Small Bertrice Dziedzictwo Skye 01 Prawdziwa miłość (poprawiony)

BERTRICE SMALL

PRAWDZIWA MIŁOŚĆ


Queen's Malvern

Wieczór Trzech Króli, rok 1615

PROLOG

Adam de Marisco nie żył. Chwilę wcześniej siedział w fotelu w głównej sali swojego domu, otoczony licznymi członkami rodziny, którzy się zebrali, żeby wspólnie świę­tować. Trzej pasierbowie i dwie pasierbice ze swoimi bliski­mi, wnuczęta i prawnuczęta tworzyli tłum wypełniający sa­lę, w której jeszcze przed chwilą rozbrzmiewał śmiech. Śmiech Adama. Nawet mając osiemdziesiąt cztery lata, rozbawiony Adam wybuchał głośnym śmiechem. Ten ostat­ni przypływ wesołości wywołał wyjątkowo nieprzyzwoity żart, opowiedziany przez Valentinę Burke, jego synową.

Adam otarł oczy, ujął rękę żony i pocałował ją czule. Uśmiechnął się do zebranych i powiedział:

- Niech Bóg błogosławi was wszystkich, moi kochani! - A potem jego ogromna, lwia głowa opadła mu na piersi, a w sali zapanowała śmiertelna cisza.

Wiedziała! Głęboko wstrząśnięta Skye widziała, jak ży­cie ulatuje z jego niebieskich oczu już w chwili, gdy wargi męża dotknęły jej skóry.

O, Adamie, mój najdroższy, najukochańszy, jak możesz mnie tak zostawiać? - pomyślała. Chociaż trzeba przyznać, że miał wspaniałą śmierć. Nie chorował, nie cierpiał i po­zostawił ich ze swoim błogosławieństwem. Jakież to typo­we dla Adama! Jego wielkie serce zawsze przepełniała mi­łość do rodziny. Litościwy Bóg zabrał go, gdy był otoczony tymi, których najbardziej kochał.

- Mamo! - zabrzmiał w pobliżu głos jej córki, Deirdre Blakeley.

Skye uniosła oczy pełne łez. Nie była pewna, czy w takiej chwili poradzi sobie z nimi wszystkimi. Ale kto miał to zro­bić? Wiedziała, że nie będzie mogła w spokoju pogrążyć się w żałobie, dopóki ich nie uspokoi i nie przekona, że wszyst­ko będzie dobrze, pomimo tej straszliwej straty, jaką wła­śnie ponieśli. Kochała swoich bliskich, ale marzyła o nadej­ściu czasu, gdy zajmą się własnymi problemami, nie ogląda­jąc się na nią. Zapanowała nad swoim bólem i rzekła:

- Wszystko będzie dobrze, Deirdre.

A potem otoczyły ją dzieci, okazując miłość, pocieszenie i wsparcie. Lecz w sercu Skye O'Malley pojawiła się ogrom­na pustka, której nic nie mogło wypełnić. Adam de Marisco nie żył, ona zaś pozostała sama, by żyć dalej bez niego.


Zima, rok 1615

ROZDZIAŁ 1

- Nie możesz tu zostać sama, mamo - oświadczyła lady Willow Edwards stanowczym tonem, który dla jej wszyst­kich dzieci oznaczał, że postawi na swoim, cokolwiek by się działo.

Skye O'Malley de Marisco wyglądała przez okno swoje­go gabinetu. Na zewnątrz prószył śnieg, pokrywając grób Adama na wzgórzu. Skye pomyślała, że śnieg jest lepszy, niż pagórek świeżo wzruszonej, ciemnej ziemi. Śnieg wszystko łagodził.

- Masz siedemdziesiąt pięć lat, mamo - ciągnęła dalej Willow.

- Zaledwie miesiąc temu świętowałam siedemdziesiąte czwarte urodziny, Willow - zirytowanym głosem rzekła Skye. Nawet się nie odwróciła od okna. Na dworze robiło się ciemno. Wkrótce nie będzie w stanie dostrzec grobu Adama. Aż do świtu.

- Kobieta w twoim wieku nie może mieszkać sama - na­legała Willow.

- Dlaczego nie może? - zapytała matka.

- Dlaczego? - krzyknęła Willow, nieprzygotowana na py­tanie, na które powinna znać odpowiedź. - Mamo, po pro­stu nie przystoi, żeby matrona w twoim wieku mieszkała sa­ma.

Na dworze zapanowały już zupełne ciemności. Skye spojrzała na najstarszą córkę.

- Jedź do domu, Willow - odezwała się znużonym gło­sem. - Chcę, żebyś wraz z resztą rodzeństwa mnie zostawi­ła, bym mogła w spokoju opłakiwać zmarłego, który przez czterdzieści dwa lata był moim mężem. Wy zaś od śmierci Adama przed czterema dniami nie daliście mi nawet chwi­li wytchnienia. Potrzebuję samotności. Chcę być sama. Jedźcie do domu.

- Ale... ale... - zaczęła Willow, szybko jednak zamilkła pod chłodnym spojrzeniem matki.

- Nie jestem bezradną staruszką, Willow. I zachowałam jeszcze zdrowy rozsądek. Nie mam najmniejszego zamiaru za­mykać domu, odprawić służących i zamieszkać z którymkol­wiek z moich dzieci. Zamierzam zostać w Queen's Malvera aż do śmierci, jasne?

Daisy Kelly, wierna garderobiana Skye, poczuła, że kąciki ust podnoszą się jej w uśmiechu, ale powstrzyma­ła się i, siedząc przy ogniu, spokojnie podszywała obręb przy jednej z sukien swojej pani. Była zdumiona, jak nie­wiele panienka Willow zdawała się wiedzieć o swojej matce, skoro wierzyła, że ta zamieszka z nią bądź z któ­rymkolwiek z dzieci. Zerkając na swoje ściegi, Daisy ze smutkiem uprzytomniła sobie, że obie z panią się posta­rzały, lecz nadal były w pełni zdolne, żeby troszczyć się o siebie.

- Ależ, mamo - nalegała Willow - Queen's Malvern nie jest już twoją własnością. Należy do małego księcia Lundy, Charlesa Fryderyka Stuarta.

- Naprawdę sądzisz, Willow, że moja wnuczka albo ku­rator księcia, lord Glenkirk, wyrzuci mnie z domu? - wark­nęła Skye. - Wydaje mi się, że to ty zwariowałaś, a nie ja.

- Jemmie Leslie na jesieni znów zwrócił się do sądu - poinformowała Willow matkę.

- Jest wściekły, że nie udało mu się odnaleźć Jasmine we Francji. Na wiosnę miną dwa lata, odkąd od niego uciekła, zabierając ze sobą dzieci.

Skye zachichotała złośliwie.

- Nie mam pojęcia, czemu nie był w stanie jej znaleźć. Przecież Adam właściwie powiedział mu wprost, gdzie jej szukać. Ale wtedy ja, oczywiście, posłałam umyślnego, że­by ją uprzedzić o tym, że dziadek się wygadał.

- Jak mogłaś, mamo? - jęknęła Willow. - Zrobisz sobie wroga z króla, jeśli ludzie się dowiedzą, że przeciwstawiasz się woli Jakuba Stuarta! Czy nie wystarczy ci, że nie cierpiała cię nasza królowa Bess? Czy z wiekiem nie przybyło ci rozumu?

- Moja kochana wnuczka dwukrotnie wyszła za mąż, że­by zadowolić swoją rodzinę - zdecydowanym głosem oświadczyła Skye. - Mam nadzieję, że tym razem będzie mogła sama dokonać wyboru, Willow. Nikt nie powinien zmuszać Jasmine do ślubu, nawet król. Poprzednie próby były czystą głupotą ze strony Jakuba Stuarta i jego naiwnej, romantycznej żony.

- Ale Jemmie Leslie kocha Jasmine, mamo - łagodnym głosem zauważyła Willow.

- Wiem - odrzekła Skye. - Ale nie mam pewności, czy Jasmine kocha jego. Na wiosnę wybiorę się do Francji i za­wiadomię moją wnuczkę o śmierci dziadka. Wtedy zoba­czymy, jakie będzie miała plany. Tęsknię za nią, ale to ona musi podjąć decyzję.

- Pojedziesz do Francji? - Willow popatrzyła przerażona.

- Zaraz dam ci klapsa, Willow, jeśli uważasz, że jestem już za stara na podróże - zagroziła córce Skye.

- Nic takiego nie powiedziałam - odparła Willow, cho­ciaż dokładnie tak uważała.

- A kiedy przestanie padać śnieg, wyjedziesz - ostro rzu­ciła Skye. - Ty i twoje rodzeństwo. Potrzebuję czasu, żeby pogodzić się z utratą mojego ukochanego Adama. Muszę zostać sama. Wiem, że tego nie rozumiesz, Willow, ale mu­sicie uszanować moją wolę.

Willow skinęła głową, pokonana i, dygnąwszy matce, opuściła jej apartamenty i udała się do salonu, gdzie czeka­li na nią bracia i siostry.

- I co? Czy nasza zdziecinniała matka zamieszka u cie­bie? - z błyskiem w zielonych oczach zapytał Robin Southwood, hrabia Lynmouth.

- Cicho bądź, Robinie! - parsknęła Willow. - Nie znoszę, kiedy jesteś taki zadowolony z siebie. Mama jest szalenie uparta, jak zawsze, gdy się ją prosi, żeby zachowywała się roz­sądnie. Jak się spodziewaliście, niczego nie udało mi się osią­gnąć, ale musiałam spróbować. Mama chce, żebyśmy wszyscy wyjechali, gdy tylko przestanie padać śnieg.

- Czy może zostać sama? - zaniepokoiła się hrabina Angel Lynmouth.

- Nalega na to - skwaszonym głosem odparła Willow.

- Mogę to zrozumieć - wtrąciła lady Deirdre Blackthorne, „środkowa" córka Skye.

- Mama nikomu nie może okazać słabości, nawet swo­im dzieciom. Czy ktokolwiek z was widział, jak płacze? Musimy wyjechać, żeby mama mogła po swojemu opłaki­wać Adama.

Wszyscy, nawet Willow, kiwnęli głowami na znak zgody.

- To nie jest silna zawieja - rzekł lord Padraic Burke. - Jutro powinna się skończyć. Każmy więc naszym służącym rozpocząć pakowanie.

- Mama powiedziała, że wybierze się do Francji, by oso­biście zakomunikować Jasmine o śmierci Adama - poin­formowała ich Willow.

- Czy przesłano wiadomość moim rodzicom? - zapytała hrabina Sybilla Kempe, wnuczka małżonków de Marisco.

- Od razu następnego dnia posłałem do nich umyślnego - odpowiedział jej wuj, Robin Southwood. - Nie przypusz­czam, żeby przy tej pogodzie dotarł już do Dun Broc, ale za kilka dni Velvet dowie się o śmierci swojego ojca.

- Biedna mama - szepnęła Sybilla, a jej mąż pocieszają­cym gestem otoczył ją ramieniem.

- Tak, Velvet będzie załamana - rzeczowym głosem rzekł Murrough O'Flaherty.

- Uwielbiała Adama. Cholera! Wszyscy go uwielbiali­śmy, prawda? Był jedynym ojcem, jakiego znaliśmy. Żaden z pozostałych mężów matki nie żył dość długo, żebyśmy mogli go zapamiętać.

Pozostali uroczyście pokiwali głowami.

- Adam był dla nas wszystkich ojcem - potwierdził lord Burke - i to bardzo dobrym ojcem. Wiele się od niego na­uczyliśmy.

- Myślicie, że mama poradzi sobie z tą stratą? - zapyta­ła powątpiewająco Deirdre.

- Bardzo jej będzie go brakowało - spokojnie odrzekł Robin - ale nie wydaje mi się, żeby Skye O'Malley była go­towa pożegnać się z tym światem. W końcu przeżyła utra­tę pozostałych mężów.

- Była młodsza - zauważyła Willow.

- To prawda - zgodził się z siostrą Robin. - Teraz jednak jest silniejsza niż kiedykolwiek. Zostawimy matkę, żeby mo­gła opłakiwać naszego ojca, jak chce. A potem zobaczymy.

- Ciekawa jestem, czy jeszcze kiedyś wyjdzie za mąż - mruknęła Valentina Burke.

- Nigdy! Jestem tego pewien - z naciskiem odparł Robin.

Śnieg przestał padać następnego dnia i dzieci Skye O'Malley wraz z innymi krewnymi opuścili Queen's Malvern. Wszyscy pożegnali się z nią serdecznie, po czym zajęli miej­sca w powozach, żeby rozpocząć powrót do domów.

- Poślesz po mnie, gdy tylko będę ci potrzebny, siostro, prawda? - zapytał lord Bliss, Conn O'Malley St. Michael, swoją starszą siostrę.

- Jeśli będę cię potrzebować - odpowiedziała mu Skye. Conn potrząsnął głową. Wiedział, że jego siostra była dumną kobietą, ale on wraz z żoną Aidan mieszkali dość blisko, na wypadek gdyby coś się stało.

- „Róża Cardifru" będzie zawsze gotowa, mamo, gdybyś jej potrzebowała - szepnął Murrough OTlaherty tak ci­cho, żeby tylko ona mogła go usłyszeć.

Skye skinęła głową i ucałowała swojego drugiego sy­na i jego żonę.

- Niech Bóg bezpiecznie doprowadzi was do domu - rzekła.

- Po prostu nie wiem, co ci mam powiedzieć, mamo - oświadczyła Willow, po raz ostatni stając przed obliczem matki.

- Wystarczy, że się pożegnasz - odpowiedziała Skye, ca­łując córkę w policzek. Odwracając się do zięcia, Jamesa, rzekła: - Niech Bóg ma was w opiece, milordzie. Nie za­zdroszczę wam tej podróży.

- Mocno śpię podczas jazdy - odparł z błyskiem w oczach. - Nic nie słyszę.

- Dzięki Bogu! - rzekła Skye, po czym zwróciła się do swojej wnuczki, Sybilli. - Znów jesteś w ciąży, Sibby?

- Tak, babciu - zachichotała Sybilla. - Obawiam się, że jestem w ciąży. To będzie już piąte dziecko. Przyjdzie na świat na początku czerwca. Może mamie się spodoba.

Skye skinęła głową.

- Opiekujcie się sobą nawzajem - zwróciła się do Sybil­li i jej męża Toma Ashburne'a, księcia Kempe.

Deirdre Burke zbierało się na płacz, ale żegnając się z matką, zmusiła się do opanowania.

- No, Deirdre - Skye zbeształa najwrażliwsze ze swoich dzieci - jedź do domu. Przecież mieszkasz tak blisko, że możesz mnie odwiedzać, gdy tylko zechcesz, ale, na miłość boską, daj mi kilka dni spokoju.

Deirdre przełknęła z trudem i skinęła głową, a jej mąż John pomógł jej zająć miejsce w powozie.

- Nie podoba mi się, że cię zostawiam w takiej sytuacji - powiedział Padraic Burke.

- Potrzebuję samotności - odpowiedziała Skye najmłod­szemu synowi. - Jeśli będę czegoś potrzebować, to w pobli­żu mam wielu członków naszej rodziny. - Uścisnęła go. - Jesteś podobny do swojego ojca. Wydaje ci się, że nie po­trafię się sama o siebie zatroszczyć. Ale dam sobie radę, Padraicu. A teraz pozwólcie mi opłakiwać mojego Adama.

- Wsiadaj do powozu - zdecydowanym głosem rzuciła jego żona, Valentina. Cmoknęła teściową w policzek i pu­ściła do niej oczko.

Hrabia Lynmouth wraz z rodziną odjeżdżał ostatni. Angel i jej dzieci pożegnali się ze Skye. Potem przyszła kolej na Robina Southwooda.

- Czy poradzisz się mnie, mamo, zanim zrobisz coś po­chopnie? - zapytał.

- Raczej nie, Robinie - odpowiedziała, uśmiechając się.

- Już coś knujesz - oskarżył ją.

Uśmiechnęła się przekornie.

- Skąd wiesz? Od wielu lat nic nie knułam, Robinie. Roześmiał się.

- Pamiętam to twoje spojrzenie, mamo. - Potem spo­ważniał. - Cieszę się, że w wieczór Trzech Króli znalazłem się tutaj zamiast wydawać przyjęcie w Londynie. Przyjęcia stały się potwornie kosztowne. Dobrze, że w tym roku przyjechałem do Queen's Malvern.

- Uwielbiałam przyjęcia organizowane przez twojego oj­ca - rzekła Skye, czując przypływ wspomnień. - A zwłaszcza uroczystości wieczoru Trzech Króli. Stale mam przed ocza­mi królewską barkę, płynącą w górę rzeki do Lynmouth House. Wieczór Trzech Króli zawsze miał dla mnie specjal­ne znaczenie. Wtedy poczułam, że jestem z tobą w ciąży, Robinie. A pamiętasz tamten wieczór Trzech Króli parę lat temu, gdy Jasmine omal nie wywołała skandalu, kiedy Sybilla przyłapała ją w łóżku z lordem Leslie? A teraz wieczór Trzech Króli zawsze będzie mi się kojarzył ze śmiercią Ada­ma. - Wzdrygnęła się i mocniej otuliła peleryną. - Już nigdy nie będę się cieszyć tymi świętami.

- A wydawało mi się, że potrzebujesz samotności - rzekł Robin. - Nie mam ochoty cię zostawiać, mamo. - Mocno otoczył ją ramieniem.

- W tej chwili czuję się bardzo wątła i słaba, Robinie - przyznała - ale to minie. Tak było w przypadku twojego oj­ca i Nialla.

Ale zawsze stał za tobą murem Adam - pomyślał Robin, lecz zachował tę myśl dla siebie.

- Daj znać, zanim opuścisz Anglię. I powiedz Jasmine, żeby wracała do domu. Pocałował jej miękki policzek i mocno przytulił.

- Niech Bóg cię prowadzi - rzekła Skye do syna. Potem stała, patrząc, jak jego powóz oddala się drogą i znika za zakrętem.

- Jest pani podstępną starą kobietą - powiedziała swojej chleb o dawczyni Daisy, prowadząc ją do domu. - Nie zamie­rza mu pani powiedzieć, kiedy jedzie do Francji, prawda?

Skye zaśmiała się.

- Pewnie, że nie - odpowiedziała. - Jeśli zdradzę Robi­nowi, ten powie lordowi Glenkirk, który postanowi ruszyć za mną do Jasmine i dzieci. Nie, nic mu nie powiem.

- I tak poinformuje lorda, gdy za kilka dni będzie prze­jeżdżał przez Londyn - stwierdziła Daisy.

- Dlatego też będę już wówczas w drodze do Francji - wyjaśniła Skye swojej garderobianej. - Nie wykorzystają mnie, aby zmusić moją kochaną dziewczynę do powrotu do Anglii. Nie wróci, jeśli sama nie będzie chciała.

- Ależ z pani podstępna istota - zachichotała Daisy, ale szybko spoważniała. - Jak jednak będzie pani opłakiwać je­go lordowską mość, jeśli pani wyjedzie?

- Nie muszę siedzieć w Queen's Malvern, żeby nosić ża­łobę po moim Adamie. Adam jest zawsze przy mnie, obo­jętne, gdzie się znajduję - powiedziała Skye.

- Jeszcze dzisiaj zacznę pakowanie - rzekła Daisy. - I będę się modliła, żeby podczas naszej podróży do Francji morze było spokojne.

- Nie musisz ze mną jechać, Daisy. Mogę zabrać ze so­bą jakąś młodą dziewczynę do pomocy. Myślę, że Martha by się nadawała. Jak sądzisz?

- Nie sądzę! - odparła urażona Daisy. - Nie pojedzie pani beze mnie, panienko Skye. Jesteśmy rówieśniczkami. Jeśli pani może podróżować, to ja także. Martha, też mi coś! Ta dziewczyna to kocmołuch; nie potrafiłaby usłużyć nawet dziecku. Martha, akurat - prychnęła Daisy. A potem pospieszyła, żeby zacząć pakowanie.

Skye nie zdjęła jeszcze peleryny. Naciągnęła na głowę kaptur i wymknęła się z domu. Ruszyła przez sięgający ko­stek śnieg w stronę pagórka, gdzie znajdował się grób jej męża. Niewielki drewniany krzyż znaczył miejsce pochów­ku. Później miał tam stanąć tam bardziej okazały, kamien­ny pomnik. Zatrzymała się i spojrzała w dół.

- No cóż, staruszku - rzekła cicho - przez ciebie nie za­pomnimy tego wieczoru Trzech Króli. Jak mogłeś mnie zo­stawić, Adamie? Och, wiem, że to nie twoja wina. - Wes­tchnęła ciężko. - Wszyscy już wyjechali. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam równie zła na Willow. Tak, rozumiem, że chce dobrze, ale wiesz, jak nie znoszę, kiedy usi­łuje układać mi życie. Trzy córki. Jedna stale ryczy jak osioł, druga jest cicha jak myszka, a trzecia w Szkocji. Co za los!

Łagodny powiew wiatru poruszył futro, jakim obszyty był brzeg kaptura, i na ustach Skye pojawił się lekki uśmiech.

- Nie próbuj teraz mnie udobruchać, Adamie de Marisco - powiedziała. - Wiesz, że mam rację. Żadna z moich córek ani trochę mnie nie przypomina. Tylko Jasmine jest jak ja, staruszku, i świetnie o tym wiesz. Muszę cię teraz na jakiś czas zostawić, bo wyruszam do Francji, żeby ją poinformo­wać o twoim odejściu. Czuję, że cieszy się teraz swoją swo­bodą, ale najwyższy czas, żeby wróciła z dziećmi do domu i się ustatkowała. Nie będzie miała łatwo z lordem Leslie, dopóki się z nim nie pogodzi. Miałeś rację, Adamie. Już dawno powinnam była nalegać, żeby wróciła do domu, za­miast podtrzymywać ją w jej buncie. Och, Adamie, niemal słyszę twój śmiech po moim wyznaniu. Rzadko przyznawa­łam, że byłeś mądrzejszy ode mnie, ale byłeś, mój kochany.

Dwa dni później, zanim świt zaczął rozjaśniać niebo na wschodzie, Thistlewood, stangret wspiął się na kozioł ogromnej karocy swojej pani, gdzie czekał już na niego po­mocnik.

- Cóż, mój chłopcze - powiedział, wydychając obłoczek pary - wyruszamy do Francji. Przynajmniej zapowiada się ładny dzień, ale jest potwornie zimno. - Usadowił się i od­wrócił do młodego człowieka z zapytaniem. - Jesteś goto­wy? - Widząc potakujący gest swojego towarzysza, Thistle­wood strzelił z bata nad końskimi głowami. Powóz potoczył się do przodu, ruszając powoli po podjeździe w stronę głów­nej drogi, wiodącej na południowy wschód, ku wybrzeżu.

W Londynie hrabia Lynmouth odnalazł swojego przyja­ciela, lorda Glenkirka.

- Masz ochotę utemperować tę dziką jędzę? - zapytał z przewrotnym uśmiechem na ustach.

- Wiesz, gdzie ona jest? - zimnym głosem odpowiedział pytaniem James Leslie.

- Nie, ale jeśli się pospieszysz, powiem ci, jak możesz ją znaleźć - odparł Robin Southwood. Po czym zaczął opo­wiadać o śmierci swojego ojczyma i o oświadczeniu Skye, że wybierze się do Francji, żeby poinformować o tym Jasmine.

- Na wiosnę? - mruknął James Leslie. - To mnóstwo czasu.

- Moja matka wspomniała o wiośnie, ale jest podstępna, jak zawsze. Mogę się założyć, że już wyruszyła w drogę i pę­dzi w stronę wybrzeża, bowiem świetnie wie, że przejeżdża­jąc przez Londyn o wszystkim ci opowiem. Posłałem dwóch jeźdźców za moim bratem Murroughem. Wczoraj przesłali mi wiadomość, że nie pojechał prosto do domu, jak zapo­wiadał, lecz skierował się w stronę Harwich. Mama wypły­nie stamtąd do Calais. Musisz udać się do Dover, żeby ją doścignąć i ruszyć w ślad za nią, a wtedy zaprowadzi cię do miejsca, gdzie ukrywa się Jasmine.

Lord Glenkirk w zamyśleniu zmrużył oczy. Dzięki Robi­nowi Southwood miał wreszcie szansę dopaść krnąbrną wdowę po markizie Westleigh, Jasmine de Marisco Lin­dley. Kiedyś wydawało mu się, że ją kocha, ale w czasie tych dwudziestu jeden miesięcy, odkąd wystawiła go na po­śmiewisko na dworze, odtrącając go pomimo rozkazu kró­la Jakuba, żeby go poślubić, nauczył się ją nienawidzić. Co gorsza, zabrała ze sobą wnuka króla, dziecko, które miała ze zmarłym księciem Henrym. A przecież król wyznaczył Glenkirka prawnym opiekunem chłopca. Teraz, po raz pierwszy od niemal dwóch lat, miał realną szansę odnaleźć Jasmine i instynktownie czuł, że mu się to uda.

Przez cały czas wiedział, że była we Francji, ale chociaż trzy razy pokonywał Kanał, żeby ją złapać, zawsze była nie­obecna, a jej francuscy krewni utrzymywali, że nic o niej nie wiedzą i w typowo francuski, irytujący sposób wzrusza­li ramionami. On jednak miał własnych informatorów, swoich kuzynów, którzy zawarli związki małżeńskie we Francji. Przez wiele miesięcy bawili się w kotka i myszkę, ale w jakiś sposób Jasmine zawsze dowiadywała się, kiedy miał się zjawić, i znikała z dziećmi, zanim mógł się z nią zo­baczyć. Tym razem będzie inaczej, nikt bowiem nie wie­dział, że ma przyjechać, bo będzie śledził leciwą hrabinę Lundy aż do samych drzwi Jasmine. A wtedy... Uśmiechnął się drapieżnie.

- Rozumiem, że ucieszyły cię moje informacje - rzekł Robin Southwood.

- Owszem - odpowiedział Glenkirk.

- Jeszcze jedna rzecz - rzekł hrabia Lynmouth spokoj­nym, poważnym głosem. - Choć teraz tytuł księcia Lundy przypada Charlesowi Fryderykowi Stuartowi, to Queen's Malvern, tak jak od dziesięcioleci, jest domem mojej mat­ki. Możesz się mścić na Jasmine, jak ci się żywnie podoba, ale masz traktować moją matkę z należnym jej szacunkiem i nie wolno ci jej wyrzucić z domu. Jeśli nie okażesz jej wła­ściwej uprzejmości, będziesz miał do czynienia nie tylko ze mną. Pamiętaj, że jej zięciem jest BrocCairn, spowinowa­cony z królem. A BrocCairn jest również ojczymem Jasmi­ne. Nie zapominaj też o Alcesterze, Kempe i lordzie Burke. Będą bardzo niezadowoleni, jeśli mama zostanie nara­żona na jakiekolwiek niewygody.

Lord Glenkirk obdarzył przyjaciela lodowatym uśmie­chem.

- Jestem w pełni świadomy rodzinnych koneksji mada­me Skye, Robinie. Nie zamierzam się kłócić z twoją matką, chociaż podejrzewam, że maczała we wszystkim palce bar­dziej, niż nam się obu wydaje. A poza tym, czyż nie wiesz, że Queen's Malvern i tak należy do niej? Dom nie prze­chodzi wraz z tytułem na następców.

- Oczywiście! - odpowiedział Robin. - Przed laty wraz z Adamem kupiła ten majątek od królowej. Bess zawsze brakowało pieniędzy. Oddała więc te królewskie dobra moim rodzicom w dzierżawę. A potem sprzedała je mojej matce i ojczymowi, gdy nie mogła zapłacić swoich rachun­ków i potrzebowała gotówki.

- Nie musisz się więc martwić, że twoja matka zamiesz­ka z tobą - zażartował z przyjaciela Glenkirk.

- Zamieszka ze mną? - roześmiał się hrabia Lynmouth. - Moja siostra powiedziała mamie, że wdowa w jej wieku nie powinna mieszkać sama i nalegała, żeby mama prze­niosła się do niej. Czy muszę ci mówić, jaki był rezultat tej sugestii, Jemmie? Moja matka od urodzenia robiła to, co chciała i będzie tak postępować aż do śmierci. Między na­mi mówiąc, wcale nie jestem przekonany, że Pan Bóg ze­chce ją wezwać szybko do siebie.

Glenkirk zaśmiał się głośno.

- Może masz rację - rzekł.

Pożegnawszy się z Jamesem Leslie, Robin Southwo - od wraz z rodziną ruszył w dalszą drogę do domu w Lynmo­uth w Devon. Czekał tam już na niego jeden z jego ludzi.

- Miałeś rację, panie - powiedział służący. - „Róża Cardifru" była zacumowana w Harwich i podczas dzisiejszego odpływu miała wypłynąć do Francji. Na pokładzie oczeki­wano pańskiej matki. Minąłem jej powóz na drodze dwa dni wcześniej, ale nikt mnie nie rozpoznał.

- Myślisz, że tym razem James Leslie odnajdzie Jasmine? - spytała męża hrabina Angel Lynmouth.

- Jeśli nie zmitrężył czasu, mógł przybyć do Calais przed mamą - stwierdził hrabia. - Nawet przy pomyślnym wietrze rejs z Harwich zajmie jej przynajmniej całą noc. Rejs z Dover trwa o wiele krócej, kochana. - Poklepał ją po pięknej ręce.

- Czemu więc madame Skye nie wybrała takiej trasy, Robinie? - spytała zaciekawiona.

- Bo mama nie chciała zbliżać się do Londynu w obawie, że ktoś mógłby ją rozpoznać, chociaż na dworze nie ma już wielu łudzi, którzy by ją znali. Niemniej nie chciała ryzyko­wać. Wolała dłuższą podróż morską niż ryzyko, że wydadzą się jej kłamstwa. Ale tym razem jest skazana na niepowo­dzenie.

- Ale chyba Jemmie nie pokaże się jej, dopóki nie do­trze bezpiecznie do Jasmine? - spytała Angel.

- Oczywiście, że nie - przytaknął Robin. - Nie jestem pewny, co zrobi, sądzę jednak, że moja siostrzenica uczyni­ła sobie wroga z człowieka, który ma zostać jej mężem. Będzie musiała ciężko się napracować, żeby zdobyć sobie na powrót jego przychylność.

- A mnie się wydaje, że to James Leslie będzie musiał odłożyć na bok swoją dumę i zadać sobie wiele trudu, żeby oczarować Jasmine, bo inaczej ich wspólne życie zamieni się w piekło. Żadne z nich nie ma łatwego charakteru.

Robin roześmiał się.

- Jesteś mądrą kobietą, kochanie - powiedział żonie. - I zaczynasz mówić jak moja matka.

- Cóż za miły komplement, Robinie - rzekła z uśmie­chem Angel Southwood i oczy jej rozbłysły.

Zaśmiał się.

- O każdej innej kobiecie mógłbym pomyśleć, że jest sarkastyczna, ale nie o tobie, kochanie. W głębi ducha je­steś zadowolona, że przypominasz mi mamę.

Angel skinęła głową.

- Jest wspaniałą kobietą, Robinie!

- Tak - zgodził się hrabia Lynmouth. - Jest wspaniałą kobietą, ale, na Boga, na starość nie sprawia mniej kłopo­tów niż jako młoda dziewczyna. - Zachichotał. - James Le­slie będzie miał pełne ręce roboty z nimi dwiema! Nie za­zdroszczę mu tej wyprawy.



ROZDZIAŁ 2

James Leslie wyjechał z Londynu niemal natychmiast, w towarzystwie swojego służącego, Fergusa More'a. Zgod­nie z sugestią hrabiego Lynmouth wyruszyli z Dover i cze­kali w Calais na wpłynięcie do portu „Róży Cardifru". Sto­jąc w cieniu obserwowali, jak zarzucono cumy, ustawiono trap i pospiesznie dokonano rozładunku statku. Duży po­wóz Skye odbył krótką podróż przez kanał przywiązany do pokładu statku. Teraz ostrożnie spuszczono go na ląd w pobliżu drzwi do ogromnych magazynów. Drzwi otwo­rzyły się natychmiast i ze środka wyprowadzono parę ma­sywnych koni, żeby je zaprząc do powozu. Ruch wokół po­wozu nie wzbudzał szczególnej uwagi lorda Glenkirk. Ob­serwował trap. W końcu ukazała się na nim madame Skye w towarzystwie kapitana statku, który odprowadził ją do powozu. Za nimi podążali służący.

Dopiero gdy Skye zajęła miejsce w powozie, a obaj stan­greci zasiedli na koźle, lord szepnął do swojego towarzysza:

- Czas dosiąść koni, Fergusie. Nie możemy zgubić star­szej pani.

- Jest tylko jedna droga z portu - odpowiedział Fergus. - Najlepiej będzie, jeśli zaczekamy na nią przy wyjeździe. Nie chcesz, panie, żeby ktokolwiek widział, że ją śledzimy, a tutaj kręci się zbyt wielu jej ludzi.

James Leslie kiwnął głową Obaj mężczyźni dyskretnie wyprowadzili swoje wierzchowce z cienia i wydostali się z portu. Niedługo potem powóz znalazł się na ulicach Calais i lord rozpoczął swój pościg. Po opuszczeniu miasta ruszyli drogą w stronę Amiens, a następnie do Paryża. James Leslie był zdumiony, jak nieustraszonym podróżnikiem była, pomi­mo swojego wieku, jego zwierzyna W żadnej gospodzie nie zatrzymała się na dłużej niż na jedną noc, nawet w Paryżu, gdzie omal jej nie zgubił, nie zanocowała bowiem w zajeź­dzie, lecz w domu jednego z krewnych zmarłego męża. Zało­żywszy, że następnego dnia rano madame Skye nie wyruszy wcześniej niż zwykle, wybrał pobliską oberżę, gdzie wraz z Fergusem mogli się posilić i spędzić noc.

- Miał pan rację - stwierdził Fergus następnego ranka, gdy podjęli pościg.

- Nie jest głupia - odparł lord. - Zależy jej, by jak naj­szybciej dotrzeć do celu, ale wie, że i ona sama, i jej konie potrzebują odpoczynku. Nie ma powodu do pośpiechu, cho­ciaż z pewnością madame Skye nie traci czasu. Z Paryża do Fontainebleau, a potem do Montargis, Orleans i Blois.

- Zmierza do Archambault - powiedział lord.

- Byliśmy tam już wcześniej i nie znaleźliśmy pana damy - zauważył Fergus More. - Nie boi się pan, że starsza pani zdaje sobie sprawę z tego, że jest śledzona?

- Byliśmy zbyt ostrożni - oświadczył z przekonaniem Ja­mes Leslie.

Jednak minęli bramy Archambault. Parę kilometrów za miastem powóz skręcił w końcu w wąską, boczną drogę. James Leslie zatrzymał konia. Mżyło, podobnie jak w cią­gu ostatnich paru dni. Bez słowa dał znak Fergusowi, żeby ostrożnie się przybliżył.

- Ta droga może prowadzić tylko w jedno miejsce - rzekł cicho. - Do jakichś ludzkich siedzib. Poczekamy i damy madame Skye czas na dotarcie do miejsca przeznaczenia.

Okrył się peleryną. Panował przenikliwy ziąb.

- W mijanej wiosce widziałem niewielką gospodę - z na­dzieją w głosie rzekł Fergus.

Lord Glenkirk potrząsnął głową.

- Nie, nie chcę plotek o obcych przybyszach szukających noclegu, dopóki nie dowiem się, gdzie się kończy ta droga. Zaczekamy tutaj.

Fergus westchnął.

Po półgodzinnym oczekiwaniu lord doszedł do wniosku, że mogą już bezpiecznie ruszyć dalej wąskim duktem. Parę minut później minęli zakręt i ich oczom ukazało się nie­wielkie jezioro. Malowniczo położony na jego brzegu, oto­czony z trzech stron wodą, stał piękny, mały zameczek. Zbudowany z ociosanych brył czerwono - szarego kamienia pałacyk miał na rogach cztery wielokątne wieże, zwieńczo­ne czarnymi, spadzistymi dachami, kształtem przypomina­jącymi czapki czarnoksiężnika. Dostępu do zameczku bro­niły wysokie fortyfikacje z okrągłymi wieżami po obu stro­nach bramy wjazdowej. Lord zatrzymał się, oczarowany pięknym widokiem. Widział ogród, rozciągający się z jed­nej strony zamku, ogrodzony niewysokim, kamiennym mu­rem, oddzielającym las. Nawet podczas najsroższej zimy musiało być tu ślicznie.

- Panie - cichym głosem odezwał się Fergus More.

James Leslie bez słowa dał znak, że mają iść dalej. Koń­skie kopyta zadźwięczały na zwodzonym moście i na dzie­dzińcu, gdzie właśnie wypakowywano ogromny powóz. Słu­żący popatrzyli z ciekawością na dwóch podróżnych. Dwaj chłopcy stajenni podbiegli do nich, żeby wziąć konie, i lord wszedł do domu. Fergus podążał za nim.

- Jezu! - zawołał Thistlewood, wychodząc ze stajni, gdzie wraz z pomocnikiem doglądali własnych koni. - To chyba lord Glenkirk!

- Parę razy wydawało mi się, że jesteśmy śledzeni - rzekł jego towarzysz i aż się zatoczył na skutek kuksańca, jaki wymierzył mu stangret.

- Ty kretynie! Czemu mi nic nie powiedziałeś?

- Nie byłem pewien - odparł młodzian, drapiąc się po głowie. - Nic nie spostrzegłem, dopóki nie znaleźliśmy się we Francji, a to jest dziwny kraj.

Thistlewood ze znużeniem pokręcił głową. Cóż, w koń­cu to nie była jego sprawa. Jego wiekowa pani rozwiąże każdy problem, jaki napotkają po drodze. Zawsze tak było, a podeszły wiek nie otępił jej, co miało miejsce w przypad­ku większości staruszków. - Chodźmy do kuchni, żeby do­stać coś ciepłego do picia i do jedzenia - zwrócił się do swojego pomocnika.

Adali, który stał w zamkowej sieni, dyrygując wnoszącą bagaże służbą, pierwszy dostrzegł Jamesa Leslie. Na jego gładkim obliczu pojawiło się zaskoczenie, szybko zamasko­wane, ale nie dość szybko, żeby umknąć uwadze lorda.

James Leslie uśmiechnął się drapieżnie.

- Powiedz swojej pani, że tu jestem, Adali - polecił słu­żącemu. - Poczekaj! Po zastanowieniu wolę chyba, żebyś mnie do niej zaprowadził. Nie mogę ryzykować, że zniknie, zanim ją zobaczę.

- Proszę za mną, milordzie - powiedział najbardziej za­ufany służący Jasmine.

Adali wprowadził lorda i jego towarzysza do niewielkiej sali recepcyjnej, znajdującej się w zamku. Było to pogodne, ciepłe pomieszczenie. Madame Skye siedziała w wysokim fotelu przy kominku. W pobliżu stały jej buty. Trzymała w ręce srebrny kielich i wyciągała odziane w pończochy stopy w stronę ognia. Na stołku, obok niej, przysiadła Ja­smine. Wyglądała jak dziewczynka, chociaż miała już dwa­dzieścia pięć lat i była matką czwórki dzieci/Zaplotła ciem­ne włosy w gruby warkocz, który przewiązała czerwoną wstążką. Na chwilę zmiękło mu spojrzenie, ale szybko stwardniało ponownie.

- Lord Glenkirk, księżniczko - zaanonsował wyraźnie Adali.

Jasmine, wdowa po markizie Westleigh, poderwała się z miejsca.

- Ty! - rzuciła gniewnie.

- Tak, pani, to ja - powiedział skromnie James Leslie. - To był nie lada pościg, ale wreszcie się skończył.

- Wynoś się z mojego domu! - krzyknęła. - Nie masz na­de mną żadnej władzy. To jest Francja, nie Anglia!

- Ośmielę się nie zgodzić, madame. Król Anglii zarzą­dził nasz ślub dwa lata temu, a teraz prowadzi rokowania z królem Ludwikiem w sprawie ślubu księcia Charlesa z siostrą francuskiego króla.

- Król Jakub chce wyswatać księcia z hiszpańską infant­ką, Doną Marią - parsknęła Jasmine. - Wiadomo o tym nawet na tym odludziu!

- Chcesz się ze mną kłócić w tej sprawie, pani? - zapy­tał Glenkirk. - Król Jakub przeznaczył mi ciebie na żonę i poślubisz mnie, pani. Pamiętaj, że jestem prawnym opie­kunem twoich dzieci.

- Jesteś opiekunem prawnym Charlesa Fryderyka Stuar­ta, chociaż nie mam pojęcia, dlaczego król uważał, że jakiś opiekun jest mu w ogóle potrzebny - odparła Jasmine.

- Nie, pani, teraz jestem kuratorem wszystkich twoich dzieci - stwierdził lord druzgocząco. - Twoje głupie i niesfor­ne zachowanie przekonało króla, że nie nadajesz się do spra­wowania opieki nad dziećmi. W moich rękach spoczywa więc nie tylko przyszłość Charlesa Fryderyka Stuarta, ale także młodego Westleigha, lady Indii i lady Fortune Lindley.

- Ty bękarcie! - rzuciła z wściekłością Jasmine.

- Nie, madame - odrzekł szyderczo. - Moi rodzice byli od paru miesięcy zaręczeni, a ślub zawarli przynajmniej dziesięć minut przed moimi narodzinami.

Jasmine odwróciła się do babki.

- Jak mogłaś go tu sprowadzić? Dlatego przyjechałaś? Nigdy ci nie wybaczę!

- Nie sprowadziłam go tutaj, drogie dziecko - spokojnie odpowiedziała Skye.

- Śledziłem twoją babkę od chwili, gdy przybyła do Ca­lais - wyjaśnił lord.

- Robin? - spytała go Skye. Kiwnął głową.

- Podejrzewał, że nie będzie pani czekała do wiosny - powiedział. - Wysłał dwóch swoich ludzi w ślad za powo­zem kapitana O'Flaherty'ego, był bowiem pewny, że ten nie pojedzie do domu, lecz skieruje się do Harwich.

Skye, z lekkim uśmiechem na ustach, pokiwała głową.

- Nie ulega wątpliwości, że Robert Southwood jest mo­im synem. I jest podstępny jak jego ojciec.

- Skoro nie sprowadziłaś go tutaj, do Belle Fleurs, bab­ciu, to czemu przyjechałaś? - zapytała Jasmine.

- Twój dziadek nie żyje - padła natychmiastowa odpo­wiedź.

Jasmine wstrzymała oddech, a jej oczy błyskawicznie wy­pełniły się łzami, które zaczęły spływać po gładkich policz­kach.

- Och, dziadku - wyszeptała, po czym zwróciła się do lorda Glenkirka. - To wszystko twoja wina! - zawołała. - Gdybyś nie wypędził mnie z Anglii, mogłabym z nim spę­dzić te ostatnie parę miesięcy! A teraz już go nigdy nie zo­baczę, i to wszystko przez ciebie,. Jamesie Leslie! Nienawi­dzę cię! Nienawidzę!

- Nie, pani - odparł lodowato. - Zawdzięczasz to samej sobie, a nie mnie. Nie musiałaś sprzeciwiać się woli króla i uciekać ode mnie dwa lata temu. Nasze małżeństwo zo­stało zaplanowane. Kochałem cię. Byłem gotów dać ci tyle czasu, ile tylko będziesz potrzebowała, żeby pogodzić się ze śmiercią księcia Henry'ego Stuarta. Nie ciągnąłem cię na siłę do ołtarza, Jasmine. Ty jednak postanowiłaś zabrać dzieci i, nie słuchając rozkazów króla Jakuba, opuścić An­glię. Wiedziałem, że jesteś we Francji. Przyjeżdżałem tu trzy razy, ale nie mogłem cię znaleźć, bo twoi krewni do­brze cię ukryli. Jednak teraz nadszedł kres tej zabawy. Wrócimy do Anglii, gdzie poślubisz mnie w trakcie hucz­nej, publicznej uroczystości, stojąc przed tym samym zgro­madzeniem, które wiele miesięcy temu tak się ubawiło, gdy zrobiłaś ze mnie głupca.

- Nie wrócę! - rzekła gniewnie.

- Ależ wrócisz, pani - odpowiedział.

- Jestem księżniczką z rodu Mogołów... - zaczęła.

- Która nie może wrócić do Indii. Przez dziesięć lat mieszkałaś w Europie, Jasmine. Teraz jesteś szlachetnie urodzoną Angielką, a nie członkiem królewskiego rodu Mogołów. Twojej babce należy się kilka dni odpoczynku, a potem wyruszymy z powrotem do Anglii. I nie próbuj więcej mi uciekać, najdroższa Jasmine. Cadby potrzebuje swojego młodego pana, a czy możesz pozbawiać syna Rowana Lindleya jego spadku? I co z twoimi córkami? Mogę się założyć, że pozwalasz im się bawić z chłopskimi dzieć­mi. Jestem pewien, że nie zaczęły pobierać żadnych nauk. Należą do angielskiej arystokracji i dobrze by było, gdybyś o tym pamiętała!

- Zabiję cię, zanim pozwolę przejąć kontrolę nad moimi dziećmi!

- Cicho bądźcie, oboje! - Głos Skye wdarł się nagle w ich wymianę zdań jak ostrze. - Adali, przynieś lordowi Leslie wino, a potem zaprowadź jego sługę na posiłek do kuchni. Jak się nazywasz, Szkocie?

- Fergus More, proszę pani.

- Idź z Adalim, Fergusie More. Twój pan jest ze mną bezpieczny - rzekła Skye, po czym zwróciła się do Jasmine. - Przybyłam, żeby zakomunikować ci o śmierci Ada­ma, kochanie, ale również po to, żeby ci powiedzieć, iż nadszedł czas, by rozwiązać twoje problemy z Glenkirkiem. Najwyższy czas. Chociaż byłam oburzona nalega­niem króla na ten związek, zaczynam uważać, że to jest dobry pomysł. Nie możesz pozostawać tutaj, w Belle Fleurs, odcięta od świata, wyłącznie w towarzystwie swo­ich dzieci i służby. To nie służy ani tobie, ani moim pra­wnukom. Jemmie Leslie ma rację. Henry Lindley jest markizem Westleigh, tak jak przed nim jego ojciec. Ma już prawie siedem lat i gotowa jestem się założyć, że le­piej mówi po francusku niż po angielsku. Musi wrócić do domu, do Cadby, i nauczyć się być panem i Anglikiem. W przyszłym miesiącu India będzie miała osiem lat, a Fortune ma pięć. Czy któraś z nich umie pisać? A co z królewskim wnukiem, małym Charlesem Fryderykiem Stuartem? Jest najlepiej urodzony ze wszystkich twoich dzieci, lecz jaki będzie jego los, jeśli nie wróci do Anglii, żeby zdobyć przychylność króla, swojego dziadka? Musisz myśleć o dzieciach, Jasmine.

Młoda kobieta z udręczeniem zagryzła dolną wargę. Wiedziała, że babka ma rację, ale walczyła. Spod mokrych rzęs zerknęła na Jamesa Leslie i doszła do wniosku, że na­dal jest przystojnym mężczyzną. Jednak w tej chwili wyglądał bardzo surowo. Nie przypominała sobie, żeby kiedykol­wiek widziała taki wyraz na jego twarzy.

- Raz w życiu chciałam móc sama wybrać sobie męża - powiedziała. - Mój ojciec wybrał Dżamal - chana, a ty z dziadkiem wybraliście Rowana Lindleya. Kiedy będę mo­gła zadecydować ja?

- Czy byłaś nieszczęśliwa z którymś ze swoich mężów, Jasmine? - Skye zadała pytanie wnuczce.

- Nie - przyznała Jasmine - ale kobieta powinna mieć prawo wyboru!

- Dom O'Flaherty, mój pierwszy mąż, niech sczeźnie w piekle, został wybrany przez mojego ojca. Ojciec Willow uratował mnie z niewoli w Algierze i poślubił. Nialla Burke wybrał mi mój wuj biskup, i zostaliśmy sobie poślubie­ni per prokura, bez mojej wiedzy. Fabron de Beaumont zo­stał mi przeznaczony przez starą królową. Tylko Geoffrey Southwood i twój dziadek byli moim wyborem, Jasmine.

- I to były twoje najszczęśliwsze związki - odpowiedzia­ła wnuczka. - Nie sądzę, żebym miała sześciu mężów, bab­ciu. Tym razem chcę sama wybrać. Do diabła, nikt mnie do niczego nie zmusi!

- Pani - odezwał się spokojnie lord Glenkirk - nie masz wyjścia i musisz podporządkować się królewskim rozka­zom, tak jak ja. Świetnie wiesz, że nieposłuszeństwo rów­na się zdradzie, ale jeśli zdecydujesz się na takie ryzykow­ne rozwiązanie, to musisz wiedzieć, że w ciągu kilku dni wrócę do Anglii z czwórką moich podopiecznych, z księ­ciem Lundy, markizem Westleigh i obiema dziewczynkami, lady Indią i Fortune Lindley. Jeśli będziesz chciała pozo­stać ich matką, pojedziesz z nami. Jeśli nie, dopilnuję, że­byś już nigdy ich nie zobaczyła, bowiem zostaniesz na za­wsze wygnana z ziem króla Jakuba.

Wstrząśnięta Jasmine wytrzeszczyła swe niezwykłe, tur­kusowe oczy.

- Ty bękarcie! - wysyczała. - Zrobiłbyś mi to? Spojrzał na nią beznamiętnie.

- Wydawało mi się, że już omówiliśmy sprawę mojego urodzenia, pani. I owszem, będę posłuszny królowi.

Cisnęła kielich w kierunku jego głowy, ale uchylił się i mocno zacisnął dłoń wokół jej nadgarstka. Powoli zmusił ją do opuszczenia ręki, wygiął ją do tyłu i przyciągnął. Po­tem pochylił się i pocałował ją mocno, twardymi wargami, trzymając w uścisku, który był jawną deklaracją wojny. Jasmine walczyła, ale nie była w stanie mu się wyrwać. Kiedy jednak po chwili lord ją puścił, odskoczyła do tyłu i z całych sił wymierzyła mu policzek. Potem odwróciła się i wybiegła z pomieszczenia.

- Nienawidzisz jej, czy kochasz? - zapytała Skye. James Leslie potrząsnął ciemną głową.

- Niegdyś kochałem ją do szaleństwa. Kiedy przybyłem tu dzisiaj, sądziłem, że jej nienawidzę. A teraz nie wiem, co do niej czuję, madame Skye. Czemu tak bardzo opiera się swemu przeznaczeniu?

- Z pewnością, gdy tylko ją pan poznał, zorientował się pan, że Jasmine jest bardzo dumna i absolutnie zde­cydowana, żeby samej układać sobie życie - odpowie­działa mu Skye. - Oboje wiemy, że król chciał dla niej jak najlepiej, gdy postanawiał o waszym małżeństwie. I rze­czywiście to jest idealne rozwiązanie dla Jasmine. Nawet ja gotowa to jestem przyznać. Jesteś doskonałym kandy­datem do jej ręki, bo masz wsparcie króla Jakuba i jesteś bogaty.

- Jestem zdumiony tym obrotem wydarzeń, pani - od­parł lord Glenkirk. - Jeśli się nie mylę, byłaś mocno zaan­gażowana w wyjazd Jasmine z Anglii przed dwoma laty.

- Istotnie - przyznała Skye bez śladu zakłopotania. - Chodziło mi tylko o to, żeby miała trochę czasu na uspoko­jenie się i pogodzenie z losem. Niestety, z miesięcy zrobiły się lata. Daję słowo, że zamierzałam sprowadzić ją z po­wrotem do domu, ale jakoś nie mogłam się za to zabrać. Mam bardzo liczną rodzinę, milordzie, która zawsze cze­goś ode mnie potrzebuje. - Posłała mu nikły uśmiech i wzruszyła elegancko ramionami. - Nie jestem już taka młoda, jak kiedyś. Żałuję, że w tej sprawie wcześniej nie przedsięwzięłam żadnych kroków. Obawiam się, że Jasmi­ne stała się zupełnie niezależna od nas wszystkich.

- Czy kocha dzieci na tyle, żeby wyruszyć za nimi? - za­stanowił się.

- Cokolwiek by się działo, milordzie, nie ustawaj w wy­siłkach - powiedziała. - Pomogę panu, jak tylko będę mo­gła.

- Nie odpowiedziała mi pani.

- Owszem, Jasmine kocha swoje dzieci. Jest oddaną matką - odparła Skye - ale postaram się nie dopuścić, że­by znów zareagowała zbyt pochopnie, milordzie. W tym ce­lu będzie mi jednak potrzebna pomoc jej służących. Ta trójka jest z nią od dnia jej urodzin. Znają jej wszystkie na­stroje i humory. Adali, jej zarządca, zastępował jej ojca. Zrobi wszystko dla jej dobra, a w jego ślady pójdą obie słu­żące. Tobie zaś, Jamesie Leslie, radziłabym popuścić nieco cugli. Nerwowe klacze pełnej krwi źle znoszą wędzidło i bat. Jako kobieta hodująca konie mam doświadczenie w tej kwestii i proponuję skorzystać z mych rad. - Dźwiga­jąc się z miejsca, pomyślała, że chociaż wcale nie czuła się wiekowa i jej mózg nadal zdawał się nieźle funkcjonować, to jej starym kościom zupełnie nie służyła deszczowa, peł­na wilgoci pogoda.

- Jest pan głodny, milordzie? Z pewnością musi pan być głodny po całodziennej podróży. Zazdroszczę panu koni. W tym przeklętym powozie trudno wytrzymać, zapewniam pana.

Zaśmiał się, ujął ją pod ramię i poprowadził do jadalni, gdzie służący zaczęli już przygotowywać wieczorny posiłek. Skye nie zadała sobie trudu włożenia butów i szła w sa­mych pończochach. Lord pomyślał, że mimo to nie straci­ła nic ze swojej godności. Pojawił się Adali i posadził star­szą panią w fotelu.

- Gdzie twoja pani? - zapytał go lord.

- Zamknęła się w swojej sypialni i przeklina kwieciście co najmniej w trzech językach, milordzie. Rohana i Toramalli są z nią w apartamencie. Dopilnują, żeby nie opuści­ła Belle Fleurs bez waszej lordowskiej mości.

- A dzieci? - Nie widział ani śladu żadnego dziecka od­kąd się pojawił w pałacu. - Gdzie są dzieciaki, Adali?

- W pokoju dziecinnym, milordzie. Chciałby je pan zo­baczyć teraz czy po jedzeniu? Leżą już w łóżkach.

- Wraz z madame Skye zobaczę je jutro rano, Adali - odpowiedział James Leslie.

- Czy mam posłać tacę z jedzeniem na górę, do mojej pani? - zapytał Adali.

- Nie - usłyszał w odpowiedzi. - Jeśli twoja pani chce jeść, musi zejść do nas, do jadalni. Nie jest chora. Idź i po­wiedz jej, że powitamy ją z radością.

- Dobrze, milordzie - odparł Adali o gładkiej, lekko opa­lonej, delikatnej twarzy. Mógł sobie wyobrazić, jak zareagu­je jego pani na takie zaproszenie, ale czuł się dziwnie po­krzepiony stanowczością lorda. W czasie ostatnich miesięcy jego pani stawała się coraz bardziej krnąbrna i uparta. Po­zwoliła swojemu potomstwu na pełną swobodę. Starsza trój­ka rozmawiała ze sobą mieszaniną angielskiego i francuskiej gwary, zaś do służby zwracała się po francusku. Jasmine zu­pełnie ich zaniedbała, pogrążając się w bólu po śmierci księ­cia Henry'ego. Całą uwagę skupiła na swoim synu, który we wrześniu skończył dwa lata. Całkowicie rozpuściła chłopca. Jego pani dobrze zrobi obecność mężczyzny w domu i w łóż­ku. Musieli teraz tylko ją o tym przekonać.

Znalazł swoją panią dyrygującą dwoma służącymi przy pakowaniu waliz.

- Wyjedziemy raniutko, zanim lord i moja babka się obudzą, Adali - powiedziała. - Czy masz coś do wrzucenia im do wina, żeby zapewnić mocny sen?

Adali dał znak służącym, żeby przerwały pracę.

- Zostawi pani dzieci? - zapytał spokojnie.

- Oczywiście, że nie! - wykrzyknęła. - Dzieci wyjadą z nami. Co ci przyszło do głowy, by przypuszczać, że zosta­wię dzieci?

- W swojej zawziętości, żeby postawić na swoim, księż­niczko, gotowa jesteś świadomie nie posłuchać rozkazów króla Anglii i pozbawić dzieci należnych im przywilejów? Takie postępowanie przywodzi mi na myśl twojego brata, Salima, który teraz jest cesarzem, Wielkim Dżahangirem Mogołów - rzekł Adali.

Spokojnie jej się przyglądał. Jako dziecko był podobny do swojej hinduskiej matki. Teraz, w kwiecie wieku, bar­dziej przypominał francuskiego ojca.

Jasmine była zaskoczona jego słowami. Adali był z nią przez całe jej życie i uważała go za swojego najlepszego przyjaciela. Jej gniew opadł.

- Chyba nie sugerujesz, że powinnam wyjść za lorda Glenkirka? - zapytała.

- To dobry mąż dla ciebie, księżniczko. Majętny czło­wiek, który cieszy się względami króla Jakuba. Jest przy­stojny i wiele lat temu miałaś już okazję zakosztować nocy spędzonej w jego łożu. Nie przypominam sobie, żebyś wówczas uznała go za marnego kochanka. Lubi twoje dzie­ci i pragnie mieć własnych synów. Czegóż więcej trzeba, księżniczko? Kobiety z twojej kasty nie wychodzą za mąż dla kaprysu, a bez wpływowego małżonka możesz tylko sie­dzieć i czekać na śmierć.

- Obu moich mężów spotkała gwałtowna śmierć, Adali - odparła Jasmine. - Śmierć zabrała też niespodzianie młodego księcia Henry'ego. Lord Glenkirk mądrze by zro­bił, gdyby się trochę zastanowił nad małżeństwem z taką kobietą, jak ja. Może mój brat rzucił na mnie klątwę z od­dali. Poza tym, James Leslie już mnie nie kocha. Poślubi mnie tylko po to, żeby zadowolić króla. Z jego spojrzenia mogę wyczytać, że mnie nienawidzi, Adali.

- Nie odczujesz więc wielkiej straty, jeśli umrze gwał­towną śmiercią, jak Dżamal - chan i Rowan Lindley - argu­mentował Adali. - A w ten sposób podporządkujesz się królewskiej woli i odzyskasz łaskę monarchy dla siebie i dla dzieci. Jeśli twój brat istotnie cię przeklął, księżniczko, i mężczyźni, z którymi się wiążesz, muszą umrzeć, to z pew­nością lord Leslie również doświadczy klątwy Mogoła. Czyż to nie jest doskonały sposób, żeby się pozbyć wroga?

- Adali, przecież ani przez chwilę nie wierzysz w to, że jestem przeklęta - rzekła zirytowana Jasmine. - Wszyscy jesteście teraz przeciwko mnie, nawet babcia. Gotowa jest pomóc lordowi i dlatego muszę uciec dziś w nocy, bo na­stępna okazja może się już nie nadarzyć.

- Znów przedkładasz swój interes nad dobro dzieci - skarcił ją Adali. - Za długo jesteś sama, księżniczko. Musisz wrócić do świata, razem z dziećmi. Tym razem ani ja, ani Rohana, ani Toramalli nie pomożemy ci w ucieczce. A po­za tym, moja córko, dokąd pójdziesz, gdy opuścisz Belle Fleurs? Będziesz musiała się trzymać z daleka od ziem kró­la Jakuba, więc nie pojedziesz do Anglii, Szkocji czy do Ir­landii. Z pomocą krewnych udało ci się ukryć we Francji, ale kiedy madame Skye im nakaże, wówczas również Fran­cja stanie się dla ciebie niedostępna. Ponadto we Francji za­częła się już wojna religijna. Wkrótce zrobi się bardzo nie­bezpiecznie. I gdzie się podziejesz? Oboje wiemy, że nie możesz wrócić do swojego brata, do Indii. Twoje miejsce znajduje się jedynie u boku męża, księżniczko. - Eunuch przemawiał stanowczym głosem, a jego spojrzenie powie­działo Jasmine, że po raz pierwszy w życiu nie ma wyboru.

- Czy mam zakomunikować lordowi, że dołączysz do nich w jadalni, księżniczko? - łagodnie nalegał Adali.

Miała ochotę zaprzeczyć, lecz była głodna. Pomysł, żeby zakraść się do kuchni i wynieść stamtąd jedzenie, był nie do przyjęcia. A poza tym, czemu przez niego miałaby nie zasiąść przy swoim własnym stole? James Leslie był najbar­dziej aroganckim mężczyzną, jakiego znała, ale nie zabie­rze jej kolacji, na miły Bóg!

- Muszę się przebrać - odezwała się władczym tonem Mogołów. - Powiedz, proszę, mojej babce, że wkrótce do niej dołączę. - Odprawiwszy Adalego, zwróciła się do służących.

Adali powściągnął swą radość, że jego pani postanowiła zachowywać się rozsądnie. Wiedział, że odniósł chwilowy sukces, dopóki Jasmine nie wymyśli czegoś nowego, jak się wymigać od swoich obowiązków, ale rozwiązaniem tego problemu zajmą się później, gdy taki pomysł zakiełkuje w jej głowie. Wszedł z powrotem do salonu i oznajmił:

- Moja pani za chwilę do państwa dołączy. Zmienia suk­nię, milordzie.

- Dobra robota, Adali - pochwaliła go Skye. - Pakowa­ła się?

Lokaj roześmiał się.

- Owszem, madame, ale przekonałem ją, że nie ma gdzie się ukryć i że jej miejsce jest u boku męża, nie tylko ze względu na nią samą, ale też ze względu na dobro dzie­ci. - Adali skłonił się, po czym zaczął wydawać polecenia podającej posiłek służbie.

James Leslie obserwował go z namysłem.

- Przede wszystkim jest wierny i lojalny tylko wobec niej - powiedziała cicho Skye w odpowiedzi na niezadane pyta­nie. - Ale działa, kierując się jej dobrem, nawet jeśli Jasmine się z nim nie zgadza. Jeśli będziesz ją dobrze traktował, milordzie, stanie się twoim najcenniejszym sojusznikiem. Pamiętaj, że cieszył się zaufaniem potężnego władcy.

Lord skinął głową. Nagle zobaczył, że Jasmine wchodzi do sali. Na chwilę niemal zupełnie zapomniał o swoim gniewie, bowiem w każdym calu była tak piękna, jak ją za­pamiętał. Podeszła do stołu, ubrana w suknię z aksamitu w kolorze burgundu i z ciemnymi włosami uczesanymi w dobrze znany kok. James Leslie wstał, ukłonił się, poca­łował ją w rękę i posadził obok siebie. Jasmine powitała go krótkim kiwnięciem głowy.

- Ślicznie wyglądasz, moja droga - rzekła Skye. - Bar­dzo modnie.

- Czyżby moda od miesięcy nie uległa zmianie? - lekko odpowiedziała Jasmine. - Co za wstyd. Nie mogłam się do­czekać, babciu, żeby twoja Bonnie uszyła mi zupełnie nowe ubrania.

- Będziesz miała, co tylko zechcesz, pani - rzekł lord. - Jako moja narzeczona masz prawo do nowej, ślubnej gar­deroby. Wiesz przecież, że mam kieszenie pełne pieniędzy.

- Gdybym pragnęła nowej garderoby, milordzie - rzuci­ła ostrym tonem Jasmine - z powodzeniem mogłabym sa­ma za nią zapłacić. Jestem o wiele bogatsza od ciebie. Naj­lepiej będzie, jeśli teraz o tym porozmawiamy. Król może nam kazać się pobrać, ale nie zawrzemy ślubu, dopóki ja się na to nie zgodzę. Wpierw musimy ustalić szczegóły prawne. Wniosę ci w wianie pokaźną sumę, milordzie, lecz znakomita część majątku pozostanie moja. Nie zostanę twoją żoną, dopóki się na to nie zgodzisz. - A masz, dum­ny Szkocie, pomyślała, teraz serce ci zadrży.

- Oczywiście, droga Jasmine - gładko odparł lord. - Twój majątek będzie należał do ciebie. Moja matka, a po­dejrzewam, że również twoja, też miały taki warunek w swoich kontraktach ślubnych. Chciałbym, żebyśmy zrobi­li stosowny zapis natychmiast, ale obawiam się, że kontrakt spisany przez francuskiego prawnika może nie być uznany za legalny w Anglii. Sądzę więc, że musimy z tym zaczekać do naszego powrotu.

- Dopóki dokumenty nie zostaną zredagowane po mo­jej myśli i podpisane, nie ma mowy o naszym związku, mi­lordzie - odpowiedziała Jasmine.

- Naturalnie, pani - odrzekł.

Skye sięgnęła po kawałek królika i zaczęła go jeść z zapa­łem, przysłuchując się potyczce słownej wnuczki i Glenkirka. James Leslie bez wątpienia wziął sobie do serca jej rady i starał się zachowywać łagodnie wobec Jasmine, ale dziew­czyna nie ułatwiała mu zadania. Starsza pani zachodziła w głowę, dlaczego wnuczka uznała lorda za swojego wroga. Sama, gdyby była o dwadzieścia lat młodszą, wolną kobietą, spróbowałaby go oczarować. Wyciągnęła rękę pomiędzy kłócących się i oderwała kawałek chleba z bochenka.

- Mówię poważnie, Jamesie Leslie - warknęła Jasmine.

- Jestem tego świadom.

- Jutro możemy więc wyruszyć do Anglii.

- Nie, pani, opuścimy Belle Fleurs za tydzień. Twoja babka potrzebuje odpoczynku, bowiem wyruszyła z domu niemal natychmiast po pogrzebie dziadka. A ponadto uwa­żam, że przyda się nam obojgu bliższe poznanie na neutral­nym gruncie.

- Doprawdy, panie? A czegóż to nie wiesz o mnie, co chciałbyś wiedzieć? Jestem piękna. Jestem bogata. Pocho­dzę z królewskiego rodu. Miałam dwóch mężów i książęce­go kochanka. Jestem matką czworga dzieci i wiele lat temu zadowoliłam cię w łóżku. Czy jest coś jeszcze?

- Owszem - odpowiedział zimnym tonem. - Jesteś do­kładnie taka, jak mówisz, pani. Jestem jednak ciekaw, czy w tej dumnej, okrutnej istocie, jaką się chyba stałaś, kryją się resztki tej dawnej, czarującej kobiety, którą znałem nie­gdyś.

