, kasy coraz 
mniej,/ politycy zapewniają 
nas, że wszystko jest OK,/ 
zasypują nas słowami, które 
nie mają znaczenia./ Już 
dość mam wysłuchiwania 
ich majaczenia” – wyśpie-
wuje zespół Tilt, którego 
liderem jest ten sam 
Tomasz vel
 Tomek Lipiński, 
który był jednym z uczestni-
ków debaty premiera Tuska 
z szarpidrutami.

Na politycznym przednówku

K

RZYSZTOF

. M. M

AZUR

ku  lat redaktor miesięcz

sk

s

ierowanego do 

głównie do m

liczków”

Wspo

odby

po 

sz

ta

to
w

no

mi

i  by

cerow

myśleć,  c

zwłaszcza ż

tychmiast po

riery sportowej

mentarze pokusi

Adam Małysz, któ

rzy partii chłopskiej 

blanco „jedynkę” na lis

podczas zbliżających 

mentarnych. Wpra

sor Staniszkis pr

co otrzeźwić, suge

lityce, wypowiada
h narciarskich, ale

nie była zbyt rozsą

kim razie kto mia

wiadać się na tem

Chcąc nie chcą

K

RZYSZTOF

. M. M

AZUR

f

n
o
t

sp

pod

lam
fes

niec

o po

kach

n

F

OT

. www

.nato.int

background image

XIII

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

KRAJ

że wybory może jednak wygrać Kaczyń-
ski, wypowiada takie antypiarowskie sądy 
tylko dlatego, aby nadal podtrzymywać w 
narodzie złudzenie bezalternatywności 
politycznego wyboru. Obecnym siłom 
politycznym zależy, aby ludzie jak najdłu-
żej trwali w przeświadczeniu, że nie mają 
politycznej alternatywy, a obecny podział 
sceny politycznej stanowi optimum poli-
tycznej ewolucji i jej koronę stworzenia.

Kto kogo ukąsił

Nie może być inaczej, gdyż większość 

polityków okupujących nasz parlament to 
niedouczeni ambicjonerzy, których posła-
mi i senatorami uczyniły osobiste znajo-
mości i oportunizm, każący im zapisywać 
się w odpowiednim czasie do odpowied-
niej partii, do których, jak wiadomo, czę-
sto przechodzili z innych ugrupowań – i to 
bez konieczności zmiany poglądów. Jak 
przypomniałem kiedyś na tych łamach, 
posłanka Kluzik-Rostkowska, kiedy jesz-
cze była duszeńką Kaczyńskiego, wspo-
minała, że na pomysł, aby zostać posłanką, 
wpadła sama, płynąc stylem grzbietowym 
na jednym ze stołecznych basenów, który 
to basen – jeśli dobrze pamiętam wspo-
mnienia posłanki – miał przeszklony 
dach. Oczywiście z tym „wymyśleniem” 
sobie mandatu poselskiego było zapewne 
analogicznie jak w anegdocie o pucybu-
cie, który pracował, pracował, pracował, 
aż w końcu odziedziczył milionowy spa-
dek i został milionerem. W przypadku 
posłanki tym spadkodawcą, a właściwie 
obdarowującym, był prezes Kaczyński, 
natomiast faktem jest, że pani Kluzik, 
będąc już „na swoim”, zażarcie walczy o 
głosy różnych grup społecznych, a nawet 
„narodowości”, gdyż ostatnio zadekla-
rowała,  że „jest Ślązaczką i jest Polką”. 
Poparli ją w tym natychmiast polityczni 
stronnicy, tj. unioposłowie Kowal i Migal-
ski. Wspominam o tym fakcie dlatego, że 
sam poruszyłem niedawno temat „śląski”, 
a uczyniłem to, zanim prezes Kaczyński 
wypowiedział publicznie podobne przy-
puszczenia co do prawdziwej natury pew-
nych krajowych ruchów na rzecz autono-
mii, z Ruchem Autonomii Śląska na czele. 
Pomijając chwilowo główny temat sporu, 
warto byłoby dowiedzieć się, jaką naro-
dowość pani posłanka wpisze lub już wpi-
sała w ankiecie spisowej w rubryce „na-
rodowość”, zwłaszcza że kto jak kto, ale 
poseł powinien pierwszy stosować się do 
przepisów państwowych, a jak wiadomo, 
polskie prawo nie uznaje śląskiej mniej-
szości narodowej, uznając  Ślązaków, tak 
samo jak Kaszubów, za grupę etnogra-
fi czną. Tymczasem PiS-owscy działacze 
nie zaapelowali o nic innego jak tylko o 

deklarowanie przez ludność Śląska naro-
dowości polskiej, co wystarczyło posłan-
ce Kluzik-Rostkowskiej do wystawienia 
Kaczyńskiemu opinii, jakoby jeszcze „nie 
otrząsnął się (...) ze związków z Romanem 
Giertychem”, a poseł Migalski wyraził 
się nawet o „ukąszeniu giertychowskim” 
i przechodzeniu PiS z pozycji piłsudczy-
kowskich na pozycje endeckie. Ale czy 
tylko politycy zwariowali od tej obłudy? 
Jasne, że nie, gdyż żeby było śmiesznej, 
jak tylko politycy PJN (chociaż nie tylko 
–  vide wypowiedzi np. ministra Nałęcza 
czy posła Siwca) oskarżyli PiS-owców 
o „ukąszenie giertychowskie”, prawie w 
tym samym czasie pozujący na nowo-
czesnego endeka redaktor Ziemkiewicz 
postawił w „Rzeczpospolitej” taką oto 
opinię: „Dobrym przykładem tej budzącej 
mój wstręt tendencji jest działalność syna 

i dziedzica przywołanego przed chwilą 
byłego członka Rady Konsultacyjnej przy 
Jaruzelskim, Romana (...). Teraz były li-
der LPR, już nie minister, nie poseł, nie 
prezes, ale tylko (czy może »aż«?) mece-
nas Giertych usiłuje się przykleić do PO. 
Tylko tak można zrozumieć jego usłużne 
żądanie jakichś »psychologicznych« eks-
pertyz rzekomych nacisków na pilotów 
tupolewa (...)”. Nie ma co – zaraźliwy ten 
Giertych jak nie przymierzając  świńska 
grypa. Nie dość,  że obarczył zespołem 
swojego imienia samego prezesa Kaczyń-
skiego; nie dość, że dotkliwie ukąsił pozo-
stałych pisiorów – to jeszcze na dokładkę 
uczynił to wszystko przyklejony do PO. 
Ale to dobrze – przynajmniej widać, kogo 
ta polskość, ten polski – bo przecież nie 
ślunski, nie ukraiński, nie żydowski etc. – 
nacjonalizm najbardziej gryzie. 

NEMO IUDEX IN CAUSA SUA – nikt nie jest sędzią we własnej sprawie – zatem 

ograniczę się do informacji, że pierwsza rozprawa, jaką z pozwu TVN SA przepro-
wadzi Sąd Okręgowy w Warszawie II Wydział Cywilny przy al. Solidarności 127, 
rozpocznie się 12 kwietnia br. o godzinie 9.30 w sali 212. TVN zarzuca mi podanie w 
felietonie „Na równi pochyłej” nieprawdziwych informacji, które w ocenie powoda 
naruszają jego dobra osobiste. Pozew nie precyzuje jasno, które informacje uważa za 
nieprawdziwe ani które opinie przeze mnie wyrażone naruszają dobra osobiste TVN 
– ale mam nadzieję, że to się wyjaśni podczas rozprawy. W ogóle może być cieka-
wie, bo np. w pozwie zamieszczony jest wniosek dowodowy o dopuszczenie zeznań 
świadków: pana Edwarda Miszczaka i pana Adama Pieczyńskiego „na okoliczność 
zdarzeń będących przedmiotem postępowania, a mianowicie ustalenia, czy Wojsko-
we Służby Informacyjne miały wpływ na dziennikarzy stacji TVN”. Nie wiem, czy 
taka była intencja autorów pozwu, ale zacytowane sformułowanie sugeruje, iż oby-
dwaj świadkowie są w stanie wykluczyć wpływ Wojskowych Służb Informacyjnych 
na dziennikarzy stacji TVN. Ale żeby rzeczywiście mogli to uczynić, musieliby być 
poinformowani o poczynaniach Wojskowych Służb Informacyjnych względem stacji 
TVN i ewentualnie dziennikarzy tej stacji – że np. żaden z nich ani też żaden z jej 
pracowników decyzyjnych nie jest ani nie był tajnym współpracownikiem WSI ani 
że nie miały one na nich żadnego wpływu. Jednak taka wiedza – jak sądzę – mogłaby 
zostać uzyskana tylko od Wojskowych Służb Informacyjnych, a nie przypuszczam, 
by zechciały one informować o swojej działalności i ewentualnej agenturze osoby po-
stronne. Osoby postronne, a więc pozbawione owej specjalistycznej wiedzy, mogłyby 
co najwyżej zeznać, że IM niczego nie wiadomo na ten temat – ale powiedzmy sobie 
szczerze: cóż to za dowód? Tego rodzaju zeznanie mógłby złożyć każdy przypadko-
wy, spotkany na ulicy przechodzień – dlatego jestem bardzo ciekaw, co na rozprawie 
powiedzą obydwaj powołani  świadkowie. Poza tym zacytowany fragment wniosku 
dowodowego pokazuje, że przedmiotem tego procesu tak naprawdę są nie tyle dobra 
osobiste, ile ustalenie, czy WSI miały wpływ na dziennikarzy TVN i w ogóle na tę 
stację. Ja doskonale rozumiem, że intencją WSI i ich ofi cjalnych następców byłoby 
ukrycie za wszelką cenę ewentualnych powiązań z TVN i wpływu WSI na tę stację – 
ale mój interes procesowy jest dokładnie odwrotny. Dlatego też proces stwarza szansę 
odsłonięcia sporego i newralgicznego segmentu polskiego życia publicznego – czy i 
w jakim stopniu jest ono aranżowane przez tajne służby, a w jakim stopniu pozostaje 
autentyczne i spontaniczne. I mam nadzieję, że ta szansa zostanie wykorzystana. Wiele 
zależy oczywiście od sądu, który jest gospodarzem procesu, ale – jak to mówią – czło-
wiek strzela, a Pan Bóg kule nosi. Zatem wszystkich zainteresowanych zapraszam.

S

TANISŁAW

 M

ICHALKIEWICZ

   

Zapraszam na proces

background image

XIV

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

KRAJ

N

ajgłośniej w Polsce jest obecnie 
oczywiście na temat galopują-
cych cen cukru. Ale oprócz nich 
można jeszcze zaobserwować 

wysokie ceny paliw, gazu, energii. Czyli 
akurat w tych dziedzinach, w których jest 
dużo państwa, a w ogóle nie ma wolnego 
rynku. Co dziwne dla wielu zwolenników 
aktywnego udziału państwa w gospodar-
ce, tam, gdzie jest go mniej (co nie zna-
czy wcale, że jest go mało), ceny spadły. 
Najwięcej w ciągu roku podrożały paliwa, 
bo aż o 13,3%. Na drugim miejscu jest 
energia (7,3%), a dalej żywność (5,1%). 
Wszystkie te trzy rynki są w największym 
stopniu kontrolowane przez państwo.

Skąd obecne wzrosty?

W paliwach istnieją praktycznie tylko 

dwa państwowe podmioty, które udają 
konkurencję między sobą. Energia to z 
jednej strony elektryczność, a z drugiej 
gaz. I znowu mamy do czynienia głównie 
z państwowymi  fi rmami, które podlega-
ją nie rachunkowi ekonomicznemu, lecz 
decyzjom administracyjnym. Na niższe 
ceny w tej branży nie ma w ogóle co li-
czyć. Państwowe elektrownie nadrabiają 
wieloletnie niedoinwestowanie, w związku 
z czym raczej będą jeszcze bardziej chciały 
przerzucić na klienta swoją nieudolność. 

Inaczej wygląda sytuacja z gazem, gdzie 

zakupy surowca odbywają się na szcze-
blu państw – polskiego i rosyjskiego. 
A jak obecne ekipy dbają o swoich kon-
sumentów, niech świadczy fakt, że polscy 
państwowi negocjatorzy uzyskali cenę za 
gaz o ok. 25% wyższą niż mają Niemcy, 
za co Bronisław Komorowski uhonoro-
wał (negocjatorów) Złotymi Krzyżami 
Zasługi. Kupić produkt w imieniu wszyst-
kich polskich domostw o ok. 25% drożej 
niż to możliwe to wielka sztuka. Niejako 
przy okazji umorzono dług Gazpromu 
za użytkowanie polskiego odcinka Ga-
zociągu Jamalskiego. Dług ten wynosił 
ok. 1,2 miliarda złotych, a cena oferowane-
go (na wiele lat, mimo możliwości pojawie-
nia się wydobycia gazu na terenach Polski) 
metra sześciennego miała spaść o ok. 1%. 
Z pewnością bardziej niż zasobnością 
portfela polskiego konsumenta nasze wła-
dze interesują się zasobnością portfela 
Gazpromu. 

Z kolei drożejąca  żywność (trzeci naj-

większy wzrost cen w koszyku polskiego 
konsumenta) to już efekt działań chorego 
systemu Wspólnej Polityki Rolnej w Unii 

Europejskiej. Jeżeli od wielu lat Unia stawia 
za priorytet utrzymywanie rentowności pro-
dukcji rolnej, to nie ma co się dziwić, że ten 
rynek jest całkowicie zepsuty. Unijni biu-
rokraci mówią danemu państwu, ile może 
wyprodukować  żywności. Oczywiście 
przyznawane limity są mniej więcej na po-
ziomie planu konsumpcji leżącego na biur-
ku brukselskiego urzędnika. Czasem jeden 
kraj przekona urzędnika, by obniżył limit 
drugiemu państwu. Ale generalnie produk-
cja ma mniej więcej równać się sprzedaży. 
Tylko plan urzędnika nie uwzględnia dwóch 
czynników: po pierwsze – że czasem kon-
sumenci mogliby kupić więcej, niż przewi-
duje to plan (co prowadzi do bardzo dużego 
wzrostu ceny, bo producenci nie mogą już 
zwiększyć produkcji), po drugie – że mogą 
zdarzyć się  słabe zbiory, poniżej planu. 
A jeżeli te dwa czynniki zbiegną się w cza-
sie, to mamy gotowe bardzo wysokie ceny 
żywności. W normalnym państwie po pro-
stu zwiększyłoby się import i po kłopocie, 
sytuacja szybko wróciłaby do normalności. 
Żaden urzędnik nie musiałby nawet palcem 
kiwnąć, by konsumenci doszli do porozu-
mienia z handlarzami i rolnikami co do ilo-
ści i ceny produktów żywnościowych. Ale 
Unia nie jest normalna, więc ma szczelnie 
zamknięte granice przed napływem żywno-
ści spoza jej granic, co powoduje zarówno 
ubożenie własnego społeczeństwa, skaza-
nego na drożyznę, jak i na ubożenie reszty 
świata (nie mogącego sprzedać swoich pro-
duktów na rynku europejskim). 

Także gdy Donald Tusk próbuje zwa-

lić winę za obecne ceny na spekulantów, 
generalnie mija się z prawdą. To prawda, 
że spekulacja wywindowała ceny ropy na 
świecie do bardzo wysokiego poziomu, ale 
prawdą też jest, że ponad 50% fi nalnej ceny 
na stacji benzynowej stanowią podatki. 
I o ile stacja benzynowa ponosi wszelkie 
koszty prowadzenia działalności, a pań-
stwowe rafi nerie – przeróbki ropy, to wła-
śnie państwo bez żadnego ryzyka pobiera 
od każdego zatankowanego litra benzyny 
ponad połowę jego wartości. 

Tam, gdzie państwa jest relatywnie mniej 

niż na wymienionych rynkach, tam i wzrost 
cen jest albo niski, albo nawet widać ich 
spadek. Konkurencyjny rynek odzieżowy 
i obuwniczy zanotował największy spadek 
cen. Uwzględniając roczną infl ację, real-
nie możemy powiedzieć, że jest to spadek 
ok. 7-procentowy. Jest to następstwem dużej 
konkurencji, działania wielu podmiotów na 
rynku oraz odkrywania coraz to nowszych 

Politycy rządowi, na czele 
z Donaldem Tuskiem, wyra-
żają zdziwienie rosnącymi 
cenami. To już nie tylko 
żywność i benzyna, cho-
ciaż te zdrożały w zeszłym 
roku najbardziej, ale rów-
nież pozostałe produkty – 
szczególnie te, które mają 
administracyjnie ustalane 
ceny. Zdziwienie przedsta-
wicieli rządu wynika albo 
z braku wiedzy na temat 
podstawowych mechani-
zmów gospodarczych, albo 
ze zwykłego wyrachowania 
i próby przerzucenia odpo-
wiedzialności na przysło-
wiowego spekulanta. 

Ceny muszą rosnąć

M

AREK

 Ł

ANGALIS

ALIS

background image

XV

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

KRAJ

źródeł zaopatrzenia (Chiny, Turcja, Indie). 
Tam, gdzie państwa jest relatywnie mało, 
panują zdrowe zasady wolnego rynku. 
A ten w długim okresie, przy powszechnym 
doskonaleniu się przedsiębiorstw, powinien 
prowadzić do spadku, a nie wzrostu cen. 

Miało nie być infl acji

Jak pamiętamy z kampanii wyborczej 

przed ostatnimi wyborami parlamentarny-
mi, miało nie być w Polsce infl acji. Odpy-
tywanie przez Donalda Tuska ówczesnego 
premiera Jarosława Kaczyńskiego z cen 
jabłek było zagrywką pod publikę, ale jed-
nocześnie strzałem w kolano. W obecnym 
systemie o wiele trudniej jest powstrzymać 
rosnące ceny przy 7-procentowym wzro-
ście PKB, jaki miał Kaczyński, niż przy 
2-3-procentowym, jaki ma Tusk. Dodatko-
wo Tuska pogrąża szybko rosnące bezro-
bocie. Ale taki jest efekt polityki dbania o 
interesy fi rm obcych mocarstw, a nie swo-
ich obywateli. 

Dodatkowo Tuska obciąża fakt niezrobie-

nia niczego z państwowymi molochami. Jak 
zwykle w przypadku „liberałów-aferałów”, 
chce się sprzedać monopole i oligopole. 
Na plus należy zapisać obecnej ekipie fakt 
prywatyzacji przez giełdę, która jest o wie-
le bardziej przejrzysta od dziwnych i często 
niezrozumiałych w przeszłości transakcji 
(chociaż nie oszukujmy się, że na prywaty-
zacji giełdowej nie można zrobić różnych 
manipulacji, choćby ceną emisyjną akcji). 
Ale to, co uderza, to fakt, że ekipa Tuska 
nie zrobiła nic, by poprawić działanie kon-
kurencji w naszym kraju. Energetyka jest 
całkowicie opanowana przez państwowe 
fi rmy; zamiana ich właściciela niczego na 
rynku nie zmieni, ponieważ cała branża nie 
jest poddana mechanizmom konkurencji. 
Podobnie w sektorze paliwowym. Ogrom-
ne inwestycje, jakie poprzez program 10+ 
zostały władowane w gdański Lotos, dzisiaj 
mogą być pożytkowane przez rosyjskie fi r-
my. Nie mam nic przeciwko obecności Ro-
sjan na polskim rynku, ale branża paliwowa 
w Rosji to akurat nie jest sektor uwolniony 
od wpływu tamtejszych polityków. Sprze-
danie Lotosu, o którym coraz głośniej się 
mówi, którejś z rosyjskich fi rm, to de facto 
sprzedanie dużej części rynku paliwowego 
państwu rosyjskiemu. Jest to więc zamia-
na jednej państwowej własności na drugą 
– co już w Polsce ćwiczyliśmy przy okazji 
„prywatyzacji” Telekomunikacji Polskiej 
i sprzedania jej przez skarb państwa fi rmie 
France Telecom, bądź co bądź państwowej. 

Patrząc na działania tej ekipy, nie ma co 

liczyć,  że tendencje infl acyjne  będą spa-
dać. Praktycznie poprzez nieudolność rzą-
du skazani jesteśmy na rosnące ceny i po-
winniśmy się z tym oswoić. Jeżeli zbiory 

w rolnictwie będą w tym roku duże, ceny 
żywności mogą spaść, ale energia (elek-
tryczność plus gaz) będzie cały czas rosnąć. 
Paliwa – biorąc pod uwagę brak nadziei na 
obniżkę jakiegokolwiek podatku wchodzą-
cego w skład ceny fi nalnej – mogą spaść 
tylko wtedy, gdy umocni się złotówka lub 
spadną ceny na światowych giełdach. A na 
to drugie się nie zanosi, bo przecież amery-
kański System Rezerwy Federalnej w tym 
roku wpompuje w rynek ok. 600 miliardów 
dolarów poprzez operacje otwartego rynku 
(polegające na wykupie przez Fed, odpo-
wiednik naszego NBP, z rąk banków obli-
gacji i bonów skarbowych, co spowoduje 
skokowy wzrost podaży pieniądza), więc 
wszelkie banki inwestycyjne będą dyspo-
nować gotówką do upłynnienia. Najlepiej 
w towary, jak np. ropa. 

Więcej uczciwości

Praktycznie bez echa przeszła decyzja 

podjęta przez Radę Polityki Pieniężnej w 
czerwcu 2009 roku o obniżeniu stopy re-
zerw obowiązkowych utrzymywanych 
przez banki komercyjne w Polsce. Jest to 
procent, jaki banki muszą trzymać na kon-
cie Narodowego Banku Polskiego od każ-
dej złotówki zdeponowanej w nich przez 
klienta. I tak jeśli klient wpłaci 1000 zł na 
konto, bank musi 30 zł przelać na konto de-
pozytowe w NBP, a resztę może wykorzy-
stać do udzielenia kredytów. Oczywiście 
banki nie pożyczają wszystkiego – muszą 
przecież utrzymywać  płynność, tak by 
klienci chcący odebrać swoje pieniądze nie 
zastali pustej kasy. Niewątpliwie im niższe 
rezerwy obowiązkowe, tym większe praw-
dopodobieństwo pojawienia się pustego 
pieniądza na rynku. A jak wiadomo, pusty 
pieniądz to również większa infl acja. I na 
początku 2009 roku, gdy jeszcze nie było 
wiadomo, jak kryzys w Polsce będzie wy-

glądał, Platforma poprzez „Zbycha” Chle-
bowskiego zaangażowała się w obniżenie 
stóp rezerw obowiązkowych, co w poło-
wie 2009 roku nastąpiło. Dzisiaj mamy 
właśnie 3-procentową rezerwę obowiąz-
kową, co jest groźne nie tylko dla poziomu 
cen, ale i dla naszych oszczędności. 

Kryzys należało wykorzystać do prze-

prowadzenia gruntownej reformy systemu 
bankowego i wprowadzenia zasady uczci-
wości poprzez podniesienie stopy rezerw 
obowiązkowych, przynajmniej dla rachun-
ków na żądanie. Jak sama nazwa wskazuje, 
jest to rachunek, gdzie pieniądze dostępne 
są na każde żądanie jego klienta – i banki 
nie powinny mieć możliwości wykorzy-
stywania środków z takich rachunków do 

prowadzenia akcji kredytowych. Gdyby 
PO zaangażowała się we wprowadzenie 
100-procentowej rezerwy dla rachunków 
na każde żądanie, wtedy mielibyśmy mniej 
akcji kredytowych i niższą (jeżeli już w 
ogóle) infl ację. A tak mamy jeszcze więk-
szą presję ze strony systemu bankowego na 
podaż pieniądza i ceny. 

Zamiast reformy systemu bankowego i 

wprowadzenia mechanizmów konkurencji 
tam, gdzie ceny najbardziej wzrosły, ga-
binet Tuska zachowuje się jak każdy inny 
socjalistyczny rząd. Czyli najpierw problem 
stworzył, a teraz chce go zwalczyć poprzez 
urzędowe ceny maksymalne. Właśnie ogło-
szono,  że przygotowywane jest rozporzą-
dzenie o cenach maksymalnych: 3,50 zł dla 
kilograma cukru i 4,50 zł dla litra benzyny 
PB 95. Tylko jak obniżyć cenę benzyny 
do poziomu 4,50, gdzie około 2,60 zł to 
podatki, a jak powiedział minister Jan Vin-
cent-Rostowski, obniżki akcyzy nie będzie. 
Czyżby stacje benzynowe miały sprzeda-
wać benzynę bez marży? Warto również 
wspomnieć,  że z inicjatywy Ministerstwa 
Rolnictwa w zeszłym roku powołano spe-
cjalną komisję, która miała przyjrzeć się 
ustalanym cenom żywności. Ciekawe, co po 
prawie roku działania ma do powiedzenia 
szanowna komisja w sprawie aktualnych 
cen. Pewnie też zrzuci winę na spekulanta. 

Wraz z rozwojem technologicznym i po-

stępującym zwiększeniem produktywności 
ceny powinny w długim okresie maleć, a 
nie rosnąć. Przy stałych pensjach mogli-
byśmy z każdym dniem kupować coraz 
większą liczbę produktów i usług. Jednak 
psucie wartości pieniądza, jakie występuje 
na całym świecie (Polska nie jest tu żad-
nym wyjątkiem), powoduje, że ceny rosną. 
Jeżeli dodamy do tego nieudolność i utrzy-
mywanie monopoli i oligopoli w niektó-
rych branżach oraz państwowej własności, 
to zrzucanie przez Tuska winy za wysokie 
ceny na spekulantów jest co najmniej nie-
adekwatne do sytuacji. 

Wzrost cen w styczniu-lutym 2011 r. 
(do stycznia-lutego 2010 r.) 

        

Źródło: Główny Urząd Statystyczny

Kategoria

wzrost 

cen

Paliwa

13,3%

Nośniki energii

  7,3%

Żywność

  5,1%

Napoje alkoholowe i 

wyroby tytoniowe

  4,3%

Restauracja i hotele

  3,6%

Zdrowie

  3,4%

Edukacja

  2,6%

Wyposażenie 

mieszkania

  1,4%

Rekreacja i kultura

 -0,1%

Łączność

 -1,3%

Odzież i obuwie

 -3,8%

background image

XVI

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

KRAJ

P

remier Władysław Sikorski też 
uwierzył kiedyś Anglikom, że 
zgoda na zmianę granicy polsko-
rosyjskiej to dla dobra Polski. 

Tłumaczy go trochę to, że był na ich gar-
nuszku. Na czyim garnuszku jest Tusk? 
Buzek? Minister Radek S.?...

Kibice naszej reprezentacji, którzy w 

liczbie ok. 300 udali się na mecz do Kow-
na, zapytali najpierw uprzejmie litew-
skich kibiców, ilu ich będzie na stadionie. 
Gdy dowiedzieli się, że ok. 400, od razu 
oświadczyli,  że to za słaby przeciwnik, 
zatem od razu uderzą na litewską policję, 
co też odważnie uczynili. Podczas meczu 
dali też wyraz temu, co myślą o PZPN, a 
pośrednio o rządzie Tuska, który toleruje 
korupcyjny monopol PZPN na organizo-
wanie rozgrywek piłkarskich. Odśpiewali, 
jak zwykle – gromko, równo, z wigorem 
– pieśń, która staje się swoistym hymnem 
„ludzi charakternych”, dotyczącym nie 
tylko PZPN: „PZPN, PZPN, je**ć, je**ć 
PZPN”! Serce mi rośnie, ilekroć  słyszę 
tę dzielną pieśń na trybunach – owszem, 
może cokolwiek wulgarną jak na wy-
delikacone uszy, ale jakże celną w swej 
moralnej wymowie: gardzić złodziejami! 
Może gdyby kibice wzięli w swoje ręce 
polską politykę, mieliby większe sukcesy 
niż rządy PO i PSL z SLD na kupę? 

Rząd na zieloną trawkę (ale w klipę, za 

bramką...), kibice do polityki?

Wprawdzie część mediów nazywa tych 

kibiców aż „bandytami”, ale jest to ta 

sama część mediów, która wyrozumiale 
nie nazywa „bandytami” autorów stanu 
wojennego czy stalinowców spod znaku 
Jakuba Bermana, Hilarego Minca, Luny 
Brystygierowej, Anatola Fejgina, braci 
Goldbergów i Bolesława Bieruta z Miet-
kiem Diomką na kupę... A przecież ci ki-
bice tylko biją się z policją albo ze sobą.

Jakże tu nie zatęsknić do rządów kibi-

ców, gdy dowiadujemy się z kompetentne-
go źródła, że Ministerstwo Spraw Zagra-
nicznych pod Sikorskim nie informowało 
prezydenta Lecha Kaczyńskiego (głowy 
państwa!) o swej polityce i musiał się o 
niej dowiadywać, „podpytując dyploma-
tów”? Najwyraźniej PO prowadziło jakąś 
własną, „partyjną politykę zagraniczną”, 
utajnioną przed głową państwa polskiego. 
Czy była to polityka partyjna, czy jeszcze 
jakaś inna?... Czyja?... Fakt, że wybitny 
komunistyczny agent Tomasz Turowski 
przyjęty został do pracy przez ministra 
Sikorskiego w MSZ tuż przed katastrofą 
smoleńską i oddelegowany akurat do „ob-
sługi wizyty prezydenta” –  mówi wiele, 
żeby już nie wspominać o dziwnym bała-
ganie w tym ministerstwie, poprzedzają-
cym ową wizytę.

MSZ jako PZPN?

Tymczasem po żenującej „debacie” Ro-

stowski-Balcerowicz mogliśmy obejrzeć 
kolejny kiepski talk-show – „dyskusję” 
Tuska z aż czterema rozmówcami, z któ-
rych jednak żaden nie ośmielił się zadać 
złotoustemu Donkowi tzw. trudnego py-
tania. Nic też dziwnego, że  talk-show 
przypominał na przemian a to magiel, a 
to wzajemne okadzanie się. Była to jakby 
wyższa forma niskiej propagandy, adreso-
wanej przed wyborami do półświatka ar-
tystycznego: „Tusk to taki fajny facet, że 
można sobie z nim o wszystkim po trochu 
pogadać”... Jasne, ale niechby na roli ga-
wędziarza poprzestawał.

A tu bach! 70 procent Polaków nie chce 

euro. Muszą tym bardzo zasmucać pre-
miera Tuska, który nie tak dawno był 
najgorętszym orędownikiem przejścia 
ze złotówki na euro. Jeszcze jest? Czy 
wskutek sondaży nabrał nowej mądrości 
etapu? Jakiej? Bo sprawdzają się kraka-
nia eurosceptyków, którzy u progu roku 
2000 przewidywali, że nasza akcesja 

Gdy rząd Tuska pokpił 
wszystkie polskie sprawy 
na Litwie, kibice nawiązali 
odważnie do polityki mar-
szałka Piłsudskiego, który 
kiedyś oświadczył w Lidze 
Narodów litewskiemu pre-
mierowi Waldemarasowi: 
„Panie Waldemaras, wojna 
czy pokój? Bo jeśli wojna, 
sprawę załatwię ja, a je-
śli pokój, to mój minister 
spraw zagranicznych”. 
Teraz pozamykają polskie 
szkoły na Litwie, a pani 
prezydent Grybauskaitė 
pouczy premiera Tuska, 
że to dla dobra stosunków 
polsko-litewskich...

KIBICE DO POLITYKI, RZĄD NA ZIELONĄ TRAWKĘ 

 MSZ 

JAKO PZPN? 

 PREMIER W MAGLU 

 POROZMAWIAJMY 

JAK BANKRUT Z BANKRUTEM

Jest alternatywa!

XVI

M

ARIAN

 M

ISZALSKI

70 PROCENT POLAKÓW NIE 

CHCE EURO. MUSZĄ TYM 

BARDZO ZASMUCAĆ PREMIERA 

TUSKA, KTÓRY NIE TAK 

DAWNO BYŁ NAJGORĘTSZYM 

ORĘDOWNIKIEM PRZEJŚCIA 

ZE ZŁOTÓWKI NA EURO. 

background image

XVII

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

KRAJ

do UE skończy się na cenach europej-
skich, ale zarobkach polskich. A przecież 
nie przewidywali jeszcze wtedy dłu-
gu publicznego sięgającego już prawie 
800 miliardów złotych, defi cytu  budże-
towego rzędu co najmniej 55 miliardów 
złotych ani „ostrzegawczego” bankruc-
twa Grecji czy Portugalii... Jesteśmy cią-
gle nieco spóźnieni wobec UE i dlatego 
pierwsze, nieśmiałe przewidywania ban-
kructwa Polski pojawiły się dopiero w 
końcu ubiegłego roku... Zamiast posiedzeń 
wyjazdowych rządu w Izraelu potrzebne 
jest raczej wyjazdowe posiedzenie rządu 
w Atenach czy Lizbonie: porozmawiajmy 
jak bankrut z bankrutem. 

A tu jakiś żydowski grandziarz zza Oce-

anu wzywa, by nie inwestować w Polsce, 
dopóki Polska nie zapłaci haraczu żydow-
skim faszystom. Czy – jak słynny jako au-
torytet (ale do czasu) Singer – i on okaże 
się rychło fi nansowym oszustem? Bardzo 
to prawdopodobne („kto robi w błocie, 
ten się ubłoci”), ale na razie inicjatywa ta 
dołącza do wcześniejszych form szanta-
żu ze strony przedsiębiorstwa holokaust. 
Linia frontu coraz dłuższa. Zważywszy, 
że rząd Tuska – via Sikorski i Bartoszew-
ski – podpisał tzw. deklarację praską, 
pewnie skończy się tak jak w stosunkach 
z Litwą: kompletną klapą. Wprawdzie 
Światowy Kongres Żydów zaraz odciął 
się od tego wezwania, ale Trybunał Kon-
stytucyjny w trymiga uznał, że roszczenia 
z tytułu komunistycznej „nacjonalizacji” 
nie przedawniły się, nawet jeśli dowody 
na bezprawność wywłaszczenia zostały 
przedstawione po ustawowym terminie 
przedawnienia. To oczywiście cieszy, 
ale... Czy aby „niezawisłe sądy” nie do-
staną cichej dyrektywy, żeby pozwy ży-
dowskie rozpatrywać „priorytetowo”, z 
przymrużeniem oka na jakość przedsta-
wianych dowodów?

I jak tu nie upatrywać szansy w rządach 

kibiców? Lepsze rządy kibiców niż życie 
w kibucu.

„Elyta” polityczna jest jednak z siebie 

zadowolona: prezydium Sejmu powy-
płacało sobie premie – a jedna tylko taka 
premia większa od niejednych rocznych 
zarobków. No tak, narobili się, naharowali 
– wicemarszałek Niesiołowski napysko-
wał się chyba najwięcej... W swoim nu-
woryszowskim pałacyku w Mrodze pod 
Brzezinami powiesi być może swój nowy 
portret, tym razem „zatroskanego losami 
Ojczyzny męża stanu”. 

Tak, tak: gdy „elyty” spod okrągłego 

stołu okazały się „cienkim Bolkiem” – a 
ich symbolem jest TW „Bolek” – hasło 
„cała władza w ręce kibiców” wydaje się 
całkiem dobrą alternatywą.  

opublikowanym na stro-
nach Światowego Kongre-
su  Żydów (WJC) oświad-
czeniu odpowiedzialny za 

sprawy prawne Rosensaft nie przebiera w 
słowach. 

Co prawda władze Kongresu ofi -

cjalnie bardzo szybko odcięły się od tego 
apelu, nie zmienia to jednak faktu, że spo-
ro z liderów tej organizacji podziela jego 
stanowisko w polsko-żydowskim sporze 
o zwrot mienia ofi ar Holokaustu. Dowo-
dem na to może być chociażby niedawny 
list sekretarza generalnego WJC, Michaela 
Schneidera, który naciska na restytucję ży-
dowskiego mienia, utrzymując, że „ocaleni 
z Zagłady potrzebują rekompensat za mie-
nie utracone w Polsce, aby radzić sobie z 
problemami starości”. Nikt też nie nakła-
niał Menachema Rosensafta, by zrezygno-
wał z zasiadania we władzach WJC. Wręcz 
przeciwnie – otrzymał sporo wyrazów po-
parcia od wielu osób. 

