Kościół na rozdrożu, religia, kościół


http://wiadomosci.onet.pl/1616598,240,1,kioskart.html

Kościół na rozdrożu

Bez gruntownych reform instytucji Kościoła katolicyzm w Polsce w ciągu kilkudziesięciu lat zostanie zepchnięty do postaci niewielkich grup zapiekłych, fundamentalistycznych osobników

Nie mamy władzy nad przyszłością, nie zdradzi nam ona swych tajemnic. Pisanie możliwych scenariuszy wydarzeń przyszłych to zadanie karkołomne. A jednak ciągle próbujemy. By zaspokoić ciekawość, złagodzić niepokój. Pytamy o przyszłość Polski, Europy, świata. Pytamy też, jaki będzie kiedyś Kościół katolicki.

Ecclesia militans

Trzeba się starannie przyjrzeć przeszłości i teraźniejszości, by móc spekulować o przyszłości. Spójrzmy więc pokrótce na historię katolicyzmu w XX wieku. To okres olbrzymich zmian. Przed II wojną światową Kościół katolicki był niechętny innym konfesjom, zgodnie z ówczesną linią Watykanu nastawiony na konfrontację. Mówiło się wtedy, że jest Kościołem walczącym (Ecclesia militans). Wojna prowadzona była na wielu polach, także w bezpośrednim starciu politycznym. Tożsamość katolicyzm budował na poczuciu zagrożenia, skutkującym wrogością wobec świata zewnętrznego (protestantów, prawosławnych, Żydów, masonów, komunistów, ateistów itp.), wzmacnianą iluzorycznym wyobrażeniem o własnej wyższości.

Fot. Getty Images/FPM

0x01 graphic

0x01 graphic

0x01 graphic

Powojenne reformy Soboru Watykańskiego II zapowiadały gruntowne zmiany. Wzywały do otwartości i dialogu, nie potępiania, ale uszanowania odrębnych wyznań, także ludzi niewierzących. Mówiono wtedy o wiośnie Kościoła. Jednak gwałtowne przemiany społeczne i obyczajowe z przełomu lat 60. i 70. wywołały swoistą panikę w kurii rzymskiej i wzmocniły tendencję zachowawczą.

W tym czasie nasz kraj korzystał z "przywileju" izolacji także w tej dziedzinie. Zmiany docierały za żelazną kurtynę powoli i w ograniczonym zakresie. Prymas Polski kardynał Stefan Wyszyński opóźniał wejście w życie wielu innowacji. Bardziej ufnie wobec soborowych nowości nastawiony był biskup krakowski Karol Wojtyła. Po wyborze na papieża kontynuował promocję swojej wizji soboru, co - mówiąc skrótowo - oznaczało otwartość w relacjach Kościoła ze światem.0x01 graphic

REKLAMA

0x01 graphic
0x01 graphic
0x01 graphic


Jan Paweł II, chętny do rozmowy ze światem, nie wykazywał jednak zainteresowania debatą ze "swoimi" na temat kształtu Kościoła. Podnoszącym kontrowersyjne kwestie biskupom i teologom zamykano usta, opinie odmienne od oficjalnie obowiązujących były karane dyscyplinarnie. Papież Polak nie podjął reformy instytucji kościelnych na podstawie nowej teologicznej wizji Kościoła (niewykluczone, że w ogóle jej nie znał). Nie zmienił istotnie prawa kanonicznego, Kościół pozostał w swej strukturze organizacją feudalną. Jan Paweł II nie zreformował także kurii rzymskiej (co być może było jego największym zaniedbaniem), która pozostała instytucją rządzącą się podziemnym życiem układów towarzyskich i finansowych, z co i rusz wybuchającymi skandalami.

Wielka Schizma Wschodnia - czy katolicy i prawosławni będą znów jednością?

W cieniu JPII

Taki jak papież Polak był też polski katolicyzm - zarówno w tym, co pozytywne, jak i w negatywach. Z jednej strony wyniesiona i mitologizowana postać słowiańskiego papieża dodawała otuchy i nadziei na odmianę w upadającym gospodarczo i społecznie państwie schyłku realnego socjalizmu. Z drugiej strony po 1989 roku zarówno postawa papieża, jak i polskich biskupów nie uległa rewizji: krytykujący Kościół dalej byli uznawani za wrogów, jakby PRL trwał, a wolność słowa nie była oczywistością, kiedy rozmowa dotyczyła miejsca Kościoła w państwie.