Słysząc jego słowa, Skye zakrztusiła się winem i zaczęła kasłać.

- Ty zuchwały szkocki bękarcie! - zawołała. - Jak śmiesz odzywać się do mnie w ten sposób? - Cała poczerwieniała z gniewu.

- Mylisz się, pani, pytanie powinno brzmieć, jak ty śmiesz mówić do mnie z taką pogardą? Jestem twoim przy­szłym mężem.

- Po powrocie do Anglii poproszę króla, aby zmienił swoją decyzję - oświadczyła.

- A ja go przekonam, żeby nie zmieniał zdania. I dosko­nale wiesz, że nie zrobi tego. Twoje wysiłki tylko go zirytu­ją - powiedział James Leslie. - Król nie znosi, żeby ktokol­wiek, a już zwłaszcza kobieta, wpływał na jego królewskie postanowienia. Podjął decyzję i nie zaakceptuje sprzeciwu. I nie chodzi tu o ciebie czy o mnie, Jasmine. Chodzi o pier­worodnego wnuka króla, małego Charlesa Fryderyka Stu­arta. Chociaż dziecko pochodzi z nieprawego łoża, ale to królewskie łoże. A Stuartowie wywiązują się ze swoich zo­bowiązań.

- Nie potrzebuję męża, żeby wychowywać moje dzieci - prychnęła Jasmine.

- Niemniej król rozkazał, żebyś miała męża - odparował lord. - Król wie, że jestem uczciwy i nie użyję jego wnuka dla realizacji moich własnych celów, jak mogliby postąpić inni.

- Ty zarozumiały draniu!

- Złośliwa jędzo! - Bydlę!

- Suka!

- Przestańcie!

Oboje zaskoczeni, spojrzeli na surową twarz Skye.

- Kłócicie się, jak dwoje rozpuszczonych dzieci. Macie natychmiast przestać! - Odwróciła się do Jasmine i ciągnęła dalej. - Król nakazał ci poślubić tego człowieka. Jest przystojny, wystarczająco bogaty, żeby nie traktować cię jako do­datku do twojego majątku i na tyle szanowany, żeby zado­wolić każdą wdowę. Na dodatek ja go zaaprobowałam. I dla­tego poślubisz lorda Glenkirka, moja droga. Żałuję, że wy­bór w tej sprawie nie należy do ciebie, ale w tej sytuacji nie jest to możliwe. Zaś jeśli chodzi o pana, Jamesie Leslie... - Wbiła w niego wzrok. - Gdy moja wnuczka zostanie twoją żoną, będziesz ją traktował z należnym jej szacunkiem. Mam nadzieję, że się w końcu pokochacie, bo to jest najlepsze w małżeństwie. Ale jeśli tak się nie stanie, przynajmniej bę­dziecie szanować siebie nawzajem i nazwisko Leslie. - Pod­niosła się od stołu. - Cóż, jestem starą, wyczerpaną podróżą kobietą. Adali! - Skye wezwała lokaja wnuczki. - Zapro­wadź mnie do mojej sypialni, zanim padnę ze zmęczenia! - Ujęła podane jej ramię i bez słowa wyszła na korytarz.

James Leslie uniósł swój kielich do ust i powoli zaczął sączyć wino.

- Jeśli zechcesz, pani - powiedział spokojnie - możemy zostać we Francji do wiosny i odnowić naszą znajomość. O tej porze roku morze jest zmienne. Mieliśmy szczęście podczas ostatniego rejsu z Anglii. - Mówił niemal z życzli­wością.

- Tak byłoby może lepiej - zastanowiła się Jasmine. - Dzieci miałyby wówczas szansę, by pana poznać. Poza tym nie podoba mi się, jak wygląda babka. Śmierć dziadka mu­siała być dla niej wielkim wstrząsem. A potem opuściła Queen's Malvern, żeby przyjechać do mnie w takiej okrop­nej porze roku. Może więc w maju? - zaproponowała.

- Myślałem o pierwszym kwietnia - rzekł łagodnie.

- Chyba nie mówi pan poważnie - powiedziała Jasmine, mając w pamięci, jak niemal dwa lata wcześniej zmusiła go, żeby ją zostawił w spokoju właśnie do pierwszego kwietnia, i obiecała, iż wówczas poda mu datę ich ślubu. Gdy jednak lord stawił się w wyznaczonym dniu w Queen's Malvern, dowiedział się, że Jasmine wyjechała z dziećmi w niezna­nym kierunku.

- Ciesz się, pani, że nie ustalam pierwszego kwietnia ja­ko daty naszego ślubu - odpowiedział ponuro.

- Tak bardzo mnie nienawidzisz, milordzie?

Nagle dotarł do niej jego ponury nastrój. Po co uciekała od Jamesa Leslie? Chciała tylko zyskać trochę czasu dla siebie, żeby móc opłakać ukochanego księcia. Tymczasem król naciskał, żeby poślubiła Glenkirka. Lord obiecał jej wtedy, że da jej czas. Ale jak mogła to wówczas zrozumieć?

- Nie wiem, co do ciebie czuję, pani - usłyszała jego sło­wa. - Kiedyś byłem oczarowany twoją urodą i namiętno­ścią. Sądziłem, że cię kocham. Jednak twoja arogancja ka­zała mi spojrzeć na ciebie innym wzrokiem. Nie jestem pe­wien, czy kiedykolwiek będę w stanie cię pokochać, ale mu­simy nauczyć się żyć obok siebie, ze względu na dobro two­ich dzieci i tych, które będziemy mieć ze sobą. Nasz dom musi być spokojnym miejscem.

Słowa wyrwały jej się z ust, zanim zdążyła je powstrzy­mać.

- Nie będziemy mieć dzieci, Jamesie Leslie, jeśli nie bę­dą owocem naszej prawdziwej miłości. Nie jestem klaczą pełnej krwi, a ty ogierem, który ma ją zapłodnić. Poślubię cię i nigdy nie splamię twojego imienia. Będę prowadziła ci dom i stała u twego boku we wszystkich sprawach, ale nie urodzę ci dziecka, jeśli nie będzie to dziecko naszej miłości.

- Bardzo to szlachetne z twojej strony, pani - odrzekł pogardliwie. - Urodziłaś trójkę dzieci Westleighowi, a jed­nak twoja rodzina zaaranżowała wasz ślub, żeby cię uchro­nić przed konsekwencjami twej lekkomyślności. Czy na­prawdę kochałaś Rowana Lindleya?

- Tak, kochałam go!

Nagle Jasmine roześmiała się gorzko.

- Moje lekkomyślne zachowanie, jak to nazwałeś, wyni­kało z twojej żądzy wobec mnie, panie. Całkiem nieźle pa­miętam tamten wieczór Trzech Króli. To ty do mnie wtedy podszedłeś. Owszem, dałam ci się uwieść, bowiem oboje potrzebowaliśmy pociechy. Gdyby Sybilla, moja przyrodnia siostra, nie nakryła nas i nie narobiła tyle szumu, nikt by o tym nie wiedział. Oboje moglibyśmy zapomnieć o całym zdarzeniu i każde poszłoby swoją drogą. Co zresztą i tak się stało.

James Leslie sięgnął gwałtownie i chwycił ją mocno za rękę.

- Nigdy bym nie zapomniał tego przypadkowego spotka­nia, pani! - rzekł z ogniem. - Byłaś najpiękniejszą i najbar­dziej ekscytującą kobietą, jaką zdarzyło mi się poznać. Ale nigdy nie zapomnę też, że dwa lata temu uciekłaś i wysta­wiłaś mnie na pośmiewisko przed całym dworem. Pani, czy sądzisz, że skoro jesteś księżniczką z królewskiego rodu Mogołów, to twoja duma i wrażliwość są większe niż moje? Co naprawdę o mnie wiesz, Jasmine?

- Nic - przyznała, łagodnie uwalniając się z jego uchwytu.

- Opowiem ci więc - rzekł. - Dawno temu, na ziemiach króla Malcolma i świętej królowej Margaret, mój przodek, Angus Leslie, właściciel majątku Glenkirk poślubił siostrę królowej, Christinę. Siostry były córkami następcy tronu angielskiego, który jednak umarł przed królem Edwardem. Kolejnym królem Anglii miał więc zostać brat dziewcząt. Lecz Harold Godwinson uzurpował sobie prawa do tronu angielskiego, a potem kraj podbił Wilhelm Zdobywca. Matką sióstr była księżniczka węgierska, Agatha. Mój pra­dziadek, Charles Leslie, pochodził z książęcego rodu Karimów w Imperium Otomańskim. Jego ojciec to sułtan Se­lim, a brat - sułtan Suleiman. Moja praprababka, Janet Le­slie, była ulubioną żoną sułtana Selima. W moich żyłach płynie więc przynajmniej równie królewska krew, co w two­ich, Jasmine Lindley.

Była zdumiona jego rewelacjami, ale nie okazała tego.

- Chyba więc naprawdę pasujemy do siebie, nawet jeśli tylko my dwoje o tym wiemy - odezwała się Jasmine, wsta­jąc od stołu. - Zrobiło się już późno, milordzie. Zaprowa­dzę cię do twojej komnaty.

Idąc za nią korytarzem, widział, jak sztywno się trzyma i zastanawiał się, jaki kolejny podstęp knuje. Czy mógł ufać starej hrabinie Lundy? A może po prostu usypiała jego czujność, aby Jasmine mogła ponownie uciec przed nim. Nigdy jednak od nikogo nie słyszał, żeby starsza pani była nieuczciwa. Musiał więc jej zaufać. Poza tym pozostawało mu już tylko całonocne czuwanie, lecz jak długo mógł to robić? Czy okazał się głupcem, dając Jasmine czas przed ślubem? Czy pragnienie zemsty zaćmiło mu rozum? A może jutro rano powinien wezwać księdza i poślubić ją natychmiast, lekceważąc jej głupi upór? Pokręcił głową. Po ślubie czy bez ślubu, jeśli Jasmine de Marisco Lindley będzie chciała znów go opuścić, na pewno to uczyni. Miał do wyboru tylko dwie możliwości: trzymać ją pod kluczem albo odzyskać jej przychylność.

- Pański służący już na pana czeka - odezwała się Jasmi­ne, zatrzymując się przed dębowymi drzwiami. - Dobra­noc, milordzie.

Uniósł jej dłoń i pocałował.

- Dobranoc, pani - odpowiedział, po czym wszedł do komnaty.

Jasmine cofnęła rękę, odwróciła się i pospieszyła koryta­rzem. Czuła odcisk jego ust na swojej skórze i było to szale­nie niepokojące wrażenie. Ten człowiek, którego musi po­ślubić i z którym niemal dziesięć lat temu spędziła niewia­rygodną, pełną namiętności noc, w gruncie rzeczy był jej zu­pełnie obcy. Zetknęli się znów ze sobą na dworze króla Ja­kuba, ale nie zachęcała go wówczas do związku. Był męż­czyzną o mrocznym usposobieniu, którego kompletnie nie rozumiała. Bała się go nawet trochę, ale nigdy nikomu się do tego nie przyznała, a już zwłaszcza samemu Jamesowi Leslie. Rozumiała, że nie jest to człowiek, którego może zwodzić i którym może manipulować. Był twardy jak głaz.

Obraziła go. Postawiła go w kłopotliwym położeniu. Sta­wiła mu czoło. Jednak mimo to lord zamierzał posłuchać króla i poślubić ją. Jasmine zadygotała. To był niebezpiecz­ny człowiek i jej życie nie będzie przyjemne, dopóki czegoś z nim nie uczyni.

Dotarła do swojej sypialni, gdzie czekały już na nią słu­żące. Babka będzie wiedziała, co zrobić. Rano porozmawia z kochaną staruszką i Skye pokieruje nią tak, aby Jasmine mogła odkryć słabości Jamesa Leslie i dotrzeć do jego ser­ca. Jeśli w ogóle miał serce.



ROZDZIAŁ 3

Jasmine obudziło bębnienie gradu o okienne szyby. Przez szparę między niedociągniętymi zasłonami widziała szare niebo. W kominku buzował ogień, ogrzewając pokój. Przeciągnęła się pod pachnącą lawendą, puchową pierzy­ną. Cudownie było tak leżeć w wielkim, dębowym łożu, wiele lat temu specjalnie wybranym przez dziadka do tej komnaty. Jasmine uwielbiała to łóżko z wysokim, wyścieła­nym oparciem na głowę i z czterema kręconymi, rzeźbiony­mi kolumnami. Narzuty na łoże zrobione były z lnu w na­turalnym kolorze, zdobionego haftem z zielonego jedwa­biu. Było to cudowne schronienie przed kłopotami tego świata, których jednak nie miała.

Och, ależ miała!

Jasmine gwałtownie usiadła. Bez wątpienia miała kłopo­ty. Pojawiły się wczoraj w osobie Jamesa Leslie, lorda Glenkirka, którego król Jakub mianował opiekunem praw­nym czwórki jej dzieci. Tego samego Jamesa Leslie, które­go król nakazał jej poślubić i któremu uciekła. Z uczuciem pulsowania w skroniach opadła z powrotem na poduszki. Musi się zastanowić. Musi porozmawiać ze Skye. Nie zano­siło się na przyjemny dzień.

Drzwi sypialni uchyliły się i do pomieszczenia weszły jej obie służące. Rohana niosła niewielką, srebrną tacę, na której stało naczynie z herbatą i okrągła filiżanka bez uszka z biało - niebieskiej porcelany. Postawiła tacę i odkorkowała naczynie. Po pomieszczeniu rozszedł się delikatny aromat jasnozłocistej herbaty, wzbogacony korzennym aromatem dwóch goździków. Rohana nalała pół filiżanki i podała ją Jasmine, która głęboko wciągnęła zapach gorą­cego napoju, po czym zaczęła sączyć go z zapałem, pomru­kując z zadowolenia, gdy po jej ciele zaczęło się rozchodzić ciepło.

W drugim kącie pokoju Toramalli wybierała ubranie dla swojej pani, spódnicę z czarnego aksamitu i bluzkę ze sre­brzysto - białego brokatu. Do tego dobrała odpowiednią bieliznę oraz jedwabne pończochy, proste, czarne, welurowe czółenka i biżuterię. W tym czasie Rohana zaczęła przy­gotowywać kąpiel w niewielkim pomieszczeniu, które Ja­smine przeznaczyła na łaźnię, gdy przybyła do Belle Fleurs. W pokoiku zamontowano pompę tłoczącą wodę, która, przepływając, była podgrzewana nad małym paleniskiem.

Gdy skończyła pić herbatę, Jasmine wstała z łóżka. Czuła woń jaśminowego olejku, dolanego do kąpieli przez służącą.

- Dzieci już się obudziły? - zapytała.

- Są w sali na dole - odpowiedziała Rohana, pomagając swojej pani zdjąć peniuar i zanurzyć się w kąpieli.

- Nianie wiedzą o przybyciu lorda Leslie - dorzuciła To­ramalli. - Dzieci są ubrane jak przystało.

Jasmine kiwnęła głową, ale powstrzymała się przed ko­mentarzem.

- Nie mogę zwlekać - powiedziała w końcu. - Będę uwa­żana za złą gospodynię, jeśli zaraz nie pojawię się na dole. Czy moja babcia już nie śpi?

- Madame Skye postanowiła dziś rano zostać w łóżku - wyjaśniła Toramalli. - Ta jej wiekowa Daisy zeszła do holu, żeby powiadomić lorda Leslie i wziąć coś do jedzenia dla swojej pani.

Jasmine szybko wykąpała się i ubrała. Z trudem siedzia­ła w spokoju, gdy Rohana upinała jej włosy. Potem umieści­ła na szyi sznur dużych pereł, włożyła do uszu zwieszające się kolczyki z perłami i, przy akompaniamencie pobrzęku­jących klejnotów, pospiesznie wypadła z sypialni i popędzi­ła w dół, do holu. Gdy zbliżyła się do drzwi sali, usłyszała podniecone głosy swoich dzieci. Zatrzymała się na chwilkę, żeby przyjrzeć się scenie, jaką miała przed sobą.

James Leslie, ubrany w czarne aksamity, z krótkimi, za­czesanymi gładko do tyłu ciemnymi włosami, ledwo sięga­jącymi na karku białego, płóciennego kołnierzyka, siedział w głębokim fotelu przy kominku.

- Doskonale, młody lordzie Henry - mówił do małego markiza Westleigh. - Z każdą próbą ukłon wychodzi ci co­raz lepiej. Nie przyniesiesz wstydu swojemu zmarłemu oj­cu, swojej mamie czy mnie, kiedy zostaniesz przedstawiony królowi i będziesz mu ślubował wierność. Pamiętaj, że dżentelmena ocenia się przede wszystkim na podstawie je­go reputacji, a następnie po jego manierach.

- A po sakiewce? - zuchwale zapytała lady India Lindley. James Leslie skrzywił się, usiłując powściągnąć uśmiech.

Potem odpowiedział z powagą:

- Ta sprawa, lady Indio, nie powinna nikogo obchodzić, chociaż na pewno pojawi się mnóstwo spekulacji, gdy tak przystojny i interesujący młody człowiek, na jakiego niewąt­pliwie wyrośnie twój brat, przybędzie na królewski dwór.

- Nauczysz nas dygać, milordzie, tak jak uczysz Henry'ego się kłaniać? - chciała wiedzieć India.

- Mama dopilnuje, żeby wasze maniery były nie­skazitelne, zanim powrócimy do Anglii - odpowiedział dziewczynce lord. - Porozmawiam z nią na ten temat.

- Nadal zamierzasz poślubić mamę? - zaciekawił się Henry.

- Owszem. To polecenie króla.

- Kochasz naszą mamę? - dopytywała India. - Nasz ta­ta bardzo ją kochał, a ona jego. Żałuję, że tamten Irland­czyk zabił naszego tatę, milordzie. Bardzo mi go brakuje.

- Jestem zdumiony, że go pamiętasz, lady Indio. Byłaś bardzo mała, gdy zginął - zauważył lord.

- Pamiętam ogromnego, złocistowłosego człowieka, który brał mnie na ręce, całował i łaskotał - rzekła India. - Henry zupełnie go nie pamięta, bo właśnie się urodził, gdy zabito tatę. Mama opowiada nam o tacie bardzo często.

Nagle Puszek, należący do rodziny spaniel, szczeknął krótko, popędził w stronę wejścia do sali i zaczął skakać na spódnicę Jasmine, dopóki nie wzięła go na ręce.

- Cicho bądź, mały bandyto - skarciła łagodnie zwierzę, po czym zwróciła się z powitaniem. - Dzień dobry, moi ko­chani. Widzę, że już przywitaliście naszego gościa. Dzień dobry, milordzie.

Gdy weszła do sali, James Leslie podniósł się z fotela, pocałował ją w rękę i rzekł:

- Dzień dobry, madame. Mam nadzieję, że dobrze pani spała. - Poprowadził ją do stołu, który służba zaczęła na­krywać do śniadania. - Chodźcie, dzieci. Dzisiaj możecie zjeść z waszą mamą i ze mną.

Czteroipółletnia lady Fortune Lindley, zaczęła szarpać spódnicę matki, a kiedy Jasmine spojrzała w dół na dziec­ko, mała zapytała:

- Czy to mój tata, mamusiu?

Zanim Jasmine zdążyła odpowiedzieć, odezwał się Ja­mes Leslie. - Nie, dziecko. Masz tego samego tatę, co two­ja siostra i brat, ale chciałbym być dla was ojcem, jeśli mi na to pozwolicie. Dla was wszystkich.

- Czy masz własnych małych chłopców i dziewczynki? - zadała pytanie India.

- Kiedyś miałem - odparł James Leslie i twarz mu spochmurniała.

- India! - upomniała ją matka, ale India znów zabrała głos.

- Gdzie oni są, milordzie? Gdzie są twoi synkowie i có­reczki? Czy przyjadą i będą się z nami bawić, gdy zosta­niesz także naszym ojcem?

- Moje dzieci są w niebie, maleńka, razem ze swoją ma­mą i waszym tatą - wyjaśnił James Leslie dziewczynce. - Poszli do nieba już dawno. Tak dawno, że nie pamiętam już ich twarzy - stwierdził ze smutkiem. Odsunął krzesło i po­mógł Jasmine zająć miejsce przy stole, a potem posadził jej dwie córeczki. - W przyszłości, Henry, kiedy będziesz już mógł jadać przy dużym stole, sam pomożesz mamie zająć miejsce za stołem.

- Tak, panie - odpowiedział chłopiec.

Jasmine była zaskoczona. Niemal natychmiast spostrze­gła, że jej dzieci znów zwracają się po angielsku, i to nie tyl­ko do lorda, ale i do siebie nawzajem. Były porządnie ubra­ne. I były bardzo grzeczne. Od miesięcy nie widziała czegoś takiego.

- Ich zachowanie przy stole pozostawia jeszcze trochę do życzenia - odezwał się do niej lord, po czym odwrócił się, żeby upomnieć dzieci, aby podawały sobie chleb, a nie odrywały kawałki bochenka i rzucały je sobie nad stołem.

Jasmine miała nieprzepartą ochotę się roześmiać. W pewnym sensie zaniepokoiło ją, iż dzieci tak łatwo zaak­ceptowały Jamesa Leslie. Czuła niemal zazdrość. Z drugiej zaś strony wiedziała, że lepiej będzie, jeśli dzieci polubią ojczyma, a on je, niż żeby mieli odczuwać do siebie wro­gość. Dzieci nie muszą wiedzieć, jakie były relacje pomię­dzy nią i lordem. Jeśli sądzić po tym, co zobaczyła tego ran­ka, James Leslie miał niewątpliwie pozytywny wpływ na Henry'ego, Indię i Fortunę. Musiała przyznać, choć po cichu i z oporami, że obecność stanowczego mężczyzny w jej domu mogłaby dobrze zrobić jej dzieciom. Z roztargnie­niem podała kawałeczek szynki trzymanemu na kolanach psu i pogłaskała go, gdy zaczął lizać jej palce.

- Jak widzę, jest bardzo rozpuszczony - zauważył Glenkirk.

- Rowan podarował mi go jako małego szczeniaka. Do­stałam go w prezencie na osiemnaste urodziny - odpowie­działa Jasmine. - Właściwie głównym prezentem, jaki wte­dy dostałam, był majątek Maguire's Ford. Pamiętam, jaki zły był mój wuj Padraic, że Rowan uzyskał dla mnie nada­nie prawa do tych ziem. Wówczas niewiele o tym myślałam. I teraz nadal uważam, że wystarczyłby mi mój ukochany Puszek w upominku.

W zamyśleniu podrapała jedwabistą główkę psiaka.

- Nie byłaś w Irlandii od tamtego czasu? - zapytał. Jasmine pokręciła głową.

- Nie. Syn poprzedniego właściciela majątku, Rory Maguire, jest moim zarządcą. Na moich ziemiach jest kościół katolicki i anglikański, a ludzie żyją w pokoju. Hoduję tam konie, a właściwie Rory hoduje je dla mnie. Pewnie które­goś dnia podaruję tę posiadłość Fortune, która się tam urodziła. To będzie piękny posag, nie sądzisz, milordzie?

- Chyba tak - zgodził się i dorzucił: - Musimy porozma­wiać, pani.

- Błagam, tylko nie przy dzieciach, milordzie - odpowie­działa Jasmine. Mówiła łagodnym głosem, patrząc błagal­nie. - Skończymy krzycząc na siebie, a nie chcę tego robić w ich obecności.

- Oczywiście, madame - odparł. - Masz rację, że dzieci nie powinny być wmieszane w nasze sprawy. Rozumiem to, musimy jednak porozmawiać i rozwiązać nasze problemy, chociażby ze względu na dobro dzieci.

Patrzył na nią beznamiętnie.

- Czy nie byłoby lepiej, milordzie, gdybyśmy odnowili naszą znajomość, zanim zaczniemy omawiać poważne sprawy? Chętnie też zasięgnę rady mojej babki.

James Leslie zjadł jajko w sosie śmietanowym, dopra­wionym winem i pieprzem. Była to wyjątkowo smaczna po­trawa i zaciekawiło go, czy przygotował ją kucharz Jasmi­ne, czy też należący do służby pałacowej. Wytarł serwetką usta i powiedział:

- Kiedy ostatnim razem konsultowałaś się z babką w kwestii naszego przyszłego związku, madame, zbiegłaś z Anglii. Nie jestem pewien, czyjej rady są najlepsze.

- Pomysł, żeby opuścić Anglię był mój, a nie jej - spokoj­nie odpowiedziała Jasmine. - Babcia pozwoliła mi na to tylko dlatego, że sądziła, iż wrócę przed końcem lata. Pro­szę, nie wiń mojej babki za moje zachowanie. A poza tym, czy uważasz mnie za bezrozumne dziecko, które nie potra­fi przewidzieć konsekwencji swojego postępowania? Pro­szę mnie nie obrażać, sir.

- W twoich argumentach tkwi sporo racji - odparł. - Jak więc proponujesz, żebyśmy odnowili naszą znajomość, pani?

Chociaż mówił obojętnym tonem, Jasmine zauważyła w jego spojrzeniu kpinę i wyzwanie. I czyż nie mrugnął?

Siliła się, żeby zachować równowagę, zdecydowana nie okazywać złości w obecności syna i córek, chociaż skrycie marzyła, żeby móc go spoliczkować.

- Pomyślałam, żebyśmy zajrzeli do syna księcia Henry'ego, gdy skończysz jeść, milordzie.

Postanowiła zignorować jego dziecinne zaczepki. Nie zasługiwały na odpowiedź.

Lord Glenkirk stłumił śmiech. A więc nie udało mu się jej sprowokować. Zrozumiał, jak niewiele w gruncie rzeczy o niej wie. Toteż pomysł, żeby pozostać jeszcze we Francji i lepiej poznać Jasmine zaczynał mu się podobać. Przełknął kęs szynki, popił doskonałym jabłecznikiem i odezwał się:

- Czy mój najmłodszy podopieczny jest zdrowy, pani?

- Wszystkie moje dzieci są zdrowe - odpowiedziała Ja­smine. - Informowałam o wszystkim moją babkę, która z kolei przekazywała wszelkie informacje królowej. Nie chciałam, żeby rodzice Hala niepokoili się o jego syna, zwłaszcza w obliczu kłopotów, jakich przysporzył im skan­dal związany z Robertem Carrem i jego żoną.

James Leslie już zamierzał jej odpowiedzieć, gdy jego wzrok spoczął na młodym Henrym Lindleyu, zmierzającym w stronę wyjścia.

- Dokąd idziesz, lordzie Westleigh - zawołał do chłopca. Henry odwrócił się.

- Skończyłem już jeść, sir - wyjaśnił.

- Odszedłeś od stołu, nie pytając matki o pozwolenie - rzekł surowo lord. - Wracaj natychmiast i poproś. Spodzie­wam się, że w przyszłości nie zapomnisz o tej zasadzie.

Henry Lindley podszedł z powrotem do stołu. Skłonił się grzecznie i zwrócił się do matki:

- Madame, czy mogę odejść od stołu? Posiłek był pyszny.

- Możesz odejść, Henry - oficjalnym głosem odpowie­działa Jasmine, kiwając głową.

- Gdzie się wybierasz?

- Do stajni, pani. Muszę się zająć moim kucykiem.

- Weź mu jabłko - powiedziała z uśmiechem Jasmine.

- Dziękuję - rzekł Henry Lindley, ponownie skłonił się matce, potem lordowi Leslie i wybiegł z sali.

Następne były India i Fortune.

- Czy my też możemy odejść, mamo? - w imieniu obu dziewczynek głos zabrała India.

Jasmine kiwnęła głową.

- Idźcie powiedzieć prababci, że wkrótce do niej dołączę.

- Dobrze, mamo - odrzekła grzecznie India i obie dziew­czynki dygnęły przed dorosłymi.

- Indio, nie potrzebujecie moich wskazówek, jak się dy­ga. Obie robicie to wyśmienicie - powiedziała i uśmiechnę­ła się do dziewczynek, które z uradowanymi buziami wy­biegły z komnaty.

- Twoje dzieci cię kochają, pani - zauważył lord. Jasmine wyglądała na zaskoczoną.

- Czemu miałyby mnie nie kochać?

- Wiele matek z naszej sfery nie ma macierzyńskich skłonności. Wolą spędzać czas na dworze i gonić za rozryw­kami, niż niańczyć swoje dzieci. Obawiam się, że to trudne zadanie zostawiają służbie - odpowiedział.

- Moja mama tak nie robiła - rzekła Jasmine. - Matko­wała mi księżniczka z rodu Mogołów. Chociaż mieliśmy służbę, Rugaia Begam nigdy mnie nie zaniedbywała. Wzo­ruję się na niej i na mojej drugiej matce, lady Gordon. Nie można oczekiwać, że dziecko wyrośnie na porządnego człowieka, jeśli się osobiście nie zadba o jego wychowanie, milordzie. Choć więc pozwalam moim dzieciom na pełną swobodę podczas pobytu w Belle Fleurs, dopilnuję, żeby otrzymały właściwe wychowanie i po powrocie do Anglii nie musiały się wstydzić. Są jeszcze małe. Chcę, żeby miały radosne dzieciństwo i nie ciążyły na nich przedwcześnie dorosłe problemy. - Wstała od stołu. - Czy zajrzymy teraz do małego Charlesa Fryderyka, panie?

Glenkirk był pod wrażeniem jej rozumowania i silnego poczucia odpowiedzialności wobec rodziny. Jego wspo­mnienia o niej związane były wyłącznie z tamtą jedną nocą namiętnej miłości, z podejrzaną przez niego parę lat temu chwilą potajemnego spotkania Jasmine z księciem Henrym Stuartem w Whitehall, ze spacerami po zasypanym śnie­giem londyńskim ogrodzie jej dziadków, gdy wszyscy wierzyli, że poślubi jej przyrodnią siostrę. Minęło tyle czasu, a on nadal niemal wcale jej nie znał; teraz jednak pragnął ją poznać. W końcu była kobietą, którą miał pojąć za żonę. Ruszył za Jasmine do pokoju dziecinnego, w którym urzędował królewski wnuk, Charles Fryderyk Stuart. Błękitnooki malec o złocistorudych lokach był wierną kopią swojego ojca. Ubrany w niebieską, aksamitną sukienkę ozdobioną koronką, na widok matki rozpromienił się.

- Maaaa - zapiszczał, wyciągając tłuste rączki z troskli­wych objęć niani.

- Charlie - Jasmine powitała najmłodszego synka, bio­rąc go na ręce i całując w pulchny policzek.

- Kto to? - zapytał chłopczyk, wskazując palcem na lor­da i patrząc na niego podejrzliwie. - Kto to, mamo?

- Kto to jest - poprawiła go Jasmine. - To jest lord Leslie, mój mały Stuarcie. Twój dziadek, król Anglii, przysłał go, żeby został moim mężem i twoim nowym tatusiem. Pro­szę, przywitaj go tak, jak cię uczyłam. Henry i twoje siostry już pokazali dobre maniery, teraz kolej na ciebie.

Książęcy bękart spojrzał prosto w oczy Jamesa Leslie, wyciągnął malutką rączkę i rzekł:

- Dzień dobry panu. - A potem uśmiechnął się, ukazu­jąc małe, perliste ząbki i lord Glenkirk ujrzał przed sobą księcia Henry'ego Stuarta. Na moment serce mu zamarło.

Ujął w dłoń rączkę dziecka i odpowiedział:

- Dzień dobry, książę. Jestem zaszczycony, mogąc cię wreszcie poznać.

- Gramy w piłkę! - zawołał Charles Fryderyk Stuart, wy­rywając się z objęć matki. Pobiegł po małą, różnokolorową wełnianą kulę i spojrzał z nadzieją na lorda. - Gramy w pił­kę? - powtórzył.

James Leslie roześmiał się i usiadł na podłodze, krzyżu­jąc nogi.

- Dobrze, chłopcze. Zagramy w piłkę - odparł z uśmie­chem.

Chłopczyk potoczył barwną kulę po podłodze w stronę lorda, który zręcznie zatrzymał piłkę i popchnął ją z po­wrotem.

- Zostawię was przy tej zabawie - odezwała się Jasmine. - Babcia na mnie czeka. - Pospiesznie wyszła z pokoju dziecinnego, pozostawiając Jamesa Leslie bawiącego się z jej synem. Zaskoczyło ją łatwe przystanie Glenkirka na prośbę Charliego, żeby pograć w piłkę. Wzruszył ją wi­dok ich obu, siedzących na podłodze i turlających do siebie okrągłą zabawkę. A więc James Leslie nie był jednak po­zbawiony uczuć, a przynajmniej nie wobec jej dzieci. Jasmi­ne z roztargnieniem pogłaskała jedwabistą głowę psa, któ­rego znów wzięła na ręce. - Co o tym sądzisz, Puszku? Czy to jest mężczyzna, z którym damy radę żyć?

Pies spojrzał na nią wiernymi, brązowymi oczami.

Jasmine podążyła korytarzem na piętrze do pokoju bab­ki. Zapukała i weszła do środka. Skye spoczywała wygod­nie w ogromnym łożu, z przymkniętymi oczami. Daisy wła­śnie zabrała tacę że śniadaniem.

- Znów zasnęła? - wyszeptała Jasmine.

- Jestem zupełnie rozbudzona, moja droga - rzekła Skye, otwierając oczy - i wypoczęta. Zawsze dobrze sypiam w Belle Fleurs.

- Chciałam cię umieścić w głównej sypialni, ale Daisy powiedziała Adalemu, żeby tego nie robić - zaczęła Jasmi­ne, stawiając pieska na podłodze.

- I bardzo dobrze! - brzmiała odpowiedź. - Nie chcę, żeby mi coś przypominało twojego dziadka, Jasmine. Jest i na zawsze pozostanie w moim sercu. Spanie w tym wspa­niałym łóżku, które kazał dla nas zrobić po naszym ślubie, zupełnie by mnie rozbiło. A z tym pokojem nie łączą mnie żadne wspomnienia. Spały tu dzieci, ale nie pamiętam już nawet które. To było tak dawno. Byłam tu szczęśliwa z Adamem.

- Tak mi przykro, babciu - rzekła Jasmine. - Nie powie­działam ci tego wczoraj wieczorem, gdy przyjechałaś. By­łam tak zaskoczona wiadomościami, a potem przyjazdem lorda Leslie. Pozwoliłam, żeby zawładnęły mną moje pro­blemy. Powinnam być w Queen's Malvern przy tobie, bab­ciu. Powinnam tam być dla dziadka. A teraz już go więcej nie zobaczę.

- Ja też go nie zobaczę - cicho powiedziała Skye. - Ze wszystkich moich mężczyzn jego kochałam najbardziej, lecz nie wspominaj o tym nikomu, bo złamiesz serca swo­ich ciotek i wujów.

- Rozumiem - rzekła Jasmine. - Kochałam Dżamala, mojego pierwszego męża, ale jeszcze bardziej kochałam Rowana Lindleya. Nie ma chyba nic złego w tym stwierdze­niu. - Młodsza kobieta wdrapała się na łóżko i usiadła ko­ło starszej. - Co mam począć z lordem Leslie, babciu? - za­pytała. - Tak, wiem, muszę wyjść za niego za mąż, a dziś ra­no pokazał, że potrafi być miły i cierpliwy wobec moich dzieci. Ale jak mam z nim postępować? Naprawdę jest bar­dzo arogancki. Czy wiesz, że powiedział mi, iż pochodzi w prostej linii od otomańskiego sułtana i w jego żyłach pły­nie równie błękitna krew, jak w moich? Ciekawe, czy to prawda.

- Zawsze interesowało mnie jego pochodzenie - powie­działa Skye, zafascynowana rewelacjami wnuczki. - Jest niewątpliwie Szkotem, ale te jego zielone oczy są odrobinę skośne. Maleńka domieszka tatarskiej krwi. Doprawdy, bardzo ciekawe. Cóż, jak masz z nim postępować... Skoro musisz go poślubić, nie pozostaje ci nic innego, tylko owi­nąć go sobie wokół palca.

- A może król zmieni postanowienie? - pomyślała na głos Jasmine.

- Nie, nie zmieni. Jakub Stuart jest równie uparty, jak jego zmarła kuzynka Elżbieta Tudor, a problem polega na tym, że musisz mieć męża, Jasmine. Chciałabym, żebyś tym razem sama mogła go sobie wybrać, ale niestety się nie da. Musisz poślubić Jamesa Leslie, więc im szybciej za­czniesz łagodzić jego wzburzone uczucia, tym lepiej. Chy­ba mam pewien pomysł - zachichotała.

- Jaki? - zapytała Jasmine, zaintrygowana wbrew sobie.

- Sądzę, że lepiej będzie wam z lordem bez skrępowania obecnością starej kobiety i czworga dzieci - stwierdziła Skye. - Za tydzień lub dwa zabiorę dzieci w odwiedziny do krewnych w Archambault, a potem pojedziemy do Pa­ryża. Do tego czasu skończy się zima i wrócę z moimi prawnukami do Anglii. Ty i James przyjedziecie, kiedy chcecie. Będziecie mieli tyle czasu, ile dusza zapragnie, żeby się na powrót poznać. I kiedy wrócicie do Anglii, żeby zawrzeć związek małżeński, będzie to radosna chwila. Chcę, żebyście wzięli ślub w Queen's Malvern i powiem o tym lordowi.

- On chce, żebyśmy sobie ślubowali przed całym królew­skim dworem - ponuro stwierdziła Jasmine.

- Życzył sobie tego w chwili, gdy poniósł go gniew - odpar­ła Skye. - Jeśli mu powiem, że ma to być Queen's Malvern, podporządkuje się - stwierdziła z uśmiechem.

Jasmine roześmiała się, słysząc filuterny ton w głosie babki. - Żaden mężczyzna nigdy ci nie odmówi, nawet w twoim wieku - powiedziała. - Chciałabym być bardziej podobna do ciebie!

- Obawiam się, że jesteś aż za bardzo do mnie podob­na - zachichotała Skye. - Mam tylko nadzieję, że zmądrze­jesz szybciej niż ja. Kiedy wspominam swoje dzikie, pełne przygód życie, nie przestaję się dziwić, że siedzę tu teraz z tobą, kochanie, i opowiadam ci to wszystko.

Jasmine spojrzała na twarz babki.

- Nigdy mnie nie zostawiaj - powiedziała spokojnie. Skye poklepała uspokajająco wnuczkę po ręce.

- Odejdę pewnego dnia - rzekła - ale jeszcze nie teraz, kochanie. I nawet jeśli moja dusza opuści to znużone, sta­re ciało, nadal pozostanę z tobą, Jasmine. Będziesz tylko musiała przywołać mnie w myślach, a stawię się, żeby ci szeptać do ucha. - Potem znów zachichotała. - Jest jeden pozytywny aspekt twojego małżeństwa z lordem Leslie. Nie będziesz musiała zmieniać monogramu. Lindley i Le­slie zaczynają się na tę samą literę.

Jasmine roześmiała się wbrew sobie.

- Jesteś niezwykła - oświadczyła.

- Pewnie, że jestem. Nie ty pierwsza mi to mówisz, ko­chanie.

- Była zarozumiała za młodu i nadal jej to zostało - ode­zwała się garderobiana Skye, Daisy Kelly. - Cóż, milady, zamierza pani cały dzień wylegiwać się w łóżku, czy mam przygotować kąpiel?

- Kąpiel, ty stara wiedźmo - rzuciła Skye w stronę swo­jej służącej i przyjaciółki zarazem. Potem zwróciła się do Jasmine: - Gdzie on jest?

- Gra w piłkę z Charliem w pokoju dziecinnym. Ma zdu­miewające podejście do dzieci. Gdy weszłam dziś rano do głównej sali, uczył Henry'ego, jak się właściwie kłaniać. Obie dziewczynki też są nim zachwycone. Ile miał dzieci i jak je stracił? - zaciekawiła się. - Wiesz, babciu, pierwszy raz widzę, jak łagodnieje w towarzystwie dzieci. Poza tym jest twardy jak stal.

- Nie możesz liczyć, że dzięki dzieciom złagodnieje - stwierdziła Skye. - Dzieci dorosną, a wy pozostaniecie ze sobą. Jeśli na początku nic was nie będzie łączyło, nic nie pozostanie, gdy dzieci odejdą z domu. Wracając zaś do hi­storii Jamesa Leslie, coś sobie przypominam. Był mężem swojej kuzynki, Gordonówny, jeśli dobrze pamiętam. Miał już dwóch synów, a jego żona spodziewała się trzeciego dziecka. Pewnego dnia wybrała się z chłopcami do pobli­skiego klasztoru. Miejsce zostało zaatakowane przez kal­wińskich fanatyków, którzy zaczęli gwałcić, mordować i pa­lić. Młoda lady Glenkirk i jej synowie zostali zamordowani razem ze wszystkimi zakonnicami. Chociaż król zarządził gruntowne śledztwo i zażądał, aby sprawcy zbrodni zostali schwytani i ukarani, nigdy nie znaleziono winnych. Oczywi­ście James Leslie bardzo się tym gryzł i pewnie nadal się tym trapi.

- I nigdy nie ożenił się ponownie - rzekła Jasmine w za­myśleniu.

- Jego rodzina na pewno go do tego nakłaniała - odpo­wiedziała Skye. - Od śmierci jego żony i synów minęło piętnaście lat. Teraz chłopcy byliby już dorośli. Przeżył ogromną tragedię.

- Babciu, kiedy król po raz pierwszy nakazał mi poślubić lorda, James Leslie powiedział mi, że po tym skandalu, ja­ki wywołaliśmy, przyjechał do Greenwood, żeby cię prosić o pozwolenie na zabieganie o moje względy. Powiedział, że odesłałaś go z kwitkiem, bo już wcześniej zaplanowałaś moje małżeństwo z Rowanem. Powiedział mi też, że twoim zdaniem najlepiej będzie, jeśli się nie dowiem o jego wizy­cie. Czy to prawda, babciu?

- Owszem - bez wahania przyznała Skye. - Lord nie kła­mie.

Jasmine zamyśliła się, a potem westchnęła.

- Byłam bardzo głupia - stwierdziła. - Nie powinnam była uciekać.

- Nie gryź się tym, kochanie. Potrzebowałaś więcej cza­su, niż James Leslie gotów był ci wtedy dać. Twój błąd po­legał na tym, że zostałaś tutaj tak długo. Czuję się za to od­powiedzialna. Zamiast bawić się pomaganiem ci w knuciu przeciwko lordowi, powinnam udzielić ci mądrej rady i na­legać, żebyś wracała do domu. Ale stało się, a teraz jest szansa, aby to naprawić. Jeśli chcesz być szczęśliwa w mał­żeństwie, musisz przekonać go do siebie. W tym celu po­winnaś zaakceptować mój plan, Jasmine. Czy mam zabrać dzieci i ruszać do domu?

- Pozostań trochę w Belle Fleurs, babciu, a potem przedstawimy twój pomysł lordowi, jakby właśnie przyszedł nam do głowy - rzekła Jasmine. - Obawiam się, że nie mo­żemy tego zrobić bez jego zgody.

- On zaś gotów jest powiedzieć „nie", gdy zbyt szybko go tym zaskoczymy. Tak czy inaczej, powinnyśmy coś zrobić, żeby maluchy nie wchodziły nam w drogę. Wiem! Znaj­dziemy im nauczyciela, który zacznie z nimi lekcje. Dzie­ciaki będą zajęte, a ja pomogę ci zmiękczyć lorda. A po­tem, kiedy zacznie reagować bardziej emocjonalnie, uzy­skamy jego zgodę i zabiorę dzieci z powrotem do Queen's Malvern. Gdy zostaniecie sami, będziesz mogła uwieść te­go przystojnego diabła, kochanie, a gdy znajdzie się całko­wicie pod twoim urokiem, pobierzecie się i będziecie żyli długo i szczęśliwie - zakończyła Skye z triumfem. - Ach, przy takim planowaniu przypomina mi się moja własna młodość!

Dziewczyno, dziewczyno! Nie wtrącaj się zanadto. Skye zesztywniała. Słyszała jego głos! Wyraźnie słyszała głos Adama. Ale czy na pewno?

- Babciu? - Jasmine patrzyła na nią z niepokojem.

Skye odsunęła od siebie to niesamowite wrażenie.

- Nic się nie stało - powiedziała, zastanawiając się jed­nocześnie, czy nie postradała zmysłów. Ale zepchnęła te myśli w głąb swej świadomości i przepełniona świeżym en­tuzjazmem, zaczęła szkicować w głowie plany, jak może pomóc ukochanej wnuczce. I oczarowanie mężczyzny, i skradnięcie mu serca wcale nie było trudne, a gdy kobie­ta była tak ładna i mądra, jak Jasmine, zadanie wydawało się aż zbyt proste. Rywal! Tak, lord Glenkirk zdecydowanie potrzebował rywala o względy Jasmine. Nie było nic lep­szego niż drugi mężczyzna, z zapałem gotów zalecać się, by przyszły pan młody się zaniepokoił. Oczywiście, Jasmine nie powinna o niczym wiedzieć, jeśli bowiem James Leslie miał ponownie się w niej zakochać, dziewczyna również powinna zakochać się w Glenkirku.

To będzie musiał być bardzo przystojny dżentelmen, ale może odrobinę płytki i nie mniej zasadniczy niż lord. Skye wiedziała, że jej wnuczka nie jest głupia i nie będzie jej po­ciągał ktoś mniej szlachetny i uczciwy. Aby zaś mieć pew­ność, że Jasmine nie zakocha się w niewłaściwym mężczyź­nie, rywal powinien być żonaty. Tak! To był wyśmienity plan!

- Biegnij teraz, moja droga - rzuciła Skye wnuczce, po czym zwróciła się do Daisy:

- Czy kąpiel jest już wreszcie gotowa, czy mam czekać do sądnego dnia? - Podniosła się z łóżka, gestem dłoni przepędzając Jasmine. - Do diabła! Już zapomniałam, ja­ka wilgoć panuje zimą w tym pałacu. Dołóż drew do ko­minka, Daisy. Jestem przemarznięta do szpiku kości.

- Jeśli o mnie chodzi, mogłabym natychmiast wracać do domu - mruknęła Daisy.

- Niedługo wrócimy - obiecała jej pani. - Mam tylko jed­ną, może dwie sprawy do załatwienia, a potem wyruszamy.

- Ma pani ten błysk w oczach - zauważyła Daisy. - Nie widziałam go chyba ze dwadzieścia lat!

- Jaki błysk? - Skye udawała niewiniątko.

- Ten błysk - odparła Daisy. - Jego lordowska mość nie byłby zachwycony, oj, nie. Zawsze wiedziałam, że gdy go zabraknie, powrócisz do swych starych sztuczek, milady. Czemu nie możesz spokojnie osiąść w domu i cieszyć się czasem, który ci jeszcze pozostał, otoczona wnukami i pra­wnukami?

- Przeżyję cię, ty wścibska starucho - parsknęła Skye.

- Pewnie tak - zgodziła się Daisy. - A kiedy mnie nie stanie, nie będzie nikogo, kto mógłby cię kontrolować.

- Chcę moją kąpiel - parsknęła Skye. Daisy potrząsnęła głową.

- Obie jesteśmy na to za stare - powiedziała.

- Może ty, bo ja nie - odpowiedziała jej pani.

Daisy ponownie pokręciła głową. Może tym razem po­winna była pozwolić tej niechlujnej Marcie pojechać z pa­nią. Bóg jeden wiedział, co teraz knuła i jak to się mogło skończyć.



ROZDZIAŁ 4

- Ma cherie! - powitał swoją szwagierkę Alexandre de Saville, hrabia Cher, i ucałował ją w oba policzki. - Nie przypuszczałem, że cię jeszcze ujrzę w tym życiu, bowiem kocham Archambault i rzadko stąd wyjeżdżam. Ty zaś je­steś bardzo przywiązana do twojego ukochanego Queen's Malvern.

- Adam nie żyje - powiedziała Skye, nie wdając się w niepotrzebne wstępy i pozwoliła służącym zabrać podbi­tą futrem pelerynę.

- Och, ma pauvre soeur - rzekł hrabia i twarz mu po­smutniała. - Czy był chory?

- Był stary, Alexandre - odpowiedziała Skye. - Był o trzynaście łat starszy od ciebie, a o dziesięć ode mnie.

- Kiedy to się stało? - Hrabia poprowadził swojego go­ścia do jasnego salonu, gdzie na kominku buzował ogień. Niemal natychmiast wyrósł przy nich służący z winem.

- W wieczór Trzech Króli - odpowiedziała Skye. - Nie, nie był chory i umarł pośród najbliższych. W jednej chwili śmiał się z jakiegoś żartu, a w następnej już nie żył. To był szok dla nas wszystkich, a zwłaszcza, jak mi się wydaje, dla samego Adama - dokończyła z przebłyskiem humoru.

- Tak jak to opisujesz, miał piękną śmierć - rzekł hrabia. - Niech Bóg ma w opiece jego dobrą duszę. - Na chwilę pochylił głowę.

Skye sączyła wino, delektując się delikatnym trunkiem.

Zakończywszy cichą modlitwę, hrabia uniósł swą srebr­ną głowę i spojrzał na szwagierkę.

- Bardzo miło z twojej strony, że osobiście przekazujesz nam tę wiadomość, ale podejrzewam, że nie jest to jedyny powód twojego przybycia do Francji. Przyjechałaś, żeby za­brać Jasmine i jej dzieci z powrotem do Anglii, prawda, ma soeur?

Skye kiwnęła głową.

- Najwyższy czas, Alexandre. - I przystąpiła do wyja­śniania, w jaki sposób lord Leslie śledził ją i dotarł do Belle Fleurs. - Kiedyś kochał Jasmine, ale nie wiem, czy jesz­cze żywi do niej uczucia - podsumowała. - Ale polubił jej dzieci, a to chyba dobry znak.

- Ale to nie wystarczy - bystro zauważył hrabia. - Co za­mierzasz zrobić, żeby pomóc naszej ślicznej Jasmine, ma soeur? Jestem pewien, że masz jakieś plany. - Zaśmiał się.

Skye wybuchnęła śmiechem.

- Tak łatwo mnie przejrzeć na stare lata, Alexandre? Oczywiście, masz rację. Chcę pomóc mojej kochanej dziewczynce. Pomyślałam, że jeśli uda mi się uzyskać po­zwolenie lorda Leslie, przywiozę tutaj dzieci z wizytą, po­tem zabiorę je do Paryża, a w końcu zawiozę do domu. W ten sposób moja wnuczka i jej przyszły mąż zostaną zmuszeni do ponownego zaprzyjaźnienia się i wspólnego rozwiązania ich problemów. Może po moim wyjeździe mógłbyś ich zaprosić do Archambault? Trochę wspólnie spędzonego czasu i kto wie, co może z tego wyniknąć.

- Och, Vamour - zgodził się hrabia, po czym dodał: - Naturalnie, że możesz przyjechać tu z wizytą w towarzy­stwie dzieci Jasmine, cherie. Z radością będziemy was go­ścić z Heleną. My też jesteśmy pradziadkami. Nasz wnuk, Philippe, następny hrabia Cher, ma synka, Antoine'a, któ­ry otrzymał imię po moim ojcu. Ucieszy się, mogąc poznać swoich angielskich kuzynów.

- Bardzo mnie zasmuciła wiadomość o śmierci twojego syna - powiedziała Skye.

- Przeklęte wojny religijne - z irytacją rzekł Alexandre de Saville. - Mój syn, Adam, nie miał z nimi nic wspólnego, a jednak stał się ofiarą tego szaleństwa, gdy wracał do domu z Nantes. Jego żona, Louise, wkrótce potem po­padła w depresję, biedaczka. Mieli tylko jedno dziecko. Philippe to dobry człowiek. Wcześnie się ożenił i spłodził Antoine'a, a potem jego maleńką siostrzyczkę Marie, teraz zaś jego żona znów jest brzemienna. Jest rówieśnikiem Ja­smine. Niech się zajmie Jasmine i lordem Leslie, a my z Heleną zajmiemy się dziećmi. Starszy wiek ma chyba swoje przywileje, prawda, cherie?

- Piekielnie mało - odpowiedziała Skye i roześmiała się. - Gdzie jest Helene? Nie mogę wracać do Belle Fleurs nie przywitawszy się z nią.

- Chodź więc ze mną, cherie - rzekł hrabia. - Zaprowa­dzę cię do niej. W taki wilgotny dzień bolą ją kości i nie opuszcza swoich pokoi.

- Gdzie byłaś, babciu? - zażądała wyjaśnień Jasmine, gdy tylko Skye wróciła do pałacu. To był okropny tydzień. Wyglądało na to, że z Jamesem Leslie łączyły ją jedynie jej dzieci, i że nie potrafili zamienić ze sobą słowa, jeśli nie chodziło o któreś dziecko. Nie wróżyło to nic dobrego, a gdy Skye znikła, jej wnuczka wpadła w panikę.

- Byłam w Archambault - spokojnie odparła Skye. Po­dała pelerynę służącemu i usadowiła się w fotelu przy ko­minku, sącząc wino. - Cóż, milordzie, czy miło spędziliście dzień z Jasmine? - Uśmiechnęła się szeroko do Jamesa, który siedział koło niej, wpatrując się w ogień.

- Przestało padać na tyle wcześnie, że mogliśmy zabrać dzieci do ogrodu - ponuro odpowiedział lord.

- Mój szwagier, hrabia Cher, wpadł na doskonały po­mysł - ciągnęła zadyszana Skye. - Zaproponował, żebym przywiozła na jakiś czas dzieci do Archambault i zostawiła was samych, byście mogli ponownie zbliżyć się do siebie, nieskrępowani obecnością rodziny. Mam nadzieję, milor­dzie, że pozwolisz nam pojechać. Wnuk hrabiego, Philippe jest rówieśnikiem Jasmine i ma synka niewiele starszego od Charliego, troszkę młodszego od Fortune. Dzieciom dobrze zrobi poznanie francuskiej gałęzi ich rodziny. Kto wie, może pewnego dnia francuska księżniczka będzie na­szą królową.

- Jak daleko leży Archambault? - zapytał Glenkirk.

- W linii prostej parę mil stąd. Hrabia Alexandre de Saville jest przyrodnim bratem Adama. Jego syn, który otrzymał imię po moim mężu, został zabity, więc spadkobiercą mająt­ku i tytułu jest jego wnuk, Philippe. Są wspaniałą rodziną.

- Jak długo ma potrwać ta wizyta? - dopytywał dalej lord.

- Tydzień, może dwa - rzuciła Skye, udając że nie za­uważa oburzonego spojrzenia wnuczki.

- Zastanowię się, madame - rzekł James Leslie.

- To głupi pomysł! - wybuchnęła Jasmine. - Po co moje dzieci mają poznawać dzieci de Saville'ów? Po powrocie do Anglii to nie będzie miało żadnego znaczenia. A po­za tym, jeszcze nie do końca odstawiłam Charliego od pier­si. Nie mogę im pozwolić jechać, babciu.

- Decyzja nie należy do mnie, kochanie - odrzekła Skye, kiwając głową w stronę lorda. - Jeśli zaś chodzi o Charlesa Fryderyka, to najwyższy czas, żeby przestał ssać pierś. Prze­cież na jesieni skończy trzy lata. Nigdy tak długo nie karmi­łam żadnego mojego dziecka. Natomiast nigdy nie wiado­mo, czy twoje dzieci i dzieci de Saville'ów nie będą potrze­bowały pomocy rodziny. Lepiej więc, jeśli to możliwe, za­wczasu poznać swoich krewnych, nawet tych dalekich. Alexandre de Saville jest twoim wujem. Jego syn, Philippe jest twoim kuzynem. Pewnego dnia te więzy mogą się okazać bardzo przydatne. Wydaje mi się też, że i lord Leslie ma krewnych we Francji, prawda, sir?

- Istotnie, madame. Dwaj wujowie mojego ojca ożenili się we Francji. Ich rodziny mieszkają na południe od Pary­ża, w pobliżu Fontainebleau. Znam obie gałęzie rodu - od­powiedział Glenkirk.

- A widzisz! - zawołała Skye. - Lord zna swoich francu­skich krewnych. - Obrzuciła ich oboje ciepłym uśmiechem.

- Nie chcę się rozstawać z dziećmi - z uporem powie­działa Jasmine. Na jej twarzy malował się buntowniczy wyraz, a oczy ciskały zagniewane spojrzenia. - Jestem ich matką i ode mnie zależy, co będą robiły.

- Nie, pani, to zależy ode mnie, ich prawnego opieku­na - odparł James Leslie.

- Uważam, że twoje dzieci powinny udać się z wizytą do swoich kuzynów w Archambault. Co zaś do Charliego, to najwyższy czas odstawić go od piersi. Ma zęby, żeby sa­memu gryźć jedzenie, a jeśli dalej będziesz go traktować jak dotąd, zrobisz z niego maminsynka.

- Och! - Jasmine sprawiała wrażenie autentycznie ura­żonej.

- Moi drodzy - pospiesznie zabrała głos Skye. - Nie chcę, żeby propozycja Alexandre'a była powodem waszej kłótni. Jasmine, kochanie, bądź rozsądna. Od miesięcy ki­sisz się z dzieciakami w Belle Fleurs. Dzieci potrzebują zmiany i kontaktów z rówieśnikami ze swojej sfery. Będą miały okazję sprawdzić swoje maniery i dobre wychowanie przed powrotem do Anglii, gdzie będą musiały zająć należ­ne sobie miejsce w towarzystwie. Wiesz dobrze, że wcze­śniej czy później znajdą się na królewskim dworze. Chcesz, żeby na starcie znalazły się w niekorzystnym położeniu? Nie podziękują ci za to. Dobre maniery poznane za młodu pozostają w pamięci na zawsze. Pozwól im jechać do Ar­chambault.

- Dobrze - poddała się Jasmine - to w końcu niedaleko stąd.

- Owszem - odezwała się łagodnie Skye - i przez cały czas będę ich pilnować. Tak dawno nie gościłam u rodziny Adama, że pobyt w Archambault będzie dla mnie ogrom­ną przyjemnością. Ach, jak wspaniale spędzaliśmy tam czas z twoim dziadkiem, gdy oboje byliśmy piękni i młodzi! - Westchnęła wzruszona i przyłożyła dłoń do serca.

- Nie przesadzaj, madame - szepnął jej cicho do ucha lord Glenkirk.

Twarz Skye nie zdradzała zaskoczenia usłyszaną uwagą. Pomyślała tylko, że ten lord jest sprytniejszy, niż sądziła i że dobrze robi, zabierając dzieci, żeby zmusić tych dwoje do rozwiązania ich problemów. Sprawę wyjazdu do Paryża omówi z nimi innym razem.

- No dobrze - zdecydowała Jasmine - ale nie na tydzień. Przynajmniej tydzień zabierze nam sprawdzenie, że mają całe ubrania i nauczenie ich podstaw dobrego zachowania.

- Zgadzam się, madame - z lekkim uśmiechem wtrącił James Leslie.

- Zgadza się pan? - Jasmine była zaskoczona.

- Nie możemy zawsze się nie zgadzać - odrzekł z bły­skiem w oczach.

- Chyba nie - przyznała, nie do końca pewna, co też miała oznaczać jego uwaga.

Upłynęło dziesięć dni, zanim Jasmine upewniła się, że dzieci są gotowe do wyjazdu do Archambault. Gromadka służących przez cały czas miała pełne ręce roboty, piorąc, prasując i szczotkując ubrania, dopóki Skye nie zaczęła na­rzekać, że za chwilę materiał może się rozpaść. Spakowano małe kufry podróżne, służące otrzymały szczegółowe in­strukcje dotyczące opieki nad dziećmi i co mają robić, gdy­by się wydarzyło to czy tamto.

W końcu zirytowana Skye warknęła na wnuczkę:

- Wychowałam siedmioro dzieci i przez cały czas będę z moimi prawnuczętami, moja droga. Wiem, co mam robić. Wyjeżdżamy jutro rano i basta.

Lord Glenkirk stłumił uśmiech. Jasmine sprawiała wra­żenie zmartwionej. Była dobrą matką, ale o wiele za opie­kuńczą. Ani przez chwilę nie miał wątpliwości, że cała ta wycieczka madame Skye i dzieci do Archambault była po­mysłem starszej pani. Obiecała mu pomóc, ale nie był pe­wien, czy może jej ufać, zwłaszcza po poprzednich doświad­czeniach. Teraz jednak wyglądało na to, że jego obawy były bezpodstawne. Zabierała dzieci Jasmine, żeby mógł być sam z ich matką. Podejrzewał, że dzieci nie wrócą już do Belle Fleurs, choć nie wiedział, jak Skye to zrobi. Roze­śmiał się cicho. Madame Skye była naprawdę piekielnie groźna. Cieszył się, że tym razem mają po swojej stronie.

Następnego dnia rano obserwował wraz z Jasmine wy­jazd starszej pani i dzieci z Belle Fleurs. Deszcz ustał i dzień był jasny i słoneczny. Był koniec lutego i w powie­trzu czuło się zapowiedź wiosny. Lord usłyszał, że Jasmine pociągnęła nosem i ostrzegł ją cicho:

- Nie płacz, pani, bo dzieci się zmartwią. Cieszą się na tę przygodę. Nie psuj im tego.

- Jeszcze nigdy się z nimi naprawdę nie rozstałam - mruknęła cicho, bezskutecznie usiłując uwolnić ramię z je­go uścisku.

- Popatrz, jak Henry, India i Fortune ładnie wyglądają na kucykach - pokazał na dzieci. - Dobrze siedzą na koni­kach. Tyje uczyłaś, pani?

- Tak. Mój ojciec nauczył mnie jeździć konno, gdy byłam bardzo mała. W Indiach kobiety nie dosiadają koni, ale moja matka jeździła z moim ojcem, więc mnie też nauczył. Miałam ogromną swobodę! Mogłam z nim i bratem, Salimem, polować na tygrysy i inne dzikie bestie. Nigdy nie po­zwolono by na to moim siostrom, nawet gdyby przyszedł im do głowy taki pomysł. - Pomachała za powozem, w którym jechał Charles Fryderyk ze swoją nianią.

Odwrócił ją delikatnie w stronę pałacu.

- Ile sióstr miałaś, pani? - zapytał. - Sam mam pięć sióstr i trzech braci. Moi dwaj bracia i trzy siostry mieszka­ją w Szkocji. Pozostali mieszkają we Włoszech.

- Byłam najmłodszą latoroślą. Kiedy się urodziłam, moje rodzeństwo było już dorosłe - powiedziała Jasmine. - Mia­łam trzech braci, z czego dwóch już nie żyje, i trzy siostry.

- Czemu opuściłaś Indie? - dociekał.

- Mój najstarszy brat Salim, który jest dzisiaj cesarzem Mogołów, czuł do mnie kazirodczą chuć. Zamordował księcia kaszmirskiego, mojego pierwszego męża, żeby uto­rować sobie drogę do mojego łoża. Mój ojciec był umiera­jący i zdawał sobie sprawę z tego, że po jego śmierci moja przybrana matka nie będzie w stanie mnie uchronić. Toteż potajemnie wysłał mnie do Anglii, do mojej babki de Marisco, z którą przez wszystkie lata utrzymywał luźne kon­takty. - Jasmine roześmiała się cicho. - Zanim opuściłam Indie, tata dowiedział się, że ksiądz, który uczył mnie przez całe moje dzieciństwo, w rzeczywistości był naszym kuzynem. Babka wysłała go do Indii, żeby mnie pilnował i żeby miała pewność, że jestem szczęśliwa. Dzięki ci, Boże, za ta­ką babcię!

- A twój brat nigdy się nie dowiedział, gdzie wyjechałaś? - zaciekawił się.

- Nie sądzę - odrzekła Jasmine. - Mój ojciec wymyślił bardzo chytry plan. Salim myślał, że pojechałam do Kasz­miru, żeby pochować serce Dżamala w jego ojczystej ziemi. Ojciec żył jeszcze przez dwa miesiące po moim wyjeździe z Indii. Salim najwcześniej mógłby posłać po mnie do na­szego pałacu w górach późną jesienią, kiedy śniegi zasypu­ją wszystko. W praktyce więc mógł się dowiedzieć, że nie jestem w Kaszmirze, dopiero na wiosnę, a wówczas byłam już bezpieczna w Anglii. Salim niewiele wiedział o mojej angielskiej matce. Zresztą nawet gdyby poznał miejsce mo­jego ukrycia, co mógłby zrobić?

- Czy kiedykolwiek myślałaś o powrocie? - zapytał Ja­mes Leslie.

Jasmine zastanowiła się przez chwilę, zanim udzieliła odpowiedzi.

- Nie. Moje pierwsze lata w Indiach związane były z oj­cem, z bratem Salimem, gdy byłam jeszcze zbyt niewinna, aby zrozumieć jego pożądanie, i z Dżamal - chanem, moim pierwszym mężem. Mój ojciec i Dżamal odeszli. Brat, na szczęście, w końcu o mnie zapomniał. Tęsknię jedynie za Rugaią Begam, która mi matkowała. Byłam jej jedynym dzieckiem. Teraz nie może się cieszyć ani mną, ani moimi dziećmi, które są jej wnukami. Tylko z tego powodu dręczą mnie wyrzuty sumienia. I dlatego nigdy nie wybaczę Salimowi.

Gdy to mówiła, James Leslie dostrzegł w jej oczach prawdziwy ból i zapragnął go ukoić.

- Poprośmy kucharkę, żeby przygotowała nam kosz zje­dzeniem, madame, i wybierzmy się na przejażdżkę. Mamy śliczny dzień i jestem przekonany, że znasz tu wiele pięk­nych ścieżek w okolicy.

Zaskoczył ją tą propozycją. Przez większość stycznia i lu­tego było mokro i posępnie. Wszyscy siedzieli stłoczeni w pałacu. Teraz, po wyjeździe dzieci, mogła pomyśleć o ja­kichś rozrywkach dla siebie. Na chwilę niemal poczuła się winna, ale szybko się otrząsnęła i odpowiedziała:

- Masz rację, milordzie, doskonały dzień na przejażdżkę! Kucharka, która uważała Jamesa Leslie za prawdziwego dżentelmena, zapakowała do koszyka świeżo upieczonego kurczaka, bochenek świeżego, jeszcze ciepłego chleba, gli­niany garnek ze szparagami marynowanymi w białym wi­nie, trójkąt sera brie, dwie gruszki, które wytarła w swój fartuch, żeby się błyszczały, i bukłak złocistego wina z Archambault.

Glenkirk, który obserwował kucharkę przy pracy, wziął od niej gotowy koszyk i pocałował ją w rękę, wywołując ru­mieńce na policzkach poczciwej kobiety. Przyglądając się, jak lord wychodzi z kuchni, co chwila zerkała na uhonoro­waną rękę, jakby ta się zmieniła i nie była taka, jak niegdyś.