Wojowniczy Menachem

Kim jest ten wojowniczy nowojorczyk, 

który ośmielił się miotać groźby pod adre-
sem państwa polskiego? Ma 63 lata. Jego ro-
dzice przeżyli Auschwitz i Bergen-Belsen. 
Jest radcą prawnym Światowego Kongresu 
Żydów oraz założycielem i przewodniczą-
cym Międzynarodowego Stowarzyszenia 
Dzieci Ofi ar Holokaustu. Prowadzi prak-
tykę adwokacką w Nowym Jorku, a przy 
tym niestrudzenie działa w przeróżnych 
fundacjach i organizacjach inicjujących, 
prowadzących i koordynujących kultu-
ralne i oświatowe działania w Europie 
Wschodniej i Środkowej. W szczególności 
zwracał uwagę na odbudowę lub renowa-
cję budynków będących spuścizną  ży-
dowskiej kultury oraz dążył do odrodzenia 
życia żydowskiego w tym rejonie. W 1999 
roku prezydent Warszawy za założenie na-

leżącego do jednej z żydowskich fundacji 
Centrum Edukacyjnego uhonorował go za 
„inspirującą pracę nad odbudową i ochroną 
historycznych obiektów” w stolicy Polski.

Dwukrotnie był członkiem Rady Muzeum 

Pamięci Holokaustu, a niedawno prezydent 
Obama powołał go do Rady na trzecią ka-
dencję. Stworzył też międzynarodową sieć 
skupiającą dzieci Żydów ocalonych z Zagła-
dy. W 1987 roku Rosensaft odegrał kluczo-
wą rolę w wydaniu przez władze Panamy 
nazistowskiego zbrodniarza Karla Linnasa. 
Roszczenia w stosunku do Polski nie są dla 
niego czymś nowym. Wcześniej skutecznie 
naciskał na władze Niemiec, zarzucając im, 
że więcej pieniędzy przeznaczają na wypła-
ty emerytur żołnierzom Waffen SS niż na 
zapewnienie odpowiedniej opieki medycz-
nej ocalonym z Zagłady. Był także tym, 
który wymusił na amerykańskich sądach 
zniesienie opłat sądowych przy wnoszeniu 
pozwów i wszczynaniu rozpraw przeciwko 
szwajcarskim bankom, z których skutecznie 
usiłowano wydusić pieniądze pozostawione 
na kontach przez Żydów wymordowanych 
w czasie II wojny światowej. 

Zażarcie krytykował też decyzję prezy-

denta Ronalda Reagana, który podczas 
jednego z europejskich wojaży zdecydował 
się oddać hołd poległym podczas ostatniej 
wojny Niemcom. Na nieszczęście Reagan 
wybrał się na wojskowy cmentarz w Bitbur-
gu, a tam znajduje się parę mogił żołnierzy 
z oddziałów Waffen SS. – Na miłość Boską, 
poszukajcie mu innego cmentarza! Przecież 
w całych Niemczech musi być przynajmniej 
jeden, na którym nie pochowano esesma-
nów – wołał w maju 1985 roku.

Tusk nie chce oddać

Rosensaft był bardzo aktywny w po-

czątkowej fazie izraelsko-palestyńskiego 
procesu pokojowego. W grudniu 1988 

„Dopóki nie powstanie prawo, które będzie odpowiadać 
roszczeniom ofi ar Holokaustu i ich spadkobiercom, spo-
łeczność żydowska, ocaleni i ich rodziny w szczególności 
powinni powstrzymać się przed wpompowywaniem dola-
rów z turystyki i innych dziedzin w polską gospodarkę” – 
tak w specjalnym oświadczeniu Menachem Z. Rosensaft, 
radca generalny Światowego Kongresu Żydów, wezwał 
do bojkotu inwestycji w Polsce.

Żydowscy spadkobiercy 

straszą bojkotem

O

LGIERD

 D

OMINO

background image

XVIII

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

KRAJ

roku był jednym z pięciu amerykańskich 
Żydów, którzy w Sztokholmie spotkali się 
z Jaserem Arafatem i innymi przedstawi-
cielami Organizacji Wyzwolenia Palesty-
ny. I to spotkanie przeszło do historii, bo 
spotykając się z delegacją żydowską, OWP 
po raz pierwszy publicznie uznało istnienie 
państwa izraelskiego..

Groźby tego nowojorskiego adwokata pod 

polskim adresem są prostą odpowiedzią 
części  środowiska amerykańskich  Żydów 
na słowa premiera Donalda Tuska, który 
na początku marca otwarcie przyznał,  że 
obecnie „Polski nie stać” na uchwalenie i 
przeprowadzenie takiej ustawy reprywaty-
zacyjnej, która w dobie kryzysu zaspoko-
iłaby „apetyty” wszystkich spadkobierców 
pożydowskiego mienia. Przyznając o za-
wieszeniu przez rząd procesu legislacyjnego 
ustawy reprywatyzacyjnej, szef polskiego 
rządu zaznaczył jednak, że „w sprzyjają-
cym czasie” przedłoży Sejmowi tę ustawę. 
W większym stopniu oświadczenie Rosen-
safta było jednak odpowiedzią na stanowi-
sko szefa polskiej dyplomacji Radosława Si-
korskiego, który komentując list otrzymany 
od Światowego Kongresu Żydów, pozwolił 
sobie zauważyć, że „Polska bardzo szczo-
drze oddała komunalne mienie żydowskie” 
oraz że reprywatyzacja w naszym kraju ma 
miejsce, a „obywatele odzyskują mienie, 
gdy tylko sądy zweryfi kują ich wnioski”. 
Rosensaft uznał tę wypowiedź za „jątrzącą” 
i stwierdził, że „jeszcze bardziej pogorszyła 
lekceważące” stanowisko polskie.

Rosensaft przypomniał też o wyrażeniu 

„rozczarowania” podejściem Polski do 
roszczeń żydowskich przez specjalnego do-
radcę sekretarz stanu USA ds. problemów 
Holokaustu – Stuarta E. Eizenstata. Ten pro-
minentny przedstawiciel administracji Ba-
racka Obamy powiedział 16 marca, iż „rząd 
amerykański jest głęboko rozczarowany 
tym, że rząd Polski zawiesił plany przeka-
zania do parlamentu projektu ustawy prze-
widującej rekompensaty dla osób, których 
prywatne majątki zostały skonfi skowane” w 
czasie wojny i po niej. Wezwał też – w imie-
niu rządu USA – rząd polski do restytucji 
prywatnego mienia żydowskiego, choćby w 
formie rekompensat rozłożonych w czasie.

I próżno Warszawa powołuje się na pod-

pisaną ze Stanami Zjednoczonymi umowę 
indemnizacyjną z 1962 roku i wypłacenie 
wówczas wielomilionowych odszkodo-
wań (40 milionów dolarów – równowar-
tość obecnych 300 mln $). Radca general-
ny  Światowego Kongresu Żydowskiego 
utrzymuje bowiem, że Sikorski myli się. 
Umowa z 1960 roku nigdy nie miała obej-
mować roszczeń tych, którzy przybyli 
do USA długo po tym, gdy ich własność 
została najpierw zajęta przez nazistów, a 

potem znacjonalizowana przez reżim ko-
munistyczny. Jego zdaniem, umowa miała 
zapewnić kompensację osobom indywidu-
alnym, które były obywatelami amerykań-
skimi w czasie, gdy ich własność została 
skonfi skowana. Nie dotyczy ona zaś tych 
Żydów, którzy do USA przyjechali już po 
tym, gdy stracili mienie, i dopiero wtedy 
zyskali obywatelstwo amerykańskie.

Wali na odlew

Rosensaft pouczył także Sikorskiego, by 

„lepiej czerpał z lekcji historii”, odnosząc 
się do stwierdzenia polskiego ministra, że 
„Holokaust, który miał miejsce na naszej 
ziemi, był przeprowadzony niezgodnie 
z naszą wolą i przez kogoś innego”. „To 
nie jest tak do końca prawda” – upomina 
nowojorski adwokat i wskazuje na mord 
na Żydach w Jedwabnem oraz na pogrom 
kielecki. „Pomiędzy Jedwabnem a Kiel-
cami niezliczeni Polacy czerpali korzyści 
z niemieckiego ostatecznego rozwiązania 
kwestii  żydowskiej” – napisał Rosensaft. 
I przedstawił przedziwne swoje wylicze-
nia, z których rzekomo wynika, iż liczba 
Polaków ryzykujących w czasie II wojny 
światowej  życiem dla ratowania Żydów 
jest „znacznie przewyższona” przez liczbę 
tych, którzy „denuncjowali Żydów nazi-
stom, plądrowali ich własność i bezwstyd-
nie wprowadzali się do domów żydow-
skich rodzin, które zostały deportowane do 
obozów koncentracyjnych i śmierci”.

– Polski naród codziennie czerpie ko-

rzyści z wartego miliony dolarów mienia, 
które Żydzi posiadali w Polsce przed 1939 
rokiem. A to z trudem czyni Polaków na-
rodem niewinnych świadków – zarzuca 
nam Rosensaft. – Podczas jednej z wizyt 
w Polsce pojechałem do Sosnowca i po-
szedłem do domu moich dziadków, gdzie 
moja matka się wychowała. Stałem na 
ulicy naprzeciwko i ogarnął mnie smutek. 
Meble w mieszkaniu mogły być te same, 

co przed wojną, być może były tam jesz-
cze zabawki, które zostawił tam mój brat. 
Ale cieszył się nimi ktoś inny – użalał się 
w wywiadzie dla Newsweeka. I wytykał, 
że o ile pozostałe państwa Europy Środ-
kowej podjęły wysiłek, by zadośćuczynić 
żydowskim roszczeniom, Polska ograni-
czyła się jedynie do obietnic, które do tej 
pory się nie zmaterializowały.

I tu rozpoczyna szantaż. Jego zdaniem, 

Polska musi ponieść surowe konsekwen-
cje. O ile jeszcze jeden z działaczy WJC, 
Ronald S. Lauder, uważa, że Polskę można 
ponaglać poprzez „kanały dyplomatycz-
ne”, to Rosensaft wali na odlew. – Moralna 
perswazja najwyraźniej nie pomogła. Być 
może potraktowanie Polski z taką samą de-
likatnością, z jaką odnosi się ona do Żydów 
i innych obrabowanych z ich własności, bę-
dzie bardziej efektywne – grozi Rosensaft. I 
na łamach wychodzącego w Nowym Jorku 
pisma „Jewish Week” zachęca swych roda-
ków, aby przestali inwestować w Polsce. – 
Mając wybór miedzy wyjazdem na żydow-
ski festiwal w Krakowie lub w kraju, który 
uregulował sprawę roszczeń, każdy  Żyd 
powinien dobrze przemyśleć, gdzie wydać 
dolary – namawia wojowniczy adwokat 
żydowskich turystów i biznesmenów.

Wartość żydowskich roszczeń wynosi co 

najmniej 60 mld dolarów. To niebotyczna 
suma i tak smakowity kąsek, że co chwila 
słychać głosy „spadkobierców” upominają-
ce się o jego „zwrot”. Ale ostatnie nalegania 
były tak bezprecedensowe i sformowane w 
tak agresywnym tonie, że rozpętała się istna 
burza. Najwyraźniej wystraszyła ona zarów-
no samego Rosensafta, jak i jego kompanów 
łasych na przejęcie tej fortuny. Nowojorski 
adwokat niemal natychmiast zaznaczył, 
że to tylko jego prywatna opinia. Podob-
nie twierdzą przedstawiciele Światowego 
Kongresu Żydów i zaklinają się na wszel-
kie świętości, że nie odzwierciedla ona ich 
punktu widzenia i nie mieli z tą hucpą nic 
wspólnego. Ano, przekonamy się następ-
nym razem, bo wcześniej czy później należy 
spodziewać się recydywy. Naiwnością jest 
sądzenie,  że to tylko pojedynczy wyskok, 
choćby nawet i najlepszego żydowskiego 
prawnika w Nowym Jorku. Ekonomiczny 
bojkot to nowa strategia nacisku opraco-
wana przez „Przedsiębiorstwo Holokaust”. 
Wyciszone przeczeka ono wstępne reakcje. 
Gdy sprawa przestanie już wzbudzać więk-
sze zainteresowanie i emocje, przystąpi do 
wdrażania jej w życie. A biorąc pod uwa-
gę potęgę i wpływy żydowskiego lobby w 
USA, sytuacja może być dla nas naprawdę 
bardzo groźna. Chyba że wcześniej roszcze-
niowe apetyty zostaną zaspokojone gdzieś 
w zaciszu politycznych gabinetów.

O

LGIERD

 D

OMINO

 

Menachem Z. Rosensaft

F

OT

. W

IKIPEDIA

background image

XIX

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

POSTĘP W ŚWIECIE

EUROPA
P. Behgjet Pacolli, prezydent Kosowa, 

po decyzji Sądu Konstytucyjnego, który 
orzekł, że jego wybór na to stanowi-
sko był niekonstytucyjny, początkowo 
zgodził się ustąpić, a później swą decyzję 
zmienił. Skargę po wyborach złożyła 
największa partia opozycyjna, Demo-
kratyczna Liga Kosowa (LDK), i Sojusz 
na rzecz Przyszłości Kosowa (AAK), 
których przedstawiciele uważają, że pod-
czas głosowania 22 lutego w parlamencie 
została złamana konstytucja, gdyż w 
sali obrad nie było wystarczającej liczby 
deputowanych, bo opozycyjni posłowie 
przed głosowaniem opuścili parlament. 

No to może oddać Kosowo Serbii?

Defi cyt budżetowy Portugalii za rok 

2010 wyniósł 8,6% PKB, czyli więcej 
niż prognozowane przez rząd 7,3%. 
Wzmogło to naciski na skorzystanie 
przez Portugalię z zagranicznej pomocy 
kredytowej dla ratowania stabilności 
fi nansów publicznych, co uczyniły już 
Grecja i Irlandia.

Za komuny braterska pomoc polegała 

na tym, że załatwiano ją przy pomocy 
czołgów. Teraz przy pomocy kredytów, co 
uzależnia kraj od kredytodawców. Chole-
ra wie, co gorsze. 

JE Hannibal Cavaco Silva, prezydent 

Portugalii, rozwiązał parlament i wy-
znaczył termin wyborów na 5 czerwca, 
ostrzegając, że następny rząd będzie 
musiał poradzić sobie z kryzysem gospo-
darczym. Dotychczasowy mniejszościowy 
rząd p.Józefa Socratesa upadł po kolej-
nych podejmowanych próbach znalezienia 
drogi wyjścia z kryzysu bez skorzystania 
ze specjalnej pomocy UE i MFW.

No cóż, braterska pomoc to nic miłego. 

P. Sylwiusz Berlusconi, premier Włoch, 

zaapelował do władz Tunezji o to, by wy-
wiązywały się z wziętego na siebie zobo-
wiązania do walki z nielegalną imigracją. 
W wyniku zamieszek w krajach północnej 
Afryki do Włoch, a zwłaszcza na wyspę 
Lampedusa masowo przybywają uchodźcy. 
Trwa obecnie ich ewakuacja do ośrodków 
w innych częściach Italii, ale wciąż przy-
pływają kolejne łodzie z imigrantami. 

Zaraz, ale te „kolorowe rewolucje” czy 

jak je tam zwał w krajach arabskich miały 
zdaje się poprawić los mieszkańców, m.in. 
dzięki wprowadzeniu tam pożądanej demo-
kracji, tak przynajmniej wtłaczały nam do 
głowy media – to dlaczego oni uciekają? 

CEP Jerzy Buzek, przewodniczący 

Parlamentu Europejskiego, zaproponował 

szefom grup politycznych – w reakcji na 
aferę korupcyjną przedstawioną przez 
„The Sunday Times” – obowiązkowy 
rejestr lobbystów, jasne zasady dotyczące 
dodatkowych dochodów europosłów oraz 
powołanie komisji etyki. Ponoć PE jest 
otwarty na administracyjne śledztwo, a afe-
ra korupcyjna zatacza coraz szersze kręgi i 
na jaw wychodzą coraz to nowe przypadki 
kupowania od lobbystów korzystnych dla 
różnych grup interesów uregulowań usta-
wowych. Ustalono już, że co najmniej 100 
posłom składano korupcyjne propozycje. 

Halo, jest ktoś, kogo te informacje 

zdziwiły? 

Czeski Trybunał Konstytucyjny zwolnił 

operatorów telekomunikacyjnych i 
dostawców internetowych z nałożonego 
na nich przez ustawę obowiązku półrocz-
nego przechowywania danych o świad-
czonych usługach. Na polecenie sądów 
dane te były przekazywane policji bądź 
służbom wywiadowczym, co w ubiegłym 
roku zdarzyło się w 87 tys. przypadków. 
Zdaniem TK, przepis ten zbyt głęboko 
ingeruje w sferę prywatną klientów oraz 
nie ustala ścisłych kryteriów wykorzy-
stywania zgromadzonych informacji; nie 
daje też dostatecznych gwarancji chro-
niących przed nadużyciem tych danych.

A jak tam z tymi sprawami u nas? Polska 

jest w europejskiej czołówce różnych pomy-
słowych rozwiązań w kwestii inwigilacji oby-
wateli. Gratulujemy rządowi „liberałów”. 

Z inicjatywy chadeków Konferencja 

Przewodniczących grup politycznych PE 
zdecydowała, by zaprosić JE Dymitra 
Miedwiediewa do odwiedzenia tej insty-
tucji. Jeżeli przyjmie on zaproszenie, nie 
tylko wygłosi przemówienie na specjal-
nej sesji planarnej, ale też miałby wziąć 
udział w debacie z europosłami, 
by umożliwić dialog.

A od kiedy Miedwiediew to chadek? 

Ubiegłotygodniowe wybory samorządo-

we we Francji wygrali socjaliści. Drugie 
miejsce zajęła rządząca centroprawica, a 
prawicowy Front Narodowy pod wodzą 
p.Maryny Le Pen uzyskał ok 12% głosów 
i stał się trzecią siłą polityczną.

Możemy sobie wyobrazić popłoch 

w salonach „paryżewka”. 

Białoruski Bank Narodowy ogłosił czaso-

we moratorium na dalsze decyzje w sferze 
regulowania rynku walutowego kraju. 
Następuje to po ograniczeniach wprowa-
dzonych przez bank w zakupie walut, które 
objęły m.in. importerów i banki komercyj-
ne. Decyzja banku może uspokoić rynek, 
na którym ograniczenia zaowocowały 
m.in. masowym skupowaniem dewiz przez 
Białorusinów. Wg mediów, moratorium 
będzie obowiązywać około miesiąca, do-
póki Białoruś nie otrzyma kredytu, o który 
ubiega się w Rosji.

Znaczy się udało się wepchnąć Białoruś 

w ręce Moskwy. Gratulacje.

Władze Sewastopola, na należącym do Ukrainy Krymie, 

zażądały od stacjonującej tam rosyjskiej Floty Czarnomor-

skiej zwrotu ponad 20 mln hrywien (ok. 7,1 mln zł) zadłużenia 

wobec miasta, które mają spłacić należące do fl oty przedsię-

biorstwa zajmujące się jej obsługą. Władze miasta zamierzają 

zwrócić się w tej sprawie do rosyjskiego ministerstwa obro-

ny. W zamian za korzystną umowę gazową Flota Czarnomor-

ska ma pozostać na Krymie do 2047 roku. 

A iloma pancernikami dysponuje miasto Sewastopol? 

F

OT

. W

IKIPEDIA

background image

XX

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

POSTĘP W ŚWIECIE

AMERYKA 
Wg huffi ngtonpost.

com (potwierdzone w czte-
rech niezależnych źródłach), 
JE Barack Obama podpisał 
tajny rozkaz przewidu-
jący udzielenie ukrytego 
wsparcia libijskim powstań-
com dążącym do obalenia 
p.Muammara Kaddafi ego, 
ale p.Hilaria Clintonowa 
twierdzi, że administracja 
prezydenta nie podjęła jesz-
cze takiej decyzji.

Niedługo okaże się, że ten 

ulubieniec amerykańskich 
i światowych lewicowych 
liberałów to największy 
jastrząb w dziejach amery-
kańskiej prezydentury! 
A to się porobiło!

Przed zapowiedzianymi 

na początek maja wybo-
rami parlamentarnymi w 
Kanadzie, postępowa Partia 
Liberalna przedstawiła już swoją pierw-
szą „kiełbasę wyborczą” – stypendia dla 
wszystkich studentów. Roczne stypen-
dium miałoby wynosić 1 tys. dolarów 
kanadyjskich (1,02 tys. US$) i kosztować 
kanadyjskich podatników aż 1 mld CAD 
rocznie. Studenci z ubogich rodzin dosta-
waliby natomiast 1,5 tys. CAD  rocznie. 
Postępowcy proponują, aby program 
ten został opłacony z podwyżki podatku 
dochodowego od osób prawnych (CIT).

Jedyna pociecha to taka, że na szczę-

ście partie zaraz po wyborach zapo-
minają o swoich obietnicach, ale co 
zdążą nabrać wyborców, to ich. I tak do 
następnej okazji. 

Izba Reprezentantów stanu Ohio przyjęła 

ustawę antyaborcyjną, która zakazuje usu-
wania ciąży od momentu zarejestrowania 
pierwszego wyczuwalnego bicia serca u 
płodu. Jest to najbardziej restrykcyjna pro-
pozycja antyaborcyjna w całych USA, ale 
nie wiadomo, czy zostanie zaakceptowana 
przez stanowych senatorów. Przeciwko są 
Demokraci, ale także antyaborcyjna grupa 
Prawo do Życia, która uważa, że ustawa 
może rozszerzyć dostęp do przeprowadza-
nia legalnych aborcji oraz utrudnić walkę 
o inne limity aborcyjne w Ohio.

Ciekawy sojusz: Demokraci i grupa 

antyaborcyjna. Jak by nie patrzeć, USA 
to ciekawy kraj.

Władze stanu Nowy Jork osiągnęły 

porozumienie w sprawie budżetu na 
kolejny rok, który zakłada ograniczenie 

wydatków i brak podwyżek podatków. 
Wśród kluczowych założeń budżetu na-
leży wymienić redukcję liczby osadzo-
nych w więzieniach aż o 3,7 tys. osób, a 
także zmniejszenie o 20% wydatków na 
oświatę, pomoc zdrowotną oraz rządowe 
agencje.

Zamiast ograniczać liczbę osadzonych 

w więzieniach, powinni ograniczać 
liczbę urzędników!

Brazylijski rząd planuje nałożenie podat-

ku na operacje fi nansowe związane z han-
dlem zamorskim, mającego wynosić 6%. 
Państwo chce w ten sposób ograniczyć 
napływ dolarów i zatrzymać wzrost kursu 
reala, który w ciągu ostatnich dwóch lat 
wzmocnił się wobec dolara o 45%, co 
zaszkodziło brazylijskiemu eksportowi.

Brazylijski rząd zaczyna gmerać przy 

gospodarce. Zdaje się, że szybki wzrost 
gospodarczy Brazylii niedługo będzie 
miłym wspomnieniem. 

ŚWIAT
Dwa miesiące po plebiscycie, w któ-

rym południe Sudanu opowiedziało się 
za secesją, kraj ten pogrąża się w wojnie 
domowej. Trwają tam krwawe walki, 
pogromy i czystki etniczne. Ziemie na 
pograniczu Północy i Południa są nie 
tylko przedmiotem sporu terytorialne-
go – chodzi też ropę, bo tam właśnie są 
najbogatsze z sudańskich pól naftowych. 
Południe oskarżyło Północ o chęć uda-
remnienia secesji, a w końcu zawiesiło 
rozmowy mające przygotować formalne 

i pokojowe rozejście się obu 
części kraju.

Gdyby ktoś sięgnął do 

„NCz!” z czasów, gdy po-
łudniowy Sudan uzyskiwał 
niezależność, to by wyczytał, że 
dokładnie taki rozwój wypad-
ków przewidzieliśmy. Ale zdaje 
się w Sudanie nikt nas nie 
czyta. Niech żałują. 

P. Moussa Koussa, szef 

libijskiej dyplomacji, przyle-
ciał do Londynu, gdzie będzie 
starał się o azyl polityczny. 
Zrezygnował on ze swego 
stanowiska w proteście prze-
ciw atakom sił p.Muammara 
Kaddafi ego na ludność cywil-
ną. Był on jednym z najważ-
niejszych ministrów, a jego 
polityka pozwoliła Libii wyjść 
z międzynarodowej izolacji po 
latach sankcji gospodarczych. 
Ponoć rząd brytyjski zachęcał 
polityków z otoczenia Kadda-

fi ego do porzucenia go.

Ha, ha, ha. Bardzo nas rozbawiła owa 

rzekoma motywacja pana ministra – pro-
test przeciw atakom na ludność cywilną. 
Pan minister po prostu zrozumiał mądrość 
kolejnego etapu. Wcale się nie zdziwimy, 
jak zostanie osadzony przez interwentów 
na miejscu  Kaddafi ego. 

P. Recep Tayyip Erdoğan, premier 

Turcji, nie zgodził się na dostarczanie 
broni powstańcom libijskim walczącym 
z siłami Muammara Kaddafi ego. Jego 
zdaniem, wysyłanie broni do Libii mo-
głoby sprzyjać terroryzmowi.

I zdaje się premier Turcji ma rację! 

JE Baszar al-Asad, prezydent Syrii, 

polecił utworzenie komitetu prawnego, 
który ma określić zasady zniesienia 
obowiązującego w kraju od prawie 50 
lat stanu wyjątkowego. Ma on przedsta-
wić swój raport do 25 kwietnia. Znie-
sienie stanu wyjątkowego jest głównym 
żądaniem opozycjonistów, którzy od 
dwóch tygodni demonstrują domagając 
się reform demokratycznych.

Po czym ludność zacznie masowo ucie-

kać do Europy. 

Tokyo Electric Power Company postano-

wiła zamknąć na stałe cztery uszkodzone 
reaktory Fukushimy, gdyż są one zbyt 
uszkodzone, by je ratować. Gdy skończy 
się ich chłodzenie, zostaną zlikwidowane.

Mamy nadzieję, że nie poprzez wysadze-

nie w powietrze?

NATO objęło dowództwo nad całością działań 

w Libii. Operacja jest dowodzona z regionalne-

go centrum połączonego dowództwa sił NATO 

w Neapolu, a dowodzi nią kanadyjski generał 

Karol Bouchard.

Rychło w czas. Ciekawe, czy gdy my będziemy 

w potrzebie, też będą się tak szybko zbierać.

background image

XXI

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

Ś

SWIAT

20 

marca nad ranem trzy 
bombowce stealth B-2, 
które wystartowały z 
baz znajdujących się na 

terenie Stanów Zjednoczonych, zbom-
bardowały bazę lotniczą pod Trypolisem 
i inne cele związane z obroną powietrz-
ną stolicy Libii. W sumie na libijskie 
obiekty militarne i rządowe spadło 40 
bomb. Zgodnie z informacjami podanymi 
przez telewizję libijską, w czasie ame-
rykańskiego nalotu bombowego zginęło 
48 osób, a 150 zostało ciężko rannych. 
Libijczycy twierdzą,  że amerykańskie 
bomby spadły głównie na cele cywilne. 
Ofi arami bombardowania są także głów-
nie cywile – 26 mieszkańców Trypolisu.

„Zabić wściekłego psa”

Jak powiadomił później rzecznik ame-

rykańskiego dowództwa sił powietrznych 
Kenneth Fiedler, w czasie kiedy bombow-
ce  stealth  B-2 niszczyły obiekty obrony 
powietrznej Trypolisu, inne samoloty 
wielozadaniowe F-15 i F-16 oraz jeden 
samolot rozpoznawczy i bliskiego wspar-
cia piechoty morskiej McDonell-Douglas 
AV-8B Harrier II przeczesywały prze-
strzeń powietrzną Libii w poszukiwaniu 
stanowisk obrony powietrznej tego kraju.

Pod wieczór 20 marca szef kolegium 

sztabów połączonych wojsk USA admi-
rał Mike Mullen poinformował opinię 
publiczną,  że „w ciągu 24 godzin in-
terwencja znacznie osłabiła siły lojalne 
wobec Kaddafi ego w Benghazi, a mię-
dzynarodowe uderzenie wycieńczyło li-
bijską obronę przeciwlotniczą”.

Czy atak amerykańskich sił 
zbrojnych na Libię z roz-
kazu prezydenta Baracka 
Obamy może być powodem 
do usunięcia go z urzędu? 
Wielu komentatorów i eks-
pertów uważa, że atak na 
suwerenne państwo, które 
nie zaatakowało Stanów 
Zjednoczonych, jest aktem 
agresji. Jedynie Kongres 
może wyrazić zgodę na tego 
typu akcje militarne. Jednak 
w przypadku trwających 
nalotów na Libię prezydent 
zignorował parlament 
i samodzielnie wydał rozkaz 
atakowania celów naziem-
nych w Trypolisie. 

STANY ZJEDNOCZONE

Samowolka

 

Obamy

P

AWEŁ

 Ł

EPKOWSKI

background image

XXII

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

Ś

SWIAT

Wypowiadając te sło-

wa, admirał Mike Mul-
len potraktował libij-
skiego przywódcę jako 
rebelianta, którego wła-
dza nie jest uznawana 
przez społeczność mię-
dzynarodową.

To zdumiewające, po-

nieważ Stany Zjedno-
czone uznają legalność 
władzy pułkownika Kad-
dafi ego od 42 lat. Pod 
koniec lat 60. ubiegłego 
wieku Waszyngton uznał, 
że nie należy wykonywać 
działań przeciw rodzą-
cemu się w Libii rucho-
wi republikańskiemu, 
na którego czele stanął 
27-letni wówczas kapi-
tan Muammar al-Kaddafi .  Amerykańskie 
wojska, które od 1945 roku stacjonowały 
w libijskiej bazie Wheelus Field, ze spoko-
jem przyglądały się, jak 1 września 1969 
roku wojsko przejęło władzę w państwie 
króla Idrisa I. Władca Trypolitanii, Cyre-
najki i Fazzanu dowiedział się w Turcji, że 
jego kraj został proklamowany republiką 
w wyniku puczu wojskowego Muammara 
al-Kaddafi ego, dokonanego tuż pod nosem 
amerykańskich sojuszników. 

Amerykańskie zauroczenie Kaddafi m 

prysło jak bańka mydlana dopiero wtedy, 
gdy przywódca rewolucji 1 września po-
stanowił znacjonalizować amerykańskie 
złoża naftowe w Libii oraz ogłosić Zatokę 
Wielkiej Syrty obszarem wód terytorial-
nych Wielkiej Arabskiej Libijskiej Dża-
mahirijji Ludowo-Socjalistycznej. Wa-
szyngtońscy stratedzy uświadomili sobie, 
że akceptując rewolucję republikańską, 
wypuścili dżina z butelki. 

Dopiero trzy lata po obaleniu monarchii 

zrozumieli swój błąd. 7 listopada 1972 
roku ambasador Joseph Palmer opuścił 
Trypolis, redukując stosunki z Libią do 
rangi chargés d’affaires

Chociaż przez 39 lat Libia pod rzą-

dami Mummara al-Kaddafi ego  była w 
Ameryce obiegowo nazywana „zbójec-
kim państwem”, jej ustrój polityczny był 
powszechnie akceptowany przez pań-
stwa, które utworzyły koalicję operacji 
wojskowej „Świt Odysei”. Przez te 42 
lata pułkownik Kaddafi   był sponsorem 
niejednej wielkiej kariery politycznej na 
Zachodzie.

15 maja 2006 roku USA przywróciły 

pełne stosunki dyplomatyczne z Libią, 
całkowicie akceptując przywódczą rolę 
Kaddafi ego. Dlatego z punktu widzenia 
prawa międzynarodowego interwencja 

koalicji państw NATO jest, najdelikatniej 
mówiąc, bardzo kontrowersyjna.

Plan od dawna przygotowany

Trzeba od początku podkreślić,  że Ba-

rack Obama bardzo niechętnie przystępo-
wał do interwencji militarnej w Libii. Nie 
miała ona tak naprawdę podstaw praw-
nych, a jej koszty mogą wkrótce przewyż-
szyć przewidywane zyski. 

Laureat pokojowej Nagrody Nobla z 

2009 roku uległ naciskom lobby wojsko-
wego i wydał rozkaz przygotowania opera-
cji powietrzno-morskiej przeciw państwu, 
z którym USA od pięciu lat utrzymują po-
prawne stosunki dyplomatyczne. 

Z rozkazu prezydenta dowództwo nad 

operacją „Odyssey Dawn” objęli dwaj 
generałowie: działaniami powietrznymi 
kieruje Carter F. Ham, dowódca US Afri-
ca Command, a operacją morską admirał 
Samuel J. Locklear III, dowodzący ame-
rykańską marynarką wojenną w Europie 
i Afryce. 

Do akcji skierowanej przeciw reżimowi 

Muammara al-Kaddafi ego  Amerykanie 
wystawili 17 okrętów oraz dwa lekkie 
lotniskowce: USS „Kearsarge” i „Bata-
an”, z pokładu których mogą startować 42 
śmigłowce uderzeniowe, 20 śmigłowców 
V-22 Osprey oraz osiem pionowzlotów 
AV-8B II Harrier. Do akcji przydzielono 
także trzy niszczyciele klasy Arleigh Bur-
ke oraz okręt transportowy USS „Ponce”. 
Te potężne siły mają wsparcie z obszaru 
Europy, w tym głównie z amerykańskiej 
bazy wojskowej w Aviano, skąd starują 
42 samoloty wielozadaniowe F-16, oraz z 
baz lotniczych w Niemczech. 

Taki arsenał zgromadzony do nękania 

celów naziemnych w Libii może być 
jedynie potwierdzeniem tezy, że plany 

inwazji wojskowej na ten kraj istniały 
w Waszyngtonie od dawna.

Przez dziesięciolecia istnienia Układu 

Warszawskiego mówiło się o planach ata-
ku wojsk sowieckich na Europę Zachod-
nią. Dzieci straszono wielką jak kredens 
gębą Breżniewa i groźnym spojrzeniem 
marszałka Wiktora Kulikowa. Tymcza-
sem nie taki diabeł straszny, jak go ma-
lują. Plany inwazyjne na niemal każdy 
punkt na naszej planecie nie znajdują się 
na Kremlu, tylko... w Pentagonie.

Sztuka prowokacji

W 1897 roku William Randolph 

Hearst, najpotężniejszy magnat prasowy 
w historii Ameryki, wysłał na Kubę ry-
sownika, Frederica Sackridera Reming-
tona, którego poprosił o przygotowanie 
serii ilustracji pokazujących brutalność 
Hiszpanów wobec rodowitych Kubań-
czyków i amerykańskich turystów. Ry-
sunki i doniesienia z Kuby miały prze-
konać amerykańską opinię publiczną o 
konieczności rozpoczęcia wojny z Króle-
stwem Hiszpanii. Po przybyciu do Hawa-
ny Remington nie spotkał się z żadnymi 
przejawami okrucieństwa władz hiszpań-
skich wobec tubylców ani jakimikolwiek 
szykanami wobec amerykańskich gości. 
Zmartwiony ilustrator wysłał do Hearsta 
telegram o wymownej treści: „Wojny nie 
będzie”. Wściekły magnat prasowy ode-
słał mu równie wymowną odpowiedź: 
„Ty przygotuj obrazki, a ja przygotuję 
wojnę”. Remington zrozumiał,  że nie-
ważne jest, co widzą jego oczy – ważne 
jest to, co ujrzą czytelnicy gazet Hearsta. 
Rzeczywistość ustala prasa. Zapewniam, 
że jako autor o sporym dorobku publicy-
stycznym, który pisał dla niejednej gaze-
ty, wiem doskonale, o co chodzi. 

Tak powstało „żółte dziennikarstwo”, 

będące na usługach elit politycznych. 
Jego twórcami byli trzej ludzie: wspo-
mniany magnat prasowy William R. He-
arst, drugorzędny rysownik Remington i 
słynny Joseph Pulitzer – węgierski  Żyd, 
który kłamstwo podniósł do rangi rzetel-
nej informacji. To ten sam blagier, który 
wymyślił nowoczesną propagandę wo-
jenną i jednocześnie przeszedł do historii 
jako fundator nagrody swojego imienia. 
Czy nie jest znamienne, że to właśnie Na-
groda Pulitzera jest obiektem westchnień 
tego całego zakłamanego światka mediów 
nurtu głównego, które manipulują dzisiej-
szym „żółtym dziennikarstwem”?