Rodziła się atmosfera nietykalności Kościoła. Coraz bardziej widoczna była słabość państwa i siła instytucji kościelnych. Urzędnicy, sądy państwowe jakby w uniżeniu przed kapłańską świętością bały się i boją działać lege artis, jeśli mogłoby to nie spodobać się hierarchii. Niewątpliwe jest zjawisko autocenzury dziennikarzy, do myślenia daje milczenie intelektualistów katolickich, którzy zdradzili swe powołanie krytycznego ujmowania kwestii kościelnych.

Papież osobiście ciężko znosił krytykę i do niej nie zachęcał, pomijał milczeniem, nie przyjmował nawet delikatnych uwag przyjaciół (np. sugestii Jacka Woźniakowskiego, by odróżniać problem aborcji od antykoncepcji). W połączeniu z charyzmatem medialnym taka postawa łatwo doprowadziła do jego bałwochwalczego kultu. Duma narodowa, sentymentalizm, myślenie magiczno-mesjańskie kulminowało się w regularnych papieskich pielgrzymkach do ojczyzny, będących swoistymi wiecami jednomyślności, zatopienia w bezbrzeżnym oceanie emocjonalnej samoidentyfikacji narodu. Wtórował temu styl komentarzy większości mediów, pogrążonych w bezkrytycznej akceptacji.

Państwo w państwie

Finanse Kościoła w Polsce stanowią modelowy przykład szarej strefy. Zbyt szeroki jest zakres zwolnień podatkowych kuszących do zakładania tzw. pralni, nie istnieje wymóg księgowania ofiar i datków (ustawa z 15 lutego 1992 r.). Brak stałych pensji duchownych sprawia, że muszą oni utrzymać się na wolnym rynku "sprzedaży" sakramentów (msze, pogrzeby, chrzty, śluby). Stąd znane wiernym śrubowanie stawek, przy równoczesnym zaprzeczaniu, że one w ogóle istnieją (abp Życiński). W mentalności księży ta parafia jest lepsza, w której można więcej zarobić i vice versa.0x01 graphic


Podobnie w Watykanie dzięki immunitetowi państwowemu operacje finansowe nie są transparentne. We Włoszech regularnie wybuchają skandale, o których prasa pisze od lat 90. w związku z podejrzeniami ukrywania w Watykanie pieniędzy pochodzących z przestępstw. Szara strefa w Watykanie to także nieksięgowane nigdzie dochody. Dary, ofiary "na zbożny cel" (pro caritate) są sposobem na odwdzięczenie się, wzbudzenie życzliwości kardynałów, biskupów. Stawki bywają wysokie. Są kardynałowie, którzy za krótkie wystąpienie potrafią wziąć 10 tys. dolarów. Wszystko to z ręki do ręki. W walizkach przywiezione, w walizkach zabrane. Chroniony wiele lat przez Watykan seksualny przestępca, założyciel zakonu Legionistów Chrystusa ks. Marcial Maciel, był także bogaczem.

Za pomocą pieniędzy zabezpieczał swoje interesy w rzymskiej kurii. Analogiczny sposób działania przez dziesiątki lat wypracowywano w Watykanie w sprawie ukrywania przestępstw pedofilskich.

Ratuj się, kto może

Jeśli w strukturze Kościoła nie dokona się żadna zasadnicza zmiana, a kolejni papieże będą bliscy ideowo dotychczasowym - zostanie wzmocnione wszystko, co niedobre w dotychczasowej praktyce. Nowym istotnym czynnikiem będzie stopniowa utrata wpływów politycznych przez instytucje kościelne.

Niechęć do reform nie zatrzyma ewolucji kultury. Rozwój społeczeństwa informacyjnego prowadzi już teraz do głębokich zmian ludzkich postaw, wynikających z niezwykłej, w porównaniu z czasami nie tak jeszcze odległymi, dostępności odmiennych opinii. W rezultacie Kościół katolicki w wielu krajach już stracił, a w Polsce straci ostatecznie monopol na kształtowanie myślenia. Spowoduje to znaczące statystycznie odejścia od Kościoła, postrzeganego jako instytucja domagająca się totalnego podporządkowania, zarówno intelektualnego,- zakazującego i piętnującego głoszenie poglądów "niesłusznych", jak i życiowego, gdzie sprawy osobiste są regulowane przez duchownych aż do najdrobniejszych szczegółów życia intymnego. Dodatkowym argumentem za odrzuceniem takiej formacji religijnej będzie fakt, że chęć regulowania wszystkiego skłania do zejścia do podziemia: stąd fatalne wrażenie obłudy i zakłamania.