Po powrocie do głównej sali znalazł tam czekającą na niego Jasmine. Zaskoczyło go, że się przebrała, prze­istaczając w chłopca w spodniach, płóciennej koszuli i pod­bitej futrem kamizeli z jeleniej skóry zapinanej na rzeźbio­ne, srebrno - rogowe guziki. James Leslie uniósł brwi do gó­ry. Miał wrażenie, że już to widział. Tak właśnie ubrała się kiedyś jego własna matka.

- Dosiadasz konia po męsku - wykrztusił w końcu.

- Umiem jeździć w damskim siodle, jeśli sytuacja tego wymaga - odpowiedziała - ale wolę jazdę okrakiem. Pan też by wolał, gdyby kiedykolwiek spróbował pan balanso­wać w spódnicy, z jedną nogą przerzuconą przez łęk siodła, na podskakującym koniu. To bardzo niewygodne i kłopotli­we, a poza tym szalenie nienaturalne, milordzie. Chyba nie ma pan nic przeciwko temu?

- Oczywiście, że nie - odparł szybko, widząc, że oczy błyszczą jej bojowo. - Właściwie zgadzam się z panią.

Skinęła głową i odwróciła się pospiesznie, żeby nie do­strzegł rozbawienia w jej wzroku.

- Ruszajmy więc. To dobrze, że ma pan swojego wierz­chowca, bo przywiozłam z Anglii tylko konie do zaprzęgu. Ze stajni Archambault przysłano mi śliczną, łagodną czarną klacz. Przyjemnie się na niej jeździ, ale bez niespodzia­nek. Gdybym wiedziała, że tak długo pozostanę we Francji, zabrałabym swojego ogiera.

- Cieszę się, że go nie masz - rzekł lord. - Mój rumak nie znosi żadnych rywali koło siebie.

- Będziemy więc musieli mieć oddzielne stajnie, milor­dzie - odpowiedziała ze śmiechem Jasmine. - Nie zamie­rzam dla ciebie zrezygnować z mojego konia.

- Mamy mnóstwo czasu na takie rozmowy, pani. Jasmine odwróciła się i spojrzała mu prosto w oczy.

- Nie ma potrzeby takiej dyskusji, milordzie - rzekła zdecydowanie i wyszła na dziedziniec, gdzie czekały konie.

James Leslie miał ogromną ochotę, żeby wybuchnąć śmiechem, ale rozsądnie się powstrzymał. Był bardzo nie­pewny tej pięknej kobiety, która miała zostać jego żoną, ale miał dość rozumu, żeby zatrzymać takie myśli dla sie­bie. Lady Lindley miała silną wolę i należało się z nią ob­chodzić ostrożnie. Dosiadł swojego ogiera i spojrzał na nią.

- Prowadź, pani - powiedział, sprawdzając jednocze­śnie, czy popręg jest dobrze zapięty.

Poprowadziła go przez ogród równo zagrabionymi ścież­kami. Widział, że miejsce jest zadbane, klomby kwiatowe przykryte słomą. Różane krzewy były starannie poprzycinane. Fontanna szumiała wesoło. Porośnięty liliami staw błyszczał w słońcu. Mógł sobie jedynie wyobrażać, jak pięknie musiało tu być na wiosnę i latem. Otwarty z trzech stron ogród, z czwartej odgrodzony był od lasu murem. Gdy podjechali bliżej, zobaczył furtkę w murze. Jasmine pochyliła się z konia i otworzyła ją.

- Zamknij za sobą furtkę, milordzie - poleciła, wyjeż­dżając z ogrodu.

Wypełnił jej prośbę i ruszył za nią w las ledwo widoczną, wąziutką ścieżką, wijącą się bez końca pomiędzy bezlistny­mi drzewami. Gdy obejrzał się za siebie, nie mógł już do­strzec pałacu. Usłyszał szum strumienia, płynącego po ka­mieniach. Nagle znaleźli się nad wodą i konie zaczęły iść korytem po chwiejnych głazach. W pewnym momencie po­między drzewami zobaczył jelenia. Wydawało się, że są w najgęściejszym lesie, gdy nagle wyjechali na porośnięte trawą wzgórze. Przed nimi rozciągały się rozległe winnice, a na odległym wzniesieniu stał wspaniały pałac.

- To jest Archambault - rzekła Jasmine. - Moja prabab­ka była kiedyś hrabiną Cher. Ale jej mąż nie był ojcem mo­jego dziadka Adama. Adam był synem jej pierwszego mał­żonka, Johna de Marisco, lorda z Wyspy Lundy. Czy wiesz, panie, że mój dziadek uważany był kiedyś za pirata? - Ro­ześmiała się figlarnie. - Stara królowa w pewnej chwili za­mknęła babkę w wieży, bo była przekonana, że ta spiskuje z dziadkiem. Tam przyszła na świat moja ciotka Deirdre.

- Ciekaw jestem, czy król jest świadom wszelkich twoich powiązań rodzinnych - odezwał się z humorem Glenkirk. - Chyba byłby przerażony.

- Może nie chciałby wtedy, żebyś mnie poślubił - chy­trze zauważyła Jasmine.

- Niestety, pani, nawet gdybyś była ślepa na jedno oko i bezzębna, król żądałby naszego związku, gdyż jesteś mat­ką jego pierwszego wnuka.

- Dobrze więc, że nie jestem ślepa ani bezzębna - kpią­co powiedziała Jasmine. - Poślubiłbyś mnie, panie, gdybym była starą jędzą, brzydką jak noc?

- Owszem, bowiem jestem wiernym poddanym króla, pani - odpowiedział James Leslie. - Nasz ród zawsze był oddany Stuartom. To nasza zasada.

- A gdyby król popełniał błędy? - przekomarzała się z nim Jasmine.

- Królowie z rodu Stuartów nigdy nie błądzą.

- Takie królewskie prawo? - zakpiła.

- Właśnie, królewskie prawo - odpowiedział. - Czy twój ojciec pozwoliłby komukolwiek kwestionować swoje decy­zje?

- Jako władca, na pewno nie - odpowiedziała mu. - Ale jako człowiek był ciekawy świata i zawsze otwarty na wszel­kie pytania. W ten sposób zjednoczył kraj i nie dopuścił do jego rozpadu. Nawet w sprawach religii Akbar był tole­rancyjny. Miałam szczęście, że wychował mnie taki czło­wiek. Mój ojciec bowiem, inaczej niż w przypadku mojego rodzeństwa, miał dla mnie czas. Miał czas dla swojego naj­młodszego dziecka, które spłodził w późnym wieku. Nie­wiele córek było równie uprzywilejowanych, jak ja. - Za­trzymała swoją klacz i spojrzała w dół, na uśpione winnice. - Zatrzymamy się i zjemy tutaj, panie? Słońce mocno grze­je, a widok jest przedni.

Zgodnie zsiadł z konia, po czym zdjął ją z siodła. Podczas gdy Jasmine rozkładała na zimowej, wyschniętej trawie suk­no, które wyjęła z juków, lord wziął kosz z prowiantem, przy­troczony do łęku jego siodła. Kiedy usiedli, Jasmine rozłoży­ła zawartość kosza na płóciennej serwecie. Lord pokroił no­żem na małe kawałki chleb, ser i kurczaka. Na dnie koszyka znaleźli dwa niewielkie, srebrne kieliszki. Jasmine wyjęła je i z wdziękiem napełniła winem ze skórzanego bukłaka.

Posilali się, niewiele rozmawiając. Jasmine wpatrywała się w winnice i w górujący nad nimi zamek. James Leslie również się nie odzywał. Jego spojrzenie błądziło po ota­czającym go krajobrazie, po czym skupiło się na towarzy­szącej mu kobiecie. Pomyślał, że jest jeszcze piękniejsza niż dwa lata temu. Czy jednak istniało cokolwiek, na czym mo­gliby zbudować prawdziwy związek? Wiedział, że potrafili się nawzajem doprowadzić do furii, ale nie chciał spędzać reszty życia z rozgniewaną kobietą. Kiedyś pożądał Jasmi­ne i chociaż nadal była w stanie obudzić w nim namiętność, to mu nie wystarczało. Chciał czegoś więcej i głowę by dał, że Jasmine także pragnęła czegoś więcej. Ale czego? I jak mieli to odnaleźć?

- Czego pragniesz? - wybuchnął nagle. Twarz Jasmine odzwierciedlała jej zaskoczenie.

- Czego pragnę? Co masz na myśli, milordzie? Nie ro­zumiem. Wydaje mi się, że mam wszystko, czego moż­na chcieć, a już na pewno więcej niż inni. Nie sądzę, żeby mi czegoś brakowało, sir.

James Leslie potrząsnął głową.

- Nie, Jasmine, nie chodzi mi o dobra materialne. Wiem, że jesteś samodzielną, bogatą kobietą, ale są inne rzeczy, nie tylko aktywa. Czy szukasz władzy, rozrywki, po­mnożenia majątku czy miłości? Czego chcesz?

- Ach! - W jej niezwykłych, turkusowych oczach pojawił się błysk zrozumienia.

- Miłość? Nie myślałam, że jeszcze kiedykolwiek będę mogła kochać. Mężczyźni, których kochałam, umierali gwałtowną śmiercią. Dżamal i Rowan zostali zamordowa­ni i w obu przypadkach to ja byłam bezpośrednią przyczy­ną ich śmierci. Dżamal zginął, bo mój przyrodni brat mnie pożądał, a Rowan dlatego, że znalazł się na linii strzału, gdy wyznaczony przez króla zarządca mojego majątku usi­łował mnie zabić. Natomiast mój biedny Hal... - Westchnę­ła. - Henry Stuart nie powinien przedwcześnie umierać.

- Ale nie byłaś, pani, w żaden sposób odpowiedzial­na za jego śmierć - przypomniał Jasmine lord.

- Ale kochał mnie i umarł - odpowiedziała.

- Gdybyś mnie kochała, nie bałbym się śmierci - rzekł James Leslie.

Nagle Jasmine uśmiechnęła się, a serce Glenkirka za­drżało.

- Szuka pan wspólnej płaszczyzny, na której moglibyśmy zbudować nasz małżeński związek, prawda, milordzie? - A kiedy skinął potakująco głową, ciągnęła dalej: - Powiedz mi, panie, czy kochałeś swoją żonę, Isabelle Gordon? Czy była ładna? Czy śmialiście się i płakali razem? W jaki spo­sób sprawiała, że byłeś szczęśliwy?

Zastanowił się przez chwilę i powiedział:

- Bella była śliczną dziewczyną. Miała długie, ciemne włosy, nie takie kruczoczarne, jak twoje, ale w ciepłym, brązowym odcieniu. Byliśmy zaręczeni od dzieciństwa i do­brze się znaliśmy. Chyba uważałem ją za swoją siostrę. Po­tem mój ojciec wyruszył na wyprawę do Nowego Świata i nie wrócił. Król ogłosił, że ojciec nie żyje i zostałem lor­dem Glenkirk. Jakub Stuart nalegał, żebym się natych­miast ożenił, oficjalnie po to, żeby szybko spłodzić z Bella potomstwo, aby nasz ród nie zaginął. W rzeczywistości chciał, żeby moja matka została jego kochanką. Uznając ojca za zmarłego i zmuszając mnie do objęcia roli głowy ro­dziny, sprawiał, że była niepotrzebna w Glenkirk. Kazał jej przenieść się na dwór królewski.

- Na Boga! - wykrzyknęła Jasmine. - Król pożądał ko­biety? A ja uważałam go za absolutnie wiernego królowej Annie.

- Był wierny królowej, z wyjątkiem namiętności do mo­jej matki. Wszystko zaczęło się, zanim poślubił królową, ale to długa historia i nie będę cię nią zanudzał, Jasmine. Wy­starczy, że powiem, iż matka uciekła ze Szkocji i już nigdy tam nie wróciła. Mieszka w królestwie Neapolu z moim przyrodnim bratem i dwoma przyrodnimi siostrami. Mój ojczym umarł dwa i pół roku temu.

- I nie zdecydowała się na powrót? - zaciekawiła się Ja­smine.

- Nie. Nadal obawia się Jakuba Stuarta, chociaż zapew­niałem ją, iż nie jest już podobny do dawnego, młodego Ja­kuba. W odpowiedzi usłyszałem, że koty nie zmieniają swoich łat i że klimat w Neapolu dużo bardziej jej odpo­wiada niż ten panujący w Szkocji. Wydaje mi się jednak, że wspomnienia ze Szkocji są dla niej zbyt bolesne i trudne do zniesienia, podczas gdy przez cały pobyt w Neapolu by­ła szczęśliwa z lordem Bothwellem.

- A ty byłeś szczęśliwy ze swoją Bella? - zadała mu py­tanie Jasmine.

- Tak, byłem szczęśliwy. Była miłą dziewczyną, dobrą matką i żoną, z której mężczyzna mógł być dumny, madame.

- Nie powiedziałeś mi, czyją kochałeś? - naciskała Ja­smine.

- Owszem, kochałem ją, ale gdy teraz patrzę wstecz, wy­daje mi się, że była to bardzo niedoświadczona, młodzień­cza miłość. Było nam razem dobrze i gdyby nie zginęła tak tragicznie, chyba bylibyśmy ze sobą szczęśliwi przez resztę naszego życia.

- Tak właśnie kochałam mojego pierwszego męża - rze­kła Jasmine.

- Ale nie tak kochałaś drugiego? - zapytał w odpowiedzi. Jasmine uśmiechnęła się i przez chwilę skoncentrowała się na żuciu kawałka sera.

- Nie - przyznała w końcu. - Kochałam Rowana Lin­dleya zupełnie inaczej. Czasem miałam wrażenie, że stanowimy jedność. Znałeś go, panie. Wiesz, jakim był czło­wiekiem. Miłym i szczodrym. Wiernym. Umiał się śmiać. Nigdy nie zrozumiem, czemu los zabrał go mnie i moim dzieciom.

- Jednak umiałaś pokochać kolejny raz - powiedział lord.

Jasmine znów się uśmiechnęła.

- Owszem. Ale któż mógłby nie kochać Henry'ego Stuar­ta? Wszyscy go uwielbiali. Wiesz, panie, że nie zabiegałam o jego względy. Prawdę mówiąc, mocno mu się opierałam, ale nie ustąpił. - Roześmiała się do swoich wspomnień.

- To cenny dar, który dostaje niewiele królewskich na­łożnic.

- Ale ten dar wciągnął cię w krąg zainteresowania kró­la, madame - zauważył Glenkirk. - Może powinnaś się za­dowolić przyjęciem od księcia Henry'ego tylko klejnotów i tytułu.

Jasmine zachichotała.

- Nie ma w Anglii człowieka, który mógłby mnie oszoło­mić podarowaną biżuterią, gdyż posiadam klejnoty, które przewyższają wszystko, co kiedykolwiek miał pan szansę zo­baczyć. Rowan wiedział o tym i dlatego podarował mi Maguire's Ford. Hal także o tym wiedział. Jeśli zaś chodzi o ty­tuły... - wzruszyła ramionami. - Przyszłam na świat w kró­lewskiej rodzinie, jako mogolska księżniczka. Tylko tytuł królowej wywarłby na mnie wrażenie, ale to jest nierealne.

- Masz więc, pani, ziemie, tytuły, złoto i biżuterię, a mi­mo to musisz mnie poślubić. Co mogę ci dać, żeby cię uszczęśliwić, Jasmine?

- Czemu cię obchodzi, czy jestem szczęśliwa, czy nie, Ja­mesie Leslie? - zapytała. - Król kazał nam się pobrać i mu­simy to zrobić, bez względu na to, czy będę szczęśliwa, czy też nie. Powiedziałeś, że będziesz posłuszny Jakubowi Stu­artowi, gdyż twój ród zawsze był lojalny wobec królewskiej rodziny Stuartów. Jakie znaczenie ma więc moje szczęście?

Jasmine Lindley umiała być najbardziej irytującą kobie­tą na świecie, gdy tylko tego chciała. Oto wyciągał do niej ogromną gałąź oliwną, a ona najwyraźniej ją odrzucała.

- Madame, nie jestem żadnym potworem, przysłanym, żeby cię nękać - zaczął - a ty nie będziesz męczennicą, gdy mnie poślubisz. Niejedna dama w Anglii byłaby zachwyco­na, mogąc zostać moją żoną. Nawet twoja siostra przyrod­nia kiedyś uważała to za zaszczyt.

- Chcesz mnie pojąć za żonę tylko dlatego, że Jakub Stu­art tak ci rozkazał? - zapytała Jasmine. - Nie podoba mi się myśl, że musimy się pobrać, bo król nam kazał. Kiedy byłam młodą dziewczyną, zgodziłam się na takie małżeństwo, ale było to polecenie mojego ojca, a nie kogoś obcego.

Wypił ostatni łyk wina z kieliszka, żałując, że nie ma go więcej i westchnął.

- Nie mogę tego zmienić, Jasmine - powiedział spokoj­nie. - Kiedy parę tygodni temu zjawiłem się w Belle Fleurs, byłem na ciebie wściekły. Chyba nawet bliski byłem znie­nawidzenia cię. Przyznaję też, że szukałem rewanżu za pu­bliczne upokorzenie mnie i wystawienie na pośmiewisko. Ale przebywanie w twoim towarzystwie sprawiło, że mój gniew przysechł. Podziwiam cię. Jesteś odważną i zdecydo­waną kobietą. Niektórzy mężczyźni nie cenią takich cech u żony, ale ja tak. Nie jestem pewny, czy kiedykolwiek bę­dę w stanie ofiarować ci miłość, tak jak ty nie możesz mi obiecać, że mnie pokochasz. Ale będę cię szanował i mogę ci zaproponować przyjaźń. Nie będziesz cierpiała jako mo­ja żona, ja zaś będę dobrym ojcem dla twojego potomstwa, przysięgam na dusze moich zmarłych dzieci.

- Zamierzasz mnie zmusić do zawarcia ślubu na królew­skim dworze? - spytała.

Pokręcił głową.

- Minęła mi chęć zemsty, Jasmine. Możemy się pobrać tutaj w Belle Fleurs albo w Queen's Malvern. Wybór nale­ży do ciebie, daję słowo, ale proszę cię, pani, niech nastąpi to szybko. Nie powinniśmy dłużej narażać się na królew­skie niezadowolenie.

- Na ciebie też jest zły? Była zaskoczona.

- Owszem - odrzekł z nieznacznym uśmiechem. - Stwierdził, że gdy baran zapędzi w kozi róg owcę, nie powinien dawać jej swobody, żeby sama mogła wybierać, co i kiedy je. Na szczęście zaprzątnął go zamęt wywołany sprawą Carra i nie miał dla mnie zbyt wiele czasu. Na pew­no jednak nasz szybki ślub bardzo by go ucieszył. Tęskni, by zobaczyć swojego wnuka, bo nie widział go od czasu, gdy Charles Fryderyk był niemowlęciem.

- Obiecaj, że nie pozwolisz mi go odebrać - powiedzia­ła Jasmine. - Muszę się przyznać, że tego się najbardziej boję. Kiedyś królowa opowiedziała mi, jak zabrano jej Ha­la, jak rzadko mogła go widywać i jak musiała błagać jego opiekunów, żeby pozwolili jej spędzić z nim trochę czasu. Nie zniosłabym, gdyby zabrali mi Charliego!

Na samą myśl o tym jej oczy wypełniły się łzami. Wyciągnął rękę i otarł jej łzy z policzka.

- Nie zabiorą go nam - obiecał jej. - Henry Stuart był następcą tronu, a zwyczaj nakazywał, żeby przyszły władca wychowywał się z dala od matki. Dzięki królowej dziś już się tak nie postępuje. A poza tym, Jasmine, twój Charlie jest tylko królewskim bękartem. Nigdy nie może pretendo­wać do tronu.

- Ale co będzie, gdy się okaże, że go zapragną?

- Chcą tylko zobaczyć chłopca i poznać go. Zostałem je­go opiekunem prawnym, bo wiedzą, że jestem uczciwym człowiekiem i nie wykorzystam chłopca dla swoich korzyści i umocnienia mojej pozycji. Charlie pozostanie ze swoją rodziną. Obiecuję ci to, madame.

- Boję się - powiedziała cicho.

Wziął w swoją wielką rękę jej obciągniętą rękawiczką dłoń. - Musisz mi uwierzyć, Jasmine. Przyznaję, że wyma­ga to od ciebie ogromnego zaufania, ale proszę, żebyś mi zawierzyła. - Czuł, że ręka Jasmine, pomimo rękawiczki, była bardzo zimna. Spróbował ją rozgrzać swoimi dłońmi.

Zerwał się wiatr, a słońce schowało się za chmurami. Zapowiedź wiosny, wyczuwana wcześniej w powietrzu, zni­kła całkowicie. Powróciła zima.

- Lepiej ruszajmy - rzekła uwalniając dłoń z jego uchwy­tu i wstając. Strząsnęła ze spodni okruszki i zaczęła pako­wać kosz i serwetę.

- Rozważysz to, o czym dziś rozmawialiśmy? - zapytał Glenkirk.

- Pobierzemy się wiosną w Queen's Malvern - odparła Jasmine z uśmiechem. - Ale nie pierwszego kwietnia, mi­lordzie. To dla nas bardzo niedobra data i wolałabym roz­poczynać nasz związek milszym akcentem. Zgadzasz się ze mną? Może piętnasty kwietnia byłby odpowiedni? Nie lu­bię maja. Mawiają, że ślub w maju, a żal przez całe życie.

- A czerwiec?

- Naprawdę chcesz tak dalece wystawiać na próbę cier­pliwość króla? - zażartowała. Pomógł jej dosiąść klaczy. Uśmiechnęła się do niego z błyskiem w oczach. - Oczywi­ście, czerwiec jest cudownym miesiącem, milordzie.

- Czy nie wyszłaś za mąż za Westleigha w kwietniu? - zapytał, wskakując na siodło. Z jakiegoś powodu myśl, że poślubi ją w miesiącu, w którym zawierała już związek małżeński z innym mężczyzną, niezwykle go irytowała. Może był to nawet ten sam dzień, żeby łatwiej jej było za­pamiętać datę. Nawet jej monogram pozostanie niezmie­niony. L jak Lindley. L jak Leslie.

- Poślubiłam Rowana trzydziestego kwietnia, milordzie - powiedziała lekko zmrożonym tonem. - Ale rozumiem, że wolisz czerwiec. Niech więc uroczystość odbędzie się pięt­nastego czerwca Wydaje mi się, że to bardzo dobry termin.

Lord natychmiast poczuł się rozczarowany. Zachował się jak cham, a ona przyłapała go na tym i wykorzystała to. Teraz będzie musiał czekać dodatkowe dwa miesiące i jesz­cze wyjaśnić zwłokę królowi. Zaklął cicho pod nosem i wy­dało mu się, ku jego upokorzeniu, że Jasmine zachichota­ła. Kiedy jednak zerknął na nią, na jej twarzy malował się wyraz zupełnej niewinności.

Poprowadziła go wśród winnic Archambault na drogę, którą jechał za Skye z Paryża. Jechali kłusem wzdłuż drogi, dopóki nie natrafili na ledwie widoczną ścieżkę, wiodącą do Belle Fleurs. Tam Jasmine spięła swoją klacz do galopu i jej włosy, dotychczas starannie upięte na karku, rozwiały się. Glenkirk zrozumiał, że mają się ścigać do domu i po­pędził swojego rumaka. Gdy zrównał się z jej klaczą, Jasmine spojrzała na niego i roześmiała się. Wyprzedził ją, pierwszy wjechał na most prowadzący do pałacu i przysta­nął, żeby na nią poczekać, lecz dziewczyna, nie zatrzymu­jąc się, minęła go i wjechała na dziedziniec. Zeskoczyła z konia.

- Wygrałam! - zawołała z triumfem.

- Sądziłem, że meta wyścigu jest na moście - zaprotesto­wał, zsiadając z wierzchowca.

- A dlaczego?

- Bo to było logiczne miejsce na zakończenie wyścigu - wyjaśnił.

- Nonsens! - zawołała i pospiesznie skierowała się do zamku. - Wyścig kończy się u drzwi domu. Myślałam, że wszyscy o tym wiedzą.

- Ja nie wiedziałem - stwierdził ostrym tonem.

- Dlaczego?

- Bo mi nie powiedziałaś, pani! - krzyknął.

- Napij się trochę wina. To ci uspokoi nerwy, milordzie. Na Boga, to był tylko malutki wyścig.

Wziął wielki kielich czerwonego wina i duszkiem wypił połowę.

- Ukrycie przede mną reguł wyścigu jest oszustwem - warknął, patrząc na nią przymrużonymi, zielonymi oczami.

- Jeśli masz zostać lady Glenkirk, musisz być uczciwa w każdej sprawie.

- Doprawdy, zupełnie nie umiesz przegrywać, milordzie - stwierdziła Jasmine. - To było milczące wyzwanie i kom­pletną głupotą było zakładać, że wyścig się skończył, zanim się skończył. Musisz być szybszy, milordzie, jeśli nasz zwią­zek ma sprawiać nam obojgu zadowolenie.

- Czy zawsze jesteś taka?

- Jaka?

- Nie do wytrzymania! Absolutnie niemożliwa!

- Nie ma powodu, żebyś krzyczał, milordzie. Nie wyda­je mi się, żeby ci to służyło. Ta mała żyłka - wyciągniętym palcem dotknęła boku jego głowy - strasznie pulsuje. Mu­szę cię nauczyć pewnej sztuczki, jaką poznałam jako dziec­ko od mojej ciotki; pomoże ci się uspokoić. Siadasz zupełnie bez ruchu i przestajesz myśleć o czymkolwiek, a potem głęboko wdychasz i wydychasz powietrze. Doskonale uspo­kaja. Czasem korzystałam z tej metody.

Czuł rytmiczne pulsowanie żyły na skroniach, którą do­tknęła. Istniały dwa sposoby, by powstrzymać to pulsowa­nie i się uspokoić. Albo będzie musiał ją udusić na miejscu, a myśl ta w tym momencie wydała mu się niezwykle kuszą­ca, albo pocałować.

Wybrał tę drugą możliwość.

Porwał ją w objęcia i spadł ustami na jej wargi w moc­nym pocałunku. Przycisnął ją do siebie, czując przywierają­cy do niego biust dziewczyny, niewątpliwie pełniejszy, niż przed laty, zanim urodziła dzieci. Oczekiwał, że zacznie z nim walczyć, że okaże oburzenie. Tymczasem usta Jasmine zmiękły i dziewczyna roztopiła się w jego objęciach, na jego szorstkość reagując słodką miękkością. Zamierzał ją zdobyć siłą, ale zrozumiał, że już zwyciężył. Zdumiony, ale nie zmartwiony, rozluźnił uchwyt.

Jasmine stała prosto, patrząc na niego, choć w rzeczywi­stości nogi miała jak z waty.

- Miałeś do wyboru zabić mnie albo pocałować, prawda, milordzie? - zakpiła.

Kiwnął głową i, nie umiejąc wymyślić żadnej mądrej od­powiedzi, rzekł:

- Kiedyś nie tytułowałaś mnie milordem, pani, ale nazy­wałaś Jemmie. Sądzisz, że moglibyśmy do tego powrócić?

- Nigdy mnie nie poskromisz, Jemmie, ani ja ciebie - rzuciła w odpowiedzi. - Obawiam się, że to będzie straszli­wy związek. - Ale Jasmine uśmiechała się.

- Owszem, będzie straszliwy - zgodził się - lecz nic na to nie poradzimy. Jestem człowiekiem wiernym królowi i mu­szę go słuchać. Jednak mężczyźnie może przypaść jeszcze gorsza żona niż ty, droga Jasmine. Sama mi przypomniałaś, że jesteś bogata, piękna, mądra i pochodzisz z królewskie­go rodu - zażartował.

- Zawsze byłam dobrą żoną. Jeśli nie będziesz usiłował mnie zdominować, przekonasz się, że będę lojalna i nie przyniosę wstydu twojemu nazwisku, Jemmie Leslie.

- Innymi słowy, jeśli pozwolę ci robić, co zechcesz, nie będziemy mieli żadnych problemów - zauważył z błyskiem w oczach.

- Otóż to! - odpowiedziała żywo Jasmine. - Jak dobrze, że wychodzę za mąż za spostrzegawczego mężczyznę.



ROZDZIAŁ 5

Pogoda znów się zmieniła i nadciągnęły pierwsze wio­senne deszcze. James Leslie i Jasmine Lindley spędzali czas głównie w zamku, grając w karty i w szachy, oraz roz­mawiając. Chociaż się znali, w gruncie rzeczy niewiele o so­bie wiedzieli. Skye miała rację, pozostawiając ich samych. Gdy minęło jakieś dziesięć dni od wyjazdu dzieci, lord za­proponował, żeby następnego dnia, jeśli nie będzie padało, pojechali do Archambault złożyć wizytę krewnym Jasmine i zobaczyć, jak dzieciaki radzą sobie ze swoimi kuzynami.

Jasmine zaczerwieniła się, słysząc tę propozycję.

- O co chodzi? - zapytał.

Roześmiała się cicho. - Niemal zapomniałam o dzie­ciach - przyznała z zakłopotaniem Jasmine. - Tak miło by­ło mi tu z tobą, Jemmie, że prawie zapomniałam o swoich obowiązkach.

- Jesteś najlepszą z matek - zapewnił ją. - Nikt nie bę­dzie cię winił za to, że podczas nieobecności dzieci spę­dzasz miło czas. Po powrocie do Anglii będziemy przeby­wać na dworze najkrócej, jak tylko się da i poświęcać więk­szość czasu naszej rodzinie.

- Zamieszkamy w Szkocji? - zapytała. - Moja mama do­brze się tam zaaklimatyzowała, ale zawsze nalegała na spę­dzanie lata w Anglii. Czy w Glenkirk jest ładnie, Jemmie?

- Bardzo ładnie - odpowiedział - lecz będziemy tam mieszkać tylko przez część roku, Jasmine. Może podczas jesiennych i zimowych miesięcy. Jesień w Szkocji jest naj­lepsza. Lato spędzimy w Queen's Malvern, zaś Henry bę­dzie musiał jechać do Cadby. Na wiosnę przeniesiemy się na dwór królewski, żeby Jakub nie czuł się obrażony. Przez wiele lat zajmowałem się zarządzaniem handlem zagra­nicznym kraju, ale po naszym ślubie zamierzam zrezygno­wać z tego. Moja rodzina od dawna była mocno zaangażo­wana w handel, współpracując z naszymi bankierami z ro­du Kira. Nie wiem, czy twoja babka chciałaby rozważyć to zagadnienie, ale połączenie moich interesów z kompanią handlową O'Malley - Smali przyniosłoby korzyści nam wszystkim. Będę musiał porozmawiać z nią o tym.

Jasmine skinęła głową. - Wygląda to na rozsądne roz­wiązanie. Mam jednak nadzieję, że nie będziemy musieli zbyt długo przebywać na dworze.

- Tylko tyle, żeby nam to przyniosło korzyść. Musimy myśleć o dzieciach. Charlie jest księciem, a Henry marki­zem. Ich siostry też są dziedziczkami i pewnego dnia będą stanowić najatrakcyjniejsze partie. - Ujął jej rękę i pod­niósł do ust, żeby ucałować wnętrze jej dłoni. - Musimy też mieć na względzie interes naszego potomstwa, kochana Ja­smine. Może następny lord, jego braciszek i jedna albo dwie siostrzyczki? - Uwodzicielsko przesuwał wargami po jej palcach.

Jasmine spłoniła się. Oczywiście, z ich małżeństwa mu­szą urodzić się dzieci, ale aż do tej chwili niewiele o tym myślała. Kiedy ostatni raz kochała się z mężczyzną? Jej najmłodsze dziecko miało dwa i pól roku, a zaprzestali z Henrym Stuartem bliskich stosunków na parę miesięcy przed jego urodzeniem. Ze zdumieniem uświadomiła so­bie, że od tego czasu minęły już trzy lata. Przyzwyczaiła się do życia bez mężczyzny. Bez mężczyzny w łóżku. Czy pa­miętała jeszcze, na czym polega ta zabawa? Ogień trzaskał na kominku, płomienie rzucały cień na ściany, a na dworze deszcz bębnił w okna.

James Leslie dostrzegł uczucia malujące się na jej obli­czu i zrozumiał, że oto nadarza mu się wyjątkowa okazja. Jednak ku jego zaskoczeniu Jasmine wyrwała rękę, a na jej pięknej twarzy pojawił się wyraz zakłopotania. Po­kręciła głową i wybiegła z komnaty. Wiedział, że kobieta tak doświadczona, jak Jasmine Lindley, nie była nieśmia­ła. A jednak przy nim czuła wyraźny wstyd, co było zdu­miewające, zważywszy na to, jak namiętną kochanką była tamtej cudownej nocy, ich wspólnej nocy, którą dzielili pa­rę lat temu.

Zaczął się zastanawiać, czy nie podążyć za nią, ale zarzu­cił ten pomysł. Przyszło mu do głowy, czy w czasie pobytu we Francji miała kochanka, lecz odrzucił tę myśl. Jedynym kochankiem, poza nim samym i jej mężami, którego Jasmi­ne Lindley wpuściła do swojego łóżka, był książę Henry Stuart. I nagle rozjaśniło mu się w głowie. Naturalnie! To było to! Od czasu księcia w łóżku Jasmine nie gościł żaden mężczyzna! Cicho zaśmiał się sam do siebie. Jasmine czu­ła się zakłopotana perspektywą ponownego kochania się z mężczyzną. Korciło go, żeby pójść do niej i dodać jej otu­chy, ale wiedział, że byłby to błąd z jego strony. Musi zabie­gać o względy Jasmine, jak jeszcze nigdy nie nadskakiwał żadnej innej kobiecie. Nie zalecał się do Isabelle, bo byli sobie przeznaczeni od dziecka i nie było wątpliwości, że się pobiorą. A od jej śmierci nie było kobiety, którą by się po­ważnie zainteresował.

Zabieganie o względy kobiety było interesującą per­spektywą, zwłaszcza że w ten sposób musiał zdobyć jej za­ufanie i utorować sobie drogę do jej łóżka i do jej serca. Co miał zrobić, żeby sprawić jej przyjemność? Nie brakowało jej niczego. James Leslie uświadomił sobie, że nie ma zie­lonego pojęcia, w jaki sposób zalecać się do kobiety, która ma wszystko. Gdyby była zwyczajną dziewczyną, oczaro­wałby ją klejnotami i innymi błyskotkami. Wiedziała, że lu­bi jej dzieci, więc od tego nie mógł zaczynać. Co miał zro­bić? I nagle zrozumiał, że będzie musiał zwrócić się o radę do madame Skye. Na myśl o tym roześmiał się głośno. Ko­rzystać z rady tej pięknej starej kobiety? Tak! Zrobi to, bo najlepiej znała Jasmine i, jeśli wierzyć jej reputacji, była najzręczniejszą i najsprytniejszą kobietą w sprawach miło­snych afer.

James Leslie ponownie napełnił swój kielich czerwonym winem i usadowił się przy kominku, powoli sącząc trunek. Jutro pojadą do Archambault, gdzie, jak dobrze wiedział, Jasmine poświęci swój czas dzieciom. On zaś poprosi ma­dame Skye o radę, w jaki sposób zyskać przychylność jej wnuczki i zdobyć Jasmine.

Rano Jasmine zachowywała się tak, jakby nic się pomię­dzy nimi nie zmieniło. Zeszła na śniadanie w stroju do kon­nej jazdy. Jadła z apetytem, co go rozbawiło i zachwyciło jednocześnie. Podobało mu się, gdy kobieta czerpała przy­jemność z jedzenia, a nie bawiła się swoją porcją. Taką ko­bietą była jego matka.

Jasmine nigdy rano nie piła wina. Służący przynieśli jej biało - niebieską czarkę z porcelany i nalali wonny, gorący płyn, który piła zawsze rano z dużą przyjemnością.

- Co ty pijesz, Jasmine? - zapytał zaciekawiony.

- To się nazywa herbata - odpowiedziała. - Masz ocho­tę spróbować, Jemmie? Adali, przynieś drugą czarkę dla jego lordowskiej mości. - Uśmiechnęła się do niego. - Za­lewamy gorącą wodą listki krzewu herbacianego. Przedtem listki są suszone i konserwowane. To typowy, bardzo smaczny indyjski napój. Moja mama i ciotki często doda­wały goździki i kardamon do herbaty, żeby zyskała orygi­nalny zapach.

Lokaj Jasmine postawił przed lordem głęboką miseczkę i wlał do niej trochę herbaty z dzbanka.

- To jest czarna herbata, milordzie - powiedział. - Chiń­czycy uprawiają odmianę zieloną.

- Jest delikatniejsza - dodała Jasmine. - Nasza herbata indyjska daje mocniejszy napar. Spróbuj, Jemmie.

Wziął do ust łyk gorącego napoju, który miał przyjemny smak, ale nie tak podniecający i ożywiający, jak wino, piwo czy jabłecznik.

- Zastanawiam się, czy nie zasugerować babci, żebyśmy zaczęli sprowadzać herbatę do Anglii - zastanowiła się Ja­smine. - Holendrzy robią to już od sześciu lat, chociaż nie mają pojęcia, jak ją sprzedawać i nie odnieśli specjalnego sukcesu.

- Holendrzy są świetnymi kupcami - odparł Glenkirk.

- Istotnie - zgodziła się - ale nadal nie wiedzą, jak sprze­dawać herbatę. Herbata to nie przyprawa czy tkanina, któ­rą łatwo można zaoferować gospodyni na targu. Najpierw należy sprzedać herbatę możnym i posiadającym władzę. Dopiero gdy bogaci polubią herbatę i stanie się ona mod­nym napojem, plebs będzie chciał ją pić.

Zdumiała go jej analiza sytuacji. Zawsze wiedział, że Jasmine jest inteligentną kobietą, ale wiązał ją ze zdrowym rozsądkiem, a najwyraźniej było to coś więcej.

- Może masz rację, Jasmine - powiedział. - Tak, mogę zrozumieć, że przekonanie garstki wybranych do picia her­baty spowoduje, iż stanie się ona modna i bardzo pożąda­na przez wszystkich.

Jasmine wstała od stołu.

- Porozmawiamy o tym z babcią - rzuciła. - Chodź, Jemmie, zbierajmy się. Niemal od dwóch tygodni nie widzia­łam moich najbliższych i pragnę być z nimi jak najszybciej.

Prostą drogą szybko dotarli do Archambault. Jasmine niemal natychmiast zsiadła z konia i porwała w objęcia dzieci, czekające na nią na stopniach wiodących do ogrom­nego zamku. Na szczycie schodów stała madame Skye w towarzystwie dystyngowanego dżentelmena, którego Glenkirk trafnie wziął za hrabiego Cher. Alexandre de Saville powitał Jamesa Leslie i uścisnął mu dłoń. Potem lord ucałował blade policzki madame Skye.

- A więc, Jamesie Leslie - rzekła starsza pani, wsuwając mu rękę pod ramię i wchodząc do zamku - uczyniłeś jakieś postępy z moją wnuczką?

- Pobierzemy się piętnastego czerwca - odpowiedział.

- To świetnie! Cieszę się, że udało ci się skłonić Jasmine do rozsądniejszego zachowania w tej kwestii - rzekła Skye.

Weszli do eleganckiego salonu. Natychmiast spostrzegł, że są tam sami.

- Potrzebuję twojej rady, pani - powiedział lord - wyko­rzystam więc ten moment, kiedy znaleźliśmy się sami.

Skye uniosła brwi.

- Zwracasz się do mnie o radę? Bardzo interesujące. Doszedłeś więc do wniosku, że nie jestem twoim wro­giem, sir?

Roześmiał się.

- Myślę, że jesteś przewrotną, sprytną kobietą, madame, ale i tak chciałbym cię prosić o radę. A poza tym nie sądzę, żebyśmy kiedykolwiek byli wrogami.

Zasiedli na kanapie i lord ujął w dłoń jej rękę.

- Wydaje mi się, że Jasmine stała się wstydliwa w intym­nych sprawach, madame Skye. Nie czuje się dobrze, gdy sprawy przekraczają pewną granicę. Nie sądzę jednak, że­by była oziębła z natury.

- Hmm - mruknęła Skye.

- Brałem pod rozwagę różne powody jej niechęci, ale uważam, że głównym jest fakt, iż od czasu narodzin małe­go Charliego nie była z mężczyzną. Myślę, że boi się zna­leźć w niekorzystnej sytuacji.

- Na Boga! - zawołała Skye. - Co jest z tą dziewczyną? Jesteś przystojny, dobrze zbudowany, a ona, dzieląc z tobą kiedyś łoże, nie była z ciebie niezadowolona.

- Znaleźliśmy się w tej sytuacji wbrew naszej woli - od­parł lord. - Chyba muszę zalecać się do niej, madame Skye, ale jak zabiegać o względy kobiety, która ma wszystko? Co mogę zrobić, powiedzieć czy dać jej, o czym nie słyszała i czego nie miała? Z moją pierwszą żoną byliśmy sobie przeznaczeni od dziecka. Nie zalecałem się do Isabelle, ale oboje byliśmy bardzo młodzi i przyzwyczajeni do siebie. Nasze rodziny ustaliły, że się pobierzemy, bo tak się w owym czasie postępowało w Szkocji.

Skye skinęła głową. Pozostał więc jeszcze do rozwiąza­nia tylko jeden problem. Nie przyszło jej do głowy, że Ja­smine, matka czwórki dzieci, może się zachowywać jak wstydliwa dziewica! To było po prostu śmieszne!

- Porozmawiam z moją wnuczką - powiedziała.

- Nie, pani, nie rób tego, bardzo proszę! - zawołał lord. - Czułaby się upokorzona, dowiedziawszy się, że poznałem jej sekret. Po prostu powiedz mi, w jaki sposób mam jej sprawić przyjemność, żeby przestała się mnie wstydzić i by sprawy potoczyły się do przodu.

- Na Boga! - z emocją zawołała Skye. - Co się dziś sta­ło z młodymi mężczyznami? Za mojej młodości mężczyźni byli zuchwali! Porywali kobiety w objęcia, nie czekając na przyzwolenie. Żadna z moich córek nie jest do mnie po­dobna, ale Jasmine jest. Osiągniesz swój cel, jeśli zamiast się ostrożnie skradać, będziesz wobec niej śmiały i szar­mancki.

- Ale, madame Skye... - usiłował jej przerwać.

- Tam, gdzie chodzi o miłość, nie ma żadnego ale, Jame­sie Leslie - rzekła surowo. - Czy wiesz, że dziadek Jasmi­ne uwiódł mnie podczas naszego pierwszego spotkania? Podobnie jak Jasmine, byłam w żałobie, ale Adam zapra­gnął mnie i wziął mnie sobie. - Na to wspomnienie jej spoj­rzenie złagodniało. - Powinnam była od razu zauważyć, że jest mężczyzną dla mnie, ale musiałam przeżyć śmierć mo­ich dwóch kolejnych mężów, by zrozumieć, że tamto mę­skie, odważne podejście do mnie doprowadziło go do mo­jego serca. Mieliśmy szczęście. - Zamilkła na chwilę, po czym westchnęła i spojrzała na Glenkirka. - Do diabła, łap okazję! Niech moja wnuczka znów posmakuje namięt­ności. Namiętnością musisz pokonać jej opory.

Uniósł dłoń Skye do ust i pocałował.

- Dziękuję - powiedział.

Skinęła głową z błyskiem w swych mądrych, błękitnych oczach. Potem rzekła:

- Sądzę, że powinniście z Jasmine jeszcze przez parę ty­godni zostać sami. A gdybym zabrała dzieci do Paryża, a potem do domu w Queen's Malvern, gdzie czekalibyśmy na was? Jest już połowa marca, więc jeśli mam rozpocząć przygotowania do uroczystości weselnych i zawiadomić ro­dzinę, nie mogę o wiele dłużej pozostać we Francji. Dzieci zaś bardzo absorbują matkę, może więc będzie lepiej, jeśli podróżować będą ze swoją prababką?

- Gotów jestem się z panią zgodzić - oświadczył lord, opanowując śmiech, który kipiał mu w gardle. Wiedział, że starsza pani nie da powrócić dzieciom do Belle Fleurs, ale nie był pewien, w jaki sposób tego dopnie. Madame Skye by­ła absolutnie niezrównana w swojej taktyce. - Opłacę paru ludzi, żeby towarzyszyli wam w drodze do Paryża, a potem na wybrzeże. Jak wiesz, pani, drogi nie są zbyt bezpieczne, zwłaszcza teraz, gdy kolejna wojna wisi w powietrzu.

- Owszem, to bardzo rozsądne - zgodziła się Skye. - Je­stem przekonana, że Alexandre z radością wypożyczy ci paru zbrojnych.

Drzwi do salonu otworzyły się gwałtownie i do środka wtargnęła wzburzona Jasmine.

- Babciu, czy to prawda, co mi powiedział Henry? Że zabierasz dzieci do Paryża? Nie pozwolę na to!

- Nie bądź niemądra, kochanie - próbowała ją uspoko­ić babka. - Tak, za parę dni jedziemy do Paryża, a stamtąd do Anglii, gdzie rozpoczniemy przygotowania do waszego ślubu i powiadomimy rodzinę o twoim powrocie. Tymcza­sem będziecie mieli z lordem Leslie więcej czasu na roz­wiązanie waszych problemów i lepsze poznanie się. Masz szczęście, Jasmine, że gotowa jestem odciążyć cię z twoich obowiązków, choćby nawet na chwilę.

Jasmine wbiła wzrok w lorda.

- A ty zgadzasz się z tym planem?

Zamierzał ją ułagodzić, ale przypomniał sobie słowa madame Skye i powiedział:

- Owszem, moja droga. Wiem, że jestem bardzo samo­lubny, ale choć przez pewien czas chciałbym cię mieć tylko dla siebie.

- Och! - Policzki jej poczerwieniały.

- Wiesz, że uwielbiam twoje dzieci, Jasmine, ale mam poślubić ciebie, a nie twoje potomstwo - mruknął, chwyta­jąc jej dłoń i całując zachłannie. - Ten czas sam na sam jest bardzo cenny i będziemy go mieć, Jasmine!

A ja będę mieć ciebie.

Słowa te, choć niewypowiedziane, były wyraźnie wyczu­walne i rozumieli je oboje.

- A więc wszystko jest ustalone - energicznie odezwała się Skye. - Biegnij do dzieci i ciesz się tym dniem z nimi, kochanie. Muszę zatrzymać jeszcze przez chwilę twojego narzeczonego, żeby omówić z nim szczegóły waszego ślu­bu, dotyczące jego rodziny.

Oszołomiona Jasmine opuściła salon.

- Jakie szczegóły? - zapytał po wyjściu młodej kobiety. Skye roześmiała się.

- Nie ma żadnych. Chciałam tylko, żeby Jasmine zasta­nowiła się nad tym, co się stało. Ładnie to rozegrałeś, mi­lordzie. Okazałeś siłę, a jednocześnie czułość. Tylko tak dalej, a osiągniesz swój cel.

W końcu lord dołączył do Jasmine i dzieci, które urado­wały się na jego widok i rzuciły na niego, krzycząc:

- Tata! Tata!

Lord potrząsnął ręką Henry'ego i gorąco ucałował pozo­stałych. Cała czwórka była w świetnej formie i najwyraźniej spędzała wspaniałe chwile u swoich kuzynów de Saville.

- Niedługo wracamy do domu do Anglii - zawołał Henry.

- Wiem - odpowiedział lord. - Razem z waszą matką przyjedziemy niedługo po was i piętnastego czerwca weź­miemy ślub w Queen's Malvern. Czy staniesz u mego boku i będziesz moim świadkiem, Henry?

Chłopiec, będący markizem Westleigh z zapałem poki­wał głową.

- Tak, tato, bardzo chętnie! - Potem troszkę oprzytom­niał. - Czy masz coś przeciwko temu, żebyśmy cię nazywa­li tatą? Wiem, że nie jesteś jeszcze mężem naszej mamy, ale...

- Czuję się szczęśliwy i zaszczycony, że chcecie mnie za­akceptować w takiej roli, Henry - odparł James Leslie.

- Nauczysz mnie władać mieczem? - zapytał Henry.

- Zaczniemy latem - obiecał mu lord.

Reszta dnia upłynęła szybko. Zasiedli do sutego posiłku z hrabią Cher i jego małżonką, Heleną. Następca hrabiego, Philippe, jego żona Marie - Claire oraz dwie córki hrabiego, Gaby i Antoinette z rodzinami także przybyły, żeby poznać lorda Glenkirk.

- Znamy twoich kuzynów, Lesliech z Peyracs - powie­działa Gaby. - Istnieje możliwość, że nasze dzieci zawrą związek małżeński i rodziny się połączą.

- Mam nadzieję, że będzie to z korzyścią dla obu stron - mruknął uprzejmie Glenkirk. - Wuj mojej matki już od dawna nie żyje, a ja specjalnie nie przepadam za wdową po nim, starą matroną, Adelą. Mówiono mi, że rządzi żela­zną ręką.

Gaby skinęła głową.

- Dobrze znam starą wiedźmę, ale to jedna z jej prawnu­czek ma wyjść za mąż za naszego średniego syna. Zamiesz­kają z nami, a nie w Chateau Petite.

Rozmowa toczyła się wokół ogólnych tematów. Porów­nywano rodziny, wymieniano lokalne plotki, interesowano się, kiedy odbędzie się ślub Jasmine i Glenkirka. De Saville'owie bardzo żałowali, że uroczystości nie będą miały miejsca w Belle Fleurs, ale rozumieli sytuację i życzyli mło­dej parze wszystkiego najlepszego. Nie dało się jednak od­kładać wyjazdu w nieskończoność. Jasmine była bliska łez.

- Nie martw dzieci, kochana - cicho szepnął lord.

- Zawsze mi mówisz, żebym się nie rozczulała przy dzie­ciach - warknęła w odpowiedzi, ale jej smutek minął.

- Dajcie mi znać, kiedy zamierzacie przybyć do Anglii - wtrąciła wesoło Skye. - Miło będzie mieć cię z powrotem w domu. Pamiętaj, że twoja matka i bracia przybywają pierwszego maja. Velvet bardzo się ucieszy, widząc w koń­cu swoje wnuki!

- Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że oboje z Jemmiem manipulujecie mną, babciu - ponuro mruknęła Jasmine.

- Ależ kochanie, co za okropny pomysł - zaprotestowa­ła Skye. - Wyświadczam ci ogromną przysługę. Jeśli wyda­je ci się, że kobiecie w moim wieku, pozostającej w żałobie, łatwo jest podróżować z czwórką ruchliwych dzieci, to za­trzymaj je i sama przywieź do Anglii!

- Umarłabyś, gdybym na to przystała - wykpiła babkę Jasmine. - Nie, doceniam twoją uprzejmość, ale będzie mi ich brakowało. - Gorąco uściskała starą damę.

- Zabieraj się już stąd, ty spryciaro - rzekła jej babka. - Zobaczymy się w Anglii. I nie igraj zbyt długo z tym wspa­niałym mężczyzną, którego masz poślubić, choć nie będę cię winić, jeśli spróbujesz niektórych poślubnych rozkoszy jeszcze tutaj, we Francji. Nadchodzi wiosna, Jasmine, i so­ki zaczynają żywiej krążyć we wszystkich żywych istotach!

Jadąc z powrotem do Belle Fleurs śmiali się z Glenkirkiem z tej końcowej uwagi Skye.

- Wyobrażasz sobie, jaka była w młodości? - zapytała Jasmine.

- Przerażająca wizja - odpowiedział, po czym dodał: - Miałabyś ochotę na partyjkę szachów dziś wieczorem?

- Po kąpieli - odparła. - Nie znudziło ci się jeszcze prze­grywanie, Jemmie? - Zaśmiała się przekornie, spięła konia i puściła się galopem, każąc mu się ścigać. Tym razem jed­nak lord nie zatrzymał się, dopóki jego koń nie dotarł na wewnętrzny dziedziniec zamku, wyprzedzając ją o parę końskich długości.

- Nogi twojego ogiera są dłuższe od nóg mojej klaczy - poskarżyła się. - Poczekaj, aż dosiądę mojej czarnej bestii. Dopiero wtedy będziemy godni siebie.

- Uważam, że już jesteśmy godni siebie - rzekł, zdejmu­jąc ją z siodła. Potem pocałował ją powoli i swobodnie, po­zwalając, aby jego wargi delektowały się jej ustami z bez­wstydną zmysłowością. - Nie musisz czekać na powrót do Anglii, Jasmine, żeby mieć pod sobą tę wielką bestię - mruknął cicho, wtulając nos w pasmo włosów, które opa­dło jej w czasie jazdy. Jego ogromne dłonie spoczywały nie­ruchomo, opasując palcami jej szczupłą talię.

Czy oddychała jeszcze? Owszem, oddychała, ale niemal niezauważalnie. Jego ręce paliły ją przez miękką skórę ka­mizeli i cienkie płótno koszuli. Zaskoczył ją dotyk jego ust, lecz gdy wsunął czubek nosa w pukiel jej włosów, poczuła zawrót głowy. Wyciągnęła ręce i oparła je na jego ramio­nach, wspierając się na jego ciele.

- Chyba poczynasz sobie zbyt szybko, Jemmie - wyszep­tała bez tchu.

- Ja zaś odnoszę wrażenie, że ty postępujesz ze mną zbyt wolno, Jasmine - odparował szybko. - Nie jesteśmy już dzieć­mi i wiemy, co robimy. - Lekki uśmiech rozjaśnił jego twarz, a w kącikach zielonych oczu pojawiły się zmarszczki. - Załóż­my się o wynik dzisiejszego meczu szachowego. Zagrasz?

Skinęła głową. Dotykające jej ciała ręce wydawały się tak mocarne.

- Jaki zakład proponujesz?

Nagle poczuła nieodpartą chęć, by stanąć przed nim na­go. I zobaczyć go nagiego przed sobą. Jakie szaleństwo ją ogarnęło? Walczyła, żeby odsunąć od siebie te frywolne wi­zje, które zawładnęły jej mózgiem.

- Jeśli wygram - rzekł cicho - znajdę się dziś w nocy w twoim łóżku, Jasmine.

- A jeśli przegrasz? - zapytała.

- Ty decyduj.

- Nie wejdziesz do mojego łoża, dopóki nie weźmiemy ślubu - słowa wyrwały się z jej ust, zanim zdążyła się nad ni­mi poważniej zastanowić. Czemu je wypowiedziała, głowiła się, mając wrażenie straty, gdy jego ręce oderwały się od jej talii. Czy naprawdę chciała trzymać go na dystans aż do po­łowy czerwca? Ale było już za późno, żeby to odwoływać.

Lord roześmiał się.

- Zgoda! - powiedział, wprowadzając ją do zamku. - Z niecierpliwością będę oczekiwał naszej rozgrywki i tego, co nastąpi po niej.

- Jesteś trochę zanadto pewny siebie, jak na tak prze­ciętnego gracza, Jemmie - rzekła ostrym tonem.

Jego zachowanie było szalenie irytujące.

- Nie mam zamiaru przegrać, Jasmine - odpowiedział. - Nagroda jest zbyt cenna i smakowita.

Wyrwała się z jego uchwytu i popędziła po schodach do sypialni. Gdy znalazła się w swoim pokoju, poleciła słu­żącym przygotować kąpiel. Rohana i Toramalli pospieszyły wypełnić jej polecenie.

- Jesteś wzburzona, pani - zauważył Adali. - Co cię zde­nerwowało?

- Zgodziłam się na partyjkę szachów z lordem Leslie i postanowiliśmy ustalić nagrodę za wygraną, żeby uczynić grę bardziej zajmującą. Chyba byłam głupia, Adali, bo wca­le nie wiem, czy chcę wygrać.

Eunuch roześmiał się, pomagając jej się rozebrać. - Opowiedz mi, pani - powiedział, a gdy skończyła wyjaśnienia, wybuchnął śmiechem. - Ach, moja księżniczko, kiedyś, a było to bardzo dawno temu, kiedy twój ojciec po raz pierwszy chciał wziąć do łoża twoją matkę, zagrał z nią w szachy. Miało to miejsce w królewskim mieście Fatehpur - Sikri. Twoi rodzice stali razem na balkonie. Znajdujący się pod nimi dziedziniec był ogromną szachownicą, wyłożoną na przemian białymi i czarnymi marmurowymi kwadratami. Figurami byli niewolnicy, mający na sobie jedynie biżuterię. Wyjątek stanowiły figury króla i królowej, które były wspa­niale odziane i ozdobione cennymi klejnotami.

- Czy moja matka wygrała? - zapytała Adalego. Pokręcił głową. - Nie, nie wygrała. Ale założyli się tylko o pocałunek. Twój ojciec osiągnął swój cel dopiero kilka nocy później.

Tym razem to Jasmine zachichotała. - A więc historia lubi się powtarzać, Adali - powiedziała.

- Czy jesteś pewna, księżniczko, że chcesz teraz zacząć z nim sypiać? Widziałem twoją niechęć wobec tego człowieka.

- Muszę wyjść za niego za mąż, Adali - odparła - i chy­ba go polubiłam. Kocha dzieci, a one kochają jego, a po­za tym pragnie, żebym mu dała synów. Ustaliliśmy już da­tę ślubu i nagle poczułam, że nie chcę dłużej odwlekać nie­odwołalnego. Kiedy rozmawialiśmy teraz na dziedzińcu, miałam bardzo niepokojące myśli dotyczące Jamesa Leslie. Wydaje mi się, że nadszedł czas skończyć z celibatem, Adali.

- Będziesz musiała wykazać się ogromną mądrością - odpowiedział zaufany sługa.

- Jeśli lord Leslie choć przez chwilę będzie myślał, że pozwoliłaś mu wygrać, będzie się czuł bardzo obrażony.

Jasmine uśmiechnęła się. Adali pomógł jej wejść do ba­lii. - Mój ojciec był najlepszym szachistą w całych Indiach - przypomniała eunuchowi - ale nigdy się nie zorientował, że częściej przegrywałam z nim celowo, niż z konieczności, prawda?

Adali rozpromienił się. - Tak, księżniczko, Wielki Mogoł nigdy się nie dowiedział, że uczeń przerósł mistrza. Bardzo zręcznie się maskowałaś.

- Nie utraciłam tej zręczności - zapewniła go.

Adali opuścił Jasmine, żeby rozstawić szachownicę w głównej sali zamku.

Rohana i Toramalli, które słyszały rozmowę Jasmine z Adalim, starannie umyły swoją panią. Potem owinięta ręcznikiem Jasmine usiadła przy kominku i rozmyślała sennie, podczas gdy Rohana powoli rozczesywała jej dłu­gie, czarne włosy, przeciągając uperfumowaną szczotką po jedwabnych pasmach, aż do uzyskania połysku. Ziewnę­ła. Miała za sobą długi dzień i nagle poczuła się bardzo zmęczona. - Daj mi trochę wina, żebym nie zasnęła - zwró­ciła się do Toramalli. - Kąpiel mnie rozkleiła.

- W co się ubierzesz, pani? - zapytała Toramalli, poda­jąc Jasmine kielich wina.

- Chyba w szlafrok - usłyszała w odpowiedzi. Garderobiana skinęła głową, wybrała jedwabną szatę w intensywnym, śliwkowym kolorze i przyniosła swojej pa­ni. Jasmine wstała, pozwalając, aby ręcznik opadł na pod­łogę, i wyciągnęła ręce, żeby założyć szlafrok. Szata miała długie, powiewne rękawy, a na piersiach spięta była nie­wielką, złotą klamrą. Następnie Rohana przewiązała włosy swojej pani srebrną wstążką. Stroju lady Lindley dopełnia­ły srebrno - fioletowe pantofle.

Po wypiciu wina Jasmine ożywiła się i rozkazała służą­cym powlec czystą pościel. - Ten śliczny, pachnący lawen­dą komplet pościeli, który dostaliśmy z pobliskiego klasz­toru - powiedziała. Potem opuściła sypialnię i udała się do głównej sali, gdzie czekał już na nią lord. Spojrzała na jego strój. - Kilt? - zdziwiła się.

- Szkoci zawsze zakładają kilt, gdy ruszają w bój, Jasmi­ne, więc dziś wieczorem ja też przygotowałem się na wojnę z tobą przy szachownicy.

Miał rozchyloną koszulę pod szyją. Widziała ciemne włosy na jego piersi. Przesunęła wzrok na jego długie, krzepkie nogi, również porośnięte ciemnymi włosami. Miał zgrabne, okrągłe kolana. Jasmine zmusiła się do oderwa­nia spojrzenia od jego postaci i próbowała uspokoić myśli. Nagle zaczęła się zachowywać jak suka w czasie rui. Równocześnie czuła zimno i uderzenia gorąca. Co mówiła jej babka o wiośnie i żywiej krążących sokach?

- Jesteś, panie, jak zwykle, zbyt pewny siebie - mruknę­ła z niedbałą pogardą. Taką przynajmniej miała nadzieję.

Z szerokiej piersi Glenkirka wyrwał się głośny śmiech. - Mam nieprzepartą chęć, żeby pocałować ten mały pieprzyk na twojej twarzy, kochana Jasmine - powiedział i, zanim zdążyła się uchylić, uczynił to, co zapowiedział i przywarł wargami do maleńkiego pieprzyka, usytuowanego pomię­dzy jej nosem a górą wargą.

- Jesteś zanadto zuchwały, panie! - skarciła go, odsuwa­jąc się. - Chodź, zacznijmy naszą rozgrywkę. - Zasiadła przy kominku na wyściełanym krześle i wskazała ręką, że­by zajął miejsce naprzeciwko niej. - Możesz zaczynać - po­wiedziała.

Spokojnie przesunął pionek w typowym ruchu otwarcia. Spojrzał jej prosto w oczy.

- Niezbyt śmiały początek - zakpiła, ale sama wykonała podobny ruch.

Gra zaczęła się na serio. Jasmine nie ustawała w ciętych uwagach, wygłaszanych butnym, zarozumiałym tonem. Grała odważnie i nawet przez myśl mu nie przeszło, że sta­rannie prowadziła do tego, aby niedługo mógł zbić jej kró­lową i wygrać partię. Wykonała ruch, po czym zaklęła cicho i wyciągnęła dłoń, jakby chciała cofnąć głupie posunięcie, lecz złapał ją za rękę i potrząsnął głową.

- Ale ja chciałam zrobić coś innego - sprzeciwiła się zdecydowanie. - Byłam roztargniona. Przecież nie bę­dziesz mi bronił poprawić ruchu, Jemmie. To nie fair!

- Oderwałaś rękę od pionka - odrzekł spokojnie.

- Ale pomyliłam się! Byłam rozkojarzona! - krzyknęła.

- Gdyby sytuacja była odwrotna, Jasmine, czy zgodziła­byś się, żebym poprawił ruch? - zapytał.

Nie odpowiedziała.

James Leslie wyciągnął rękę, wziął w palce swój pionek z czarnego onyksu i bez słowa wykonał zwycięskie posunię­cie, chwytając w dłoń należącą do Jasmine białą królową z kości słoniowej. Jasmine zerwała się na nogi i odwróciła się, szykując się do ucieczki. Jednak lord był szybszy i oto­czył ramieniem jej smukłą kibić, przyciągając ją do siebie.

- Nie, pani, nie możesz odejść, dopóki nie otrzymam mojej nagrody - rzekł cicho i zdecydowanym ruchem po­chwycił w drugą dłoń jedną z jej piersi. Gorący powiew je­go oddechu przeszył ją dreszczem. - Ya - sa - meen - wyszep­tał imię, jakie otrzymała przy narodzinach - jakże tęsknię, żeby cię znów posiąść. Nigdy nie zapomniałem tamtej no­cy, którą spędziliśmy ze sobą dawno, dawno temu. - Kciu­kiem pocierał jej sutek, aż stał się twardy i podrażniony.

- Ale służba... - zaprotestowała.

- Jest zbyt dobrze wyszkolona przez twojego Adalego, żeby wchodzić do sali bez wezwania - powiedział, jedno­cześnie odsuwając swoją dużą stopą na bok szachownicę i pociągając ją w dół, na grubą owczą skórę, leżącą przed kominkiem. Przez chwilę jego eleganckie palce ba­wiły się złotym zapięciem jej peniuaru, żeby w końcu je od­piąć. Śliwkowy jedwab ześlizgnął się, odsłaniając przed je­go oczami jej nagie kształty. Patrzył na nią z zachwytem.

- Jak to się dzieje, że po urodzeniu czwórki dzieci nadal masz figurę młodej dziewczyny? - zastanawiał się na głos. Czubkami palców gładził obfite wzgórki jej piersi.

- Nie mam - nadeszła jej cicha odpowiedź. - Mój brzuch nie jest już płaski, a piersi są znacznie pełniejsze niż wów­czas, gdy ostatni raz znaleźliśmy się w podobnej sytuacji. Mam ciało kobiety, Jemmie Leslie.

- Dla mnie jesteś najpiękniejszą istotą, jaką kiedykol­wiek widziałem - zapewnił ją. Pochylił ciemną głowę, żeby złożyć pocałunek na jej lewej piersi. - Lubię twoje słodkie piersiątka - powiedział.

- Nie możesz dalej mieć takiej przewagi nade mną - rze­kła, rozwiązując sznurowanie jego koszuli i zsuwając ją z jego ramion. - Co nosi Szkot pod kiltem, Jemmie Leslie? - drażniła się z nim prowokacyjnie.

Wstał z uśmiechem i uwolnił się z kiltu, który wraz z ko­szulą upadł koło jego stóp.

- Jedynie symbol swojej męskości, madame - odpowie­dział, odsuwając się od rozrzuconego ubrania.

- Zdejmij skarpety - poleciła mu. - Nie zamierzam się kochać z mężczyzną o gołym tyłku i w skarpetkach na sto­pach. - Mówiąc te słowa zsunęła ze stóp pantofelki.

Śmiejąc się wypełnił jej prośbę i w końcu dołączył do niej na owczej skórze.

- Pamiętasz nasz ostatni raz? - zapytał.

Lekki uśmiech okrasił twarz Jasmine. - To było po uro­czystym przyjęciu mojego wuja z okazji wieczoru Trzech Króli. Uwiedliśmy się nawzajem, a Sibby przyłapała nas i narobiła zamętu. Mój ojczym chciał, żebyśmy się pobrali, aby ocalić moją reputację. Biedny Alex, rozdarty pomiędzy swymi dwiema dziewczynkami. Jedna z nich pragnęła cię rozpaczliwie, tak przynajmniej się Sybilli wydawało.