Hearst, Remington i Pulitzer dali naiw-

nym czytelnikom pożywkę do nienawiści 
wobec Hiszpanów. Ale iskrą zapalną tego 
konfl iktu stała się tajemnicza eksplozja na 
pokładzie amerykańskiego okrętu USS 

F

OT

. www.af.mil

ARSENAŁ ZGROMADZONY DO NĘKANIA 

CELÓW NAZIEMNYCH W LIBII MOŻE 

BYĆ POTWIERDZENIEM TEZY, ŻE PLANY 

INWAZJI WOJSKOWEJ NA TEN KRAJ 

ISTNIAŁY W WASZYNGTONIE OD DAWNA

background image

XXIII

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

„Maine” (ACR-1), któ-
ry był zakotwiczony 
w hawańskim porcie. 
Do dzisiaj sprawa jego 
zatopienia jest kontro-
wersyjna, a różne teo-
rie spiskowe prowadzą 
wprost do gabinetu 
prezydenta Williama 
McKinleya. 15 lutego 
1898 roku usłyszano 
jedynie huk eksplozji, a 
już kilka minut później 
okręt zatonął, zabiera-
jąc ze sobą pod wodę na 
zawsze 1/3 załogi.

Zatopienie amery-

kańskiego okrętu USS 
„Maine” (ACR-1) sta-
ło się prawzorem dla 
większości incydentów 
rozpoczynających ame-
rykańskie wojny. Wy-
starczy wspomnieć o 
ataku na Pearl Harbor, 
sprawie ze statkiem 
rozpoznawczym USS 
„Pueblo” czy incydencie w Zatoce Ton-
kińskiej, a tworzy nam się dość klarowna 
defi nicja „prowokacji wojennej”.

Po każdym tego typu wydarzeniu prezy-

dent Stanów Zjednoczonych miał prawo 
zwrócić się do Kongresu o uchwalenie 
deklaracji o stanie wojny z krajem, który 
jako pierwszy zaatakował amerykańskie 
siły zbrojne.

Tak było dotychczas, jednak Obama ten 

obyczaj złamał.

Wielki Brat 

ustanawia nowe prawo

Wielu amerykańskich publicystów uwa-

ża, że zaistniały formalne powody do usu-
nięcia z urzędu 44. prezydenta Stanów 
Zjednoczonych. Zgodnie z konstytucją, 
Barack Hussein Obama nie miał prawa 
wydać rozkazu ataku na cele wojskowe w 
Libii, ponieważ nie zostały spełnione po-
wody formalne, które uprawniałyby pre-
zydenta do zastosowania takich środków. 

Prezydent USA ma prawo podjąć samo-

dzielnie decyzję o specjalnej operacji woj-
skowej bez powiadomienia i akceptacji 
Kongresu. Może się to jednak wydarzyć 
wyłącznie, kiedy zostanie zaatakowane 
terytorium USA (do którego należy także 
pokład statków pod amerykańską bande-
rą). Pat Buchanan, były niezależny kandy-
dat na prezydenta USA i konserwatywny 
dziennikarz, podkreśla w swoim artykule 
opublikowanym na stronach Townhall.
com
, że prawo wypowiedzenia wojny jest 
zastrzeżone całkowicie dla Kongresu. 

Obrońcy Obamy dowodzą, że zgodnie z 

ustawą o wojnie z 1973 roku (War Powers 
Act) głowa państwa ma prawo zwlekać 
60 dni z poinformowaniem Kongresu o 
rozpoczęciu działań wojennych przeciw 
siłom zbrojnym innego państwa. Zapomi-
nają oni jednak, że takie prawo przysługu-
je prezydentowi tylko w przypadku, gdy 
Stany Zjednoczone zostały zaatakowane 
lub istnieje bezpośrednie i potwierdzone 
zagrożenie bezpieczeństwa narodowego. 
W przypadku operacji wojskowej przeciw 
Libii te dwa warunki nie są spełnione, a 
Obama tak naprawdę bezczelnie drwi so-
bie z konstytucji. 

Nawet półlegalna inwazja w Zatoce 

Świń z 17-19 kwietnia 1961 roku mogła 
w sposób bardzo naciągany być umoty-
wowana bezpieczeństwem narodowym. 
Chociaż John F. Kennedy pozwalał sobie 
na różne odstępstwa od litery prawa, to 
w kwestii zbrojnej inwazji na terytorium 
kubańskie miał wiele wątpliwości. Dlate-
go operacją zajęła się CIA zamiast Pen-
tagonu. Amerykański wywiad pomógł ku-
bańskim imigrantom w Miami stworzyć 
Kubańską Radę Rewolucyjną (CRC) pod 
przewodnictwem byłego premiera Kuby, 
José Miró Cardona, żeby stworzyć pozo-
ry kontrrewolucji, która nie mogłaby być 
kojarzona z ofi cjalną interwencją zbrojną. 
Skutki tej decyzji okazały się tragiczne, 
ale sam JFK uniknął odpowiedzialności 
przed Kongresem.

W przypadku Baracka Obamy taka moż-

liwość jest jednak całkiem realna. Przez 

kilka dni przed uderzeniem na Libię Oba-
ma zabiegał o poparcie 10 z 15 członków 
Rady Bezpieczeństwa ONZ, całkowicie 
jednak odrzucając zdanie najważniej-
szych: Rosji, Chin, Niemiec, Brazylii i 
Indii. Można to zakwalifi kować jako pro-
wokację wojenną. 

Ale nawet uchwalona przez RB ONZ 

rezolucja nie dała Obamie prawa do wy-
dania rozkazu bombardowania obiektów 
militarnych i rządowych państwa, z któ-
rym USA utrzymują „przyjazne” stosunki 
dyplomatyczne.

Zapytany o podstawy prawne swojej 

decyzji prezydent odpowiada: „Kiedy 
niewinni ludzie są brutalnie prześla-
dowani, a osobnik pokroju Kaddafi ego 
obiecuje utopić cały region we krwi; 
kiedy cała społeczność międzynarodo-
wa jest gotowa, by iść i ratować tysiące 
istnień ludzkich – wtedy istnieje powód 
do tego, abyśmy zaczęli działać. I to jest 
nasza odpowiedzialność”. 

Trudno nie zgodzić się z prezydentem 

Obamą,  że należy pomagać  ofi arom  ta-
kich dewiantów jak Kaddafi . Ale to jest 
uzasadnienie potoczne, nie prawne. 

Skoro raz można złamać prawo, tłu-

macząc się koniecznością obrony przed 
„złym Kaddafi m”, to czy w przyszłości 
nie będzie istniał precedens, aby zasto-
sować takie metody wobec dowolnego 
państwa, reżimu lub ustroju społecznego, 
który zostanie przez Waszyngton uznany 
subiektywnie za „zły”?

P

AWEŁ

 Ł

EPKOWSKI

 

20 marca szef kolegium sztabów połączonych wojsk USA admirał Mike Mullen 

poinformował opinię publiczną, że „w ciągu 24 godzin interwencja znacznie 

osłabiła siły lojalne wobec Kaddafi ego w Benghazi, a międzynarodowe uderzenie 

wycieńczyło libijską obronę przeciwlotniczą”

Ś

SWIAT

F

OT

. www

.defense.gov

background image

XXIV

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

Ś

SWIAT

Z

mniejszenie liczby ludności Rosji 
nastąpiło wskutek większej liczby 
zgonów niż urodzin. Spadek byłby 
jeszcze wyższy, gdyby nie dziet-

ność zamieszkujących Federację narodów 
nierosyjskich, przewyższająca pięciokrotnie 
dzietność etnicznych Rosjan. Prym wio-
dą tu oczywiście muzułmanie, stanowiący 
20 proc. mieszkańców Rosji. Wśród muzuł-
manów kaukaskich, głównie Czeczenów, 
można mówić nawet o eksplozji demogra-
fi cznej. Czeczenia nie tylko odrobiła wszyst-
kie straty ludnościowe będące następstwem 
dwóch wojen, ale zwiększyła swój poten-
cjał demografi czny. O ile po drugiej wojnie 
czeczeńskiej liczba mieszkańców republi-
ki wynosiła 0,5 mln, to obecnie dwa razy 
tyle! Podobny „optymizm demografi czny” 
występuje też w Inguszetii, Dagestanie i 
Tatarstanie! Dla patriarchy Moskwy i całej 
Rusi musi być też szokiem fakt, że Moskwa 
– trzeci Rzym i stolica Świętej Rusi – staje 
się powoli muzułmańskim miastem. O ile w 
końcu XX wieku zamieszkiwało ją 800 tys. 
muzułmanów, to obecnie... 2 miliony. 

Wyludnia się wieś

Z rezultatów ostatniego spisu wynika, że 

wciąż wyludnia się również rosyjska wieś. 
Rdzenna Ruś, czyli tereny położone wokół 

Wciąż na równi pochyłej

ROSJA

Wszystkie próby zatrzyma-
nia katastrofy demografi cz-
nej w Rosji podjęte w minio-
nych latach zawiodły 
lub okazały się niewystar-
czające. Liczba mieszkań-
ców Federacji Rosyjskiej 
wciąż spada. Według wstęp-
nych wyników „ogólnoro-
syjskiego spisu ludności” 
przeprowadzonego w od 
14 do 25 października mi-
nionego roku, liczba miesz-
kańców Rosji w porównaniu 
z poprzednim spisem 
z 2002 roku zmniejszyła się 
o 2,2 miliona i wynosi obec-
nie 142 miliony 905 tysięcy.

M

AREK

 A. K

OPROWSKI

stolicy w promieniu kilkuset kilometrów, 
staje się powoli ludnościową czarną dziurą. 
Centralny Okręg Federalny nadal pozostaje 
najludniejszy, ale wynika to z jego urbaniza-
cji i z faktu, że na jego terenie znajduje się 
stolica Federacji. Dzięki niej zwiększył on 
liczbę ludności w porównaniu z poprzednim 
spisem o 1,2 procent. Drugim okręgiem fe-
deralnym, który odnotował przyrost liczby 
obywateli, był Okręg Północnokaukaski. 
Dzięki muzułmanom liczba ludności wzro-
sła tam o 6,3 procent. O 6 proc. zmalała 
liczba mieszkańców w Dalekowschodnim 
Okręgu Federalnym. Obecnie zamieszkuje 
go tylko 6291 tys. osób. Największy spadek 
populacji spis odnotował jednak w europej-
skiej części Rosji, bo w Okręgu Komi-Per-
miackim. Liczba mieszkańców zmniejszyła 
się tam o 14,6 procent!

Swoją pozycję obroniły okręgi Nadwoł-

żański i Syberyjski, zajmujące odpowied-
nio drugie i trzecie miejsce pod względem 
liczby ludności.

W rozbiciu na obwody sytuacja wyglą-

da jeszcze gorzej. Aż 63 podmioty fede-
racji, czyli obwody, kraje i republiki, od-
notowały zmniejszenie ludności. Tylko w 
20 liczba mieszkańców wzrosła. W całej 
Rosji jest ponad 55 tysięcy opuszczonych 
wsi i miasteczek. O ile jednak z poprzed-

background image

XXV

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

Nie mogą znaleźć męża

Rozwiązania te były adresowane do 

12 mln rosyjskich kobiet w wieku od 20 
do 29 lat, w największej mierze przyczy-
niających się do zwiększenia przyrostu na-
turalnego. Jak dotąd nie spełniły swojego 
zadania. Rosyjskie kobiety nie chcą rodzić 
nowych dzieci. Same bodźce  fi nansowe 
nie są ich w stanie do tego zachęcić. Liczba 
zawieranych małżeństw jest wciąż mniej-
sza od liczby rozwodów. Jest to efekt nie 
tylko ich decyzji, ale również przeciętnie 
niskiej społecznej i biologicznej wartości 
mężczyzn. Wiele Rosjanek najzwyczaj-

niej nie może też znaleźć męża. Co trzecia 
mieszkanka Moskwy w wieku od 25 do 
50 lat żyje samotnie. Z przyrostu demogra-
fi cznego muzułmanów w Moskwie można 
domniemywać, że osobami samotnymi są 
głównie etniczne Rosjanki.

Demografi a spędza sen z powiek nie tylko 

rosyjskim politykom, ale przede wszystkim 
wojskowym. Muzułmanie stanowią już 
36 proc. żołnierzy rosyjskich sił zbrojnych. 
Jest to jedna z przyczyn prób przechodzenia 
rosyjskiej armii na zawodowstwo. Gdyby 
pobór był nadal utrzymywany, za 20 lat licz-
ba muzułmanów w armii przekroczyłaby 
50 procent. Etniczni Rosjanie pochodzący z 
„chorych rodzin” do służby w armii się nie 
nadają. Jak jednak może być inaczej, jeżeli 
tylko 40 proc. rosyjskich niemowląt rodzi 
się zdrowych, a około 20 proc. pierwszokla-
sistów cierpi na jakąś formę upośledzenia 
umysłowego? Proces ten będzie się nawar-
stwiał, co wynika z praw statystyki. 

 

Ś

SWIAT

niego spisu ludności wynikało, że problem 
ten dotyczył  głównie Syberii i Dalekiego 
Wschodu, to obecnie opuszczone osiedla 
są już w europejskiej części Rosji.

Mężczyźni wymierają

W Rosji nadal utrzymuje się tendencja 

nadumieralności mężczyzn, w związku 
z czym ich liczba systematycznie spada. 
O ile w 2002 roku stanowili oni 46,6 proc. 
ludności, to obecnie 46,3 procent. Ogó-
łem żyje ich w Rosji 66.205 tys. podczas, 
gdy kobiet jest o ponad 10 mln więcej, bo 
76.700 tysięcy. 

Wyniki ostatniego spisu świadczą,  że 

pod względem demografi cznym  Rosja 
wciąż znajduje się na równi pochyłej, a 
jej społeczeństwo jest chore. Utrzymują-
ca się zapaść demografi czna jest bowiem 
objawem choroby, która toczy kraj. W za-
sadzie jest to nie jedna choroba, ale cały 
zespół chorób. Można nawet powiedzieć, 
że mamy do czynienia z syndromem ro-
syjskim. Należą do niego: „alkoholizm, 

narkomania, HIV, aborcja, rozwody, ubó-
stwo, złe odżywianie, skażenie  środowi-
ska, choroby psychiczne i zła opieka me-
dyczna”. Powoduje on degradację narodu 
rosyjskiego i nawarstwianie się w nim 
szkodliwych mutacji i niepełnowartościo-
wego materiału genetycznego.

Władze doskonale zdają sobie sprawę 

z tego stanu rzeczy. Liczyły, że negatyw-
ną tendencję przełamie ustawa o kapitale 
rodzinnym. Na jej mocy każda Rosjanka 
rodząca drugie lub kolejne dziecko miała 
otrzymywać bon o wartości 10 tys. dola-
rów, który mogła wykorzystać na kształ-
cenie dzieci, remont lub kupno mieszkania 
bądź wpłatę na fundusz emerytalny. Bony 
te rodzice dziecka mieli otrzymywać po 
osiągnięciu przez dziecko trzeciego roku 
życia, aby uniknąć szybkiego oddawania 
dzieci do adopcji lub domów dziecka. 
Ponadto matka przez półtora roku po uro-
dzeniu dziecka miała otrzymywać zasiłek 
wychowawczy w wysokości jednej trze-
ciej średniej pensji.

W CAŁEJ ROSJI JEST PONAD 55 TYSIĘCY OPUSZCZONYCH 

WSI I MIASTECZEK. O ILE JEDNAK Z POPRZEDNIEGO 

SPISU LUDNOŚCI WYNIKAŁO, ŻE PROBLEM TEN 

DOTYCZYŁ GŁÓWNIE SYBERII I DALEKIEGO WSCHODU, 

TO OBECNIE OPUSZCZONE OSIEDLA SĄ JUŻ 

W EUROPEJSKIEJ CZĘŚCI ROSJI.

Muzułmanie stanowią 

już 36 proc. żołnierzy 

rosyjskich sił zbrojnych

Rosyjskie kobiety nie chcą 

rodzić nowych dzieci

background image

XXVI

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

Ś

SWIAT

N

astrój tajemniczości potęguje 
fakt, iż nowa stolica Birmy, jed-
nego z najbiedniejszych krajów 
świata, powstała na wskazanie 

astrologów. Rząd przeniósł się tam w 
optymalnym z punktu widzenia układu 
gwiazd momencie i o szczęśliwej nu-
merologicznie godzinie. Naypyidaw to 
także dzieło  życia generała Than Shwe 
– człowieka, który uważa się za inkarna-
cję XVIII-wiecznego birmańskiego króla 
i podobno cierpi na paranoiczny strach 
przed amerykańską interwencją.

Jednak pozory mogą mylić. Powstanie 

Naypyidaw jest na swój sposób logiczne 
i ma swoje uzasadnienie (to, że z punk-
tu widzenia naszej cywilizacji dosyć 
osobliwe, to już inna sprawa). Wiąże się 
bowiem ściśle z wizją świata i koncepcją 
państwa rządzącej Birmą junty. Jest archi-
tektonicznym pomnikiem jej ideologii, 
wyrazem jej marzeń i pragnień.

W konkurencji na najdłuższe rządy woj-

skowych na świecie Birma zajęłaby beza-
pelacyjnie pierwsze miejsce. Generałowie 
przejęli tam władzę długo przed Pinochetem 
i Jaruzelskim – już w 1962 roku. W konku-
rencji na najgorsze rządy świata też miałaby 
wielkie szanse, a przynajmniej murowane 
miejsce na podium (i to mimo ogromnej 
konkurencji). Dziś trudno w to uwierzyć, ale 
przed przewrotem gen. Ne Wina Birma była 
jednym z najbogatszych krajów Azji i jed-
nym z najaktywniejszych członków ruchu 
państw niezaangażowanych. Po zamachu 
stanu pogrążyła się w całkowitej samoizola-
cji, mającej w zamierzeniu dyktatora chro-
nić własną kulturę, a także utrzymać wyso-
ką pozycję i prestiż międzynarodowy. Jak to 
się skończyło, już wiemy. Kraj pogrążył się 
w nędzy. Odgrodzenie się od świata, fak-
tycznie zachowało wspaniałą kulturę tego 
kraju w stopniu prawie nietkniętym przez 
globalizację, ale czy podziw sytych zagra-
nicznych turystów, robiących sobie fotki na 
tle bajkowych budowli i krajobrazów, wart 
był wpędzenia w nędzę dziesiątków milio-
nów Birmańczyków? 

W 1988 roku wybuchły masowe pro-

testy i pojawiła się szansa na zmiany. Na 
czele opozycji stanęła Aung San Suu Kyi 
– córka założyciela nowożytnej Birmy, 
gen. Aung Sana. Mimo charyzmy, ogrom-
nego społecznego poparcia i uznania mię-
dzynarodowego (m.in. pokojowego Nobla) 
przegrała z juntą, która do władzy wynio-
sła nową ekipę, na czele z gen. Than Shwe. 

Nowa generalicja postanowiła modernizo-
wać Birmę – ale na swój sposób: bez swo-
bód obywatelskich, wolnych wyborów czy 
innych obcych, zachodnich wynalazków. 
Miały to być i były rządy  żelaznej ręki i 
szowinistycznej ideologii, których celem 
było scentralizowanie tego ogromnego i 
zróżnicowanego kraju. By zrealizować 
ten cel, należało brutalnie rozprawiać się 
z wszelką opozycją, prześladować poli-
tycznych przeciwników (vide: długoletnie 
uwięzienie Aung San Suu Kyi) i mniej-
szości etniczne. W 2007 roku, w czasie 
tak zwanej szafranowej rewolucji, władza 
nie zawahała się i pobiła nawet mnichów 
(co w krajach buddyjskich uznawane jest 
za niezwykłe barbarzyństwo). Co gorsza, 
w przeciwieństwie do innych azjatyckich 
dyktatur, Birma stawała się coraz biedniej-
sza i zacofana, a rządząca nią junta biła 
rekordy nieudolności i skorumpowania. 
Pierwsze skrzypce gra w tym kraju oczy-
wiście armia, która w praktyce jest ponad 
prawem i która właściwie uczyniła Birmę 
swym prywatnym folwarkiem.

Nowa stolica

Każda władza, a zwłaszcza ta o kiep-

skiej legitymacji, potrzebuje własnych 
symboli. Dla Birmy pod rządami junty 
takim symbolem miała być w 2005 roku 
budowa nowej stolicy. 

Naypyidaw to po birmańsku „Królewska 

Stolica” – i sama ta nazwa już daje wiele do 
myślenia. W historii Birmy przyjęła się dość 
kosztowna, trzeba przyznać, tradycja, że ile-
kroć na tron wstępował nowy władca, prze-
nosił stolicę do nowego miasta. W efekcie 
stolica zmieniała się aż 14 razy. W większo-
ści władcy umieszczali swe siedziby w inte-
riorze, z dala od delty Irawadi, gdzie skupiał 
się handel i gdzie często pojawiali się obco-
krajowcy. To właśnie znad morza przybyli 
Brytyjczycy, którzy w XIX wieku położyli 
kres trzeciemu Imperium Birmańskiemu. 

Rangun – kolonialna stolica z czasów 

panowania brytyjskiego – był nie tylko 
symbolem XIX-wiecznego upokorzenia, 
ale i szerzej kontaktów Birmy ze światem 
zewnętrznym. Te, zdaniem rządzącej junty, 
na których trauma epoki kolonialnej od-
cisnęła wyraźne piętno, nie prowadzą do 
niczego dobrego. Dlatego należało je ogra-
niczyć do minimum. 

Projekt ideologiczny lansowany przez 

birmańskich wojskowych ma na celu od-
budowę dumy narodowej oraz zachowa-

Naypyidaw to skrzyżowa-
nie Twin Peaks i komedii 
Stanisława Barei w wersji 
tropikalnej. Miasto w środku 
niczego, nie zaznaczone na 
mapach, którego topografi a 
po dziś pozostaje tajemnicą 
i do którego większej czę-
ści wciąż nie można nawet 
wjechać.

ASTROLOGIA PLUS IDEOLOGIA, CZYLI 

Birmański odlot w środku dżungli

M

ICHAŁ

 L

UBINA

, R

ADOSŁAW

 P

YFFEL

Naypyidaw. U góry: pagoda 

Uppatasanti, poniżej: wejście 

do parku

background image

XXVII

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

Ś

SWIAT

nie tożsamości kulturowej. 
Jego głównym komponentem 
jest antykolonializm, czyli 
sprzeciw wobec wpływów 
zachodnich. Internet, Facebo-
ok, kawiarnie – to wszystko 
może być ukrytą formą neo-
kolonializmu, a tym samym 
może zagrażać legitymacji 
rządzących. 

Nie przypadkiem właśnie 

w otwartym na świat Rangunie wybuchły 
największe protesty (w 1988 i 2007 roku). 
To tutaj mieszka Aung San Suu Kyi – iko-
na oporu. Od Rangunu wreszcie zaczęła 
się inwazja brytyjska w 1824 roku. Być 
może dlatego gdy na początku XXI wie-
ku Amerykanie i Brytyjczycy zaatakowali 
Irak, przewrażliwiona birmańska junta 
wpadła w paranoję, widząc oczami wy-
obraźni, jak powtarza się historia z XIX 
wieku, a Brytyjczycy razem z amerykań-
skimi  marines ponownie wkraczają do 
Rangunu i podbijają całą Birmę. 

Odpowiedzią na to zagrożenie (mniejsza 

z tym, czy prawdziwe, czy wyimaginowa-
ne), miało być Naypyidaw. Decydowały 
nie tylko względy strategiczne i usytuowa-
nie nowej stolicy w samym centrum kraju, 
z dala od wybrzeża. Wytypowane na nową 
stolice miejsce to całkowite przeciwieństwo 
Rangunu i jego kolonialnego charakteru. To 
kolebka birmańskości i miejsce uznawane 
od kilkuset lat, według ludowych wierzeń, 
za środek świata. Miejsce święte. To z tego 
obszaru wyszła iskra, która po upadku Paga-
nu przyczyniła się do odbudowy Imperium 
Birmańskiego. To tutaj rozpoczęły się dzia-
łania armii gen. Aung Sana mające dopro-
wadzić Birmę do wyzwolenia od japońskiej 
okupacji w 1945 roku. 

Odwołanie się do tradycji historycznych 

jest w pełni świadome. Ma na celu restau-
rację dawnej Birmy w jej XXI-wiecznym 
wcieleniu, czyli z juntą jako królewską ar-
mią i gen. Than Shwe jako królem.

Trzy posągi 

Dlatego nie dziwią trzy gigantyczne 

posągi, które stanęły na centralnym pla-
cu Naypyidaw, przedstawiające królów 
Anawrahtę, Bayinnaunga i Alungpayę 
– twórców trzech imperiów birmańskich 
(nota bene każdy z nich też zaczynał rządy 
od zmiany stolicy). Ma to symbolizować 
nie tylko dumę z dawnej chwały, ale także 
jedność i integralność państwa. To trudny 
do zrealizowania postulat w kraju, w któ-
rym ludność Bamar stanowi zaledwie 68% 
mieszkańców, a wraz z nią zamieszkują go 
liczne mniejszości etniczne (m.in. Szano-
wie, Karenowie, Kaczinowie, Arakańczy-
cy) – o zupełnie innej tradycji, kulturze, 

a często także religii. Tereny 
tych narodów historycznie 
nie wchodziły w skład kraju. 
Były kolejno podbijane wła-
śnie przez wspomnianych 
królów. Z tego powodu od 
czasów powstania Związku 

Birmańskiego w 1948 roku dochodziło do 
bezustannych tarć i napięć. Wiele ludów i 
narodów chce z niego wystąpić (Kareno-
wie walczą o to nawet zbrojnie), lecz junta 
w imię zachowania integralności teryto-
rialnej na to nie pozwala. 

Im częstsze bunty, tym wojskowi moc-

niej przykręcają śrubę i pacyfi kują doma-
gające się niezależności lub autonomii 
mniejszości. Zdecydowanie łatwiej pro-
wadzić taką represyjną politykę z leżącego 
znacznie bliżej zapalnych terenów pogra-
nicza Naypyidaw niż odległego Rangunu. 

Pomniki w Naypyidaw to wyraz polity-

ki „birmanizacji” (wielkobirmańskiego 
szowinizmu), której głównym celem jest 
rozmycie mniejszości etnicznych w kultu-
rze birmańskiej. To jednak pułapka, gdyż 
mniejszości są zbyt liczne i silne, by można 
je było całkowicie zasymilować. Przymu-
sowo asymilowane buntują się i chwytają 
za broń. Zagrożeni generałowie odpowia-
dają siłą i tak nakręca się spirala przemo-
cy, trwająca już w tym pięknym kraju od 
kilkudziesięciu lat. Czy wyjściem z tego 
błędnego koła byłby postulowany przez 
Aung San Suu Kyi powrót do federacyjnej 
idei państwa jej ojca – Aung Sana? Dopóki 
dla rządzącej junty koncepcja ta jest prostą 
drogą do anarchii i rozpadu Birmy, nie po-
znamy odpowiedzi na to pytanie. 

Kraj magów

Nieodłącznym elementem kultury poli-

tycznej Birmy jest wiara w astrologów i 
numerologię. Czasami sprawia to wraże-
nie, jakby rządzący tym krajem politycy 
podejmowali decyzje pod wpływem dzia-
łania miękkich narkotyków. Na przykład 
wspomniany wcześniej Ne Win zmienił 
za swoich rządów nominały banknotów 
na podzielne przez szczęśliwą dla niego 
liczbę 9 (z nominałami takimi jak 45 czy 
90), a obecni przywódcy, zanim dokonali 
zamachu, skonsultowali się z wróżbitą i 
zaatakowali według jego wskazówek do-
kładnie 18 września 1988 roku. Przeno-
sząc w 2005 roku stolicę, także zasięgnięto 
rady astrologów i uczyniono to 6 listopada 
o 6.37 rano (szóstka to szczęśliwa liczba 
gen. Than Shwe). Inauguracja pracy rządu 
w nowej stolicy to z kolei trzy jedenastki, 

czyli 11 listopada 11 ministerstw o 11.00 
rano. Wszystko dlatego, że szczęśliwa licz-
ba Naypidyiaw to 11. Czy to oznacza, iż w 
nowej stolicy powstanie wspaniała drużyna 
piłkarska, „złota jedenastka”, dorównująca 
klasą słynnej drużynie węgierskiej z lat 50. 
XX wieku lub współczesnej Barcelonie? 

Miejscowi fani, pamiętają-
cy lata świetności birmań-
skiego futbolu (50 lat temu 
najlepszego obok KRLD w 

Azji!) byliby wniebowzięci.

Przeniesienie stolicy to nie tylko numero-

logia, ale także astrologia. Than Shwe, któ-
rego nazwisko znaczy po birmańsku „mi-
lion złota”, miał usłyszeć w 2005 roku od 
swojego astrologa, że nadciąga katastrofa 
i „milion złota” wkrótce zniknie. Jak pisał 
kiedyś Terzani, dla Birmańczyków przepo-
wiednia to coś, co właściwie już się wy-
darzyło naprawdę i co należy w dalszych 
działaniach po prostu wziąć pod uwagę. 
Przerażony przywódca natychmiast pod-
jął decyzję o przeniesieniu – ogromnym 
kosztem – stolicy do Naypyidaw. Przepo-
wiednia faktycznie się spełniła. Miliony 
faktycznie znikły z kasy państwa! Ale nie 
Than Shwe, który dzięki tym działaniom 
oszukał los i zachował władzę. 

Zabawy w numery i astrologia to nie tyl-

ko fanaberie orientalnego despoty, ale tra-
dycja głęboko wpisująca się w historię tego 
kraju. Mistyczna otoczka ma dodać prze-
prowadzce atmosfery świętości i przeko-
nać zabobonne społeczeństwo, iż zapisana 
w gwiazdach przyszłość Birmy będzie do-
bra, gdyż zgodna z prawami natury. 

Dlatego Than Shwe, który podobno wie-

rzy, iż jest inkarnacją króla Bodawpayi, 
w swej politycznej wizji stara się łączyć 
chwalebną przeszłość z obietnicą wspa-
niałej przyszłości – pod wodzą armii, któ-
ra zagwarantuje Birmie nie tylko jedność i 
dalsze istnienie, ale również siłę i potęgę. 
Tym samym narodzi się wymarzone przez 
Than Shwe IV Imperium Birmańskie ze 
stolicą w Naypyidaw.

Jednakże Król Bodawpaya (1782-1819), 

za którego wcielenie uważa się Than Shwe, 
także słynął z monumentalnych budowli. 
Swego czasu chciał zbudować największą 
pagodę na świecie, w założeniach prze-
wyższającą nawet egipskie piramidy. Gdy 
w projekt ten zaangażował cały majątek 
państwa, nieoczekiwane trzęsienie ziemi 
całkowicie unicestwiło jego plany. Stąd 
birmańskie powiedzenie: „Pagoda ukoń-
czona, państwo zrujnowane”. Jej ruiny w 
Mingunie nazywane są dziś „największą 
stertą cegieł na świecie”. 

Patrząc na Naypyidaw, trudno oprzeć się 

wrażeniu, że historia znów może się po-
wtórzyć. 

Aung San Suu Kyi postuluje powrót 

do federacyjnej idei państwa

background image

XXVIII

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

Ś

SWIAT

P

erspektywa wyeliminowania 
Sarkozy’ego, głównego kandy-
data UMP, i to być może już w 
pierwszej turze wyborów pre-

zydenckich, podważyła jego pozycję. 
Część głosów Unii odebrał Front Naro-
dowy. Niektórzy politycy uważają,  że 
do sukcesu FN przyczyniła się polityka 
centrum, która podjęła rękawicę partii 
narodowej i skupiła się na tej samej te-
matyce. Rzecznik rządu Franciszek Ba-
roin oświadczył,  że „trzeba zaprzestać 
banalizowania sukcesów FN” i „poło-
żyć koniec wszystkim debatom dotyczą-
cych islamu i laickości”, które inspiruje 
rządząca partia. Stawianie w centrum 
polityki takich problemów jak zagro-
żenie islamem przynosi bowiem efekt 
odwrotny od zamierzonego i napędza 
elektorat Maryny Le Pen. Prawdziwym 
problemem Francuzów ma być spadek 
siły nabywczej i bezrobocie. Niektórzy 
z polityków UMP dodają,  że „bieg za 
Frontem Narodowym” i ściganie się o 
elektorat prawicowy, wreszcie dalsze 
schodzenie tej partii na prawo przynosi 
jej tylko spadek popularności.

Po raz pierwszy „własnym głosem” 

przemówił też premier Franciszek 
Fillon, który pośrednio podważył po-
litykę Sarkozy’ego. Premier, wsparty 
przez kilku ministrów, odmówił udziału 
w wielkiej naradzie dotyczącej laicy-
zmu państwa i jego postawy wobec is-
lamu. Na reakcję nie trzeba było długo 
czekać. Sekretarz generalny UMP, Jan 
Franciszek Coppé, oskarżył premiera o 
„prywatę” i rozbijanie partii. Atak se-
kretarza generalnego UMP na premiera 
jest w życiu politycznym Francji rzeczą 

dość wyjątkową. Sympatycy premiera 
poczuli się obrażeni, a pomiędzy Pała-
cem Elizejskim a Matignon zapachniało 
zimną wojną.

Dyskusja ma swój ciąg dalszy. Depu-

towany UMP z Yvelines, Stefan Pinte, 
zaczął się nawet domagać dymisji Cop-
pégo. Pojawiły się też głosy nawołujące 
do rozsądku. Na przykład minister obro-
ny Gerard Longuet zaapelował o pokój... 
„mężnych”. 

Przewidziana na 5 kwietnia debata 

odbyła się, choć bez udziału premiera 
(podobno „w porozumieniu z prezyden-
tem”), ministra solidarności Rozalii Ba-
chelot czy poprzedniego rzecznika UMP 
Dominika Paillé. Wzięło w niej udział 
dziewięciu ministrów, choć większość 
bez specjalnego zapału.

Spór o taktykę dopiero się zaczyna. Nie 

można wykluczyć, że powyborcze turbu-
lencje pogłębią różnice zdań w łonie rzą-
dzącej UMP i zagrożą dominującej do tej 
pory pozycji Sarkozy’ego jako ponowne-
go kandydata na prezydenta. Do tej pory 
to Unia czerpała profi ty z zewnętrznej 
jedności swoich polityków, a podzieleni 
socjaliści nie potrafi li się jej przeciwsta-
wić. Teraz sytuacja może się odwrócić. 
Wygrana PS w wyborach kantonalnych 
może być impulsem do szukania partyj-
nej jedności, a porażka UMP – spowodo-
wać dekompozycję silnej dotąd struktu-
ry. Poza tym gdzie dwóch się bije...

Ta trzecia

Trzecią siłą francuskiej sceny poli-

tycznej jest Front Narodowy. Sukces 
wyborczy spowodował szersze zainte-
resowanie francuskich mediów progra-

Słaby wynik rządzącej cen-
troprawicowej UMP w wybo-
rach kantonalnych spowo-
dował wewnętrzną dyskusję 
i kryzys w łonie tej partii. 
Pod poważnym znakiem za-
pytania stanęła m.in. szansa 
na reelekcję Mikołaja Sarko-
zy’ego w roku 2012.

Z NOTATNIKA UNIJNEGO AGITATORA

Powyborcze 

swary w UMP

B

OGDAN

 D

OBOSZ

PROGRAM EKONOMICZNY 

KIEROWANEGO PRZEZ 

JANA MARIĘ LE PENA 

FN ZAWIERAŁ SPORO 

ELEMENTÓW KLASYCZNEGO 

LIBERALIZMU 

EKONOMICZNEGO

F

OT

. www

.epp.eu

background image

XXIX

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

Ś

SWIAT

mem tego ugrupowania. Do tej pory 
środki przekazu skupiały się jedynie na 
niektórych jego elementach – polityce 
imigracyjnej i hasłach bezpieczeństwa 
wewnętrznego. Teraz analizuje się m.in. 
program ekonomiczny. Francuskie me-
dia dostrzegają tu duże zmiany. Jana 
Marię Le Pena określano bowiem mia-
nem „ultraliberała”. Jego córka Mary-
na ma prezentować tu stanowisko dużo 
bliższe „tradycyjnym” partiom, czyli 
UMP i PS.