Brak zmian w zamkniętym świecie duchownych przyczyni się do coraz liczniejszego porzucania stanu kapłańskiego przez tych, którym starczy sił psychicznych i duchowych do takiego kroku (w myśl zawołania: ratuj się, kto może). Inni pozostaną skupieni na zdobywaniu i utrzymywaniu władzy, a ewentualną utratę wpływów kompensować będą tradycyjnymi środkami znieczulającymi (seks, alkohol, pieniądze). Z kolei pewna mniejszość zanurzać się będzie tak jak dotychczas w radykalizmie pobożnościowym, połączonym z otwartym lub wypieranym rozgoryczeniem, gwałtownymi oskarżeniami świata lub alternatywnie "szczerym współczuciem" wobec zagubionych dusz. Nazywać to będą drogą "duchowej odnowy". Przyciągną w ten sposób jakiś procent osób o skrajnie rygorystycznej wizji życia, niekiedy zaburzonych osobowościowo, niegodzących się na nic z tego, czym jest współczesna cywilizacja.

W rezultacie katolicyzm polski wzorem innych krajów katolickich (Irlandia, Hiszpania) straci wpływy i pozycję. Pozostanie olbrzymi majątek, z którego przy braku powołań coraz starsi duchowni będą się utrzymywać, sprzedając bądź wynajmując jego części (jak to się dzieje dziś w Irlandii). Wszystkie te czynniki sprawią, że w ciągu kilkudziesięciu lat katolicyzm zostanie zepchnięty do postaci niewielkich grup zapiekłych osobników, coraz mniej zdolnych do dialogu, fundamentalistycznych i nietolerancyjnych.

Reformator

Aby tego uniknąć, trzeba przeprowadzić istotne reformy instytucji Kościoła. Pierwszym krokiem - z uwagi na centralistyczną strukturę katolicyzmu, będącego w istocie monarchią absolutną - jest wybór papieża reformatora. Gdyby taki papież zasiadł na tronie biskupim w Rzymie, z monarchy absolutnego stałby się monarchą oświeconym, podejmującym odważne, choć stopniowe reformy instytucjonalne.0x01 graphic
0x01 graphic


Wszelkie próby głębszych reform instytucjonalnych naruszają interesy rozmaitych grup w Watykanie. Byłoby więc niewątpliwie wskazane, żeby papież reformator, zanim podzieli się pomysłami z kimkolwiek, najpierw zadbał o swoje bezpieczeństwo. Tym bardziej że wśród koniecznych reform najważniejsza jest decentralizacja zarządzania Kościołem.

Ograniczyłaby ona pozycję kurii rzymskiej, dziś wszechwładnej. Widać to na przykładzie historii z abp. Paetzem. Winy molestowania kleryków - choć wszystko wskazuje, że bezspornej - nie wykazano mu w sądzie kościelnym. Nie usunięto go ze stanu duchownego (co jest konieczne w takich przypadkach), wręcz przeciwnie - korzystając ze znajomości i wpływów kurialnych, wbrew biskupowi poznańskiemu, bp. Paetz załatwił sobie papiery zwalniające go z kościelnych kar.

Dlatego papież reformator zlikwidowałby system nominacji odgórnych biskupów i proboszczów i zastąpił go wyborami oddolnymi przez wszystkich ochrzczonych. Uwolniłoby to Kościół od oligarchicznej struktury, której celem jest ona sama dla siebie. Zależność od dołów kościelnych stworzyłaby odruchy lojalnościowe wobec wyborców (szacunek dla świeckich) i przerwałaby postawę służalczości duchownych wobec wyższej hierarchii. Rozpuszczeniu zamkniętej kasty księży pochłoniętych własnym funkcjonowaniem sprzyjałoby zniesienie celibatu. Świat księdza nie zamykałby się jedynie w gronie księży kolegów.

Istotnym elementem nowej teologii Kościoła powinna być zasada kolegialności. Częste sobory (Hans Küng postulował zwoływanie ich co pięć lat) nauczyłyby biskupów umiejętności dialogu i współpracy. Otwarta dyskusja uwolniłaby episkopat od strachu przed mówieniem tego, co się naprawdę myśli. Nowa sytuacja, choć szokująca dla wychowanych w starej strukturze duchownych, miałaby istotny walor terapeutyczny.