- A druga odmówiła poślubienia mnie - przypomniał jej. - Powiedziałaś, że nikt siłą nie doprowadzi cię do ołta­rza. - Uśmiechnął się do niej przewrotnie. - Jednak teraz się godzisz wziąć ślub, i to z tym samym mężczyzną, które­mu przed laty odmówiłaś. Zakochałem się wtedy w tobie. Wiedziałaś o tym?

Jasmine pokręciła głową. - Nie, nie wiedziałam.

Nachylił się i ustami musnął jej wargi. - Tak, zakocha­łem się, najdroższa Jasmine. Zakochałem się wtedy, lecz zanim w końcu zebrałem się na odwagę, by pójść do twoich dziadków, zostałaś żoną Rowana Lindleya. Spóźniłem się. I dlatego teraz nie mogę pozwolić ci odejść, Jasmine. Ni­gdy już nie dam ci odejść!

- Zabrzmiało to bardzo zdecydowanie - powiedziała, głaszcząc dłonią przystojną twarz Glenkirka. - A ja nie mam nic do powiedzenia w tej kwestii, Jamesie Leslie?

- Tylko wtedy, jeśli zechcesz przysiąc, że będziesz moja na zawsze - odpowiedział. Pochwycił jej dłoń, ucałował go­rąco każdą kosteczkę na wierzchu dłoni i wtulił usta w jej wnętrze. - Przysięgnij! - mruknął.

Jasmine roześmiała się cicho w odpowiedzi. - Chyba jeszcze nie - odparła. - Jeśli pozwolę, żebyś stał się zbyt pewny swoich praw do mnie, Jemmie, staniesz się niedba­ły w swoich uczuciach i zachowaniu wobec mnie. Lepiej cię trzymać w niepewności, przynajmniej do czasu, aż złożymy sobie przyrzeczenie latem. - Z uwodzicielskim uśmiechem cofnęła rękę.

- Jesteś jędzą - rzekł, na wpół rozbawiony, na wpół za­gniewany.

- Owszem - wycedziła. Leżał obok niej oparty na łokciu i patrzył na jej bladą twarz. Przyciągnęła ku sobie jego gło­wę i pocałowała słodko. - Wolałbyś, żebym była uśmiecha­jącą się idiotką? Lepiej, żebyś wiedział, co dostajesz. Może nawet zmienisz zdanie i poprosisz króla, aby cię zwolnił z tego ślubu.

- Nie, pani - oświadczył, wpatrując się w jej turkusowe oczy. - Wcale nie jestem lepszy od ciebie. Jestem przeko­nany, że świetnie do siebie pasujemy. - Pochylił głowę jesz­cze bardziej, pochwycił w usta jedną brodawkę i począł ją ssać, jednocześnie ugniatając dłonią drugą pierś.

Pierwsze silne dotknięcie spowodowało, że przeszył ją rozkoszny dreszcz. Tak wiele czasu minęło, odkąd po raz ostatni była z mężczyzną, że odczuwała to niemal jak pierwszy raz. Jasmine wzięła głęboki oddech, po czym wy­puściła powietrze, czując mrowienie w całym ciele, aż po czubki palców u nóg. Westchnęła. Kiedy kochali się po­przednim razem, kiedy kochali się ten jedyny raz, musiała się poprawić, dzięki Jamesowi Leslie zakończył się okres celibatu w jej życiu, który rozpoczął się po zabójstwie jej pierwszego męża, księcia Dżamal - chana. Teraz zamykał kolejny okres miłosnego postu w jej życiu. Zaczęła się za­stanawiać, czy odczuwana przez nią przyjemność wynikała z przerwania życia bez namiętności, czy też Glenkirk oka­że się naprawdę doskonałym kochankiem.

Uniósł się i pocałował ją w usta, czując jak jej wargi miękną i poddają się jego ustom. Język Jasmine wdarł się do jego ust, żądając pieszczoty. Pocałunki zlewały się ze so­bą, aż nie dawało się odróżnić, gdzie się kończy jeden, a za­czyna następny. Puściła jego włosy i przesunęła ręce niżej, pieszcząc piękną linię jego szyi i czując pod palcami dreszcz emocji, którą w nim wzniecała. Szeroka, owłosio­na pierś Glenkirka przywarła mocno do miękkiego wznie­sienia jej biustu. Jasmine przeniosła dłonie niżej, na jego plecy, po czym na chwilę złapała go za twarde pośladki; lord jęknął.

Był twardy i gotowy, ale powstrzymała go. Zmieniła po­zycję, sięgnęła ręką w dół i zaczęła go pieścić delikatnymi i prowokacyjnymi dotknięciami. Jęknął.

- Cierpliwości, mój panie - ostrzegła go. - U kobiety pa­sja nie budzi się równie szybko, jak u mężczyzny.

W odpowiedzi odepchnął jej ręce, bowiem gdyby piesz­czota jego wrażliwej broni trwała choć chwilę dłużej, byłby zrujnowany. Przetoczył się na bok i z zadowolonym uśmie­chem delikatnie ścisnął jej wzgórek Wenery. Zaskoczona Jasmine wstrzymała oddech. Palec wsunął się pomiędzy fałdki, skrywające przed światem jej maleńką perłę rozkoszy. Od­nalazł klejnot i subtelnymi ruchami począł drażnić niewiel­ką wypukłość, dopóki dziewczyna nie zaczęła się wić.

W ostatnim przebłysku świadomości Jasmine pomyśla­ła, że James Leslie świetnie wykorzystuje wskazówki. Jej rozpalonym ciałem targał jeden zmysłowy wybuch za dru­gim. Cierpiała z rozkoszy i pragnienia jeszcze większej roz­koszy. Jednak zanim osiągnęła szczyt, Glenkirk przerwał i, nim zdążyła zaprotestować, wepchnął dwa palce w jej drżą­cy przesmyk, głęboko, poruszając ręką, żeby pobudzić ją jeszcze bardziej, a jego zęby wbiły się w jej ramię.

- Proszę! - wyrwało się z jej zaciśniętego gardła. Cofnął dłoń, zawisł nad wyczekującym ciałem Jasmine i wtargnął w gorące, wilgotne gniazdko, które mu oferowa­ła. Rozpalona i drżąca, zacisnęła się wokół jego męskości. Poczuł, że otoczyła go nogami i wsunął się głębiej w jej roz­płomienione ciało.

- Och, rozpustnico! - jęknął w jedwabiste, czarne pukle włosów Jasmine.

Jasmine słyszała uderzenia swojego serca. Wypełniał ją swoją ognistą namiętnością, wsuwając się i cofając, dopóki wszystko nie zaczęło jej szaleńczo wirować w głowie. Przy­cisnęła dłoń do ust, żeby stłumić krzyk, wyrywający się z gardła, ale zauważył to i odsunął jej rękę. Pieśń rozkoszy zadźwięczała w całej sali:

- Jemmie! Jemmie! O Boże! Tak! Och!

Zadygotała i zaczęła się staczać ze szczytu w gorący mrok spełnienia.

Przelał w nią swoją daninę, jęcząc z pożądania i rozko­szy, po czym wysunął się z niej. Leżał na wpół rozciągnięty na ciele Jasmine, wdychając głęboko woń jej czarnych wło­sów, dopóki w końcu nie odzyskał sił, by się unieść i prze­toczyć na bok. Wziął ją za rękę i powiedział:

- Madame, przerosłaś moje wspomnienie o tobie. Stra­ciłem dla ciebie głowę, Jasmine! Powiedz mi tylko, czy by­ło ci choć trochę przyjemnie.

Roześmiała się słabym głosem.

- Milordzie, chyba znaleźliśmy coś, z czym oboje się zga­dzamy. Jak mi się wydaje, nasza namiętność dobrze rokuje naszemu małżeństwu.

- Ale musi nas łączyć coś więcej, Jasmine - rzekł spokojnie.

- Wiem - zgodziła się - ale czyż to nie jest dobry początek?

- Jesteś więc już gotowa wypełnić wolę króla? - zażarto­wał, bawiąc się jej palcami.

- To jest jeszcze jedna rzecz, która nas łączy. Oboje je­steśmy posłuszni i znamy swoje obowiązki wobec monar­chii i wobec naszych rodzin - odpowiedziała. - Oboje lubi­my dzieci i proste życie.

- Owszem - przytaknął - ale to są twoje dzieci, nie moje.

- Czemu łatwo można będzie zaradzić - obiecała mu Ja­smine. - Puściła jego dłoń, wstała i zarzuciła na siebie peniuar. - Chodź, Jemmie Leslie. W moim łóżku będzie cie­plej i wygodniej niż na podłodze przy kominku. Teraz, sko­ro zdecydowałam się na wypełnienie moich powinności, przekonasz się, że jestem pełna zapału, milordzie. - Od­wróciła się, żeby wyjść z sali.

Lord Glenkirk wstał, owinął się kiltem i zebrawszy po­zostałe części garderoby, podążył za Jasmine z uśmiechem na twarzy.


Anglia

Wiosna, rok 1615

ROZDZIAŁ 6

Po opuszczeniu Belle Fleurs przeprawili się przez Loarę koło Tours i udali do Paryża, gdzie zatrzymali się na kilka dni w domu należącym do de Saville'ów, przy ulicy Soeur Celestine. Chociaż towarzyszył im powóz Jasmine, oboje woleli podróżować konno, zamiast dusić się w zamkniętym pojeździe. Ponadto jechał z nimi duży wóz bagażowy, wio­ząc nie tylko dobytek, lecz także Fergusa More i Rohanę. Madame Skye wyjechała do Anglii dwa i pół tygodnia wcześniej, zabierając ze sobą, ku ogromnej uldze Daisy, Adalego i Toramalli.

- Chyba oszalałaś, pani, podejmując się pilnowania tej czwórki dzikusów w drodze do Anglii - zbeształa Skye. - Czyż nie mam dość roboty przy tobie? Z wiekiem nie sta­jesz się łatwiejsza w pożyciu, a ja nie jestem już podlot­kiem. Jestem taką samą starą kobietą, jak ty.

Skye natychmiast zapewniła Daisy, że dwoje służących Jasmine będzie się zajmowało dziećmi.

- Dzieciaki tylko jadą z nami, Daisy - powiedziała. - Adali i Toramalli zajmą się wszystkim.

- Mam nadzieję - odpowiedziała ostrym głosem Daisy. Jadąc przez wiejskie obszary Francji z Jemmiem u boku, Jasmine przypomniała sobie tamtą wymianę zdań. Prawie czuła się winna, że pozwoliła na wcześniejszy wyjazd dzie­ci, by móc spędzić miło czas z mężczyzną, którego miała poślubić. Na początku podróżowali przez winnice, rozcią­gające się wzdłuż Loary. Winne krzewy pokryte były mło­dymi, jasnozielonymi liśćmi, a delikatne wąsy wyciągały się w poszukiwaniu oparcia. Potem winnice zastąpiły sady peł­ne kwitnących jabłoni, rozsiewających w powietrzu delikat­ny, słodki zapach. Była piękna pogoda, jechali pod balda­chimem błękitnego nieba, czując na ramionach gorące promienie słońca.

Hrabia Cher przydzielił im liczną zbrojną eskortę. Za­pewnił noclegi w małych, czystych oberżach, gdzie jedzenie było proste, ale świeże i smaczne, a wino miało bogaty, owocowy aromat. Przybycie do Paryża było niemal rozcza­rowaniem. Jasmine lubiła Paryż niewiele bardziej niż Lon­dyn. Podobnie jak w Londynie, tutaj też nad ulicami unosił się smród rynsztoków, odór nieumytych ludzkich ciał i pa­nował nieustający hałas. Zwiedzili Notre Dame i zostali przyjęci w Luwrze, gdzie widzieli młodego króla Ludwika XIII, przy kolacji w towarzystwie swojej świeżo poślubionej małżonki, Anny, infantki austriackiej.

- Babcia nigdy nie lubiła Paryża - zauważyła Jasmine. - Powiada, że Francuzi są nieprzewidywalni, skłonni do przemocy.

- Ma rację - odpowiedział lord. - Katolicy i protestanci znów zaczynają ze sobą walczyć. Królowa matka Maria Medycejska i ten włoski awanturnik Concini rządzą jeszcze krajem w imieniu króla. Należy się również bardzo liczyć z młodym biskupem, Armandem - Jeanem du Plessis de Richelieu, który, jak podejrzewam, zdobędzie w końcu ogromną władzę. Francja nie jest teraz bezpiecznym miej­scem.

Zostali w Paryżu tylko dwa dni, po czym wyruszyli na wybrzeże, gdzie czekała na nich „Róża Cardiffu" nale­żąca do kompanii handlowej O'Malley - Smali. James Leslie i Jasmine wsiedli na statek po południu, a następnego dnia rano zobaczyli brzegi Anglii. Pozostali na pokładzie, gdy statek opłynął Margate Head i na fali przypływu wpły­nął w szerokie ujście Tamizy. Porywisty majowy wiatr pchał statek w górę rzeki i pod wieczór dotarli do Londynu.

Zaskoczył ich widok Adalego czekającego na nich na barce należącej do de Marisco, mającej dowieźć ich do Greenwood House.

- Jakim cudem wiedziałeś, kiedy przypłyniemy? - zapy­tała Jasmine wiernego sługę.

- Odwiozłem twoją babkę do Queen's Malvern, pani, po czym wróciłem do Londynu, żeby na ciebie czekać. Ka­pitan „Róży Cardiffu" otrzymał polecenie, żeby zawiado­mić mnie o planowanym terminie wypłynięcia i poinformo­wać, jak długo może mu zająć powrót do Londynu. Paryski ajent lady de Marisco przesłał gołębiem wiadomość przed­stawicielowi w Londynie, kiedy opuściliście Paryż i kiedy należy się was spodziewać w Dover, milady. Reszta była zu­pełnie prosta - podsumował Adali. Następnie zwrócił się do lorda: - Witam, milordzie. Mam nadzieję, że podróż by­ła przyjemna. - Ale zanim lord Leslie zdążył odpowiedzieć, sokole oczy Adalego dostrzegły jakiś ruch i eunuch odwró­cił się gwałtownie, krzycząc - Uważajcie na ten powóz, dzi­kusy! Czy po to przejechał całą Anglię i Francję, żebyście go zniszczyli przez swoją nieostrożność? I łagodnie obchodźcie się z końmi, bo narazicie się na mój gniew. - Odwrócił się z powrotem do Jasmine. - Księżniczko, widzę, że muszę nadzorować wyładunek, bo inaczej te fajtłapy zniszczą po­wóz i przestraszą zwierzęta. Barką popłyniecie w górę rze­ki, do Greenwood. Toramalli wróciła do Londynu wraz ze mną i czeka już na ciebie. Wszystko jest gotowe na twój po­wrót. Dotarła też wiadomość od króla. Oczekuje cię za dwa dni w Whitehall. A twój wuj zamieszkał w Lynmouth House, milady. - Skłonił się, odwrócił i pospiesznie zszedł ze statku na nabrzeże, wykrzykując polecenia i wymachując rękami.

Jasmine zachichotała.

- Z każdym rokiem staje się coraz bardziej podobny do starej kobiety - powiedziała. - Nigdy jednak nie dała­bym sobie bez niego rady.

- Na zamku Glenkirk na pewno wzbudzi sensację - ro­ześmiał się lord. - Lubię twojego Adalego, kochana Jasmi­ne. Jest ci równie oddany, jak ja. Jest też inteligentny, pra­cowity, że nie wspomnę o jego lojalności.

- Nigdy nie zapomniał, że moja matka, lady Gordon, da­ła mu możliwość awansu, a kiedy opuściła królestwo moje­go ojca, ten powierzył mu moje bezpieczeństwo. Przez ca­łe życie miałam go u swego boku. Nie umiem sobie wy­obrazić, że może go zabraknąć.

Opuścili pokład „Róży Cardiffu" i wsiedli na barkę. Schronili się w niewielkiej kabinie z okienkami z barwione­go szkła i obitą czerwonym aksamitem ławką z drewnia­nym oparciem, pomalowanym w czerwono - złote wzory. Zawieszona u wejścia zasłona odsunięta była na bok i prze­wiązana złotym sznurem, aby mogli wyglądać na zewnątrz i przypatrywać się, jak wioślarze z Greenwood kierują bar­kę w górę rzeki, ku ich przeznaczeniu. Zapadał zmrok.

Otoczył ją ramieniem i rzekł:

- Nie mogę się doczekać, kiedy pokłonimy się królowi i opuścimy Londyn, żeby wziąć ślub. Na jesieni zabiorę cię do domu do Szkocji. Będziemy polować na sarny na poro­śniętych wrzosem wzgórzach. Zobaczysz, jak z nadejściem chłodów drzewa przemieniają się w szkarłatno - ztociste chorągwie. A gdy spadnie śnieg, zaszyjemy się jak dwa kró­liki w głębi zimowej norki i zajmiemy się tym, co króliki najlepiej umieją robić - zakończył figlarnie, przyciągając ją ku sobie, gładząc jej piersi i przesuwając wargami po jej włosach i policzku, aby w końcu odnaleźć jej usta.

Mrucząc i wzdychając z ukontentowaniem, wtuliła się w niego.

- Ummm - wymruczała. - O, Jemmie, obawiam się, że budzisz we mnie rozpustnicę. Przestań natychmiast, żeby wioślarze niczego nie zauważyli i nie zaczęli plotkować.

W odpowiedzi wyciągnął rękę i, rozwiązując linę przy zasłonie, zapewnił im prywatność. I zanim zdążyła choćby słabo zaprotestować, ukląkł przed nią, uniósł do góry jej suknię i opuścił ciemną głowę pomiędzy jej mleczne uda. Dotyk jego języka na wrażliwym ciele wyrwał przerywany jęk z ust Jasmine. Zacisnął dłonie na jej udach, rozchylając je zdecydowanie.

- Jemmie! - zawołała piskliwie, starając się nie podno­sić głosu, żeby wioślarze nic nie dosłyszeli. W dolnej partii jej ciała narastało napięcie. Szaleńczo ściskała palcami je­go ciemną głowę. - O, Boże!

Uniósł głowę i spojrzał na nią rozpalonymi, złocisto - zielonymi oczami.

- Pragnę cię! Tutaj! Natychmiast!

Usiadł, po czym pociągnął ją na swoje kolana, nabijając na swoją męskość, która jakimś sposobem uwolniła się z ubrania.

- O tak! - jęknęła. W głowie jej łomotało i miała wraże­nie, że za chwilę wybuchnie z rozkoszy. Nie powinni byli robić tego w tym miejscu. Nie tu, oddzieleni jedynie aksa­mitną zasłoną od czterech krzepkich marynarzy. - Och, Jemmie! - To było nieprzyzwoite. To było haniebne. Co by było, gdyby zostali przyłapani?

Glenkirkowi wirowało w głowie. Była lubieżnicą Była wspaniała. Nigdy nie pożądał żadnej kobiety tak, jak pożą­dał Jasmine. A teraz należała do niego! Jęknął i, nie mo­gąc zapanować nad sobą, pozwolił, by jego nasienie zrosiło jej ukryty ogród. Opadła na niego, opierając mu na ramie­niu ciemną głowę.

- Nie można ci się oprzeć, madame - mruknął cicho. - Przybyłem do Francji zdecydowany, żeby cię ukarać za twoje skandaliczne nieposłuszeństwo. Nienawidziłem cię za to, że zrobiłaś ze mnie pośmiewisko. Ty zaś w ciągu trzech miesięcy zniewoliłaś mnie i znów pozostaję bez­bronny wobec twojego uroku. A co gorsza, jestem z tego zadowolony, Jasmine. Chyba nigdy nie przestałem cię ko­chać. - Delikatnie podniósł ją ze swoich kolan i posadził obok siebie.

Jasmine, z czerwonymi, płonącymi policzkami, poprawiła suknię. Glenkirk, co odkryła w czasie minionych paru tygo­dni, był niezwykłym, cudownym kochankiem. Ale miłość? Nie mogła mu kłamać, zresztą na pewno by tego nie chciał.

- Nigdy nie miałam czasu, żeby się w tobie zakochać - rzekła.

- Wiem. Ale ja zakochałem się w tobie w tamten wie­czór Trzech Króli, na przyjęciu twojego wuja. Niestety, za późno uświadomiłem sobie swoje uczucia, Jasmine. Wyszłaś za mąż za Rowana Lindleya i żyłaś swoim życiem. Na­dal skrycie cię kochałem. Po śmierci Rowana książę Henry zaczął rościć sobie prawo do ciebie i zaangażowałaś się w nowy związek. Ja zaś ukryłem w sercu mój sekret, nie mając odwagi wierzyć, że pewnego dnia będziesz moja. A teraz należysz do mnie i będziesz miała całe życie, by na­uczyć się mnie kochać, najdroższa Jasmine.

- I nauczę się? - zapytała cicho.

Łagodnym ruchem obrócił jej twarz ku sobie. Patrzył na nią gorącym wzrokiem i nagle Jasmine zabrakło tchu.

- Owszem, pani - odpowiedział. - Nauczysz się mnie ko­chać. - I gdy ją pocałował, nigdy jeszcze nie była tak bliska omdlenia.

- Pomost przy Greenwood! - rozległo się wołanie. James Leslie natychmiast pochylił się do przodu i odsu­nął na bok zasłonę.

- Szybko dopłynęliśmy - rzekł do jednego z wioślarzy.

- Wykorzystaliśmy przypływ, milordzie - padła odpo­wiedź. - Zresztą Bóg jedyny wie, ile razy płynęliśmy w gó­rę i w dół Tamizy.

Marynarze dopłynęli barką do pomostu. Statek łagod­nie stuknął o kamienie. Gdy został zacumowany, James Leslie opuścił małą kabinę i pomógł Jasmine wysiąść na brzeg. Potem ruszyli przez łąki w stronę domu. Ktoś wy­szedł im na spotkanie. Gdy Jasmine rozpoznała, kto to, rzuciła się w jego objęcia.

- Wujek Robin! - Nadstawiła twarz do pocałunku. Robert Southwood, hrabia Lynmouth, gorąco uściskał swoją siostrzenicę i cmoknął ją w policzek.

- A więc, nieznośna dziewczyno, wreszcie wróciłaś do nas, do domu. Król ciągle pragnie cię zobaczyć, ale od­kąd miał okazję ujrzeć swojego wnuka, chyba już nie tak bardzo chce cię karać. - Southwood poprowadził przybyłą parę w stronę domu.

- Król widział Charlesa Fryderyka? - Jasmine była zdu­miona.

- Mama zatrzymała się w Londynie, gdy dwa tygodnie temu wróciła z dziećmi do Anglii. Zabrała twoje potomstwo na dwór królewski. Król był zachwycony i przemiły nie tylko dla dziecka, w którym płynie jego krew, ale w rów­nym stopniu dla młodego markiza i jego sióstr. Maniery dzieci były nienaganne i wszyscy byli pod ogromnym wraże­niem, Jasmine. Nie wiedziałaś, że mama zamierza odwie­dzić Whitehall, zanim przyjedzie do Queen's Malvern? - I hrabia Lynmouth sam odpowiedział sobie na pytanie. - Najwyraźniej nie wiedziałaś. Mama jest nadal równie mą­dra, jak zawsze. Wyświadczyła ci ogromną przysługę, moja droga, i ostudziła gniew króla. Ostatnio sprawy nie toczyły się po jego myśli, a twoje jawne nieposłuszeństwo nie po­prawiło mu nastroju. Teraz jednak, gdy zobaczył małego Charlesa Fryderyka, jest mniej drażliwy. Chłopiec jest uro­czy i kompletnie oczarował swojego królewskiego dziadka. Jasmine milczała przez chwilę, po czym odezwała się:

- Wszystkie dzieci pojechały z babcią do Queen's Malvern, prawda, wujku Robinie?

- Oczywiście - odparł. - Co cię skłoniło, żeby o to pytać?

- Jasmine obawia się, że król może jej zabrać małego Charliego i oddać go na wychowanie obcym, tak jak to zro­bił z księciem Henrym. Kiedyś królowa ostrzegała ją przed taką możliwością. Nie sądzę, żeby Jasmine mogła spać spokojnie, dopóki król nie zapewni jej, że tego nie zrobi - wyjaśnił lord Glenkirk hrabiemu Lynmouth.

Robin Southwood rzekł w zamyśleniu:

- Chyba rzeczywiście musimy uzyskać królewskie słowo, że Charles Fryderyk Stuart pozostanie ze swoją matką i oj­czymem. Tak, potrzebna nam królewska gwarancja.

- Słyszałeś coś? - zapytała pobladła z emocji Jasmine.

- Nic, moja droga - pospieszył z zapewnieniem Robin Southwood. - Ale zawsze dobrze jest nie do końca ufać królom, Jasmine. Ich wysoka pozycja każe im wierzyć, że Bóg sankcjonuje ich każde posunięcie, choć nie sądzę, że­by zawsze tak było. Ale pamiętaj, że nigdy nie słyszałaś te­go ode mnie. Jestem lojalnym poddanym i nigdy nie śmiał­bym kwestionować jego boskich praw. - Poklepał ją po ra­mieniu, z błyskiem w zielonych oczach.

- Wujku, zupełnie nie masz szacunku dla króla - zażar­towała.

- Ależ skądże, moja droga - odpowiedział. - Pamiętaj, że wychowałem się na znacznie wspanialszym dworze niż ten i służyłem ważniejszej królowej niż ten władca. Jestem doskonałym dworakiem, tak jak mój ojciec. Ale przybyłem tu z Devon, żeby cię powitać, Jasmine, i uprzyjemnić ci dwa dni, po których będziesz musiała stanąć przed Jakubem Stuartem i przeprosić go za swoje nieposłuszeństwo. Po­tem wracam do mojej słodkiej Angel, naszych dzieci i wnu­cząt. Obawiam się, że nie pociąga mnie już dworskie życie. Odnoszę wrażenie, że drobne słabostki króla doprowadzą do jego upadku. Najpierw Carr, a teraz dwaj nowi mło­dzieńcy rywalizują o jego łaski.

Gdy weszli do domu, zasiedli za stołem, czekając, żeby służba podała im posiłek.

- Król nie zawsze był taki, jaki jest dzisiaj - odezwał się James Leslie. - Znałem go jako dziecko. Jego wiek i obec­na sytuacja sprzęgły się, żeby zaczął się niemądrze zacho­wywać.

- Nigdy nie miał kochanki, jak wielu jego poprzedników - zauważył Robin Southwood. - Zawsze był wierny królo­wej, z wyjątkiem tych młodzieńców, i to dopiero od czasu przybycia do Anglii.

- Ależ nie zawsze był wierny królowej - spokojnie po­wiedział Glenkirk, upijając łyk wina.

- Król miał kiedyś kochankę - rzekła Jasmine.

- Moją matkę - wyjaśnił Glenkirk. - To było bardzo dawno temu. Król zakochał się w niej, chociaż nigdy go nie zachęcała. Jakub Stuart wysłał mojego ojca do Danii, żeby towarzyszył jego młodej żonie w drodze do domu do Szko­cji i podczas jego nieobecności zmusił moją matkę, by mu uległa. Gdy mój ojciec dowiedział się o tym, małżeństwo rodziców legło w gruzach i mama uciekła, szukając opieki u lorda Bothwella. To długa historia i może opowiem wam ją któregoś dnia. Tak, król nie zawsze był takim głupim człowiekiem jak dziś. Był bezwzględny, okrutny i twardy, jak każdy żołnierz.

- Czy królowa wiedziała? - zaciekawiła się Jasmine.

- Nie wiem. Nie sądzę, bo zawsze była bardzo miła wo­bec mnie, moich braci i sióstr. Nie wydaje mi się, żeby kto­kolwiek wiedział, poza lordem Bothwellem, moim ojcem, królem i Ellen, służącą matki. Nie możecie zapominać o surowym wychowaniu, jakie odebrał monarcha, otoczony przesadnie pobożnymi i moralnymi ludźmi, którzy byliby przerażeni, dowiedziawszy się, że ich król, ich protegowa­ny pożądał cudzej żony i posiadł ją pomimo jej odmowy.

- Na Boga! - zawołał hrabia Lynmouth. - Nigdy bym nie uwierzył w taką historię, gdybym nie usłyszał jej z twoich ust, Jemmie. Twoja matka poślubiła Bothwella, prawda?

- Po śmierci ojca - wyjaśnił James Leslie. - Tyle że mój ojciec nie umarł. Wyruszył do Nowego Świata i jego statek zaginął. Został uznany za zmarłego, ale parę lat później pojawił się w Glenkirk, snując niesamowite opowieści o swoich przygodach. Ale wcześniej król ogłosił jego śmierć, mama wyszła ponownie za mąż i zamieszkała we Włoszech z lordem Bothwellem i trójką dzieci. Skłoniłem ojca do nieujawniania się nikomu więcej poza mną. Żeby pozostał martwy, ze względu na dobro wszystkich. Zgodził się, ponieważ nie miał ochoty powrócić do swojego dawne­go życia. Okazało się, że w Nowym Świecie czekała na je­go powrót piękna młoda dama. - Glenkirk zaśmiał się. - Mój ojciec zawsze był pełen uroku.

- Czy jeszcze żyje? - zainteresowała się Jasmine.

- Tak! Poślubił czekającą na niego damę i spłodził z nią kilkoro dzieci - zdradził swoim słuchaczom lord.

- Widzę, że doskonale pasujesz do naszej rodziny - stwierdził Robin Southwood. - Mój dziadek był piratem. Moja siostra Willow została spłodzona przez hiszpańskie­go renegata, mieszkającego w Algierze. A Jasmine jest cór­ką hinduskiego władcy. - Roześmiał się. - Odnoszę wraże­nie, że ani my, ani ród Lesliech z Glenkirk nie należą do najspokojniejszych rodzin.

Rozmawiali, jedząc. Prosty posiłek składał się z plastrów łososia, pieczonego kapłona, młodej sałaty duszonej w bia­łym winie, zielonego groszku, chleba i dwóch serów, miękkiego brie z Francji i ostrego chedara. Po jedzeniu hrabia Lynmouth wstał od stołu.

- Nie będę wam jutro przeszkadzał - oświadczył - ale następnego dnia osobiście odwiozę was do Whitehall. - Odwrócił się do siostrzenicy. - Musisz być gotowa okazać pokorę, Jasmine. Rozumiesz to chyba? Król jest skłonny całkowicie ci wybaczyć, pod warunkiem, że okażesz pełną skruchę. Córka Mogołów musi się schować pod maską drę­czonej wyrzutami sumienia i chcącej się usprawiedliwić wdowy po markizie Westleigh. Gotowa jesteś to zrobić?

- Tak, wujku - cicho odparła Jasmine.

- Cóż za potulność, moja droga - zażartował. - Jestem pod wrażeniem. Bądź taka wobec króla, a skończą się na­sze kłopoty. - Hrabia Lynmouth spojrzał na Jamesa Leslie.

- Pogratulowałbym ci odniesionego sukcesu, sir, ale widzę, że ponownie zakochałeś się po uszy w mojej siostrzenicy i jesteś miękki jak wosk w jej rękach. Postaraj się sprawiać wrażenie przed naszym starym królem, że masz sytuację pod kontrolą. - Pożegnał ich eleganckim ukłonem i wy­szedł.

- Babcia mówi, że jest bardzo podobny do swojego ojca - zauważyła Jasmine po wyjściu ulubionego wuja. Sącząc wino sięgnęła po truskawkę z koszyka, stojącego na stole.

- Czy chcesz kontynuować naszą wcześniejszą rozmowę? Tę, którą rozpoczęliśmy na barce? Myślisz, że ktokolwiek inny kochał się, płynąc łodzią wiosłową w górę rzeki, Jemmie? - Oblizała palce, po których ściekał sok.

- Podejrzewam, że w tej materii nie byliśmy zbyt orygi­nalni - zauważył sucho. Pochylił się nad nią i zlizał sok z kącików jej ust. — Hmm, dobry - rzucił i wziął truskawkę. Trzymając ją za zieloną szypułkę, prowokacyjnie pogładził ją językiem, po czym ugryzł owoc i szybko zjadł.

Jasmine wyciągnęła rękę i pochwyciła jego dłoń. Unio­sła ją do swoich ust i powoli zaczęła ssać słodki sok z kolej­nych palców, przez cały czas niewoląc go spojrzeniem. Wstała z krzesła i pociągnęła go ku drzwiom. W ostatniej chwili lordowi udało się wolną ręką chwycić koszyk z tru­skawkami. Skierowali się na drugie piętro domu, gdzie mieściły się sypialnie. Zaprowadziła go do przestronnego apartamentu, który kiedyś zajmowała jej babka. Składał się z saloniku, sypialni i pokoju toaletowego.

Gdy tylko weszli, w apartamencie zjawiła się Rohana, ale widząc namiętność pomiędzy jej panią a lordem Leslie, wycofała się szybko i dyskretnie, kochankowie zaś znikli w sypialni.

Jasmine wzięła od lorda koszyk i postawiła go na stolicz­ku przy łóżku. Potem zajęła się jego kubrakiem, rozpinając go i zdejmując, rozsznurowała znajdującą się poniżej ko­szulę. Gorączkowo ściągnęła mu ją przez głowę, nieomal drąc materiał. Z cichym okrzykiem oparła dłonie na owło­sionej klatce piersiowej i zaczęła zataczać palcami niewiel­kie kółka. Ich wcześniejsze sam na sam tylko zaostrzyło jej apetyt na niego. Skóra Glenkirka była gorąca pod jej palą­cym dotykiem.

Idąc w ślady Jasmine, rozpiął jej gorset i rozwiązał ta­siemki przy spódnicy, która opadła na podłogę. Pod koszu­lą jej piersi niebezpiecznie nabrzmiały. Zerwał z niej ko­szulę i cisnął ją przez pokój. Tymczasem Jasmine rozpięła mu spodnie, ściągnęła je w dół i pozwoliła, by opadły. Na­stępnie rozebrała go z pludrów.

Zwarli się ustami w gorącym, wilgotnym pocałunku.

- Och, wiedźmo! - jęknął, ujmując w dłonie jej twarz. Go­rące wargi przesuwały się wzdłuż jej warg, policzków, czoła, po powiekach. Ich języki splątały się w pożądliwym tańcu, a ręce Glenkirka poruszały się, wyciągając spinki z włosów Jasmine, które otoczyły ich hebanową falą. Powoli uniósł ją w górę, po czym równie wolno opuścił ją na swoją rozpalo­ną namiętnością włócznię. - Wiedźmo - na wpół zatkał.

Jasmine zaplotła nogi wokół jego torsu. O nieba! Był tak twardy, że jego powolne wtargnięcie zabolało ją. Ostrożnie położył ją na brzegu łóżka. Cała napięta, opuściła nogi, któ­rymi oplatała jego ciało. Glenkirk rozsunął je na boki, aby zapewnić sobie pełniejszy dostęp do jej pulsującej kobieco­ści. Jasmine uniosła ręce nad głowę, odsłaniając piersi.

Wyciągnął ręce i mocno uścisnął obie piersi, a słysząc jej krzyk rozkoszy, uśmiechnął się. Pochylając się do przodu, zaczął lizać brodawki. Piersi zawsze były jej najwrażliwszym punktem. Drażnił je bezlitośnie, liżąc, skubiąc, cału­jąc, leciutko gryząc, aby zadać krótki ból, który natych­miast scałował, przez cały czas pozostając zagłębionym w jej ciele.

Płonęła z żądzy, niemal oszalała z rozkoszy.

Spojrzał na jej twarz i roześmiał się cicho.

- Powiedz, jak bardzo mnie pragniesz, kochana Jasmine - przekomarzał się z nią, mocno trzymając ręce, które wy­ciągnęły się ku niemu. Siłą przeniósł je z powrotem za gło­wę dziewczyny. - Powiedz mi! Powiedz, bo inaczej zostawię cię. Może mnie nie kochasz, skarbie, ale, na Boga, na pew­no mnie pożądasz. Powiedz mi! - Jego oczy płonęły ogniem.

- Pożądasz mnie tak samo, jak ja ciebie! - odparła i za­cisnęła mięśnie wokół jego członka. Była to stara sztuczka znana w haremie, którą stosowały wszystkie kobiety w jej kraju, żeby dać przyjemność mężczyźnie.

- Powiedz, Jasmine. Powiedz, że mnie pożądasz! - nale­gał, wykrzywiając twarz pod wpływem rozkosznej tortury, jaką mu zadawała. - Powiedz!

Prawie krzyknęła. Zabijał ją. Twierdził, że ją kocha, ale zabijał ją. Całe ciało bolało ją z głodu spełnienia.

- Pragnę cię, Jemmie! - wyszlochała. - Chcę cię! A te­raz kochaj mnie, zanim mnie zniszczysz, ty draniu!

Niemal natychmiast zaczął się poruszać w niej i po­nad nią. Rytm stawał się coraz szybszy, aż ich połączo­na namiętność eksplodowała w szalonym wybuchu, który pozbawił go tchu i doprowadził Jasmine do chwilowej utra­ty przytomności. Doznana przyjemność uniosła ją tak wy­soko, że bała się, iż już nigdy nie wróci na ziemię. I wcale jej to nie obchodziło.

Nie mogła się poruszyć. Syta z rozkoszy.

Zdrzemnęła się, rozkoszując się przyjemnością, jaką so­bie nawzajem sprawili. Kiedy w końcu lord wstał, zapytała zaspanym głosem:

- Czy Rohana przygotowała mi kąpiel?

James Leslie potrząsnął głową, żeby odzyskać jasność myśli, po czym rozejrzał się po sypialni. Dostrzegł dębową balię, stojącą przed kominkiem.

- Tak - odpowiedział.

Jasmine z trudem podniosła się z łóżka.

- Chcę się wykąpać - oświadczyła. Pochyliła się, ściągnę­ła pończochy, poczłapała po podłodze w stronę balii i we­szła do niej. - Jest jeszcze ciepła - oświadczyła, wzięła my­dło i flanelową szmatkę i zaczęła się myć, namydlając wszystko, co mógł dostrzec, i wszystko, czego nie był w sta­nie dojrzeć.

Obserwował ją zafascynowany. Przed chwilą doświad­czył najbardziej namiętnego doznania w całym swoim ży­ciu. Ich wzajemne pożądanie było szalenie silne, gwałtow­ne i podniecające. James Leslie był zawsze konserwatywny. Jego beztroski ojciec i piękna, namiętna matka, której nie­dyskretny romans zakończył się dobrowolnym opuszcze­niem Szkocji, w młodym wieku zrzucili na niego ciężar od­powiedzialności. Jego słodka Isabelle była czarującą młodą żoną, ale nigdy nie było pomiędzy nimi żadnego ognia. Aż do dzisiaj uważał się za niezdolnego do wielkich namiętno­ści. Niewątpliwie miał w sobie więcej z matki, niż mu się dotychczas wydawało.

- Jemmie. - Jasmine stała w balii, a woda spływała po jej bujnym ciele. Skinęła na niego. - Pozwól, żebym cię umy­ła, milordzie.

Na wpół oszołomiony wszedł do balii i stał cierpliwie, gdy go myła, szybko przesuwając flanelową ściereczkę i mydło w górę i w dół jego postaci, pieszcząc szerokie ra­miona i długie nogi. Uklękła przed nim. Zadygotał lekko, gdy zdecydowanymi ruchami zaczęła myć jego męskość, ale nawet jeśli Jasmine to zauważyła, nic nie powiedziała. Wstała i opłukała go.

- Gotowe - rzekła zadowolona. - Jesteś umyty. Musimy się teraz wysuszyć. Wytrzesz mnie, a ja ciebie. - Wręczyła mu ręcznik, sama zaś wzięła drugi i zaczęła go energicznie trzeć. - Och, tak jest dużo przyjemniej - powiedziała, gdy się już wytarli. Przeszła przez pokój do łóżka. - Nie kąpa­łam się od czasu, gdy wyjechaliśmy z Belle Fleurs. Nie zno­szę być brudna, a przemywanie się gąbką nigdy nie jest tym samym, co solidna balia z wodą.

- Nie chcesz włożyć koszuli nocnej? - zapytał.

- Po co? Chcesz, żebym ją założyła, Jemmie? Wchodź do mojego łóżka, milordzie, bo się jeszcze przeziębisz. - Gestem wskazała mu miejsce koło siebie i zapraszająco od­chyliła kołdrę.

Wsunął się pod przykrycie i Jasmine natychmiast przytu­liła się do niego. Lord głaskał jej ciemne włosy swą ogrom­ną dłonią.

- Nie przestaję cię pragnąć - przyznał w końcu. - Co za czary roztoczyłaś wokół mnie, niby pajęczą sieć, kocha­na Jasmine?

- Na Boga, mój wuj ma rację. Zakochałeś się we mnie, Jamesie Leslie. A nie powinieneś! To musi być małżeństwo z rozsądku. To nie może być związek z miłości!

- Czemu nie? - zapytał, patrząc na jej śliczną twarz.

- Bo mężczyźni, których kocham, giną! Wiesz o tym, Jemmie!

- Wszyscy kiedyś musimy umrzeć, kochana Jasmine. Madame Skye straciła pięciu mężów, zanim poślubiła two­jego dziadka, z którym przeżyła szczęśliwie ponad czter­dzieści lat. - Mocniej otoczył ją ramionami. - Pokochasz mnie, najdroższa, a kiedy to sobie uświadomisz, powiesz mi o tym. - Pocałował ją w zmarszczone czoło. - A teraz śpij. Twoje gorące pożądanie trochę mnie wyczerpało i muszę nieco odpocząć, jeśli przed nastaniem świtu mamy jeszcze raz znaleźć się w objęciach Erosa.

- Jesteś niezaspokojony - mruknęła, moszcząc się wy­godnie.

Roześmiał się serdecznie.

Kiedy po paru godzinach Jasmine się obudziła, leżała na plecach. Czując delikatny ruch, zerknęła w dół i zoba­czyła, że Glenkirk położył na jej pępku truskawkę, którą właśnie zjadał. Potem umieścił w tym samym miejscu kolej­ną truskawkę i przystąpił do jej spożywania. Jasmine zachichotała.

- Jak długo używasz mnie w charakterze talerza na owo­ce? - zadała pytanie.

- Zjadłem dotąd sześć truskawek - przyznał z uśmie­chem.

- Teraz moja kolej - stwierdziła Jasmine i usiadła. - Po­łóż się, panie, żebym mogła zacząć.

Wzięła z koszyka pozostałe truskawki i ułożyła je na je­go piersiach, w prostej linii w dół w stronę pępka i dalej, aż do krocza. Półksiężycem z truskawek podkreśliła linię za­rostu jego ciemnych włosów łonowych. Gdy skończyła, za­częła zjadać ułożone owocowe kulki.

Zmuszał się, żeby leżeć bardzo spokojnie, nawet wów­czas, gdy poczuł na swym ciele jej drobne zęby. Obserwo­wał ją zafascynowany, gdy delikatnie unosiła kolejne tru­skawki. Wkrótce jego tors pokryty był owocowym sokiem, który zaczęła zlizywać z jego ciała. W końcu zostało tylko sześć truskawek, otaczających jego łono. Powoli, spokojnie zjadała jedną po drugiej, a gdy skończyła, zlizała sok i schy­liła się, biorąc go w usta. Jęknął z rozkoszy, kiedy delikat­nie zaczęła skubać go zębami, drażniąc zmysłowo języ­kiem. Gdy już myślał, że wybuchnie z pożądania, puściła go na chwilę, wspięła się na niego by wolno, niezwykle powo­li, opuścić się na jego twardą męskość.

Wyciągnął ręce i począł pieścić jej piersi, ona zaś poru­szała się nad nim, a jej ciche okrzyki mówiły mu o rozko­szy, jaką ona również otrzymywała.

Jasmine wirowało w głowie. Był duży i twardy, a jego na­miętność zdawała się nie mieć kresu. Wmawiała w siebie, że to nie jest miłość, a żądza. Nic więcej, tylko czysta żądza. Nie mogła go kochać, gdyby bowiem obdarzyła go uczu­ciem, na pewno skończyłby równie tragicznie, jak Dżamal, Rowan i jej słodki książę, Hal. Ale Glenkirk był niewiary­godnym kochankiem!

- Jemmie! Jemmie! - krzyknęła głośno, nie mogąc się powstrzymać. O Boże! To za mało! Za mało!

James Leslie dostrzegł zmieszanie i zawód na jej twarzy i natychmiast przejął inicjatywę. Przetoczył się tak, żeby znalazła się pod nim, leżąc na plecach i mocno, głęboko, raz za razem, wdzierał się w jej ciało. Wiedział, że potrze­bowała go, nawet jeśli nie mogła się do tego przyznać. Po­myślał, że najdroższa Jasmine zaczyna go darzyć uczuciem, choć jeszcze nie umiała tego zaakceptować.

Krzyknęła głośno. Wbiła zęby w jego ramię, po czym oboje eksplodowali razem w nieprawdopodobnym wybu­chu czystej namiętności. Czuła ciepło jego soków, palących jej łono, w ustach czuła smak krwi z jego ramienia. Lizała jego ranę.

- Suka! - jęknął i opadł ustami na jej wargi gorącym po­całunkiem, który niemal pozbawił ją tchu. W końcu stoczył się z niej i leżał, ciężko dysząc, na plecach. - Dobry Boże - udało mu się w końcu wykrztusić. - Co się wydarzyło po­między nami? Czy zawsze będzie tak... tak dziko? - Serce biło mu jak młotem.

- Nie... nie wiem - na wpół załkała.

Dobre nieba, to było naprawdę dzikie. Nie rozumiała tej szalonej żądzy. Jej pierwszy mąż, Dżamal, był łagodnym kochankiem. Jej drugi małżonek, Rowan Lindley, był na­miętny i czuły, podobnie jak książę Henry, gdy była jego kochanką. A to, co się teraz wydarzyło, przerastało wszyst­ko, czego kiedykolwiek doznała. Była to dzika namiętność i każde z nich usiłowało zapanować nad drugim. Chciała wiedzieć, czy już zawsze będzie tak między nimi. I czy obo­je będą tego chcieli. Czy to wytrzymają. Jasmine nie znała odpowiedzi na te pytania.

Ujął jej dłoń.

- Jak możesz mnie nie kochać, skoro nasza namiętność jest taka głęboka? - zapytał.

- Nie mogę cię kochać - wyszeptała. - Nie mogę!

- Ale kochasz - naciskał. - Wiem, że mnie kochasz!

- Boję się, Jemmie! Otoczył ją ramionami.

- Dlaczego? Tylko nie powtarzaj, że mężczyźni, których kochasz, muszą umrzeć, najdroższa.

- Ale tak jest, Jemmie - rzekła z rozpaczą. - Za każdym razem, kiedy najpierw mój ojciec, a potem moi dziadkowie, oddawali mnie mężczyźnie, zakochiwałam się i byłam szczęśliwa. Zawsze chciałam kochać mojego męża, urodzić zdrowe dzieci i wychowywać je w miłości. Kiedy zamordo­wano Dżamala, straciłam dziecko, z którym byłam brze­mienna. Gdy tamten fanatyk zabił Rowana, zostałam z dwójką dzieci i spodziewałam się trzeciego. Omal wtedy nie umarłam. Wreszcie Henry Stuart. Nie powinien był umrzeć! Powinien żyć i zostać królem Anglii! Ale kochał mnie i umarł.

- Książę umarł z powodu choroby, która się rozwinęła, gdy rozgrzany wykąpał się w rzece. To było nieszczęśliwe zdarzenie i nie możesz się czuć odpowiedzialna za śmierć młodego Hala, Jasmine. Fakt, że cię kochał, nie ma z tym żadnego związku. Jeśli chodzi o twojego pierwszego męża, został zamordowany na rozkaz twojego brata. Kula, która zabiła Rowana, była przeznaczona dla ciebie, nie dla mar­kiza. Oba wypadki są godne ubolewania. Dżamal, książę Henry i Rowan Lindley po prostu nie mieli szczęścia, i ty­le. - Pocałował ją w czubek głowy. - Pobierzemy się pięt­nastego czerwca, kochanie, i będziemy żyli razem długo i szczęśliwie, bo nie pozwolę, żeby nam się coś przydarzyło - podsumował lord Glenkirk. - A teraz powiedz, że mnie kochasz, nieznośna dziewczyno! Już dość długo czekałem, by usłyszeć te słowa z twoich ust.

- Jesteś zanadto pewny siebie, milordzie - odparła.

- Jasmine! - zawołał groźnym tonem. Spojrzała na jego przystojną twarz.

- Chcę żyć z tobą długo i szczęśliwie, Jamesie Leslie. Naprawdę!

- Czy mnie kochasz? - nalegał. Jasmine kiwnęła głową.

- Tak, Jemmie, kocham cię - powiedziała. - I zawsze bę­dę cię kochać.



ROZDZIAŁ 7

Robert Carr, wicehrabia Rochester i Somerset tracił królewskie łaski i wiedział o tym. Był zrozpaczony. Swoją karierę na królewskim dworze rozpoczął jako paź. Mając dwadzieścia lat zwrócił na siebie uwagę króla, gdy złamał sobie rękę podczas turnieju na włócznie i został królew­skim szambelanem. W następnym roku król podarował młodzieńcowi tabliczkę ze szczerego złota, wysadzaną dia­mentami. Trzy lata później młody człowiek otrzymał god­ność wicehrabiego. Kiedy jego wzrok padł na Frances Ho­ward, żonę hrabiego Essex, wiedział że nie spocznie, dopó­ki nie poślubi hrabiny.

W wieku czternastu lat Frances Howard została siłą po­słana do ołtarza przez swoją rodzinę. Nienawidzili się z mężem, Robertem Devereaux, hrabią Essex. Romanso­wała z księciem Henrym, zanim poznał Jasmine. A potem pokochali się z Carrem. Ale nie mogło być mowy o rozwo­dzie. Frances Howard zażądała unieważnienia małżeń­stwa, twierdząc, że mąż jest impotentem, i to nie tylko przy niej, ale wobec wszystkich kobiet. Oczywiście było to kłamstwo, ale król i arcybiskup uznali inaczej. Unieważnio­no małżeństwo i Frances poślubiła Roberta Carra, który w międzyczasie został mianowany hrabią Somerset. Ona miała szesnaście lat, a on dwadzieścia sześć.

Jeden z przyjaciół Roberta Carra, sir Thomas Overbury, głośno protestował przeciwko jego planowanemu małżeństwu z Frances Howard. Mówił o tym publicznie, oczernia­jąc damę, której bardzo nie lubił, a nawet apelował do kró­la, by ten ratował Carra przed Frances Howard. Jego wy­siłki były jednak bezowocne, a niedługo po zawarciu związ­ku małżeńskiego przez szczęśliwą parę sir Thomas Overbury został aresztowany i osadzony w Tower. Pozostawał tam przez kilka miesięcy, aż pewnego ranka strażnicy wię­zienni znaleźli go martwego w celi. Został otruty.

Wstrząśnięty król zarządził gruntowne śledztwo. Ustalo­no, że sir Thomas Overbury zjadł zatrute cukierki. Docho­dzenie, kto przysłał słodycze, przeciągało się, ale zaczęły krążyć plotki, że pochodziły z domu hrabiego Somerseta. Nie było pewności, że to sam hrabia Somerset albo jego małżonka kazali posłać słodycze do sir Thomasa, gdyż zło­cone kartonowe pudełko z łakociami dla Overbury'ego do­starczył ulicznik spod Tower. Istniało duże prawdopodo­bieństwo, że ten przypadkowy posłaniec został zgładzony, aby uniemożliwić dotarcie do odpowiedzialnego za mor­derstwo łajdaka. Jednak było powszechnie wiadomo, że Frances Howard najchętniej wysyłała upominki przyjacio­łom właśnie w papierowych, złoconych pudełkach. Wy­twórca pudełek oświadczył, że takie właśnie opakowania wykonuje wyłącznie dla lady Frances Howard i dla nikogo więcej. I chociaż teoretycznie zachodziła możliwość, że ktoś ukradł pudełko, nikt nie uważał tego za prawdopo­dobne. Lecz ani hrabia, ani jego żona nie zostali jeszcze oskarżeni w tej sprawie, gdyż żadnego z nich nie można by­ło bezpośrednio powiązać ze zbrodnią.

Robert Carr wiedział jednak, że traci królewskie wzglę­dy. Po wybuchu skandalu związanego z Overburym król rzadziej go wzywał i demonstracyjnie ignorował swojego dawnego faworyta. Zbolałe królewskie oczy o barwie bursztynu z ciekawością zwracały się na dwóch młodych lu­dzi, którzy w tym czasie pojawili się w otoczeniu króla. George Villiers, nic nieznaczący prowincjusz, wyraźnie szybko zyskiwał łaski swojego królewskiego pana. Carr za­chodził w głowę, w jaki sposób w ubiegłym roku ten tępak zdobył zaszczytną pozycję królewskiego podczaszego. A teraz został mianowany osobistym dworzaninem króla. Ow­szem, młodzieniec był bardzo przystojny, miał błyszczące, ciemne oczy i kasztanową czuprynę, ale Carr nie ufał prze­klętemu karierowiczowi.

Jeszcze gorzej wyglądała sprawa z Piersem St. Denisem, markizem Hartsfield. Posiadający stary tytuł młodzieniec nie potrzebował królewskich przywilejów, a jednak zdoby­wał je równie szybko, jak Villiers. St. Denis był czarującym mężczyzną i rozweselał króla bardziej niż jakikolwiek inny dworzanin. Podczas gdy George Villiers miał anielską twarz, Piers St. Denis uchodził za człowieka wyjątkowo przystojnego, o idealnych, klasycznych rysach twarzy. Miał piękny, prosty nos, niebieskie oczy, wąskie usta i włosy w kolorze miodu, które pojedynczym lokiem opadały mu na wysokie czoło.

Jakie szanse na odzyskanie względów monarchy miał Ro­bert Carr wobec takich dwóch mężczyzn, którzy intrygowali i zabawiali króla? Frances nie była zachwycona rozwojem wydarzeń w ostatnim czasie. Spodziewała się, że jej mąż za­wsze będzie się cieszył królewską łaską. Przecież urodziła się jako Howardówna. Jej dwie kuzynki były królowymi Anglii. Oczywiście były nieudanymi królowymi, ale jednak.

- Jak mogłeś być taki głupi, żeby użyć mojego pudełka? - zapytała małżonka, gdy pewnej nocy siedzieli w łóżku, schowani za aksamitnymi zasłonami, dla zapewnienia so­bie prywatności. - To przeklęte pudełko doprowadziło ich do nas. Co teraz zrobimy, Rob?

- Nie mogą nam niczego udowodnić - rzekł. - Chyba że zdradzi nas twoja histeria. Pudełko mogło ci zostać skra­dzione albo zabrane ze sklepu. Nikt niczego nie może udo­wodnić.

- A co z tym chłopakiem? - spytała.

- Mówiłem ci, że go udusiłem, gdy przyszedł po zapłatę. Ciało wrzuciłem do rzeki. To był zwykły ulicznik, który ni­kogo nie obchodził. Nikt go nie szukał, a gdyby nawet, my­ślano by, że stał się ofiarą jakiejś ulicznej bójki albo wyru­szył szukać szczęścia. Nie ma nikogo, kto mógłby powiązać z nami tamte słodycze. Byliśmy ostrożni i sprytni. Ty spreparowałaś cukierki, a ja dopilnowałem, by trafiły do adre­sata. Nikt nie może wiązać ich z nami. Przestań się przej­mować - powiedział zmartwionej żonie hrabia Somerset. - Sprawa pudełka to tylko przypuszczenia.

- Królowa mnie odtrąciła - rzuciła Frances. - Mam zakaz wstępu na królewskie pokoje! Ja! Frances Howard! Znałam te apartamenty na długo przedtem, nim królowa Anna przy­była do Anglii! Rob, to nie ma znaczenia, czy nam udowod­nią zabójstwo Overbury'ego, czy nie. Oni wiedzą, że to zro­biliśmy! Mówię ci, jesteśmy zrujnowani! Zrujnowani!

- To chwilowe, Frances - odpowiedział. - Król nie pora­dzi sobie beze mnie. Jamie Stuart jest moim przyjacielem.

- Dlaczego musiałeś posłać Overbury'ego do Tower, Rob? Na Boga, zrobiłeś to tak otwarcie! Czy ci nie mówi­łam, że lepiej, aby król przydzielił mu jakąś niezbyt znaczą­cą funkcję gdzieś w Irlandii, i żeby tam go potem zamordo­wać? A teraz nas obciążą winą. Aż dziwne, że jeszcze nas nie aresztowano! Skończymy w Tower, Rob, a wszystko dlatego, że nie posłuchałeś żony!

- Król mnie kocha - z uporem powtórzył Robert Carr.

- Kocha cię? - Hrabina Frances parsknęła szyderczo. - To się skończyło, Rob! To koniec! Jest opętany przez Villiersa i St. Denisa i pochłonięty rozważaniami, którego z nich bardziej pragnie. Złamałeś królowi serce, Rob, i ni­gdy ci tego nie wybaczy. Zastąpi cię innym i zapomni o to­bie. A nie doszłoby do tego, gdybyś mnie posłuchał!

- Idź spać, Frances, i przestań wreszcie gderać - wark­nął hrabia. - Jutro lord Glenkirk wraca na dwór z markizą Westleigh. Mówiono mi, że w końcu mają się pobrać. Za nic w świecie nie chciałbym stracić okazji ujrzenia ule­głej Jasmine Lindley!

- A może to wydarzenie odwróci uwagę króla i zapomni o nas? - zastanawiała się hrabina.

- Jeśli o nas zapomni, będzie to oznaczało, że utracili­śmy jego łaski. Tego byś chciała, Frances? - zapytał jej mąż.

- Przynajmniej pozostalibyśmy przy życiu - odparowała. - Nie chcę skończyć w Tower, jak moje kuzynki, Anna i Ka­tarzyna!

- Za bardzo się przejmujesz - roześmiał się, ale gdy nad­szedł dzień, nie było mu już do śmiechu. Kiedy wraz z żo­ną stawili się na dworze, żeby podjąć swoje zajęcia, kazano im wracać do domu. Nie życzono sobie ich obecności w Whitehall. Mieli czekać w swoim londyńskim domu, aż król podejmie decyzję co do ich dalszego losu. Posłuchali oszołomieni i nawet nie zauważyli mijanego po drodze po­wozu lorda Glenkirka.

Parę dni później hrabia i hrabina Somerset zostali aresz­towani i osadzeni w Tower.

- Czy to aby nie Frances Howard i jej nowy mąż? - za­stanawiała się na głos Jasmine, wychylając się przez okno powozu, by się przyjrzeć oddalającej się kolasce.

- Bardzo bym się zdziwił, gdyby tak było - odpowiedział Glenkirk. - Robin mówił mi, że przez tę aferę z Overburym stracili względy króla. Zresztą król jest oczarowany dwoma młodzieńcami, którzy niedawno pojawili się na dworze. Jestem pewien, że dzisiaj dowiemy się wszyst­kiego, co wiadomo w tej sprawie. Nie mogę uwierzyć, że Carr był tak głupi, by otruć wroga i dać się przyłapać. Cho­ciaż zawsze miałem go za kretyna.

- Czy dobrze wyglądam? - zapytała go po raz trzeci, od­kąd wyruszyli z domu.

Z uśmiechem skinął głową.

- Tak - rzekł krótko.

Powiedziała mu, że starała się ubrać skromnie, jak na świadomego swych win grzesznika przystało, ale nie by­ło sposobu, żeby Jasmine wyglądała na naprawdę skruszo­ną. Była na to zbyt piękna. Zbyt elegancka. Była córą Mogołów. Próbowała jednak. Miała na sobie bordową suknię z kloszową spódnicą, z matowego jedwabiu. Suknia była dopasowana w talii, z bufiastymi rękawkami o rozcięciach, w których przeświecał czarny jedwab, a zakończony szpiczasto dół stanika i dekolt w karo obszyte były czarnymi dżetami w geometryczne wzory. Jej szyję otaczał sznur czarnych pereł, a na krótszym łańcuchu zwieszał się duży, owalny rubin, zwany Okiem Kalego, który przed laty Ja­smine przywiozła ze sobą z Indii. Z jej uszu zwieszały się mniejsze rubiny o kształcie gruszki. Włosy upięła w ele­gancki kok, a stopy wsunęła w czarne, jedwabne pantofel­ki, ozdobione różowymi perłami. Jej ręce dekorowały licz­ne pierścienie, z czarnymi i różowymi perłami oraz rubina­mi. James Leslie pomyślał, że wszystkie kobiety, które ją dziś ujrzą, będą jej zazdrościć i będzie przedmiotem pożą­dania wszystkich mężczyzn.

Sam ubrał się na czarno i biało, aby dopasować się do jej stroju i zachować powagę wyglądu. Jedno z nich powinno wyglądać na dręczone wyrzutami sumienia i świadome kło­potów, jakich przysporzyli dobremu królowi. Gdy szli kory­tarzem w stronę komnaty, w której przyjmował król, James Leslie słyszał szepty mijanych po drodze dworzan.

- Odwagi, kochana Jasmine - mruknął do niej i pokle­pał elegancką dłoń, wspartą na jego jedwabnym rękawie. - Po prostu jesteśmy dzisiaj główną atrakcją na dworze.

Król i królowa zasiadali na swoich tronach. Jakub Stuart postarzał się. Miał już czterdzieści dziewięć lat. Królowa, przystojna, choć nigdy nie uważana za piękność kobieta, miała czterdzieści lat. Jasmine odniosła wrażenie, że wład­czyni niewiele się zmieniła od czasu, gdy widziała ją ostat­ni raz. Poza zamiłowaniem do polowań i dziećmi, król i królowa niewiele mieli ze sobą wspólnego. Wiedli od­dzielne życia, ale mimo to byli sobie oddani. Annę cieszy­ło wszystko, co było korzystne dla Jakuba i odwrotnie. Od jakiegoś czasu nie byli już kochankami, ale pozostali bliskimi przyjaciółmi.

Jakub Stuart spokojnie spoglądał na nowo przybyłą pa­rę, stojącą u podnóża tronu. Lord Glenkirk pokłonił się elegancko i zamaszyście. Wdowa po markizie Westleigh wykonała głęboki dyg z lekko pochyloną ciemną głową, nie patrząc na królewską parę, po czym podniosła się z wdzię­kiem. W komnacie zapanowała zupełna cisza i cały dwór wytężył słuch, żeby nie stracić ani słowa.

- A więc w końcu wróciłaś, pani - zaczął król. Patrzył za­skakująco łagodnym wzrokiem. - Poznałem twoje pocie­chy. Świetnie sobie z nimi radzisz. Z całą czwórką. Nasz mały wnuk jest bardzo odważnym chłopcem, jak na takiego malca. Nawet rozmawiał ze mną po francusku. - Jakub Stuart roześmiał się. - Powiedział mi też, że może mnie na­uczyć kląć w języku hindi. Ciekaw jestem, gdzie się nauczył hindi?

- Najpewniej od mojego służącego, Adalego - odpowie­działa łagodnie Jasmine. - Adali lubi przypominać małemu Charliemu, że jest wnukiem dwóch królów.

- Owszem - przyznał Jakub Stuart. - Nasz mały książę Lundy ma w swoich żyłach wiele królewskiej krwi, ale urodził się jako Anglik, madame. Będziesz o tym pamiętać, prawda?

- Oczywiście, wasza wysokość. Jak mogłabym o tym za­pomnieć - odpowiedziała Jasmine. - Jego ojciec na zawsze pozostanie w moim sercu.

Na chwilę na królewskim obliczu pojawił się smutek.

- Tak. W sercach nas wszystkich - powiedział. - Anglia straciła wielkiego króla, ale może, jeśli będę żył dość dłu­go, nasz mały Charles zostanie dobrym królem.

- Och, wasza wysokość - Jasmine zwróciła się do mo­narchy. - Jestem pewna, że książę Charles przyniesie chlu­bę tobie, panie, i królowej. - Nagle, ku zaskoczeniu wszyst­kich, nawet Glenkirka, Jasmine rzuciła się na kolana, a jej bordowa suknia artystycznie rozpostarła się wokół niej. - Wasza królewska mość - rzekła silnym głosem. - Błagam o wybaczenie mojego nieposłuszeństwa. Jedyne, co mam na swoją obronę, to fakt, że po śmierci księcia Henry'ego serce mi pękało z bólu i nie byłam gotowa do kolejnego małżeństwa. Jestem tylko słabą kobietą, wasza wysokość, i wiele wycierpiałam w moim krótkim życiu. Dziś jestem gotowa spełnić swoje obowiązki i poślubić lorda Glenkirka. Obiecuję też, że już nigdy nie okażę nieposłuszeństwa wa­szej królewskiej mości. - Jasmine pochyliła się tak nisko, że głową dotknęła czubka królewskiego buta i zastygła w tej pozie, czekając na słowa władcy.

Król był zaskoczony, ale i zadowolony. Znajdująca się przed nim młoda kobieta uznała jego autorytet, nawet jeśli się przeciwko niemu buntowała. Kiedy dwa lata temu ucie­kła z Anglii, był bardzo zły. Ale gdy dwa tygodnie temu uj­rzał swojego wnuka, zmiękło mu serce, także wobec Jasmine de Marisco Lindley. Teraz zaś miał przed sobą łajdaczkę, którą jeszcze miesiąc temu chciał ukarać, publicznie kajającą się u jego stóp. Jakub Stuart był zadowolony i przepełniony chęcią wybaczenia.

- Wstań, dziewczyno - rzekł pogodnie. - Pomóż jej, Jemmie. - A gdy Jasmine ponownie stanęła przed nim, cią­gnął - To były bardzo ładne przeprosiny i zręcznie wyrażo­ne. Wybaczam ci, pani.

- Dziękuję, wasza wysokość - prosto odpowiedziała Ja­smine i ponownie dygnęła.

- Kobieta, a zwłaszcza taka piękna kobieta, jak ty - po­wiedział król - powinna mieć męża, który będzie jej strzegł. Może jednak zbyt pochopnie wyznaczyłem ci kan­dydata, pani. Teraz rozumiem, że powinienem był pozwo­lić ci wybrać sobie pana i władcę spośród kilku dżentelme­nów. Pozwolę ci na to teraz. - Jakub Stuart sprawiał wra­żenie bardzo zadowolonego z siebie.

Wszyscy znajdujący się w komnacie byli zaskoczeni, na­wet królowa. Spojrzała z wściekłością na małżonka, ale ten zlekceważył to.

- Wasza wysokość - pospiesznie rzekła Jasmine. - Chęt­nie poślubię lorda Leslie. Jesteśmy starymi przyjaciółmi i doskonale się rozumiemy. Nasz ślub zaplanowaliśmy na piętnastego czerwca w domu mojej babki, w Queen's Malvern.