Program ekonomiczny kierowanego 

przez Jana Marię Le Pena FN rzeczywi-
ście zawierał sporo elementów klasycz-
nego liberalizmu ekonomicznego. Jego 
główne tezy powstawały na początku 
lat 80. i były wyrazem sprzeciwu wobec 
polityki nacjonalizacji gospodarki, któ-
rą forsował wówczas Franciszek Mitte-
rand. Le Pen odwoływał się tu do po-
pularnych na świecie idei promowanych 
przez Ronalda Reagana i Małgorzatę 
Thatcher. Jednoznacznie opowiadał się 
za zmniejszaniem obciążeń fiskalnych 
dla firm, które są „jedynym nośnikiem 
tworzenia bogactwa kraju i nowych 
miejsc pracy”. W jego programie zna-
lazło się np. (kontr)rewolucyjne jak na 
Francję hasło zniesienia podatku spad-
kowego. Front domagał się także ogra-
niczenia roli i wpływu na gospodarkę 
związków zawodowych.

Źródeł liberalnego programu FN upa-

trywano w jego antykomunizmie (reak-
cja na tezy kolektywizmu) i historycz-
nym spadku po Piotrze Poujade i jego 
Unii Obrony Kupców i Rzemieślników 
(UDCA), w którym działał także Le Pen. 
Obrona małych przedsiębiorców rodziła 
niechęć do centralizmu państwa.

Obecnie media łączą sukcesy Frontu 

ze zmianą jego polityki ekonomicznej. 
Wskazuje się, że liberalizm ekonomicz-
ny ma nad Sekwaną złe konotacje, że ob-
winia się go za obecny kryzys i odejście 
od tych haseł zwiększa szanse politycz-
ne partii. Maryna Le Pen ma wykorzy-
stywać naturalną dla Francuzów zgodę 
na opiekuńczość państwa i akceptować 
daleko posunięty etatyzm. Wskazuje się 
też zmiany na mapie elektoratu Frontu. 
Jego wyborcy to już nie tylko drobni 
kupcy i przedsiębiorcy, ale też „klasa 
robotnicza”, której daleko do akceptacji 
liberalnych zasad gospodarczych.

„Ekonomiczne” podłoże sukcesów FN 

wydaje się jednak mocno naciągane. 
Trudno bowiem mówić o jakiejś rady-
kalnej zmianie programu tej partii po 
objęciu funkcji przewodniczącej przez 
Marynę Le Pen. Odwrót od „ultrali-
beralizmu” dokonał się bowiem dużo 

wcześniej, gdzieś 
na przełomie wie-
ków. Ekonomia 
nie była zresztą 
w tej partii trakto-
wana dogmatycznie. 
Program modyfiko-
wano wielokrotnie i do-
stosowywano go do „obo-
wiązującej mody”. 
Bardziej liczył się 
pewien pragmatyzm 
i osiąganie jak naj-
lepszego wyniku. 
Niezmienne pozo-
stawały raczej ele-
menty obrony „na-
rodowej substancji”, 
w tym krajowej gospodarki. Przejawiały 
się m.in. w sprzeciwie wobec euro, zno-
szenia barier celnych czy przenoszenia 
kompetencji państwa do Brukseli. Suk-
cesów nowego Frontu trzeba więc szu-
kać gdzie indziej. Być może jednak to 
właśnie problemy z integracją emigran-
tów czy zagrożeniem społecznego ładu 
przekroczyły tu jakiś punkt krytyczny. 
Razem z wizerunkiem sympatycznej i 
nie „zdiabolizowanej” jeszcze medial-
nie Maryny Le Pen dały zaś konkretny 
efekt polityczny.

Zasługą nowej szefowej Frontu jest 

też doprowadzenie do postrzegania jej 
partii jako normalnego ugrupowania 
politycznego. Teza o tym, że FN nie jest 
„partią republikańską”, jest ciągle obec-
na, ale trudności z montowaniem „fron-
tu republikańskiego” centrum i lewicy 
przed drugą turą wyborów kantonal-
nych pokazały,  że wykluczanie Frontu 
z głównego nurtu politycznego jest co-
raz mniej popularne. Potwierdza to też 
sondaż BVA-Absoluce, którego wyniki 
niedawno ogłoszono. Wynika z niego, 
że 52 proc. Francuzów traktuje Front 
Narodowy tak samo jak inne partie po-
lityczne. We wrześniu 2010 roku uwa-
żało tak tylko 42 proc. ankietowanych. 
40 proc. Francuzów popiera propozycje 
FN przywrócenia kontroli granic, zmian 
polityki  łączenia rodzin imigrantów, a 
nawet preferencji narodowych w przy-
znawaniu pomocy socjalnej. Gorzej 
oceniane są takie tezy programu ekono-
micznego FN jak plan wyjścia z euro-
landu (17 proc. poparcia) i opuszczenia 
Unii Europejskiej (15 proc.).

Skoro już przy temacie Frontu jesteśmy, 

odnotujmy także niestandardowe zacho-
wania polityczne nowej przewodniczą-
cej tej partii. Maryna Le Pen ośmieszyła 
niedawno polityków UMP, wyciągając 
z archiwum stary dokument, jeszcze z 

czasów istnienia 

RPR. Dokument 

z 1990 roku idzie 
znacznie dalej niż 

wszystkie antyimi-

gracyjne tezy FN i 

określa islam jako re-

ligię „niekompatybilną” 

z francuską konstytucją. 

Figurują pod nim 
podpisy m.in. Chi-
raca, Juppégo, Al-
liot-Marie, Bayrou, 
Bachelot, Balladu-
ra, Giscarda d’Esta-
ing. Przypomnienie 
śmiałej rezolucji 
RPR w przededniu 

konferencji UMP na temat islamu miało 
tu swój dodatkowy smaczek.

Zasiłkowy skandal

W 2010 roku tylko w Paryżu wykryto 

2500 przestępstw dotyczących wyłu-
dzania zasiłków socjalnych, a do sądów 
skierowano 1900 spraw. Straty wycenia 
się na 30 milionów euro. Tego typu fakty 
wywołują dyskusję nad całym systemem 
socjalnym Francji. Kiedy połączyć infor-
macje o nadużyciach z polityką imigra-
cyjną, robi się jeszcze ciekawiej i sukce-
sy wyborcze takiego Frontu Narodowego 
dziwią coraz mniej.

Wg badań przeprowadzonych przez 

Krajowy Instytut Statystyki (INSEE) po-
moc socjalna stanowi 21% całości  środ-
ków utrzymania dla rodzin imigrantów z 
Afryki.  Średnia dla wszystkich imigran-
tów wynosi 13,8% przy średniej krajowej 
5,1%. Imigranci korzystają z pomocy so-
cjalnej znacznie częściej od innych miesz-
kańców Francji. Najlepiej wypadają tu 
przybysze z innych krajów Europy, choć 
też są trochę powyżej średniej krajowej – 
5,4% ich budżetów to zasiłki.

Rosną ceny energii

Ceny gazu wzrastają we Francji o 5,2%. 

W ciągu ostatniego roku wzrosły one łącz-
nie o 20%, a od roku 2005 – o 61%. Ceny 
energii elektrycznej do roku 2015 mają z 
kolei wzrosnąć o 30%. Jest jednak i dobra 
wiadomość. Do roku 2012, czyli do wy-
borów prezydenckich, więcej podwyżek 
nie będzie.

Wzrosty taryf łączy się z różnymi pro-

gramami ochrony najbiedniejszych. W ten 
sposób powstała „specjalna taryfa solidar-
ności” na gaz, „taryfa pierwszej potrzeby” 
na prąd czy specjalny, socjalny abonament 
telefoniczny. Takich wyjątków zresztą 
przybywa. Są już taryfy na „komórki”, 
będą na socjalny internet. 

IMIGRANCI KORZYSTAJĄ 

Z POMOCY SOCJALNEJ 

ZNACZNIE CZĘŚCIEJ OD 

INNYCH MIESZKAŃCÓW 

FRANCJI

background image

XXX

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

Ś

SWIAT

emocjonujących wybo-
rach do parlamentu Ba-
denii-Wirtembergii Zie-
loni zdobyli 24,2 proc. 

głosów poparcia – ponad dwa razy więcej 
(o 12,5 punktu procentowego) niż pięć 
lat wcześniej. W stabilnych warunkach 
niemieckich jest to skok niemal rekor-
dowy. Partia Zielonych będzie współ-
rządzić tym bogatym, 11-milionowym 
landem zapewne razem z SPD, która 
otrzymała 23,1 proc. głosów. Premierem 
rządu Badenii-Wirtembergii zostanie 
najprawdopodobniej 62-letni Winfried 
Kretschmann – w latach 1973-1975 
studencki działacz Komunistycznego 
Związku Niemiec Zachodnich, a od roku 
1979/1980 współzałożyciel i lider tam-
tejszych Zielonych oraz ich wieloletni 
poseł do Landtagu w Stuttgarcie.

Chadecy z CDU, mimo otrzymania 

39 proc. głosów (o 5,2 punktu mniej niż w 
poprzednich wyborach), zapewne muszą 
oddać władzę – po 58 latach (!) nieprze-
rwanych rządów, ostatnio wspólnych z 
FDP. Nic dziwnego, że są mocno rozcza-
rowani. Jeszcze bardziej rozczarowani są 
jednak słabym wynikiem swego liberal-
no-demokratycznego partnera. FDP otrzy-
mała bowiem zaledwie 5,3 proc. głosów 
– aż o 5,4 punktu mniej niż w wyborach 
w roku 2006. Drobnym pocieszeniem dla 
chadeków czy np. różnych bezpartyjnych 
konserwatystów może być fakt, że do par-
lamentu Badenii-Wirtembergii nie dostała 
się po raz kolejny skrajnie lewicowa (na 
Zachodzie) i w dużej mierze pokomuni-
styczna (na terenie byłej NRD) partia Le-
wica (2,8 proc.).

Natomiast tego samego dnia w sąsiedniej 

i znacznie mniejszej Nadrenii-Palatynacie 
wygrała ponownie SPD (35,7 proc.) – tym 
razem jednak tylko z małą przewagą nad 
CDU (35,2 proc.). Socjaldemokraci, a 
konkretnie premier Kurt Beck, będą więc 
tam zapewne rządzić dalej – tym razem 
jednak już nie samodzielnie, jak ostatnio, 
a razem z Zielonymi, którzy uzyskali aż 
15,4 procent poparcia (pięć lat wcześniej 
osiągnęli oni w tym landzie zaledwie 
4,6 proc. i nie weszli do Landtagu w 
Moguncji). FDP otrzymała zaś zaledwie 
4,2 proc. (prawie o 4 punkty mniej niż 
uprzednio) i nie weszła do tego parla-
mentu. Podobnie stało się tydzień wcze-

śniej w małej i pokomunistycznej Sakso-
nii-Anhalcie – tam FDP dostała zaledwie 
3,8 proc. głosów.

Wygrane „ekoreferendum” 

Nazajutrz po wyborach z 27 marca nie-

miecka prasa tytułowała główne artykuły: 
„Tryumf Zielonych”, „Katastrofa dla rzą-
dzącej koalicji”, „Dramatyczny przełom” 
itp. Dziennik „Frankfurter Allgemeine Ze-
itung” stwierdził w komentarzu, że CDU, a 
przede wszystkim FDP „upadły głęboko”. 
Bowiem Badenia-Wirtembergia, którą za-
równo CDU, jak i FDP uważały przez dłu-
gie lata za swój bastion, posłała obie rządzą-
ce partie do opozycji. To szok. Frankfurcki 
dziennik pisał, że konsekwencje tego poli-
tycznego wstrząsu zachwieją też na pewno 
rządową koalicją w Berlinie, a „dotyczy to 
przede wszystkim słabej FDP”. Jako jed-
ną z przyczyn porażki podaje okoliczność, 
że wyborcy chadeków i liberałów „stracili 
orientację” po niedawnych zaskakujących 
posunięciach rządu kanclerz Merkel doty-
czących energetyki atomowej i pilnego za-
mykania najstarszych, choć jeszcze spraw-
nych i wydajnych elektrowni. A także po 
zdecydowanej odmowie tego rządu co do 
wzięcia jakiegokolwiek udziału w wojnie 
w Libii. Te pojednawcze gesty rządzących 
w Berlinie chadeków i liberałów – wobec 
coraz bardziej lewicowych nastrojów spo-
łecznych i mediów – okazały się jednak 
zupełnie nieskuteczne. 

Niemieccy komentatorzy prasowi i par-

tyjni zgodnie podkreślają,  że głosowanie 
w Badenii-Wirtembergii, a także w Nad-
renii-Palatynacie było w istocie swoistym 
referendum w palącej kwestii dalszych lo-
sów 17 czynnych niemieckich elektrowni 
atomowych. Okazało się,  że katastrofa w 
Japonii i wywołany przez nią nagły wzrost 
„antyatomowych” nastrojów w Niemczech 
przyszły niespodziewanie w sukurs nie-
mieckiej lewicy – przede wszystkim tej 
„zielonej”. Wydaje się,  że niezależnie od 
przyczyn lokalnych, jak np. długotrwały 
spór polityczny o budowę podziemnego i 
wielce kosztownego dworca kolejowego 
w Stuttgarcie, znaczący wpływ na wyniki 
wyborów z 27 marca miał też kontrower-
syjny program ratowania całego systemu 
politycznej waluty UE i paru państw waluty 
euro – ostatecznie zatwierdzony i ogłoszo-
ny tuż przed wspomnianymi wyborami, po 

27 marca przejdzie do hi-
storii RFN jako dzień nad-
zwyczajnych wyborczych 
sukcesów partii Zielonych. 
Ta lewicowa partia zdobyła 
bowiem udział we władzy 
– po raz pierwszy w swych 
32-letnich dziejach – w 
jednym z najważniejszych i 
najbogatszych krajów RFN. 
A w sąsiednim landzie też 
będzie współrządzić. Wiele 
wskazuje na to, że jest to 
wstęp do przejęcia władzy 
przez SPD i Zielonych na 
szczeblu federalnym – naj-
później jesienią roku 2013.

WIEŚCI Z NIEMIEC

Wielki sukces 

Zielonych

  

T

OMASZ

 M

YSŁEK

background image

XXXI

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

Ś

SWIAT

ostatnim „szczycie” w Brukseli, tj. 25 mar-
ca. Ten bardzo niepopularny w Niemczech 
program (ratowania eurobankrutów, takich 
jak Grecja czy irlandzkie i hiszpańskie 
banki), przygotowany głównie przez rząd 
RFN, ma bowiem kosztować niemieckich 
podatników co najmniej kolejne 22 mld 
euro – po kilkudziesięciu miliardach już 
pożyczonych w ub. roku Grecji i Irlandii.

Utrata większości 

w Bundesracie

Wybory z 27 marca zdecydowały też o 

bardziej wyraźnym układzie sił w izbie wyż-
szej parlamentu RFN – Bundesracie (izbie 
władz 16 landów). Po ciężkiej porażce cha-
deków w wyborach w Hamburgu (w lutym 
br.) i utracie tam władzy po prawie 10 latach 
jej sprawowania, a także po ich umiarkowa-
nym sukcesie w Saksonii-Anhalcie (20 mar-
ca CDU wygrała tam wybory i będzie dalej 
współrządzić tym małym landem z trzecią 
tam partią – SPD) w tej izbie nie było bo-
wiem wyraźnej przewagi żadnej ze stron. 
Od maja br., tj. już po rozpoczęciu rządów 
w Badenii-Wirtembergii i Nadrenii-Palaty-
nacie przez prawdopodobne koalicje SPD 
i Zielonych, chadecy i liberałowie nie będą 
już mieć w tej izbie większości. Nie będą 
więc mieli możliwości skutecznego forso-
wania jakichkolwiek ważniejszych ustaw 
czy reform wbrew zdaniu SPD, a niekiedy 
też i Zielonych. A jeszcze jesienią 2009 i na 
początku 2010 roku CDU, bawarska CSU 
i FDP miały w Bundesracie łącznie 44 z 
wszystkich 69 głosów. Natomiast obecnie 
pozostało im już tylko 25, w tym sześć gło-
sów przedstawicieli Bawarii, sześć z Dolnej 
Saksonii, pięć z Hesji, cztery z Saksonii i 
cztery ze Szlezwiku-Holsztynu. 

Rząd federalny, tworzony od październi-

ka 2009 roku przez chadeków i liberałów, 

może jednak jeszcze, pomimo porażki w 
Badenii-Wirtembergii, dość spokojnie trwać 
dalej, bo jego przewaga w Bundestagu jest 
stabilna i bezpieczna. Ale wskutek utraty tej 
przewagi w izbie wyższej parlamentu RFN 
ten rząd zapewne już nie zdoła osiągnąć 
swoich dotychczasowych celów w polityce 
wewnętrznej. Co nie pozostanie bez wpły-
wu na społeczne nastroje i wyniki wyborów 
do Bundestagu, które odbędą się najpóźniej 
w październiku 2013 roku.

CDU będzie próbować 

współpracy z Zielonymi?

Wg opinii komentatora monachijskiej 

„Süddeutsche Zeitung”, długofalowe skutki 
wyborów w Badenii-Wirtembergii będą wi-
doczne już w najbliższych miesiącach. „An-
gela Merkel nie chce, aby jej tonący partner 
– FDP – pociągnął za sobą w głębinę i ją, 
i jej partię. Więc zapewne zacznie intereso-
wać się Zielonymi. Będzie np. przedstawiać 
swój ostatni zwrot w rządowej polityce do-
tyczącej energii atomowej jako zbliżenie do 
idei ekologicznych. Czegóż to nie robi się 
bowiem dla zachowania władzy?”. 

Należy przypomnieć,  że w ostatnich la-

tach CDU już kilkakrotnie kokietowała 
Zielonych na płaszczyźnie regionalnej – w 
co najmniej trzech landach – wbrew nie-
chętnemu stanowisku „siostrzanej” bawar-
skiej CSU. Obie te partie przestały już być 
sobie wzajemnie wrogie, jak w latach 70. 
czy jeszcze w 90., a w Hamburgu tworzyły 
do niedawna wspólną, początkowo udaną, 
choć  fi nalnie nieudaną rządową koalicję – 
po raz pierwszy w historii. 

Teraz nadszedł więc już być może czas 

na próby stopniowej wzajemnej współ-
pracy na płaszczyźnie ogólnoniemieckiej. 
Sprzyja temu stopniowe zacieranie się róż-
nic ideologicznych i mentalnych nie tylko 

między dawnymi lewakami i czerwonymi 
radykałami (obecnymi Zielonymi czy nie-
którymi działaczami SPD) a coraz bardziej 
socjaldemokratyczną CDU, ale też między 
wszystkimi pięcioma partiami establish-
mentu
 RFN. Przede wszystkim w polityce 
zagranicznej i gospodarczej. W związku 
z tym jest całkiem możliwe, że CDU za-
proponuje Zielonym już w najbliższych 
dniach polityczną współpracę w Badenii-
Wirtembergii i Nadrenii-Palatynacie na 
zasadzie podziału głównych stanowisk: w 
pierwszym z tych landów premierem po-
zostałby nadal Stefan Mappus z CDU, a w 
Palatynacie szefową rządu zostałaby kan-
dydatka Zielonych. Natomiast SPD w obu 
krajach zostałaby zepchnięta do opozycji.

Westerwelle ustąpi

Na razie, według najnowszych sondaży 

preferencji, SPD i Zieloni mają już jed-
nak razem w całych Niemczech poparcie 
48-49 proc. wyborców, a obecna rządo-
wa koalicja – CDU/CSU i FDP – zaled-
wie 38-39 procent. Wg sondażu instytutu 
Emnid z 1 kwietnia, SPD mogłaby liczyć 
na 26 proc. a Zieloni na 23 proc. głosów 
w wyborach do Bundestagu (CDU/CSU 
– 33 proc. a FDP – 5 proc.). Aż 69 proc. 
ankietowanych uważa też,  że to te dwie 
pierwsze partie wygrają najbliższe wybory 
i będą tworzyć rząd RFN. Dla chadeków 
istnieje przy tym zagrożenie, że FDP może 
w ogóle nie przekroczyć 5-procentowego 
progu (jak w marcu br. w wyborach w 
Saksonii-Anhalcie i Nadrenii-Palatynacie) 
i nie wejść do parlamentu RFN. 

Dlatego też już 29-30 marca w niemieckiej 

prasie pojawiły się różne opinie i spekula-
cje,  że dni coraz bardziej niepopularnego 
wicekanclerza i ministra spraw zagranicz-
nych Gwidona Westerwelle na stanowisku 
przewodniczącego FDP są już policzone. 
1 kwietnia wieczorem „Deutsche Welle” 
podała informację,  że „po zmasowanych 
naciskach szef FDP Guido Westerwelle nie 
wyklucza rezygnacji z funkcji przewodni-
czącego partii. Chce jednak za wszelką cenę 
pozostać ministrem spraw zagranicznych”. 
Zanosi się na to, że tak też się stanie – że wi-
cekanclerz Westerwelle pozostanie na tym 
ministerialnym stanowisku, a już za kilka 
dni jego następcą na stanowisku szefa partii 
zostanie być może bardzo młody, bo zaled-
wie 32-letni Christian Lindner, od kwietnia 
ub. roku sekretarz generalny liberałów.

Czy zmiany personalne na szczytach FDP 

pomogą szybko tej jedynej w Niemczech 
parlamentarnej, a (jeszcze) prowolnoryn-
kowej partii? Raczej nie, bo nastroje dzie-
siątków milionów Niemców powoli, ale 
systematycznie od ponad roku nadal dryfu-
ją w lewo.  

 Czy dni coraz bardziej niepopularnego wicekanclerza i ministra 

spraw zagranicznych Gwidona Westerwelle na stanowisku 

przewodniczącego FDP są już policzone?

background image

XXXII

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

Ś

SWIAT

K

tóżby pomyślał, że przy opisy-
waniu kurnikowego status-quo 
A.D. 2011 przydadzą się pi-
smakowi „NCz!” pasujące jak 

ulał panaadamowe strofy o nieprzemija-
jącym uroku:

„Broni się jeszcze z wież Alpuhary/ 

Almanzor z garstką rycerzy,/ Hiszpan 
pod miastem zatknął sztandary,/ Jutro 
do szturmu uderzy./ O wschodzie słońca 
ryknęły spiże,/ Rwą się okopy, mur wali,/ 
Już z minaretów błysnęły krzyże,/ Hisz-
panie zamku dostali” itd.

Rozrywka murowana: Wystarczy pod-

mienić Almanzora na Netanjahu, a na 
miejsce napastników (Hiszpanów) wsta-
wić „10. Program hebrajskiej TV z głów-
nym prześladowcą premiera, publicystą 
plazmowym Drukerem”. Po tym zabiegu 
nabierają szczególnego, dramatycznego 
znaczenia słowa bohatera: „Ja wam zara-
zę przyniosłem”.

Co Bibi przyniósł

Bo nie ulega wątpliwości,  że bohater 

afery „Bibitours”, znajdującej się aktual-
nie na wokandzie sędziego Lindenstraus-
sa, przyniósł  żydostanowi wszystko, co 
najgorsze. Bibi nie uwolnił kaprala Sza-

lita, tkwiącego piąty rok 
w niewoli Hamasu, nie 
umiał przeciwstawić się 
żydowskim osadnikom 
posługującym się me-
todą faktów dokona-
nych i napaściami na 
palestyńskich sąsiadów, 
nie polecił Szabakowi 
(kurnikowemu KGB) 
powstrzymać  żydowski 
terror i osadzić prowo-
dyrów pod kluczem. 
Bibi nie próbował nawet 
poskromić Liebermana 

i jego rasistowskiej jaczejki Kurnik Nasz 
Dom; Bibi nie zaprotestował (podobnie 
jak Oszust Pokojowy Peres), kiedy Kne-
set podejmował faszystowskie uchwały, 
po których Arab nie może mieszkać w 
dzielnicy  żydowskiej, a krytykom reżi-
mu można odebrać obywatelstwo. Bibi 
pomagał za to tajkunom (kurnikowym 
oligarchom zbijającym miliardy dzięki 
życzliwej im nieporadności rządu) i nie 
ruszył palcem w bucie, by ułatwić ostat-

nie chwile wymierającej społeczności 
Żydów ocalonych z Zagłady.

Ozór mu nie zesztywniał 

W przeddzień wybuchu afery „Bibito-

urs” Netanjahu powiadomił żydostan, że 
postanowił zbudować 5 tysięcy tanich 
mieszkań dla starców – przede wszyst-
kim dla nicolej Shoah (niedoholokau-
stowanych  Żydów). Bibi nie pomyślał, 
piejąc na współczucie,  że ofi ary  Zagła-
dy, dożywające w Kurniku swoich dni 
w poniewierce, bez domów starców, 
bez lekarstw i bez opiekunek z Tajlandii 
przydzielanych miejscowym starcom, 
opuszczą  żydostan na dobre, nim jesz-
cze Bibeusz-kłamca znajdzie miejsce na 
nowe domy i wyżebrze w Ameryce fun-
dusze na budowę.

Na gruzach wizerunku

Netanjahu broni się z zaciekłością Al-

manzora, kiedy walczy z mediami na 
gruzach swojego wizerunku. Jakby nie 
wiedział,  że jego wizerunek zszedł na 
psy, nim jeszcze telewizja podkablowała 
pierwszą parę Kurnika za dojenie spon-
sorów. Powaliło resztki wiarygodności 
premiera jego niewywiązanie się z obiet-
nicy, że wygłosi w Senacie USA przemó-
wienie mające oddalić podejrzenia, ja-
koby wymigiwał się od amerykańskiego 
projektu „dwóch państw dla dwóch naro-
dów”. Podobne (oszukańcze, jak się oka-
zało) przemówienie, akceptujące teorię 
o dwóch państwach, Netanjahu wygłosił 
już przed dwoma laty w auli religijnego 
Uniwersytetu Bar Ilan. 

No i co? No i klum (nic). Bibi już nie 

obiecuje,  że da show w Senacie, żeby 
uśmierzyć obawy Obamy. Przeszło mu 
– najpewniej ze strachu przed Lieber-
manem i żydostanem oczarowanym rasi-
stowskimi hasłami Żydorusa.

Spowiedź pismaka 

Likrat (w obliczu) święta Pesach naszła 

pismaka „NCz!” nieodparta ochota na 
puszczenie farby, nim go jeszcze tropikal-
ni prześladowcy zdążą powiesić za nogi, 
pozbawią snu bądź posadzą po swojemu 
na nodze od stołka. Postanowienie, że 
po czterech dekadach trzymania języka 
za zębami nadeszła pora wygdakać, co 
w Kurniku kręci bebechami Zara, zapa-

W zamian za drożyznę, za 
rozczarowanie antyrakietą 
Żelazna Mycka, obiecującą 
bez pokrycia, że przechwy-
ci palestyńskie Kassamy, 
w zamian za brak poczucia 
bezpieczeństwa, za promo-
wanie faszyzmu i aparthe-
idu, powodujące postępują-
cą delegitymizację Kurnika 
w stolicach europejskich, 
a także w zamian za zbliża-
jący się, czarny wrzesień, 
grożący uchwałą ONZ pro-
klamującą Palestynę w gra-
nicach sprzed wojny 1967 
roku – rodzina Netanjahu 
z Cezarei serwuje non-stop
 
przygnębionemu żydosta-
nowi przednie widowisko, 
górujące nad serialami tele-
wizyjnymi. 

FAKSEM Z TEL AWIWU

Kurnik z innej beczki

K

ATAW

 Z

AR

Antyrakieta Kipa Habarzel 

(Żelazna Mycka) znalazła 

się w ogniu krytyki, 

że mimo zainwestowanych 

w nią miliardów szekli już 

nie zapowiada, iż przechwyci 

palestyńskie Kassamy

background image

XXXIII

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

Ś

SWIAT

dło niespodziewanie wcze-
snym rankiem, spędzanym 
przez starca zwyczajowo z 
fajką w pysku na balkonie 
z widokiem na Morze Śród-
ziemne.

A więc tak: niemożeb-

nie denerwuje Zara, kiedy 
miejscowe, hebrajskie pi-
smactwo prześciga pismaka 
„NCz!”. Kiedy np. hebraj-
ski „TheMarket” ujawnia 
wysokość zawrotnych pen-
sji kasowanych przez elitę 
kurnikowych dyrektorów. 
Taki np. Azulaj z „Gru-
py Azrieli” bierze rocznie 
24,9 miliona szekli, Gilad 
od „Grupy Kurnika” – 23,5 miliona itd. 
itp., aż do piątego na liście Awnera, dy-
rektora przedsiębiorstwa „Partner”, ka-
sującego 16,4 miliona szekli. Żydostan, 
cieszący się przeciętną pensją miesięcz-
ną w wysokości 5 tysięcy szekli, czyta, 
pieni się i nie wierzy.

Temat dnia: Bibi 

Kiedy pismak podwija chałaty i stawia 

pejsy w ataku na niegodziwca Bibiego, 
miejscowy wyrobnik klawiatury objaśnia 
w „Haaretz”, że tenże Bibi jest niewinny! 
„Nie można go oskarżyć o fruwanie pierw-
szą klasą na koszt bogaczy-interesantów, 
zdegenerowanego Bondsu (organizacji 
kwestującej w Stanach na rzecz Kurnika) 
albo fundacji charytatywnych, bo takie 
jest” – kontynuuje hebrajski szyderca – 
„ekskluzywne hobby premiera”! Inni zbie-
rają znaczki pocztowe, motyle, stare auta, 
facebookują się, cierpią na kleptomanię – 
Bibi hobbizuje się inaczej: lata za cudze z 
Sarą za Ocean, do Nowego Jorku i Mont-
realu, fruwa do Londynu i Paryża, staje w 
najlepszych suitach i biesiaduje jak król, 
rozjuszając tropikalny żydostan pospolity, 
przeżarty niskim uczuciem zazdrości. „Ha-
aretz” słusznie przypomina, że jadu ejnaim 
ma lakhu
 (wiedziały gały, co brały), kiedy 
kurnikowy  żydostan ponownie obsadzał 
Netanjahu na fotelu premiera, chociaż znał 
jego ludzkie słabostki. 

To już braliśmy

Na czele komisji śledczej powołanej 

celem zbadania, czy afera „Bibitours” 
nosi znamiona korupcji, staje były polic-
majster, który przed 10 laty przesłuchi-
wał Netanjahu i Sarę, którzy pod koniec 
kadencji przywłaszczyli sobie srebrne 
półmiski, kryształy i dywany stanowiące 
własność skarbu państwa. 

Bibi zapomniał,  że prokuratura litości-

wie zamknęła jego ówczesną teczkę prze-

stępczą, kiedy pierwsza para Kurnika, nie 
czekając na wyrok sądowy, odesłała do 
rezydencji premiera podwinięte srebra i 
kryształy. Na nos pismaka „NCz!” dla wy-
ciszenia aktualnej afery mogłaby zatem 
wystarczyć rezygnacja Bibiego i Sarele z 
willi w Cezarei celem zwrócenia dziesiąt-
kom sponsorów-interesantów ich milio-
nowych kwot zainwestowanych w podej-
mowanie korumpującego się małżeństwa, 
smakującego atrybuty luksusowego życia, 
wzorowanego na szejkach arabskich.

Jedźmy, nikt nie woła

Ale nikt nie słucha Zara. Premier Kur-

nika ufa własnym doradcom – tym sa-
mym złoczyńcom, którzy dostarczyli 
jego prześladowcom telewizyjnym kom-
promitujące kwity i co gorsze, prowadzą 
mu teraz kampanię obronną, rozpoczętą 
lewą nogą i zakończoną poślizgiem na 
pysku. Zamiast posłuchać 
życzliwej rady pismaka 
„NCz!” i oddać multimi-
lionerom dolary, za które 
fruwali pierwszą klasą, 
spali pod jedwabnym 
baldachimem i kąpali się 
w szampanie – spaniko-
wany Bibi, namówiony 
przez swoje niewydarzone komando 
od  public relations, daje kompromitu-
jący występ, odstawiony na plazmie i 
w internecie. Dopuszczony do kamer 
Netanjahu nie odpowiadał na zarzuty, 
ale narzekał w studiu, że zło robiące w 
mediach skrzyknęło się, by go zaata-
kować, chociaż dba o interesy Kurnika 
jak o własne. „Jestem celem bezprzy-
kładnej napaści” – skarżył się Bibi ży-
dostanowi czekającemu przy plazmie na 
mecz Maccabi. „Oni rzucają  kłamliwe 
oskarżenia, nie litują się nawet nad Sarą 
– wszystko po to, by mnie zniszczyć z 
powodów politycznych” – narzekał. 

Na nieszczęście korumpowicza Bibie-

go w tym samym czasie w niedalekim 
Damaszku prezydent Syrii Asad skarżył 
się w parlamencie, że obce siły wypro-
wadziły jego przeciwników na ulice, bo 
chcą go utrącić. Żydostan oniemiał, oglą-
dając na plazmie, podzielonej złośliwie 
na dwie części, przemówienia obu przy-
wódców. Asad ironizował, lekceważył 
przeciwników reżimu. Przekonywał,  że 
nie zamierza podzielić losu Mubaraka. 
W Kurniku Bibi apelował do żydostanu 
o wyrozumiałość i pomoc w walce z me-
diami. Ale to jeszcze nic, jako że niedo-
rozwiniętym (bądź przekupionym przez 
Liebermana?) kreatorom wizerunku pre-
miera było tego za mało, wobec czego 
uruchomili Sarę. 

Żywy Muppet Show

Takoż więc nazajutrz po Netanjahu w 

hebrajskim dzienniku wieczornym poja-
wiła się znienacka żona premiera, Sara, 
której kardynalnym błędem było zaata-
kowanie  żydostanu wyglądem, odzie-
niem i daniem głosu. Nawet bez obej-
rzenia Sarele na plazmie w formacie 1:1 
niemiłosiernie doskwierało tropikalnym 
Żydom, że lekceważony w Kurniku Asad 
posiada wszechstronnie wykształco-
ną, reprezentacyjną  żonę, mogącą także 
utrzymać  męża jako dugmanit cameret 
(modelka) – na wypadek gdyby zawzięta 
syryjska opozycja zdołała pozbawić Asa-
da prezydentury.  

Natomiast Sara od Bibiego, dobrze 

znana  żydostanowi dzięki dziesiątkom 
żałosnych afer, wypadła na plazmie 
jak wypisz, wymaluj Miss Piggy z tele-

wizyjnego Muppet Show. Dziwacznie 
ucharakteryzowana (czarne powieki, 
zielono pod oczami, krwawo czerwone 
usta) Piggy-Sara pokazała się  żydosta-
nowi obleczona w żakiet w ciapki – jak 
Carmela,  żona telewizyjnego gangstera 
Soprano – ale to nic przy tekstach, jakie 
Piggy-Sarele wygłaszała, atakując me-
dia. „Za nasze podróże do Nowego Jor-
ku, Kanady, Paryża i Londynu, za hotele 
i za restauracje podatnik nie zapłacił ani 
grosza” – argumentowała zacietrzewiona 
dama. A pomyśleć – komentuje złośliwie 
„Haaretz” – że występ Sary miał na celu 
wzmocnienie notowań Netanjahu! 

Aktualna wersja Sary Netanjahu 

wskrzesza na plazmie Miss Piggy 

z Muppet Show

NETANJAHU BRONI SIĘ Z 

ZACIEKŁOŚCIĄ ALMANZORA, KIEDY 

WALCZY Z MEDIAMI NA GRUZACH 

SWOJEGO WIZERUNKU. JAKBY NIE 

WIEDZIAŁ, ŻE JEGO WIZERUNEK 

ZSZEDŁ NA PSY.

background image

XXXIV

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

POSTĘPY POSTĘPU

PiS jest oburzone, 

że stacje telewi-
zyjne nie zmieniły 
swego programu 

na 10 kwietnia i planują 
wyświetlać programy roz-
rywkowe – jak „Szansa 
na sukces” i „X-Factor” 
czy serial typu „Ojciec 
Mateusz”. 

Nie dziwi oburzenie 

PiS, gdyż ta rocznica ma 
być szansą na sukces tej 
partii w nadchodzących 
wyborach. 

Niemieckie Stowarzy-

szenie Medyczne doszło 
do wniosku, że placebo 
(neutralne pigułki) działa 
czasem lepiej niż farma-
ceutyki; np. w przypadku 
łagodnej depresji i chro-
nicznego bólu i zaleca, 
by częściej przepisywać 
je pacjentom, gdyż nie 
wywołuje ono przykrych 
skutków ubocznych i 
może być deską ratunku 
dla pacjentów cierpiących 
na trudne do wyleczenia 
dolegliwości, na które nie 
ma dobrych leków. Przeciwne zalecenia 
obowiązują w USA i Wielkiej Brytanii, 
gdzie stosowanie placebo bez infor-
mowania o tym pacjentów uznano za 
nieetyczne. Wg innych badań, w Danii, 
Wlk. Brytanii i USA niemal połowa 
lekarzy regularnie zapisuje pacjentom 
placebo, nie informując ich o tym.