Reformy oświeconego papieża zmierzałyby w dalszym ciągu do likwidacji demoralizujących przywilejów kościelnych. Często zapisywane są one w konkordatach, a także w ustawach państwowych poszczególnych krajów. Ich zniesienie miałoby ozdrowieńczy wpływ na mentalność duchownych, bo pozbawiłoby ich pozycji uprzywilejowanej w państwie. Zwłaszcza wprowadzenie przejrzystości finansowej (obowiązku księgowania wszystkich dochodów) byłoby znaczącym postępem.

Lekceważenie ogólnych zasad sprawiedliwości w Kościele wynika także ze statusu Watykanu jako odrębnego państwa. Jego likwidacja miałaby istotne walory terapeutyczne. Papież nie byłby już monarchą absolutnym, biskupi w Watykanie nie byliby dyplomatami, Kościół nie uprawiałby polityki światowej (nie wysyłał nuncjuszy wszędzie, gdzie to możliwe), ale stał się tym, do czego został powołany.

Papież reformator poddałby gruntownej reformie prawo kanoniczne. Rozumienie chrztu jako najważniejszego sakramentu prowadziłoby do uznania każdego wierzącego za zasadniczy podmiot prawny -z własnymi rzeczywistymi prawami i obowiązkami. Dzisiejsze prawo nie daje istotnych uprawnień ochrzczonym: wszystko, co dzieje się w Kościele, możliwe jest dopiero za zgodą księdza lub biskupa, albo i papieża. Unowocześnienie prawa oznaczałoby także wprowadzenie wieloinstancyjności sądownictwa oraz jego niezależność od władzy wykonawczej (biskupów).

Nowa teologia mogłaby z czasem pokazać drogę do zniesienia najbardziej gorszącego podziału w Kościele na stan duchownych i świeckich. Uprzywilejowana pozycja sakralna duchownych to zwyczaj najjaskrawiej sprzeczny z nauczaniem Jezusa.0x01 graphic
0x01 graphic


Ostatecznie pojawiłaby się w Kościele katolickim nowa hierarchia wartości. Za cenne uważano by kształtowanie kultury oddolnego dialogu, swobodnego wyboru przewodniczących eucharystii, poszukiwano by charyzmatów (uzdolnień) każdego członka wspólnoty. Już nie ksiądz musiałby głosić kazania, ale ten, kto w danej wspólnocie miałby do tego charyzmę, wrażliwość na słowo, wymowę i religijne wyczucie. Podobnie inne starożytne charyzmaty, opisywane w Nowym Testamencie, mogłyby ożyć w nowej postaci: diakoni i diakonisy, apostołowie i apostołki, prorocy i prorokinie itp.

Zaufanie wobec lokalnych wspólnot pozwoliłoby na akceptację zróżnicowania w praktykach religijnych oraz głoszonych idei religijnych. Odmienność pojmowania tych samych religijnych treści byłaby nie tyle znakiem rozłamu, ile przejawem pożądanej różnorodności. I przede wszystkim okazją do otwartej debaty. Usunięto by raz na zawsze z prawa kościelnego ekskomuniki oraz inne formy potępiania i wykluczania, uznając je za barbarzyńskie i niegodne człowieka metody egzekwowania dyscypliny. Przynależność religijna ostatecznie nie byłaby weryfikowana deklaracjami zewnętrznymi, ale indywidualną wolą przynależności do religijnej wspólnoty, bez jej podważania czy podejrzliwego sprawdzania.

Czy to wszystko jeszcze katolicyzm? Oczywiście tak. To wizja realna, uzasadniona teologicznie i wynikająca ze współczesnej wiedzy o ludzkiej psychologii, o mechanizmach społecznych wspierających lub niszczących rozwój człowieka. Rzeczywista możliwość nie równa się jednak: faktyczna realność. I jeszcze jedna wątpliwość - czy tak idealistycznie rozumiany Kościół ma szanse na przetrwanie? Otóż, jeśli prawdą jest wiara katolicka, że Duch Święty nie opuści Kościoła aż do skończenia świata, wtedy nie ma obawy. Jeśli jednak nie przetrwa? Cóż, wtedy znaczyłoby to jedynie, że obietnica dana Kościołowi była fałszywa. Wybór więc okazuje się wyborem pomiędzy wiarą lub niewiarą. Może zatem warto spróbować?

Tadeusz Bartoś jest byłym dominikaninem, filozofem, profesorem Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora.



Wyszukiwarka