- Nie będzie żadnego ślubu, pani, dopóki nie zdecydu­jesz się, którego kandydata wybrać - z uporem stwierdził król.

- Ale ja już wybrałam! - krzyknęła Jasmine.

- Jakubie! - syknęła królowa w stronę męża. Ponownie ją zignorował i zwrócił się do Jasmine.

- Jesteś dobrą dziewczyną, pani, i na pewno zechcesz wypełnić moją wolę. W przeciwieństwie do większości członków tego dworu, doskonale rozumiesz moją władzę nad poddanymi. Dwa lata temu zareagowałem pospiesz­nie, starając się ochronić ciebie i mojego wnuka. Mój po­śpiech skłonił cię do ucieczki do Francji. Ponieważ wiem, że rozumiesz motywy mojego postępowania, gotów jestem teraz przyznać, że istotnie było to zbyt pochopne z mojej strony. I dlatego daję ci prawo wyboru męża, pani. Kandy­datem do twojej ręki będzie nie tylko lord Glenkirk, ale również Piers St. Denis, markiz Hartsfield, który także roz­pocznie starania o twoje względy. Zaproponowałbym ci też mojego Steenie, ale powiedział mi, że jest zaangażowany uczuciowo gdzie indziej. Teraz więc masz pani dwóch dżen­telmenów do wyboru. - Uśmiechnął się do niej, zadowolo­ny z siebie, jakby uczynił coś wspaniałego. - Mój Piers to świetny chłopiec, a ponadto jest niemal twoim rówieśni­kiem, w przeciwieństwie do Glenkirka.

- Wasza wysokość - zaczęła Jasmine, ale król gestem rę­ki nakazał jej milczenie.

Ostrzegawczy uścisk ręki Jemmie'ego na jej ramieniu przestrzegł ją, żeby była cicho i więcej nie protestowała.

- Piers, drogi chłopcze, gdzie jesteś? Chodź tutaj i poznaj markizę Westleigh - zagruchał król kokieteryjnym tonem.

Z tłumu dworzan, otaczających tron wysunął się wysoki, jasnowłosy młody człowiek. Ubrany był na niebiesko i Ja­smine mogłaby przysiąc, że kolor jedwabnych szat jest identyczny, jak kolor jego jasnobłękitnych oczu. Był chyba najpiękniejszym mężczyzną, jakiego Jasmine kiedykolwiek widziała, jednak od razu poczuła do niego odrazę, podob­ną tej, jaką budziły w niej kobry w Indiach. One też były piękne, lecz niebezpieczne. Markiz Hartsfield skłonił się nisko przed królem.

- Panie - powiedział. Miał dość przyjemny głos.

- Pokłoń się lady Lindley, Piers - zachęcił młodzieńca król. - Jeśli jej się spodobasz, może cię wybrać na męża.

Hartsfield posłał królowi uśmiech i zastosował się do polecenia. Odwrócił się do Jasmine i pozdrowił ją:

- Madame.

- A teraz zabierz ją, Piers, i porozmawiajcie sobie - po­instruował monarcha. - Glenkirk, ty zostaniesz z królową i dasz szansę swojemu rywalowi. Spędziłeś z lady Lindley ostatnich parę miesięcy we Francji. Niech mój Piers ma okazję wykorzystać swoje atuty. Nie martw się, Jemmie Leslie, jeśli wybierze mojego Piersa, wynagrodzę ci to i dam ci jakąś ładną dziedziczkę. - Zaśmiał się, zadowolo­ny z siebie.

Maskując złość, James Leslie podszedł do królowej, ujął jej dłoń i pocałował.

- Cieszę się, widząc cię pani w takim dobrym zdrowiu - powiedział, zmuszając się do uśmiechu.

- Nie musisz się uśmiechać, Glenkirk - rzekła królowa. - Zapewniam cię, że gdybym wcześniej coś wiedziała, odwio­dłabym go od tego zamysłu. Król dogadza swoim fawory­tom. Młody George Villiers, którego dużo bardziej wolę od Piersa St. Denisa, stracił głowę dla lady Katherine Manners, córki hrabiego Rutlanda. Na razie nie jest jej jeszcze godny, ale Jamie dopilnuje, żeby wkrótce otrzymał tytuł. Na szczęście Villiers był dość sprytny, żeby powiadomić króla o swoich uczuciach, bo gdyby tego nie zrobił, znalazł­by się teraz w gronie kandydatów do ręki biednej Jasmine.

- Powinienem był się z nią ożenić we Francji - powie­dział rozdrażniony Glenkirk. - Taki miałem pierwotnie za­miar, ale Jasmine chciała mieć przy sobie rodzinę, ja zaś pragnąłem, żeby była szczęśliwa, pani.

- Ach - cicho mruknęła królowa. - Kochasz ją, prawda?

- Tak - przyznał.

- A czy ona też cię kocha?

- Tak, kocha. Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na zie­mi, pani. Chyba nie sądzisz, że król zmusi ją do małżeństwa ż tym markizem Hartsfieldem? Słyszałem, że... - Glenkirk przerwał, nie wiedząc, czy może zdradzić królowej Annie plotki.

- Słyszałeś, że Piers St. Denis i George Villiers cieszą się względami mojego męża - odpowiedziała. - To prawda. Sam wiesz, milordzie, że Jakub namiętnie przeżywa swoje przyjaźnie. Wcale się tym nie przejmuję, bo łatwiej mi jest znosić tych uroczych młodzieńców, niż dawać sobie radę z królewską kochanką. Naprawdę bardzo mi ulżyło, gdy twoja matka wyjechała ze Szkocji. Jak się teraz miewa?

Lord Glenkirk nerwowo przełknął ślinę. A więc królowa Anna przez cały czas wiedziała o młodzieńczej namiętno­ści swojego męża do jego matki i nic nie powiedziała. Jego szacunek dla tej kobiety, którą większość uważała za głupią i dziecinną, tylko wzrósł.

- Czuje się dobrze, pani - odparł. - Jest zadowolo­na z tego, że mieszka w Neapolu. Towarzyszą jej moje dwie siostry i młodszy brat. Mama powtarza, że po tylu latach pobytu w Neapolu nie mogłaby znieść szkockiego klimatu.

- Kiedy ją ostatnio widziałeś?

- Odwiedziłem ją wkrótce po śmierci mojej żony i dzie­ci - odrzekł spokojnie. - Potrzebowałem wówczas jej wsparcia. Jednak od tamtego czasu minęło parę lat.

- Ród Lesliech z Glenkirk będzie szczęśliwy, że w koń­cu znów się żenisz - zauważyła królowa. - Zakładam, że ty i lady Lindley jesteście już kochankami. Jest płod­na i z pewnością będziesz miał z nią synów. Jej dzieci są wspaniałe. Nie tylko ładne, ale wyjątkowo mądre i bystre jak na tak młode istoty. Lubią cię? To ważne, żebyś miał z nimi dobre stosunki.

- Wydaje mi się, że powstała już między nami bliska więź - odpowiedział. - Zaczęły mnie nazywać tatą. Młody Henry chce, bym jeszcze tego lata zaczął go uczyć posługi­wania się mieczem.

- To bardzo dobrze - stwierdziła z uznaniem królowa. - Będziesz doskonałym ojcem dla małych Lindleyów i mojego wnuka. - Zauważyła, że Glenkirk zezuje w stro­nę Jasmine i markiza Hartsfielda. - Jeśli cię kocha, nie musisz się martwić - powiedziała lordowi, ale James Leslie widział, że Jasmine staje się coraz bardziej zniecier­pliwiona, i martwił się nie tym, czy da się przekabacić, ale tym, kiedy nie wytrzyma i uderzy markiza, powodując kłótnię.

Piers St. Denis odprowadził Jasmine od królewskiego tronu.

- Jesteś, pani, piękniejsza niż mogłem przypuszczać, ale przecież sama świetnie wiesz, że jesteś piękna. Na pewno wielokrotnie ci to mówiono.

- Przyjmuję pański komplement - odparła Jasmine. - Piętnastego czerwca wychodzę za mąż za lorda Glenkirka. Kochamy się. Nie mogę zrozumieć, dlaczego król, który wcześniej nalegał na nasze małżeństwo, teraz prowadzi z nami tę przewrotną grę. Jestem wściekła!

- Król chce sprawić mi przyjemność - rzekł markiz - zwłaszcza teraz, gdy ten wiejski prostak miał czelność zlekceważyć królewskie zainteresowanie i zarzucić sieci na córkę hrabiego Rutlanda. Dobry Boże! Przecież Villiers nie ma nawet tytułu! Rutland nie odda córki byle dziedzicowi - parsknął Piers St. Denis. - No, ale cóż, sta­ry królewski głupiec obiecał swojemu Steenie, że wszyst­ko załatwi pomyślnie, więc teraz musi zadbać i o mnie. Je­steście z Glenkirkiem kochankami? Masz pani wygląd ko­biety, która jest bardzo kochana. Och, zaczerwieniłaś się. Urocze!

- Czemu król nazywa George'a Villiersa „Steenie"? - za­pytała Jasmine w odpowiedzi, ignorując pytanie markiza.

- Poznałaś Villiersa, pani? Najwyraźniej nie. Spójrz po lewej stronie króla. Młody człowiek o anielskiej twarzy. Stary królewski głupiec mawia, że gdy na niego patrzy, przychodzi mu na myśl Święty Stefan. Stąd Steenie, zdrob­nienie od Stefana. A teraz odpowiedz na moje pytanie, śliczna pani. Czy jesteście kochankami z Glenkirkiem?

- Nie pański interes! - ostro odparowała Jasmine. Zacisnął palce na jej ramieniu.

- Jeśli masz być moją żoną, muszę wiedzieć o tobie wszystko, moja śliczna - powiedział.

- Nie zamierzam zostać pańską żoną - odrzekła ze zło­ścią. - Proszę mnie puścić. Zadajesz mi ból!

- Ach, a więc jesteście kochankami. Cóż, to i tak nie ma znaczenia. I tak nie byłaś dziewicą. Nie po urodzeniu czwórki dzieci, w tym jednego królewskiego bękarta. Jesteś namiętną kocicą, moja śliczna, prawda?

- Proszę puścić moje ramię - powtórzyła Jasmine. - Bo zacznę krzyczeć i wywołam skandal, z tobą, milordzie, w roli głównej!

Roześmiał się i rozluźnił uchwyt.

- Wierzę, że mogłabyś to zrobić. Kiedy się pobierzemy, będę cię bił za złe zachowanie - stwierdził.

Jasmine zareagowała na tę zniewagę.

- Mężczyzna, który podnosi rękę na kobietę, nie jest mężczyzną - oświadczyła. - A teraz idź i poszukaj sobie ja­kiejś głupiutkiej dziedziczki, która zechce zostać twoją żo­ną. Jestem po słowie z lordem Leslie.

Odwróciła się na pięcie i szybko ruszyła przez salę w stronę Jamesa, stojącego u boku królowej. Nisko dygnę­ła przed Anną.

- Cieszę się, widząc cię, pani, znowu - powiedziała.

- Nie podoba ci się markiz Hartsfield - śmiało rzuciła królowa.

- Owszem, pani, nie podoba mi się - z równą szczerością odpowiedziała Jasmine.

- Mnie też nie - odparła królowa Anna.

- Czy król może mnie zmusić? - zapytała Jasmine. Królowa Anna przecząco pokręciła głową.

- Od kiedy Steenie uzyskał królewską obietnicę, że w końcu dostanie córkę Rutlanda, Jamie czuje, że musi dać St. Denisowi równie atrakcyjną żonę. W gruncie rzeczy to twoja wina, moja droga. Gdybyś poślubiła Glenkirka wów­czas, gdy tego oczekiwaliśmy, nie byłabyś teraz narażo­na na zaloty St. Denisa. Ale, jak sama świetnie wiesz, Ja­mie ma dobre serce. Nie będzie cię zmuszał. Naprawdę chce, żebyś sama dokonała wyboru, jednak będzie próbo­wał cię nakłonić, byś wybrała jego ślicznego markiza. Gdy­bym wiedziała, że zamierza się wtrącać w sprawę twojego małżeństwa, przekonałabym go, żeby dał spokój. Przecież w końcu to nasza ingerencja po śmierci ukochanego Henry'ego zmusiła cię do ponownej ucieczki z naszym malut­kim Charliem. - Smukłymi palcami poklepała Jasmine po ręce. - Wszystko będzie dobrze, moja droga, jestem te­go pewna. Tylko nie możesz więcej uciekać. Jemmie Leslie, czynię cię odpowiedzialnym za lady Lindley.

Z drugiego krańca sali markiz Hartsfield obserwował tę wymianę zdań. Nie słyszał słów, ale gotów był się założyć, że jego nazwisko padało w rozmowie pomiędzy królową a tą ślicznotką wiele razy.

- Co o niej sądzisz, Kipp? - zapytał stojącego koło sie­bie mężczyznę.

- Będzie potrzebowała ujarzmienia - odparł jego towa­rzysz - ale myślę, że ci się to spodoba, Piers. - Roześmiał się.

Kipp St. Denis był przyrodnim bratem markiza z niepra­wego łoża. Obaj wychowywali się razem, a bękart został nauczony bezwzględnego, całkowitego posłuszeństwa wo­bec jedynego prawowitego dziedzica ojca. Matka Kippa była pokojówką młodej markizy Hartsfield. Narzeczony jej pani zgwałcił ją na tydzień przed swoim ślubem. Była dzie­wicą. Po nocy poślubnej markiz życzył sobie mieć co noc obie kobiety w swoim łóżku. Był gwałtownym, zepsutym człowiekiem. Jego młoda żona, sierota, której ziemie przy­legały do posiadłości markiza, kochała męża i gotowa była zrobić wszystko, czego zażądał. Posiadłość leżała na odlu­dziu i nie miał kto plotkować, poza służbą, która rzadko to czyniła, w obawie przed swoim panem.

Przyrodni bracia przyszli na świat w odstępie godziny, w tym samym łóżku. Obie kobiety rodziły, leżąc koło sie­bie. Gdyby Kipp był dzieckiem z prawego łoża, to on dzie­dziczyłby po markizie, urodził się bowiem pierwszy. Piers znalazł się w tej samej kołysce godzinę później i od tej chwili rzadko się rozstawali. Kipp był podobny do matki, natomiast Piers był wierną kopią ojca. Ale obaj synowie odziedziczyli charakter po ojcu. Pomimo różnic w ich sta­tusie bracia ufali sobie całkowicie i nie czuli wobec siebie zazdrości. Kipp był wszędzie tam, gdzie Piers, i służył bra­tu jako sekretarz, lokaj i powiernik.

- Ach, Kipp, to nie jest zwykła klaczka, którą należy uło­żyć, ale istota pełnej krwi, wymagająca specjalnego potrak­towania - rzekł markiz. - Czy zauważyłeś jej piersi, widocz­ne w dekolcie sukni? Słodkie, kremowe wzgórki, błagające, by je pieścić.

- Jeśli chcesz ją zdobyć, musisz się pozbyć lorda Glenkirka, Piers - powiedział przyrodni brat. - Dopóki Glenkirk tu jest, nie masz u niej najmniejszych szans. Słyszałem, co mówiła, gdy z tobą rozmawiała. Jest całkowicie zdecy­dowana, by go poślubić. A ponadto, braciszku, Glenkirk mieszka teraz w jej domu. Pewnie dzieli z nią łoże i kocha­ją się ze sobą każdej nocy. Nie chcemy jej z kolejnym dzieckiem, z jego dzieckiem, prawda? Poskarż się królowi, a on już dopilnuje wszystkiego, zapewniam cię. Czyż stary głu­piec nie kocha swojego kochanego chłopca, Piersa? - Kipp St. Denis zaśmiał się wymownie.

- Masz rację - zgodził się markiz. - Nie chcę zmarnować tej szansy. Lady Lindley jest szalenie bogata i, co jeszcze ważniejsze, ma jedynego wnuka króla. Takiego samego bę­karta, jak ty, Kipp, ale mającego królewską krew. Dopóki następca tronu, młody Charles, nie ożeni się z jakąś Hisz­panką czy Francuzką i nie spłodzi własnych dzieci, mały książę Lundy pozostanie ulubieńcem dziadka. Przejęcie kontroli nad chłopcem oznacza zdobycie prawdziwej wła­dzy, Kipp! Villiers może sobie mieć tę swoją bladolicą dzie­dziczkę. Ja będę miał i majątek, i władzę nad królem!

- Tylko wtedy, gdy uda ci się przekonać lady Lindley, że­by za ciebie wyszła Widzę, że strachem jej do tego nie zmusisz. Plotka głosi, że ona sama jest królewską córką, a jej krewni mają wpływ na naszego władcę. Jej ojczym, hrabia BrocCairn, jest kuzynem króla. Jej wujami są hrabia Lynmouth i lord Burke z Clearfields. A stara hrabina Lun­dy to jej babka. To ona starła się z Bess Tudor i przeżyła królową. Lady de Marisco szczególnie upodobała sobie tę wnuczkę, bracie, a cała rodzina robi wszystko, co stara da­ma im każe. Jeśli zagrozisz lady Lindley, skupią się wokół niej, aby ją chronić, a potem wyciągną ręce, żeby cię znisz­czyć za twą zuchwałość. To bardzo rozległa rodzina. Jed­na z ciotek wyszła za mąż za hrabiego Alcester, druga zo­stała żoną lorda Blackthorne'a. Jasmine Lindley ma zna­komite koneksje. Będziesz musiał ją oczarować, żeby wy­szła za ciebie za mąż, ale jesteś w stanie to uczynić.

- Muszę ją mieć! - gorączkowo wyrzucił z siebie Piers St. Denis. - Podnieca mnie, jak żadna inna kobieta. Jej bo­gactwo, uroda, jej królewski bękart. Ale nawet bez tego małego pożądałbym jej, Kipp.

- Najpierw lord Glenkirk - poradził mu brat przyrodni. - Jeśli pozostanie zbyt blisko lady Lindley, nie będziesz miał żadnych szans. - Pokazał na drugi kraniec komnaty. - Lord Leslie i lady Lindley właśnie wychodzą. Szybko, Piers! Natychmiast musisz porozmawiać z królem!

Markiz Hartsfield z wdziękiem przesunął się przez salę i zablokował drogę Glenkirkowi i Jasmine, którzy właśnie zdążyli pożegnać się z królem.

- Panie! - odezwał się głośno. - Skoro lady Lindley ma mi dać uczciwą szansę zabiegania o jej względy, to lord Le­slie nie powinien mieszkać w jej domu i dzielić z nią łoża, prawda?

- Co słyszę? - rzekł król. - Czy to prawda, Jemmie? Mieszkasz w Greenwood z lady Lindley?

- Tak, miłościwy panie - zwięźle odpowiedział lord Glenkirk, rzucając gniewne spojrzenie na markiza Hartsfielda.

- Nie, nie, Jemmie, tak być nie może - rzekł król.

- Panie, może być moim gościem - odezwał się hrabia Lynmouth, wysuwając się do przodu i kłaniając się nisko. - Jemmie jest moim starym przyjacielem.

- Doskonale, doskonale - rzekł król. - Zatrzymasz się u Robina Southwooda, Jemmie, dobrze? To chyba uczciwe rozwiązanie.

Lord Glenkirk pokłonił się królowi.

- Oczywiście, odprowadzę Jasmine do domu - powie­dział Jakubowi Stuartowi.

- Ja też - dorzucił hrabia Lynmouth - a potem przenie­siesz się do Lynmouth House. - Spojrzeniem nakazał mil­czenie swojej siostrzenicy i lordowi Leslie.

- Lynmouth House sąsiaduje z domem lady Lindley - mruknął Kipp do ucha bratu. - Czy to nie zbyt blisko?

- Jeśli będę dalej nalegał, będzie wyglądało, że jęczę - cicho odparł markiz. - Nie zniżę się do dalszych skarg.

- Milordzie - zwróciła się Jasmine do St. Denisa, gdy wyszli z komnaty - tracisz tylko czas i robisz z siebie głup­ca. Niech wszystko pozostanie tak, jak jest. Jeśli go ładnie poprosisz, a jestem przekonana, że umiesz błagać, król znajdzie ci inną żonę. - Uśmiechnęła się do niego słodko, obserwując jak twarz ciemnieje mu z gniewu.

Ale Piers St. Denis niespodzianie się roześmiał, usuwa­jąc z twarzy wyraz złości.

- Ach, pani, fascynujesz mnie każdym swoim słowem. Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek był w stanie rozwście­czyć mnie w równym stopniu, jak ty. Nie zrezygnuję ze swo­ich starań. Jesteś zbyt intrygująca. Przysięgam, że poko­nam Glenkirka.

- Nigdy! - gwałtownie rzuciła Jasmine.

Markiz Hartsfield ujął ją pod ramię, odsuwając lorda Glenkirka, który, wściekły, znalazł się z tyłu wraz z hrabią Lynmouth.

- Pani, nie buntuj się przeciwko mnie. Polubisz mnie. Wszyscy mnie lubią, może z wyjątkiem Villiersa, ale ja wi­dzę, kim on jest, podczas gdy inni tego nie dostrzegają. To zwykły parweniusz. A ja jestem najbardziej uroczym czło­wiekiem, o czym będziesz mogła się przekonać, jeśli tylko dasz mi szansę.

Jasmine roześmiała się wbrew sobie.

- Milordzie - powiedziała spokojnie, odzyskując pano­wanie. - Oboje znaleźliśmy się w trudnej sytuacji. Pewnie wydaję ci się bardzo nieprzyjemna, ale musisz zrozumieć, panie, że Jamesa Leslie znam od lat. Pokochałam go. Świetnie do siebie pasujemy. Moje dzieci go ubóstwiają. Nie dam się oczarować nawet twojemu niezwykłemu uro­kowi. Twoje wysiłki są zupełnie bezcelowe. Szczerze mó­wiąc, jestem wściekła na króla za ten jego pomysł.

- Jesteś czarująca, kiedy się złościsz - mruknął.

- Do diabła! - zaklęła Jasmine.

Piers St. Denis roześmiał się, a w jego błękitnych oczach pojawił się diabelski błysk.

- Twój mały synek przeklinał po hindusku - powiedział.

- Czy ty też tak umiesz? Ten twój mały królewski bękart jest naprawdę całkiem udany.

- Potrafię świetnie kląć co najmniej w siedmiu językach - odpowiedziała.

Dotarli na dziedziniec, gdzie oczekiwały powozy. Mar­kiz pomógł Jasmine wsiąść do powozu i uśmiechnął się, szczerząc zęby.

- Jutro cię odwiedzę, pani - rzekł. - Jeśli dopisze pogo­da, może zjemy obiad na dworze, gdzieś nad rzeką. Przypły­nę moją łodzią. - Zatrzasnął drzwiczki i dał znak stangreto­wi, żeby ruszał, machając wesoło do Jasmine. Wracając na królewskie salony, pozdrowił gestem hrabiego i lorda.

- Łajdak! - zaklął Glenkirk. - Przyjechałem z Jasmine i nie mam konia. Jak, u licha, mam wrócić do Greenwood?

- Moim powozem - rzekł Robin. - Hartsfield sprytnie nas wykołował. Zauważyłem, że nie należy do osób lubią­cych przegrywać. Doprowadzi Jasmine do szału, zanim zdążycie wyjechać do mojej matki.

- Pogodziliśmy się z królem - parsknął Glenkirk. - Wy­jedziemy do Queen's Malvern, gdy tylko zdołamy się spa­kować.

- Och, nie, Jemmie - spokojnie rzekł Robin Southwood, gdy zajęli miejsce w powozie. - Król postanowił, że Jasmi­ne będzie mogła sobie wybrać męża. Co prawda trochę po­niewczasie, ale wyczucie właściwej chwili nigdy nie było mocną stroną tego starego głupca. Zaoferował swojego ulubionego sługusa, żeby sprawić Jasmine przyjemność. Jeśli wyjedziecie do Queen's Malvern, król znów będzie zły, a Hartsfield pewnie wyruszy za wami. Macie nieco po­nad pięć tygodni do waszego ślubu. Zostań mniej więcej cztery tygodnie w Londynie. Pozwól Piersowi St. Denis ba­wić się w gorącego wielbiciela, po czym Jasmine oznajmi swoją decyzję, że jednak chce poślubić ciebie. Dopiero wtedy będziecie mogli pojechać do matki z królewskim błogosławieństwem, które jest wam potrzebne. Jak świet­nie wiesz, królowa popiera wasze małżeństwo z Jasmine. Obiecaj mi, Glenkirk, że nie zrobisz żadnego głupstwa i postąpisz zgodnie z moim planem.

- Czemu mam ochotę dać naszemu markizowi w zęby? - warknął Glenkirk.

- Bo jest oślizłym gnojkiem - wyjaśnił rzeczowo Robin Southwood.

- Co, u licha, widzi w nim król?

- Jest młody, zabawny i sprytny. Zaspokaja królewskie uczucia. Teraz Jakub Stuart wydaje się potrzebować tych dwóch młodzieńców, zabiegających o jego uwagę i łaski. Tak naprawdę nigdy się nie pozbierał po śmierci księcia Henry'ego, zaś książę Charles jest ponurym chłopcem, któ­ry w niczym nie przypomina swojego starszego brata. Król wątpi, by kiedyś był dobrym monarchą, i nie krępuje się mó­wić tego głośno. Naturalnie Charles jest piekielnie zazdro­sny i o Villiersa, i o Hartsfielda. Uważa, że obaj kradną mu uczucia starego ojca, ja jednak zastanawiam się, jakim uczuciem król darzy swojego młodszego syna. No, ale po­wiedz mi, Jemmie, czy będziesz się rozsądnie zachowywał?

- Chyba nie mam innego wyjścia - mruknął lord Glenkirk. Robin Southwood roześmiał się.

- Cóż - rzekł - możemy go zwabić w ciemny zaułek i udusić.

- Doskonały pomysł! - z entuzjazmem zawołał James Leslie.

- Będziemy musieli przekonać Jasmine, żeby z nami współdziałała - zauważył Lynmouth.

- Mogę ci oddać ten przywilej - rzekł Glenkirk.

- Musisz mnie poprzeć, Jemmie! Sam świetnie wiesz, że z moją siostrzenicą czasami piekielnie trudno dyskutować.

- Dobrze, wesprę cię - zgodził się Glenkirk - ale jeśli nie przystanie na nasz plan, niech Bóg ma w opiece nas wszystkich.

- Cholera, chciałbym, żeby mama tu była - zaklął Robin Southwood.

- Ale jej tu nie ma i obu nam wygarbuje skórę, jeśli nie doprowadzimy do szczęśliwego zakończenia sprawy, Robi­nie. Mam nadzieję, że robimy to, czego oczekiwałaby od nas madame Skye.

- Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ją poinformować, co się dzieje - rzekł hrabia Lynmouth. - Powinna wiedzieć.

Glenkirk roześmiał się.

- Owszem, powinna - przytaknął. - Nie będzie się bała króla. Jego królewskie prawa nic nie znaczą dla madame Skye, prawda, Robinie?

Jego towarzysz też się zaśmiał. - Masz rację, Glenkirk, nigdy jej nie obchodziły. Wydaje mi się też, że Jasmine jest bardzo podobna do mojej matki.

- Ale Jasmine zawsze szanowała królewskie postano­wienia - powiedział Glenkirk.

- Nie będzie, jeśli będą kolidować z jej planami poślu­bienia ciebie - żartobliwie zauważył hrabia Lynmouth. - Nigdy nie przestała być córką rodu Mogołów. Niech Bóg ma w opiece nas wszystkich, jeśli król nie przestanie wtrą­cać się w jej życie. Rozpęta się piekło i Hartsfield boleśnie się przekona, że nie można zmusić naszej Jasmine do zro­bienia tego, na co nie ma ochoty.



ROZDZIAŁ 8

Richard Stokes, hrabia Bartram był bardzo zmartwio­ny. Służył królowi od chwili, gdy Jakub przybył do Anglii, swoją ciężką pracą i uczciwością zyskując królewską łaskę. Lord Stokes był protegowanym Roberta Cecila, hrabiego Salisbury, syna lorda Burghleya, który aż do samej śmier­ci pozostał najbardziej zaufanym doradcą króla. Richard z oddaniem pracował dla korony. Często oznaczało to służbę przez wiele godzin i brak czasu dla rodziny, ale je­go żona Mary całkowicie to rozumiała. Tylko w niedziele Richard Stokes był nieosiągalny dla swojego monarchy. Niedziela była dniem Pańskim, a hrabia Bartram był czło­wiekiem pobożnym, dzień święty święcił.

Chociaż oficjalnie lord Stokes stosował się do nauk re­ligii panującej w Anglii, w skrytości duszy czuł się purytaninem. Nie uznawał papiestwa i tandetnych zabobo­nów, które, jego zdaniem, stanowiły plamę na Kościele anglikańskim. Zdecydowanie uważał, że Kościół powi­nien pozostać wolny od takich głupstw. Słowa Boże były proste i bezpośrednie i taki powinien być Kościół. Hra­bia Bartram nie akceptował dogmatów, eleganckich ry­tuałów i kupieckiej organizacji Kościoła w Anglii. Ludzie powinni postępować zgodnie z nauką zawartą w Biblii, tak jak chciał tego Bóg, bo przecież inaczej nie kazałby tego wszystkiego spisać. Nabożna prostota. Taki powinno być.

Jednak Richard Stokes zachował swoje przekonania dla siebie. Uważał, że wiara jest bardzo osobistą, prywatną sprawą. Nie lubił ludzi, którzy publicznie wykrzykiwali gło­szone zasady na placach targowych, nawołując innych, by szli za nimi. Ponadto purytanie, którzy głośno ogłaszali swoje poglądy, chcąc, by usłyszał ich cały świat, łatwo mo­gli zacząć być prześladowani. Bardziej nawet niż ci zbłąka­ni mężczyźni i kobiety, nadal należący do Kościoła rzym­sko - katolickiego. Dyskretna wiara, w połączeniu z oficjal­nym przyznawaniem się do Kościoła anglikańskiego, była do przyjęcia. Król Jakub dobrze pamiętał kłopoty swojej matki związane z religią. Zapłacił za nie utratą kontaktu z matką i został skazany na zimne, surowe dzieciństwo, po­zbawione ciepła i prawdziwej miłości. Na nieszczęście lady Mary Stokes nie była równie ostrożna w sprawach religii, jak jej małżonek. Ta pobożna niewiasta w ostatnim czasie stała się żarliwą wyznawczynią sekretnej wiary. Po części Stokes sam się za to winił. Przez większą część roku intere­sy trzymały go w Londynie, a ich dzieci były już dorosłe i zamężne. Starsza córka mieszkała w Kornwalii, a młodsza po wyjściu za mąż przeniosła się do Yorkshire. Ich jedyny syn mieszkał wraz z żoną w rodzinnej posiadłości w Bartramhalt, w Oxfordshire.

Hrabia, od rana do późnej nocy zajęty służbą królowi, rozumiał, w jaki sposób jego żona, niemająca nic do robo­ty, tak bardzo zaangażowała się w nową wiarę. Mary była osobą wysoce moralną, która nie akceptowała frywolności, obecnej na królewskim dworze. Nie miała tam przyjaciół i, bez rodziny, czuła się bardzo samotna. I nagle z pasją od­dała się wierze, co niewątpliwie było wartościowym zaję­ciem. Niestety, informacja o entuzjastycznym fanatyzmie żony Stokesa dotarła do królewskich uszu. Hrabia Bartram nigdy nie doszedł, w jaki sposób się to stało. Jakub Stuart nie był zachwycony tym, czego się dowiedział.

- Nie popieram kalwinistów, Dickie - zwrócił się do hra­biego, którego wezwał przed swoje oblicze pewnego popołu­dnia. - Czy wiedziałeś o nieposłuszeństwie swojej żony? Kalwiniści nie respektują moich królewskich praw, Dickie. Będziesz musiał złoić skórę lady Mary i odciągnąć ją od tej he­rezji - zakończył Jakub Stuart i z uśmiechem odwrócił się do swoich dwóch towarzyszy. - Mam rację, prawda, chłopcy?

- Obawiam się, że moja żona się nudzi, zostawszy sama w domu po odejściu dzieci, wasza wysokość - rzekł hrabia. - Mary nie chce nic złego.

- Nie pojawia się na dworze - zauważył król. - Nie mo­gę sobie przypomnieć, kiedy widziałem ją po raz ostatni, Dickie. Czy przypadkiem nie postradała rozumu?

- Jest niewiastą wstydliwą i zamkniętą w sobie, wasza wysokość - usprawiedliwiał hrabia żonę, żałując, że nie by­ła szalona i nie mógł wszystkiego wytłumaczyć jej obłędem.

- Ale na tyle śmiała, żeby stanąć przed Westminster Abbey i rozdawać buntownicze ulotki, potępiające nasz ko­ściół - ponuro zauważył król.

Hrabia Bartram pobladł. - Co? - udało mu się wykrztusić. Mary musiała jednak postradać rozum, żeby zrobić coś tak głupiego.

- Straciłeś słuch, Dickie? - Król nie sprawiał wrażenia zadowolonego.

- Z pewnością porozmawiam z żoną... - zaczął, ale mar­kiz Hartsfield przerwał mu gwałtownie.

- Porozmawiasz, Stokes? Twoja żona bliska jest zdrady, a ty, najbardziej zaufany sługa jego królewskiej mości, chcesz porozmawiać z żoną? Powinieneś bić babę tak dłu­go, aż wróci jej rozum, milordzie.

- Panie - rzucił rozgniewany hrabia - moja żona jest do­brą i porządną kobietą. W relacjach z nią nigdy nie musiałem się uciekać do przemocy. To rozsądna niewiasta. Nie masz żony, więc trudno, żebyś był znawcą małżeńskich prawideł.

- A więc popierasz jej zdradę? - chytrze zapytał markiz.

- Jaką zdradę? - zażądał wyjaśnień coraz bardziej rozją­trzony hrabia, dając się sprowokować. - Jaka zdrada czai się w wyborze prostszej formy oddawania czci Bogu, milor­dzie St. Denis? Czyż nasza stara królowa nie mawiała, że jest tylko jeden Jezus Chrystus, a reszta jest mało istotna?

- A więc poznałeś zasady purytanizmu - markiz St. De­nis coraz bardziej podpuszczał hrabiego Bartrama.

- Jestem członkiem Kościoła anglikańskiego - zwięźle odparł hrabia, nagle uświadamiając sobie niebezpieczeń­stwo, ku któremu tak zręcznie został podprowadzony.

- Ale twoja żona chyba nie - zauważył król. - Wiedzia­łeś o jej herezji, Dickie? - Jakub Stuart skierował na hra­biego przenikliwe spojrzenie swoich bursztynowych oczu.

Markiz Hartsfield uśmiechnął się, szczerząc zęby, zza ramienia króla. Jednak młody Villiers, drugi towarzysz króla, spoglądał z pewnym współczuciem na zbierającego się do odparcia ataku lorda Stokesa.

- Kobiety mają skłonność do niestałości, milordzie - ci­cho mruknął George Villiers. - Czy nawet nasza kocha­na królowa od czasu do czasu nie postępowała wbrew tobie, panie, by postawić na swoim? - Roześmiał się pogodnie. - Ta sprawa z pewnością zaskoczyła lorda Stokesa. Pozwól mu, wasza wysokość, spróbować to wyjaśnić po swojemu, we własnym domu. Jak to już zauważył nasz Piers, hrabia był i pozostaje twoim najbardziej zaufanym sługą, panie.

Król odwrócił się i posłał młodzieńcowi słodki uśmiech.

- Ach, Steenie, masz takie dobre serce, prawda, Piers?

- Tak, wasza wysokość - odpowiedział krótko markiz Hartsfield, zmuszając się do uśmiechu. Nie lubił Richarda Stokesa i jego zapału do ciężkiej pracy. Stokes trzymał mocną ręką królewskie wydatki, a ostatnio przekonał Ja­kuba, żeby nie nadawał Piersowi St. Denis niewielkiego majątku, graniczącego z jego ziemiami, którego pragnął od dawna. Musiał za to odpłacić lordowi Bartramowi, gdy tylko będzie miał okazję i gdyby nie szczwany George Vil­liers i jego fałszywa słodycz, omal by mu się to udało. Wszy­scy wiedzieli, że Villiers jest słodki niczym wściekły szczur, ale przy tym przebiegły i pomysłowy.

- Bardzo dobrze, Dickie, wracaj do domu i powiedz swojej żonie, że nie życzę sobie więcej niegodziwości i wy­wrotowego zachowania - rzekł król i odprawił hrabiego, nie podając mu ręki do ucałowania.

Richard Stokes pokłonił się, rzucając George'owi Villiersowi wdzięczne spojrzenie, i opuścił prywatne aparta­menty króla. Wiedział, że ma u Villiersa dług wdzięczności i zastanawiał się, o co zostanie poproszony. Ale był szczę­śliwy, że udało mu się tak łatwo wywinąć z opresji. Najwy­raźniej zrobił sobie z markiza wroga, uniemożliwiając mu otrzymanie pożądanej posiadłości. Jednak zdaniem lorda Stokesa uczynił to w interesie króla, bowiem Jakub Stuart utraciłby dochody, jakich przysparzał ów majątek. Stara królowa Elżbieta pozostawiła pełen skarbiec, ale nadmier­nie szczodry Jakub szybko go opróżniał, do czego przyczy­niały się też wydatki szalenie kochającej zbytek królowej. Po śmierci Roberta Cecila w gruncie rzeczy nikt nie był w stanie zapanować nad chciwością dworu.

Hrabia Bartram pospiesznie opuścił pałac Whitehall. Na otwartym dziedzińcu wezwał swój powóz. Gdy pojazd podjechał, hrabia szybko poinstruował stangreta:

- Do domu, Simmons, najkrótszą drogą! - Potem wsiadł do powozu i zatrzasnął za sobą drzwiczki. Myśli kłębiły mu się jak oszalałe. Tym razem Mary posunęła się za daleko. Richard Stokes nie wierzył, że jego życie mogło zostać za­grożone, ale wiedział, że wśród królewskich dworzan nie ma prawdziwych przyjaciół. Zwykle nie przejmował się tym faktem. Zawsze pozostawał wierny Jakubowi Stuartowi. Jego wartość dla króla polegała na uczciwości i pełnej dys­krecji. Lecz te zalety mogły okazać się niewiele warte, jeśli ktoś taki jak Piers St. Denis będzie próbował podkopywać zaufanie króla do niego. Dzisiaj został ocalony przez uro­czego George'a Villiersa, i to tylko dlatego, że młodzieniec potrzebował przysługi Richarda Stokesa.

Hrabia uważał, że Villiers jest ambitnym młodym czło­wiekiem, który już zdecydował się na związek z córką hra­biego Rutlanda. Plotki głosiły, że dziewczyna, głupia siksa, była zauroczona George'em Villiersem. Widziała tylko je­go nadzwyczaj przystojną twarz i zgrabną posturę. Niewie­le wiedziała o jego charakterze czy bogobojności. Richard Stokes podejrzewał, że młodzieniec nie jest ideałem. Nowy faworyt króla był uroczy, zabawny i uprzejmy aż do przesa­dy, co wydawało się niespotykane u ludzi w jego wieku. Być może istotnie był taki wspaniały, na jakiego wyglądał, ale Richard Stokes miał wątpliwości. Jednak i tak zasugeruje królowi, żeby nadał Villiersowi godność para. Królowi się to spodoba, zwłaszcza jeżeli pomysł wyjdzie od hrabiego Bartrama bez żadnych królewskich zabiegów. Powie, że Villiers dobrze się zapowiada i może istotnie tak jest. To powinno spłacić dług zaciągnięty wobec Villiersa, który go dziś uratował.

Dom hrabiego położony był w wiosce Kew, tuż za mia­stem. W przeciwieństwie do większości rezydencji moż­nych i wpływowych ludzi, nie znajdował się nad rzeką. Był to prosty, dwupiętrowy budynek z cegły, wzniesiony po­środku niewielkiego parku.

Powóz przejechał przez bramę i potoczył się podjazdem, zatrzymując się przed drzwiami domu. Richard Stokes wszedł do środka.

- Zawołaj natychmiast moją żonę - polecił lokajowi i udał się do biblioteki, gdzie palił się ogień, zmniejszając wilgotny chłód wiosennego dnia.

Nalał sobie kieliszek wina na uspokojenie i czekał na pojawienie się żony. Kiedy w końcu hrabina weszła do pokoju, uświadomił sobie, że, chociaż już nie pierwszej młodości, nadal była piękną kobietą.

- Wcześnie wróciłeś dziś do domu, mój drogi - lady Ma­ry Stokes powitała męża i utkwiła wzrok w kieliszku, który trzymał w ręce. - Alkohol, Dickon? - rzekła, lekko unosząc brwi. - Pastor Simon Goodfellowe mówi, że Bóg nie po­chwala picia alkoholu.

- Nasz Pan Jezus przemienił wodę w wino na weselu w Kanie Galilejskiej, Mary - ostro rzucił hrabia. - Jeśli Pan Jezus zgodził się na wino, to dlaczego Simon Goodfellowe miałby je potępiać?

Lady Mary lekkim gestem wygładziła ciemnoniebieski jedwab swojej sukni. Była to prosta kreacja, ozdobiona je­dynie białą kryzą. Poza obrączką ślubną nie nosiła żadnej biżuterii.

- Nie lubisz pastora Goodfellowe'a, prawda, Dickon? - spytała w odpowiedzi.

- Nie, Mary, nie przepadam za nim. Uważam, że jest ograniczony umysłowo i małostkowy, ale nie lubię go przede wszystkim dlatego, że namówił cię, byś rozdawała religijne ulotki przed Westminster Abbey - oświadczył za­skoczonej żonie. - Na miłość boską, co cię napadło, żeby zrobić coś takiego, kobieto? Postradałaś zmysły?

- Słowo musi być głoszone, Dickon - zaczęła, ale prze­rwał jej gwałtownie.

- Masz natychmiast zaniechać swojej działalności, pani! Kategorycznie zakazuję ci rozdawania odezw oraz kontak­tów z tym Simonem Goodfellowe'em. To niebezpieczny człowiek, który źle skończy.

- Ale Dickon...

- Król wie o twoich poczynaniach, pani. Uważa je za zdra­dziecką herezję. Służę królowi od dwudziestu lat i dzisiaj z twojego powodu znalazłem się o krok od utraty pozycji. Uratowała mnie jedynie interwencja tego przymilnego szcze­niaka, George'a Villiersa. Teraz będę musiał się mu zrewan­żować. Jeśli będę zmuszony świadczyć przysługi takim lu­dziom jak Villiers, madame, stracę autorytet i przestanę być przydatny dla króla. Jak śmiałaś zaangażować się w taką wy­wrotową działalność?

- Och, Dickon - odpowiedziała, autentycznie przejęta. - Nie chciałam ci sprawić żadnego kłopotu. Chcę tylko gło­sić naszą wiarę innym, bo kocham naszego Pana i pragnę uwolnić Jego Kościół od papiestwa. Czy ty tego nie chcesz?

- Mary - powiedział łagodniejszym tonem - wiesz prze­cież, że wolę prostszą wiarę, ale nie jestem męczennikiem. Mogę wyznawać moją wiarę po cichu i pozostawać w zgo­dzie ze swoim sumieniem, na zewnątrz sprawiając wraże­nie posłusznego królewskiemu prawu. Teraz w Anglii jest tylko jeden oficjalny Kościół i jako wierni poddani Jakuba Stuarta musimy wyglądać na pobożnych wyznawców. Jak mogę wpływać na króla, żeby złagodził swój stosunek do purytan, jeśli utracę jego łaski? Świetnie wiesz, że za­wsze byłem wiernym sługą angielskich monarchów, poczy­nając od królowej Bess. Twoja głupota omal nie kosztowa­ła mnie dzisiaj utraty zaufania i szacunku, które budowa­łem przez te wszystkie lata. Markiz Hartsfield jest moim wrogiem, bo przekonałem króla, żeby nie przyznawał mu majątku Summerfield. Dzisiaj usiłował mnie pogrążyć, że­by się na mnie zemścić. Nie obchodzi go Anglia ani król. Chce tylko za wszelką cenę piąć się w górę, gotów jest na­wet zalecać się do tego starego, smutnego człowieka. Po­wiedziałem ci więcej, niż powinienem, ale wiem, że zacho­wasz dyskrecję, jak w przypadku naszych wszystkich pry­watnych rozmów. A teraz obiecaj mi, moja droga, koniec nawracania.

- Och, Dickon, tak mi przykro. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, co robię. Tak bardzo chciałam pomóc nasze­mu umiłowanemu Panu - rzekła lady Mary.

- Moja droga - odparł uspokajająco - jesteś tylko kobie­tą. Nie rozumiałaś powagi swojego postępowania. Nie je­stem zadowolony z tego, że musimy się kryć z naszą wiarą, ale jeśli w końcu mamy zatriumfować dla naszego Boga, musimy teraz zachowywać się rozsądnie i skromnie. Naj­bardziej uradujesz naszego Pana, jeśli będziesz teraz po­słuszną żoną.

- Nie będę już miała do czynienia z pastorem Goodfellowe'em, mężu - obiecała hrabiemu lady Mary.

- Osobiście dopilnuję, żeby pastor dowiedział się, że więcej nie będziesz uczestniczyła w jego działalności.

- Dickon? Mam cudowny pomysł, w jaki sposób możesz w pełni odzyskać zaufanie króla i zatriumfować nad marki­zem Hartsfieldem. Wspominałeś, że ma poślubić markizę Westleigh, która urodziła królewskiego bękarta. A gdybyś przekonał króla, by przyznał ci opiekę nad tym małym chłopcem? Gdyby powierzył ci wychowanie swojego wnu­ka, mógłbyś być pewien jego względów.

- Lady Lindley ma prawo wyboru pomiędzy lordem Glenkirkiem a markizem. Woli lorda, z którym łączy ją przeszłość, Mary. Lord jest opiekunem małego księcia Lundy. Piers St. Denis może sobie czarować Jasmine Lin­dley aż do znudzenia, ale nie wygra jej ręki, chociaż uważa, że nikt nie może mu się oprzeć.

- Ale jeśli król dojdzie do wniosku, że markiz czuje się urażony wyborem lorda przez lady Lindley, może chcieć mu to jakoś wynagrodzić. Opieka nad małym księciem niewątpliwie byłaby dobrym pocieszeniem. Możesz jednak przekonać jego wysokość, że przekazanie chłopca pod opiekę komuś trzeciemu, neutralnemu, zmniejszy ry­zyko obrażenia kogokolwiek. No i, naturalnie, markiz bę­dzie musiał otrzymać coś w zamian, może Summerfield, które tak chciał dostać?

Hrabia Bartram zastanawiał się przez dłuższą chwilę. Pomysł żony rzeczywiście był wyśmienity. Przecież chłopiec będzie miał własne pieniądze, które zgodnie z prawem przychodzą na ręce opiekuna. Richard Stokes pomyślał, że wszystkie pieniądze, poza przeznaczonymi na codzienne wydatki, mógłby zwracać z powrotem do królewskiego skarbca, w ten sposób kompensując utratę wpływów z Summerfield. W gruncie rzeczy kwota na księcia Lundy będzie pewnie o wiele wyższa niż zyski z Summerfield. A gdyby chłopiec wychowywał się u niego w domu, mógłby go przekonać do nowej wiary i odciągnąć od kościoła angli­kańskiego. Ale to późniejsze zagadnienia, przy których bę­dzie musiał zachować dużą ostrożność.

- Moja droga - zwrócił się do żony - najwyraźniej dziś Bóg przemówił twoimi ustami. Chociaż lady Lindley mo­że się sprzeciwiać utracie dziecka, zwrócę uwagę króla na to, że jest niewłaściwą opiekunką dla królewskiego wnuka. Jej wcześniejsze nieskromne życie jako kochanki księcia Henry'ego, mieszana krew, nie wspominając o jej nieprawym urodzeniu, wystarczą, żeby wykazać, iż pomi­mo zamożności i wpływowych koneksji nie nadaje się do opieki nad małym księciem. Jestem pewny, że króla można będzie przekonać. Najpierw jednak muszę go za­pewnić, że zwalczyłem twoją ciemnotę i błagać o wyba­czenie twojego niewłaściwego zachowania. Potem, gdy lady Lindley publicznie ogłosi swój wybór, wykonam ruch w celu przejęcia opieki nad księciem. Miło będzie znów mieć dziecko w domu, prawda, moja droga? Nie mam wątpliwości, że będziesz przy nim bardzo zajęta. - Hrabia roześmiał się. - Świetnie pamiętam, jak Edward był mały.

- Wybaczasz mi więc? - zapytała męża.

- Owszem, wybaczam, Mary - zapewnił ją, pochłonięty już rozważaniami korzyści, jakich przysporzy mu opieka nad królewskim bękartem. Musi jednak, tak jak zwykle, pozostawać w cieniu, na tym bowiem polegała jego siła. Na dyskrecji. Zaśmiał się pod nosem, myśląc o dzisiejszych staraniach markiza, żeby się zemścić. Miał nadzieję, że Summerfield wystarczy, aby pocieszyć próżnego bubka po utracie lady Lindley, jej majątku i księcia Lundy. Hra­bia Bartram zdecydowany był zadbać, żeby Piers St. Denis nie dostał nic więcej i żeby po jego śmierci posiadłość wró­ciła do korony. Richard Stokes dopilnuje tego.

Gdy hrabia uśmiechał się pod nosem, jego przeciwnik także rozważał swoje następne posunięcie. Przestał już my­śleć o hrabim Bartramie, bo miał ważniejsze sprawy do za­łatwienia, a czasu pozostawało mało. Jasmine okazała się trudną zdobyczą. Chociaż udało mu się usunąć z jej domu Jamesa Leslie, nie osiągnął nic więcej. Jasmine czerpała głębokie zadowolenie z codziennego pokazywania się na królewskim dworze w towarzystwie lorda Glenkirka i chociaż przyzwalała na publiczne zaloty markiza, prywat­nie unikała go. Ten brak postępu zaczynał go irytować.

Początkowo starał się o nią ze względu na jej zamoż­ność, królewskiego bękarta i wpływowych krewnych. Jed­nak im dłużej przebywał w jej towarzystwie, tym bardziej uświadamiał sobie, że jej pożąda. Nigdy jeszcze nie czuł ta­kiego pożądania jak teraz, wobec Jasmine Lindley. Odu­rzyły go jej ponętne kształty, szczere spojrzenie jej turkuso­wych oczu, kremowa, połyskująca jasnym złotem cera. Ma­rzył, żeby ją posiąść i wiedział, że będzie ją miał. Jego my­śli powędrowały do ukrytej komnaty, jaką miał zarówno w swoim domu w mieście, jak i w wiejskiej posiadłości. Wy­obraził ją sobie przykutą łańcuchami do pręgierza, skomlą­cą o łaskę, podczas gdy on biciem zmuszał ją do posłuszeń­stwa. Czy będzie reagować najlepiej na szeroki skórzany pas, cienkie brzozowe rózgi, giętką orzechową witkę czy solidny bat? Oczywiście Kipp będzie mu pomagać, ale nie zamierzał dzielić się Jasmine ze swoim bratem przyrodnim. A przynajmniej dopóki się nią nie znudzi.

Pomyślał, że taka niezależna kobieta jak Jasmine może nie tylko lubić otrzymywać razy, ale też wymierzać karę. Gdyby tak się okazało, nauczyłby ją tej wielkiej sztuki, jaką jest posługiwanie się pasem i batem. Nie polegało to jedy­nie na biciu na oślep ofiary. Dominacja powinna być mie­szaniną surowości i czułości. Markiz Hartsfield odkrył przyjemność zawartą w bólu, wiedział jednak, że nie wszy­scy podzielają jego przekonania. Byli też tacy ludzie, którzy uważali takie rzeczy za zakazane i grzeszne. Oblizał wargi, w oczekiwaniu na swoją zdobycz.

Ale Jasmine, zapanowawszy nad szokiem, którego do­znała dowiedziawszy się o drugim kandydacie do swej ręki, uznała całą sytuację za niebywale zabawną, zwłaszcza gdy Jemmie został zmuszony do zamieszkania z jej wujem Ro­binem. Nie pozwalała mu nawet zakradać się przylegający­mi ogrodami, żeby dzielić nocą łoże.

- Tylko wówczas, jeśli będę mogła sprawić podobną przyjemność Piersowi St. Denis - drażniła się z lordem Glenkirk.

Lecz Glenkirk nie dał się podpuścić.

- Jeśli masz ochotę - rzekł przekornie. - To twoja ostat­nia okazja, żeby wziąć sobie kochanka, pani, bowiem za­pewniam cię, że gdy się pobierzemy, w pełni zaspokoję twe wszelkie potrzeby. Poza naszymi synami nie będziesz po­trzebowała żadnego innego mężczyzny. - Ujął jej dłoń i uniósł do swych ust.

- Nie kuś mnie, Jemmie - mruknęła, cofając rękę.

- A kusi cię to? - zapytał, czując ukłucie zazdrości. Prze­cież nie powinna! Przecież sobie przyrzekali!

- Cóż - głośno zastanawiała się Jasmine. - Markiz jest nieprzyzwoicie przystojny. Nie mogę pohamować ciekawo­ści, co kryje się za tą urodą.

- Słyszałem parę dość niesmacznych plotek - odrzekł sztywno lord Glenkirk. - Z ust dawnych kochanek St. Denisa.

- O! Jakich plotek? - zapytała zaintrygowana.

- Nie należą do gatunku tych, jakie chciałbym powta­rzać - odpowiedział. - Niech ci wystarczy stwierdzenie, że ma zboczone upodobania, Jasmine.

- Glenkirk - odezwała się ze śmiechem - jestem wdową po dwóch mężach, a nie jakąś niewinną dziewicą. Czy mar­kiz lubi przekraczać bramy Sodomy w stosunkach z kobie­tami, czy też należy do tych żałosnych istot, które muszą zadawać ból, żeby móc odczuwać rozkosz? Jeśli mi natych­miast nie powiesz, sama go zapytam.

- Jak możesz! - zawołał oskarżająco i roześmiał się. - No dobrze, spryciaro, to drugie. Lubi batożyć swoje ko­chanki i dzieli się nimi ze swoim niegodziwym bratem przy­rodnim.

- Sądziłam, że jest bardziej pewny siebie - z zastanowie­niem powiedziała Jasmine, a jej śmiech przygasł na chwilę. - Jakie to smutne, że bez zadawania bólu nie potrafi czer­pać przyjemności.

- Tak więc musisz nadal trzymać go na odległość, pani. Może powinniśmy zakończyć tę zabawę i powiedzieć kró­lowi, że nie chcemy zmieniać terminu naszego ślubu, jaki wyznaczyliśmy jeszcze we Francji.

- Nie, jeszcze nie teraz, Jemmie. Król musi uwierzyć, że dałam jego markizowi szansę i pomimo to wolę wybór, ja­kiego tak mądrze dokonał dla mnie wiele lat temu. Królo­wa jest po naszej stronie i jeśli ją poproszę, odpowiednio przygotuje króla. Wierzę, że również Villiers nam sprzyja, chociaż myślę, że jego przyjaźń wynika z faktu, iż uznał za przydatne dla siebie moje rodzinne koneksje.

- Jesteś brutalnie szczera w swojej ocenie Villiersa - za­uważył lord. - Nie masz już żadnych złudzeń, kochana Ja­smine?

- Bardzo niewiele - roześmiała się ponownie. - Ale oczywiście nie mam nic do George'a Villiersa. Tyle że wy­korzystuje każdą okazję, żeby piąć się w górę, ale nie ma w tym nic złego, prawda, Jemmie? Wszyscy oczekujemy czegoś od ludzi, z którymi mamy kontakt. Młodość jest peł­na entuzjazmu, a u Villiersa jest ona oczywista. Nie jest jednak taki pomysłowy, za jakiego chciałby uchodzić. W je­go uduchowionych, ciemnych oczach kryje się wyrachowa­na inteligencja, którą nie zawsze umie zamaskować.

Teraz przyszła kolej na śmiech Glenkirka.

- Mówisz tak, jakbyś była starą babą, chociaż Villiers jest tylko troszeczkę młodszy od ciebie - drażnił się z nią. - Podejrzewam, że Villiers byłby poważnie zakłopotany, dowiedziawszy się, iż runęła starannie zbudowana fasada, której nawet król nie był w stanie przeniknąć.

- Nic więc mu nie powiemy.

- A markiz Hartsfield?

- Co z nim?

- Nie obiecałaś mi, że będziesz się trzymała od niego z dala.

- Nie, nie obiecałam i nie obiecam. Nie jestem jeszcze twoją żoną, Jemmie, a nawet wtedy, gdy nią zostanę, będę w stanie sama decydować o sobie, bez twojej pomocy.

- Nic dziwnego, że twoja babka doprowadzała mężczyzn do szału - warknął. - Jesteś taka sama jak ona.

- Naprawdę? - rzekła, przeciągając słowa. - Cóż, jeśli istotnie jestem do niej podobna, to się strzeż, lordzie Glenkirk. Madame Skye przeżyła swoich wszystkich mężów i ko­chanków, i nadal jest w pełni sił!

Miał ochotę się roześmiać, ale jej słowa powstrzymały go. Jego matka była taka sama jak Jasmine i madame Skye. James Leslie był więc przyzwyczajony do niezależnych ko­biet, ale nie wiedział, czy mu się to podoba. Jednak jego Isabelle była potulną żoną i, chociaż odczuwał wobec niej ogromną czułość, nigdy nie podniecała ani nie intrygowała go tak, jak Jasmine. Nawet jeśli jego przyszła żona była zdecydowana podążać przez życie swoją własną drogą, Glenkirk wiedział, że nigdy nie postawi go w kłopotliwej sytuacji, ani nie obróci się przeciwko niemu, by ściągnąć niesławę na jego nazwisko. Nigdy nie zgodzi się na to, że­by markiz został jej kochankiem, chociaż może się nim ba­wić z czystej ciekawości i dla rozrywki. I będzie musiał jej na to pozwolić, w obawie przed jej utratą na zawsze.

- Bądź ostrożna, kochana Jasmine - powiedział łagodnie. Obróciła się do niego z zachwycającym uśmiechem.

- Będę. - Zrobiło jej się żal lorda, wyjaśniła więc: - St. Denis jest jak piękny wąż. Fascynuje mnie, ale nie je­stem nierozsądna, Jemmie.

- Jest zdecydowany, żeby cię zdobyć - zauważył lord.

- Wobec tego jest głupcem. Król wyraźnie powiedział, że decyzja należy do mnie, ja zaś podjęłam ją jeszcze we Fran­cji. - Pochyliła się do przodu i musnęła wargami jego usta. - Idź do domu, milordzie. Jest już późno i chcę się położyć. A poza tym, biedny Kipp St. Denis od wielu godzin obser­wuje mój dom i jestem pewna, że jest zupełnie wyczerpany. Nie pójdzie sobie, dopóki się nie upewni, że wróciłeś na noc do wuja Robina. Jest wiernym psem swojego brata.

- St. Denis kazał cię obserwować? - Glenkirk był zasko­czony.

- Jest bardzo zazdrosny - zachichotała, odprowadzając go do drzwi prowadzących do ogrodu. - A teraz pocałuj mnie, kochany Jemmie, żeby Kipp dziś wieczorem miał z czego zdać bratu relację. - Zarzuciła mu ręce na szyję.

- Gdzie on jest? - zapytał lord.

- Stoi w cieniu muru, oddzielającego Greenwood od Lynmouth House. Nie! Nie patrz! Dopóki myśli, że jest dobrze schowany, wiem, gdzie go znaleźć. Jeśli się obejrzysz, będzie wiedział, że znamy miejsce jego ukrycia i poszuka sobie no­wego, które trudniej mi będzie odkryć. - Zerknęła na niego kokieteryjnie. - Nie chcesz mnie pocałować, milordzie? St. Denis dałby wszystko, żeby móc to uczynić - drażniła się z nim.

Prowokacyjnie skubnął jej wargi.

- Dojrzałaś do pójścia do łóżka, pani - mruknął, poca­łował ją mocno i szybko, po czym odwrócił się na pięcie i odszedł.

Podniosła rękę do ust. Wargi piekły ją od jego pocałun­ku. Patrzyła na lorda, oddalającego się szybkim krokiem przez trawnik i ogród. Gdy zniknął jej z oczu, stała jeszcze przez chwilę na miękkich nogach.

Odkąd Glenkirk przeniósł się do domu jej wuja, ani ra­zu się nie kochali. Teraz uświadomiła sobie, że brakuje jej tego w tym samym stopniu, jak jemu. Przeklęty król! Prze­klęty Piers St. Denis! Przeklęty każdy, kto stanie im na dro­dze! Do dnia ślubu został jeszcze ponad miesiąc. Jeśli wcześniej nie uda im się skraść paru chwil dla siebie, znów będą musieli czekać, żeby w końcu być razem. Nie wiedzia­ła, czy będzie w stanie to znieść.

Tymczasem Piersa St. Denis znudziły ciągłe odmowy Jasmine poważnego potraktowania jego umizgów. Nigdy nie mógł spotkać się z nią sam na sam. Zawsze, jeśli tylko nie spała, obecny był przy niej Glenkirk. Niedługo miała ogłosić, kogo woli, i wiedział, że jeśli nie uda mu się skło­nić jej do zmiany decyzji, będzie to James Leslie. Jak jed­nak miał ją do siebie przekonać, skoro nigdy nie był z nią sam? Poskarżył się królowi.

- Gdy Glenkirk stale się czai gdzieś w pobliżu, nie mam najmniejszych szans przekonania jej do siebie - stwierdził opryskliwie markiz Hartsfield. Znajdowali się w królew­skim apartamencie.

- Na Boga, St. Denis, nie opowiadaj, że jesteś taki bez­nadziejny w sprawach miłości. Nie spodziewałem się tego po tobie - zakpił George Villiers ze złośliwym błyskiem w ciemnych oczach. - Plotki głoszą zupełnie co innego - dokończył z uśmiechem.

Piers St. Denis posłał młodszemu mężczyźnie jadowite spojrzenie.

- Wasza wysokość, nie mogę starać się o względy lady Lindley, jeśli muszę dzielić każdą spędzoną z nią minutę z lordem Glenkirkiem.

- Mój mąż powiedział, że wybór należy do Jasmine - rzekła królowa, nawet nie zadając sobie trudu oderwania wzroku od tamborka z haftem.

- Ale jak może dokonać wyboru, pani, jeśli mnie nie zna? - niemal krzyknął markiz Hartsfield.

- Może już podjęła decyzję - odpowiedziała królowa, obrzucając go łagodnym spojrzeniem.

- Panie! Obiecałeś, że będę miał szansę u lady Lindley - prawie zawył Piers St. Denis. - Musisz coś zrobić!

- Wyślę Jemmie'ego do Edynburga - odpowiedział król.

- Jakubie! - W głosie królowej zabrzmiała irytacja. Do­piero co rozmawiała z nim poważnie o jego głupich próbach ponownego mieszania się w życie Jasmine. Czy nigdy się nie nauczy?

- Cóż, Annie - powiedział król - w skargach Piersa jest wiele racji. Jemmie nie dopuszcza go w pobliże dziewczy­ny. Niech więc jedzie do Edynburga, żeby przygotować na­szą przyszłą wizytę, może za rok albo za dwa. Kiedy wróci, lady Lindley będzie mogła podjąć decyzję. Tak jest spra­wiedliwie.

- Ona nie zmieni zdania, Jamie - stwierdziła królowa, zirytowana nadmiernym nadskakiwaniem markizowi. - Osiągniesz jedynie to, że znieważysz Glenkirka i sprowo­kujesz Jasmine do pochopnych kroków.

- Sam z nimi porozmawiam. Nasz Piers musi mieć rów­ne szanse u lady Jasmine, Annie - powiedział król.

Dziękuję, wasza wysokość! - zawołał markiz i z wdzięcznością ucałował królewską dłoń.

Król pochwycił rękę młodzieńca i uśmiechnął się do nie­go. Potem zwichrzył jasne włosy Piersa.

- Jesteś świetnym chłopcem. Jak mogłaby się w tobie nie zakochać?

- Cóż, najlepiej to od razu wyjaśnić - odezwała się ener­gicznie królowa. - Steenie, poszukaj i przyprowadź do nas lady Lindley i lorda Leslie, dobrze? - Pochwyciła spojrze­nie Villiersa i w jednej chwili połączyła ich nić pełnego zro­zumienia. Królowa lubiła George'a Villiersa i o wiele bar­dziej wolała tego faworyta męża od markiza Hartsfielda, którego miała nadzieję całkowicie usunąć ze sceny.

George Villiers zerwał się na nogi.

- Natychmiast, wasza królewska mość - powiedział, kła­niając się nisko, i wypadł za drzwi, zanim król czy St. Denis zdążyli wymyślić jakiś pretekst, by go powstrzymać.

- Doskonale - słodko uśmiechnęła się królowa. - Teraz, mój drogi St. Denis, będziesz mógł znacznie szybciej za­cząć zabiegać o względy lady Lindley.

George Villiers wędrował po pałacu, szukając Jasmine lub Jamesa Leslie, nie wątpiąc ani przez chwilę, że gdy od­najdzie jedno z nich, znajdzie również drugie. W końcu młody paź wspomniał, że widział lorda i damę jego serca grających w karty przy jednym ze stolików, rozstawionych w pałacowej galerii o złoconym sklepieniu i ścianach wy­kładanych boazerią z rzeźbionymi pięknymi postaciami. Po obu stronach galerii ciągnęły się okna, sprawiając wra­żenie, że jest się na świeżym powietrzu.

- Są w galerii wychodzącej na łąki i rzekę - zawołał chło­piec za odchodzącym Georgem Villiersem.

- Co teraz? - mruknęła na widok Villiersa Jasmine, ci­skając na stolik karty, dzięki którym z pewnością by wygra­ła partię.

- Powiem wam, gdy będziemy szli - odpowiedział Vil­liers, odrywając parę od stolika karcianego i prowadząc po­spiesznie przez korytarze w stronę królewskich apartamen­tów. I opowiedział.

- Cholera! - zaklął Glenkirk. - Wiele lat temu Jakub po­stąpił podobnie z moim ojcem. Wysłał go z odległą misją, żeby nie przysparzał problemów. - Nie zdradził nic więcej, nie chciał bowiem wtajemniczać George'a Villiersa w pry­watne sprawy rodzinne. Żyło już niewiele osób, które pa­miętały, że niegdyś matka lorda była obiektem namiętnych uczuć Jakuba Stuarta.

- Jadę do domu, do Queen's Malvern - natychmiast rze­kła Jasmine.