Ale bulić trzeba jak za nie wiadomo 

jakie medykamenty!

Wg najnowszego spisu powszechnego, 

liczba ludności Indii wynosi około 
1,2 mld, co stanowi 17% światowej 
populacji. W porównaniu z poprzednim 
spisem z 2001 roku ludność tego kraju 
wzrosła o 17,6%, lecz stopa przyrostu 
naturalnego maleje.

Niezły wynik. Ale i tak Chiny Ludowe 

są w tym najlepsze – 1.338.612.968 
mieszkańców (nie licząc Tajwanu – 
23.037.031)

.

Włosi na liście niematerialnych dóbr 

dziedzictwa ludzkości UNESCO chcą 
umieścić pizzę neapolitańską i sztukę 
jej wypieku, procesję wielkopiątkową z 
Apulii, słynną gonitwę konną Palio di 
Siena, szczep winogron Zibibbo na wy-
spie Pantelleria, z których robi się wino 
o tej nazwie, liczącą ponad 400 lat tra-

dycję wyrobu skrzypiec przez lutników 
z Cremony, a także wielkie procesje 
religijne w miastach i miejscowościach: 
Nola, Sassari, Palmi i Viterbo. Z 11 kan-
dydatur włoska komisja ds. UNESCO 
wybierze dwie.

Czy aby nie oznacza to, że za każdą 

upieczoną pizzę neapolitańską trzeba 
będzie bulić neapolitańczykom 
tantiemy? 

P. Krystyna Schröder, niemiecka mini-

sterka ds. rodziny, poinformowała, że 
30 największych koncernów niemiec-
kich zobowiązało się do podjęcia starań 
na rzecz zwiększenia liczby kobiet 
zatrudnionych na najwyższych stano-
wiskach i jeszcze w tym roku spółki 
notowane w indeksie giełdowym DAX 
opublikują cele dotyczące promocji 
kobiet. Takie dobrowolne zobowiązania 
ze strony koncernów mają być alterna-
tywą wobec proponowanej przez część 
polityków w Niemczech 30-procentowej 
kwoty dla kobiet w zarządach fi rm, 
czego zwolenniczką jest p.Urszula von 
der Leyen, chadecka ministerka pracy. 
Obecnie w tego typu fi rmach kobiety 
stanowią ok 2-3% kadry kierowniczej. 

No cóż, nie darzymy Niemiec przesadną 

sympatią, więc z radością byśmy przywi-

tali tego typu idiotyczne pomysły, tyle że 
nasza gospodarka zbyt mocno zależy od 
gospodarki niemieckiej. 

Dr Maxine Cooper, komisarka ds. 

zrównoważonego rozwoju i środowiska 
australijskiego Terytorium Stołecznego, 
postuluje utworzenie nowego stanowi-
ska – kuratora ds. drzew – i wydawanie 
rocznie 4 mln AU$ (4,13 mln US$) na 
opiekę nad drzewami oraz na sadzenie 
nowych drzew. Szef rządu przyjął raport 
z zadowoleniem i skierował go do komi-
sji Zgromadzenia Ustawodawczego.

Za komuny śmialiśmy się, że jakiś 

zbędny urzędniczyna jest dyrektorem 
ds. świeżego powietrza. Pora na austra-
lijskiego kuratora ds. świeżego powie-
trza. 

„Życie Warszawy” zapowiada, że 

system sterowania ruchem może objąć 
Pragę i pozostałą część Śródmieścia. 
To rozwiązanie działa już teraz wzdłuż 
Al. Jerozolimskich i Wisłostrady, ale 
nie widać jego efektów. Wykonawca 
tłumaczy, że zbyt mały obszar objęto 
jego działaniem, a kierowcy nie stosują 
się do poleceń sygnalizacji. Teraz miasto 
chce włączyć do systemu kolejne 152 
skrzyżowania, jeżeli zdobędzie wsparcie 
unijne w wysokości 86 mln zł z pro-
gramu „Infrastruktura i środowisko”. 
Pieniądze z programu otrzymały już: 
Poznań, Śląsk, Trójmiasto i Wrocław, 
które przedstawiły lepsze projekty.

Ciekawe, czy to za te unijne miliony 

wymyślono w Warszawie bus-pasy. 

 
Wg badania przeprowadzonego przez 

„The Guardian”, aż 57% Polaków uważa 
nasz naród za zdecydowanie najbardziej 
urodziwy w Europie. Ponoć twierdzimy 
też, że mamy najmocniejsze głowy do 
alkoholu. Jesteśmy też najmniej liberalni 
i... najbardziej tolerancyjni.

A według naszych badań, w miarę wypi-

janego alkoholu kobiety stają się dla nas 
coraz piękniejsze. 

Wg opublikowanego w Izraelu stu-

dium badań nad młodzieżą, prawie 
połowa młodych Żydów opowiada się 
za odebraniem podstawowych praw 
Palestyńczykom. Cenią oni sobie też 
bardziej rządy silnej ręki niż demokrację. 
Autorzy raportu podkreślają, że wskazuje 
to na umacnianie się w społeczeństwie 
izraelskim poglądów nacjonalistycznych 
i prawicowych, kosztem wartości liberal-
no-demokratycznych.

Ależ wstyd. Ciekawe, co na to „Gazeta 

Wyborcza”?

Telewizja Al-Dżazira doniosła, że 

w kieszeniach zabitych żołnierzy sił Mu-

ammara Kaddafi ego znaleziono viagrę 

i prezerwatywy. Zjawisko to nazwano 

„najnowszą bronią Kaddafi ego w wojnie”.

No cóż, gwałcenie zdobycznych kobiet jest 

stare jak sama wojna. Tyle że dawniej gwałco-
no, by rozprzestrzeniać swoje geny, więc 
po jaką cholerę im prezerwatywy? 

background image

XXXV

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

V KOLUMNA

Znów restytucja mienia

MNA

restytucji mienia pisaliśmy 
wielokrotnie sami (zob. np. 
http://www.iwp.edu/news_
publications/detail/iwp-pro-

fessor-addresses-problems-of-property-
restitution
), a „NCz!” całkiem słusznie od 
początku zajmuje się  tą sprawą  ad nause-
am
. Przypomnijmy najpierw prawidłową 
nomenklaturę, panuje bowiem tutaj niesa-
mowite zamieszanie. Prywatyzacja oznacza 
przekazanie w prywatne ręce mienia pu-
blicznego. Reprywatyzacja oznacza oddanie 
w prywatne ręce mienia uprzednio prywat-
nego, które zostało przejęte przez państwo. 
Restytucja oznacza oddanie w ręce prawo-
witych właścicieli (zwykle spadkobierców) 
mienia prywatnego, które zostało przez pań-
stwo zrabowane. Restytucja jest więc formą 
reprywatyzacji, ale nie jest z nią tożsama.

O co chodzi w sprawie restytucji? Chodzi 

o własność prywatną, podstawę wolności i 
Cywilizacji Zachodniej, a własność tę zra-
bowali w Polsce niemieccy narodowi socja-
liści i sowieccy socjaliści międzynarodowi. 
Chodzi też o zadośćuczynienie ofi arom 
sowieckiej rewolucji z zewnątrz, na której 
zyskali tubylczy kolaboranci stojący na cze-
le okupacyjnego reżimu, eksploatując ją nie 
tylko przez 50 lat PRL, ale wręcz do dzisiaj. 
Chodzi o odbudowanie tradycyjnych elit, 
aby stworzyć w kraju jakąkolwiek prze-
ciwwagę wobec chamokomuny i jej spad-
kobierców oraz innych zwolenników PRL i 
post-PRL. Chodzi również o to, aby do Kra-
ju powrócili konserwatywni i wolnościowi 
emigranci, których przodkowie padli ofi arą 
brunatnych i czerwonych ekspropriacji, a 
wreszcie o to, aby w sprawiedliwy sposób 
zamknąć rozdział rewindykacyjny ze strony 
obywateli państw ościennych (głównie Nie-
miec) oraz ze strony organizacji międzyna-
rodowych (głównie żydowskich). 

Pamiętajmy bowiem, że Polska oddała 

swoją suwerenność i jest częścią Unii Eu-
ropejskiej. Oznacza to, że prawodawstwo 
UE i sądy UE podyktują ostateczny kształt 
polskiej restytucji – nawet jeśli Polacy w 
Sejmie przegłosują odpowiednie prawa 
restytucyjne, pozornie zamykające sprawę 
z korzyścią dla obywateli polskich, którzy 
tyle wycierpieli przecież pod niemiecką i 
sowiecką okupacją oraz którzy – będąc 
komunistycznymi niewolnikami – przez 
50 lat nie mogli czerpać korzyści z mienia 
swego i swoich rodzin, a co najważniejsze: 
brać udziału w procesie wzbogacania się 
według uczciwych reguł wolnorynkowych. 
W związku z tym należy przygotować się 
mentalnie, że o restytucji zadecydują obcy, 

a zapłacą Polacy (chyba że tym ostatnim 
uda się sztuczka zdobycia subsydiów z UE, 
najchętniej od Niemiec, aby pokryć koszty 
restytucji w Polsce).

Restytucja ma więc poważne implikacje dla 

polityki wewnętrznej i zewnętrznej państwa. 
Restytucja w Polsce natknęła się jednak na 
kilka poważnych problemów. Po pierwsze – 
mamy do czynienia ze sprzeciwem postko-
munistów i ich różowych sojuszników wobec 
jakichkolwiek prób odwrócenia zdobyczy re-
wolucji socjalistycznej w PRL, w tym prób 
odbudowy tradycyjnej elity. Po drugie – re-
stytucja rozbiła się o zupełną niemal ignoran-
cję populistycznych, narodowych i większo-
ści innych orientacji antykomunistycznych w 
sprawie wagi przywrócenia mienia dla inte-
resów ogólnopolskich. Po trzecie – restytucja 
upadła również dlatego, że post-PRL-owskiej 
elicie brakowało wyobraźni na temat naro-
dowych i międzynarodowych skutków jej 
nieprzeprowadzenia. Ucieczką do Unii Eu-
ropejskiej zastąpiono myślenie o Polsce i jej 
interesach. Tak, tak. Jak się spraw nie załatwi 
tak jak trzeba na samym początku, będą się 
one ślimaczyć, przesiąkając życie publiczne, 
a w końcu przyjmą najgorszą z możliwych 
form – patologiczną i histeryczną.

Speaking of which, sprawa przywrócenia 

mienia prawowitym spadkobiercom znów 
pojawiła się w mediach. Ostatnia runda 
zaczęła się od tego, że rząd Platformy Oby-
watelskiej oznajmił, iż zawiesza „reprywa-
tyzację”, gdyż Polska nie ma pieniędzy. Pra-
wowici spadkobiercy w Polsce burknęli coś 
cicho. Nikt przecież niestety nie zwraca na 
nich uwagi – oprócz malutkiego środowiska 
konserwatywno-libertariańskiego. 

Natomiast media światowe nagłośniły wy-

powiedzi działaczy  żydowskich na temat 
wycofania się przez Polskę po raz kolejny 
z obietnicy zadośćuczynienia ofi arom Holo-
kaustu. Podkreślmy, że nie chodziło o wystę-
powanie w imieniu indywidualnych spadko-
bierców, a o przemawianie w imieniu całej 
społeczności, z zasady przez przedstawicie-
li organizacji, które wzięły na swoje barki 
zadanie reprezentowania ofi ar  niemieckiej 
eksterminacji bez względu na to, czy mają 
prawnych spadkobierców, czy nie. W tym 
właśnie kolektywistyczno-lobbystycznym 
kontekście należy rozmieć wypowiedzi roz-
maitych działaczy. Swój wielki zawód decy-
zją gabinetu Donalda Tuska wyraził Stuart 
Eizenstat – prawnik i prominentny polityk 
związany od lat z Partią Demokratyczną, 
w latach dziewięćdziesiątych ambasador 
USA przy Unii Europejskiej, a obecnie je-
den z najbardziej aktywnych ekspertów od 

spraw odzyskiwania 
mienia ofi ar  Ho-
lokaustu. Inni – 
m.in., ziomkostwo 
polskich  Żydów w 
Izraelu – wypowia-
dali się w podobnie 
smutnym czy urażonym tonie, podkreślając 
konieczność zwrotu mienia. W USA tzw. 
Komisja Helsińska parlamentu amerykań-
skiego potępiła Polskę i poparła  żądania 
rewindykatorów (http://csce.gov/index.
cfm?FuseAction=ContentRecords.View-
Detail&ContentRecord_id=988&Con-
tentType=P&ContentRecordType=P
).

Największe kontrowersje wywołała wy-

powiedź radcy prawnego Światowego Kon-
gresu Żydów, Menachema Rosensafta, który 
wezwał do bojkotu Polski. Stwierdził on, że 
Polacy współuczestniczyli w Holokauście, 
co najlepiej pokazuje sprawa Jedwabnego; 
Polacy zyskali na eksterminacji ludności 
żydowskiej, kradnąc czy przejmując jej 
mienie; po wojnie Polacy dalej mordowali 
Żydów, co widać przecież choćby na przy-
kładzie Kielc; a z żydowskiego złota i nie-
ruchomości Polacy korzystają niemoralnie 
nadal. Ogólnie: Rosensaft mówił Grossem. 
Szefostwo  Światowego Kongresu Żydów 
złagodziło nieco wypowiedź swojego radcy 
prawnego, zaprzeczając, że ma być bojkot. 
Przynajmniej na razie. Ale przyszłą taktykę 
można również wyczytać u Grossa: kampa-
nia propagandowa już jest; moralny szantaż 
idzie w najlepsze, bojkot być może będzie 
wnet. Polska podzieli losy Szwajcarii, w 
końcu „makabryczny bajkopisarz” – jak go 
określił Stanisław Michalkiewicz – nie bez 
kozery pisze o wspólnocie szwajcarskich 
bankierów i polskich chłopów. 

To wszystko pokazuje dobitnie, jak wiel-

kie znaczenie propagandowe na Zachodzie 
mają wynurzenia Jana Tomasza Grossa. 
I jak bardzo negatywnie wpływa on na spra-
wę pojednania żydowsko-chrześcijańskie-
go. Naturalnie nie sugerujemy, że socjolog 
z Princeton steruje kampanią rewindykacyj-
ną. Twierdzimy jedynie, że jego „odkrycia 
naukowe” po prostu powielają powszechne 
stereotypy pokutujące zarówno wśród prze-
ciętnych członków wspólnoty, jak i wśród 
prominentnych przedstawicieli światowej 
społeczności  żydowskiej. A ci z kolei od 
lat dzielili się tymi uprzedzeniami z (post)
chrześcijańskimi współobywatelami za-
chodnich państw, w których mieszkają. Stąd 
popularność książek Grossa na Zachodzie. 
Wpisują się po prostu w tutejszego ducha 
czasów, w tutejszą kulturę. Stąd ich wielka 

background image

XXXVI

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

V KOLUMNA

użyteczność w ilustrowaniu moralno-histo-
rycznego przekazu kampanii rewindyka-
cji mienia. Stąd redukowanie wszystkich 
problemów restytucyjnych do winy Polski. 
Stąd przekonanie, że Polska odpowiada 
za całość mienia żydowskiego, tak jakby 
nie było umów jałtańskich, rozbioru po-
wojennego, Związku Sowieckiego, a teraz 
Ukrainy, Białorusi i Litwy. Stąd też i wie-
lowymiarowa dezinformacja, w tym taka, 
że restytucja = Żydzi. A przecież restytucja 
dotyczy wszystkich obywateli.

Niestety polskie Ministerstwo Spraw Za-

granicznych nie bardzo potrafi  sobie pora-
dzić z ogromem wyzwania w sprawie re-
stytucji. Przyznajemy, że nie jest możliwa 
błyskawiczna zmiana mentalności ludzi 
Zachodu, szprycowanych monotematycz-
nymi wywodami à la Gross od dziesięcio-
leci. Natomiast jest możliwe prowadzenie 
odpowiedniej polityki informacyjnej, która 
mogłaby na długą metę doprowadzić do 
zmiany tej mentalności. Polityka informa-
cyjna powinna składać się z dwóch czło-
nów: akcji doraźnej i długofalowej.

W ramach akcji doraźnej przydałoby się 

wytłumaczyć sprawy restytucji mienia naj-
pierw w polskiej prasie, a szczególnie na 
witrynie MSZ (http://www.msz.gov.pl/
index.php?document=2
). Na razie są tyl-
ko króciutkie wstępy opisujące dokumenty 
„reprywatyzacyjne”, zawierające linki do 
długachnych elaboratów. Wstępy są bardzo 
lakoniczne, a elaboratów prawie nikomu nie 
chce się czytać. Tutaj trzeba pigułki po dwa 
akapity. Następnie trzeba wiedzieć,  że w 
USA i gdzie indziej na Zachodzie właściwie 
nikt nie wie nic na temat tych spraw. Przyda-
łoby się opublikować odpowiednie ogłosze-
nia przez MSZ (bądź „autorytety moralne”) 
na całą stronę w „The Washington Post” i 
„The New York Times”, tłumacząc, że: 

po pierwsze – restytucja ma dotyczyć 

wszystkich: chrześcijan, żydów i ateistów, 
ale sprawa spowolni się ze względu na glo-
balną zapaść gospodarczą. 

Po drugie – mienie w Polsce konfi sko-

wała narodowo-socjalistyczna III Rzesza 
i komunistyczny Związek Sowiecki, a nie 
niepodległa, suwerenna i demokratyczna 
Rzeczpospolita. 

Po trzecie – duża część ludności żydow-

skiej II RP mieszkała na Kresach Wschod-
nich. Tereny te Sowieci zabrali Polsce. 
Spadkobiercy powinni więc zwracać się 
do rządów Białorusi, Ukrainy i Litwy w 
tych sprawach. Polska i tak już zgodziła 
się  włączyć spadkobierców żydowskich 
do ustawodawstwa tzw. rewindykacji „za-
bużańskich” (tutaj niestety znów kłania się 
nieszczęsne komunistyczne nazewnictwo 
– „zabużański” oznacza m.in. z Podlasia, a 
chodzi przecież o Kresowiaków z II RP). 

Po czwarte – restytucja mienia żydow-

skiego w Polsce miała miejsce zaraz po 
wojnie i w wielu przypadkach, o ile znalazł 
się spadkobierca, mienie to zwracano. 

Po piąte – USA zaakceptowały od PRL 

w 1960 roku 40 milionów dolarów (co na 
dzisiejsze pieniądze stanowi ok. 300 milio-
nów dolarów) jako fundusze na restytucję 
dla swoich obywateli. 

Po szóste – restytucja mienia żydow-

skiego ma miejsce od 1989 roku i dotyczy 
zarówno własności indywidualnej, jak i 
gminnej (głównie zrzeszeń religijnych).

Każdy z sześciu punktów należy krótko i 

przystępnie opisać. Każdy z nich musi być 
również poparty odpowiednimi dokumen-
tami, fi lmami popularnymi oraz monogra-
fi ami naukowymi. 

Tak powinna wyglądać doraźna kampania 

informacyjna. Powinna mieć miejsce w Polsce 
i na całym świecie. Na długą metę kampania 
taka powinna opierać się na systemie wiedzy 
eksperckiej w sensie taktycznym i strategicz-
nym. Wiedza taka jest niezbędna, aby nego-
cjować, aby bronić się, aby atakować. 

Na przykład zamiast dąsać się na Mena-

chema Rosensafta, trzeba mu kompetent-
nie odpowiedzieć, że myli się generalnie i 
szczegółowo. Uderzyć w jego kompeten-
cje jako prawnika (a machnąć taktycznie 
ręką na nieuctwo historyczne). Wytknąć, 
że popełnia błąd, gdy twierdzi, że paser-
ska restytucja z 1960 roku dotyczyła tylko 
obywateli amerykańskich sprzed II wojny 
światowej. Odnosiła się ona bowiem rów-
nież do osób, które obywatelstwo amery-
kańskie nabyły po 1945 roku. Wiem, bo 
nasza amerykańska rodzina dostała z tego 
chyba ze 2 miliony dolarów, nota bene wy-
stępując tylko o część swojego mienia, za 
które komuniści zapłacili Waszyngtonowi 
malusieńki ułamek jego wartości, ale rodzi-
na niestety przyjęła, co zamyka sprawę w 
sensie prawnym, bez względu na paserską 
niesprawiedliwość takiej formy restytucji. 

Powinno się też delikatnie poinformo-

wać Rosensafta – w końcu radcę praw-
nego  Światowego Kongresu Żydów – że 
restytucja mienia żydowskiego toczy się w 
najlepsze od 1989 roku. Na przykład w ra-
mach umowy o paserskiej restytucji z 1960 
roku Seminarium Teologiczne Yeshivath 
Chachmey w stanie Michigan przyjęło w 
1964 roku 177 tys. dolarów odszkodowa-
nia za utracone w Lublinie nieruchomości. 
Jednak po 1989 roku gmina żydowska w 
Polsce wystąpiła o zwrot tych samych nie-
ruchomości i odzyskała je w 2001 roku, co 
jest sprzeczne z prawem. Sprawa wyszła na 
jaw, ale nie wiadomo mi o żadnych konse-
kwencjach (zob. „Jesziwa podwójnie zwró-
cona”, „Kurier Lubelski”, 5 września 2008). 
W innym wypadku zwrócono nieruchomo-

ści gminie żydowskiej w Poznaniu, mimo 
że wiadomo było, iż przed wojną hipoteka 
tych własności była straszliwie zadłużona 
na rzecz miasta i państwa (zob. Wojciech 
Wybranowski, „Oddali z nawiązką”, „Nasz 
Dziennik”, 28 sierpnia 2002). Można też 
Rosensafta uraczyć przykładami sfałszo-
wanych i bezprawnych „żydowskich” od-
zyskiwań w Krakowie, gdzie właścicielem 
miał być ponad stuletni staruszek, który w 
rzeczywistości zmarł w Izraelu pół wie-
ku temu, czy w Katowicach, gdzie jeden 
z zamieszanych w sprawę przedstawicieli 
gminy  żydowskiej popełnił samobójstwo, 
gdy rzecz wyszła na jaw. Pisałem o tym w 
„Poland’s Transformation” (2003).

Takie detale są naturalnie pomocne. Jed-

nak z Rosensaftem i jego towarzyszami 
powinniśmy mówić przede wszystkim o 
statystykach, o generalnym stanie restytucji. 
Mówimy więc tutaj o konkretnej wiedzy. 
Wiedzę tę trzeba kompetentnie przetworzyć 
i przekazać. Aby wiedzę taką nabyć, trzeba 
naturalnie mieć odpowiednie fundusze na 
instytucje i stypendia. W post-PRL nie ma 
kadr. Kadry takie należy więc wykształcić 
na Zachodzie. Ponieważ większość zachod-
nich uniwersytetów jest postmodernistyczna 
i kontrkulturowa, należy bardzo uważnie se-
lekcjonować uczelnie wyższe do kształce-
nia kadr. Jeśli chodzi o sprawy dyplomacji, 
obronności oraz wywiadu i kontrwywiadu, 
nie ma lepszej placówki na świecie niż 
nasza uczelnia – The Instititute of World 
Politics. Dajemy wiedzę w zakresie obsłu-
gi instrumentów sprawowania władzy (in-
struments of statecraft
).

Potrzebna jest też inna wiedza, ekonomicz-

na, prawna, historyczna, którą trzeba uzyskać 
gdzie indziej. Selekcja odpowiedniej placów-
ki jest sztuką samą w sobie i opiera się zwy-
kle na prestiżu danej uczelni. Trzeba jednak 
przede wszystkim wiedzieć, co reprezentują 
pracujący w niej profesorowie oraz przyby-
wający do nich studenci. Na przykład student 
będący niezłomnym konserwatystą może 
śmiało walić do Jana Tomasza Grossa na 
Princeton, bo nauczy się tam wiele i go nie 
przekabacą. Natomiast student-mięczak 
zlewaczeje (bowiem tak perwersyjna jest 
kontrkultura i duch czasów na amerykań-
skich uniwersytetach) nawet wtedy, gdy 
pośle się go do spadkobierców von Hayeka 
na Uniwersytecie Chicagowskim. 

Kluczem jest więc odpowiedni dobór w 

Polsce pod kątem intelektu, odporności psy-
chicznej i twardości ideowej, a następnie 
wybranie odpowiedniej uczelni i programu. 
A potem gwarancja godnych zarobków w 
Polsce, o ile naturalnie świeżo upieczony 
ekspert na to zasługuje swoimi zdolnościa-
mi, osiągnięciami, profi lem intelektualnym 
i predylekcjami ideowymi. Jeśli nie – to do 

background image

XXXVII

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

V KOLUMNA

Kluby „NCz!” rozwijają się coraz prężniej. Pierwsze spotkania 

w ramach klubów już za nami, a następne już zaplanowane i w 
trakcie realizacji. Bardzo aktywnie rozpoczął działalność klub w 
Białymstoku, gdzie przyjaciele z Klubu Konserwatystów zorgani-
zowali już pierwsze spotkanie klubowiczów, a o kolejnym piszemy 
poniżej. Bardzo dużo zapytań jest oczywiście o przyjazd Janusza 
Korwin-Mikkego, ale ze względu na napięty kalendarz Pana Janu-
sza (praktycznie wypełniony na dwa miesiące naprzód) polecamy 
Państwa uwadze organizację spotkań z innymi naszymi autorami. 
Wszystkim, którzy czynnie włączyli się w naszą inicjatywę, bardzo 
serdecznie dziękujemy! Wszystkich naszych Czytelników, któ-
rzy chcieliby założyć klub w swojej miejscowości, zapraszamy do 
współpracy! Poniżej zamieszczamy kalendarium najbliższych spo-
tkań z naszymi autorami oraz informację, jak założyć Klub „NCz!”. 

LUBLIN, 6 kwietnia (środa)
Akademicki Klub Myśli Społeczno-Politycznej „Vade Me-

cum” oraz Stowarzyszenie KoLiber zapraszają na spotkanie z 
dr. Tomaszem Sommerem pt. „Czy Polska zbankrutuje?”

Spotkanie odbędzie się w Collegium Jana Pawła II, KUL, 

Al. Racławickie 14, IV piętro, C-618, o godz. 16.00.

 BIAŁYSTOK, 12 kwietnia (wtorek)
Klub Czytelników „Najwyższego CZASU!” oraz Klub Kon-

serwatystów zapraszają na spotkanie z dr. Tomaszem Somme-
rem pt. „Nowa Prawica w Polsce”.

Spotkanie odbędzie się w kawiarni Elida, ul. Św. Rocha 14 A, 

o godz. 17.00.

Kontakt: Piotr Noniewicz, Prezes Zarządu Fundacji „Klub 

Konserwatystów”, tel. 693 690 001, 692 947 879.

 
Klub Czytelników „Najwyższego CZASU!” oraz Oddział 

UPR-WiP Bielsko-Biała serdecznie zapraszają do udziału w 

spotkaniach z Panem Januszem Korwin-Mikkem:

 
BIELSKO-BIAŁA, 13 kwietnia (środa)

 Godz. 14:00 – wiec pod hasłem „Prawo zamiast lewa” koło 

pomnika Reksia (ul. 11 listopada) z udziałem Janusza Korwin-
Mikkego oraz Jerzego Jachimka, Prezesa Stowarzyszenia prze-
ciw Bezprawiu.

 Godz. 17:00 – spotkanie z Januszem Korwin-Mikkem 

w V LO, ul. Juliusza Słowackiego 45. Temat spotkania: „Euro-
niewolnictwo”.

CZECHOWICE-DZIEDZICE, 14 kwietnia (czwartek)
Godz. 12:30 – spotkanie z Januszem Korwin-Mikkem w Miej-

skim Domu Kultury, ul. Niepodległości 42.

CIESZYN, 14 kwietnia (czwartek)
Godz. 16:30 – spotkanie z Januszem Korwin-Mikkem w sie-

dzibie Społecznego Stowarzyszenia Edukacyjnego (budynek Al-
ternatywnej Szkoły Podstawowej) w Cieszynie, ul. Stawowa 14. 
Temat spotkania: „Państwo a Wolność”.

Przyłącz się!
Kluby „NCz!” to nieformalna organizacja skupiająca czytelni-

ków i sympatyków „Najwyższego CZASU!”. Naszym celem jest 
przede wszystkim szerzenie idei konserwatywno-liberalnej oraz 
promowanie naszego tygodnika. Z doświadczenia wiemy, że nic 
tak dobrze nie robi dla propagowania i ugruntowania myśli jak 
osobisty kontakt z ich autorem. Dlatego w klubach pragniemy 
skupić się  głównie na organizacji spotkań z naszymi autorami, 
m.in. z Januszem Korwin-Mikkem, Stanisławem Michalkie-
wiczem, Tomaszem Sommerem i innymi. Klub założyć może 
każdy, któremu bliskie są nasze wartości – wystarczy skontak-
tować się z koordynatorem klubów Adamem Wojtasiewiczem, 
tel. 507 022 111, e-mail: klubyncz@gmail.com.

Kluby Czytelników „Najwyższego CZASU!”

widzenia.  Nota bene powinno się z takim 
kandydatem na studia zagraniczne podpisy-
wać odpowiedni kontrakt. O ile nie spełni 
oczekiwań, będzie musiał zwracać pienią-
dze za stypendium. Powinno to ograniczyć 
dezercje ideowe i instytucjonalne, w tym 
naturalną skłonność do zostawania na Za-
chodzie, gdzie są przecież szersze perspek-
tywy rozwoju. Stypendysta musi wrócić do 
Polski, aby odpracować stypendium i wy-
kształcić następnych specjalistów.

Po powrocie do Kraju kadry powinny 

utworzyć odpowiednie instytucje, w ramach 
których dzieliłyby się swoją ezoteryczną 
wiedzą z miejscowym narybkiem. Sugeruję 
nowe instytucje, a nie wrzucanie wykształ-
conych choćby w IWP kadr do zlewacza-
łych uczelni postkomunistycznych, takich 
jak Uniwersytet Warszawski czy KUL. 
Skończy się to bowiem „wykastrowaniem” 
reformatorów i zneutralizowaniem reform. 
Tak dyktuje prawo Kopernika-Grishama: 
zły pieniądz wyprze dobry. Dopóki na obec-
nie działających polskich uczelniach nie 
będzie dekomunizacji i dezagenturalizacji, 
nie ma co marnować na nie czasu. Prze-
cież inaczej postkomunistyczna profesura 

już dawno zajęłaby się plagą plagiatów we 
własnych szeregach i wśród swoich milu-
sińskich klonów. Ale oni wolą wraz z biu-
rokracją ministerialną ścigać choćby Pawła 
Zyzaka i jego promotora.

W każdym razie wynikiem długofalowej 

działalności eksperckiej będą kompetent-
ne kadry, czyli wiedza, jak działać, jak się 
przygotowywać i czego się spodziewać. 
I tutaj też są potrzebne wytyczne i stypen-
dia badawcze. Na przykład czy MSZ jest w 
stanie powiedzieć, ilu obywateli amerykań-
skich przyjęło paserską restytucję z 1960 
roku? Czy MSZ wie, ilu polskich Żydów 
odzyskało mienie po 1944 roku, a ilu po 
1989 roku? Czy MSZ potrafi   poinformo-
wać tzw. społeczność międzynarodową, ilu 
indywidualnych spadkobierców odzyskało 
mienie? A ile mienia odzyskały i w jakich 
okolicznościach gminy żydowskie po 1989 
roku?  Słyszałem na przykład horror stories 
o cmentarzach żydowskich na Pomorzu i 
pewnej fi rmie benzynowej. A włos jeży się 
na głowie na wieść o kłótniach między pod-
ległymi Warszawie mainstreamowymi dzia-
łaczami a rozłamowcami z gminy, którzy 
ponoć poszli pod jurysdykcję Berlina. Co 

na te tematy wie Ministerstwo Sprawiedli-
wości? A Ministerstwo Przekształceń Wła-
snościowych czy jak tam się ta biurokracja 
nazywa? No to słuchamy. Myślę, że Polacy 
w Kraju też są tym zainteresowani.

Zaraz usłyszymy wymówki i marudze-

nie, że przecież na to potrzeba wieloletnich 
badań, że właściwie przecież po co to etc., 
itd., itp. I w końcu: skąd na to wszystko pie-
niądze – na takie badania, na kompetentne 
kadry, na instytucje kształcące kompetent-
nych. Skąd fundusze? Jak to? Choćby od 
księcia Radziwiłła. On na pewno dałby, 
gdyby była restytucja. Dawał przecież i na 
wileńskie „Słowo”, i na stypendia dla stu-
dentów Uniwersytetu Stefana Batorego. 
Zresztą takich osób było dużo więcej – od 
krawca i piekarza do prawnika i lekarza 
oraz fabrykanta i bankiera. A kto zebrał i 
wydał dzieła Norwida? Kto to sfi nansował? 
No kto? Państwo? Odpowiedź publikuje-
my w następnym numerze „Glaukopisu”. 
Teraz możemy tylko ujawnić tyle: gdy jest 
tradycyjna elita dbająca o polskie interesy, 
nie trzeba wcale czekać na reakcję państwa 
dojącego od podatnika pieniądze.

M

AREK

 J

AN

 C

HODAKIEWICZ

 

background image

XXXVIII

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

PUBLICYSTYKA

S

pójrz tylko – mówi jeden z Kir-
gizów – jeżdżą maleńkimi sa-
mochodami,  żeby było taniej. 
A wiesz, jak je zaprawiają? Leją 

z kanistra, żeby nie uronić ani kropli. I ta-
kimi żartami można tu sypać jak z ręka-
wa. Do tego plotki, pogłoski i tylko Bóg 
jeden wie, czy nie bajki. Wzajemna nie-
chęć jest duża, zaś swoje apogeum osią-
gnęła latem zaszłego roku, gdy plotka o 
rzekomym gwałcie na kirgiskiej kobiecie, 
dokonanym przez Uzbeków, wystarczy-
ła, by zaraz cale dzielnice Dżalalabadu 
stanęły w płomieniach. Ciężko jest też 
określić dokładną liczbę  ofi ar, jakie po-
chłonęły krwawe rozruchy latem 2010 
roku. Władze Kirgistanu w ofi cjalnym 
komunikacie mówiły o kilkuset zabitych, 
Taszkent – o kilku tysiącach. Ustalenie 
tej liczby choćby z bliższym prawdopo-
dobieństwem było również niemożliwe 
ze względu na muzułmański obowiązek 
natychmiastowego pochówku. W każdym 
razie etniczne rozruchy stały się faktem i 
pociągnęły za sobą masowy exodus lud-
ności uzbeckiej w kierunku granicy (którą 
zresztą niebawem przyozdobił wielki, be-
tonowy mur – wzniesiony, aby zapobiec 
nadmiernemu napływowi uchodźców). 
Niechęć jest zjawiskiem zwrotnym, więc 
naturalnie daje znać o sobie także z dru-
giej strony. Sam miałem okazję się o tym 
przekonać, przekraczając przed dwoma 
laty granicę kirgisko-uzbecką i widząc, 
jak w pomieszczeniu celnym uzbeccy po-
granicznicy szarpią i wyzywają kobietę 
przybyłą z Kirgistanu – w końcu każdy 
kij ma dwa końce. 

Pewne wskazówki co do dzisiejszej sytu-

acji, a może i co do prognozy na najbliższą 
przyszłość zdradza nam wiek poprzedni, 
w szczególności jego geopolityczna za-
wiłość, typowa dla Azji Środkowej. Na 
żyznych ziemiach Kotliny Fergańskiej od 
niepamiętnych czasów żyły razem różne 
ludy turkijskie; kwitła tu wymiana handlo-
wa, rzemiosło, hodowla, a etnosy wzajem-
nie czerpały od siebie, żyjąc we względnej 
harmonii. Nałożenie sztucznych granic 
środkowoazjatyckich republik sowieckich 
na terytorium Fergany spowodowało z 
czasem zmianę w pojmowaniu jej obsza-
rów – zaczęto wyrażać się w kategoriach: 
to nasze, to wasze. Ale nigdy nie było do 
końca jasne, co dokładnie jest czyje. Da-
wały temu niejednokrotnie wyraz konfl ik-
ty, wybuchające nawet o jedno większe 
pole bawełny. Nie bez znaczenia pozosta-
je też czarna robota radzieckiej etnografi i 
„w służbie imperium”, która segregując i 
porządkując, dosadnie uświadomiła jed-
nym i drugim różnice pomiędzy nimi, 
prowokujące do coraz dalej idącej izolacji. 

KORESPONDENCJA Z BISZKEKU

Fergańska

 

wieża Babel

P

RZEMYSŁAW

 C

HWAŁA

W jednym z kirgiskich żartów 
na pytanie, dlaczego w Kotlinie 
Fergańskiej nie ma Żydów, pada 
odpowiedź: bo są Uzbecy. I tak w 
wyobraźni mieszkańca Kirgista-
nu (szczególnie tego z południa 
kraju) stereotypowy obraz Uz-
beka wiąże się z oszczędnością 
i skąpstwem, szczęściem do inte-
resów, a ponadto skłonnością do 
ciągłego kombinowania i knucia. 

Autor na tle meczetu 

Magoki Attari 

w Bucharze

background image

XXXIX

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

PUBLICYSTYKA

Można rzec, że z czasem wszyscy stali się 
Kirgizami bądź Uzbekami bardziej niż kie-
dykolwiek. Żyli od pokoleń wciąż niby u 
siebie, ale w nowym, obcym państwie. I to 
wystarczy, by z najbliższego sąsiada zrobić 
intruza – etniczna bomba konstrukcji ra-
dzieckiej zaczęła działać. To jakby trochę 
opowieść o afrykańskich plemionach Tutsi 
i Hutu, lecz nie w murzyńskim, a turko-so-
wieckim, szczególnym wydaniu. Nie ma 
co ukrywać: ruski kolonializm może dał, 
lecz także narozrabiał. Figura Uzbeka nie 
jest dziś w Kirgizji skomplikowaną kon-
strukcją – podobnie zresztą jak Ameryka-
nina czy Europejczyka, choć im dalej od 
Biszkeku, Oszu czy Talasu, większość zna 
tych drugich z radia, rzadziej z opowieści. 

Inaczej ma się jednak obraz samego 

Uzbekistanu. To duże państwo obok – 
co prawda nie tak duże jak Chiny, ale 
na pewno silne i prężnie rozwijające się. 
Rzeczywiście, pustynny Uzbekistan na 
swój sposób szczęśliwie przeszedł trans-
formację – jeśli patrzeć z zewnątrz, nie 
koniecznie dociekając tego, czego samo 
państwo nie chce zdradzić. Ciężko tak po-
wiedzieć o Kirgizach w Kirgistanie, któ-
rzy stale narzekają na brak zatrudnienia 
i na to, ze praca w wielkich fabrykach i 
zakładach bezpowrotnie stanęła. Tu czasy 
sowieckie wspomina się często z nostal-
gią, kojarząc je z rozwojem technicznym 
czy pewną miesięczną pensją (i wolno 
tu ponarzekać). Trudno też w sumie my-
śleć inaczej, skoro ledwie przed wiekiem 
„zeszło się z koni i gór”. Na domiar złe-
go grzmią jeszcze słowa Putina, że jeżeli 
liczba Rosjan mieszkających w republice 
spadnie poniżej 7% (obecnie żyje ich w 
Kirgizji ok. 8%), pomoc rosyjska zostanie 
wstrzymana. A to dla Kirgizji zapewne 
oznaczałoby gospodarczy zastój...

A u sąsiada co słychać?

Uzbekistan poszedł bardziej określoną, 

choć autorytarną drogą. „Uwielbiany” 
prezydent Karimow (miłościwie nam 
panujący od 1990 roku) ma tu rodzinne 
udziały w największej fabryce Deawoo, 
wzrokiem spozierając od Azji Środko-
wej na zachód, aż w kierunku Dniepru. 
Mówi się, o podzielonym rynku – ponoć 
wszystko, co jeździ znaczone tą marką 

na zachód od Obu, ma Karimowe bło-
gosławieństwo. I tak niemal każdy Uz-
bek przy zakupie samochodu posiada aż 
kilka wariantów wyboru – na pozostałe 
marki nakładany jest wyso-
ki podatek, którego opłace-
nie leży poza możliwościami 
przeciętnego mieszkańca (z 
pewnością przedstawicie-
la narodowości tytularnej). 
A nawet gdyby... znów pro-
blem. Ze względu na brak de-
nominacji suma, trudno przejść 
niepostrzeżenie z większą go-
tówką, by nie uniknąć  kłopo-
tliwych pytań milicjantów. Już 
na równowartość 150 dolców 
dobrze jest przygotować wo-
rek. Tylko z drugiej strony: po 
co brać nieznane, cudze, skoro 
tak jak cały naród można ta-
niej – własne. Niezwykle cie-
kawym miejscem jest też tasz-
kencki memoriał ku pamięci 
rodaków poległych w wielkiej 
wojnie, gdzie nad wyraz czę-
sto względem innych, popu-
larnych,  fi guruje  nazwisko 
prezydenta. Cóż, taki chyba 
już los: skoro jest się na bilbordach, a 
nawet obrazach zdobiących  ściany ho-
telowych korytarzy, trzeba też gdzieś 
być w historii. Przecież ojciec zawsze 
jest rodzony, a nie byle skąd. Co cieka-
we, Uzbekistan nie rozpamiętuje. Wraz z 
upadkiem sowieckiej struktury, zdemon-
towano niemal wszystkie pomniki przy-
pominające o okresie republiki sowiec-
kiej, zastępując je wielkim dziedzictwem 
dynastii Timurydów – protoplastów pań-
stwa, mało zresztą cokolwiek komu mó-
wiącej. Wielkim przedsięwzięciem była 

tez rewitalizacja całych zabudowań Chi-
wy, Buchary i Samarkandy, rozpoczęta 
jeszcze w czasie Uzbeckiej RS, wskutek 
czego  łatwo wpaść tu na wycieczkę Ja-
pończyków albo starych Niemców, zwie-
dzających pod eskortą. W samej stolicy, 
Taszkencie, buduje się dużo ze szkła, a 
władza – jak na dobrą władzę przystało – 
dba o zdrowie fi zyczne pokoleń poprzez 
edukację i „kampanie anty”. W muzeum 
historii naturalnej w Bucharze ostatnim, a 
koronnym eksponatem jest zakonserwo-
wany w formalinie noworodek – dziecko 
alkoholika, które urodziło się bez płuc. 
No... Kirgiz może pozazdrościć... 

I tak u sąsiada (ponoć) lepiej, choć z są-

siadem  żyć niedobrze. To chyba coś cał-
kiem uniwersalnego, zawsze patrzy się z 
perspektywy – jak mówi klasyk – wszędzie 
jest przecież jakiś Wschód i Zachód. „A to-
bie, Kirgizie, kucnąć i czekać” – niosą się 
czasem słowa piosenki. Czekamy na wio-
snę – gdy zapytałem, czy to już w Kirgizji 
wiosna, dostałem odpowiedz, że jeszcze 
może wszystko szlag trafi ć,,  łącznie ze 

śniegiem, wojną i deszczem. Zatem cze-
kamy na prawdziwą wiosnę i to co przy-
niesie. Może będzie trochę tych turystów, 
jak co roku – zapaleńców alpinizmu z Nie-
miec, Ameryki, Austrii, Polski. Na razie 
leje, a gdy leje, pije się piwo. Do większej 
butelki dodają orzeszki z łacińską senten-
cją (po rusku). Kiedy podchwyciłem, że to 
dobry pomysł, towarzysząca mi dziewczy-
na uśmiechnęła się tylko i powiedziała: – 
To dla Kirgizów, niech chociaż przy piwie 
pomyślą, a nie narzekają... 

Fot. Autor

W Taszkencie nie brak 

wpływów Zachodu...

Na dywanie „Ojciec Narodu”

background image

XL

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

PUBLICYSTYKA

wywiadzie dla portalu 
Fronda.pl, przeprowadzo-
nym przez Aleksandra Ma-
jewskiego z Tomaszem Te-

lukiem, ten drugi nie ma wątpliwości co 
do konieczności odrzucenia „Rothbarda, 
który był przecież wrogiem chrześcijań-
stwa i zwolennikiem aborcji”, i później, 
ciągle mówiąc o libertarianizmie, nega-
tywnie ocenia „prymitywne ideologie, 
które wydają się atrakcyjne, ale prowadzą 
do akceptacji takich niemoralnych zja-
wisk jak aborcja”.

Faktycznie, zarówno Murray Rothbard, 

jak i Hans Herman-Hoppe, uważani za 
„prawy” i konserwatywny nurt liberta-
rianizmu, opowiadali się za czymś, co 
rozumieli jako „wolność wyboru” – za 
depenalizacją aborcji. Taka jest również 
ofi cjalna linia Partii Libertariańskiej w 
Stanach Zjednoczonych. Czy sprawa jest 
jednak zamknięta? Czy libertarianizm 
jest zwyczajnie „prymitywną ideolo-
gią”, umożliwiającą bezkarne zabijanie 
najmłodszych – i artykułuje ten postulat 
wprost i bez żadnych wątpliwości z ja-
kiejkolwiek strony? 

Bynajmniej. Istnieją bardzo silne podsta-

wy, by twierdzić, że to właśnie libertariań-
skie pryncypia chronią nienarodzonych 
mocniej i skuteczniej niż jakakolwiek 
inna  świecka etyka. Nawet jeżeli nie-
którzy posiadacze „dużych nazwisk” w 
libertarianizmie jeszcze tego nie zauwa-
żyli... Dowody? Na przykład działalność 
organizacji Libertarians For Life (l4l.org
i dziesiątki artykułów zamieszczanych na 
ich stronie. Artykuły Jakuba Bożydara Wi-
śniewskiego, polemizującego na najwyż-
szym poziomie z (łagodzącym jednak sta-
nowisko Rothbarda) Walterem Blockiem, 
zamieszczane na libertarianpapers.org
Wieloletnie stanowisko libertariańskie-
go kandydata na prezydenta Rona Paula 
(wedle jego słów, „obrona życia nienaro-
dzonego to obrona wolności”), Thomasa 
Woodsa Jr. czy o. Jamesa Sadowskiego SJ 
(polemizującego z Rothbardem). Wresz-
cie, co chyba najważniejsze, bezpośrednie 
wynikanie stanowiska pro-life z koniecz-

nych zasad, wyartykułowanych przez 
wymienionych na początku myślicieli – 
Rothbarda i Hoppego – jako podstawa li-
bertarianizmu. Prawo do samoposiadania 
swego ciała, bezpośrednia odpowiedzial-
ność za materialne skutki swoich czynów 
(w tym poczęcia kogoś), bezwzględny 
zakaz przemocy fi zycznej i zabijania (z 
wyjątkiem obrony i kary za przemoc na 
prawnonaturalnej zasadzie estoppelu), 
niemożliwość „posiadania” kogokolwiek, 
a zamiast tego zasada powiernictwa dzieci 
rodzicom – to wszystko broni poczętego 
życia ludzkiego w konieczny i niesprzecz-
ny sposób. A konieczność i niesprzecz-
ność to dwa fi lary, na których wspiera się 
racjonalna fi lozofi a. 

Długa walka

Organizacja Libertarians for Life istnieje 

od 1976 roku. Założona została przez – co 
wyraźnie podkreśla – ateistkę, Doris Gor-
don. Wśród dziesiątków tekstów zamiesz-
czonych na stronie organizacji powtarzają 
się nazwiska niektórych autorów – obok 
wspomnianej Gordon: Johna Walkera, 
Edwina Vieira Jr., Rona Paula i innych. 
Z  żelazną logiką poruszają oni kwestie, 
które dzielą nie tylko libertarian: statu-
su osoby ludzkiej, zarzucanego dziecku 
poczętemu „pasożytnictwa”, prawnego 
zakazu aborcji a osobistego sprzeciwu 
(niejednokrotnie traktowanych przez róż-
ne osoby jako niezależne), kontroli swego 
ciała przez kobietę, ciąży w wyniku gwał-
tu... Obok wielu tematów, autorzy podej-
mują też otwartą polemikę z Murrayem 
Rothbardem czy Walterem Blockiem i 
próbują dotrzeć w listach otwartych do 
proaborcyjnych członków Partii Liberta-
riańskiej. Wykazują przy tym, że nie da 
się dłużej przymykać oczu na sprzeczność 
aborcji z prawem do posiadania swego 
ciała przez dziecko poczęte czy z innymi 
libertariańskim pryncypiami. Obstawanie 
za wolnością człowieka nie może trakto-
wać kobiety jako jedynego podmiotu, jak 
nazywają to aborcjoniści, „prawa wybo-
ru”, bo sytuacja ciąży bezpośrednio do-
tyczy zawsze dwóch podmiotów: matki 

i dziecka. Prawo powiernictwa dziecka 
przez rodziców nigdy nie może dotyczyć 
decyzji o odebraniu mu życia.

Ron Paul otwarcie mówi o tym, że abor-

cja to akt przemocy, i – choć wzbudzało 
to pewne kontrowersje w łonie Partii Li-
bertariańskiej – był reprezentantem tego 
ugrupowania i tym kandydatem na pre-
zydenta, który spośród libertarian naj-
bardziej zbliżył się do zwycięstwa. Jako 
polityk wybrał strategię nawoływania do 
odebrania mocy decyzyjnej na temat abor-
cji rządowi federalnemu i wskazuje na 
niemoralność zmuszania ludzi do fi nanso-
wania tej hekatomby z podatków. Warto 
w tym miejscu zaznaczyć, że w USA od 
lat siedemdziesiątych zginęło już ponad 
50 milionów nienarodzonych i rokrocznie 
umiera około 1,5 mln kolejnych. Wielu 
działaczy  pro-life ma Paulowi za złe  żą-
danie „jedynie” przerzucenia decyzji na 
mniejsze podmioty polityczne. Jednak 
sam Paul wielokrotnie podkreśla, że życie 
ludzkie, zgodnie z obiektywnymi sądami 
naukowymi, zaczyna się od poczęcia, a 
konstytucyjne uznanie, że jest to jedynie 
kwestia wiary, jest najlepszą ilustracją 
bestialskiej tyranii państwa. Sam zresztą 
jest z wykształcenia... ginekologiem-po-
łożnikiem i chwali sobie swoje doświad-
czenie opieki prenatalnej i porodowej nad 
4 tys. dzieci i ich matkami. Swoją taktykę 
opiera na przekonaniu, że to głównie kon-
stytucja utrzymuje aborcjonizm w USA i 
oczekiwanie, że Sąd Najwyższy podejmie 
w tej sprawie kroki pro-life, jest mydle-
niem sobie oczu. 

Wiśniewski kontra Block

Pomiędzy Walterem Blockiem – związa-

nym z austriacką szkołą ekonomii bada-
czem i myślicielem wolnorynkowym – a 
Jakubem Bożydarem Wiśniewskim, który 
zamieszczał swoje teksty w „NCz!”, roz-
winęła się na łamach libertarianpapers.
org
 pokaźna dyskusja. Każdy z nich wy-
stosował już trzeci polemiczny tekst wo-
bec oponenta. Block sformułował doktry-
nę „eksmisjonizmu” (evictionism), czyli 
„wydalenia”. Traktuje ona aborcję jako 
próbę nie morderstwa, ale pozbycia się 
„niechcianego lokatora” z własności, jaką 
stanowi ciało matki. Morderstwo jest we-
dług niego zakazane, ale już nie wyrzuce-
nie „pasażera na gapę”. Wiśniewski ostro 
zaatakował ten pogląd: płód ani nie wy-
biera swojej sytuacji, ani nie dokonuje za-
właszczenia cudzego mienia – to rodzice 
umieszczają go w takim a nie innym oto-
czeniu. Aborcja niemal nigdy nie oznacza 
jedynie „wydalenia” – najczęściej tym, 
co wydalone, są szczątki zmiażdżonego, 
rozerwanego, uduszonego czy potrak-

To jedno z najcięższych dział, jakie można wytoczyć 
przeciw libertarianizmowi. 

K

ATARZYNA

 W

OZINSKA

Wolność dla życia,

 

wolność dla zabijania

background image

XLI

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

PUBLICYSTYKA

R

osjanie jako typowi Słowianie 
egzaltują się łatwo i przesadnie. 
Burzliwa przeszłość nacji żyją-
cej na styku Wschodu i Zachodu 

ukształtowała specyfi czną duchowość – o 
silnej tęsknocie religijnej, skłonności do 
mistycyzmu, przy jednoczesnej tendencji 
do niecierpliwego poszukiwania konkret-
nych przewodników ku bytom wyższym 
i gorączkowym wypatrywaniu czytelnych 
znaków z zaświatów. Ważny jest bowiem 
element zmysłowy:  śpiewy cerkiewne, 
unikalny popis możliwości wokalnych, 
przenikają  słuchaczy na wskroś, archi-
tektura i wystrój świątyń prawosławnych 
działają silnie swoim przepychem, nie-
rzadko zresztą jarmarcznym. Moskiewski 
Sobór Wasyla Błogosławionego, jedna z 
wizytówek prawosławia i zarazem stolicy 
Rosji, to anarchia porządków, bezhołowie 
kopuł poskręcanych jak choinkowe so-
pelki, sen szalonego cukiernika, tyle że z 
XVI stulecia. Dusza rosyjska od wieków 
pragnie wyzwolić się z prozaicznego ma-
terializmu, lecz w rzeczywistości tkwi w 
nim po uszy. Chce ona bowiem koniecznie 
uszczknąć nadprzyrodzonego już teraz, 
zaraz, na Ziemi (jest w tym coś ze scepty-
cyzmu Świętego Tomasza Apostoła, który 
według tradycji wyruszył ewangelizować 
pogrążony w złowieszczej metafi zyce 
Wschód). Stąd wywodzą się przedziwne 
apostazje sekciarskie zrodzone wśród or-
todoksów i zdumiewające kariery rozma-
itych „świętych starców”, włącznie z fe-
nomenem Grzegorza Rasputina, którego 
w minionym stuleciu zdołał jednak przeli-
cytować Józef Stalin, uwielbiany jako oj-
ciec, wódz, sędzia, a wśród bolszewickich 
bałwochwalców także jako najwyższy 
kapłan. Reżim komunistyczny dokonał do 
dziś niezabliźnionych spustoszeń nie tyl-
ko w sferze samej wiary, niszcząc fi zycz-

towanego roztworem soli płodu. Nawet 
gdyby stosowano „wydalenie”, pozornie 
bez intencji śmierci dziecka, jest ono ni-
czym wyrzucenie płodu w szalejące poza 
domem płomienie. „Pasażera na gapę”, 
który – jak opisuje to Wiśniewski w me-
taforze samolotu – został umieszczony na 
pokładzie bez swego udziału. 

Spór pomiędzy Blockiem a Wiśniew-

skim dotyczy też w dużej mierze elemen-
tarnego dla rothbardowskiego libertaria-
nizmu braku praw pozytywnych (na tej 
zasadzie nikt nie ma „prawa do eduka-
cji” czy „prawa do zdrowia” – a jedynie 
„prawo ochrony przed przymusem i prze-
mocą”). Ten wątek, błędnie rozumiany 
przez Rothbarda i innych, doprowadził do 
uznania, że rodzice również mają jedynie 
negatywne obowiązki wobec dziecka i do 
słusznie atakowanego absurdu, że nie-
mowlę pozostawione w lesie bez opieki 
nie zostało zabite przez swoich rodziców. 
Porzucenia dziecka, odmowy karmienia 
go itp. nie można w tym duchu uznać za 
morderstwo. Libertarians for Life pod-
ważają podobne twierdzenia na swojej 
stronie. Wiśniewski wskazuje na mate-
rialny związek aktu działania rodziców z 
powstaniem nowego człowieka jako ten, 
który wiąże ich do opieki nad dzieckiem 
aż do osiągnięcia przez nie samodzielno-
ści. Nie potrzeba do tego żadnej koncepcji 
prawa pozytywnego. 

Warto polecić zresztą czytelnikowi lek-

turę wszystkich artykułów wspomnianej 
polemiki – są niezwykle wartościowe fi -
lozofi cznie i stanowią świetną gimnastykę 
myślenia według pierwszych, niezaprze-
czalnych zasad etycznych, zawartych w 
libertarianizmie. Obok niej bardzo cenne 
i przebogate treści zawiera też biblioteka 
na stronie l4l.org. Demonstrują one, że 
libertarianizm ma znacznie więcej do za-
oferowania niż „prymitywną ideologiza-
cję” w proaborcyjnym duchu. Tam, gdzie 
do takiej dochodzi, gubi on swoją zdrową, 
racjonalną i realistyczną tradycję na rzecz 
nowożytnego lub postmodernistycznego 
bełkotu czy licznych sprzeczności i absur-
dów, których przykłady można odnaleźć 
w libertariańskiej publicystyce pro-life

Na marginesie pewna doza tego stylu 

myślenia i argumentacji, jako stuprocen-
towo świeckiego, przydałaby się naszym 
polskim obrońcom  życia ludzkiego, któ-
rzy – choć aktywni, wydajni i oddani spra-
wie – o wiele za często bronią poczętych, 
posługując się  głównie argumentami z 
wiary czy ze słów religijnych autorytetów. 
W naszej rzeczywistości nienarodzone 
dzieci potrzebują czegoś więcej – i to coś 
oferuje właśnie konsekwentnie potrakto-
wana fi lozofi a libertariańska. 

ną infrastrukturę i eliminując kapłanów, 
ale także jej bezpośrednich pochodnych: 
moralności czy choćby ukierunkowanej 
na bliźniego wrażliwości. Skompromito-
wane grzechami z przeszłości i – według 
dość powszechnej opinii – folgujące zbyt 
często przyziemnym zachciankom du-
chowieństwo prawosławne nie cieszy się 
większym autorytetem i nie jest w stanie 
sprawować rządu dusz, dlatego karierę w 
Rosji robią szalbierze, magowie, wróżki, 
obiecujące na przykład porzuconym mał-
żonkom „natychmiastowy powrót męża”.

Od Morozowa do Karlssona

Na takim gruncie łatwo rodzą się kulty 

idoli, przeważnie tylko pozłacanych. Ży-
ciorysy sowieckich bohaterów, lansowa-
nych aż do mdłości przez czerwoną pro-
pagandę – takich jak Pawełek Morozow, 
Zofi a  Kosmodemiańska, dzielni obrońcy 
Moskwy dowodzeni przez generała Pan-
fi łowa – okazały się mocno podkoloryzo-
wane. Jeśli Rosjanie, według ofi cjalnych 
badań, jeszcze niedawno uznawali za jed-
ną z dziesięciu najważniejszych postaci w 
dziejach świata Jana Marais – francuskie-
go aktora (seria fi lmów o Fantomasie), ka-
skadera, garncarza i kochanka Jana Cocte-
au – jest to chyba dość wymowny dowód 
na zboczenie ich hierarchii wartości. 
Upodobania poddanych Putina-Miedwie-
diewa są rezultatem długotrwałego odcię-
cia od kultury światowej: mieszkańcom 
ZSRS cenzura bardzo starannie dobierała 
zachodnie fi lmy i lektury, zwracając uwa-
gę, aby przy tej okazji upiec ideologiczną 
pieczeń zgodną z doktryną marksizmu-le-
ninizmu. Toteż całe pokolenia zaczytywa-
ły się przykładowo w wydrukowanej cy-
rylicą powieści Ethel Voynich „Szerszeń”, 
opowiadającej o walce rewolucjonistów 
w XIX-wiecznych Włoszech. Tylko do 

„Japoński Czarnobyl” – jak w Rosji, nie bez pewnej satys-
fakcji, nazywana jest katastrofa elektrowni w Fukushimie 
– walki w Libii, kolejna podwyżka cen gazu dla mieszkań-
ców kraju, który przoduje w wydobyciu błękitnego pali-
wa – wszystkie tematy zepchnięte zostały na plan dalszy. 
Ostatni dzień marca zapisał się w dziejach Rosji czarnymi 
zgłoskami i tylko jedna wiadomość zdominowała czołówki 
wszystkich doniesień. Zdarzyła się bowiem „tragedia, która 
sprawiła, że rosyjskie kino oniemiało z bólu” – zmarła 
aktorka Ludmiła Gurczenko. 

Meandry idiolatrii

W

OJCIECH

 G

RZELAK

background image

XLII

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

PUBLICYSTYKA

1960 roku w Związku Sowieckim wydano 
2,5 miliona tej wzorowej pod względem 
politycznym książki, którą ponadto ro-
syjscy reżyserzy dwukrotnie przenosili 
na ekran. Zapewne „Szerszenia” czytali 
także sowieccy szpiedzy działający na Za-
chodzie, utrzymywali oni bowiem żywe 
kontakty z autorką, oczywiście zagorzałą 
komunistką. Do innych kultowych lek-
tur społeczeństwa posowieckiego, które 
odziedziczyło gust oraz domowe biblio-
teczki po rodzicach i dziadkach, należą: 
„Chata wuja Toma” Harriet Stowe oraz 
antykatolicki paszkwil Wiktora Hugo „Ka-
tedra Marii Panny w Paryżu”. Dzieciom 
w Rosji wychowawcy nadal sadystycz-
nie wmawiają, że najbardziej porywające 
są przygody Karlssona z dachu (jednej 
z mniej znanych postaci stworzonych 
przez Astrid Lindgren) – podstarzałego, 
obleśnego karła ze śmigłem na plecach, 
obdarzającego podejrzaną, patologiczną 
przyjaźnią kilkuletniego chłopca. 

Pięć minut Ludmiły Gurczenko

Dramatyczne wyolbrzymianie pustki, 

jaką sprawia odejście tej lub innej zna-
komitości rosyjskiego fi lmu, to już nie-
mal tradycja wschodniej żurnalistyki. Po 
śmierci aktora komicznego Jerzego Niku-
lina gazety obwieściły: „Umarł  śmiech”. 
Zgon Ludmiły Gurczenko szczerze za-
smucił wielu Rosjan, z pewnością była 
ona jednak aktorką bardziej popularną 
niż wybitną. Trudno ją nawet porównać z 
również zmarłą niedawno Elżbietą Taylor, 
która gwiazdę „Mosfi lmu” przewyższała 
znacznie nie tylko urodą oraz liczbą za-
wartych małżeństw (8:5). 

Ludmiła Gurczenko niezaprzeczal-

nie była aktorką z temperamentem. I na 
pewno z talentem, ale w takiej właśnie 
kolejności. Potrafi ła korzystać z życia w 
najbardziej potocznym sensie, zajmowała 
się, oprócz aktorstwa, także biznesem, co 
zresztą wśród artystycznej elity Rosji jest 
dosyć pospolite. 

Gurczenko urodziła się w Charkowie w 

1935 roku. Rok wcześniej miasto prze-
stało być stolicą sowieckiej Ukrainy; w 
latach 1932-1933 znalazło się w obrębie 
strefy doświadczonej sterowaną z Mo-
skwy plagą Wielkiego Głodu. Rodzina 
Gurczenko jednak nie cierpiała specjalne-
go niedostatku. Ludmiła od najmłodszych 
lat uczyła się tańca i śpiewu, co zresztą 
wkrótce bardzo się jej przydało: podczas 
okupacji Charkowa „występowała” przed 
niemieckimi koszarami za talerz zupy. Po 
wojnie, podczas której zginął ojciec Gur-
czenko, marzący, aby jego córka została 
aktorką, przyszła gwiazda wstąpiła do 
moskiewskiej szkoły  fi lmowej.  Wkrótce 

potem odkrył ją reżyser Eldar Riazanow.

W jego fi lmie „Noc sylwestrowa” z 

1956 roku zaśpiewała piosenki „Pięć 
minut” oraz „Dobry nastrój”, które stały 
się prawdziwymi sowieckimi przeboja-
mi, choć brakowało w nich typowych 
bolszewickich mantr. Debiutancki ob-
raz Riazanowa był komedią muzyczną 
chłoszczącą biurokrację, nawiązującą do 
słynnych  fi lmów  „Wołga, Wołga” oraz 

„Świat się śmieje”. Gurczenko wykorzy-
stała własne „pięć minut” jak mogła naj-
lepiej i zdawało się, że droga na szczyty 
aktorskiej sławy stoi przed nią otworem. 
Kiedy przyjechała do rodzinnego Char-
kowa, całe miasto oblepione było plaka-
tami „Nocy sylwestrowej”. – Pod domem 
Lusi wieczorami parkowało zawsze sporo 
samochodów – wspomina ten okres przy-
jaciółka Gurczenko z młodości. – To sy-
nowie sekretarzy rajkomów, obkomów i 
gorkomów
 [rejonowych, obwodowych i 
miejskich struktur partii bolszewickiej – 
W.G.] przyjeżdżali w swaty.

Zepsuta powodzeniem aktorka zaczęła 

zadzierać nosa, przestała poznawać daw-

nych znajomych, nie odwiedziła nawet 
swojej starej nauczycielki, której, jak 
sama przyznawała, zawdzięczała bardzo 
wiele. Ale po oszałamiającym triumfi e 
„Nocy sylwestrowej” Gurczenko nie zo-
stała wcale zasypana ofertami od wybit-
nych reżyserów. Przez następne 10 lat 
„zaszufl adkowana” aktorka grywała tylko 
drobne epizody. Coraz częściej mówio-
no,  że Gurczenko skończyła się. Potem 
przyszły role u pośledniejszych twór-
ców, przeważnie w produkcyjniakach w 
rodzaju „Robotniczej osady”. Krytycy 
wprawdzie komplementowali jej kreacje, 
podkreślając, że znakomicie potrafi  wcie-
lić się w odgrywaną postać, ale w końcu 
jest to elementarny warunek powodzenia 
każdego aktora. Jeszcze na początku lat 
osiemdziesiątych ubiegłego wieku lek-
sykony  fi lmowe  wśród kilkudziesięciu 
najważniejszych sław sowieckiego ekra-
nu nie wymieniały nazwiska Gurczenko, 
choć nie brakowało tam kilku jej rówie-
śniczek, a nawet aktorek o ładnych parę 
lat młodszych, takich jak Ludmiła Czursi-
na czy Małgorzata Tieriechowa. 

Czas płynął, Gurczenko pojawiła się 

na ekranie w epopei Andrzeja Michał-
kowa-Konczałowskiego „Syberiada”, a 
Riazanow stał się tymczasem jednym z 
czołowych reżyserów sowieckich, rozpo-
znawalnym twórcą „komedii lirycznych”. 
Gurczenko przymierzała się do głównej 
roli w dwóch jego znanych fi lmach: „Bal-
ladzie husarskiej” oraz „Ironii losu”, osta-
tecznie jednak zastąpiły ją inne aktorki 
(w kultowej „Ironii losu” zagrała Barbara 
Brylska). Powód był prosty: Riazanow 
to człowiek z charakterem, a Gurczenko 
także miała charakter... powiedzmy – nie-
łatwy. Ostatecznie jednak po 26 latach 
Gurczenko znów wystąpiła u Riazanowa 
w fi lmie „Dworzec dla dwojga”. Odniosła 
sukces, ale przyczynił się do tego także 
dobry scenariusz, sięgający po tematy-
kę  łagrową, w ZSRS raczej wstydliwie 
skrywaną. Po tym fi lmie Gurczenko przy-
znano prestiżowy tytuł Ludowej Artystki 
ZSRS. Z Riazanowem spotkała się jesz-
cze raz w 2000 roku na planie jego kome-
dii „Stare klacze”, której pomysł bardzo 
przypomina fi lm Pawła Trzaski „Rifi fi  po 
sześćdziesiątce”.

Wiadomo,  że gwiazdy sowieckiego 

kina, ofi cjalnie  tworzące zgodny kolek-
tyw, faktycznie ostro rywalizowały ze 
sobą, czasem bezpardonowo wykorzy-
stując do tego wszelkie możliwości, jakie 
oferował patologiczny reżim bolszewicki. 
Droga Ludmiły Gurczenko do sławy nie 
była więc usłana różami – a jeśli nawet, to 
miały one bardzo ostre kolce.

W

OJCIECH

 G

RZELAK

 

LUDMIŁA GURCZENKO 

NIEZAPRZECZALNIE 

BYŁA AKTORKĄ Z 

TEMPERAMENTEM. 

I NA PEWNO Z TALENTEM, 

ALE W TAKIEJ WŁAŚNIE 

KOLEJNOŚCI. POTRAFIŁA 

KORZYSTAĆ Z ŻYCIA W 

NAJBARDZIEJ POTOCZNYM 

SENSIE, ZAJMOWAŁA SIĘ, 

OPRÓCZ AKTORSTWA, 

TAKŻE BIZNESEM, 

CO ZRESZTĄ WŚRÓD 

ARTYSTYCZNEJ ELITY ROSJI 

JEST DOSYĆ POSPOLITE.

background image

XLIII

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

PUBLICYSTYKA

H

olandia była pierwszym krajem na świecie, który za-
akceptował zrywające z prawem natury „małżeństwa” 
tej samej płci. Agitacja za zalegalizowaniem takich 
związków zaczęła się gdzieś w połowie lat 80. ubie-

głego wieku. Ofensywę zaczął niejaki Henk Krol, redaktor na-
czelny jednego z pisemek wydawanych dla homoseksualistów. 
I trzeba przyznać, że wzrastająca presja zboczonego środowi-
ska okazała się skuteczna. W 1995 roku holenderski parlament 
utworzył komisję, która roztrząsała kwestię, jakie by tu znaleźć 
rozwiązanie prawne, które umożliwiłoby pederastom lub lesbij-
kom połączenie się w rodzinnym związku cywilnym. Po dwóch 
latach takich dociekań komisja uznała, że „małżeństwa” jedno-
płciowe powinny zostać zalegalizowane. Po wyborach w 1998 
roku nowy rząd obiecał zająć się tą sprawą i już we wrześniu 
2000 roku projekt odpowiedniej ustawy został poddany pod 
ostateczne głosowanie w parlamencie.

Ustawa wprowadzająca „małżeństwa” homoseksualne została 

przyjęta w niższej izbie holenderskiego parlamentu stosunkiem 
głosów 109 do 33, zaś Senat zaakceptował te regulacje prawne 
49 głosami za przy 26 głosach przeciw. Oświeceni senatorzy 
poszli jeszcze dalej. Przyjęli również prawo przyznające parom 
homoseksualnym prawo do adopcji dzieci. Tylko chrześcijań-
skie partie, które zajmowały wówczas 26 z 75 miejsc w Senacie, 
głosowały przeciw przyjęciu ustawy. Ale choć obecnie partie 
te tworzą koalicję rządzącą, jak dotychczas nie zgłosiły chęci 
uchylenia obowiązującego prawa. Główny artykuł w przyjętej 
regulacji prawnej zmienił holenderski kodeks cywilny, wpro-
wadzając do niego zdanie: „Małżeństwo może zostać zawarte 
przez dwoje ludzi przeciwnej lub tej samej płci”.

Wprowadzenie „małżeństw” homoseksualnych nie spotkało się 

z jakimś dużym oporem społecznym. Umyły ręce Zjednoczone 
Kościoły Protestanckie Holandii. Po legalizacji takich związ-
ków postanowiły, że poszczególne kościoły wchodzące w skład 
organizacji mają prawo samodzielnie zdecydować, czy udzielać 
„małżeństwom” homoseksualnym Bożego błogosławieństwa. 
Do tej pory zdecydował się na to jedynie Kościół ewangelicko-
luterański. Najgłośniej sprzeciwiali się za to nowym regulacjom 
małżeńskim islamscy fundamentaliści zamieszkujący Holandię. 
Czyżby tylko oni szanowali tradycyjną rodzinę?

Nowe prawo weszło w życie 1 kwietnia 2001 roku. I tu re-

fl eksem „zabłysnął” burmistrz Amsterdamu Job Cohen. Równo 
z wybiciem północy specjalnie objął on obowiązki kierownika 
urzędu stanu cywilnego, by na ratuszu udzielić „ślubu” czterem 
sodomickim parom: dwóm egzaltowanym lesbijkom i szóstce 
lekko onieśmielonych  żonkosi. Helene Faasen i Anne-Marie 
Thus przybyły ubrane tradycyjnie, w długich, białych sukniach z 
welonem. Ku radości licznie zgromadzonych sodomickich akty-
wistów i dziennikarskiej gawiedzi wymieniły soczysty, namięt-

ny pocałunek. – Pobrałyśmy się z miłości, a nie dla polityki, ale 
oczywiście byłyśmy świadome, że to jest historyczny moment 
– wspomina 41-letnia asystentka notariusza, Anne-Marie Thus. 
A jej 44-letnia „żona”, notariuszka Faasen, od razu przytakuje: 
– Składając przysięgę małżeńską przed frontem wysłanników 
międzynarodowej prasy, chciałyśmy ukazać światu całą naszą 
dotychczasową udrękę, gdy pozbawiano nas prawa do czegoś, 
co dla większości ludzi jest rzeczą naturalną.