- Nie, pani - zaprotestował Glenkirk. - Musisz tu pozo­stać i, jak sama mówiłaś, pozwolić królowi uwierzyć, że po­ważnie rozważasz kandydaturę markiza Hartsfielda.

- Jeśli mógłbym w czymś pomóc, lady Lindley, proszę mi tylko powiedzieć. Cieszę się nie tylko względami króla, ale także królowej - rzekł z dumą Villiers. - Królowa zrugała naszego monarchę, kiedy wyszedł ze swoim pomysłem ofe­rowania ci możliwości wyboru męża. Wydaje mi się, że boi się, iż znowu znikniesz, zabierając ze sobą Charlesa Frydery­ka Stuarta i że już nigdy więcej nie zobaczy swojego wnuka.

Jasmine zatrzymała się jak wryta.

- Panie - odezwała się spokojnie - dwa razy uciekłam z kraju; za pierwszym razem chcąc ocalić siebie, za drugim, żeby uratować swoje dzieci. Nigdy więcej nie dam się zmu­sić do ucieczki. Anglia jest moim domem i domem moich dzieci. Nikomu nie pozwolę odebrać im praw przysługują­cych z tytułu urodzenia. Jeśli pan sobie życzy, może powtó­rzyć moje słowa. - I znów ruszyła do przodu. Pobiegł za nią.

- Pani - odezwał się zadyszany. - Traktuję pani słowa jako wyraz zaufania. Nikomu ich nie powtórzę.

- Doceniamy twoją życzliwość, Villiers - oświadczył młodzieńcowi lord, starając się załagodzić ostrą reakcję Jasmine. - Wiem przecież, że rozumiesz irytację lady Lindley w tej sytuacji.

- Owszem, sir, rozumiem - usłyszał w odpowiedzi. Dotarli do królewskich pokoi, których drzwi otwarły się przed nimi. Gdy weszli, królowa spojrzała na nich z uśmie­chem, dodając im odwagi. Natomiast St. Denis miał na twa­rzy szyderczy grymas, na którego widok Jasmine miała ochotę markiza spoliczkować. Najwyraźniej był z siebie bar­dzo zadowolony. Ukłonili się nisko przed królewską parą.

- Chcę, żebyś pojechał do Edynburga, Glenkirk - zaczął król. - W przyszłym roku lub za dwa lata planuję złożyć tam wizytę. Chciałbym wiedzieć, na jakie przyjęcie mogę liczyć. Będziesz musiał porozmawiać z przedstawicielami starych rodów, z właścicielami ziem pogranicznych i, oczywiście, z przywódcami Kościoła szkockiego. Ma się rozumieć, że przeprowadzisz dla mnie nieoficjalne rozpoznanie. A może znajdziesz też chwilę czasu, żeby odwiedzić swoje włości.

James Leslie uśmiechnął się.

- Z radością wyruszę sprawdzić, jaka atmosfera panuje w Szkocji wobec twojej osoby, panie - rzekł miłym głosem. - Nie sądzę jednak, żebym miał czas zajrzeć do Glenkirk i wrócić do Anglii przed piętnastym czerwca.

- Twoja nieobecność stworzy Piersowi szansę zabiegania o życzliwość lady Lindley - ciągnął dalej król z zupełną szczerością. - Mały ptaszek powiedział mi, że zajmujesz jej cały czas.

- Kiedy mam wyruszyć? - zapytał lord.

- Jutro rano - padła odpowiedź króla. - To będzie pry­watna wizyta, Glenkirk. Nie będziesz skrępowany żadnymi formalnościami.

- Bardzo słusznie - zgodził się lord. - Będę podróżował w towarzystwie tylko jednego z moich ludzi. W ten sposób nie wzbudzimy nadmiernej ciekawości, panie. Oczywiście, wasza królewska mość, przekażę twoje pozdrowienia tym, z którymi będę rozmawiał, aby Szkocja wiedziała, że o niej pamiętasz.

- Bardzo dobrze, Jemmie - odparł z ulgą król. Obawiał się wybuchu ze strony lorda, ale James Leslie zachował się jak zwykle, jak idealny królewski sługa. Za­wsze tak się zachowywał, odkąd po swoim ojcu przejął ty­tuł lorda i odpowiedzialność za członków swojego klanu. Król nie wiedział więc, czemu w ogóle się niepokoił. Leslie, tak jak jego przodkowie, respektował królewskie prawo. Nie musiał się martwić o jego lojalność. Jego spojrzenie powędrowało ku dziwnie cichej Jasmine.

- Teraz będziesz miała czas, żeby poznać naszego Piersa, madame - powiedział.

- Jak wasza wysokość sobie życzy - odpowiedziała, pa­trząc w bok. Jasmine sprawiała, że czuł się zdenerwowany. Spodziewał się z jej strony wściekłego wybuchu gniewu z powodu odesłania Glenkirka. Królowa uświadomiła mu błąd, jaki popełnił w ocenie tej sprawy, ale cóż, obietnica była obietnicą. Obiecał Piersowi szansę zdobycia pięknej, bogatej kobiety.

- Dziś wieczorem odbędzie się bal maskowy - oznajmił. - Pójdziesz z markizem, pani.

- Niestety, wasza wysokość, boli mnie głowa - rzekła słodko - a poza tym, nie będę miała możliwości przygoto­wania sobie kostiumu. Wiesz, panie, jaką sławą cieszą się kostiumy mojej rodziny.

- Możesz chyba założyć strój z kraju, w którym się uro­dziłaś - nalegał król. - W naszych oczach jest to bardzo eg­zotyczne przebranie.

- Niestety, te stroje są spakowane i znajdują się w Queen's Malvern.

- Och.

Król był rozczarowany. Doskonale pamiętał pojawienie się przed laty Jasmine w wysadzanych diamentami szatach.

- Ale mogę posłać do mojej babki - dorzuciła Jasmine, hamując irytację króla.

- Wkrótce odbędzie się kolejny bal maskowy, prawda, pani? - Skierowała pytanie do królowej, która uśmiechnę­ła się konspiracyjnie i potakująco kiwnęła głową.

- Rzeczywiście, Jamie, już za dwa tygodnie, na powita­nie wiosny - wyjaśniła małżonkowi. - Jestem pewna, że do tego czasu lady Lindley znajdzie dla siebie odpowiedni kostium, prawda, moja droga?

- Oczywiście, wasza wysokość - obiecała Jasmine.

- A więc wszystko ustalone - ciągnęła królowa pogod­nym głosem. - Teraz zaś, moja droga, musisz wrócić do do­mu i zająć się swoim bólem głowy. Prawda, Jamie, że po­winna odejść, nie czekając ani minuty? Biedaczka!

- Czym będziesz walczyć z bólem głowy, madame? - za­pytał podejrzliwie król.

- Gorącą herbatą i masażem ramion, który zrobi mi Adali - odparła Jasmine. - To dla mnie najlepsze lekar­stwo. A rano, po dobrze przespanej nocy, na pewno będę się już czuła doskonale.

- Dobrze, madame, jesteś wolna - powiedział z niechę­cią monarcha.

Jasmine dygnęła. Lord Glenkirk ukłonił się.

- Wyjedziesz o świcie - polecił król Jamesowi Leslie.

- Tak jest, panie - odpowiedział lord i podając ramię Ja­smine, opuścił królewskie pokoje.

- Tak więc, Piers - odezwał się król, gdy para znikła - oczyściłem ci drogę, ale do ciebie należy oczarowanie i zdobycie damy. Obiecałem, że wybór będzie należał do niej i dotrzymam słowa, bo jestem człowiekiem ho­noru.

- Przekonam ją, panie! - zdecydowanym głosem stwier­dził markiz Hartsfield.

- Kiedy krowy zaczną latać - mruknął pod nosem George Villiers, ale królowa Anna dosłyszała jego słowa i nie mogąc się powstrzymać, zaczęła się śmiać tak ser­decznie, że aż łzy popłynęły jej po niezbyt urodziwej twarzy.

- Annie - rzekł król - od wielu lat nie słyszałem, żebyś się tak serdecznie śmiała. O co chodzi, moja droga? Po­dzielisz się z nami swoją radością?

Ale królowa bezradnie rozłożyła ręce, krztusząc się ze śmiechu.

- T - tto była t - ttylko t - taka śmieszna kobieca myśl. A mo­że nieśmieszna - uzupełniła, odzyskując panowanie nad sobą.

Gdy król odwrócił się, żeby porozmawiać z markizem, królowa pogroziła palcem Villiersowi, który uśmiechnął się psotnie i puścił do niej oko.

- Niedobry chłopiec - skarciła go łagodnie.

- Owszem - przytaknął, po czym ujął jej rękę i pocało­wał. - Twój sługa, najjaśniejsza pani - powiedział.

Królowa uśmiechnęła się lekko, a w jej jasnoniebieskich oczach pojawił się błysk zrozumienia.

- Jesteś sprytny. Cieszę się, że się rozumiemy, Steenie - stwierdziła.

- Nigdy go nie skrzywdzę, wasza wysokość - padła odpo­wiedź.

- Na zawsze więc zachowasz moją przyjaźń - spokojnie odparła królowa. - Czy w tej sprawie mamy to samo zda­nie?

- Tak, pani - powiedział. - Zresztą lady Lindley jest za bardzo zakochana w lordzie Glenkirku, żeby zmieniła decyzję, nie obawiaj się.

- St. Denis jest bezwzględny i przebiegły - ostrzegła kró­lowa.

- A ja jestem mądrzejszy.

Królowa Anna spojrzała na pięknego młodzieńca o anielskiej twarzy.

- Cóż, Steenie, wierzę, że jesteś - rzekła w zamyśleniu.



ROZDZIAŁ 9

Coś zachrobotało cicho w okno sypialni Jasmine. Lekki wietrzyk pofałdował powierzchnię Tamizy. Księżycowa po­świata posrebrzyła rzekę i łąki. Gdyby ktoś spojrzał w górę, mógłby dostrzec ciemną postać, wspinającą się po porasta­jącym ściany domu dzikim winie. Mocno wczepiając się jedną ręką w tę niepewną drabinę, usiłowała otworzyć okno, a gdy to się powiodło, wskoczyła na parapet i zesko­czyła do środka pokoju. Podeszła do łóżka i spojrzała w dół na leżącą kobietę.

Odgłos otwieranego okna i uderzenie stóp o podłogę w pełni obudziło Jasmine. Otworzyła oczy.

- Jemmie - powiedziała, rozpoznając majaczącą nad nią postać. - Oszalałeś?

- Owszem - przytaknął. - Oszalałem na twoim punkcie, kochana Jasmine!

Glenkirk przysiadł na brzegu łóżka i ściągnął buty, po czym wstał i zaczął się rozbierać.

- Myślałaś, że wyjadę na miesiąc do Edynburga bez prawdziwego pożegnania? - Wsunął się nagi pod kołdrę i wziął ją w ramiona.

- A co z Kippem St. Denis, moim wiernym psem stró­żem? - zapytała. - Zaraz pobiegnie do brata, a potem mar­kiz poskarży się królowi i Bóg jedyny wie, co się może stać - martwiła się.

- Kipp poszedł do domu. Przeczekałem go. Poszedłem nawet za nim, żeby mieć pewność. Potem wróciłem. To chyba była czysta gra, prawda, kochana Jasmine? - Skubnął wargami jej ucho, wdychając jej ciepły zapach. - Pocze­kałem, aż w całym domu St. Denisa pogasły światła. Do­piero wtedy przyszedłem do ciebie.

- Och, Jemmie - westchnęła, przytulając się do niego. - Szaleję z tęsknoty za tobą, a teraz masz mnie opuścić.

- Ale dopiero rano, kochanie. Do tego czasu zostało nam jeszcze parę godzin i zamierzam dopilnować, byśmy je jak najpełniej wykorzystali. Dni z dala od twojego łoża by­ły dla mnie piekłem. Marzę, żebyś już była moją żoną.

- Obiecaj, że już nigdy nie przyjedziemy na dwór królew­ski i nie będziemy mieli do czynienia ze Stuartami - rzekła gwałtownie. - Nie znoszę, gdy ktoś manipuluje moim życiem, Jemmie. Żeby uniknąć królewskich ingerencji w nasze życie, zamieszkamy w twoich górach. Wiem, że król nie przepada za swoją ojczystą krainą, więc nie będzie nas tam ścigał.

Leniwie pocałował ją w usta, smakując znajomą słodycz.

- My, Szkoci, jesteśmy kłótliwymi ludźmi, Jasmine. Je­steśmy w tym samym stopniu zdolni do posłuszeństwa wo­bec władcy, jak i do zabicia go. Nasi lordowie, ważni i nie­ważni, są niesforni. Jamie zawsze się ich obawiał, i słusznie. Jeśli zamieszkamy w Szkocji, przekonasz się, że jest to nie­spokojna kraina, kochana Jasmine. Tak jak twoja matka, odkryjesz, że masz ochotę co roku spędzać trochę czasu w Anglii. Mamy wyjątkowy klimat, sama zobaczysz. Naj­wspanialsza jest jesień. - Przesunął rękę w dół, głaszcząc jej plecy i pieszcząc pośladki.

Zamruczała z zadowoleniem, odwróciła się i przycią­gnęła jego czarną głowę ku ciemnej dolinie między swoimi piersiami. Glenkirk pozostał tam przez chwilę, wsłuchując się w bicie jej serca. Potem otoczył dłońmi jej talię.

- Zwierzę - mruknęła i unosząc głowę, ugryzła go w mu­skularne ramię prawie do krwi.

- Suka! - jęknął, mocno przygważdżając ją rękami do łóżka. - Jezu, ale jesteś gorąca. Mokra, rozpalona i bar­dzo gotowa, kochana Jasmine!

Z łatwością oswobodziła się z jego uchwytu i przesunęła dłonie wzdłuż ciała lorda. Gładząc go łagodnie, wyszepta­ła mu prosto do ucha:

- Weź mnie teraz, Jemmie! Umrę, jeśli tego nie zrobisz!

- Jeszcze nie. Ledwo zacząłem sycić się twoją dojrzało­ścią, najdroższa.

Odnalazł to, czego szukał i począł drażnić jej najwrażliwszy punkt. Zaczęła ciężko dyszeć. Wbiła palce w jego ramiona.

- Draniu! - wysyczała. - Pragnę cię! Pragnę! Roześmiał się radośnie.

- We właściwym momencie, najdroższa Jasmine - obie­cał i zaczął ją całować, jednocześnie wsuwając dwa palce w głąb jej ciała i poruszając nimi szybko, tam i z powrotem, aż zrosiła go obficie miłosnymi sokami. - Tak, kochanie, to powinno zaspokoić twoje największe pragnienie.

- Nienawidzę cię - na wpół wychlipała. Oboje jednak wiedzieli, że jej ulżył.

- A ja szaleję za tobą - zażartował. Jego usta znów po­wróciły na jej wargi, przyprawiając ją o słodki zawrót gło­wy. - Każdej nocy spędzonej z dala od ciebie będę wspomi­nał dzisiejszą noc i te wszystkie wieczory, kiedy leżeliśmy obok siebie i kochaliśmy się. Będę liczył dni do naszego ślubu, kiedy na zawsze zostaniesz moja, Jasmine. - Ponow­nie pocałował jej usta, potem przymknięte powieki, czubek nosa i zdecydowanie zarysowany podbródek. - Powiedz, że będziesz czekać spragniona przez cały czas, gdy pozosta­niemy z dala od siebie.

- Będę! A niech cię! - udało jej się wykrztusić. Co się z nią działo? Zwykle, gdy uprawiali miłość, panowała nad sobą tak samo, jak James. Ale tej nocy przejął kontro­lę nad wszystkim, ona zaś odkryła, że jest z tego bardzo za­dowolona. Chciała, żeby ją posiadł brutalnie, zawładnął nią całkowicie, uczynił ją niewolnicą namiętności. Znów czuła się jak młodziutka dziewczyna.

- Boże - jęknął - jakaś ty piękna!

Pochylił się, przywarł ustami do klejnotu jej kobiecości i począł go ssać mocno, aż ciało Jasmine wygięło się pod nim w łuk, omal go nie zrzucając z siebie. Mocniej za­cisnął ręce wokół bioder dziewczyny, unieruchamiając ją.

Nigdy jeszcze nie zaznała takiej rozkoszy, jaka przeto­czyła się przez nią dziką falą. Miała wrażenie, że za chwilę umrze. A potem nagle lord dosiadł jej i gwałtownie wtar­gnął w jej ciało, wywołując kolejny przypływ ogromnej przyjemności. W uszach jej huczało, gdy jej ciało poczęło wić się w tak potężnym orgazmie, jakiego nigdy wcześniej nie poznała. Wbiła paznokcie w jego plecy i jęknęła dziko.

Nie mógł się nią nasycić. Wdzierał się w nią raz za razem, bez końca, nie był w stanie powstrzymać wściekłego ruchu lędźwi. Stęknął, gdy owinęła wokół niego nogi, zapewniając mu pełniejszą, niezwykłą rozkosz, generowaną przez ich cia­ła. Gdy już wydawało mu się, że wyzwolenie jest nieosiągal­ne, wybuchł z taką siłą, jakby to nigdy nie miało się skończyć.

Wyczerpany opadł na piersi kochanki, łkając z ulgi.

- Ach, ty egzotyczna wiedźmo - udało mu się wreszcie wykrztusić. - Omal mnie nie zabiłaś, a ja ciebie.

- Czyż nie było wspaniale? - powiedziała, znów otacza­jąc go ramionami.

- A teraz muszę cię na jakiś miesiąc zostawić.

- Jedź szybko. Nie wiem, jak długo zdołam znieść towa­rzystwo St. Denisa, a panowanie nad nim będzie trudnym i irytującym zajęciem. Dzięki Bogu, że królowa jest po mo­jej stronie!

- Jeśli tylko cię dotknie - warknął Glenkirk, unosząc głowę i zaglądając w jej turkusowe oczy - zrobię z niego pierwszego eunucha na angielskim dworze. Nie mogę wy­trzymać wzroku, jakim ten drań na ciebie patrzy, jakby oczekiwał na wyśmienity posiłek.

- Spotka go śmierć przez otrucie, jeśli uszczknie choćby kawałeczek - obiecała Jasmine. - Jestem twoja, Jamesie Leslie. Ciałem i duszą. Nie będę miała innego męża. A te­raz zejdź ze mnie, ty wielki zwierzu. Muszę przygotować ręczniki, żebyśmy mogli rozpocząć kolejną rundę naszej namiętności. Źle mi było bez ciebie i potrzebne mi są wspaniałe wspomnienia, żeby przetrwać nadchodzący mie­siąc rozłąki.

- Jesteś nienasycona - uśmiechnął się do niej.

- Tak jak ty - odparowała.

- Przygotuj miednicę - polecił. - Mnie też potrzebne bę­dą takie wspomnienia.

Kiedy następnego dnia obudziła się długo po wschodzie słońca, Jamesa Leslie nie było u jej boku i nawet nie wie­działa, kiedy wyjechał. Na poduszce, gdzie spoczywała jego ciemna głowa, leżała doskonała, na wpół rozwinięta krwi­stoczerwona róża. Z uśmiechem wzięła ją do ręki i pową­chała, mając głowę pełną kłębiących się wspomnień tego wszystkiego, co robili, zanim nastał świt. Jasmine wiedzia­ła, że te wspomnienia będą musiały jej wystarczyć przez najbliższe tygodnie. Stojąca koło łóżka miska znikła. Uświadomiła sobie, że jej służba, jak zawsze dyskretna, już była w sypialni. Wyciągnęła rękę i pociągnęła za taśmę dzwonka, aby ich poinformować, że już nie śpi i jest goto­wa na swoją filiżankę herbaty Assam.

Wkrótce do sypialni wszedł Adali, niosąc tacę z kub­kiem i głęboką miseczką z biało - niebieskiej porcelany.

- Dzień dobry, księżniczko - powiedział, stawiając tacę. Podniósł pozbawiony ucha kubek, nalał do miseczki nieco gorącej, aromatycznej herbaty i podał Jasmine. - Pani her­bata. - Wziął od niej różę, aby wstawić kwiat do wazonu.

Jasmine powoli sączyła napar.

- Kiedy wyszedł lord Leslie, Adali?

- Tuż przed brzaskiem, milady. Nasz obserwator jeszcze nie wrócił na swój posterunek. Spodziewam się, że teraz, gdy lord wyjechał do Szkocji, St. Denis nie będzie chciał, by jego brat czaił się w cieniu ogrodowego muru. Lord wyru­szył z Fergusem More tuż po świcie.

- A teraz zaczyna się męczące zadanie przechytrzenia markiza Hartsfielda przy jednoczesnym udawaniu, że po­ważnie traktuję jego głupie zaloty - jęknęła Jasmine.

Adali z dezaprobatą skrzywił usta.

- Ten dżentelmen ma grację szarżującego słonia - za­uważył. - Wyczuwam, że to niebezpieczny człowiek.

- Owszem. Jemmie mówi, że jest zboczony. Będę musia­ła zachowywać ogromną ostrożność.

- Z pewnością, księżniczko, nie możesz sobie pozwolić, by znaleźć się z nim sam na sam - powiedział zaniepokojo­ny Adali.

- Kiedyś będę musiała. Przecież dlatego doprowadził do wysłania Jemmie'ego do Szkocji, żeby móc spędzać czas tylko ze mną. Wierzy, że mnie przekona do ślubu. Oczywi­ście, chce jedynie kontroli nad moim majątkiem i moim nie do końca królewskim potomkiem Stuartów. Najwyraźniej ma kiepską opinię o kobietach, przez co ma u mnie minus.

- Będzie pani chciała się wykąpać? - rzucił Adali, porzu­cając nieprzyjemny temat Piersa St. Denis.

- Yhm - potwierdziła. - Jestem cudownie obolała i na­sycona miłością mojego lorda, Adali.

- A więc jest pani naprawdę zadowolona ze ślubu z Ja­mesem Leslie w przyszłym miesiącu? Wierzę, że jest wła­ściwym kandydatem na męża, księżniczko, ale nie chciał­bym, żebyś była nieszczęśliwa, bo kocham cię jak ojciec i wychowywałem cię od dziecka.

- Jestem zadowolona - odpowiedziała Jasmine. - Dzię­kuję, najdroższy Adali. Chcę, żebyś wiedział, że kocham cię równie mocno, jak kochałam Akbara, którego królewskie nasienie dało mi życie.

Pokłonił się nisko i, nie mogąc z powodu wzruszenia wy­krztusić słowa, pospiesznie opuścił pokój. Jasmine uśmiechnęła się, patrząc za nim. Nie mogła sobie wyobra­zić życia bez Adalego u swego boku. Zawsze był przy niej, z nią i dla niej. On i jej dwie pokojówki. Jak się przystosu­ją do mniej cywilizowanego życia w Szkocji? Uśmiechając się, Jasmine pomyślała, że przynajmniej będą się wspólnie wspierać, jak to robili zawsze. Adali, Toramalli i Rohana potrafią ucywilizować każde miejsce.

Jasmine wychodziła z kąpieli, gdy do jej pokoju ponow­nie wszedł Adali ze strapioną lekko brązową twarzą.

- Markiz Hartsfield jest tutaj, milady. Może go odpra­wię. Przybył na dziwacznej łodzi i mówi, że chciałby cię za­brać na przejażdżkę.

Jasmine wybuchnęła śmiechem.

- Stara się być romantyczny. Pojadę na ten piknik, a kie­dy będziemy wracali, przeziębię się, dzięki czemu powin­nam zyskać kilka dni wolnych od jego towarzystwa. Zaleca­jący się mężczyźni nie lubią chorych kobiet.

- Doskonale, milady - powiedział Adali. - Kiedy bę­dziesz gotowa do wyjazdu? Bo na pewno mnie o to zapyta. Za godzinę? Dwie?

- Powiedzmy, że za dwie godziny, Adali. Skoro wcze­śniej nie prosił mnie o towarzystwo, teraz nie ma prawa oczekiwać, że będę natychmiast gotowa, gdy tylko przyje­chał. Niech lokaj poda mu wino i jakieś ciasteczka, a potem zostawi go, żeby czekał w bibliotece.

Adali ukłonił się i wyszedł.

Wytarta, wypudrowana i owinięta w szlafrok Jasmine wyciągnęła się na łóżku i zaczęła się zastanawiać, w co się ubrać.

- Coś dziewczęcego i pasującego na wieś - powiedziała swoim pokojówkom.

- Ma pani lawendowo - niebieską suknię z szerokim, ko­ronkowym kołnierzem - podsunęła Rohana.

- Może ją pani założyć na kilka halek - powiedziała Toramalli. - Ale ma duży dekolt.

Jak śmiesznie byłoby kusić St. Denisa widokiem czegoś, czego nigdy nie dostanie. Była bardzo dumna ze swojego biustu, który, pomimo czwórki dzieci, był nadal jędrny i kremowy.

- Zobaczę - rzekła do Rohany.

Rohana przyniosła wskazany strój i rozłożyła przed pa­nią. Suknia była naprawdę bardzo prosta. Sięgała do ko­stek, a rękawy miały rozcięcia, spod których prześwitywał kremowy jedwab. Karczek nie był niczym ozdobiony, jeśli nie liczyć przepięknej koronki, udrapowanej na kształt koł­nierza. Talia będzie przewiązana kremową wstążką.

- Tak - stwierdziła Jasmine. - Czy mamy do tego pasu­jące buciki?

Toramalli potrząsnęła głową. - Proszę włożyć czarne, bo inne na pewno się pobrudzą. Ma pani parę nowych pantofelków, które doskonale nadają się na taką okazję. Jaka bi­żuteria?

- Naszyjnik z pereł, z różowym diamentem w kształcie łzy - rzekła złośliwie Jasmine.

- Będzie przeżywał ciężkie chwile, nie mogąc oderwać wzroku od klejnotów, a jednocześnie rozpaczliwie nie chcąc sprawiać wrażenia zainteresowanego naszyjnikiem czy moimi piersiami. - Uśmiechnęła się psotnie do obu słu­żących, które słysząc jej argumentację, wybuchnęły śmie­chem.

- Jest pani równie niegrzeczna jak kiedyś, gdy jako ma­ła dziewczynka chowała się pani przed Adalim w pałaco­wych ogrodach - zauważyła Rohana.

Na moment na twarzy Jasmine pojawił się cień. Jakże proste było jej życie jako najmłodszego dziecka cesarza Mogołów, Akbara. To było tak dawno temu, tak daleko od jej nowej ojczyzny, Anglii. - Wydaje mi się, że kryje się gdzieś we mnie tamta mała dziewczynka, ale nie zdradź te­go dzieciom, Rohano - powiedziała.

- Nie trzeba im mówić, jak być niegrzecznym - rzekła Toramalli. - Chyba instynktownie wiedzą, jak to robić. Je­stem zdumiona, jak twoja stara babka może nad nimi zapa­nować, a jednak udaje jej się.

Jasmine roześmiała się.

- Nie ma za trudnych wyzwań dla Skye O'Malley - wy­jaśniła służącym. - Powiadają, że jestem do niej podobna. Naturalnie miło mi to słyszeć, lecz nie wierzę, że mam jej klasę.

- Jesteś jeszcze młoda, księżniczko - zauważyła Tora­malli - a ponadto odziedziczyłaś, pani, po ojcu krew zdo­bywców.

Dokładnie dwie godziny po zaanonsowaniu marki­za Hartsfielda Jasmine zeszła po schodach Greenwood House i weszła do biblioteki, gdzie czekał na nią z nie­cierpliwością. Wyglądała wyjątkowo świeżo i złudnie nie­winnie. Jej uroda dosłownie zaparła mu dech w piersiach. Musiał ją mieć!

Dygnęła przed nim.

- Dzień dobry, milordzie.

Pokłonił się, odzyskując panowanie nad sobą.

- Pani, pomyślałem, że może sprawi ci przyjemność spo­życie drugiego śniadania gdzieś nad rzeką.

- Adali mówił mi o tym. Wspaniały pomysł, milordzie. Ruszamy? - Miło uśmiechnęła się Jasmine.

- Oczywiście - odpowiedział i pospieszył otworzyć przed nią drzwi. - Moja łódź czeka.

Wyszli z domu i podążyli w dół, nad rzekę, gdzie okaza­ło się, ku zaskoczeniu markiza, że czeka na nich inna bar­ka oraz Adali, odziany w wąskie, białe spodnie i długi, się­gający za kolana biały żakiet, wyszywany złotem i perłami. Jego talię otaczał złocisty pas, za który miał zatknięty wy­sadzany drogimi kamieniami sztylet. Na siwiejącej głowie miał niewielki biały turban. Jasmine nie widziała go w ta­kim stroju od lat. Uniosła pytająco ciemne brwi.

Adali skłonił się przed nią.

- Barka markiza była zupełnie nieodpowiednia, księż­niczko - rzekł spokojnie. - Odesłałem ją.

- Ale na łodzi był mój kosz z jedzeniem - zaprotestował Piers St. Denis, zaskoczony zuchwałością służącego.

- Zawartość tamtego kosza nie odpowiadałaby podnie­bieniu mojej pani, milordzie. Zastąpiłem pański koszyk ko­szem zawierającym produkty z naszej kuchni - odpowie­dział Adali, po czym pomógł Jasmine wsiąść na łódź.

Kiedy markiz wskoczył na barkę i usiadł koło Jasmine, Adali także wsiadł do łodzi i władczym kiwnięciem ręki dał znak wioślarzom, by ruszali.

- Płyniesz z nami? - Piers St. Denis zaczynał się iryto­wać. Czy nigdy nie zostanie sam na sam z Jasmine?

- Moja pani nie wychodzi z nieznajomymi mężczyznami, milordzie - odpowiedział Adali markizowi Hartsfield. - Moim obowiązkiem jest jej strzec. Jej ojciec, Wielki Mogoł Akbar osobiście dał mi maleńkie dziecko w ramio­na i udzielił instrukcji. Nigdy nie zawiodłem mojej pani i nigdy tego nie zrobię. Będę jej obrońcą aż do śmierci.

- Jesteś niewolnikiem?

Adali przecząco pokręcił głową.

- Jestem człowiekiem wolnym, milordzie - rzekł z ka­mienną twarzą, tonem głosu jasno wyrażając dezaprobatę dla kogoś, kto nie potrafił rozpoznać jego znaczenia i po­zycji społecznej.

- Nie zamierzam skrzywdzić twojej pani, Adali - rzekł Piers St. Denis ugodowym tonem, usiłując oczarować Adalego. - Na pewno to rozumiesz.

- Moja pani jest osobą wysokiego rodu, bogatą i niezwy­kle urodziwą, milordzie. Jestem pewny, że pańskie zamia­ry wobec niej są uczciwe. Mimo to moim obowiązkiem jest towarzyszenie jej, dopóki nie wyjdzie za mąż i nie znajdzie się pod opieką męża. Wtedy będę prowadził jej dom, tak jak teraz to czynię. Nie przestanę dbać o bezpieczeństwo jej i jej dzieci. - Nie uśmiechał się. - Proszę się nie krępo­wać moją obecnością. Widzę i słyszę wszystko, ale niczego publicznie nie zdradzę. - Po czym stanął przy drzwiach prowadzących do kabiny i odwrócił się do nich plecami.

- Zdumiewa mnie, że pozwalasz służącemu odzywać się do kogokolwiek w ten sposób - parsknął z irytacją markiz. Trudno było lekceważyć postawę Adalego. Jak, u diabła, miał roznamiętnić Jasmine, mając stale w pobliżu kogoś ta­kiego? Czy Glenkirk musiał się borykać z takimi przeszko­dami? Miał co do tego wątpliwości.

- Właściwie Adali nie jest już służącym - spokojnie oznajmiła Jasmine swojemu adoratorowi. - Zawsze był przyjacielem, a dla mnie był drugim ojcem. Wierzę jego rozsądkowi i instynktowi. Chce dla mnie jak najlepiej, mi­lordzie. - Uśmiechnęła się słodko i zmieniła temat. - Gdzie zaplanowałeś nasz postój na posiłek, milordzie? Czyż dzień nie jest piękny? Nie ma takiego drugiego miej­sca na świecie, jak Anglia wiosną, prawda? Czy pan dużo podróżował? Wydaje mi się, że zwiedziłam cały świat.

- Nigdy nie opuściłem Anglii - rzekł sztywno. - Czemu miałbym wyjeżdżać? Tutaj jest wszystko, czego mógłbym chcieć.

- Nigdy nie ciekawiły pana inne kraje, inni ludzie? - za­pytała. - Przed opuszczeniem Indii nigdzie nie wyjeżdża­łam, ale podróżowałam z dworem mojego ojca po naszym ogromnym kraju. Jednak w Indiach jest bardzo gorąco, więc gdy trochę podrosłam, wolałam spędzać więcej czasu w Kaszmirze, w pałacu, który ojciec podarował mojej mat­ce. Tamtejszy klimat jest znacznie łagodniejszy niż w Lahaur, Fatehpur - Sikri czy Agrze. To takie gorące miasta!

- Miasta? - Sprawiał wrażenie zaskoczonego. - Sądzi­łem, że Indie są dość dzikim i barbarzyńskim krajem, pani. Oczywiście tamte miasta nie mogą się równać z Londynem i innymi miastami w Anglii. Są zbudowane z błota i trzciny, czyż nie? Anglia musiała być dla pani objawieniem, gdy po raz pierwszy przybyła pani tutaj.

Jasmine nie wierzyła własnym uszom. Czy naprawdę nie miał pojęcia o świecie poza granicami Anglii?

- Indie - zaczęła mu wyjaśniać - są bardzo starą cywili­zacją, milordzie. Pod wieloma względami nasze miasta są o wiele bardziej wielkomiejskie, niż wasze. Chociaż biedni żyją bardzo skromnie, jak wszyscy biedni, bez względu na kraj, w którym mieszkają, zamożni mieszkańcy żyją na innym poziomie. Pałace mojego ojca są znacznie wspa­nialsze od wszystkiego, co widziałam w Anglii. Rezydencja mojego ojca w Agrze ma mury o grubości trzech metrów, wysokie na pięćdziesiąt metrów. Nie sposób zrobić w nich wyłomu. Są tam strzeliste wieże oraz tarasowe ogrody z pa­wilonami. Mury mają blanki i miejsca dla łuczników. Cała budowla jest imponująca, a to nie jest nawet największy z pałaców mojego ojca. Akbar wybudował całe miasto, na­zwane Fatehpur - Sikri. Jest całe z marmuru i piaskowca, i tak piękne, że aż serce rośnie, gdy się na nie patrzy. Cze­mu uważa pan, że Indie to jakiś zacofany zakątek? Mamy wielu, może więcej niż w Anglii, artystów, kupców i rze­mieślników. Nasz kraj jest ogromny w porównaniu z malut­ką wyspą, zajmowaną przez Anglię. I w takim kraju każde wyznanie było dopuszczone, nie tak jak w Anglii czy któ­rymkolwiek z pańskich „cywilizowanych" państw w Euro­pie. Ponadto mamy wspaniałą, chwalebną historię, spisy­waną od wieków; można to sprawdzić w bibliotekach w pa­łacach mojego ojca. A nasza muzyka, malarstwo i literatu­ra nie mają sobie równych!

Był oszołomiony jej wybuchem. Był przekonany, że przybyła do Anglii, żeby uciec przed barbarzyństwem jej ojczystego kraju. - Skoro tak bardzo kochałaś, pani, Indie, to dlaczego stamtąd wyjechałaś? - zadał pytanie.

- Ponieważ mój przyrodni brat Salim, który jest teraz ce­sarzem, Dżahangirem, koniecznie chciał utrzymywać ze mną kazirodcze stosunki - odparła zuchwale. - Zamordo­wał mojego pierwszego męża, księcia Dżamala, królew­skiego namiestnika Kaszmiru, żeby utorować sobie drogę do mojego łoża. Mój ojciec był umierający i wiedział, że dłużej nie będzie w stanie chronić mnie przed Salimem. Zostałam wysłana do Anglii, aby pohamować nienormalne pragnienia mojego przyrodniego brata. - Kolejny raz tego dnia uśmiechnęła się słodko do markiza. - Nie wiedział pan o tym? Mogłabym przypuszczać, że pańskie zaintere­sowanie moją osobą obudzi w panu chęć poznania historii mojego życia, milordzie. Najwyraźniej myliłam się.

- Moje zainteresowanie panią rośnie z każdą minutą i przekonuję się coraz bardziej, jak wspaniałą osobą jesteś, pani - oświadczył markiz. Był zaskoczony jej szczerością.

Adali wydał dźwięk bardzo przypominający gwałtowny wybuch śmiechu po słowach St. Denisa, ale nie odwrócił się.

- Nic pan o mnie nie wie - rzekła zjadliwie. - Poza tym oczywiście, co usłyszał pan od króla. Że muszę mieć męża, bo jestem słabą kobietą, niezdolną do samodzielnego życia i samotnego wychowywania moich dzieci. Że jestem za­możną niewiastą, bogatszą nawet od samego króla. Jestem też pewna, że król powiedział ci, że jestem piękna. Ale to było wszystko, co słyszałeś na mój temat, aż do dnia, kiedy wróciłam na dwór z Glenkirkiem. Naturalnie wiedziałeś, że byłam kochanką księcia Henry'ego i urodziłam mu syna, ale nie było cię na dworze, kiedy przebywałam tu poprzed­nio. A kiedy król oferował ci możliwość starania się o mo­ją rękę, nie zadałeś sobie trudu, żeby dowiedzieć się o mnie czegoś więcej, niż wcześniej ci powiedziano. Nie pochlebia mi to specjalnie, milordzie. Sprawia to wrażenie, że starasz się o mnie ze względu na mój majątek i władzę, jaką miał­byś jako ojczym mojego niezbyt królewskiego syna z rodu Stuartów. Musisz wiedzieć, że nie interesuje mnie twoja kandydatura, choćbyś nie wiem jak nalegał.

- Wszystko, co powiedziałaś, pani, jest prawdą - zaczął - ale od chwili, gdy cię ujrzałem, wiedziałem, że musisz zo­stać moją żoną! Zżera mnie pożądanie! Ale ty nie dopusz­czałaś mnie do siebie, jak więc miałem się dowiedzieć cze­goś o tobie? Nie chcę opierać naszego małżeństwa na plot­kach i aluzjach albo, nie daj Boże, na nieprawdziwych in­formacjach. Tylko ty możesz mi opowiedzieć prawdziwą hi­storię Jasmine Lindley.

- Kazałeś odesłać Jemmie'ego.

- Jak inaczej wolno by mi było spędzić czas z tobą? - za­pytał. - Powrót w twoim towarzystwie z Francji był świet­nym pociągnięciem lorda, a ślub z tobą, pani, byłby naj­wspanialszą ozdobą jego sukcesu. Ja jednak odbiorę mu tę ozdobę i sam ją zdobędę. Chyba nie ma człowieka, który, znając sytuację, winiłby mnie za moje postępowanie. - Po­chwycił jej rękę, uniósł do ust i ucałował namiętnie obie strony dłoni.

Jasmine wyrwała mu się gwałtownie.

- Jak pan śmie, milordzie - rzekła lodowato. Pocałunek wywołał w niej dreszcz niechęci. Było w nim coś, co przy­pominało jej Salima, chociaż z wyglądu markiz zupełnie nie był podobny do jej przyrodniego brata.

- Będziesz moja, Jasmine - oświadczył, a jego jasnonie­bieskie oczy pociemniały. - Jesteś mi przeznaczona na żonę.

- Będę żoną Jamesa Leslie - powiedziała spokojnie. - Żadne twoje słowa i czyny nie zmienią mojej decyzji. Jeśli jednak chcesz uprzyjemnić mi okres pobytu Jemmie'ego w Szkocji, z przyjemnością spędzę czas w twoim towarzy­stwie, wiem bowiem, że to ucieszy króla. Może będziemy mogli nawet ustalić listę panien na wydaniu i przedstawić ją królowi, gdy w końcu zaakceptujesz fakt, iż twe starania o mnie są daremne. Z tej listy wybierzemy dla ciebie żonę. Dobrze zrobisz, korzystając z mojej propozycji, milordzie. Jesteś zbyt skomplikowanym człowiekiem dla króla. W końcu wybierze Villiersa na swojego głównego fawory­ta, ty zaś stracisz jakikolwiek wpływ na królewski ród Stuartów. Podejrzewam, że masz niewielu przyjaciół, a Villiersa z pewnością ucieszy twoje zniknięcie - ostrzegła go.

- Widzę, że jesteś o wiele za bystra i zbyt spostrzegaw­cza - powiedział markiz. - Jesteś jedną z tych inteligent­nych kobiet?

- Owszem.

Adali, który przysłuchiwał się rozmowie, odwrócił się do nich i rzekł:

- Za następnym zakrętem rzeki znajduje się śliczna kę­pa wierzb. Jeśli pozwolisz, księżniczko, każę wioślarzom tam podpłynąć.

Jasmine kiwnęła głową.

- Umiesz czytać i pisać? - zapytał markiz.

- Tak. Znam się też na matematyce. Uczyłam się histo­rii i biegle władam kilkoma językami, milordzie. Uczył mnie bardzo światły mnich, który przybył na dwór mojego ojca, żeby mnie kształcić. Jako dziecko zostałam ochrzczo­na. Moja zastępcza matka oraz moi bracia wyznawali is­lam. Dwie spośród moich trzech sióstr wyznawały hindu­izm. Mówiłam już, że w kraju mojego ojca wszystkie religie były dozwolone. Moje siostry otrzymały równie gruntowne wykształcenie jak ja, poza nieszczęsną Aram - Banu Begam. To słodka dziewczyna, tyle że wolno myśli.

Z każdym jej słowem był coraz bardziej zadziwiony. Po­myślał, że chociaż uważała go za skomplikowanego czło­wieka, sama była równie skomplikowana.

- Czy każdy z twoich braci i każda z sióstr mieli inną matkę?

Jasmine roześmiała się, wiedząc, że pytał, chociaż domy­ślał się odpowiedzi i był wstrząśnięty.

- Tak. Wydaje się to panu bardzo występne, prawda? Lecz w Indiach panuje zwyczaj posiadania wielu żon i na­łożnic. Naturalnie, nie wszystkich mężczyzn w Indiach stać na więcej niż jedną żonę. Ale mój ojciec żenił się z powo­dów dynastycznych i politycznych. Wiele jego żon było sio­strami i córkami ludzi, których ziemie podbijał albo starał się o umocnienie z nimi więzi. Moja angielska matka była jego czterdziestą żoną; miał też, oczywiście, część domu przeznaczoną dla swoich faworyt. Często myślałam sobie, jakie to niesprawiedliwe, iż mężczyźni mogą mieć wiele ko­biet, podczas gdy kobiety muszą być wierne jednemu męż­czyźnie. Co pan o tym sądzi, milordzie?

- Ja... ja... eee... nigdy się nad tym nie zastanawiałem - odpowiedział z wahaniem. - Mężczyzna może mieć żonę i kochankę, ale to i tak nadmiar kłopotów. Lecz czterdzie­ści żon? Zmarły cesarz Indii musiał być zaiste niezwykłym człowiekiem.

Roześmiała się wesoło.

- Jest pan wstrząśnięty - zakpiła.

Zanim zdążył odpowiedzieć, barka dobiła do piaszczy­stego brzegu rzeki. Adali zeskoczył z łodzi, wyciągnął rękę i pomógł swojej pani wysiąść. Zostawił markiza, by sam so­bie radził. Dwóch wioślarzy wyniosło na brzeg kilka koszy. Z jednego z nich Adali wyjął lniany obrus i rozpostarł go na zielonej trawie, pod wyjątkowo rozłożystą wierzbą. Po­tem zaczął rozstawiać jedzenie. Niewielki, złociście zrumieniony kurczak, jeszcze ciepły królik zapiekany w cieście, po­łówka niewielkiej, wiejskiej szynki, świeży chleb, garnuszek słodkiego masła, ćwiartka koła twardego, żółtego sera, nie­wielki, srebrzysty krążek francuskiego brie, salaterka świe­żych truskawek i karafka wina. Były też dwa srebrne talerze, dwa kielichy z weneckiego szkła, ozdobione srebrnymi mo­tylami i zestaw srebrnych sztućców z kościanymi trzonkami.

- Czy masz jedzenie dla siebie i dla wioślarzy, Adali? - zapytała Jasmine, rozpościerając na trawie lawendową spódnicę swojej sukni.

- Tak, księżniczko - odparł z ukłonem.

- Możesz więc iść zjeść swój posiłek. Myślę, że możemy zaufać markizowi, iż będzie umiał się zachować.

- Będę w zasięgu głosu - odpowiedział Adali i skierował się w stronę barki, gdzie wioślarze czekali na dalsze instrukcje.

- Czy nigdy nas nie opuści? - zapytał Piers St. Denis, sia­dając na ziemi.

- To powinno pana powstrzymać przed zrobieniem ja­kiegoś głupstwa. Gdybym została zmuszona do obrony, mogłabym zrobić panu krzywdę.

Roześmiał się. Poza tym, że była najbardziej irytującą kobietą, jaką spotkał w życiu, była też niezwykle godna po­żądania.

- Jasmine, bo nawet bez pozwolenia zamierzam ci mó­wić po imieniu, jeśli tylko dasz mi szansę, przekonasz się, że jestem czarującym człowiekiem. Będę doskonałym mę­żem. Będę zarządzał twoimi sprawami równie dobrze, jak Rowan Lindley niegdyś. A teraz spróbuję po trochu wszyst­kiego, bo jestem dość głodny, a masz najwyraźniej wyśmie­nitego kucharza. Twój Adali miał rację, odsyłając mój kosz. Jego zawartość była dużo bardziej pospolita.

Teraz z kolei roześmiała się Jasmine. Nakładając mu je­dzenie na talerz, jednocześnie mówiła:

- Możesz zwracać się do mnie po imieniu, milordzie, je­śli masz ochotę. Jeśli chodzi o zarządzanie moimi sprawa­mi, muszę przyznać, że zajmuję się tym sama. Kiedy przy jakiejś okazji poprosiłam Rowana o radę, wszelkie de­cyzje dotyczące mojego majątku spoczęły w moich rękach. I tak musi pozostać. - Podała mu pełny talerz oraz napeł­niony winem kieliszek.

- Glenkirk przystał na to?

- Nie zgodziłabym się wyjść za niego za mąż, gdyby się nie zgodził - odpowiedziała Jasmine, nakładając sobie na talerz dwa skrzydełka kurczaka, plasterek szynki, kawa­łek chleba i trochę sera. - Czy smakuje panu wino? To dar od francuskiej gałęzi rodu, z Archambault nad Loarą. - Ze smakiem sączyła trunek.

- Masz francuskich krewnych?

- Owszem.

Umilkł, zajmując się jedzeniem. Kolejny raz pomyślał, że nie ma do czynienia z prostą kobietą. Była wykształco­na. Niezależna. Dużo podróżowała. Była też ukochaną księcia, który, gdyby żył, zostałby kolejnym królem Anglii. Miała jego syna. Była oszałamiająco bogata. Musiał jeszcze raz przemyśleć swój plan ataku. Jasmine wyraźnie nic a nic nie bała się króla, ani nie padła z zachwytu przed Piersem St. Denis, markizem Hartsfield. Jak mógł nad nią zapano­wać? Jaka groźba skłoniłaby ją do posłuchu? W jaki sposób mógłby przejąć kontrolę nad jej majątkiem? Glenkirk albo był głupcem, albo zgodził się na jej warunki, zamie­rzając położyć łapy na bogactwach Jasmine po ślubie. Po­trzebował czasu, żeby to wszystko przemyśleć.

Gdy zakończyli posiłek nie pozostało im nic więcej, jak tylko wracać do Greenwood. Trudno by mu było ją uwieść na brzegu rzeki, w obecności wioślarzy i pełnego dezapro­baty Adalego, zerkającego przez ramię. Kiedy zbliżyli się do rzeki, Jasmine kichnęła. Po chwili zaczęła pociągać no­sem. Mrużyła oczy i stała się dużo bardziej małomówna niż na początku wyprawy na piknik.

- Źle się czujesz? - zapytał nerwowo.

- Boję się, że mam febrę, milordzie - stwierdziła zmar­twiona. Kichnęła kilka razy.

- Nad rzeką jest tak wilgotno, a mamy jeszcze wiosnę. Może posiłek na świeżym powietrzu nie był najlepszym po­mysłem. Aaaaach! O Boże! - sięgnęła po chusteczkę i gło­śno wytarła nos, dygocząc przy tym wyraźnie.

- Jesteśmy już prawie z powrotem - rzekł zirytowany. Dobry Boże! Febra! A jeśli była to jedna z tych niebez­piecznych odmian? Co będzie, jeśli Jasmine umrze, a on zostanie uznany winnym? Na Boga, ależ Villiers by się śmiał z jego nieszczęścia, przez cały czas współczując kró­lowi z powodu jej przedwczesnego zgonu. I nie dostanie ani Jasmine, ani jej majątku, ani władzy, jaką by zdobył, stając się opiekunem małego księcia Lundy.

- Adali! - Piers St. Denis pochylił się do przodu i szarp­nął za jedwabną szatę Adalego.

- Słucham, milordzie? - Adali odwrócił się pospiesznie.

- Twoja pani jest chora, Adali. Każ wioślarzom mocniej wiosłować. Nie powinna przebywać dłużej w tym wilgot­nym powietrzu.

Adali zajrzał do kabiny z kamienną twarzą. - Istotnie, milordzie, moja pani wygląda na rozpaloną. To chyba fe­bra. - Odwrócił się i nakazał wioślarzom pośpiech.

Gdy dotarli do pomostu Greenwood, Adali natychmiast przejął inicjatywę. Wziął Jasmine na ręce i poniósł przez trawnik do domu. - Barka zabierze pana, gdzie tylko pan sobie zażyczy, milordzie - zawołał w stronę markiza, od­prawiając go w ten sposób.

Piers St. Denis zatrzymał się jak wryty w połowie traw­nika. Adali postawił go w nieznośnej sytuacji. W tych oko­licznościach nie mógł przecież biec za Jasmine. Miał tylko jedno wyjście. Zawrócił w stronę rzeki i wsiadł na łódź. - Whitehall - rzucił wioślarzom.

Z okna biblioteki zadowolona z siebie, chichocząca Ja­smine przyglądała się, jak odpływał. - Zaniesienie mnie z barki do domu było doskonałym pociągnięciem, Adali - pochwaliła go.

- Też tak sobie pomyślałem - odpowiedział Adali. - Jak długo zamierzasz chorować na febrę, pani?

- Myślę, że co najmniej kilka dni, zanim pozwolę marki­zowi na króciutkie odwiedziny przy moim łóżku - odpo­wiedziała Jasmine.

- Tylko nie bądź zbyt sprytna - ostrzegł Adali. - Jeśli król dojdzie do wniosku, że jego młody przyjaciel nie miał dość czasu, by się o ciebie starać, może przełożyć twój ślub z lordem Leslie. Wiem, że ani ty, ani twoja rodzina tego nie chcecie.

- Nie lubię markiza - rzekła Jasmine. - Mówiłam ci, że przypomina mi Salima, a teraz wiem dlaczego. Pamiętasz, jak mój brat mówił o wszystkim, jakby to nie ulegało wąt­pliwości? Będziesz moja. Dla Salima to nie były tylko sło­wa. To był fakt. Chciał mnie. Będzie mnie miał. Nie miał nawet cienia wątpliwości, że dostanie wszystko, czego za­pragnie. Piers St. Denis zachowuje się dokładnie tak samo. Chociaż otwarcie i wyraźnie okazuję mu swoją niechęć, chociaż zamierzam wyjść za mąż za lorda Glenkirk, markiz po prostu nie przyjmuje tego do wiadomości. Będzie mnie miał. Naprawdę w to wierzy, a to jest niezwykle irytujące, Adali! Czas, który mogłabym spędzić z Jemmiem, muszę teraz tracić na markiza. Wcale nie chcę zostawać w Londy­nie, wolałabym pojechać do domu i zobaczyć moje dzieci, z którymi od kilku tygodni nie miałam kontaktu. Chciała­bym pójść na grób mojego dziadka i pożegnać się z nim. A tymczasem muszę tu siedzieć i pozwalać, aby ten mały królewski pochlebca zalecał się do mnie. Jakub Stuart jest wścibskim, sentymentalnym starym głupcem, ale ostatni raz wtrącił się w moje życie, Adali! Mam już tego dość!

Adali widział, że jego pani bliska jest ataku złości. Wie­dział, że musi temu zapobiec, żeby niechcący nie pogorszy­ła sytuacji, w jakiej się teraz znajdowała. Gdyby dwa lata temu poślubiła lorda Glenkirka, teraz nie byłoby kłopotu.

- Czemu nie poślesz po dzieci, księżniczko? - rzucił po­mysł.

- Co? - Spojrzała zaskoczona.

- Jutro poślemy wiadomość do twojej babki z prośbą, żeby przywieziono dzieci do Londynu. Uważam, że markiz Hartsfield powinien doświadczyć uroku twojego potom­stwa. Przecież stara się też o to, żeby zostać ich opiekunem i ojczymem, prawda? - mówił Adali z błyskiem w ciemnych oczach. - Mały lord Henry i moja panienka India zrozu­mieją sytuację, gdy im wszystko wyjaśnimy. Polubią marki­za troszkę bardziej niż ty. Jeśli chodzi o lady Fortune, pój­dzie śladem starszego rodzeństwa i będzie z nich najnieznośniejsza. Wszystko to dotrze do najmłodszego, księcia Charlesa. Czując niechęć brata i sióstr do markiza, również go nie zaakceptuje, gdy St. Denis, uważając się za bardzo sprytnego, będzie się starał zbliżyć do małego, aby zyskać jego sympatię. Malcy w jego wieku mają bardzo silne sym­patie i antypatie, księżniczko.

- Świetnie - zawołała Jasmine. - I król będzie absolut­nie zachwycony, mogąc spędzić trochę czasu z wnukiem. Wypuść gołębia o świcie, Adali! - Potem klasnęła w dłonie i roześmiała się. - Nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę twarz Piersa St. Denis stojącego naprzeciwko moich po­ciech.

- Sam napiszę liścik do madame Skye - powiedział Ada­li. I uczynił to, przed brzaskiem, powoli, starannie kreśląc drobne litery na pergaminie. Nie było potrzeby poinformo­wania starszej pani o wszystkim, co się wydarzyło od po­wrotu Jasmine z Francji do Anglii. Adali uczynił to już wcześniej, bowiem zawsze utrzymywał kontakt ze Skye, gdy przebywali z dala od siebie. Wiedziała więc o nowym pomyślę króla, o irytacji Jasmine i o podróży Glenkirka do Szkocji. Teraz, korzystając z kodu, jaki ustalili pomiędzy sobą wiele lat temu, przekazał jej, że dzieci muszą pomóc swojej matce pozbyć się niechcianego zalotnika. Muszą wy­ruszyć do Londynu natychmiast po otrzymaniu tej wiado­mości. Potem wsunął mocno zwinięty kawałek pergaminu do srebrnego pojemniczka, przytroczył go do nogi gołębia z Queen's Malvern, podszedł do okna i wypuścił ptaka. Przyjrzał się, jak gołąb zawraca w stronę swojego domu, mocno trzepocząc skrzydłami w chłodnym powietrzu.

Przez kolejne trzy dni Piers St. Denis zjawiał się w Greenwood z przewiązanym wstążką bukietem, i za każdym razem był odprawiany przez Adalego. Straszliwy służący relacjono­wał, że jego pani jest jeszcze zbyt chora, by przyjmować go­ści. Nie, nie wezwano medyka. Jego pani nie wierzyła medy­kom. Może następnego dnia będzie się czuła na tyle dobrze, żeby go przyjąć. Czwartego dnia Adali powitał go szerokim uśmiechem i oświadczył, że jego pani przyjmie markiza z ra­dością, ale tylko przez chwilę. Skinął na gościa, żeby podążył za nim, po czym poprowadził go w górę po schodach, do sy­pialni Jasmine.

Idąc za Adalim, Piers St. Denis zerkał na boki, notując szereg pokojów na piętrze, gdzie jeszcze nigdy go nie wpuszczono. Za szeroko otwartymi drzwiami znajdowała się ogromna biblioteka, lecz drzwi do pozostałych po­mieszczeń były zamknięte. Greenwood nie był specjalnie dużym domem i markiz zastanawiał się, dlaczego stoi na końcu szeregu domów, należących do najbogatszych, najważniejszych ludzi w mieście. Meble były ładne, ale bez ostentacji. Mógłby nawet powiedzieć, że dom urządzony był z prostotą, gdyby nie obicia, dywany i srebra, z pewno­ścią kosztowne i w najlepszym gatunku. Gdy dotarli na drugie piętro, Adali wprowadził go przez drzwi do apar­tamentów Jasmine, przez salonik, prosto do sypialni.

- Milordzie! - Jasmine wyciągnęła do niego ręce na po­witanie. Miała rozpuszczone ciemne włosy i ubrana była w skromny szlafroczek, gładko wykończony i zapinany wy­soko pod szyją Ucieszył się, widząc że nie wyglądała na chorą.

- Dobrze się czujesz? - Ucałował obie dłonie, które mu podała, po czym, nieproszony, przysiadł na skraju łóżka.

- Jestem jeszcze osłabiona, ale gorączka i dreszcze chy­ba się już skończyły - zapewniła go Jasmine, zabierając rę­ce z jego uchwytu. — I otrzymałam wspaniałe wiadomości od mojej babki. Moje dzieci przyjeżdżają do Londynu, że­by być ze mną!

- Twoje dzieci? - Markiz Hartsfield nie sprawiał wraże­nia szczególnie zachwyconego. - Myślałem, że twoje dzieci mieszkają na wsi.

- Och, nie, milordzie! Moje dzieci zawsze mieszkały ze mną. Nie należę do matek, które pozostawiają swoje dzieci na łasce służących. Moje maluchy są na wsi, bo babcia przy­wiozła je z Francji, żebyśmy mieli trochę czasu dla siebie z Jemmiem. Teraz jednak chcę, żeby były ze mną, zwłaszcza że Jemmie wyjechał i jestem sama. Ponadto zaś, skoro usi­łujesz zostać moim mężem, powinieneś poznać moje dzieci, nie uważasz? Oczywiście także król będzie absolutnie za­chwycony, widząc mojego niezbyt królewskiego Stuarta.

Piers St. Denis nie był zachwycony. Pozbył się Jamesa Leslie, żeby mieć Jasmine dla siebie, lecz od wyjazdu lorda jeszcze mu się nie udało znaleźć z nią sam na sam. Teraz zaś przyjeżdżają jej przeklęte bachory i zajmą jej czas. Kie­dy więc będzie miał swój czas z Jasmine? Nie mógł się na to poskarżyć królowi, gdyż król w sprawach rodziny za­chowywał się niezwykle sentymentalnie. Będzie uradowany widokiem wnuka i pozostałych trzech małych bestii. Uśmiechem pokrywając rozjątrzenie, rzekł:

- Oczywiście, że powinienem poznać dzieci. Czy najstar­sza dwójka nie jest już dość duża, żeby ją oddać na wycho­wanie poza domem? Skoro mamy spędzać życie na dworze, Jasmine, musimy pomyśleć również o przyszłości dzieci.

- Nie oddam moich dzieci na wychowanie, milordzie - odpowiedziała. - Oddawanie dzieci do innej rodziny na wychowanie uważam za paskudny zwyczaj. Moje dzieci są bogate, utytułowane i mają świetne pochodzenie. Kiedy przyjdzie czas, będą uchodziły za doskonałe partie małżeń­skie, bez wysyłania ich do innych domów.

- Wydaje mi się - wtrącił Adali - że powinieneś zakoń­czyć wizytę na dziś, milordzie. Podniecenie nie jest wskaza­ne dla mojej pani, zresztą chyba zdaje pan sobie z tego sprawę. Zapraszamy jutro.

St. Denis wstał z łóżka i ukłonił się Jasmine.

- Królowa przesyła ci pozdrowienia. Będę jutro, pani. Pod koniec tygodnia mamy bal maskowy i będę ci na nim towarzyszył.

- Zobaczymy, jak będę się czuła - mruknęła Jasmine, opadając na poduszki.

- Do widzenia więc, moja ukochana.

- Do widzenia, milordzie - odparła, gdy wychodził z jej sypialni.

Ukochana? Pomyślała, że znów usłyszała echo słów Sa­rkną i wzdrygnęła się.



ROZDZIAŁ 10

- Jej wysokość, królowa - powiedział Adali, wprowadza­jąc monarchinię do pokoju dziennego Jasmine.

Jasmine szybko zerwała się z krzesła przy kominku i ni­sko dygnęła. - To zaszczyt, madame - rzekła.

- Niech ci się przyjrzę, dziecko - rzuciła królowa, gdy młoda kobieta zbliżyła się do niej. Ujęła w dłoń jej twarz i obróciła w jedną, a potem w drugą stronę. - Tak jak my­ślałam - w końcu oświadczyła królowa Anna. - Okrop­na z ciebie kłamczucha, moja droga. Teraz jednak musisz już skończyć się upierać. Nie będę w stanie ci pomóc, jeśli sama sobie nie będziesz chciała pomóc. St. Denis już za­czął jęczeć królowi, że ma za mało czasu na staranie się o ciebie. Z ledwością udało mi się powstrzymać króla przed popełnieniem jakiegoś dużego głupstwa. Obawiam się, że przez następnych parę tygodni będziesz musiała po­zwolić mu zabiegać o twoje względy.

- Jeśli tylko król... - zaczęła Jasmine.

- Wiem, wiem - uspokajała ją królowa. - Szkoda, że mój Jamie, który miał dobre zamiary, wtrącił się, gdy w końcu doszliście do porozumienia z lordem Glenkirk. Jest w tobie zakochany, wiesz przecież. Ty też go kochasz, prawda?

Jasmine kiwnęła głową.

- Usiądźmy - zaproponowała królowa i odwracając się do Adalego, dodała: - przynieś nam coś dobrego do picia, Adali.

Adali się ukłonił.

- Oczywiście, wasza wysokość.

Usiadły obie przy kominku i królowa ponownie zabrała głos.

- Zgadzamy się oboje ze Steeniem. W tej sprawie jeste­śmy twoimi sprzymierzeńcami. A teraz doszedł jeszcze je­den element. Hrabia Bartram zasugerował jego wysokości, żeby przyznał mu opiekę nad małym Charlesem Frydery­kiem Stuartem.

- Kto to jest? - zapytała Jasmine.

- To protegowany Roberta Cecila, który przez wiele lat pozostawał w służbie u króla. Rozpoczął karierę za pano­wania ostatniej królowej. Ostatnio utracił łaski mojego mę­ża, przez chciwość i zazdrość Piersa St. Denisa oraz głupo­tę hrabiny Bartram, która jest głupsza ode mnie. Hrabia Bartram najwyraźniej jest przekonany, że jeśli uda mu się skłonić monarchę do powierzenia mu opieki nad królew­skim wnukiem, odzyska łaski na dworze. Oczywiście, Jamie absolutnie nie ma zamiaru zrobić czegoś takiego, ale wiesz, jakie ma miękkie serce. Nie potrafi odmówić wprost lordo­wi Stokesowi. Chociaż nie zamierza przywrócić go do łask, a nawet chce całkowicie zrezygnować z jego usług, gdyż Bartram ma purytańskie skłonności, to jednak nie potrafi zapomnieć wielu lat jego wiernej służby Koronie. Szuka więc delikatnego sposobu odesłania go na emeryturę. W międzyczasie pomyśleliśmy ze Steeniem, że możemy wykorzystać sytuację, wmawiając St. Denisowi, iż król po­ważnie rozważa przekazanie lordowi Stokesowi opieki nad twoim synem. Naturalnie, markiz będzie próbował do­wiedzieć się od króla, czy jest to prawda, ale Jamie będzie zwlekał, dopóki nie podejmie decyzji, jak delikatnie po­zbyć się hrabiego Bartrama. To zaś zagmatwa całą sytuację. St. Denis nie będzie miał tyle czasu na umizgi, co uwolni cię od jego towarzystwa. Będzie też rozpaczliwie usiłował zadecydować, co przyniesie mu więcej korzyści, bogata żo­na czy potężne koneksje. - W pokoju rozległ się perlisty śmiech królowej, która z wdzięcznością przyjęła od Adalego kielich wina. Sącząc trunek, oświadczyła: - Masz najlepszą piwnicę w Londynie, moja droga Jasmine! No i co my­ślisz o naszej małej intrydze?

Jasmine nie była pewna, co sądzić o planach królowej. Nie odzywała się przez dłuższą chwilę. W końcu powie­działa:

- Boję się, że oboje z George'em Williersem nie doce­niacie markiza. W pewnych okolicznościach może być nie­bezpieczny. Chwilowo walczył z Jamesem Leslie i udało mu się go pozbyć z Londynu. Ale jeśli uwierzy, że ktoś in­ny mógłby sięgnąć po opiekę nad moim synem... - Jasmine znów zamilkła i zaczęła bębnić palcami o poręcz krzesła.

- St. Denis niebezpieczny? - Królowa znów głośno się roześmiała. - O nie, moja droga. Piers St. Denis jest pro­stym, ambitnym młodym człowiekiem, starającym się usta­wić w życiu, bardzo podobnie jak nasz Steenie. W końcu wybierzesz Glenkirka, jemu zaś damy jakąś młodą pannę z dobrego rodu oraz królewskie błogosławieństwo. Wróci wówczas do swoich włości i już nigdy więcej o nim nie usły­szymy.

- Wspominał mi, pani, że po ślubie pozostanie na dwo­rze - rzekła Jasmine. - Wydaje mi się, że ocena waszej kró­lewskiej wysokości jest słuszna jedynie w kwestii ambicji markiza. To człowiek, który pragnie władzy bardziej niż czegokolwiek innego na świecie.

- Naprawdę? Bardzo ciekawe - odparła z roztargnie­niem królowa. Powiedziała już wszystko, co miała powie­dzieć, i teraz, mając pustą głowę, jakoś nie mogła się skon­centrować. Z niepokojem spojrzała na Jasmine. - Ale bę­dziesz z nami współpracować, moja droga, prawda? Przez krótki czas pozachęcasz troszkę St. Denisa? Razem uda nam się go zwieść.

- Naturalnie, że będę współpracować, jeśli tylko sprawi to waszej wysokości przyjemność. Sama pragnę tylko jed­nego: zostać żoną Jamesa Leslie - odpowiedziała Jasmine.

- To dobrze! - Królowa wypiła resztkę wina i wstając, rzekła: - Muszę już iść, moja droga. Cieszę się, że tak do­brze wyglądasz i, oczywiście, oczekuję cię na moim balu maskowym w sobotę wieczorem, w Whitehall.