Upłynęło dziesięć lat. W piątkowe południe włodarz Amster-

damu znów miał zastępstwo w urzędzie stanu cywilnego. Tym 
razem „pobłogosławił” dwójce homoseksualistów. – Jako bur-
mistrz Amsterdamu ogłaszam was – Janie van Breda i Thijsie 
Timmermansie – parą małżeńską i potwierdzam wynikające z 
tego prawa – deklarował Eberhart van der Laan już nie na ra-
tuszu, ale w Muzeum Historycznym. Szczęśliwa para, ubrana 
w ciemne garnitury i stylowe muchy, przybyła na uroczystość 
pieszo. Van Breda przytaszczył nawet z sobą sporawy czerwony 
balonik w kształcie serca z nagryzmoloną cyfrą „10”. Obaj obfi -
cie ronili łzy – nie tylko z osobistego przejęcia, ale chyba także 
po to, by kamery zauważyły ich lekko wyreżyserowane wzru-
szenie. – Mija dokładnie 10 lat od chwili, gdy nasza społeczność 
wywalczyła sobie równe prawa. Pamiętam tamtą ceremonię na-
szych poprzedników i pamiętam, że czułem się wtedy dumny, iż 
jestem Holendrem i mieszkańcem Amsterdamu – roztkliwił się 
Thijs Timmermans. Ale o tym wątpliwym jubileuszu pamiętali 
nie tylko nowożeńcy. W Amsterdamie otwarto specjalną wysta-
wę, a wieczorem burmistrz van der Laan wydał specjalny raut, 
na który zaprosił ambasadorów z tych państw, w których zale-
galizowano homoseksualne „małżeństwa”.

W ciągu tej nieszczęsnej dekady pederaści i lesbijki wywal-

czyli sobie legalizację związków „małżeńskich” także w Belgii, 
Hiszpanii, Kanadzie, Republice Południowej Afryki, Norwegii, 
Szwecji, Portugalii, Islandii i Argentynie. Ich „śluby” zaakcep-
towano w amerykańskich stanach Connecticut, Iowa, Massa-
chusetts i Vermont. Kalifornia w ubiegłym roku poniechała tego 
„eksperymentu”. W New Hampshire homoseksualne „małżeń-
stwa” zalegalizowane zostaną w przyszłym roku. W sąsiadują-
cym z USA Meksyku sodomici mogą  łączyć się w uznawane 
prawnie stadła w stolicy kraju – Mieście Meksyk.

Według statystyk podawanych przez holenderski odpowiednik 

GUS-u, w Kraju Tulipanów mieszka co najmniej 1 milion pedera-
stów, lesbijek i transwestytów. Jest jednak powód do narzekań, bo 
od 2001 roku na „ślubnym kobiercu” stanęło 15 tys. jednopłcio-
wych par. To 2% wszystkich zawartych małżeństw. Jak się okazu-
je, jedynie co piąta para niderlandzkich zboczeńców seksualnych 
decyduje się na prawną formalizację swego związku. Wśród „he-
teryków” na taki krok decyduje się osiem par na dziesięć. 

– Gejowskie i lesbijskie pary zachowują się tak samo jak normal-

ne pary małżeńskie. Żenią się z miłości lub dla pieniędzy. Jedne 
związki wytrzymały próbę czasu, inne rozsypały się po paru mie-
siącach lub latach. Rozwody par jednopłciowych stanowią 1 pro-
cent wszystkich rozwodów – wylicza demograf Jan Latten z Urzę-
du Statystycznego (Centraal Bureau voor de Statistiek).  

DWA ŁYKI ZBOCZONEJ STATYSTYKI:
* Pomiędzy 1 kwietnia 2001 a 1 stycznia 2011 roku zawarto w Holandii 
14.813 homoseksualnych „małżeństw”. Liczba zalegalizowanych 
związków lesbijskich (7522) jest nieco wyższa od liczby sformalizow-
anych związków pederastów (7291). W tym samym okresie w całym 
kraju zawarto 761 tys. małżeństw.
* Odnotowano 1078 homoseksualnych rozwodów. I znów częściej 
rozstawały się kobiety (734). W sumie w Holandii w tej dekadzie 
doszło do 323.549 prawnych rozpadów związków małżeńskich.

To nie był primaaprilisowy żart. Dziesięć 
lat temu, 1 kwietnia 2001 roku, w Holandii 
uznano, że małżeńskim węzłem niekoniecz-
nie trzeba wiązać wyłącznie osobników 
różnych płci. Burmistrz Amsterdamu Job 
Cohen w imieniu państwa zalegalizował 
wówczas związki czterech par sodomickich.

Święto w Sodomie

O

LGIERD

 D

OMINO

background image

XLIV

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

FELIETON

FELIE

E

E

E

E

E

E

E

E

E

„Brudy”

 „Tygodnika Powszechnego”

N

a łamach „Gazety Wyborczej”, organu „Lewicy laic-
kiej”, trwa spór o „Tygodnik Powszechny” – organ 
„Lewicy katolickiej”. Obydwa środowiska powiązane 
są rozmaitymi nićmi – przede wszystkim ideologicz-

nymi, po drugie – narodowościowymi (chodzi o Naród Wy-
brany, oczywiście), po trzecie – masońskimi (chodzi o Wielki 
Wschód), wreszcie – ubeckimi. Całe to towarzycho kisi się we 
własnym sosie, nie rozumiejąc, że spory pt. „Wielkość i upadek 
»Tygodnika Powszechnego«” interesują tylko margines margi-
nesu społeczeństwa. 

Nie jestem d***kratą, więc to, że L*d w ogóle nie ma poję-

cia, co to jest „Tygodnik Powszechny”, nie jest argumentem 
– tak samo nie ma pojęcia, co to jest „Najwyższy CZAS!”. 
Różnica polega na tym, że „Najwyższy CZAS!” to inicja-
tywa całkowicie oddolna, nie wspierana przez jakąkolwiek 
władzę, nie dofinansowywana – natomiast „Tygodnik Po-
wszechny” to twór istniejący z łaski najpierw Sowietów, a 
potem PRL-u.

Z pierwszych zdań p.prof. Andrzeja Romanowskiego: „Ha-

lina Bortnowska czy Stefan Wilkanowicz obrony nie potrze-
bują. Ale potrzebować będą jej ci, którzy 
niszcząc dawny »Tygodnik«, zniszczyli 
własną przeszłość. Roman Graczyk z ca-
łym »Tygodnikiem« dzisiejszym” – do-
wiaduję się, że po pierwsze: „TP” nadal 
istnieje (od lat nie widziałem go w żad-
nym kiosku!); po drugie: że p.Romanow-
ski grozi p.Graczykowi. W dalszym ciągu 
dowiaduję się, że p.Graczyk napisał jakąś 
książkę, w której udowadnia, że „TP” był 
pismem koncesjonowanym przez PZPR. 

Wielkie mi odkrycie p.Graczyka! W PRL-u wszystko musia-

ło być koncesjonowane – z defi nicji. Jeśliby nawet PolitBiuro 
KC PZPR postanowiło, że w sprawy „Tygodnika Powszechne-
go” wtrącać się nie będzie i da mu całkowicie wolną rękę, to i 
tak ta decyzja byłaby koncesją, wyrazem zaufania, jakie Partia 
żywiła wobec zespołu „TP”... No i w każdej chwili mogłaby 
zostać odwołana.

O czym redakcja by przecież wiedziała. Liczni „życzliwi” by 

jej to z życzliwości donosili, a całkiem nieżyczliwi urzędnicy 
otwarcie by tym grozili („że teraz Wam wolno, ale my już na 
Was piszemy donosy”).

Więc absolutnie nie dziwią mnie te rewelacje – ani to, że pół 

redakcji to zapewne byli agenci SB. Trudno – taka uroda tam-
tych czasów. 

Tylko po co to rozdmuchiwać na czterech wielkich płachtach 

„Wybiórczej”? 

Ja od razu deklaruję: dla mnie jest ważne, co głosił „TP” – i nie 

przeszkadzałoby mi, gdyby redagowali go importowani z Ango-
li Murzyni będący agentami imperialistów japońskich. Ważne 
jest, czego „Tygodnik” uczył. 

I tu dochodzimy do słów p.prof. Romanowskiewgo: „Sapieha, 

arystokrata, związany z elitami Polski niepodległej, rozumiał, 
że trwaniem przy narodowych sztandarach niczego się nie osią-
gnie. Był realistą. Po półroczu, w którym redakcją kierował ks. 
Piwowarczyk, oddał »Tygodnik« w ręce Turowicza – człowieka 
znanego z postawy antynacjonalistycznej i antykapitalistycznej, 
uznającego siebie za »chrześcijańskiego socjaldemokratę«. Ten 

lewicujący katolik utrudniał, a przynajmniej opóźniał przewidy-
waną kontrakcję władz”. 

Właśnie. 
Grupa„PAX” śp. Bolesława Piaseckiego została przez Sowie-

tów dopuszczona do ofi cjalnego istnienia, bo program ONR 
„Falanga” był (jeśli pominąć kwestię wiary w Boga) niemal 
identyczny z programem PPR. Dopuszczono również grupę 
„ZNAK” – z tego samego powodu: będąc ofi cjalnie niezależna 
i niejako opozycyjna, w gruncie rzeczy przekonywała, że socja-
lizm to jedyne możliwe rozwiązanie. 

To ci sukinsyni są więc odpowiedzialni za to, że opozycja 

w Polsce po 1989 roku nie umiała myśleć inaczej niż socjali-
stycznie. 

Całkiem możliwe,  że  śp. Jerzy Turowicz nie był agentem 

bezpieki (choć w to nie wierzę). Nie ukrywam jednak, że wo-
lałbym, żeby był. Wtedy gdy czołówka reżymu straciła wiarę 
w socjalizm, kazano by red. Turowiczowi publikować masowo 
śp. Mirosława Dzielskiego czy śp. Stefana Kisielewskiego, czy 
mnie. Niestety, red. Turowicz trwał przy socjalizmie – i Stefan 
Kisielewski uznał, że w tych warunkach nie ma sensu nadal 

publikować na łamach „Tygodnika” 

I o to właśnie chodzi. 
Nie mam pojęcia, jakie poglądy ma 

p.Halina Bortnowska i kto to w ogó-
le jest p.Stefan Wilkanowicz. Po raz 
pierwszy słyszę również o p.Romanie 
Graczyku. Dla mnie jednak cała ta 
burza w szklance wody to dintojra w 
środowisku lewaków, którymi się po 
prostu brzydzę. Bo lewicowiec to po 

prostu chodzący brud moralny. Istota człekopodobna. Prawa 
ręka służy do jedzenia – lewa do podcierania się. 

P. Graczyk pisze, że zespół „TP” (to znaczy: ta część zespo-

łu, która nie była agenturą...) miał nadzieję na reformowalność 
systemu komunistycznego. Ale w jakim kierunku? P. Graczyk 
pisze: „Na tym tle istotne jest to, co w książce nazywam »kry-
zysem powołania w naprawianie socjalizmu«”. O to właśnie 
chodzi! Oni chcieli – dobrowolnie, bez przymusu, bez bicia – 
„naprawiać socjalizm”. A przecież nie musieli...

Inni ludzie wykonywali trudną, ciężka pracę. Jako posłusz-

ni słudzy reżymu wydawali, załóżmy, „Teorię względności” 
Einsteina lub kompendium prac Fryderyka von Hay’ka – po-
przedzając je obszernym wstępem tłumaczącym, że są to dzieła 
szkodliwe, i zakończeniem: „tak właśnie wyglądają ohydne bur-
żuazyjne teorie, których fałszywość widzicie teraz, Towarzysze, 
na własne oczy”. I każdy doskonale rozumiał, o co chodzi. A te 
Różowe Zdychające Pantery w tym czasie główkowały, jak tu 
naprawiać socjalizm. 

I wreszcie w 1990 roku długoletni sekretarz „TP”, p.Krzysztof 

Kozłowski, piastując stanowisko szefa UOP, oddał archiwum 
bezpieki w ręce Adama Michnika i jego gangu – i w porozumie-
niu z Wielkim Wschodem zaczęli niszczyć „reformę Wilczka” i 
wszelkie próby powrotu do kapitalizmu. 

Do tej pory nad Polską rozciąga się opar Różowej Mgły. So-

cjald***kracji – najgłupszego i najbardziej niszczycielskiego 
ustroju, jaki wynaleziono. 

I za to winię redakcję „jedynego opozycyjnego Tygodnika”.

J

ANUSZ

 K

ORWIN

-M

IKKE

 

CAŁKIEM MOŻLIWE, ŻE 

ŚP. JERZY TUROWICZ NIE 

BYŁ AGENTEM BEZPIEKI 

(CHOĆ W TO NIE WIERZĘ). 

NIE UKRYWAM JEDNAK, ŻE 

WOLAŁBYM, ŻEBY BYŁ.

background image

XLV

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

FELIETON

Będzie

 „kłamstwo smoleńskie”?

C

óż za przedziwny zbieg okoliczności! Pan Andrzej 
Seremet, prokurator generalny, podał, iż prokuratura 
wojskowa, badająca przyczyny katastrofy samolo-
tu wiozącego prezydenta Lecha Kaczyńskiego i inne 

osobistości, wykluczyła „czyn o charakterze terrorystycznym”. 
W porządku – ale dlaczego ogłosił to akurat w Prima Aprilis 2011 
roku? Można by uznać to za przypadek, ale pamiętamy prze-
cież,  że  śp. ksiądz Bronisław Bozowski z kościoła Panien Wi-
zytek przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie powtarzał, 
iż „nie ma przypadków, są tylko znaki”. Zatem już choćby przez 
pietyzm dla pamięci tego wybitnego kapłana powinniśmy roze-
brać sobie z uwagą wiadomość podaną przez pana prokuratora 
Seremeta, tym bardziej że okoliczności towarzyszące  śledztwu 
prowadzonemu przez wojskową 
prokuraturę również skłaniają do 
wielkiej ostrożności w ocenie re-
zultatów. Jak pamiętamy, hipoteza 
„czynu o charakterze terrorystycz-
nym” została przez stronę rosyjską 
wykluczona już w pierwszych mi-
nutach po katastrofi e, a niektórzy 
twierdzili,  że nawet wcześniej, to 
znaczy na kilka minut przed ka-
tastrofą. Charakterystyczne było 
również, że nie tylko pan minister 
Radosław Sikorski, ale i osobisto-
ści publiczne, informujące „mło-
dych, wykształconych z wielkich 
miast”, co akurat myślą, uwierzyły 
w te zapewnienia z tak ostentacyjną, że aż podejrzaną skwapli-
wością. Nie tylko uwierzyły, ale również z tą samą podejrzaną 
skwapliwością pryncypialnie chłostały każdego, kto ośmielił-
by się wystąpić z jakimikolwiek wątpliwościami. A wystąpił 
na przykład Mirosław Dakowski, bądź co bądź profesor nauk 
fi zycznych. Zatem tupet, z jakim dyletanci wynajęci lub skiero-
wani przez Siły Wyższe do telewizji na chłopaków i dziewuchy 
do pyskowania traktowały wątpiących, musiał być dla każdego 
normalnego człowieka podejrzany, a co najmniej zastanawiający. 
Wszystko wyjaśniło się znacznie później, podczas gospodarskiej 
wizyty rosyjskiego prezydenta Dymitra Miedwiediewa w War-
szawie. Na pytanie, czy dopuszcza możliwość, by rezultaty pol-
skiego śledztwa różniły się od rezultatów śledztwa rosyjskiego, 
prezydent Miedwiediew odparł,  że w żadnym wypadku możli-
wości takiej nie dopuszcza. W świetle tej deklaracji wybór akurat 
1 kwietnia na ogłoszenie wykluczenia możliwości „czynu o cha-
rakterze terrorystycznym” można potraktować jako dodatkową 
informację ze strony pana prokuratora generalnego, rodzaj aluzji, 
że i on jest – jak mówi Ewangelia – „człowiekiem pod władzą po-
stawionym”, chociaż oczywiście „mającym pod sobą żołnierzy”. 
Wygląda to prawdopodobnie, tym bardziej że prokuratura woj-
skowa – disons franchement – znaczną część swoich solennych 
ustaleń siłą rzeczy musiała oprzeć na wróżeniu z fusów, ponie-
waż – jak powszechnie wiadomo – nie mogła nawet powąchać 
dowodów rzeczowych, które Rosjanie zatrzymali aż do skończe-
nia śledztwa, co może być równoznaczne ze skończeniem świata, 
zwłaszcza gdyby pogłoski, iż ma się to stać najpóźniej w roku 
2013, okazały się prawdziwe.

W tej sytuacji takiego ostentacyjnego wykluczenia możliwości 

„czynu o charakterze terrorystycznym” niepodobna potrakto-

wać inaczej jak tylko w kategorii przygotowań do obcho-
dów pierwszej rocznicy smoleńskiej katastrofy. Zresztą 
pan Prokurator Seremet pokazał, że można na nim polegać, już 
wcześniej, kiedy wydał swoim podkomendnym rozkaz bardziej 
„poważnego” traktowania przestępstw na tle antysemickim i kse-
nofobicznym. Uważam, że jest to padgatowka do wzięcia wszyst-
kich tubylców za mordę w perspektywie podjętej przez rząd bez-
cennego Izraela i Agencji Żydowskiej decyzji o rozpoczęciu od 
maja br. szlamowania wszystkich krajów Europy Środkowej pod 
pretekstem „rewindykacji” majątkowych. Wprawdzie minister 
Sikorski teraz stawia się Amerykanom, a nawet Żydom pozor-
nie z odwagą desperata, ale jestem pewien, że wszystko to zo-
stało ukartowane gwoli przysporzenia Platformie Obywatelskiej 

sympatii ze strony Polaków auten-
tycznie zaniepokojonych perspek-
tywą rychłego rabunku naszego 
nieszczęśliwego kraju – to znaczy 
tubylczych podatników – a po wy-
borach, kiedy już nie będzie trzeba 
o  żadne głosy zabiegać, wszystko 
zostanie w podskokach uregulowa-
ne do ostatniego srebrnika. Wtedy 
właśnie podwładni pana prokurato-
ra generalnego zaczną „poważnie” 
traktować wszelkie objawy nieza-
dowolenia czy protestu. Kto wie, 
czy nie zostanie wprowadzony 
nadzwyczajny przepis penalizują-
cy podważanie zasadności owych 

„rewindykacji” – analogiczny do „kłamstwa oświęcimskiego”? 
Bo skoro mamy już „kłamstwo oświęcimskie”, blokujące każdą 
możliwość weryfi kacji wersji podanej do wierzenia przez star-
szych i mądrzejszych – dodajmy: podanej nie bezinteresownie, 
bo przecież organizacje wiadomego przemysłu, nie mówiąc już o 
bezcennym Izraelu, ciągną z tego grubą rentę – to cóż powstrzy-
ma naszych Umiłowanych Przywódców przed wprowadzeniem 
penalizacji „kłamstwa smoleńskiego”, to znaczy wszelkich wąt-
pliwości względem ustaleń poczynionych przez Rosjan, zwłasz-
cza gdy zażądają tego nie tylko strategiczny partnerzy, ale i nasi 
sojusznicy – od 19 listopada ub. roku strategiczni partnerzy oby-
dwu strategicznych partnerów?

W tej sytuacji wykluczenie możliwości „czynu o charakterze ter-

rorystycznym” akurat 1 kwietnia może stanowić nie tylko wspo-
mnianą aluzję, ale również  niezamierzony efekt komiczny, który 
niestety może stać się potwierdzeniem przysłowia, że „miłe złego 
początki”. Dopiero na tym tle lepiej rozumiemy zapowiedź wyłą-
czenia wątku ewentualnych zaniedbań ze strony opłacanych przez 
Rzeczpospolitą urzędników MSZ, Kancelarii Premiera i pomniej-
szego płazu przy przygotowaniach podróży prezydenta do Katynia. 
Z dotychczasowych informacji wynika, że balansowali oni na gra-
nicy sabotażu, a być może tę granicę wielokrotnie przekraczali – kto 
wie, czy nie w porozumieniu z ośrodkami zagranicznymi? Jeśli tedy 
dojdzie do penalizacji „kłamstwa smoleńskiego”, to gwoli stworze-
nia wrażenia symetrii, a i skierowania podejrzeń w kolejną ślepą 
uliczkę, można będzie poświęcić kilku murzyńskich chłopców, któ-
rzy potem, na otarcie łez, dostaną w Brukseli jakąś trafi kę w arendę. 
W końcu nie mamy chyba wątpliwości, że sprawą ręcznie sterują 
pierwszorzędni fachowcy?

S

TANISŁAW

 M

ICHALKIEWICZ

  

WYBÓR AKURAT 1 KWIETNIA 

NA OGŁOSZENIE WYKLUCZENIA 

MOŻLIWOŚCI „CZYNU O CHARAKTERZE 

TERRORYSTYCZNYM” MOŻNA 

POTRAKTOWAĆ JAKO DODATKOWĄ 

INFORMACJĘ ZE STRONY PANA 

PROKURATORA GENERALNEGO, 

RODZAJ ALUZJI, ŻE I ON JEST – JAK 

MÓWI EWANGELIA – „CZŁOWIEKIEM 

POD WŁADZĄ POSTAWIONYM”, 

CHOCIAŻ OCZYWIŚCIE „MAJĄCYM POD 

SOBĄ ŻOŁNIERZY”. 

background image

XLVI

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

PRO FIDE REGE ET LEGE

Co dalej z PJN?

SPORY JOANNY KLUZIK-

ROSTKOWSKIEJ Z ADAMEM 

BIELANEM WYDAJĄ SIĘ 

WALKĄ WEWNĄTRZ PJN 

O KSZTAŁT TEJ PARTII

P

rojekt polityczny o nazwie Pol-
ska Jest Najważniejsza nie udał 
się. Wątpię, czy tej formacji uda 
się wejść do Sejmu po następ-

nych wyborach. Zresztą – powiedzmy 
sobie to brutalnie – w ogóle nie dostrze-
gam sensu istnienia tej formacji w jej 
obecnym kształcie.

W czym tkwi problem? Ano w tym, że 

kiedy zakłada się partię polityczną, trze-
ba mieć jakiś pomysł. Mówię „pomysł”, 
a nie „program”, ponieważ żadna z czte-
rech partii systemowych czegoś takiego 
nie ma (i chyba nawet ich liderzy nie bar-
dzo by wiedzieli, co z czymś takim zro-
bić). Tenże „pomysł” to pewna koncepcja 
wizerunku, głównych haseł, czyli umiej-
scowienia formacji na scenie politycznej, 
wobec innych podobnych formacji i ich 
pijaru i wizażu. Pomysł może być lewi-
cowo-prawicowy, socjalistyczno-libe-
ralny czy katolicko-ateistyczny. To nie-
ważne, ponieważ 90% wyborców i tak 
kompletnie nic nie rozumie z tego, co się 
mówi w „debacie programowej” (i wła-
śnie dlatego takowa nigdy się nie zaczy-
na). Ważne jest, czy partia ma pomysł na 
wizerunek, który jest podstawą w świecie 
postmodernizmu i postpolityki, gdy pija-
rowcy wyparli fi lozofów  politycznych.
PJN nie tylko nie posiada programu, ale 
i wizerunku. A dokładniej: ma wizeru-
nek, który jest już dawno zajęty. Partia 
ta nie powstawała na bazie celów i idei. 
Założyli ją politycy PiS, którzy mieli po-
ważne wątpliwości co do zdrowia psy-
chicznego Nieomylnego Prezesa, więc 
postanowili uciec z okrętu płynącego na 
rafy. Okręt jednak nie rozbił się, bowiem 
elektorat PiS od roku nie drgnął nawet o 
1%, całkowicie zabunkrowany w magii 
mgły, agentów i wszechobecnych spi-
sków. Co więcej, Nieomylny właśnie 
szykuje się do przewartościowania so-
juszy i zawarcia wielkiej koalicji z SLD 
przeciwko „bezbożnemu liberalizmowi 
Donalda Tuska”.

W PJN są ludzie trojakiego rodzaju: 

1. współpracownicy  śp. Lecha Kaczyń-
skiego, czyli frakcja lewicowa PiS (ak-
sjologicznie lewicowa, gospodarczo w 
PiS nigdy nie było frakcji prawicowych); 
2. konserwatywni narodowcy, których 
do PiS niegdyś wprowadził Marek Jurek 
w przypływie politycznej bezmyślności, 
a którzy mieli już dosyć lewactwa tej 
partii; 3. posłowie „dietetyczni”, czyli 
tacy, którym chodzi tylko o dietę, a wie-

dzą,  że na listy PiS już się nie dostaną.
Trzecia kategoria nie bierze udziału w 
sporze o PJN i poprze tego, kto da jej 
najlepsze miejsca na listach („biorące”). 
Rzeczywisty spór to przybierająca na sile 
bijatyka między dawnymi działaczami 
ZChN a niepodległościowym lewactwem. 
I tu jest problem podstawowy PJN: partię 
tę założyła przyboczna gwardia Kaczyń-
skich usunięta i wycięta z PiS z powodu 
sporów wewnętrznych. To są twarze-
wizytówki tej partii: znana socjalistka i 
aborcjonistka Joanna Kluzik-Rostkowska, 
rozhisteryzowana Elżbieta Jakubiak, to-
talny lewak Paweł Kowal, lewicowy an-
tykomunista Marek Migalski.

Prawda jest taka, że żadna z wymienio-

nych osób nie nadaje się na przywódcę 
partii prawicowej, bowiem pochodzą z 
innej części sceny politycznej, czyli z nie-
podległościowej lewicy. Dlatego osoby te 
są tak przywiązane do „testamentu Lecha 
Kaczyńskiego” i chcą budować PJN na 
jakimś mirażu walki z Jarosławem Ka-
czyńskim o socjalistyczno-mesjanistycz-
ny program jego brata-bliźniaka. Kiedy 
słucham histerycznie antyrosyjskich 
wypowiedzi Kowala, to widzę bojowca 
PPS rzucającego bombami w carskich 
policjantów; gdy patrzę, jak Elżbieta Ja-
kubiak trzęsie się z nienawiści do „libe-
ralnej PO”, to widzę matkę-socjalistkę z 
1905 roku; gdy Marek Migalski komen-
tuje wydarzenia polityczne, to jakby ożył 
romantyczny insurekcjonista. Z kolei Jo-
anna Kluzik-Rostkowska, opowiadając o 
państwowych  żłobkach, wygląda, jakby 
projektowała „szklane domy”.

Pojawia się pytanie: czy te osoby sta-

nowią jakąkolwiek alternatywę dla PiS? 
A jeśli tak, to czy jest to alternatywa pra-
wicowa czy lewicowa? PJN żyje dokład-
nie tymi samymi tematami, co PiS: mgła 
pod Smoleńskiem, niepodległość Gruzji, 
walka o „demokrację i prawa człowieka” 
na Białorusi. Ostatnio partia włączyła się 
jeszcze do obrony OFE, zapominając w 
ogóle o problemie, jakim jest przymus 
ubezpieczeń społecznych. PJN programu 
oczywiście nie ma, ale ma pomysł na wi-
zerunek: być PiS-em bez „despoty”, czyli 
bez Jarosława Kaczyńskiego; być PiS-em 
bardziej laickim, który nie szermuje pu-
stymi sloganami katolickimi.

I tutaj dotykamy istoty problemu: 

PJN chce być niczym innym jak tylko 
PiS-em, PiS-em bez „oszołomstwa i 
bolszewizmu”, czyli rodzajem „PiS-u 

mieńszewickiego”, a przede wszystkim 
PiS-em „demokratycznym”, czyli bez 
Wielkiego Proroka. Nie chce być PiS-em 
sekciarsko-religijnym, jak w gnozie An-
toniego Macierewicza, lecz tylko PiS-em 
zradykalizowanym, ale przemawiającym 
językiem politycznym, a nie mistycz-
nym. Pytanie tylko: czy jest to formacja 
alternatywna dla „oryginalnego” PiS-u, 
czy też tandetna podróbka?

Spory Kluzik-Rostkowskiej z Adamem 

Bielanem wydają się walką wewnątrz 
PJN o kształt tej partii. Bielan nie chce 
wrócić do PiS, zna Prezesa i wie, że 
Bóg czasem wybacza, ale Prezes nigdy. 
W rzeczywistości to głośny ryk, który 
przedarł się do opinii publicznej, że daw-
ni ZChN-owcy mają dosyć lewactwa na 
czele PJN. Ale prawe skrzydło PJN ma 
poważny problem. Ci posłowie odeszli 
z PiS za Kluzik-Rostkowską i Jakubiak. 
A teraz muszą patrzeć, jak pierwsza z tych 
pań wpycha partię w socjalizm nie tylko 
ekonomiczny, ale nawet i aksjologiczny, 
a druga musi się wypowiedzieć w telewi-
zji dosłownie w każdej sprawie, chociaż 
jako  żywo nigdy nie dostrzegłem, aby 
miała cokolwiek do powiedzenia. Nie 
pamiętam także, aby w jakiejkolwiek 
kwestii miała do powiedzenia co innego 
niż Prezes. Ona kocha Prezesa, jest nim 
nadal zafascynowana i tylko nie rozumie, 
dlaczego Prezes ją odrzucił. Gdyby tylko 
powiedział  słowo, gdyby tylko skinął, 
to Elżbieta Jakubiak byłaby w PiS, gdyż 
tylko tam czuje się jak w domu.

Czy PJN można przekształcić w partię 

prawicową? Tak, ale jak usuniemy Jaku-
biakową, Kluzikową, Kowala i Migalskie-
go. Tylko że wtedy tej partii nie będzie. 
Nie mogąc rozwiązać tych dialektycznych 
sprzeczności, jest ona skazana na klęskę.

A

DAM

 W

IELOMSKI

 

background image

XLVII

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

KĄCIK PRAWDZIWEJ KOBIETY

NAIWNY CYNIK

B

ARBARA

 

B

UONAFIORI

M

AREK

 

A

RPAD

 

KOWALSKI

Mezalians

XVIII wieku uporczywie poszukiwano 
tzw. Lądu Południowego. Mniemano, że 
jest to na półkuli południowej odpowied-

nik Europy, gdyż sądzono, że rozkład lądów na glo-
bie jest „symetryczny”, wszakże ten domniemany 
Ląd Południowy powinien mieć klimat łagodny, cie-
pły, wręcz rajski. Jednym z poszukiwaczy był Yves 
de Kerguelen Tremarec – Francuz, z pochodzenia 
Bretończyk, żeglarz i geograf, kapitan żeglugi. Ru-
szył z wyprawą w 1771 roku z dwoma okrętami: 
fl eutą „Fortune” i korwetą „Gros Ventre”. 

Dodajmy,  że  fl euta to statek charakteryzujący się 

wąskim kadłubem (stosunek długości do szerokości 
wynosił 4:1) i niskimi nadbudówkami, budowany od 
końca XVI wieku. Nazwa „fl euta” pochodzi od fl etu z 
powodu jego smukłego kształtu. W XVII wieku rozpo-
wszechnił się ten typ statku, a używany był w żegludze 
do Indii i do Ameryki oraz jako statek wielorybniczy, a 
także jako okręt wojenny, przeważnie trójmasztowy, o 
rufi e zbliżającej się do formy okrągłej i zwężającej się 
ku górze. Korweta natomiast to typ okrętu wojennego 
przeznaczonego do rozpoznania, łączności i działań 
bojowych na odległych szlakach. W XVIII wieku kor-
wety miały wyporność 400-600 ton, wyposażone były 
w dwa lub trzy maszty, miały dobre uzbrojenie. 

Kerguelen wypłynął z Ile de France (obecnie Mau-

ritius) na południe. Najpierw, 12 lutego 1772 roku, 
natknął się na skalistą wysepkę Ile de la Fortune – 
Wyspa Szczęśliwa (być może był to obecny Nowy 
Amsterdam, a może Saint-Paul) – a po kilku dniach 
ujrzał ląd. Było to jednak skupisko wysepek nazwa-
nych później Wyspami Kerguelena. 

Wyprawa musiała się wycofać, gdyż było zimno, 

śnieżnie, marynarze nie przygo-
towani na taki klimat marzli. Nic 

dziwnego, dawały się odczuć podmuchy od An-
tarktydy, w której kierunku trochę nieświadomie 
zmierzała ekspedycja. 

Druga wyprawa, dla dokładnego już zbadania do-

mniemanego Lądu Południowego (dwa okręty: „Ro-
land” i „L’Oiseau”), wyruszyła 14 marca 1774 roku z 
Brestu. Dotarła do Mauritiusa, ale tam musiała doko-
nać naprawy okrętów i dopiero późną jesienią (licząc 
wg półkuli północnej) ruszyła w stronę Lądu Połu-
dniowego, do którego dotarto 14 grudnia. Tam też 
przywitał ją niegościnny klimat: nawałnice, sztormy 
i zimne wichry. Do Brestu wyprawa wróciła w sierp-
niu 1775 roku. Odkryty wówczas rzekomy Ląd Połu-
dniowy okazał się grupą wysepek. Był to archipelag 
nazwany później Wyspami Kerguelena, od nazwiska 
ich odkrywcy – jak już wyżej wspomniano. 

Okazało się,  że mitycznego Lądu Południowego 

szukano na Antarktydzie. „Prawdziwym” Lądem Po-
łudniowym okazała się jednak Australia, oznaczana 
na  średniowiecznych mapach jako „Terra Australis 
Incognita”. Wprawdzie już Holendrzy Willem Janszo-
on (w 1606) i Abel Tasman (1642-1646) odkryli ją i 
nazwali Nową Holandią, ale nie zdawali sobie spra-
wy z odrębności lądu, przypuszczając, że jest to część 
owego mitycznego Lądu Południowego. Odrębność tę 
ustalił dopiero James Cook, który opłynął kontynent 
(1770), a uczestnik drugiej wyprawy Cooka (1772-
1775), Johann Forster, Niemiec, stwierdził, że to nowy 
ląd stanowiący odrębną część świata, dla której Anglik 
M. Flinders zaproponował w 1814 r. nazwę Australia. 

Ci nieco zapomnieni odkrywcy niewielkich wyse-

pek też przyczynili się do poznania naszego globu, 
więc warto pamiętać o ich dokonaniach. 

T

o słowo jest dziś rzadko uży-
wane. Jednak problemy z nim 
związane pozostały, a nawet 
narastają. 

Mezalians to sytuacja, w której kobieta wiąże się 

z kimś spoza swojej sfery. Kategorycznie radzę ci 
tego unikać. 

Problem dotyczy młodych dziewczyn. Kobiety, 

które ukończyły, powiedzmy, 25 lat, wiedzą,  że 
wytrzymanie z kimś spoza własnego  środowiska 
jest po prostu trudne. Są tysiące odniesień, które 
mamy z ludźmi ze swojej sfery, a które po prostu 
nie funkcjonują w mezaliansie. Są też po prostu nie-
porozumienia. Jeśli u nas w Turynie użyjesz słowa 
„sycylijski”, to nikt nie ma wątpliwości, że to cecha 
ujemna; jeśli rozmawiasz z Niemcem, może mieć 
o Sycylii wyobrażenie czerpane z prospektów Nec-
kermanna.

Już nie chcę po raz drugi pisać o wiązaniu się z 

Murzynem, Albańczykiem czy Arabem – piszę o 
Mężczyznach z Włoch. 

Jest to kwestia kultury danego środowiska. Cho-

dzi zarówno o kulturę regionu (o co mniejsza), jak 
i warstwy społecznej. To, co w jednej warstwie jest 
uważane za słuszne, w innej jest uważane za nie-
słuszne. 

Młode dziewczyny pociąga często 

egzotyka. Nowe, nieznane sytuacje i 
skojarzenia. To dobre przez pierwsze 

pół roku. Po tym czasie te różnice zaczynają iry-
tować, a jeśli pojawi się dziecko, staną się niebez-
piecznie palące. 

Jak strasznie trudno jest Włoszce wychować 

dziecko w Ameryce! Utrzymać je w obrębie kultury 
włoskiej – bo jeśli tego nie zrobi, to je po prostu 
straci. Ale dokładnie to samo jest w sprawach to-
warzyskich. 

Ludzie wolnych zawodów, urzędnicy, robotnicy, 

rolnicy mają swoje własne kodeksy wartości. Je-
śli córka pisarza wyjdzie za urzędnika, wejdzie w 
jego rodzinę, to wkrótce przekona się,  że dziecko 
będzie albo gardzić ojcem i jego rodziną (że u nich 
tak wszystko poukładane, że brak im polotu), albo 
gardzić matką (że taka bałaganiara, że nie liczy co-
dziennie rachunków domowych i niczego z nią nie 
można być pewnym).

Popełniając mezalians, skazujesz więc dziecko na 

życie w swoistej schizofrenii. To może być twórcze, 
jeśli dziecko jest dostatecznie odporne psychicznie. 
Ale na pewno będzie dla niego bardzo trudne. 

Więc trzy razy się zastanów, zanim popełnisz me-

zalians.  

Poszukiwania Lądu Południowego

background image

XLVIII

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

R

EDAGUJE

 K

ATARZYNA

 R

ADZIEWICZ

ROZRYWKA

n

ajwiększe

ZI

RZYNA

 R

ADZ

g

łupstwo

R

EDAGUJE

 K

ATAR

t

ygodnia

CZARNY KOŃ

Polak 

ze srebrem!

T

egoroczne Indywidualne Mi-
strzostwa Europy zakończyły się 
sukcesem naszego reprezentanta. 
Startujący z numerem 7 Rado-

sław Wojtaszek osiągnął drugą pozycję 
po 12 dniach ciężkich zmagań. Ostatecz-
nie na rundę przed końcem prowadziło 
trzech zawodników z dorobkiem 8 z 10. 
Po ostatniej kolejce liczba zawodników z 
taką samą ilością punktów jeszcze się po-
większyła, jednak Polak miał lepsze war-
tościowanie, co pozwoliło mu na otrzy-
manie srebrnego medalu. A jeszcze lepsze 
wartościowanie miał Rosjanin – Włodzi-
mierz Potkin.

Wojtaszek – Buhmann 

Aix-les-Bains, 2011

Posunięcie Białych

Pozycja jest trochę lepsza dla naszego 

reprezentanta. Jego fi gury  stoją aktyw-
niej i są ze sobą skoordynowane. To 
sprawiło, że możliwe stało się taktyczne 
uderzenie na f7, co bezlitośnie wyko-
rzystał Radek Wojtaszek: 15.S:f7 W:f7 
16.H:e6 Hf8
. Większe szanse na dalszą 
grę dawało posunięcie 16.He8, jednak i 
w tym wariancie przewaga Białych była-
by dosyć wyraźna. 17.We1 Sc6 18.G:f6 
G:f6 19.Se4 Sa5 20.S:f6+ g:f6 21.H:f7+ 
H:f7 22.G:f7+ K:f7
. Wieża i dwa pionki 
to wystarczająca rekompensata za dwie 
lekkie  fi gury. Teraz Wojtaszek ma pro-
stą drogę do zwycięstwa dzięki słabej 
aktywności bierek przeciwnika i pozycji 
jego Króla: 23.Wac1 Gd5 24.Wc7+ Kg6 
25.b3 Sc6 26.Wd7 Sb4 27.We3 Wc8 
28.h4 Wc1+ 29.Kh2 Gc6 30.Wg3+ Kf5 
31.W:h7 Sd5 32.h5 Wc2 33.h6 W:f2 
34.Whg7
 – i zwycięstwo.

Spielmann – Lisicyn

 Moskwa, 1935

Posunięcie Białych

Rudolf Spielmann ma o fi gurę mniej, a 

biały Skoczek nie ma gdzie uciec. Ale dla-
czego miałby uciekać? Figury Jerzego Li-
sicyna marnie bronią swojego Króla, więc 
austriacki szachista wziął się za matowanie: 
1.Sf5+!! Kg8 (przedłuża cierpienie; po bi-
ciu Skoczka: 1...g:f5 następuje natychmia-
stowy mat: 2.Hg5×). 2.Hh6 Sh5. I wydaje 
się, że wszystko się broni, jednak to tylko 
złudzenie: 3.Hg7+! S:g7 4.Sh6×.

Tigran Gorgijew 

„Československý Šach”, 1930

Białe zaczynają i remisują

Mimo przewagi pionka sytuacja jest kry-

tyczna. Czarny Król w pełni kontroluje 
piony a i c, natomiast biały nie ma szans na 
wyrwanie się z klatki na czas, by dogonić 
czarnego piechura. W takich sytuacjach 
można liczyć tylko na pat. Aby go osią-
gnąć, trzeba grać bardzo uważnie, licząc 
każde tempo: 1.c6! Pionek przesłania prze-
kątną a8-h1, co zapobiega dojściu Hetma-
na z szachem. 1...h6 2.a3 h5 (po 2...Kc7 
równie  łatwo można osiągnąć remis: 3.a4 
K:c6 4.a5 Kb5 5.Kb7 K:a5 6.Kc6 – Król 
znajduje się w kwadracie pionka, więc ła-
two go zdobędzie)  3.a4 h4 4.a5 h3 5.a6 
h2 6.a7 h1W 
(po h1H pat od razu...) 7.c7 
Kd7 8.c8H+ K:c8
 – z patem. Na posunięcie 
1...h5 można znaleźć  łatwą receptę: 2.a4 
Kc7 3.a5 K:c6 4.a6 Kc7 5.a7 h4 – pat. 

W

 

tym tygodniu Nagrodę 
Kwaśnego Ogórka za 
Największe Głupstwo 
Tygodnia otrzymuje 

p.Marek Balicki (SLD, Warszawa) – 
za wywiad udzielony p.Elizie Olczyk z 
„Rzeczpospolitej”, a w nim słowa: 

Jest Pan zadowolony ze zmiany prze-

pisów o narkotykach? 

To jest mały krok w dobrym kie-

runku.

(...) a przepis umożliwiający odstąpie-

nie od karania za posiadanie małej ilości 
narkotyku?

To jest kluczowy przepis, który po-

pieram, choć obawiam się,  że może 
być martwy.
 (...)

W 1997 roku Sejm z rezygnował z ka-

rania za małe ilości narkotyków, ale trzy 
lata później od tego odstąpił.

To było z inicjatywy radykalnej pra-

wicy. Ja byłem temu przeciwny

Z czego wynika, że p.Poseł jest za, 

choć przepis może okazać się martwy 
– natomiast gdy „radykalna prawica” 
(ciekawe kto?!?) uchwaliła coś skutecz-
nego, to p.Poseł był temu przeciwny!! 

Czyżby p.Poseł był na haju po zażyciu, 

niewielkiej oczywiście ilości, narkotyku? 

Kwaśny Ogórek otrzeźwia.

[a.f.]

background image

XLIX

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

J

ANUSZ

 M

IKKE

Niezwykła rozgrywka

ROZRYWKA

W PAJĘCZYNIE

W

 

jesiennych (tam wszystko 
na odwrót...) Mistrzostwach 
Australii w rozdaniu nr 13 
(wiadomo...) p.Sartaj Hans, 

mając piękne 19 PC, otworzył 1

Jest to o tyle bezpieczne, że dziś na 

drugim ręku się nie wchodzi z uwagi na 
możliwe kontrukłady i kontrę – więc na 
czwartym ręku się „bilansuje”: „Otwiera-
jący ma 15 PC, odpowiadający co najwy-
żej sześć, ja mam tylko pięć – to znaczy, 
że mój partner ma co najmniej 14 PC; 
próbujemy!”. I rzeczywiście: pas – pas 
– i p.Stefan Burgess dał re-open 1

.

P. Hans skoczył teraz na 4

 (?!), na co 

p.Michał Courtney dał kontrę. I to się 
utrzymało. 

Walet został przepuszczony. 

Asa 

p.Hans przebił, zagrał 

Asa, przebił 

3-kę, przebił 

Waleta, przebił 

4-kę i 

trzecie Karo. Teraz zgrał 

AK – i kontro-

wszczyk wziął już tylko 

DW.

Niezwykłość rozgrywki polega na tym, 

że na ogół po grze na przebitki już się 
swoich górnych lew nie bierze. Tu ta roz-
grywka wychodziła zawsze – byle E nie 
miał więcej niż trzy Kara. 

Na drugim stole grano 4

. Po ataku w 

atu – tylko bez jednej. 

Te same drużyny spotkały się w fi nale 

– i to było rozdanie nr 6: 

P. Piotr Gill otworzył 1

, na co p.Toni 

Nunn wskoczył 3

, planując po ewentual-

nym 3

 – pas – 3

 zgłosić 3

BA

 wskazują-

ce Trefl e. P. Kieran Dyke (W) powiedział 
jednak 4

 (singleton) – pas – i 4

BA

 (pyta-

nie o Asy). P. Nunn spasował i po odpo-
wiedzi 5

 (dwa z „pięciu Asów”) p.Gill 

dorzucił szlemika!! 

W jasne karty to z miejsca bez dwóch. 

Jednak p.Nunn zaatakował 

5-ką – co jest 

błędem...

Dlaczego błędem? Bo partner nie skon-

trował 4

!  

Rozgrywający zabił, wzruszył ramiona-

mi i zagrał 

Waleta. P. Nunn nie postawił 

Króla w nadziei, że p.Gill zabije i zaim-

pasuje w drugą stronę – ale próżne były 
nadzieje. W ten sposób E  wziął 13 lew: 
sześć w Pikach, cztery w Kierach, 

Asa i 

dwie przebitki Karo w stole. 

Łajdaces Fortuna iuvat – jak mawiali 

starożytni brydżyści.  

A oto rozdanie nr 19 w ostatniej sekście: 

W jasne karty grając 

BA

, można tu wziąć 

i 11 lew. Jednak w Klozecie grano 3

 – 

swoje. A w Open...

W Open p.Nabil Edgtton otworzył 1

 – 

pas – 1

 (sztuczne, 10-12 PC) – i p.Gill 

dał kontrę. Jego zdaniem, wskazującą Piki. 
S spasował (czyżby rekontra była tu SOS?) 
W odszedł w 2

 – pewien, że partner ma 

ich cztery. Kontra – i trzy pasy.  

Atak: 

3-ka. Rozgrywający najwyraź-

niej nie zdawał sobie sprawy z powagi 
położenia, bo odszedł 

2-ką (?). P. Pa-

weł Gosney utrzymał się 

10-ką, zgrał 

Króla (!), odszedł 

2-ką – i postawiony 

teraz 

Król dał rozgrywającemu drugą 

i ostatnią lewę, bo po zgraniu Kierów i 

Króla stół znalazł się w przymusie. 1700 

– i 17 IMP straty. 

Mimo to team p.Hansa wygrał ten zacię-

ty mecz fi nałowy 177:172. 

A 7 
A K W 6 4 3 

A K 10 6 4

K D 9 6 4 3 
10 5 
K 7 5 
5 2

W 8 
D 8 7 2 
A D 4 
D W 8 3

10 5 2 

W 10 9 8 6 3 2 
9 7 





N

W     E

S

W 4 
9 7 6 3 2 
D 9 7 
K 8 5

K D 10 6 
A D 10 8 4 
10 
7 4 2

A 9 8 7 3 2 

A 8 4 
D 9 6 


K 5 
K W 6 5 3 2 
A W 10 3





N

W     E

S

9 6 3 
K 10
K 8 4 3 
A 10 9 2


W 8 7 3 
D W 9 7 6 5 
4 3

K W 8 7 2 
9 6 2 

K W 8 6

A D 10 4 
A D 5 4 
10 2 
D 7 5





N

W     E

S

http://smolensk-2010.pl

Strona zwolenników hipotezy „zama-

chu smoleńskiego”.  Można tu znaleźć na 
przykład „argumenty w pigułce” przema-
wiające za tezą o zamachu czy też przed-
stawione są zabiegi dezinformacyjne tak 
zwanych „mainstreamowych mediów”.

http://rzecz-pospolita.com

Tu można znaleźć mnóstwo informa-

cji na temat związków Smoleńska i całej 
Smoleńszczyzny z Polską. Do dziś można 
w wielu miejscach znaleźć pamiątki związ-
ków miasta z kulturą polską i ogólnie euro-
pejską. Miejscowa szlachta długo opierała 
się rusyfi kacji i podkreślała swe polskie 
pochodzenie. Warto o tym pamiętać, gdy 
mówimy o katastrofi e smoleńskiej...

http://www.worldjewishcongress.org

Ofi cjalny  portal  Światowego Kongresu 

Żydów. Dziś próżno szukać informacji 
związanych z planowanym bojkotem Pol-
ski, do jakiego nawoływał jeden z promi-
nentnych działaczy tej organizacji. Wszel-
kie wzmianki na ten temat wyparowały 
jak kamfora z internetowej wyszukiwarki 
na ofi cjalnej stronie. Pośrednio może to 
oznaczać, że polski rząd jednak jakieś tam 
obietnice ostatnio poczynił, a wystąpienie 
radcy prawnego Kongresu jego koledzy 
potraktowali zapewne jako nieuzgodniony 
wybryk, który tylko może zaszkodzić ne-
gocjacjom. Ofi cjalnie nie ma tematu... 

background image

L

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

F

OT

. www

.best

fi lm.pl

kwota

tytułem

Koszt  prenumeraty: 

  Ce na  nu me ru  po je dyn cze go: 

4,40 zł

;    Ce na  nu me ru  po dwój ne go: 

6,40 zł

;  Ce na bez numerów 1-15/2011

nazwa odbiorcy

3S Media Sp. z o.o.

ul. Lisa Kuli 7/1

01-512 Warszawa

3S Media Sp. z o.o.
01-512 Warszawa   ul. Lisa Kuli 7/1 

Prenumerata tygodnika „Najwyższy CZAS!”

Prenumerata tygodnika 

„Najwyższy CZAS!” za 2011 rok

162 zł 

162 zł 

Sto sześćdziesiąt dwa złote

za 2011 rok

63 1910 1048 2256 0156 5988 0003

63 1910 1048 2256 0156 5988 0003

162 zł

Prenumerata tygodnika

„Najwyższy CZAS!”

za 2011 rok

data          podpis

Słownie:

Do zapłaty:

Pre nu me ra ta  re dak cyj na  jest  wy sy ła na we wtor ki 

o godz. 13.00 pocz tą zwy kłą. Czas do tar cia za le ży 

od spraw noś ci  Pocz ty  Pol skiej  SA.

Uwaga: Na blankiecie proszę wpisać dokładny adres 

pod który ma być wysyłana gazeta

nr rachunku odbiorcy

nazwa zleceniodawcy

Prenumerata wysyłana jest poprzez Pocztę Polską we wtorki. Prenumerata priorytetowa powinna docierać do adresatów krajowych we środy, natomiast zwykła po 3-4 dniach. 

Prenumerata zagraniczna priorytetowa dochodzi w ciągu 2-3 dni, na zwykłą trzeba czekać średnio 7-10 dni, a czasem nawet do 2 tygodni. 

W prenumeracie zwykłej krajowej numer zwykły kosztuje 4,40 złotego, a podwójny 6,40 złotego. Pieniądze prosimy wpłacić na nasze konto podane w powyższym kuponie 

z dopiskiem „Prenumerata 2011”.

Koszt  

nazwa odbior

3S Med

ul. Lisa 

01-512 

63 1910 1

162 zł

Prenumer

„Najwyższ

za 2011 ro

Pre nu me r

o godz. 13

od spraw n

Uwaga: Na

pod który 

gg

nr rachunku 

nazwa zlecenio

P

P

P

P

P

P

P

P

P

P

P

P

P

P

Pr

Pr

P

Pr

P

Pr

r

e

en

e

en

en

um

um

um

umer

eratttt

ataa wy

w syyła

łann

PRENUMERA

T

A

 2011

Szanowni Państwo, oto cennik prenumeraty na 2011 rok. We wpłacie prosimy podać dokładne nazwisko i adres wraz 

z kodem pocztowym oraz numerem telefonu. Prosimy przypilnować Panie na poczcie, by na przelewie znalazły się kompletne informacje – 

dzięki temu unikniemy reklamacji.

Kraj: prenumerata zwykła – 229 złotych, prenumerata priorytetowa – 289 złotych; Europa, Rosja i Izrael: prenumerata zwykła – 419 złotych, prenumerata priory-

tetowa – 549 złotych; Stany Zjednoczone i Kanada: prenumerata zwykła – 449 złotych, prenumerata priorytetowa – 689 złotych; Australia i Oceania: prenumerata zwykła 

– 449 złotych, prenumerata priorytetowa – 969 złotych.

Pamiętacie Państwo Komisję Nadzwyczajną „Przyjazne Państwo”? 

Kierowana przez Janusza Palikota grupa posłów miała upraszczać 

prawo tak, aby obywatelom Rzeczypospolitej „żyło się lepiej”

Dzięki działalności byłego lidera PO zwłaszcza przedsiębiorcza 

część wyborców Donalda Tuska miała zyskać przekonanie, że nowy 

rząd to nie tylko gwarancja beztroskiej sielanki w Nowej Irlandii, bez 

PiS-owców zakłócających niedzielne grillowanie. „Przyjazne Pań-

stwo” było symbolem wolnościowych zapędów Platformy Oby-

watelskiej, którą w 2007 roku naiwnie poparł statystyczny, ciężko 

pracujący przedsiębiorca. Dosyć szybko okazało się, że Komisja to 

tylko pijarowska atrapa, a premier odchudzaniem prawa i poprawą 

jego jakości nie zamierza sobie zawracać głowy, bo przecież kolej-

nych wyborów i tak „nie ma z kim przegrać”, zwłaszcza że Polska to 

„Zielona Wyspa” na wzburzonym morzu kryzysu. 

Prawdziwe symbole działalności komisji Palikota są dwa

Pierwszym jest propozycja legalizacji pędzenia bimbru i jego sprze-

daży w obrębie własnego gospodarstwa bez konieczności spełniania 

surowych wymogów sanitarnych (oczywiście warunkiem miało być 

opłacenie akcyzy). Nota bene podobny pomysł, prawie równolegle 

z Palikotem, miała część litewskich posłów, którzy pod koniec 2010 

roku postulowali legalizację rocznej produkcji do 1000 litrów alkoho-

lu o mocy nie większej niż 65% w ramach danego przedsiębiorstwa 

agroturystycznego. Ideę warto docenić! Cierpiącą na polityczne roz-

dwojenie jaźni (vide: walka z dopalaczami oraz... alkoholizmem!), 

podwyższającą podatki PO trudno popierać na trzeźwo... 

Drugim symbolicznym pomysłem Komisji jest przyjęta przez 

Sejm w zeszłym tygodniu „nowelizacja ustawy o uposażeniu 

byłego Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej”. Podwyżkę pen-

sji wypłacanej dożywotnio byłym prezydentom „

wybranym od 

1989 r. w wyborach 
powszechnych lub 
przez Zgromadzenie 

Narodowe” postulował sam Janusz Palikot w 
styczniu 2010 roku. Jednak dopiero teraz Sejm 
zaakceptował pomysł zwiększenia wynagrodzenia 
z 50% do 75% zasadniczej pensji urzędującej głowy państwa 
(trochę ponad 6 tys. zł. netto).

Prawdą jest, że skutki nowelizacji obciążą budżet symbolicz-

nie (225 tys. zł w skali roku). Prawdą jest, że wynagrodzenie by-
łych prezydentów, do tej pory nie przekraczające kwoty 4 tys. zł 
netto, „całkowicie rozmija się z wynagrodzeniem otrzymywanym 
przez emerytowane głowy państw UE i USA” (w Niemczech 
kwota ta wynosi równowartość ponad 20 tys. zł, a w USA ponad 
40 tys. zł netto). Niestety prawdą jest również, że powyższa regula-
cja ze statutowym „

ograniczeniem biurokracji” i wspieraniem wol-

nego rynku ma tyle wspólnego, ile Donald Tusk z mężem stanu. 

Niestety, 

„Przyjazne Państwo” to symbol całej Platformy, która 

jest przyjazna, ale tylko swoim. Swojaków ostatnio wziął w obronę 
prof. Tomasz Nałęcz (etatowy doradca prezydenta Bronisława Ko-
morowskiego). „Normalnymi premiami urzędniczymi” nazwał graty-
fi kacje po 50 tys. zł dla marszałka i wicemarszałków Sejmu na zakoń-
czenie 2010 roku (sprawa ujrzała światło dzienne dopiero teraz). Takie 
nagrody wicemarszałkom przyznał... marszałek. Wicemarszałkowie 
nie pozostali dłużni i marszałkowi odwdzięczyli się tą samą kwotą. 
Jak we „Wprost” wyjaśnił Stefan Niesiołowski, „chodzi właśnie o to, 
żeby sobie sam nikt nie przyznawał nagród”. Dodał również, iż „nie 
podziela poglądu, że mają się skończyć nagrody, premie, podwyżki, 
kiedy tylko ktoś ogłosi, że państwo jest w trudnej sytuacji”. 

Przecież wiadomo, że w trudnej sytuacji nie jest, bo swojakom 

żyje się lepiej...

I

NKWIZYTOR

 

Przyjazne państwo swojaków

background image

LI

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

FILM

„TRZY MINUTY. 21:37”, Polska, 2010. Scenariusz i reżyseria: Maciej Ślesicki. 

Wykonawcy: Bogusław Linda, Agnieszka Grochowska, Krzysztof Stroiński, Paweł Królikowski, 

Modest Ruciński, Lidia Sadowy, Marcin Walewski i inni. Dystrybucja: Monolith Films.

„TRZY MINUTY. 21:37”, Polska, 

20

20

2

20

20

20

20

20

20

20

10

. Scenar

iu

iu

u

s

s

sz i reżyseria: Maciej Ślesicki. 

Wykonawcy: Bogusław Linda, Agnieszka Grochowska, Krzysztof Stroiński, Paweł Królikowski, 

Modest Ruciński, Lidia Sadowy, Marcin Walewski i inni. Dystrybucja: Monolith Films.

Straszny sąd nad Polską

wchodzącym właśnie na ekra-
ny fi lmie „Trzy minuty. 21:37” 
w reżyserii Macieja Ślesickie-
go piszę z prawdziwym zakło-

potaniem, zażenowaniem i przykrością. 
Film był gotowy w ubiegłym roku, został 
zaprezentowany w konkursie na majo-
wym festiwalu w Gdyni, jednak produ-
cenci i dystrybutor zwlekali z premierą do 
kolejnej rocznicy śmierci Jana Pawła II, 
pokrywającej się z czasem oczekiwania na 
uroczystość Jego beatyfi kacji.  Powodem 
tego jest punkt wyjścia tego utworu, któ-
rego akcja rozgrywa się podczas kilku dni 
żałoby po zgonie Papieża. „Trzy minuty” 
reklamowane są bowiem jako obraz, w 
którym autorzy ukazują zachowania Pola-
ków w chwili po śmierci wielkiego roda-
ka. Niestety fi lm wpisuje się w dominującą 
dziś w polskim kinie, teatrze, literaturze i 
sztuce tendencję jakiegoś upiornego sądu 
nad Polską. Z tego nieustającego cyklu 
mamy obecnie na ekranach „Made in 
Poland” Przemysława Wojcieszka, czoło-
wego anarchisty i buntownika artystycz-
nego młodego pokolenia, który w chętnie 
udzielanych wywiadach bluzga i obrzuca 
błotem wszystko, co w Polsce żyje. Ko-
lejne tego typu pozycje czekają w kolejce 
na ekrany. Ślesicki robi to samo w nieco 
bardziej wyrafi nowanym artystycznie sty-
lu, zasłaniając się w dodatku pamięcią o 
Janie Pawle II i twierdząc, że wprawdzie 
nie robiąc kina religijnego, ukazuje jed-
nak w fi lmie jakieś bliżej nie sprecyzowa-

ne przemiany duchowe niektórych boha-
terów. Rzecz w tym, że owe domniemane 
przemiany są tu trudno widoczne. 

Na akcję fi lmu składa się kilka przepla-

tanych ze sobą kilka wątków. Podstarzały, 
rozpijaczony i sfrustrowany reżyser  fi l-
mowy (postać znana z wielu rodzimych 
komedii) nie może się zebrać do kupy 
podczas kręcenia nowego utworu z zagra-
niczną gwiazdą. Nagle zakochuje się w po-
znanej właśnie nauczycielce angielskiego, 
która porzuca go jednak, wybierając się na 
zagraniczne stypendium. Modny malarz, 
którego młoda narzeczona spodziewa się 
dziecka, zostaje pobity przez skina i leży 
jakiejś szpitalnej trupiarni w stanie śpiączki 
pod opieką zdeprawowanych, nieczułych 
lekarzy i pielęgniarek. Samotny mężczy-
zna z psem, przepędzany ciągle z urzędu, 
staje się terrorystą i ginie od kuli policjan-
ta. W ostatnim wątku autorzy ukazują dra-
matyczne perypetie bezrobotnego chłopa, 
który po wyjściu z więzienia opiekuje się 
synkiem, zajmując się  kłusownictwem i 
bimbrownictwem. Obraz ten ma zawierać 
zatem pewien przekrój naszego społeczeń-
stwa okraszony mętną symboliką, na czele 
z pijanym białym koniem. Zdecydowa-
na większość tych postaci – od artystów, 
lekarzy aż po chłopów – budzi odrazę i 
obrzydzenie. Są to bowiem amoralne typy 
degeneratów, alkoholików, lumpów, prze-
stępców, prymitywów i ciemniaków. A już 
chłopi wyglądają tu jak wyjęci z najnow-
szej książki Grossa – widzimy bowiem 

żądnych krwi prymitywów, wręcz jakąś 
dzicz i podludzi. Ślesicki w swoim upior-
nym sądzie mówi zatem: oto jacy straszni 
są Polacy, rodacy Jana Pawła II, w chwili 
jego śmierci. A Polska to kraj, gdzie trudno 
przejść ulicą, nie narażając się na śmierć. 

Modny dziś sposób konstrukcji fi lmu 

polega na przeplataniu powyższych wąt-
ków w czasie. Trudno się jednak czasami 
zorientować w odniesieniach ukazywa-
nych na ekranie wydarzeń do momentu 
śmierci Papieża. W utworze nie widać 
żadnej  żałoby ani odniesień religijnych, 
reżyserowi zależało tylko na podkreśle-
niu kontrastu miedzy patosem śmierci 
Papieża a ukazaną degrengoladą moralną 
polskiego społeczeństwa. Samozwańcze-
mu sędziemu Polaków z pomocą przyszli 
dziwni sponsorzy. Koproducentami fi lmu 
zostały bowiem takie instytucje jak In-
stytut Papieża Jana Pawła II (instytucja 
samorządu mazowieckiego), Centrum 
Myśli Jana Pawła II (instytucja kultury 
m.st. Warszawy) i państwowe Narodowe 
Centrum Kultury. Na konferencji praso-
wej razem z artystami zasiadł redaktor 
Bogdan Sadowski, wieloletni pracownik 
Redakcji Katolickiej TVP (wyświęcony 
na  świeckiego diakona), który oświad-
czył,  że musimy zmierzyć się z zawartą 
w tym fi lmie prawdą o kondycji moralnej 
naszego społeczeństwa (?!). A przecież 
w „Trzech minutach” nie ma kompletnie 
żadnych odniesień do religii.

M

IROSŁAW

 W

INIARCZYK

 

background image

LII

NR 15 (1090)

 

 

9 KWIETNIA 2011

Dla osób chcących zorientować

się w podstawach szkoły jest to

fundament. Niezwykle pożytecz-

na zwłaszcza w dobie kryzysów
ekonomicznych. Nie mamy wąt-

pliwości, że wiek XXI to wiek po-
wrotu ekonomii wolnorynkowej.

CE NA: 29,90 zł

To pierwsze 

podsumowanie ustaleń 

na temat katastrofy 

smoleńskiej. 

Wyrób sobie własne 

zdanie kto jest winny!  

CE NA: 28,90 zł

Opus  ma gnum  pa pie ża  wol no -
ścio wej  eko no mii.  Je śli  chcesz

do wie dzieć  się  jak  na praw dę

dzia ła  go spo dar ka  i jak  mo gła -

by  dzia łać  gdy by  nie  so cja li -

stycz ne  ab sur dy,  mu sisz  się

z tą  książ ką  za po znać.

CENA: 99 zł

Jest to książka napisana

w sposób prosty i mądry. Jej 

zasadniczym motywem jest

kryzys zapoczątkowany w 2008

roku i zgodnie z tezą autora, 

trwający nadal. Autor rozprawia

się z mitem keynesizmu.

CE NA: 26,90 zł

Prezentowana satyra jest 

opisem polskiej rzeczywistości

na Kresach, widzianej oczami

wyzwolicieli. Sergiusz Piasecki

w humorystycznej formie 

pokazał zderzenie się dwóch

różnych światopoglądów.

CE NA: 17,90 zł

Tego polska historografia jeszcze

nie widziała!  Zbiór dokumentów

pisanych ręką Józefa Stalina, Mi-

kołaja Jeżowa i Henryka Jagody

dotyczący ludobójstwa popełnio-

nego przez Sowietów na Pola-

kach w latach 1937-1938. 

CENA: 28,90 zł

Au

tor „NCz!”

Tom pierwszy antologii najlep-

szych tekstów NCZ! (1990-

1996). Jest to zbior artykułów

tych autorów, którzy w naszym

konserwatywno-liberalnym 

świecie, szczególny akcent kła-

dli i kładą na konserwatyzm. 

CENA: 28,90 zł

Au

tor „NCz!”

Czyżby Tomasz Teluk stracił 

wiarę w libertarianizm? Drugie,

poprawione wydanie jego książ-

ki o najbardziej radykalnych

zwolennikach niczym nieograni-

czonej swobody  to krytyka wol-

nościowej idei! 

CE NA: 20,99 zł

Au

tor „NCz!”

Ro sja  za czy na  zno wu  gro zić. 

Ale czym jest tak na praw dę dzi -

siej sza  Ro sja?  Od po wiedź  da je

w swo jej  książ ce  Woj ciech  Grze -

lak, któ ry chciał w Rosji osiąść

na sta łe, ale ostatecz nie roz my-

ślił się. Do wiedz się dla cze go!

CENA: 28,90 zł

Stanisław Michalkiewicz 

wyjaśnia w pierwszym wywia-

dzie-rzece co to jest razwied-

ka, czym jest „Żywa Cerkiew”

i kapitalizm kompradorski

oraz kim są polscy żydofile.

Musisz to wiedzieć!

CENA: 28,95 zł

Nie jest kolejną pozycją z ga-

tunku spiskowej teorii dziejów. 

Autor, proponuje poddać ruchy

masońskie badaniom, by do-

wiedzieć się, kim są ich uczes-
tnicy, jak zdobywają pieniądze

i dlaczego zależy im na tajności.

CE NA: 42,90 zł

Aby  za ku pić  książ kę  za  po śred nic twem  na szej  księ gar ni  pro szę  wpła cić  na  kon to 

73 1500 1777 1217 7009 1480 0000

(3S Media Sp. z o.o., ul. Lisa Kuli 7/1, 

01-512 Warszawa) od po wia dnią kwotę oraz w tre ści prze ka zu po dać jej ty tuł oraz swój do kład ny ad res (z kodem pocztowym) i numer telefonu. Ce nę książ ki pro szę po więk -

szyć  o koszt  prze sył ki  w wy so ko ści 

9 zł.

Książ ki  wy sy ła ne  są  pocztą. 

Np: „Li ber ta ria nizm” – koszt 20,99 + 9 = 29,99. 

ZAMÓW MIN. 6 KSIĄŻEK – WYSYŁKA BĘDZIE GRATIS!

Chcesz zabrać swoją ulubioną lekturę na wakacje lub
w podróż, masz mało miejsca w bagażu...
– Kup książkę w wersji elektronicznej! 
Łatwa nawigacja, szybka wysyłka, mniejsze koszty!

Satyry polityczne 

Janusza Szpotańskiego

często cytowane przez

Stanisława 

Michalkiewicza zgrupo-
wane w trzech cyklach: 

Gnom, Caryca, Szmaciak.

CE NA: 29,90 zł

Autor pokazuje, że nie trzeba
być mędrcem i nie wystarczy

mieć racje, by zostać autoryte-

tem moralnym, cytowanym,

rozchwytywanym i pokazy-

wanym w mediach, jako drogo-

wskaz wiedzy i cnoty.

CE NA: 34,90   zł

Au

tor „NCz!”

Au

tor „NCz!”

Au

tor „NCz!”

Au

tor „NCz!”

Au

tor „NCz!”

Au

tor „NCz!”

Au

tor „NCz!”

Historia ruchu anarcho-indywi-

dualistycznego w USA. Od ko-

lebki aż po grób. Mało znana

w Polsce tematyka. Autor opi-

suje kolejne fazy rozwoju tego

kierunku ideowego i osobiste

losy jego twórców.

.

CE NA: 22,90 zł

Najbardziej niepoprawna

książka o Unii Europejskiej

na całym świecie! Powstała

na podstawie „Postępu w Eu-

ropie” „Postępu Postępu”

z „NCz!”. Pośmiej się z nami 

z uniokratów!

CE NA 18,90 zł

Jest to książka-legenda.

Została przetłumaczona na wie-

le języków. W latach trzydzie-

stych zrobiła karierę na obu pół-

kulach i odegrała znaczącą rolę

w ukazaniu, kto i jak „robił”

Rewolucję Październikową. 

CE NA: 34,90 zł

Tego jeszcze nie było! Pierw-

szy wywiad-rzeka z Januszem

Korwin-Mikkem przeprowa-
dzony przez Tomasza Som-

mera. Jeśli chcesz dowiedzieć

się kim naprawdę jest JKM to

jest to pozycja obowiązkowa.

CENA: 24,99 zł

Aby za ku pić książ kę w wersji elektronicznej (e-book) za po śred nic twem na szej księ gar ni pro szę wpła cić na kon to 

73 1500 1777 1217 7009 1480 0000

su mę od po wia da ją cą war to ści książ ki oraz w tre ści prze ka zu po dać jej ty tuł oraz swój ad res mailowy na który wyślemy e-booka. 

w wersji 
elektronicznej 

CENA: 18,95 zł

Liberalna wizja mediów daje jed-

nostce możliwość doboru dowol-

nego filtra w ich wyborze. Komer-

cjalizacja telewizji i gazet  jest

w stanie odpowiednio regulować

rynek i – przede wszystkim 

– ograniczyć wpływy polityczne. 

CENA: 28,90 zł

Au

tor „NCz!”

w wersji 
elektronicznej 

CENA: 18,95 zł

w wersji 
elektronicznej 

CENA: 18,95 zł

w wersji 
elektronicznej 

CENA: 18,95 zł

w wersji 
elektronicznej 

CENA: 18,95 zł

w wersji 
elektronicznej 

CENA: 18,95 zł

w wersji 
elektronicznej 

CENA: 18,95 zł

w wersji 
elektronicznej 

CENA: 14,95 zł

NOWOŚĆ

NOWOŚĆ

NOWOŚĆ

NOWOŚĆ

NOWOŚĆ

NOWOŚĆ

NOWOŚĆ

NOWOŚĆ

Oto pierwszy wywiad-rzeka z najbardziej niepokor-

nym polskim filozofem Bogusławem Wolniewiczem,

związanym ze środowiskami skupionymi wokół Radia

Maryja. Jego teksty publikuje m.in. „Najwyższy

CZAS!” i „Rzeczpospolita”. To jeden z najostrzejszych

krytyków upadku cywilizacyjnego i moralne-

go Europy. Znany z niezwykle cel-

nych, a jednocześnie bezlito-

snych i bezkompromi-

sowych analiz sytuacji

politycznej.

KSIĘGARNIA „NCz!”

KSIĘGARNIA „NCz!”

e-book, czyli...
...wersja elektroniczna

Kto stoi za zielonym terrorem?

Dlaczego UE tak łatwo ulega 

szaleństwom ekologów?

CE NA: 21,80 zł

w wersji 
elektronicznej 

CENA: 14,95 zł

Pierw sza  w Pol sce  książ ka  pre -

zen tu ją ca  po li tycz nej  uspra wie dli -

wie nia  wy mu sza nia  po dat ków. 

CE NA: 18,95 zł

Książka opisująca historię

naszego wieku. Autor z nie-

zwykłą starannością pokazu-

je przebieg historii.Książkę

czyta się jak powieść!

Tom I

CENA: 33,9 zł

Tom II

CENA: 39 zł

Pakiet

CENA: 70 zł

www.nczas.com

www.sklep-niezalezna.pl

NOWOŚĆ!
Już w sprzedaży!

NOWOŚĆ!
Już w sprzedaży!

w wersji 
elektronicznej 

CENA: 18,95 zł CE NA: 28,9 zł

NOWOŚĆ

NOWOŚĆ