- Madame. - Jasmine również się podniosła. - Za kilka dni moje dzieci przyjadą tutaj z Queen's Malvern. Pomy­ślałam, że zapoznanie St. Denisa z moją małą gromadką buntowników będzie świetnym sposobem na zaskoczenie markiza.

- Doskonały pomysł. - Królowa zachichotała. - Podej­rzewam, że St. Denis nie będzie szczęśliwy z rywalizacji z twoim potomstwem.

- Owszem - uśmiechnęła się Jasmine. - Zdążył już zasu­gerować, że India i Henry są na tyle dorośli, że można ich wysłać z domu na wychowanie. Wyjaśniłam mu, że nigdy nie oddam moich dzieci na wychowanie obcym.

- Co za potwór! - zawołała królowa. - Oczywiście, że nie! Przecież znasz mój stosunek do wychowywania dzieci pozarodzinnym domem. Miałaś zupełną rację, mówiąc mu „nie". - Po czym królowa Anna ucałowała Jasmine w po­liczki i opuściła Greenwood House, żeby wrócić do pałacu.

Następnym gościem Jasmine był St. Denis, który kolejny raz pojawił się z bukietem kwiatów. Zachowała się tak, jak od niej oczekiwano. Zanurzyła nos w kolorowe kwiaty i za­częła się zachwycać ich cudownym zapachem, przez cały czas myśląc sobie, że markizowi brakuje wyobraźni. Zawsze przynosił tylko kwiaty, co oznaczało, że albo był bez grosza, albo skąpy. Podejrzewała, że oba powody były prawdziwe.

- Odwiedziła mnie królowa - rzekła wesoło. - Przyszła, żeby zobaczyć, jak się czuję i zaprosić mnie na sobotni bal maskowy. Czy będziesz mi towarzyszył, milordzie? - Obda­rzyła go uśmiechem.

- Jak się przebierzesz? - zapytał podniecony. - Oczywi­ście nasze kostiumy muszą pasować do siebie!

- Nie mogę zorganizować porządnego kostiumu w tak krótkim czasie, milordzie - powiedziała Jasmine. - Założę po prostu piękną suknię z ciemnoniebieskiego jedwabiu, natomiast panu pozostawiam wybór maski dla mnie. Chciałabym mieć najpiękniejszą. Musimy przyćmić wszyst­kich, prawda, milordzie? - Uśmiechnęła się ponownie.

Ledwo mógł uwierzyć w to, co słyszy. Jasmine nie była niechętna, a nawet prosiła go o przysługę.

- Będziesz miała najpiękniejszą maskę w Londynie - obiecał. A kiedy ją pożegnał i wrócił do domu, rzekł do brata: - Chyba jej nienawiść do mnie zaczyna słabnąć, Kipp. Dzisiaj była taka spolegliwa. Wcześniej odwiedziła ją królowa, może więc to ona poradziła Jasmine, aby poważ­nie zastanowiła się nad moją kandydaturą. Sądziłem, że królowa jest sojuszniczką Williersa, ale może się myliłem. Kto robi najlepsze maski w Londynie?

- Człowiek o nazwisku Barrow, koło St. James - odpo­wiedział Kipp.

- Musisz pójść do niego i zamówić dwie najwspanialsze kreacje. Mają być gotowe na sobotni bal w pałacu królew­skim.

- Będą potwornie drogie, zwłaszcza że rzemieślnik bę­dzie miał bardzo mało czasu na ich przygotowanie - ostrzegł Kipp.

- Nie odmówi faworytowi króla - stwierdził Piers St. Denis z dużą pewnością siebie. - A ponadto, gdy poślubię Jasmine Lindley, będę najbogatszym człowiekiem w Anglii - podsumował z uśmiechem.

- Jeśli ją poślubisz - zauważył Kipp.

- Ożenię się z nią! A podczas nocy poślubnej ty i ja uka­rzemy ją za jej arogancję, co, Kipp?

- Jak?

- Przykujemy ją do pręgierza z rozszerzonymi nogami. Potem złoję jej pupę pasem, aż stanie się różowa i błyszczą­ca. Jestem pewny, że będzie głośno płakała. A kiedy będę ją chłostał, ty pobawisz się jej pięknymi piersiami, żeby znalazła się pomiędzy bólem i przyjemnością, co powinno jej się szybko spodobać. A gdy uznam, że jest gotowa, po­siądę ją, nadal zgiętą pod pręgierzem.

- Podzielisz się nią ze mną, Piers, jak to zawsze robiłeś z innymi kobietami? - zapytał brat.

- Nie w pełni, przynajmniej na początku, dopóki się nią nie znudzę. Ale pozwolę ci skończyć w jej ustach, Kipp. Wspólnie nauczymy tę dumną ślicznotkę, kto jest panem. A potem, po roku czy dwóch, kiedy będzie już dobrze wy­szkolona i posłuszna, pozwolimy jej zakosztować tej samej sztuki dominacji, którą sami praktykujemy. Pomyśl o tym, Kipp! We trójkę będziemy wciągać piękne i młode dziewi­ce i przystojnych młodzieńców w sieć zakazanej miłości. Będzie cudownie!

- Powinienem był się domyślić, że wszystko już zaplano­wałeś - z podziwem rzekł brat.

- Idź zamówić maski. I powiedz temu Barrowowi, że do­stanie ekstra zapłatę za swoje trudy. Ale chcę dostać naj­piękniejsze maski!

- Oczywiście - odpowiedział Kipp i pospieszył wykonać polecenie brata.

Suknia Jasmine na bal u królowej była wspaniałą kre­acją. Uszyta z granatowego jedwabiu, sięgała do kostek, zaś spodnia halka haftowana była srebrną nicią w spiralne wzory i wyszywana drobnymi, błyszczącymi niebieskimi ka­mieniami. Suknia miała głęboki dekolt w karo z wykłada­nym kołnierzem z delikatnej, srebrnej koronki. W rozcię­ciach rękawów błyszczał srebrzysty materiał, a srebrne, ko­ronkowe mankiety podkreślały delikatność jej nadgarst­ków. Buty wykonane były również z granatowego jedwabiu i ozdobione srebrnymi różyczkami. Włosy upięła w ele­gancki kok, a przewiązany srebrną wstążką pojedynczy lo­czek opadał jej nad lewym uchem. W uszach miała szafiry. Także szafiry otaczały jej szyję.

Na jej widok markiz Hartsfield oniemiał z zachwytu. Nie mógł oderwać oczu zwłaszcza od naszyjnika. Bez słowa wręczył jej maskę, cudowny srebrno - złoty wyrób, przy­ozdobiony białymi piórami.

- Nazywają się Gwiazdy Kaszmiru - powiedziała Ja­smine, przykładając dłoń do szyi. - Dał mi je mój pierw­szy mąż, książę Dżamal. Jezioro, nad którym się wycho­wywałam i na którego brzegu znajdował się nasz pałac, miało dokładnie ten sam odcień błękitu. Jeszcze jeden kamień został wydobyty na Cejlonie razem z moimi. Był to olbrzymi szafir w kształcie łzy, zwany Błękitem Wularu, dla upamiętnienia tego samego jeziora. Daliśmy go mojemu ojcu podczas uroczystości pięćdziesięciolecia pa­nowania. - Wyciągnęła drugą rękę i wzięła od markiza maskę. - Jest śliczna, milordzie, i doskonale pasuje do mojej sukni, prawda?

Skinął głową ze ściśniętym gardłem. Rozpaczliwie szu­kał w myślach, co mądrego może powiedzieć, czym zyskał­by jej uznanie.

- Jesteś najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek wi­działem - udało mu się w końcu wykrztusić. Jednocześnie uświadomił sobie, jak banalną uwagę właśnie wygłosił. Wiedziała, że jest piękna i z pewnością mówiono jej już to setki razy.

- Bardzo pan uprzejmy, milordzie - odpowiedziała z wdzięcznością i dodała: - Jeśli pan pozwoli, weźmiemy moją łódź. Jest wygodniejsza.

- Naturalnie - zgodził się, niemal tonąc w jej uśmiechu. Tak właśnie to sobie wyobrażał. Jasmine z tymi swoimi niebieskoczarnymi włosami, jasnozłocistą skórą i turkusowy­mi oczami. I on, płowowłosy, o jasnej cerze i niebieskich oczach. Razem byli doskonali! Jego strój z kremowego je­dwabiu, wyszywanego srebrem i złotem stanowił idealną oprawę dla jej srebrno - granatowej sukni. Sprawiali wraże­nie, że są sobie przeznaczeni. I tak było! Wziął ją pod rękę i ruszył za nieustannie obecnym Adalim w dół, na pomost, przy którym czekała barka. O dziwo, towarzystwo służące­go już mu nie przeszkadzało. Odziany w białe szaty Adali, w białym turbanie na głowie, nadawał im specyficzny rys, jakiego nie miał nikt inny na dworze.

Whitehall był skąpany w świetle. Dołączyli do tłumu in­nych dworzan, wchodzących do sali, gdzie siedziały ich wy­sokości. Królowa, jak zwykle zbytnio wystrojona, z wdzię­kiem pełniła honory gospodyni. Ponury król rozsiadł się na tronie. Nie znosił wydawanych przez żonę przyjęć. Za­mierzał pozostać tu przez krótki czas, a potem zniknąć z kilkoma przyjaciółmi, żeby napić się whisky i zagrać w ko­ści. Ale na widok Jasmine wspartej na ramieniu marki­za Hartsfielda na jego smutnej twarzy pojawił się uśmiech. Skinieniem ręki przywołał ich do siebie, przed tron. Oboje pokłonili się, a gdy Jasmine się wyprostowała, ujrzała księ­cia Charlesa stojącego obok ojca.

- Ach, Piers, wreszcie przyprowadziłeś lady Lindley - zawołał z ożywieniem król. - To prawdziwa piękność, prawda?

- Prawda, wasza miłość - odpowiedział markiz. - Jestem wdzięczny waszej królewskiej mości za stworzenie mi tej możliwości. - Następnie St. Denis skłonił się przed królo­wą i kiwnął głową księciu.

Jasmine uśmiechnęła się do księcia Charlesa. Był to młody, ale pełen godności chłopiec, który do czasu śmierci brata trzymał się jakby w jego cieniu.

- Milordzie - odezwała się - jakże miło cię znów wi­dzieć. - I ukłoniła się nisko.

Lekki uśmiech pojawił się na twarzy Charlesa Stuarta. Nie należał do młodzieńców okazujących uczucia, ale z czułością wspominał kochankę starszego brata. To Jasmi­ne nauczyła go, jak dyskutować z błyskotliwym starszym bratem, jak wygrywać spory, ku radości Henry'ego, który kochał swojego młodszego braciszka. Jednak młody Char­les uwierzył w to dopiero wówczas, gdy Jasmine wyjaśniła mu skomplikowany charakter Hala. Następca tronu miał piętnaście lat i chociaż na królewskim dworze uważany był za skromnego, dość zwykłego młodzieńca, bardzo lubił muzykę i teatr, tak jak jego matka.

- Cie - cieszę się, ż - że cię widzę, madame - powitał Jasmine. Książę, który był nieśmiały, czasami się jąkał.

- Dziękuję, wasza wysokość - odpowiedziała Jasmine, pięknie dygając. Potem dodała: - Za kilka dni przybędzie tu twój imiennik. Czy mogę przyprowadzić księcia Lundy, żeby odwiedził swojego wujka?

- O t - tak, madame - rzekł młody człowiek. - Nie spotka­łem go, gdy ostatnio przywiozła go tutaj twoja babka. Nie widziałem go od czasu, gdy był niemowlakiem.

- Jest podobny do swojego ojca - rzekła z uśmiechem.

- Lubię dzieci - odpowiedział książę. - P - pewnego dnia bę - będę miał d - dużą rodzinę.

- Musisz wybrać właściwą żonę.

- Zwróciłem uwagę na infantkę hiszpańską - wtrącił król.

- Lepsza byłaby francuska księżniczka - mruknęła kró­lowa. - Moja droga Jasmine, chodź tutaj i usiądź koło mnie na stopniu, żeby obejrzeć spektakl. St. Denis, możesz sta­nąć za mną.

Bal odbywał się dla uczczenia wiosny i zbliżającego się lata. Przedstawienie nie było tak ciekawe, jak na balu, w którym parę lat wcześniej brali udział Jasmine i książę Henry. Teraz było więcej muzyki i tańca, ale mniej fabuły, chociaż kostiumy jak zwykle były śliczne. Pomyślała, że czasy się zmieniają i że się zestarzała. Po przedstawieniu rozpoczynały się tańce. Markiz Hartsfield zamierzał już poprowadzić Jasmine na parkiet, gdy książę Charles wysu­nął się przed niego.

- Chyba pierwszy taniec należy do mnie, milordzie - rzekł młody człowiek. Ani razu się nie zająknął.

- Oczywiście, wasza wysokość - odpowiedział Piers St. Denis, odsuwając się i kłaniając księciu.

Charles Stuart wziął Jasmine za rękę i zaczęli tańczyć uroczysty narodowy taniec angielski.

- Chyba nie zamierzasz wyjść za nie - niego za mąż, ma - madame? - zapytał książę.

- Nie mam najmniejszego zamiaru tego zrobić - odpo­wiedziała Jasmine. - Twój ojciec strasznie nalega, więc mu­szę udawać, że pozwalam markizowi zabiegać o moje względy, ale nie cierpię St. Denisa, wasza wysokość. Ko­cham Glenkirka.

- Cz - cz - czemu więc uciekłaś?

- Jestem dzieckiem króla, podobnie jak wasza wysokość, i nie lubię, żeby mi mówiono, co mam robić. A wówczas opłakiwałam jeszcze Hala. Nie byłam gotowa ponownie wychodzić za mąż. Nie tak szybko. Ale teraz jest inaczej. James Leslie kochał mnie zanim jeszcze poślubiłam moje­go ukochanego Rowana Lindleya. Kocha mnie teraz i ja go pokochałam. Spróbuj pokochać dziewczynę, którą w koń­cu poślubisz, wasza wysokość. Poczucie, że jest się kocha­ną, jest bardzo ważne dla kobiety. - Nachyliła się, podnio­sła spódnice i zrobiła trzy taneczne kroki.

Podniósł ją lekko, okręcił dookoła, po czym z powrotem postawił na podłodze, gdzie wykonali eleganckie, precyzyj­ne końcowe kroki tańca. - Ni - nie lubię St. Denisa. Jest w nim coś ni - niezdrowego. Jeszcze bardziej nie lubię Vi - vi - liersa. Odbiera mi zainteresowanie ojca Gdybym jednak miał wy - wybierać, chyba wo - wolałbym Villiersa Jest za­chłanny, ale ni - nieszkodliwy.

- Zgadzam się, wasza wysokość. Jesteś bardzo mądrym młodzieńcem - pochwaliła go, po czym dygnęła na zakoń­czenie tańca.

Odprowadził ją do St. Denisa i krótko kiwnął głową markizowi. Piers St. Denis z trudem hamował podniecenie. Rodzina królewska traktowała Jasmine, jakby była jedną z nich! A więc nie tylko dziecko, ale również jego matka za­pewni mu władzę. Z szerokim uśmiechem poprowadził ją na parkiet, do następnego tańca.

Jasmine pomyślała, że markiz jest doskonałym tance­rzem. To sprawiło, że wieczór okazał się znacznie przyjem­niejszy, niż oczekiwała. Po pewnym czasie zaproponował przerwę. Przyniósł schłodzone wino i zaprowadził ją do wnęki okiennej z siedziskami, gdzie mogli przysiąść i odpocząć.

- Król i jego rodzina bardzo cię poważają - rzekł z uzna­niem. - Dzięki swoim doskonałym koneksjom z czasem zdobędziesz pewną władzę na dworze.

- Po ślubie z Glenkirkiem nie zostanę na dworze - po­wiedziała.

- Czemu się upierasz przy tej mrzonce, że wyjdziesz za mąż za lorda Glenkirka? - zapytał rozgniewany. - To mnie poślubisz, Jasmine. I zwiążemy nasze życie z dworem.

- Milordzie - odrzekła cierpliwie - świetnie wiesz, że wybór należy do mnie. Dzisiejszy wieczór jest spełnieniem twojej wizji, nie mojej!

- Mogę bez końca odwlekać twój ślub, Jasmine. Król zrobi to, o co go poproszę. Mogę przekonać go, żeby zmie­nił zdanie i oddał cię mnie - zagroził markiz.

Roześmiała się. Mogła się jedynie roześmiać. Bo gdyby nie wybuch śmiechu, zaczęłaby wrzeszczeć. - Król ma słabość na punkcie swoich faworytów, milordzie, ale nigdy nie cofnie danego publicznie słowa - stwierdziła bezstronnie.

W odpowiedzi markiz przycisnął ją do kamiennego pa­rapetu i wycisnął ognisty pocałunek. Jedna jego ręka powę­drowała ku głębokiemu wycięciu sukni, aby pochwycić jej pierś i mocno uścisnąć. Wargami rozgniatał jej usta. Wdzierał się językiem w głąb jej ust.

Wzięta przez zaskoczenie Jasmine walczyła, żeby zacho­wać spokój i nie wpaść w panikę. Jego pocałunek był odra­żający. Krztusiła się jego językiem. Ręka gmerająca wokół jej piersi była obrzydliwa i zadawała jej ból. Ugryzła go w język, równocześnie odpychając od siebie, po czym moc­no uderzyła w twarz.

- Jak śmiesz mnie dotykać! - wysyczała z wściekłością.

Ponownie usiłował ją przygwoździć do okna, ale Jasmi­ne, tym razem przygotowana na jego atak, mocno kopnęła go kolanem w krocze. Słysząc okrzyk bólu i zaskoczenia, odepchnęła go na bok, żeby uciec z wnęki pod oknem. Ale markiz złapał ją za spódnicę przy sukni i zatrzymał na miej­scu, uniemożliwiając ucieczkę.

- Będziesz moja! - na wpół wycharczał, czując jak na skutek bólu, który mu zadała w intymne miejsce, ogar­niają go mdłości.

- Proszę puścić moją suknię, milordzie - wycedziła przez zęby. - Co mam zrobić, żeby cię skłonić do zaprze­stania umizgów? Czy mam cię zabić, milordzie? Jak wiesz, jestem do tego zdolna. Osobiście powiesiłam mordercę Rowana Lindleya w godzinie śmierci mojego męża. - Ja­smine stawała się coraz bardziej zagniewana. - Odstrę­czasz mnie, milordzie. Wołałabym poderżnąć ci gardło niż patrzeć na ciebie! Dłużej się już w to nie bawię! Nigdy cię nie poślubię, markizie St. Denis, bez względu na okolicz­ności! - Zdecydowanym ruchem ręki wyrwała mu się i szybko przebiegła przez salę.

Gdy dotarła do miejsca, gdzie siedziała rodzina królew­ska, dygnęła głęboko przed królem. - Panie! - spokojnym, lecz zdecydowanym głosem zwróciła się do Jakuba Stuarta.

- Tak, dziewczyno, o co chodzi? - zapytał.

- Panie, błagam, nie zmuszaj mnie do poślubienia mar­kiza Hartsfielda - zawołała, teatralnym ruchem padając na kolana.

- Nie, nie, dziewczyno, powiedziałem przecież, że wybór należy do ciebie - odpowiedział król, autentycznie zanie­pokojony jej gwałtownym wybuchem.

- Proszę cię więc, zaakceptuj moją decyzję w tej sprawie. Wasza wysokość miał całkowitą rację dwa lata temu wybie­rając mi na męża Jamesa Leslie. Potrzebny mi mężczyzna, którego będę szanować. Darzę szacunkiem lorda Leslie. Potrzebuję mężczyzny, którego będę mogła kochać i który mnie będzie kochał. Tym człowiekiem jest lord Leslie. Ślu­bowałam mu przed Bogiem Wszechmogącym. W tej sytu­acji konieczność znoszenia uścisków innego mężczyzny, który pragnie mnie pojąć za żonę sprawia, że czuję, jakbym była nieuczciwa. Proszę, błagam waszą wysokość, żebyś za­akceptował moją decyzję w tej sprawie! Nie wyjdę za mąż za żadnego innego mężczyznę, tylko za Jamesa Leslie, lor­da Glenkirk! Wiem, jak wasza wysokość ceni przyjaźń mar­kiza Hartsfielda. Dlatego właśnie proszę, żebyś mu wybrał, panie, inną, odpowiednią żonę. Jeśli go kochasz, a wiem, że tak jest, znajdź mu godną żonę, która doceni życzliwość waszej wysokości i samego markiza Hartsfield. Niestety, nie jestem tą kobietą. Powiedziałeś, że mogę sama wybrać męża. Nie potrafię już jaśniej powiedzieć, że wybrałam Ja­mesa Leslie.

- Na Boga! - mruknął George Villiers do królowej - po­stawiła wszystko na jedną kartę! Co za styl!

Król siedział osłupiały i nie wiedział, co ma zrobić. Obiecał Jasmine prawo wyboru. Przyrzekł St. Denisowi stworzenie okazji, by mógł się do niej zalecać. Ale oto ta wiecznie przysparzająca kłopotów dziewczyna znów odma­wiała współpracy. W tak publiczny sposób i bez ogródek okazała, że nie chce tego słodkiego chłopca, St. Denisa, iż naprawdę nie mógł dłużej zmuszać jej do akceptowania za­lotów markiza.

- Tato - szepnął mu do ucha młody Charles Stuart. Król wzdrygnął się. - Tak, synu, o co chodzi?

- Chociaż lady Lindley podjęła decyzję wcześniej, niż byś sobie tego życzył, wydaje mi się, że od początku wie­działeś, iż w końcu wybierze Glenkirka. Jeśli markiz myślał inaczej, to jest głupcem, bo on również w głębi serca na pewno przeczuwał decyzję Jasmine. Ojcze, bądź łaska­wy i wielkoduszny, tak jak tylko ty potrafisz. Lubię lady Lindley, a Hal bardzo ją kochał. Chciałby, żebyś dał jej swoje błogosławieństwo, wiem zaś, że lubił Glenkirka.

- Chłopiec ma rację - wtrąciła łagodnym głosem królowa.

- Tak, panie, jak na tak młody wiek chłopiec wykazuje wie­le mądrości - powiedział Villiers, ignorując wściekłe spojrze­nie, jakim obrzucił go książę, dając jasno do zrozumienia, iż nie potrzebuje i nie chce pomocy George'a Williersa Villiers siłą powstrzymał uśmiech, jaki cisnął mu się na usta. Wie­dział, że książę Charles był o niego zazdrosny, był jednak przekonany, iż w końcu uda mu się pozyskać sympatię mło­dego człowieka Jakub Stuart powoli zbliżał się do kresu swo­jego życia i następnym władcą Anglii będzie Charles Stuart. A gdy młodzieniec zasiądzie na tronie, George Villiers chciał się znajdować w gronie jego popleczników.

Król wysłuchał wszystkich opinii. Spojrzał na Jasmine, na jej granatową suknię, rozpostartą wokół jej klęczącej postaci, na pochyloną przed nim, ciemną głowę. Pomyślał, że to wyjątkowo kłopotliwa dziewczyna, ale że jego syn ma rację. Henry Stuart uwielbiał ją. Chciałby, żeby była szczę­śliwa, skoro więc Glenkirk był mężczyzną, który może ją uszczęśliwić, to niech tak będzie.

- Dobrze, lady Lindley - zaczął. - Niech będzie Glen­kirk i niech Bóg ma w opiece tego biedaka, który pojmie za żonę taką upartą kobietę, jak ty. Mam nadzieję, że wie, co dostaje. Ale do czasu jego powrotu ze Szkocji nie mo­żesz opuścić dworu. Chcę ponownie ujrzeć mojego wnuka, zanim oboje wyruszycie na północ. - Jakub Stuart wycią­gnął dłoń, którą Jasmine ucałowała z wdzięcznością.

- Dziękuję, wasza wysokość - powiedziała. - Dziękuję!

- Na miłość boską, Steenie, podnieś ją i zatańcz z nią. To rozkaz monarchy, więc lady Manners nie będzie się gnie­wać. Mam dość jak na jeden wieczór i idę spać.

- Ale najjaśniejszy panie! - odzyskał głos markiz Hartsfield. Stał przed królem, istny obraz nieszczęścia.

- Nie martw się, Piers - powiedział król. - Znajdziemy ci inną miłą dziewczynę z dużym posagiem.

- Ale ja chcę lady Lindley, panie!

- Nie możesz jej dostać, Piers. A teraz przestań jęczeć, chłopcze, i zaufaj staremu królowi, że wszystko będzie do­brze. - Podniósł się. - Chodź i pomóż mi się położyć, Piers. Jestem wyczerpany tym całym zamieszaniem. - Oparł się ciężko na ramieniu młodszego mężczyzny.

- Pójdę z wami - rzekła królowa, wstając pospiesznie i obdarzając markiza pełnym fałszywego współczucia uśmiechem.

- Nie mam ochoty na kolejny taniec, Steenie - oświad­czyła Jasmine. - Odprowadź mnie do mojej łodzi. Czeka tam na mnie mój służący. - Przyjęła jego ramię i ruszyli przez zatłoczoną salę. Ludzie rozstępowali się przed nimi, za nimi zaś rozległy się szepty.

- Świetnie, moja droga - rzekł Williers krztusząc się ze śmiechu, gdy w końcu wydostali się z sali. - Dziś wieczór wywołałaś cudowny skandal. Na Boga, co cię do tego skło­niło? To było bardzo niebezpieczne zagranie i mogło się obrócić przeciwko tobie.

- Trzeba zacząć od tego, że nie lubię St. Denisa - Jasmi­ne zaczęła wyjaśniać młodemu faworytowi króla - on zaś usiłował się ze mną kochać, co uznałam za bardzo nieprzy­jemne. Zrozumiałam, że już ani chwili dłużej nie mogę udawać. Muszę trzymać St. Denisa w przyzwoitej odległo­ści od siebie. W końcu król powiedział, że wybór należy do mnie.

- I bardzo słusznie - stwierdził Villiers. - Piers St. Denis sprawia wrażenie absolutnie tobą opętanego, pani. Podej­rzewam, że gdyby król wyraźnie nie powiedział, że decyzja należy do ciebie i tylko do ciebie, markiz gotów byłby nie­mal na wszystko, żeby cię zdobyć.

- Dziękuję za pomoc, Steenie - powiedziała Jasmine, gdy dotarli na brzeg i jej barka zaczęła szybko podpływać do królewskiego pomostu. - Ani ja, ani moja rodzina nigdy nie zapominamy o przyjaciołach i zawsze pamiętamy o tych, którzy wyświadczyli nam prawdziwą przysługę. - Oparła się na wyciągniętej ręce Adalego i wsiadła na łódź.

- Pospieszaj do króla, do królewskiej sypialni, żeby pa­skudny St. Denis cię nie prześcignął.

- St. Denis mi nie zagraża, dopóki jest tam królowa - od­parł z uśmiechem Villiers. Ucałował jej dłoń. - Dobranoc, lady Lindley. To było wspaniałe posunięcie, cudownie zagra­ne. Jestem pełen podziwu. Twoja suknia, malowniczo rozpo­starta wokół ciebie na podłodze, była ukoronowaniem tej sztuki. - Odwrócił się i odszedł, śmiejąc się pod nosem.

Jasmine roześmiała się i siadła w łodzi, patrząc na odda­lającego się Villiersa. Jak wcześniej zauważyła, był to bar­dzo mądry młody człowiek. Nic nie umykało jego uwadze.

- Adali, wreszcie uwolniliśmy się od markiza Hartsfielda - powiedziała. Po czym zaczęła relacjonować służącemu szczegóły wydarzeń, nieświadoma faktu, że Adali był na sa­li i widział ją błagającą króla.

- Czy będziemy więc mogli wrócić do Queen's Malvern, milady? - zapytał Adali, nakrywając jej ramiona peleryną, aby uchronić ją przed nocnym chłodem nad rzeką.

- Król prosił, żebym pozostała w Londynie do powrotu Jemmie'ego, żeby mógł ponownie zobaczyć księcia Lundy - odparła.

- Jeśli pozwolisz, pani, wynajmę dodatkowych zbroj­nych, żeby strzegli Greenwood i pilnowali domu. Markiz Hartsfield nie sprawił na mnie wrażenia człowieka, który umie przegrywać. Publicznie go odtrąciłaś. O ile się nie mylę, będzie szukał zemsty.

- To tylko parę tygodni, Adali, a potem pojedziemy do domu - zapewniła go Jasmine. - Ale oczywiście ostroż­ność nie zaszkodzi. Wynajmij dodatkowych ludzi do pilno­wania domu i posiadłości.

- Za parę tygodni ona wyjedzie, panie - mówił w tym sa­mym czasie Piers St. Denis do króla. - Błagam, zmień swo­ją decyzję i daj ją mnie!

- Nie, Piers kochany, dałem publicznie słowo i nie mo­gę go cofnąć, zresztą i tak bym chyba tego nie zrobił. Lady Lindley jest dla ciebie zbyt wyrafinowana. Zostaw ją Glenkirkowi. Tak będzie lepiej.

Markiz Hartsfield gniewnie wydął usta i odwrócił przy­stojną twarz od króla, jednocześnie demonstrując swój bunt i złe maniery.

- Znajdziemy ci śliczną młodą żonę z pokaźną fortuną - obiecała mu królowa. - Na pewno wynagrodzi to twoje roz­czarowanie.

- Nie! - gwałtownie zawołał St. Denis. - Jeśli chcesz mnie uszczęśliwić, panie, a nie możesz mi dać Jasmine Lindley, powierz mi opiekę nad księciem Lundy. Wtedy będę wie­dział, że nie utraciłem twoich względów. Nie wiąż mnie z ja­kąś niewinną młódką i nie odsyłaj, błagam cię, panie! - Po­chwycił dłoń króla i zaczął ją gorąco całować.

- Co? Ty też chcesz prawa do opieki nad moim wnu­kiem? - zapytał król.

- Też? - powtórzył Piers St. Denis.

- Owszem. Jesteś drugim człowiekiem, który mnie o to prosi. Któregoś dnia odwiedził mnie hrabia Bartram w tej samej sprawie, Piers.

- Na pewno nie oddałbyś chłopca temu człowiekowi, pa­nie. - Piers St. Denis poczuł, że jego złość słabnie, a cen­tralne miejsce zajmuje podrażniona ambicja.

- Dobrze mi służył - zauważył król - byłby to więc dla niego miły prezent pożegnalny. Oczywiście, jeśli bym się zdecydował na odebranie mojego wnuka spod opieki mat­ce, a tego jeszcze nie zrobiłem, mój słodki chłopcze. Nie martw się. Dam ci coś bardzo ładnego, żeby ci wynagrodzić stratę.

- A co stracił St. Denis, panie? - zapytał George Villiers, wchodząc do sypialni króla.

- Lady Lindley - odpowiedział monarcha.

- Ależ wasza wysokość, przecież on jej nigdy nie miał - zaśmiał się Villiers. - To był przypadek nędznego kota, ga­piącego się na królową piękności.

Król parsknął śmiechem. Nie mógł się powstrzymać. Królowa także okazała się bezsilna i zachichotała, wpra­wiając markiza w zakłopotanie.

- Jesteś niegrzecznym chłopcem, Steenie, gdy tak draż­nisz się z biednym Piersem - skarcił go król bez zbytniego przekonania. - Cierpi po dużej stracie.

- Owszem, po stracie ogromnej fortuny lady Lindley - kpił dalej Villiers ze swojego rywala, śmiejąc się bezczelnie.

Ręka markiza Hartsfielda sięgnęła po miecz, ale cofnęła się szybko. Pojedynek w obecności króla zakrawał na obrazę.

- Obudziło się we mnie wielkie uczucie do ślicznej Jasmine - rzekł sztywno.

- I jeszcze większy pociąg do jej klejnotów, gotów jestem się założyć - odparował Villiers. - Gdy tańczyłeś z nią dziś wieczorem, nie patrzyłeś na nią, lecz na ten niezwykły na­szyjnik z szafirami, który miała na sobie.

- Nie odważyłbyś się przemawiać do mnie w ten sposób, gdyby nie obecność króla - parsknął markiz. - Wiesz bo­wiem dobrze, że walczyłbym o swój honor, na który usiłu­jesz rzucić cień, Villiers.

- Chodźmy więc na dwór, milordzie - prowokował go George Villiers. - Z przyjemnością stoczę z tobą pojedynek.

Król wyglądał na autentycznie zaniepokojonego, a kró­lowa była przerażona.

- Nie zamierzam brudzić sobie rąk takim jak ty, Villiers. Markiz Hartsfield nie pojedynkuje się z człowiekiem z gmi­nu. - Ukłonił się królowi. - Jeśli wasza wysokość pozwoli, oddalę się teraz.

- Tak, idź do domu i uspokój swe nerwy, mój drogi Piers - rzekł król. - Zastanowię się nad tym, o co mnie prosiłeś.

Lokaje królewscy przygotowali monarchę do snu, a kie­dy opuścili komnatę, królowa podeszła i przysiadła na brzegu łóżka.

- Chyba nie dasz małego Charlesa Stuarta Stokesowi al­bo St. Denisowi, prawda, Jamie? Powinien zostać przy matce.

- Owszem, wiem o tym, Annie - odpowiedział król. - Czyż nie nazywają mnie najmądrzejszym głupcem w całym chrześcijańskim świecie?

- Czemu więc nie powiedziałeś tego St. Denisowi? - za­pytała.

- Och, Annie, tylko by głośniej narzekał i nalegał na mnie. Miałaś rację. Nie powinienem był dawać mu okazji do zabiegania o lady Lindley, zwłaszcza kiedy zgodziła się poślubić Jemmie'ego Leslie. Rozbudziłem jego nadzieje, a potem jeszcze pogorszyłem sprawę, wy­syłając Jemmie'ego do Szkocji i denerwując Jasmine. Piers był naprawdę zmartwiony dziś wieczorem, gdy la­dy Lindley tak głośno i publicznie oświadczyła, że nie chce go za męża.

- Zasłużył sobie na to - stwierdziła królowa. - Widzia­łam, jak bezceremonialnie się zachowywał w alkowie pod oknem. Jasmine nie była zachwycona jego prostackimi zalotami, Jamie.

- A więc to ją tak poruszyło - zauważył król. - Ale nie bój się, Annie. Nie zamierzam odebrać naszego wnuka je­go mamie i Glenkirkowi. Dobrze go wychowają. Stokes jest głupi, twierdząc, że lady Lindley niegodnie się prowadzi. A mój słodki Piers nie docenia mnie, sądząc że nie widzę, iż pragnie opieki nad moim wnukiem, żeby się zemścić na Jasmine. Uważa też, że dziecko zwiększy jego wpływy na dworze i na nas. - Król roześmiał się i dodał: - Może dziś wieczorem sam przepowiedział swoją przyszłość, An­nie. Chyba jestem już zmęczony tym rozdarciem pomiędzy niego i Steenie, który jest znacznie potulniejszy, prawda? Bardzo złośliwie i bezlitośnie drażnił się z Piersem. Piers nie ma poczucia humoru, gdy chodzi o jego osobę.

- A więc zamierzasz odesłać St. Denisa! - Królowa An­na nie była w stanie stłumić podniecenia w głosie.

Jakub Stuart kiwnął głową.

- Starzeję się, Annie. Nie chcę żadnego współzawodnic­twa w moim życiu. Nie jest łatwo być królem. Parlament mnie teraz nie irytuje. Mamy pokój z Hiszpanią i Francją. Owszem, purytanie i szkoccy prezbiterianie starają się przysporzyć mi kłopotów, ale wydaje mi się, że trzymam ich w garści. Jeśli wierzyć ich listom, to Bessie i jej Fryde­ryk są szczęśliwi. Nasz syn, Charles, kiedyś zostanie królem Anglii, nie takim, jakim byłby nasz świętej pamięci Henry, ale nie mamy wyboru, prawda, Annie?

Jednak wokół mnie, tak jak wokół każdego władcy, krę­cą się ludzie, którzy wysuwają nierozsądne żądania. Czas Bartrama się skończył, nie jest już dla mnie przydatny. Mu­szę mu podziękować i odprawić go tak, żeby nie miał poczu­cia, iż utracił moje względy. Nie mam cienia wątpliwości, że nieszczęsny sir Thomas Overbury został zamordowany i że najprawdopodobniej za jego śmiercią stali hrabia i hrabi­na Somerset. On i jego Frances pozostanąw Tower i nie bę­dę musiał ich oglądać. Kiedyś może ich uwolnię, ale będą musieli opuścić mój dwór. Nie chcę ich więcej widzieć.

Król westchnął głęboko, ze smutkiem.

- Ach, popatrz Annie, tyle dałem mojemu Robbiemu i jak mnie zdradził. Widzę teraz, że Piers St. Denis jest zro­biony z tego samego materiału. Jest ślepo ambitny, a przez to niebezpieczny. Znajdziemy mu dobrą żonę, a potem bę­dzie musiał wrócić do swojej wiejskiej posiadłości, skąd przyjechał. Potrzebuję bardziej uległego dworzani­na przy mojej osobie. Tak, wiem, że Steenie też jest ambit­ny, ale ma łagodniejszy charakter i jest posłuszniejszy. Kie­dy zwraca się do mnie z jakąś drobną prośbą, czuję, że na­wet gdy mu odmówię, nadal będzie kochał swojego stare­go władcę. Troszkę mi przypomina naszego biednego Henry'ego.

- Zupełnie nie tak, jak St. Denis - znacząco powiedzia­ła królowa. - Jesteś szczwanym lisem, Jamie, dając St. De­nisowi bogatą żonę i odsyłając go do domu. Nie będziesz miał spokoju, dopóki tego nie zrobisz, zwłaszcza kiedy Glenkirk wróci ze Szkocji i poślubi Jasmine.

- Jemmie nie zostanie na dworze. Sam mi to powiedział - wyjaśnił żonie król. - Twierdzi, że jesienie i zimy będą spędzali z żoną w Glenkirk, zaś wiosny i lata w domu Ja­smine. Musi też uwzględnić młodego markiza Westleigha, który powinien chociaż część roku spędzić w swojej posia­dłości. Jemmie pragnie również mieć własne dzieci.

- Tak - odpowiedziała królowa. - Gdyby jego synowie nie zginęli wtedy ze swoją matką, dzisiaj byliby niemal do­rośli. Taka tragedia, Jamie. I nigdy nie schwytano winnych, prawda?

Król przecząco pokręcił głową.

- Bóg wie, kim są, Annie, i pewnego dnia spotka ich za­służona kara, jeśli już to się nie stało. Chyba Bóg surowo osądzi ludzi, którzy zaatakowali klasztor i spalili go do cna, wcześniej gwałcąc i mordując znajdujące się w nim kobiety i dzieci. To była straszliwa zbrodnia.

Przez chwilę para królewska siedziała w milczeniu, wspominając łagodną pierwszą żonę Jamesa Leslie, Isabelle Gordon, i jego dwóch synów. W końcu królowa podnio­sła się z łóżka i pochyliła się, żeby pocałować męża.

- Dobranoc, kochany - powiedziała. - Niech ci Bóg ze­śle spokojny sen. - Dygnęła przed nim i wyszła z sypialni. - Król będzie teraz spał - powiedziała kamerdynerowi, któ­ry tej nocy pełnił dyżur nocny. - Pilnuj, żeby nikt mu nie przeszkadzał, chyba że zaistnieje wyjątkowa sytuacja.

- Tak, wasza wysokość - odrzekł lokaj, otwierając drzwi od apartamentów królewskich, aby królowa mogła przejść do swoich pokoi, znajdujących się obok. - Dobranoc, pani.

- Dobrej nocy - odpowiedziała królowa, nie oglądając się, gdy drzwi zamknęły się za nią.

- Młody Villiers czeka na waszą wysokość - zakomuni­kowała lady Hamilton, jedna z jej dam dworu, występując do przodu aby powitać królową. - Kazałam go zaprowa­dzić do twojego gabinetu, najjaśniejsza pani. - Dygnęła.

- Doskonale, Jane. Najpierw z nim porozmawiam, a po­tem chcę się przygotować do snu. To był bardzo długi dzień. - Królowa przeszła przez salon do malutkiego, wykładane­go boazerią gabinetu, gdzie czekał na nią George Villiers. Siedział przy kominku i grzał sobie stopy, ale zerwał się na nogi i skłonił, gdy królowa weszła do pokoju. - No tak, Steenie - odezwała się królowa, uśmiechając się lekko - już niedługo St. Denis może wyjechać do domu. Jednak nic nie mów królowi, dopóki nie będziemy absolutnie pewni. Sam wiesz, że nigdy nie wiadomo, czy nie zmieni zdania.

- Zachowam tę informację w tajemnicy - odpowiedział George Williers, czując pospieszne bicie serca. Nie rozcza­ruje króla tak, jak to uczynił jego rywal, a także Robert Carr.

- Jeśli będziesz się dobrze sprawował - ciągnęła dalej królowa - przez co rozumiem, że będziesz absolutnie lojal­ny wobec króla i nie uczynisz nic niegodnego, będziesz mógł zostać wicehrabią jeszcze przed Bożym Narodze­niem, Steenie. A potem, kto wie? Hrabia Rutland i jego córka będą bardzo zadowoleni widząc, że awansujesz, prawda? - Królowa uśmiechnęła się chytrze.

- Pewnego dnia będę większy niż Rutland - rzekł George Villiers.

Jego ciemne oczy tańczyły, a na twarzy pojawił się wyraz napięcia.

Królowa Anna roześmiała się.

- Ale jesteś niedobry, chociaż wyglądasz jak anioł, Ste­enie. Podejrzewam, że jeśli nadal będziesz tak zręcznie prowadził swoją grę, jak dotychczas, pewnego dnia istotnie możesz zajść wyżej niż hrabia Rutland. Tak wysoko, że można będzie odnieść wrażenie, iż to ty wyświadczyłeś mu zaszczyt, żeniąc się z jego córką - zakończyła królowa.

- Nie, pani, poślubiłbym Kate, nawet gdyby nie miała żadnego majątku - oświadczył Villiers.

- Tak szczęśliwie się jednak dla ciebie składa, mój drogi Steenie, że posiada ogromną fortunę - zauważyła chłodno królowa.

George Villiers uśmiechnął się.

- Tak, pani, czyż to nie szczęśliwy zbieg okoliczności? I oboje się roześmiali.



ROZDZIAŁ 11

- Odmówiła mi! Publicznie! Jestem pośmiewiskiem na dworze, Kipp! Ta suka musi ponieść karę za swoją lek­komyślność i przysięgam na Boga, że będzie cierpieć! - Markiz Hartsfield zdarł z siebie płaszcz, cisnął go przez komnatę, wziął podawany przez brata duży srebrny pucha­rek wina i upił solidny łyk.

- Wiedziałeś, że szanse na to, aby cię przedłożyła nad Glenkirka, były niewielkie - przypomniał bratu Kipp St. Denis. - Powiedziałeś, że wygrasz, ale, do licha, Piers, musiałeś mieć świadomość, że prawdopodobieństwo, iż zmieni zdanie, jest bliskie zeru. Nie jesteś głupcem, bracie. Opowiedz mi teraz, co na to król.

- Powiedział, a raczej królowa powiedziała, że mi znaj­dzie bogatą młodą żonę. To druga żmija, Kipp. Jeśli się nie mylę, to działa ręka w rękę z Villiersem.

- Bogata żona, wybrana osobiście przez króla nie jest skromnym podarunkiem, bracie - usiłował uspokoić brata Kipp. - Pomyśl o tym, ile będziemy mieli z niej przyjemno­ści.

Piers St. Denis wychylił do dna wino z kielicha i podał go Kippowi, żeby go napełnił.

- Przyjemność z jakąś szlachetnie urodzoną i niewątpli­wie pobożną dziewicą? Jedna noc i zostanie pokonana, Kipp. Gdzie tu przyjemność? Prawdziwym wyzwaniem jest złamanie Jasmine Lindley, która ma w sobie ogień, namiętność i doświadczenie. Żadna dziewica nie może kon­kurować z taką kobietą.

- Nie możesz odmówić królowi prawa do wyboru żony dla ciebie, Piers - ostrzegł go brat. - Kimkolwiek by była, będzie się nadawała przynajmniej do spłodzenia dziedzica. Będzie­my się zabawiali z wieloma kobietami, tak jak zwykle.

- Poprosiłem króla o jej syna - ciągnął dalej markiz Hartsfield. - Powiedziałem mu, że jeśli chce mnie uszczę­śliwić, nie dając mi Jasmine, to chcę jej syna na wychowa­nie.

- Jesteś szalony! - zawołał Kipp, zdumiony zuchwało­ścią swojego brata.

- Nie! Jeśli dostanę chłopca, będę miał władzę nad Ja­smine, nawet jeśli mnie nie poślubi. Dzieci są jej słabym punktem, Kipp. Nawet jako żona Glenkirka będzie musia­ła robić to, co jej każę, żeby chronić swoje dziecko. Otwar­cie uczynię z tej suki moją kochankę i zniszczę to małżeń­stwo, którego tak pragnie. A na dodatek, jako opiekun je­dynego, chociaż pochodzącego z nieprawego łoża, królew­skiego wnuka, będę miał również pewną władzę nad Jaku­bem Stuartem. - Jego jasnoniebieskie oczy zabłysły złośli­wie na wizję takiego zwycięstwa.

- Król nigdy nie powierzy ci księcia Lundy - beznamięt­nym tonem rzekł Kipp.

- Wyrzuć ten pomysł ze swojej głowy, Piers, żebyś nie zaznał kolejnego rozczarowania.

- Hrabia Bartram także poprosił o prawo do opieki nad chłopcem - oświadczył markiz zaskoczonemu bratu.

- I król mu odmówił? - Kipp St. Denis kolejny raz na­pełnił winem kieliszek brata.

- Król jeszcze się nie zdecydował - odpowiedział mar­kiz, sącząc powoli wino. - Może powinniśmy mu pomóc w podjęciu decyzji, Kipp, jednocześnie dając mata rodowi Lesliech z Glenkirk.

- W jaki sposób? - W Kippie St. Denis zaczęło się bu­dzić zainteresowanie tym, co brat ma do powiedzenia. Je­śli istniała szansa obrócenia jego przegranej w zwycięstwo, to dlaczego nie spróbować?

- A gdyby Bartram został zamordowany, a podejrzenie o jego zgładzenie spadło na Jamesa Leslie i jego świeżo po­ślubioną małżonkę? - rzucił markiz.

- Poszedłbyś w ślady Somerseta? Trzeba by to było bar­dzo starannie przemyśleć.

- No oczywiście. Ale czy podoba ci się mój pomysł? Są­dzisz, że to możliwe, Kipp? W ten sposób jednym posunię­ciem pozbylibyśmy się dwóch potencjalnych opiekunów księcia Lundy!

- Co nadal nie oznacza, że król tobie powierzyłby wy­chowanie chłopca - rzekł praktyczny Kipp.

- A kto jeszcze pozostaje, bracie? Kto jeszcze? - trium­falnie zawołał markiz.

- Babka lady Lindley, stara hrabina Lundy - odrzekł Kipp. - Jest głową rodziny. Jednym z jej synów jest hrabia Lynmouth, drugi to lord Burke z Clearfields. Jej zięć, hra­bia BrocCairn, jest królewskim kuzynem. Król lubi tę gwał­towną starą kobietę, która mu schlebia. Mógłby oddać chłopca jej lub któremuś z jej dzieci.

- Stara hrabina nie dożyłaby chwili, gdy chłopiec stanie się dorosły. Już teraz jest bardzo wiekowa - powiedział markiz. - Jeśli zaś chodzi o jej dzieci, to król ma już zapew­nioną ich lojalność. Nie musi robić nic dla nich, natomiast musi uczynić coś dla mnie, żeby mi zrekompensować pu­bliczne upokorzenie i ogromne rozczarowanie.

- Zastanawiam się, czy przypadkiem nie przeceniasz swojego znaczenia dla króla, Piers - rzekł Kipp. - Twój naj­większy rywal, Villiers, czaruje króla swoją słodyczą i po­godnym usposobieniem. Tymczasem ty zachowujesz się jak zepsute dziecko za każdym razem, gdy coś jest nie po two­jej myśli. Do tej pory król udawał, że nie dostrzega twoje­go dziecinnego zachowania, ale jak długo będzie trwała je­go życzliwość? Nie jest takim głupcem, za jakiego wielu go uważa. Kiedy Bartram wypowiedział się przeciwko przy­znaniu ci królewskich ziem, jak zareagowałeś? Gniewałeś się i skarżyłeś, aż król, chcąc cię uciszyć, poczuł się zmuszo­ny do podarowania ci czegoś cenniejszego, szansy zdobycia ręki lady Lindley. Nie powinien był tego robić, ale nie wiedział, jak inaczej mógłby cię na powrót zadowolić, więc za­proponował możliwość starania się o względy lady Lindley tobie i Villiersowi. Twój rywal miał dość zdrowego rozsąd­ku, żeby z wdziękiem odrzucić ofertę króla i powiedzieć, że jego serce należy do innej, po czym sprytnie przyznał, że kocha bardzo bogatą lady Katherine Manners. Ty, Piers, nie okazałeś się taki rozsądny. Teraz zaś, gdy nie udało ci się zdobyć nagrody, miałeś kolejny atak złego humoru. Król z pewnością zmęczy się twoim zachowaniem, zwłasz­cza wobec pogodniejszego usposobienia Villiersa, bracie.

- Villiers jest oportunistą niskiego stanu - ze złością oświadczył markiz.

- Możliwe - odpowiedział Kipp - ale ma wiele uroku i, na moje wyczucie, król szybko da mu się oczarować.

- Jeszcze jeden powód, żeby zacząć szybko działać - stwierdził Piers St. Denis. - Jeśli naprawdę tracę względy króla, powinienem uderzyć wówczas, gdy mam jeszcze szansę zdobycia tego, czego pragnę. A gdy książę Lundy będzie już należał do mnie, niech sobie Villiers ma całą uwagę króla. Wtedy nie będzie mnie to obchodziło. Może spróbuję zyskać wpływy u księcia Charlesa. Jest wściekle zazdrosny o Villiersa, a jak wiesz, przyszłość należy do nie­go, nie do starego królewskiego głupca. To jest to! Pomogę stworzyć silną więź pomiędzy małym Charlesem a jego królewskim wujkiem. Kiedy starszy z nich zostanie królem, obaj podziękują mi za to!

- To lepsze uzasadnienie podjęcia starań o przyznanie opieki nad chłopcem - rzekł Kipp. - Nie matka jest ważna, lecz dzieciak! To w nim kryje się prawdziwa potęga, bra­ciszku!

- Zgadzamy się więc? - Tak!

- Zastanówmy się więc, jak najlepiej zamordować hra­biego Bartrama i obarczyć winą Lesliech z Glenkirk.

- Lady Lindley powinna zostać ostrzeżona, że hrabia Bartram chce odebrać jej dziecko - zaproponował Kipp.

- Tak! - z entuzjazmem wykrzyknął markiz. - I albo ona, albo Glenkirk powinni publicznie zetrzeć się z Bartramem.

Kiedy później, w podejrzanych okolicznościach, zostanie znaleziony martwy, podejrzenia w naturalny sposób skupią się na Lesliech z Glenkirk. Król będzie chciał wyrwać swo­jego wnuka z tak niewłaściwych rąk i voila! Wygrywam! Na­wet gdyby Glenkirk i Jasmine nie zostali oskarżeni o śmierć Richarda Stokesa, samo podejrzenie wyrządzi im równie wiele złego, co Somersetowi i jego mściwej małżonce.

- Trzeba wszystko starannie zaplanować. Ile mamy cza­su? - zapytał Kipp. - Kiedy Glenkirk ma wrócić ze Szkocji?

Piers St. Denis zastanowił się przez chwilę.

- Nie wiem dokładnie, ale wyjechał prawie trzy tygodnie temu. Powinien więc wrócić za jakieś dziesięć dni, może troszkę później.

- Popytam na dworze - powiedział Kipp. - Oczywiście, bardzo dyskretnie. I nie wspominaj więcej o księciu Lundy, żeby podejrzenie nie padło na ciebie, Piers. Rozumiesz to chyba, prawda? Nie możesz się przechwalać, nawet przed Villiersem, że chcesz zdobyć prawo do opieki nad królewskim wnukiem. Na razie wie o tym tylko król i nikt inny nie powinien się dowiedzieć.

Adali podwoił straże wokół Greenwood House i otacza­jącego go parku. Zastanawiał się, czy kiedykolwiek nasta­nie czas, gdy jego pani będzie zupełnie bezpieczna. Może ta Szkocja okaże się poszukiwanym przez nich schronie­niem. Modlił się, by tak się stało.

Po przyjeździe dzieci z Queen's Malvern Jasmine była­by w pełni szczęśliwa, gdyby nie nieobecność Jamesa Leslie. Dwójka starszych dzieci była bardzo podobna do oj­ca, chociaż miała ciemne włosy. Jednak India odziedzi­czyła złote oczy Rowana, podczas gdy oczy Henry'ego by­ły turkusowe, tak jak u niej. Jej druga córka, Fortune, by­ła niczym łabędź w kaczym gnieździe. Miała ogniście ru­de włosy, kolorem przypominające, jak utrzymywała Skye, włosy jej własnej babki. Ponieważ dziewczynka mia­ła niebiesko - zielone oczy Skye, Jasmine musiała przyjąć, że odziedziczyła swój koloryt po celtyckich przodkach.

I rzeczywiście, Fortune niewiele przypominała swoje star­sze rodzeństwo, była za to bardzo podobna do dzieci, któ­re bawiły się w Maguire's Ford, wiosce należącej do ir­landzkich posiadłości Jasmine.

Natomiast malutki Charles Fryderyk Stuart z kasztano­wymi lokami i bursztynowymi oczami swojego królewskie­go dziadka był Stuartem w każdym calu. Wraz z bratem i siostrami odwiedził dwór, ubrany w brązowo - pomarańczowe ubranko z satyny, przybrane kołnierzem z delikatnej irlandzkiej koronki. Miał wykonany specjalnie dla niego miniaturowy miecz ze złotą rękojeścią wysadzaną drobny­mi szmaragdami i topazami. Zdjął z główki miękki kape­lusz ozdobiony trzema białymi piórami i ukłonił się królo­wi i królowej, a jego dumna mama z zadowoleniem obser­wowała doskonałe maniery najmłodszego dziecka. Wie­działa, że to nie ona zaszczepiła te maniery chłopcu. W my­ślach podziękowała swojej babce.

Za małym księciem Lundy, który ze względu na swoją rangę szedł z przodu, znalazł się Henry Lindley, markiz Westleigh, a dalej jego siostry lady India i lady Fortune Lindley. Młody markiz ubrany był podobnie jak młodszy brat, tyle że jego satynowe ubranie było turkusowe, a wy­konany na indywidualne zamówienie miecz wysadzany był diamentami i akwamarynami. Jego siostry miały na sobie sukienki z różowego i lawendowego jedwabiu. Gdy starszy brat pokłonił się przed królem, dziewczynki dygnęły głębo­ko, po czym podniosły się powoli, wywołując milczącą aprobatę królowej i jej dam dworu.

- Jesteśmy zadowoleni, widząc was znowu, moi drodzy - powiedział król miłym głosem. Skinął na swojego wnuka. - Podejdź do mnie, mały Charlie - rzekł, a kiedy chłopczyk znalazł się w zasięgu rąk monarchy, Jakub Stuart podniósł go i posadził sobie na kolanach, jednocześnie przyciągając do siebie swojego syna, księcia Charlesa. - To jest twój wu­jek - powiedział najmłodszemu synkowi Jasmine. - Dosta­łeś imię po nim. On też nazywa się Charles. Pewnego dnia, gdy umrę, ten Charles będzie twoim królem i musisz być mu wierny. Jesteś Stuartem, chłopcze, a my, Stuartowie, możemy walczyć pomiędzy sobą, ale w końcu zawsze jeste­śmy lojalni wobec siebie.

- Tak, najjaśniejszy panie - odpowiedział malec. Potem zwrócił się do młodego księcia: - Dlaczego mi się przyglą­dasz?

- Bo jesteś bardzo podobny do swojego taty. Twój tata był moim starszym bratem, tak jak Henry jest twoim starszym bratem - wyjaśnił książę. Jego oczy wypełniły się łzami.

Charles Fryderyk Stuart, książę Lundy, wyciągnął małą rączkę i otarł łzę z policzka księcia Charlesa.

- Nie płakać - powiedział swoim dziecinnym głosem. - Nie płakać, wujku.

Król wyciągnął jedwabną chusteczkę i wydmuchał nos, a ci, którzy stali najbliżej tronu i słyszeli wymianę zdań, głośno pociągali nosami. Królowa z trudem powstrzymy­wała łzy.

- Gramy w piłkę? - Malec ponownie spojrzał z nadzieją na swojego wuja.

Wówczas, ku zdumieniu zebranych na sali, książę Char­les uśmiechnął się, co było naprawdę bardzo rzadkim zja­wiskiem, zdjął dziecko z kolan króla i wziął je za rękę.

- Owszem, chętnie zagram w piłkę - powiedział. - Wyjdźmy na dwór, mój książę. - Skinął na najbliższego lo­kaja. - Przynieś nam piłkę, człowieku - rzekł, po czym dwaj Stuartowie ręka w rękę wymaszerowali z sali, rozmawiając ze sobą, jakby się świetnie znali.

- To dzielny chłopczyk, madame - zwrócił się król do Jasmine. - Wszystkie twoje dzieci są bardzo udane.

- Dziękuję waszej królewskiej mości za życzliwość wo­bec moich dzieci, a zwłaszcza za łaskawość okazaną księciu Lundy - powiedziała Jasmine szczerym głosem. Potem dy­gnęła przed królewską parą i wraz z trójką starszych dzieci oddaliła się.

- Ładnie rozegrane, moja droga - rzekł George Villiers, który podszedł do nich po krótkiej chwili. - Jak na taką dzi­ką lisicę wychowałaś słodkie kociaki - dodał z przekornym uśmiechem.

Jasmine roześmiała się i przedstawiła dzieci Villiersowi.

- Już niedługo ten dżentelmen będzie rządził jako jedy­ny faworyt króla - powiedziała im później. - Nie zaszkodzi cieszyć się jego przyjaźnią, ale pamiętajcie, że nie jest taki miły i nieskomplikowany, jak chciałby, żeby go postrzegać.

- Nie ma tytułu - zauważył jej starszy syn.

- W końcu go dostanie - powiedziała Jasmine. - Król sowicie go wynagrodzi, a młody Villiers jest zainteresowa­ny młodą panną z doskonałej rodziny. Będzie musiał być równy jej ojcu, a może nawet bardziej utytułowany, zanim dziewczyna otrzyma zgodę na wyjście za niego za mąż, ale dopnie swego, nie mam cienia wątpliwości.

- Jest bardzo piękny - stwierdziła lady India Lindley.

- Przystojny - poprawiła ją matka. - Mężczyzna jest przystojny, kobieta jest piękna, mój skarbie.

India potrząsnęła głową.

- Jest więcej niż przystojny, mamo. Jest piękny. Jestem bogatą dziedziczką i mogłabym go poślubić bez tytułu, gdy­by tylko mnie poprosił o rękę. - Z podziwem popatrzyła na oddalającego się George'a Villiersa.

- Nie podobają mi się jego oczy - odezwała się lady For­tune Lindley.

- Dlaczego? - z ciekawością spytała młodszą córkę Ja­smine. Pomyślała, że było to dość interesujące spostrzeże­nie jak na taką małą dziewczynkę.

- Są podobne do twoich czarnych pereł, mamo. Odbija­ją światło, ale nic w nich nie mogę dostrzec.

- Ale jesteś głupia, Fortune! - zakpiła India. - Jego ciemne oczy są jak aksamitna noc, pełna błyszczących gwiazd.

- Ślicznie powiedziane! - skomentowała Jasmine. - Je­steś bardzo romantycznym dzieckiem, Indio. Chyba od dzi­siaj będę musiała cię bardziej pilnować, moja panno!

Spostrzeżenia obu córek dotyczące George'a Villiersa uznała za interesujące. Chociaż uważała go za zabawnego i na pewno pożytecznego, skłaniała się do opinii młodszej córki. Urodzona już po śmierci Rowana dziewczynka była rozsądna od dnia narodzin. Z kolei India miała w sobie ja­kąś dzikość, podobną do dzikości brata Jasmine, który był teraz Wielkim Mogołem w Indiach. Należało mieć nadzie­ję, że dziecko wyrośnie z tych skłonności.

Książę Charles zapytał, czy jego mały bratanek może przez kilka dni zostać w jego apartamentach na dworze. Odmowa byłaby nietaktem ze strony Jasmine, a mały Charlie aż się palił do tego, żeby pomieszkać ze swoim no­wo odnalezionym wujkiem. Adali osobiście dostarczył ku­fer z ubraniami chłopca na królewskie pokoje. Następca tronu, poważnie traktując praktyki religijne, zaczął uczyć bratanka różnych modlitw. Obdarzony doskonałą pamię­cią malec okazał się pojętnym uczniem, co bardzo urado­wało jego królewskiego wujka.

- Tu, podobnie jak na dworze twojego ojca, dworzanie dobijają się o zainteresowanie i względy króla - zauważył rozsądnie Adali. - Wydaje mi się, że na każdym dworze jest tak samo, milady. Nasze najmniejsze dziecko świetnie tam pasuje i czuje się swobodnie w towarzystwie swojego kró­lewskiego wujka.

- Obaj jego dziadkowie są królami - rzekła Jasmine - i obaj wujkowie także są lub będą królami. Gdyby mój ma­ły Stuart urodził się z prawego łoża, pewnego dnia również zostałby królem.

- Jako książę będzie miał o wiele mniej kłopotów w ży­ciu - powiedział Adali z lekkim uśmiechem, a jego pani ro­ześmiała się.

- Jak możesz być taka szczęśliwa, gdy mnie tu nie ma? - odezwał się James Leslie, niespodziewanie wchodząc do pokoju.

- Jemmie! - krzyknęła Jasmine i rzuciła się w jego ra­miona. - Wróciłeś! Och, teraz możemy opuścić Londyn i pojechać do domu do Queen's Malvern! Hura! Hura! - Ucałowała go serdecznie, mocno przytulając. - Tęskniłeś za mną? - wymruczała cicho, wtulając nos w jego szyję.

Czuła się cudownie w jego objęciach. Boże, jakże jej go brakowało!

- Jeszcze jeden pocałunek, madame. Znudziła mi się już ta tęsknota za tobą. - Potem opadł ustami na jej wargi, de­lektując się ich miękkością, aromatem jej ciała, który zaczął go otaczać. Kiedy w końcu ją puścił, w głowie mu się kręciło. Uśmiechnął się radośnie.

- Czy mogę wnioskować, że smutno ci było beze mnie?

- zapytał.

Kiwnęła głową.

- I odprawiłam markiza Hartsfield z kwitkiem, Jemmie! Publicznie! Przysięgam, że już nigdy się do mnie nie zbliży.

- A król? - zapytał z lekkim zaniepokojeniem.

- Cóż, król zrozumiał, gdy mu wszystko wyjaśniłam - odparła żwawo Jasmine. - I wszystkie dzieci są tutaj! Mały Charlie jest na dworze u księcia Charlesa, który go bardzo polubił. Henry, India i Fortune wywarły bardzo dobre wra­żenie na wszystkich. Miałam nawet kilka poważnych pro­pozycji małżeńskich dla nich. Ale najważniejsze, że teraz możemy wracać do domu!

Lord Glenkirk zwrócił się do Adalego.

- Czy powinienem wiedzieć o czymś jeszcze? - zapytał.

- A może raczej, czego mi nie powiedziała?

- Jemmie! - Jasmine sprawiała wrażenie urażonej. Adali uśmiechnął się lekko i rzekł:

- Właściwie wszystko wygląda tak, jak to opowiedziała. Ledwo wyjechałeś, panie, a markiz już stukał do naszych drzwi. Przyjechał, żeby zabrać moją panią na przejażdżkę. Oczywiście towarzyszyłem im. Moja pani przeziębiła się nad rzeką, potem rozwinęła się febra i przez parę dni nie mogła widywać markiza.

Glenkirk brzydko zachichotał. Jasmine była sprytną wiedźmą.

- Potem królowa wydawała bal maskowy - podjęła opo­wieść Jasmine - i markiz rozwścieczył mnie, wciągając mnie do wnęki i obmacując mnie, jakbym była jego własnością! Musiałam podjąć radykalne kroki, Jemmie.

Lord Glenkirk skrzywił się, wyobrażając sobie działania pod­jęte przez Jasmine w celu odstręczenia niechcianego zalotnika.

- Czy pozbawiłaś go męskości na zawsze?

- Tylko na pewien czas - odpowiedziała Jasmine. - Na­tychmiast popędziłam do króla i poprosiłam go o uwolnie­nie mnie od niepożądanej atencji St. Denisa.

- Uklękła - zaczął relacjonować Adali. - Padła na twarz przed ich królewskimi mościami. To było bardzo drama­tyczne, milordzie, i mocno poruszyło króla. Nawet ja mo­głem to dostrzec z odległego końca sali.

- Jasmine! - James Leslie nie wiedział, czy ma być zły, czy nie.

- Cóż, to było nieuczciwe! - oświadczyła Jasmine. - Je­stem zakochana w jednym mężczyźnie i za dwa tygodnie planuję wyjść za niego za mąż, tymczasem ląduję z nie­chcianym konkurentem do mojej ręki, który ciągle gapi się na mnie pożądliwie i obmacuje mnie jak stajenny wiosko­wą dziewkę. Miałam dość wszystkich mówiących mi, co mam robić! Wyjeżdżam z Londynu i już nigdy tu nie wró­cę! Nienawidzę dworu z całym jego zakłamaniem! I nie lu­bię większości ludzi przebywających na dworze. Nie podo­bało mi się na dworze mojego ojca i na tym też mi się nie podoba, Jemmie. Chcę tylko być twoją żoną i matką moich dzieci. Oczywiście, chcę też się zaangażować w kompanię handlową babci. Musimy zacząć sprowadzać herbatę do Anglii i upowszechnić ją tak, jak Hiszpanie uczynili z czekoladą, którą uważam za paskudny napój. Nie mogę też zapominać o koniach hodowanych w Maguire's Ford. Poza tym trzeba się zająć Glenkirk Castle. Mamy tyle wspólnych rzeczy do zrobienia, Jemmie, że nie będziemy mieli czasu na dwór i jego głupotę. Zresztą gdzieś po dro­dze musimy mieć kilkoro własnych dzieci - zakończyła.

- Tak - zgodził się z nią. - Na pewno musimy mieć kil­koro dzieci, madame. Cieszę się, że pośród tych wszystkich wspaniałych planów dotyczących importu herbaty i hodow­li koni nie zapomniałaś o obowiązkach spoczywających na żonie - roześmiał się.

- Och, Jemmie, dzieci mają pierwszeństwo, daję słowo!

- Świetnie! A teraz, Adali, marzę o gorącej kąpieli i so­lidnym obiedzie, a potem chciałbym zobaczyć się z dzieć­mi. Później zaś, madame, pójdziemy wcześnie spać - za­kończył znacząco.

- Najpierw dzieci, milordzie - rozsądnie poprawił Adali.

Wiedział, że po kąpieli i obiedzie będzie czas jedynie na namiętną noc Jasmine i Jamesa Leslie. Ukłonił się i po­spieszył zawołać Henry'ego, Indię i Fortune, którzy byli za­chwyceni, słysząc, że lord Glenkirk wrócił ze swojej wypra­wy do Szkocji.

Pędząc przed Adalim, dzieci wpadły do biblioteki, gdzie czekała na nich matka z lordem.

- Tato! Tato! - zawołały, rzucając się na niego. Glenkirk pochylił się ze śmiechem i zagarnął je w objęcia. - A więc, moja hultajska trójeczko, zadowoleni jesteście, że mnie wi­dzicie, co? - rzekł z szerokim uśmiechem. - Mnie także was brakowało!

- Byliśmy na dworze, tato! - zawołał Henry. - Pierwszy szedł mały Charlie, a król powitał nas osobiście. Wygląda na bardzo smutnego, ale lubię go. I ukłoniłem się, tak jak mnie nauczyłeś!

- A dziewczynki ślicznie dygnęły - dodała Jasmine, dba­jąc o to, żeby córki nie poczuły się odsunięte.

- Przywiozłeś nam prezent ze Szkocji, tato? - zapytała India.

- Tata pojechał załatwiać sprawy dla króla - wyjaśnił Henry. - Kiedy mężczyzna załatwia sprawy króla, nie ma czasu na prezenty.

- Tak? - udał zdziwienie lord. - A więc nie chcesz upo­minku, który ci przywiozłem, Henry?

- Naprawdę przywiozłeś nam prezenty? - Na twarzy chłopca malowała się ekscytacja. - Co nam przywiozłeś?

- Dla ciebie, Henry, zgrabny sztylet, a dla moich dziew­czynek srebrne naszyjniki - powiedział lord, wyjmując upo­minki z kieszeni.

- A dla mnie nic? - drażniła się z nim Jasmine.

- Dam ci twój prezent później, gdy będziemy sami - od­powiedział James Leslie. Potem ostrożnie zapiął naszyjni­ki na szyjach Indii i Fortune. - Widzicie, dziewczynki, srebrne kwiatki mają środki z malutkich ametystów.

- Zachowam na zawsze mój naszyjnik - z zachwytem rzekła Fortune, patrząc na mężczyznę, który miał zostać jej ojcem.

Przytulił ją i pocałował w policzek.

- Dobrze wybrałeś, tato. - India kiwnęła głową. - Lubię biżuterię.

- Odkryłem, że większość dam ją lubi - odpowiedział, przytulając ją też i całując.

Potem spojrzał na Henry'ego Lindleya, który z radością oglądał mały sztylet z kościaną, bogato rzeźbioną rączką. Chłopiec uniósł wzrok.

- To świetna broń, panie - powiedział. - Pokażesz mi, jak go używać? I nie zapomnisz o moich lekcjach fechtunku?

- Zaczniemy je po przyjeździe do Queen's Malvern - rzekł lord. - A tej zimy, gdy będziemy w Glenkirk, będziesz miał lekcje codziennie, z wyjątkiem niedziel, Henry.

- Chodźcie teraz, dzieci - odezwał się Adali. - Wasz ta­ta ma za sobą długą podróż i jest zmęczony. Ma ochotę na kąpiel, posiłek i sen. Powiedzcie rodzicom dobranoc. - I wyprowadził je z biblioteki.

- Jesteś dla nich bardzo dobry - stwierdziła Jasmine. - Dzięki temu kocham cię jeszcze bardziej, Jemmie Leslie. Urodzę ci wspaniałych synów, bo jesteś człowiekiem, który kocha dzieci.

- Mam jeszcze kolorową piłkę dla Charliego, którą wypatrzyłem na ulicznym straganie w Edynburgu - odpo­wiedział. Potem wyciągnął rękę i siadając przy kominku, posadził narzeczoną sobie na kolanach. - Brakowało mi ciebie - rzekł - i zgadzam się, że właściwie nie ma powodu, abyśmy znowu mieli wracać do Londynu. Czy naprawdę bę­dziesz szczęśliwa, jeśli tu więcej nie przyjedziemy, Jasmine? Tak bardzo cię kocham, że czuję ból na samą myśl o tym, iż mogłoby być inaczej. - Wtulił nos w jej ciemne włosy.

Bezpieczna. To słowo niespodziewanie pojawiło się w jej głowie. Jasmine zrozumiała, że w końcu była bezpieczna. Ale przecież była bezpieczna również z Rowanem, zanim szaleniec nie przerwał jego życia. W gwałtowny sposób śmierć zabrała jej dwóch mężów oraz przedwcześnie zmar­łego młodego kochanka. Tym razem musi być dobrze. Czyż jej własna babka nie straciła pięciu mężów, zanim poślubi­ła Adama de Marisco? Będzie dobrze.

- Cuchniesz końmi, a teraz ja też - powiedziała, zsuwa­jąc się z jego kolan. - Na pewno Adali już dawno przygoto­wał ci kąpiel.

- Nie muszę więc wracać do Lynmouth House? - prze­komarzał się z nią.

- Nigdy więcej się z tobą nie rozstanę, Jamesie Leslie - oświadczyła, wzięła go za rękę i poprowadziła schodami w górę do swoich apartamentów, gdzie w saloniku, przed kominkiem, stała ogromna, dębowa balia z żelazny­mi okuciami. - Usłużę ci, panie - powiedziała i zaczęła ściągać mu buty i wilgotne wełniane skarpety.

- A ja tobie - odpowiedział, sadzając ją i zsuwając z jej szczupłych, wysoko sklepionych stóp pantofelki.

Jasmine wstała i pomogła mu zdjąć kubrak i koszulę. Glenkirk ściągnął z niej kamizelkę i bluzkę, po czym na chwilę przyciągnął do siebie, aby poczuć miękkość jej piersi na swym porośniętym ciemnymi włosami torsie. Ja­smine odsunęła się niechętnie, rozpięła mu spodnie i zsu­nęła je z wąskich bioder, kształtnych łydek i opuściła aż do kostek. Lord zrobił krok i kopnięciem uwolnił się od tej części garderoby. Potem rozwiązał tasiemki przy jej spód­nicy i kilku halkach, które miała pod spodem, a gdy opadły na ziemię, uniósł Jasmine i postawił ją obok. Jasmine, w sa­mych pończochach, rozebrała lorda z pludrów. Glenkirk ukląkł i zsunął w dół podwiązki Jasmine, po czym zrolował jej pończochy i zdjął je z jej stóp, które unosiła kolejno.

Oddychając nierówno, przytulił policzek do jej gładkie­go brzucha. Potem wstał, ujął jej twarz w obie dłonie i po­wiedział:

- Nie mogę czekać, kochana Jasmine. Muszę zaspokoić mój apetyt na ciebie. To był najdłuższy miesiąc w moim ży­ciu!

- W moim też - stwierdziła i wyciągnęła ręce, żeby go pogłaskać. Był twardy niczym kamień i pulsował pożąda­niem. Jasmine pociągnęła go na podłogę pomiędzy komin­kiem i balią. Leżąc na plecach, otworzyła się dla niego w słodkim zaproszeniu i wyciągnęła ręce, żeby go przygar­nąć do siebie.

Z jękiem rzucił się na nią. Zachwycony zauważył, że by­ła gorąca, wilgotna i bardzo, bardzo kusząca.

- O Boże! - zawołał, gdy jego męskość wsunęła się głę­boko, a Jasmine oplotła go nogami, zapraszając go jeszcze głębiej. Kiedy odnaleźli wspólny miłosny rytm, jego żądza, zamiast zmaleć, jeszcze urosła.

Jasmine westchnęła ciężko, gdy twardy członek wtargnął w najgłębsze rejony jej jestestwa. Bezwstydnie okazywała przyjemność. Jej mięśnie zaciskały się i rozluźniały wokół niego, zmuszając go do krzyku niesłabnącej rozkoszy. Ja­smine brała i dawała, mocno wbijając palce w mięśnie na plecach lorda, kalecząc go paznokciami.

- To zbyt wiele - na wpół załkał i eksplodował wewnątrz niej.

Jasmine towarzyszyła mu, unosząc się, przepełnio­na własnym zaspokojeniem. Ich usta spotkały się w palą­cym pocałunku.

Potem leżeli obok siebie na dywanie ze splecionymi dłońmi. Rozmawiając cicho, zgodzili się, że zachowali się bardzo bezwstydnie, po czym się roześmiali, szczęśliwi i za­dowoleni z siebie.

- Teraz naprawdę przyda nam się kąpiel - mruknęła Ja­smine.

Gdyby nawet wcześniej przyszło jej do głowy pytanie, czy James Leslie był jej wierny w czasie swojej podróży, te­raz świadectwo jej oczu szybko rozwiałoby te wątpliwości.

W jakiś sposób udało mu się wstać i pociągnąć ją za so­bą.

- Jeszcze nigdy nie pragnąłem żadnej kobiety tak jak ciebie, kochana Jasmine - wyznał szczerze. - I wcale nie je­stem pewny, czy jako twój mąż uwolnię się od tej żądzy.

Jasmine weszła do balii i skinęła na Glenkirka, żeby do niej dołączył.

- Pochlebiasz mi, Jemmie Leslie - powiedziała. - Je­stem zwyczajną kobietą.

Lord Glenkirk roześmiał się.

- Nigdy nie będziesz po prostu zwykłą kobietą, kocha­na Jasmine - oświadczył. - A teraz, madame, umyj mi plecy, jak na dobrą żonę przystało, potem zaś zrewanżuję ci się tym samym.

Jasmine zachichotała.

- Nie jestem jeszcze twoją żoną, milordzie. O wiele bar­dziej wolę dostać w nagrodę to, co dostają kochanki. Po­dobno kochanki mają więcej radości z życia niż żony.

- Nie w moim domu - odparł wesoło.

Do pokoju wszedł Adali w towarzystwie Rohany i Toramalli. Niósł srebrną misę z perfumowaną wodą i naręcze małych ściereczek z białego płótna, które zaniósł do sypial­ni. Służące wniosły tace z jedzeniem i postawiły je na kwa­dratowym stoliku.

- Och - Jasmine wciągnęła powietrze. - Cudownie pachnie. Co przyniosłyście? - Wynurzyła się z balii i czeka­ła, żeby Rohana ją wytarła.

- Kucharka przysłała mnóstwo jedzenia, milady - mówi­ła Rohana, wycierając i pudrując Jasmine. - Sądziła, że mi­lord z przyjemnością zje solidną kolację. Z tego, co Fergus More opowiadał w kuchni, jechali przez cały dzień. - Po­mogła Jasmine ubrać się w kremowy szlafrok. Potem po­spieszyła, by pomóc Toramalli, wycierającej lekko zakłopo­tanego lorda Leslie, który jakoś nie potrafił się przyzwycza­ić do asysty pięknych kobiet przy kąpieli.

Jasmine zaczęła zdejmować pokrywy z jedzenia. Na tacy znajdowały się surowe ostrygi, potrawka z królika w win­nym sosie z szalotkami, marchewką i młodym zielonym groszkiem, pieczony kapłon, średniej wielkości pstrąg du­szony w białym winie podany na liściach rzeżuchy, salater­ka z młodą sałatą z przydomowego ogrodu, świeży, jeszcze ciepły chleb, miseczka słodkiego masła, ćwiartka krążka dojrzałego sera brie na srebrnym talerzu i miska świeżych truskawek z dzbankiem bitej śmietany.

Mruknęła z aprobatą.

- Adali, powiedz pani Davis, że jej menu zostało doce­nione.

- Czy chcesz, pani, żebym wam usługiwał?

- Tak, Adali. Każ lokajom opróżnić balię i wynieść ją. Potem zjemy.

Służący przynieśli wiadra i szybko opróżnili i uprzątnęli balię. Rohana i Toramalli z powrotem ustawiły stolik przed kominkiem, a Adali sprawnie usługiwał swojej pani i lordowi, podając jedzenie i nalewając wino. Potem służą­cy wycofali się. James Leslie i Jasmine jedli z apetytem. Dziewczyna kilkakrotnie dolewała mu wina i wkrótce, pod wpływem ciepła kominka, doskonałego posiłku i cało­dziennej podróży, Glenkirk zapadł w drzemkę.

- Chodź - powiedziała, wstając. - Musisz się wyspać, mi­lordzie.

Poprowadziła go do sypialni. Padł na łóżko i zasnął, za­nim jeszcze dotknął głową poduszki. Uśmiechając się po­błażliwie, stłumiła ogień, przykryła Jamesa Leslie kołdrą i położyła się obok. Przytuliła się do niego, on zaś odrucho­wo objął ją i przyciągnął do siebie.

Gdy lord Glenkirk się obudził, był już dzień. Jasmine zdążyła się ubrać. Adali wręczył mu miseczkę gorącej her­baty. Napój okazał się bardzo orzeźwiający.

Gdy służący pomagał swemu panu się ubrać, Jasmine paplała pogodnie.

- Musimy udać się na dwór, żeby pożegnać się z królem i królową, Jemmie. A już jutro możemy wyruszyć do Queen's Malvern. Służący zaczęli już pakować rzeczy. Zabie­ram wszystkich ze sobą, bo wiem, że nigdy więcej nie wró­cę do Londynu. Jestem pewna, że babcia znajdzie dla nich miejsce. Przecież nie mogę ich tu zostawić po tylu latach wiernej służby rodzinie. Greenwood House zostanie za­mknięty. Może nawet sprzedam go pewnego dnia.

- Jeśli go sprzedasz - zauważył Glenkirk - twoja rodzi­na, która lubi przyjeżdżać do Londynu, nie będzie miała gdzie się zatrzymać, Jasmine.

- Niech się zatrzymują w Lynmouth House - odparła.

- A gdyby ciotka Willow i wuj Robin musieli przybyć do Londynu w tym samym czasie? Chciałabyś, żeby się zna­leźli pod jednym dachem? - drażnił się z nią.

Zastanowiła się przez chwilę.

- No dobrze, Jemmie, ale zamykam dom i jeśli ktoś bę­dzie go potrzebował, niech go otwiera i płaci za jego utrzy­manie. Zostawię tylko odźwiernego i jego żonę, żeby pilno­wali domu i dbali o park. A teraz ubieraj się, milordzie. Po­spiesz się!

- Jestem znowu głodny - poskarżył się. - Nigdzie nie pójdę, dopóki nie dostanę jeść.

- Toramalli, znajdź coś dla lorda - poleciła Jasmine, a kiedy podano posiłek, rzuciła się na jedzenie z apetytem dorównującym apetytowi głodnego lorda.

Gdy powóz zajechał pod drzwi Greenwood House, lord Glenkirk i Jasmine pojechali do Whitehall. Ubrali się ofi­cjalnie, choć z przepychem. Lord miał na sobie ciemnozie­lone spodnie z jedwabiu i połyskujący kremowo kubrak. Jasmine założyła jasnozieloną suknię w złote wzory, z koł­nierzem z kremowej koronki. Jej szyję otaczał złoty naszyj­nik z topazami.

Twarz króla rozjaśniła się zadowoleniem na ich widok.

- Jemmie! - zawołał. - Widzę, że wróciłeś cały i zdrowy. Lord Glenkirk ukłonił się nisko przed królem, a Jasmi­ne złożyła głęboki ukłon.

- Wróciłem, najjaśniejszy panie, i z radością mogę ci do­nieść, że Szkocja niecierpliwie oczekuje wizyty Jakuba Stu­arta. Teraz zaś, wasza królewska mość, chciałbym wyjechać. Za kilka dni mam ślub i muszę wrócić do Queen's Malvern, zanim stara hrabina Lundy wyśle po mnie swoich ludzi.

Król kiwnął głową.

- Lady Lindley całkiem jasno powiedziała nam, że ty bę­dziesz jej mężem, i nikt inny. Prawda, madame? - rzekł z błyskiem w oczach.

- Tak, panie - opowiedziała potulnie Jasmine.

- Ha! - zahuczał król. - Nie byłaś taka cicha i łagodna, gdy parę dni temu oświadczyłaś nam to i złamałaś serce biednemu Piersowi St. Denis, pani. Teraz muszę znaleźć coś, co wyrówna mu tę stratę, a nie mam pojęcia, co dać biednemu chłopcu.

- To prawda - odezwał się lord Glenkirk, zanim Jasmi­ne zdążyła powiedzieć coś, co przysporzyłoby im problemów - że moja przyszła żona jest bezcennym klejnotem. Jednak każda rzecz, którą wasza królewska mość da mar­kizowi Hartsfieldowi, z nawiązką wynagrodzi mu utratę rę­ki Jasmine, gdyż pochodzić będzie od ciebie, panie.

Na ustach króla pojawił się ledwie zauważalny uśmiech. Wiedział, kiedy ktoś starał się mu schlebiać, wiedział jed­nak również, że publicznie wypowiedziane słowa lorda zmuszą drogiego Piersa do zaakceptowania każdej rekom­pensaty, jaką Jakub Stuart gotów będzie dać mu w zamian za rozczarowanie. Pochylił się i mruknął cicho:

- Świetna robota, Jemmie. Będzie mi ciebie brakowało. - Potem dodał głośno: - Będzie nam przykro, gdy wyje­dziecie, ale rozumiemy, że musicie nas opuścić.

- Oboje jesteśmy wiernymi sługami waszej królewskiej mości i przybędziemy, gdy tylko będziemy potrzebni - obiecał królowi lord Glenkirk.

- Tak, tak! - Król wstał. - Chodź ze mną, Jemmie Leslie. Chcę otrzymać bardziej szczegółowe sprawozdanie. - Zerk­nął na Jasmine. - Będziesz miała chwilę, żeby się pożegnać ze swoimi przyjaciółmi, prawda?

Jasmine ponownie dygnęła.

- Dziękuję, wasza królewska mość - powiedziała.

- Wrócę po ciebie, gdy tylko skończę - rzekł Glenkirk do Jasmine. - Postaraj się trzymać z dala od kłopotów, gdy będę u króla, dobrze, kochana Jasmine? - Posłał jej całusa i ruszył za królem, który właśnie opuszczał komnatę.

Królowa słyszała pożegnalną uwagę lorda i roześmiała się cicho.

- Dobrze cię zna, moja droga, prawda? Wydaje mi się, że możecie mieć ciekawe wspólne życie, jeśli tylko wytrzy­macie ze sobą.

- Będę tęsknić za waszą królewską mością - powiedzia­ła spokojnie Jasmine. - Jesteś, pani, moim jedynym przyja­cielem na dworze, z którym chcę się pożegnać.

- Słucham? A ja nie jestem twoim przyjacielem? - zapy­tał George Villiers, udając bardzo zasmuconego. Stał po­między tronami króla i królowej.

Tym razem roześmiała się Jasmine.

- Och, naturalnie, ty też jesteś moim przyjacielem, Steenie. Z przyjemnością będę obserwować, jak się wspinasz coraz wyżej. Jeśli obiecam, że napiszę do ciebie od czasu do czasu, to czy odpiszesz mi i opowiesz wszystko o swoich triumfach? - Podała mu rękę. - Mówiono mi, że kiedyś mój wuj Conn był nazywany najprzystojniejszym mężczy­zną na dworze. Jestem przekonana, że dziś ty, panie, zasłu­gujesz na to miano. Ale wuj nie był taki rozważny, jak ty. Królowa musiała go ożenić, żeby uratować z opałów.

George Villiers ujął podaną mu wypielęgnowaną dłoń. Od razu zauważył piękne pierścienie na palcach Jasmine, z których każdy był wart, na oko, królewską fortunę. Uca­łował szczupłą rękę, po czym powiedział:

- Proszę traktować mnie jak swego przyjaciela, madame. Jeśli znajdziesz chwilę, żeby do mnie napisać, z pewnością odpiszę i przekażę wszystkie smakowite ploteczki, jakie stracisz, zaszywając się na wsi. Czy naprawdę zamierzasz spędzać zimy w Szkocji?

- Tak.

- Lubisz deszcz i mgłę?

- Czemu pytasz?

- Bo mówiono mi, że w Szkocji zawsze są mgły i dużo pada. Czyż nie tak, wasza królewska mość? - zwrócił się do królowej.

Królowa Anna skinęła głową. ~ Można się do tego przy­zwyczaić - rzekła.

- Jaka urzekająca scena - rozległ się szyderczy głos. Jasmine rozpoznała głos markiza Hartsfield i nie zadała sobie nawet trudu, żeby się odwrócić. Ale w jej oczach po­jawił się gniew.

- Życzę miłego dnia, wasza wysokość - powiedział Piers St. Denis, demonstracyjnie ignorując George'a Villiersa.

- Wzajemnie, milordzie - odpowiedziała uprzejmie kró­lowa, zastanawiając się jednocześnie, czego chciał. Pomy­ślała, że pewnie narobić jakichś kłopotów. Naprawdę nie umiał przegrywać.

- Gdzie się podział twój kochanek, madame? - zapytał ostrym tonem.

- Lord jest u króla, chociaż nie powinno to pana obcho­dzić, milordzie - odpowiedziała Jasmine, nadal nie patrząc na niego.

- Na pewno król mówi mu, że twój bękart zostanie od­dany na wychowanie komuś bardziej odpowiedniemu, niż ty - rzekł nieprzyjemnym tonem. - Sam prosiłem króla o prawo do opieki nad chłopcem i zrobiłbym z niego do­skonałego dworzanina, pani, bo wychowywałbym go tutaj, na dworze, blisko jego dziadków i wuja, którzy mogliby mieć na niego wpływ. Lepsze to niż wywiezienie go do dzi­kiej Szkocji, gdzie na pewno wyrośnie na dzikusa, a nie na książątko.

Pobladła Jasmine odwróciła się w końcu i spojrzała w przystojną twarz Piersa St. Denis. - Bardziej odpowied­niemu? Uważasz się za godnego wychowywać mojego sy­na? Ty? Mężczyzna, który, jak mi mówiono, nie potrafi za­znać przyjemności z kobietą, jeśli nie zrobi jej krzywdy? Zabiję ciebie i każdego, kto spróbuje zabrać mi syna, albo którekolwiek dziecko! - wybuchnęła Jasmine. - A ty, mi­lordzie, nie nadajesz się na wychowawcę jakiegokolwiek dziecka!

Markiz Hartsfield zaczerwienił się, gdy Jasmine publicz­nie wyjawiła jego sekret. Jednak zanim zdążył zareagować, rozległ się głos królowej.

- Jasmine, moja droga, nie słuchaj go. Król nie zamierza powierzyć żadnego z twoich dzieci Piersowi St. Denis. Jest doskonale poinformowany o słabościach markiza. - Wycią­gnęła rękę, żeby dodać otuchy młodszej kobiecie. Następ­nie zwróciła zagniewany wzrok na markiza.

- Panie, przekroczyłeś swoje uprawnienia!

Piers St. Denis był zaskoczony i rozwścieczony tą naga­ną. Jednak w gruncie rzeczy królowa nieświadomie wy­świadczyła mu przysługę. - Jeśli nie ja, pani - odezwał się - to może hrabia Bartram dostanie opiekę nad chłopcem. Sam słyszałem, jak prosił króla o ten przywilej. - Ponownie przeniósł wzrok na Jasmine. - Lord Stokes uważa cię, pa­ni, za osobę niemoralną. Twierdzi, że kobieta o mieszanej krwi nie powinna wychowywać syna chrześcijańskiego księcia, bez względu na to, czy dziecko pochodzi z prawego, czy nieprawego loża. Podaje nawet w wątpliwość twoje pocho­dzenie, bo czyż nie urodziłaś się w czasie, gdy twoja matka była jeszcze żoną hrabiego BrocCairn, lady Lindley? A to by czyniło bękarta także z ciebie, czyż nie?

Uderzyła go, a wspaniały, ogromny, owalny brylant, jaki nosiła na środkowym palcu prawej ręki, rozciął twarz mar­kiza Hartsfielda od kącika prawego oka aż do warg. - Je­stem szlachetnie urodzoną indyjską księżniczką, milordzie - oświadczyła krwawiącemu mężczyźnie lodowatym tonem, ani na chwilę nie podnosząc głosu. - Obawiam się, że to pan jest bękartem! Powtarzam panu i wszystkim, których to in­teresuje, że zabiję każdego, kto będzie próbował skraść mi którekolwiek z moich dzieci. Jestem ich matką. Jestem ich opiekunką i nikt nie potrafi lepiej niż ja ich wychować! - Tym razem to ona uśmiechnęła się do markiza Hartsfielda.

- Obawiam się, milordzie, że już nigdy nie będziesz taki przystojny jak przed dzisiejszym znieważeniem mnie. Jaka szkoda! - Potem Jasmine odwróciła się, dygnęła przed kró­lową zaczęła iść przez salę. Serce waliło jej gniewnie. Jak Jakub Stuart śmiał kolejny raz mieszać się w jej życie! Nie słyszała wołania królowej. Jej spojrzenie padło natomiast na hrabiego Bartrama, który właśnie wchodził do sali w to­warzystwie zwykle trzymającej się na uboczu żony.

Jasmine zatarasowała im przejście. - Jak pan śmie pró­bować ukraść mi syna! - niemal wykrzyczała. - Otóż ani pan, ani pańska słodziutka purytańska żona nie dostanie­cie go! - Odepchnęła ich i wypadła z sali.

Hrabina Bartram zemdlała przerażona konfrontacją z tą turkusowooką dzikuską. Gotowa była przysiąc, że z oczu Jasmine wydobywał się piekielny ogień. Jej małżonek z tru­dem podtrzymywał ją, żeby nie osunęła się na podłogę, ale Mary Stokes nie była już tą smukłą dziewczyną, co kiedyś.

Królowej Annie zbierało się na śmiech i widziała, że Steenie również miał ochotę się roześmiać, ale obojgu udało się zachować powagę. Królowa podała własną chusteczkę markizowi Hartsfield. Jego surdut był już zniszczony. - Przeżyjesz, milordzie - rzekła cierpko.

- Chcę, żeby ją aresztowano! - wrzasnął.

- Nie - odrzekła zimno królowa. - Celowo powiedziałeś jej nieprawdę, milordzie. Zrobiłeś to wyłącznie po to, żeby przysporzyć kłopotów. Jesteś zły, że odmówiła ci i wybrała Jamesa Leslie. Jak mogłeś nie wiedzieć o jej uczuciach, gdy mój mąż zachował się niemądrze i zaoferował ci szansę za­biegania o jej względy. Steenie wiedział i był dość rozsąd­ny, żeby uniknąć konfrontacji, ale ty nie. Byłeś chciwy, pra­gnąłeś nie tylko bogactwa lady Lindley, ale także władzy, jaką, twoim zdaniem, powinna ci dać opieka nad jej dzieć­mi. Tymczasem twoja pazerność sprowadziła na ciebie klę­skę, na którą sobie w pełni zasłużyłeś. Utraciłeś moją przy­jaźń, milordzie - I dopilnuję, żeby król dowiedział się o two­ich występnych skłonnościach. Poradzę mojemu mężowi, żeby nie powierzał ci żadnej młodej damy z dobrego rodu, milordzie. Bóg jeden wie, co mogłoby ją spotkać pod two­im dachem! A teraz zejdź mi z oczu!

George Villiers z trudem walczył o zachowanie panowa­nia nad sobą, gdy patrzył na markiza Hartsfielda opuszcza­jącego salę. Pomyślał z radością, że wygrał i nic nie musiał robić, żeby wygrać! Jakim głupkiem okazał się St. Denis, niszcząc sam siebie. Oczywiście, nigdy by nie zdobył ręki Jasmine Lindley, ale mógłby dostać bogatą żonę. A teraz nie dostanie nic, i on, Villiers, nie musiał nic robić, żeby do tego doprowadzić! Wyrwał mu się cichy chichot.

- Pohamuj się, Steenie - powiedziała spokojnie królo­wa. - Nie przystoi tak okazywać swojego zadowolenia, pa­nie.

- Tak jest, wasza królewska mość - potulnie odparł Geo­rge Villiers, ale jego serce napawało się odniesionym zwy­cięstwem.



ROZDZIAŁ 12

- Czyż cię nie ostrzegałem, żebyś siedział cicho, bracisz­ku? - skarcił Kipp St. Denis markiza Hartsfielda. - Straci­łeś względy królowej Anny, a teraz pewnie wypadniesz z łask króla. Nic nie zyskałeś swoją wizytą na dworze, któ­ra tyle nas kosztowała. Miałeś świat na wyciągnięcie ręki, Piers, i zmarnowałeś szansę po to tylko, aby móc podręczyć lady Lindley, bo wolała innego na męża, nie ciebie. Ojciec zawsze mówił, że jesteś dziecinnym głupcem.

- To ojciec roztrwonił niemal cały majątek i zostawił na­szą matkę, żeby umierała w nędzy - odwarknął Piers St. Denis. - A poza tym, nie wszystko jeszcze jest stracone. Nadal mogę prosić króla o wybaczenie. Doszedłem już do ogromnej wprawy w błaganiach, Kipp. Pamiętaj też, że nie wprowadziliśmy jeszcze w życie dalszej części naszego planu.

- Przegrałeś, Piers - odparł Kipp. - Książę Lundy pozo­stanie z lordem i lady Glenkirk.

- Ale nie wówczas, gdy wszyscy będą myśleli, że zamordo­wali lorda Stokesa - powiedział cicho markiz. - A Jasmine, publicznie oświadczając, że zabije każdego, kto będzie chciał zabrać dzieci spod jej opieki, ułatwiła nam sprawę. Je­śli Stokes zostanie znaleziony martwy, Jasmine będzie pierwszą podejrzaną, zaś lord Leslie zostanie uznany za jej wspólnika. Utracą prawa do opieki nad dziećmi i z pewno­ścią skończą w Tower, jak Somerset i jego wredna małżonka.

- Nawet jeśli uda ci się osiągnąć swój cel, nie ma żadnej gwarancji, że dostaniesz małego księcia Lundy, zwłaszcza teraz, gdy królowajasno okazała, że cię nie lubi, Piers. Po­staraj się naprawić sytuację, żebyś mógł coś uszczknąć, za­nim będziemy musieli opuścić królewski dwór. Chociaż drobny zysk z tej wielkiej klęski.

- Będę miał to dziecko! Szkoda, że nie widziałeś tego cwanego uśmieszku na twarzy Villiersa, Kipp. Gdyby nie obecność królowej, chyba bym go zabił! Muszę mieć tego dzieciaka, Kipp. Jego majątek nas uratuje. Sam wiesz, jak mało pieniędzy nam pozostało. Nie chcę opuszczać dworu i wracać do Hartsfield Hall. Nienawidzę wsi! Chcę być tu­taj, w centrum świata, gdzie dzieje się tyle fascynujących rzeczy. Życie na dworze to dopiero jest prawdziwe życie, Kipp!

- Nie mamy pieniędzy, żeby tu być w nieskończoność, Piers - przypomniał mu brat. - Jeśli nie wyjdziesz z tej afe­ry z bogatą narzeczoną, będziemy zrujnowani! Po to wła­śnie przybyliśmy na dwór. Fakt, że wpadłeś w oko królowi był prawdziwym darem niebios. Potrzebna ci bogata żona, żebyś mógł podźwignąć Hartsfield Hall i pozostać na dwo­rze. Bez tego jesteśmy zgubieni i cała nadzieja w królu, że ci tę majętną pannę znajdzie. Jesteś zły i pragniesz zemsty na lordzie Glenkirku i Jasmine Lindley. Rozumiem i być może kiedyś uda ci się zemścić, ale teraz nie jest właściwy moment.

- Śledziłeś hrabiego Bartrama, Kipp - powiedział mar­kiz Hartsfield, jakby jego starszy brat w ogóle się nie odzy­wał. - Czy wychodzi wieczorami? To oczywiście byłaby najlepsza pora na sprzątnięcie go. Jeśli zrobimy to osobiście, nie będzie dodatkowych świadków.

- Nie ma czasu na planowanie takiej zbrodni, Piers - spróbował jeszcze raz zniechęcić brata Kipp. - Teraz, gdy lord Glenkirk wrócił ze Szkocji, na pewno zabierze lady Lindley na ślub do domu jej matki w Worcestershire.

- Dziś w nocy zabijemy hrabiego Bartrama - spokojnie oświadczył markiz Hartsfield. - Glenkirk i jego suka będą tu jeszcze tej nocy.

Kipp St. Denis wiedział, że nie było sposobu, żeby od­wieść brata. Niewątpliwie plan nie był doskonały, ale Piers z niego nie zrezygnuje, a Kipp nie mógł odmówić mu po­mocy. To on musiał zadbać o to, żeby nikt nigdy nie skoja­rzył markiza Hartsfielda z planowaną zbrodnią i żeby król wynagrodził swojego byłego faworyta bogatą narzeczoną. Tylko to mogło ich uratować. Kipp ani przez chwilę nie wierzył, że dostaną prawo do opieki nad małym księciem Lundy. Królowa miała większy wpływ na męża, niż przy­puszczali młodzi ludzie kręcący się wokół Jakuba Stuarta. To był błąd Piersa. Nie chciał tego dostrzec i uczynił sobie wroga z królowej Anny. Tymczasem George Villiers szyb­ko się zorientował, skąd wieje wiatr, i mądrze korzystał ze swojej wiedzy. Kipp dobrze wiedział, jak arogancki i bez­myślny może być Piers. Kiedyś wreszcie markiz zrozumie, że nie ma dla niego przyszłości na dworze. A wtedy wrócą do domu, zabierając ze sobą bogatą pannę młodą.

Gdy tylko król wstał następnego dnia rano i wysiusiał się do srebrnego naczynia, trzymanego przez jednego z kamer­dynerów, dotarła do niego wiadomość, że właśnie znalezio­no zamordowanego hrabiego Bartrama pod jego własnym domem. Głęboko wstrząśnięty Jakub Stuart natychmiast zażądał wyjaśnień. Powiedziano mu, że nikt nic nie wie.

- Jak go zabito? - zapytał król.

- Nóż, mistrzowsko wbity pomiędzy żebra dosięgnął ser­ca, panie - usłyszał w odpowiedzi. - Odźwierny przysięga, że nic nie słyszał.

- Kto jest za to odpowiedzialny? - padło następne pyta­nie.

- Nie wiadomo, panie.

- Co więc robił nocą poza murami swojego domu?

- Lady Mary twierdzi, że tuż przed udaniem się na spo­czynek otrzymał odręcznie napisaną wiadomość. Hrabia powiedział, że ma do załatwienia drobną sprawę i że nie­długo wróci. Powiedział żonie, żeby się położyła spać, co uczyniła jako posłuszna małżonka. Gdy się obudziła dziś rano, zobaczyła, że jej mąż nie wrócił na noc i posłała po odźwiernego, żeby się dowiedzieć, czy nie widział jego lordowskiej mości. Odźwierny pamiętał, że wypuszczał lor­da Stokesa na zewnątrz i widział go odchodzącego drogą i znikającego za zakrętem. Potem już nic nie widział i nie słyszał. Zasnął, czekając na powrót pana. Kiedy został odpytany przez hrabinę Bartram, wyszedł za bramę i ruszył drogą. Znalazł martwego lorda Stokesa, leżącego na dro­dze tuż za zakrętem.

- A gdzie jest notatka, która wywabiła hrabiego Bartrama z bezpiecznego domu? - zapytał monarcha. - Gdzie ona jest?

- Nie można jej znaleźć, wasza wysokość. Lady Mary przypomina sobie, że nie cisnął kartki w ogień. Wydaje jej się, że wsunął ją do kieszeni, ale nie jest pewna. Jednak w kieszeniach lorda nic nie znaleziono.

- Wygląda na to, że Dickie miał wroga, prawda, pano­wie? Ale kto pragnąłby śmierci tego biedaka?

- Lady Lindley powiedziała, że zabiłaby każdego, kto chciałby zabrać jej dzieci, panie - wyrwał się paź króla. - Sam słyszałem, jak to mówiła!

W sypialni królewskiej rozległy się głosy dworzan, po­magających królowi w porannej toalecie. - Tak!

- Też to słyszałem!

- Wszyscy obecni na dworze słyszeli - rzekł Jakub Stuart ze śmiechem. - Jasmine Lindley ma porywczy charakter, ale nie wierzę, żeby to ona przyczyniła się do śmierci bied­nego Dicka. Nie miała żadnego powodu, chłopcy.

- Krążyły plotki, że zamierzasz powierzyć hrabiemu Bartramowi opiekę nad księciem Lundy - powiedział je­den z dworzan.

- Plotki były fałszywe - oświadczył król. - Kiedy wyszła z sali, wtargnęła na moje prywatne pokoje i zażądała wyja­śnienia, czy to prawda. Zapewniłem ją, że nie i że nie ma się czego obawiać. Wychowanie dzieci należy do niej tak długo, jak długo zachowają lojalność wobec swojego mo­narchy. W tym czasie skończyłem już omawianie spraw z Glenkirkiem i kazałem mu zabrać ją do domu, ożenić się z nią i dać jej paru synów, żeby się nie nudziła - zakończył król ze śmiechem.

- A ponadto - wtrącił George Villiers - lady Lindley jest szczupłą kobietą i nie sądzę, by miała dużo siły. Jak miała­by odwrócić uwagę nieszczęsnego Stokesa i zabić go no­żem? Mogłaby go zranić, ale raport mówi o nożu wbitym głęboko i precyzyjnie tak, żeby spowodować natychmiasto­wą śmierć. Jaka kobieta potrafiłaby to zrobić, panowie?

- Jest cudzoziemką - zauważył jeden z dworzan. - A ten jej służący w turbanie? Wygląda na niebezpiecznego czło­wieka.

- Lady Lindley jest Angielką, bez względu na miejsce urodzenia - stwierdził Jakub Stuart. - Jestem królem An­glii, a przecież urodziłem się w Szkocji. Jeśli chodzi o jej służącego, Adalego, to jest on oddany swojej pani, ale nie jest mordercą. To eunuch, panowie, a wszyscy wiemy, że kastraci nie są gwałtowni, lecz łagodni jak dziewczęta. Nie, nie, panowie, to nie mógł być Adali.

- Kto więc?

- Może powinniśmy się rozejrzeć, kto mógł coś zyskać na śmierci lorda Stokesa - zasugerował Villiers. - Albo ko­mu mogło zależeć na tym, żeby hrabiego Bartrama tu nie było.

- Steenie - odezwał się król - musisz iść porozmawiać z nieszczęsną wdową po Bartramie i sprawdzić, czy może rzucić jakieś nowe światło na całą sprawę.

Ale George Villiers niewiele zdołał się dowiedzieć od Mary Stokes, co mogłoby posunąć do przodu dochodze­nie w sprawie morderstwa. Biedna kobieta, z pomocą to­warzyszącego jej księdza, przekonała samą siebie, że za śmierć Richarda Stokesa jest odpowiedzialna Jasmine Lindley. Faworyt królewski ostrożnie powiedział rozhisteryzowanej wdowie, że król jest pewien niewinności Jasmi­ne i wyjaśnił, skąd takie przekonanie.

- Lady Lindley nie miała powodu, żeby krzywdzić two­jego męża, pani - podsumował. - Nie miała z nim żadnej zwady.

- Ale groziła mojemu Dickonowi, bo król zamierzał po­wierzyć nam na wychowanie księcia Lundy - chlipała lady Mary.

- Wczoraj, zanim lady Lindley opuściła dwór, król jej powiedział, że krążące plotki są nieprawdziwe. Ja sam by­łem przy tym, kiedy nasz władca mówił pani mężowi, że chłopiec pozostanie ze swoją matką i ojczymem. Powta­rzam ci, pani, że lady Lindley nie miała powodów, żeby mordować kogokolwiek. Król wierzy, że i ona, i wszyscy związani z nią ludzie są niewinni.

- Musimy pogodzić się z opinią króla, pani - odezwał się ksiądz do Mary Stokes. - Chociaż Jakub Stuart błądzi, to jest dobrym człowiekiem.

- Ale jeśli nie ta straszna kobieta, to kto zabił mojego Dickona, pastorze Goodfellowe? - łkała wdowa.

- Nie potrafię odpowiedzieć, ale Bóg zna imię tego szu­brawca i ukarze go ogniem piekielnym! Musisz zostawić tę sprawę innym, madame. Powinnaś się skoncentrować na własnym zbawieniu, bowiem śmierć przychodzi, kiedy się jej najmniej spodziewamy, tak jak to było w przypadku nieszczęsnego lorda Stokesa. Musisz być gotowa na spo­tkanie ze Stwórcą, lady Mary - grzmiał pastor.

George Villiers pomyślał, że ma do czynienia z purytaninem, i to bardzo niebezpiecznym. Ciekawe, czy mógł być odpowiedzialny za popełnioną zbrodnię. Sam słyszał, jak Richard Stokes mówił królowi, iż kazał zwijać manatki księ­dzu, wywierającemu tak ogromny wpływ na jego żonę. Lord Stokes nie był kłamcą. A teraz już nie żył, zaś przysparzają­cy kłopotów purytanin natychmiast znalazł się w jego domu, jeszcze zanim ciało zdążyło ostygnąć. Stokes na pewno po­robił jakieś oszczędności na starość. Część z nich przypad­nie wdowie. Czy ten purytanin nie miał przypadkiem ochoty położyć łapy na wdowiej rencie i wykorzystać jej do własnych celów? Chyba należy poinformować króla, natomiast młody hrabia Bartram powinien jak najszybciej przybyć ze swojej wiejskiej posiadłości, żeby chronić matkę.

Zanim skończył się dzień, pastor Simon Goodfellowe został aresztowany i zabrany do Tower na przesłuchanie w sprawie śmierci hrabiego Bartrama. Zaprzeczył, żeby miał jakikolwiek związek ze śmiercią Richarda Stokesa i, chociaż trochę przypiekany, nie przestawał utrzymywać, że jest niewinny. Sprawdzono jego alibi i rzeczywiście okaza­ło się, iż spędził wieczór na modlitwie z rodziną, której syn był bardzo ciężko chory. Dziecko umarło o świcie i ksiądz, wezwany przez posłańca, opuścił rodzinę i pospieszył do hrabiny Bartram.

- Mamy go wypuścić? - zapytał kapitan straży George'a Villiersa, który na polecenie króla udał się do Tower.

- Jeszcze nie - odpowiedział młodzieniec. - Nie ma wąt­pliwości, że to purytanin. Wychłoszczcie go, potrzymajcie przez tydzień o chlebie i wodzie, wychłoszczcie ponownie i dopiero potem wypuśćcie. Do tego czasu młody hrabia Bartram znajdzie się już w Londynie i jego pogrążo­na w żałobie matka, która tak łatwo ulega różnym wpły­wom, będzie bezpieczna przed takimi jak pastor.

- Tak, milordzie - odpowiedział dowódca straży. George Villiers skinął głową i odszedł, rozkoszując się brzmieniem słowa „milord". Wiedział, że musi być cierpli­wy. Królowa wspominała o Bożym Narodzeniu, a Villiers zdawał sobie sprawę z tego, że królowa jest osobą najlepiej poinformowaną. Wszystko układałoby się jak najlepiej, gdyby nie ten Piers St. Denis, próbujący odzyskać łaski je­go królewskiej mości. Villiers wiedział, że markiz potrze­bował bogatej małżonki i że tylko król mógł mu ją znaleźć. Jednak królowa upierała się, że żadna przyzwoita dziew­czyna nie powinna się dostać w ręce Piersa St. Denis.

- Podobno ma zboczone skłonności - poinformowała króla. - Mówiono mi, że dzieli się kobietami ze swoim nie­godziwym bratem przyrodnim, Jamie. Nie możesz mu po­wierzyć żadnej młodej, niewinnej dziewczyny.

- Ale nie mogę się go pozbyć, dopóki nie znajdę mu żo­ny - poskarżył się król wzburzonej małżonce.

- Oczywiście, że możesz! - odpowiedziała królowa. - Przecież jesteś królem! Czy twoje słowo nie jest prawem?

- Annie, faworyzowałem tego chłopca przez kilka ostat­nich miesięcy. Jeśli odprawię go z pustymi rękami, wyjdę na człowieka małostkowego, a tego nie chcę! Musimy mu znaleźć żonę.

- Może jakąś zamożną wdowę? - podsunął pomysł George Villiers. - Na tyle młodą, żeby mogła mu dać dziedzica, ale dość starą, żeby nie dać się zawstydzić ani jemu, ani je­go bratu.

- Właśnie! - z entuzjazmem zawołał król. Odwrócił się do żony. - Pozostawiam ci wybór, Annie, ale kandydatka musi mieć dużo złota i móc dać mu dzieci.

- Bardzo dobrze, panie, zrobię to, o co prosisz, chociaż gdyby to zależało ode mnie, odesłałabym go z pustymi rę­kami - odpowiedziała królowa. - Nic a nic nie wierzę na­szemu markizowi. Z największą chęcią obciążyłby winą za śmierć Richarda Stokesa Jasmine i Jamesa Leslie. - Królowa podniosła się z miejsca. - Zanadto się pali do ze­msty i jestem przekonana, iż nadal sądzi, że uda mu się do­stać w swoje ręce naszego wnuka.

- Nie, nie, Annie - zaprzeczył król. - Piers to wrażliwy młodzieniec, ale jestem przekonany, że ma dobre serce. Po prostu jest rozczarowany, że nie dostał Jasmine.

- Jest i zawsze był zbyt poczciwy - zauważyła wieczorem królowa do George'a Villiersa. - Myślałam, że St. Denis zostanie zwolniony ze służby i odesłany do domu. W jaki sposób udało mu się ponownie wkraść w łaski króla, Steenie?

- Wydaje mi się, że król czuje się winny w sprawie lady Lindley. Wie, że błędem było samo zasugerowanie, by St. Denis zalecał się do niej, i teraz bardzo pragnie mu to wy­nagrodzić, żeby markiz źle o nim nie myślał. St. Denis tak bardzo się upierał, że Glenkirk może być zamieszany w śmierć lorda Stokesa, iż król podyktował list do Jamesa Leslie i jego narzeczonej, prosząc ich o pozostanie w An­glii, dopóki sprawa nie zostanie wyjaśniona. Markiz wziął królewski list i osobiście wysłał go do Queen's Malvern. Je­stem pewien, że takiego właśnie prezentu ślubnego spo­dziewali się narzeczeni - zakończył Villiers.

- Co za kreatura! - rzekła królowa. - Wyobrażam sobie, co musieli poczuć Jemmie i Jasmine, gdy otrzymali ów list.

Cóż, mam nadzieję, że wszystko wyjaśni się do jesieni, kie­dy zamierzają wyjechać do Szkocji.

- Kiedy będzie ich ślub? - zapytał Villiers.

Królowa Anna zastanowiła się przez chwilę i powiedziała:

- Wydaje mi się, że już jutro, Steenie. Jutro jest piętna­sty czerwca, prawda, mój drogi chłopcze?

- Owszem - przytaknął.

- A więc ślub będzie jutro. Och, mam nadzieję, że będą szczęśliwi. Jasmine dość już miała smutków w swoim życiu. Chcę, żeby była po prostu szczęśliwa. Nasz Hal, niech Bóg ma w opiece jego duszę, też by tego pragnął.

- Amen - rzekł George Villiers, który znał księcia Henry'ego jedynie z opowieści. - I niech lady Lindley i lord Le­slie żyją razem długo i szczęśliwie!

- Niech tak się stanie, Steenie - odpowiedziała królowa.

- Życzę wam długiego, szczęśliwego życia - powiedział Robin Southwood, unosząc w toaście kielich.

Jasmine pomyślała, że znów jest żoną i uśmiechnęła się radośnie, słysząc toast i serdeczne życzenia rodziny. Stojąc przed anglikańskim księdzem i po raz trzeci składając mał­żeńskie śluby swojemu trzeciemu mężowi, modliła się w duchu, aby to małżeństwo nie skończyło się nieszczęśli­wie, jak jej dwa poprzednie. Mocno walczyła ze sobą, żeby uwierzyć w to, co powiedzieli jej James Leslie i babka. Że śmierci Dżamal - chana i Rowana Lindleya były tylko nie­szczęśliwym zbiegiem okoliczności, niczym więcej. Czy mieli słuszność? Niewątpliwie była szczęśliwa ze swoimi dwoma poprzednimi małżonkami. Teraz miała trzecią szansę. Czy trójka okaże się jej szczęśliwą liczbą? Jasmine Lindley modliła się, żeby tak było.

- Jesteś najpiękniejszą panną młodą, jaką kiedykolwiek widziałem - wyszeptał jej do ucha James Leslie.

- Mam dużą praktykę - zażartowała, uśmiechając się promiennie.

Wyszli z niewielkiej kaplicy w Queen's Malvern. Tak jak podczas jej ślubu z Rowanem Lindley, cztery rzeźbione ławy nie pomieściły całej rodziny, która tłoczyła się w kom­nacie i wypełniała przedsionek. Ślub z Rowanem był o świ­cie, gdy promienie wschodzącego słońca wpadły przez bar­wione szyby w oknach, rzucając kolorowe plamy na mar­murowy ołtarz, przykryty obrusem z irlandzkiej koronki, odbijając się od złotego krucyfiksu i wysokich świeczników. Teraz jednak ślub odbywał się w południe, a na dworze sią­pił drobny deszcz. Niektórzy pytali, czy nie przyniesie to pecha, ale Jasmine wyśmiała ich obawy. Oba jej poprzed­nie śluby zawierane były przy pięknej pogodzie i każdy skończył się gwałtowną śmiercią męża. Ponury dzień był jej najmniejszym zmartwieniem.

Uczta weselna, zaplanowana na trawnikach przed do­mem, została przeniesiona do głównej sali. Zaaferowa­na służba biegała w tę i z powrotem, nosząc jedzenie i pi­cie. Skye nie oszczędzała na uroczystości. Ponieważ było lato, do domu przyjechały jej wszystkie dzieci, żeby być świadkami ślubu ich siostrzenicy z lordem. Nawet Ewan OTlaherty i jego żona, Gwynneth Southwood, przybyli z Irlandii. Pan na Ballyhennessey miał pięćdziesiąt pięć lat, był mocno zbudowany i miał stalowosiwe włosy. Był zwy­czajnym irlandzkim dziedzicem i dobrze się czuł w tej roli. Jego pięcdziesięcioosmioletni brat, Murrough, zakończył służbę na morzu i osiadł w Devon, zajmując się nadzorem floty handlowej O'Malley - Smali. Jego żona, Joan South­wood, była szczęśliwa z powrotu męża do domu po tylu la­tach na morzu, w czasie których jednak udało mu się spło­dzić ze swoją żoną trzech synów i trzy córki.

Willow, hrabina Alcester, oraz jej małżonek, James Edwards, przybyli parę dni wcześniej w towarzystwie czworga z ósemki swoich dzieci i gromadki wnucząt. Jedy­nie ich najmłodszy syn, dwudziestoletni William nie był jeszcze żonaty. Ze wszystkich dzieci Willow to właśnie uro­da Williama zdradzała jego hiszpańskie korzenie. Był nie­samowicie podobny do ojca Willow. Patrząc na niego, Skye cofała się w myślach o dziesiątki lat, do czasów, kiedy była uwielbianą żoną człowieka zwanego Khalidem el Bey, a także Królem Dziwek Algieru, który naprawdę był hiszpańskim banitą. Oczywiście Willow nigdy nie usłyszała barwnej historii życia swojego ojca i żyła w przekonaniu, iż był zwykłym kupcem, który został odrzucony przez rodzi­nę. Obserwując swoją pruderyjną, zasadniczą i tak bardzo angielską córkę, usiłującą rządzić wszystkimi i krytykującą każdego, Skye myślała złośliwie, że pewnego dnia przed swoją śmiercią, musi opowiedzieć Willow o Khalidzie. To z pewnością trochę przytrze jej nosa.

Po pięćdziesięciopięcioletniej Willow przybył Robin Southwood, hrabia Lynmouth, liczący teraz pięćdziesiąt dwa lata, i jego nadal piękna żona, Angel. Następna była czter­dziestosiedmioletnia Deirdre Burke ze swoim mężem, lor­dem Blackthorne'em, potem jej brat, czterdziestosześcioletni lord Padraic Burke, jego żona Valentine, a w końcu najmłodsze dziecko Skye, czterdziestodwuletnia Velvet de Marisco, hrabina BrocCairn, i jej mąż, Alexander Gordon, hrabia BrocCairn. Przywieźli ze sobą pięciu braci przyrod­nich Jasmine, w wieku od piętnastu do dwudziestu dwóch lat. Na ślub Jasmine przybyła również Sybilla, hrabi­na Kempe, przyrodnia siostra Jasmine, ze swoim małżon­kiem, Tomem Ashburne, oraz wuj Jasmine, lord Conn Bliss i jego żona Aidan. Oczywiście, obecni byli także wier­ni służący Jasmine, Adali, Toramalli i Rohana.

Willow podzieliła się z rodzeństwem swoimi obawami, czy przeniesienie przyjęcia weselnego do sali nie obudzi w Skye przykrych wspomnień. W końcu po raz pierwszy od pięciu miesięcy, od niespodziewanej śmierci Adama de Marisco, rodzina zgromadziła się w komplecie.

- Jest już stara i to może ją zranić - rzekła autentycznie zatroskana Willow.

- Sama wszystko zaplanowała, siostro - łagodnie rzekła Deirdre. - Chce, żeby wesele tam się odbyło. Przecież nie może w nieskończoność unikać sali balowej tylko dlatego, że umarł w niej tata, prawda, Willow?

Willow otworzyła usta, żeby rzucić jakąś cierpką ripostę, ale jej brat, Robin Southwood, odezwał się pierwszy.

- Willow - powiedział żartobliwie, ale z powagą - nigdy, nawet dzisiaj, nie będziesz równie młoda, jak nasza mama.

- Jak zawsze przemawiasz zagadkami, Robinie - odpo­wiedziała Willow.

- Od urodzenia jesteś stara, Willow - stwierdził zuchwa­le. - Mama, pomimo swojego wieku, nigdy nie będzie sta­ra. Ma młode serce. Zawsze miała młode serce i tak już po­zostanie. Nie żyje przeszłością, jak większość ludzi w jej wieku. Adam, niech Bóg ma w opiece jego duszę, nie żyje, odszedł od nas. Ale mama żyje i będzie żyła aż do dnia, w którym Bóg wezwie ją do siebie. Wiem, że chcesz jak naj­lepiej, ale nie narzekaj na ucztę weselną na sali. Gdzie in­dziej miałaby się odbyć przy takiej pogodzie?

- Cóż, zupełnie nie rozumiem, o co w ogóle tyle hałasu - nie przestawała utyskiwać Willow. - Przecież to już trze­ci ślub Jasmine, a my jesteśmy w żałobie po śmierci nasze­go ojca.

- Po to tyle hałasu - odpowiedział James Edwards, mąż Willow, w rzadkim przypływie irytacji - bo Adam na pew­no by tego chciał i lady Skye o tym wie. I przestań już się czepiać, moja droga. Uszy puchną od twoich narzekań. Idę teraz do ogrodu, a ty, madame, powinnaś mi towarzyszyć.

- Ale przecież pada deszcz! - zaprotestowała Willow.

- Raczej mżawka - sprostował hrabia Alcester. - Dobra na cerę, madame. Chodźmy. - Zdecydowanym ruchem ujął ją pod ramię i niemal wyciągnął z pokoju, gdzie wszyscy zgromadzili się przed ślubem. - Wrócimy przed rozpoczę­ciem mszy, moja droga. - A gdy wrócili, Willow była bar­dzo spokojna.

Rodzina zebrała się w głównej sali Queen's Malvern, że­by uczcić małżeństwo, które właśnie zostało zawarte. Stoły uginały się pod ciężarem hojnej gościnności Skye. Była tam i połówka wołu, pieczonego na ruszcie, półmiski z kotleta­mi baranimi, kapłony w śliwkowym sosie i kaczki w sosie pomarańczowym, ogromna wiejska szynka, chrupiące ka­wałki dzikiego ptactwa i zajęcy, całe pstrągi podane na rzeżusze, dwie beczułki słodkowodnych ostryg, węgorz w gala­recie, salaterki zielonego groszku i młodej marchewki w sosie śmietanowym, duszona sałata, krąg twardego sera Cheddar i sera Brie z Normandii, kamienne garnki słodkiego masła i okrągłe bochny świeżo upieczonego wiejskie­go chleba. Było też wino, piwo i jabłecznik do picia, też tru­skawki z bitą śmietaną i malutkie wafelki z cukrem, poda­wane z bardzo słodkim winem marsala, które według starej tradycji miały przynieść szczęście młodej parze.

Wzniesiono wiele toastów na cześć Jasmine i Jamesa Leslie. Niektóre przemówienia były gorące i pełne miłości, inne frywolne i sprośne. Z każdym wypitym kieliszkiem Ja­smine stawała się coraz bardziej sentymentalna. Przypo­mniała sobie swój ślub z Dżamal - chanem. Ubrano ją w czerwień i złoto, w strój kapiący od rubinów i brylantów, jaki przysługiwał mogolskiej księżniczce. Miała zaledwie trzynaście lat. Kiedy wychodziła za mąż za Rowana Lin­dleya, odziana była w suknię ślubną z zielonego jedwabiu ze złotym haftem, w której wcześniej brała ślub jej matka i babka. A miała wtedy szesnaście i pół roku.

Teraz dobiegała już niemal dwadziestu pięciu lat i wy­chodziła za mąż po raz trzeci. Jej suknia ślubna uszyta by­ła z ciężkiego, kremowego jedwabnego brokatu. Stanik, wyszywany drobnymi słodkowodnymi perełkami, miał koł­nierz z delikatnej kremowej koronki. Spódnica była rozkloszowana i dopasowana w talii. Rękawy przedzielono wą­ziutkimi wstawkami ze srebrnej wstążki i ujęto w mankiety z miękkiej koronki. Pod sięgającą kostek suknią Jasmine miała na sobie wiązane giezło, kilka warstw jedwabnych i płóciennych halek oraz jedwabne pończochy. Jej trzewiki z kremowego brokatu wyszyto perłami, a upięte w kok, ciemne włosy zdobiły wysadzane perłami jedwabne róże i wąziutkie srebrne wstążeczki.

- Rozmarzyłaś się? - mruknął jej do ucha mąż. - Jeśli tak, to mam nadzieję, że marzysz o mnie. - James Leslie ujął jej rękę i złożył płomienny pocałunek po wewnętrznej stronie dłoni. To był najszczęśliwszy dzień w jego życiu. Doskonalę pamiętał, kiedy spotkał ją po raz pierwszy. Gdy przybył z królem do Queen's Malvern uważano, że owdo­wiały lord Glenkirk świetnie się nadaje na męża przyrod­niej siostry Jasmine, Sybilli Gordon, której wydawało się, iż jest w nim zakochana. Kiedy jednak został przedstawiony Jasmine, natychmiast zakochał się w niej bez pamięci. Mia­ło to miejsce dziesięć lat temu. Teraz uniósł jej dłoń do ust i, skubiąc wargami palce żony, zapytał szeptem:

- Jak długo jeszcze musimy zachowywać się uprzejmie?

- Mają być tańce - odparła cicho. - Tak?

- I chyba jeszcze jakieś występy.

- A może sami możemy sobie zorganizować rozrywkę?

- Jemmie! To wesele znaczy tak wiele dla babci. Musisz nauczyć się cierpliwości, mój panie. Przecież już próbowa­liśmy zmysłowych rozkoszy. - Usiłowała wyrwać mu rękę, ale Glenkirk nie puszczał.

Przekornie zaczął demonstracyjnie ssać jej palce, a gdy skończył, wciągnął jej rękę pod stół i położył sobie w kroczu.

- Jak widzisz, jestem bardzo głodny. Mogę się założyć, że twoja babka rozumie moje uczucia.

Był twardy jak skała i Jasmine walczyła, żeby się nie za­czerwienić. Nie mogła jednak cofnąć ręki. Przez chwilę gła­dziła go, wiercąc się na krześle na wspomnienie poprzed­nich spotkań z Glenkirkiem. Nagle zadrżała w namiętnym wyzwoleniu.

- Milordzie! - jęknęła cicho. Roześmiał się.

- Jesteś tak samo spragniona mnie, jak ja ciebie, moja kochana. To doskonale. Zatańczymy i obejrzymy występy, które zaplanowała dla nas twoja babcia. Ale kiedy przed­stawienie się skończy, zaprowadzę cię do łóżka i wyrzucę z twojej głowy wszelkie myśli, które mnie nie dotyczą. - Wypuścił szczupłą dłoń, którą więził w swojej.

- Drogo zapłacisz za swoją niegodziwość, milordzie - obiecała mu, niechętnie zabierając dłoń z jego męskości.

- Ty również, kochana Jasmine, za to, że każesz mi cze­kać - zagroził jej, a jego oczy śmiały się. - Bez względu na to, ile lat będziemy po ślubie, nigdy się tobą nie znudzę.

- Zuchwała deklaracja zuchwałego mężczyzny, Jamesie Leslie - powiedziała Jasmine.

Nagle komnatę wypełniły przenikliwe dźwięki i niesa­mowite odgłosy. James Leslie gwałtownie poderwał głowę.

Do sali wkroczył mężczyzna w zielonym kilcie w drobną, czer­wono - białą kratkę, identycznym jak ten, który tego dnia miał na sobie lord. Idąc dostojnym, równym krokiem, grał na kob­zie. Zatrzymał się przed głównym stołem, gdzie siedzieli pań­stwo młodzi i zagrał słodką, melancholijną melodię. Gdy skończył, pokłonił się nisko przed lordem Glenkirkiem.

- Alpin More! - zawołał James Leslie z uśmiechem na twarzy. - Skąd się tu dzisiaj wziąłeś? Z Glenkirk tutaj jest daleko.

- Twoi bracia i siostry uważali, że powinienem dziś być tutaj, milordzie, a lady de Marisco zgodziła się z tą opinią. Zorganizowała mi podróż na południe. Rzeczywiście po­dróż była długa, ale przecież nie mógłbyś się ponownie ożenić bez swojego kobziarza. Grałem dla ciebie, gdy żeni­łeś się ze świętej pamięci lady Isabelle. Teraz zagrałem dla ciebie i twojej nowej małżonki. Niech Bóg wam błogosła­wi! - Ukłonił się ponownie.

- Jasmine, to jest Alpin More, mój kobziarz - zwrócił się James Leslie do żony. - Alpin, oto moja żona, lady Jasmi­ne Leslie.

- Nigdy jeszcze nie słyszałam, żeby ktoś tak pięknie grał na kobzie, Alpinie More - odezwała się Jasmine. - Mam nadzieję, że w niedługim czasie znów dla nas zagrasz.

Kobziarz jeszcze raz ukłonił się swojej nowej pani. Była o wiele piękniejsza od poprzedniej żony lorda. Miał nadzie­ję, że będzie mogła mieć dzieci, bo jego pan potrzebował dziedzica. Panna młoda nie była bardzo młoda, ale nie była też bardzo stara, a poza tym podobno miała już dzieci.

- Życzę ci, pani, długiego życia i wielu dzieci - powie­dział z galanterią do Jasmine.

- Wspaniałe życzenia, Alpinie More - odpowiedziała Jasmine. - Urodzę mojemu lordowi wielu synów i pewne­go dnia będziesz miał okazję zagrać także dla nich.

Kobziarz uśmiechnął się szeroko, zadowolony z jej słów, które po powrocie do Glenkirk będzie mógł wszystkim po­wtórzyć. Może zanim lord przywiezie swoją żonę do domu do Szkocji, będzie już w ciąży z potomkiem Lesliech. To by z pewnością wszystkich uradowało.

- Skoro już wysłuchaliście kobziarza - zwróciła się cicho Skye do młodej pary - czy nie chcielibyście opuścić sali?

- Ależ babciu, przecież zaplanowałaś tańce i inne roz­rywki - odezwała się Jasmine, zdumiona odprawą.

- Kochane dziecko, czy naprawdę masz ochotę siedzieć tutaj, gdy twój nowo poślubiony mąż ma na ciebie taką ochotę? - zapytała ze śmiechem babka. - Mogę się założyć, że jestem dziś najstarsza na tej sali, ale pamięć jeszcze mi dopisuje. Noc poślubna, nieważne czy pierwsza, czy trze­cia, nieważne, czy byliście już wcześniej kochankami, to cu­downa noc. Pamiętam moje noce poślubne z najdrobniej­szymi szczegółami, nawet te smutne. W czerwcu długo jest widno, a kiedy w końcu zapada noc, to na krótko, czy więc nie wolisz spędzić tego czasu tylko z Jamesem Leslie? Na twoim miejscu na pewno bym wolała!

Lord Glenkirk podniósł się zza stołu i pociągnął za sobą swoją żonę. Skłonił się przed hrabiną Lundy, ujął jej rękę i powiedział:

- Pani, jesteś osobą obdarzoną ogromną wrażliwością. Gratuluję. - Pocałował dłoń Skye. - Z twoim przyzwole­niem chętnie opuścimy z żoną to wspaniałe przyjęcie, któ­re przygotowałaś na naszą cześć. - Puścił jej dłoń i, kłania­jąc się ponownie, wyszedł z weselnej izby z podążającą za nim zapłonioną Jasmine, pośród oklasków i wznoszo­nych okrzyków swoich nowych kuzynów.

Skye przyglądała się odchodzącym zamglonym spojrze­niem niebieskich oczu, z uśmiechem na ustach. Cóż, sta­ruszku, jesteś teraz zadowolony? Udało mi się bezpiecznie wydać ją za mąż za lorda Leslie i pewnie za rok będziemy mieli kolejnego dziedzica. Na Boga, jakżebym chciała, że­byś teraz był ze mną, Adamie! Podobno czas leczy rany, ale wydaje mi się, że dziś bardziej mi ciebie brakuje niż w dniu, w którym opuściłeś mnie tak niespodziewanie. I czuję, że upłynie jeszcze trochę czasu, zanim do ciebie dołączę, Adamie. Nie wiem, czy się z tego cieszyć, czy martwić.

Poczuła czyjaś rękę na swoim ramieniu i uśmiechnęła się, patrząc na przystojną twarz swojego syna Robina. Po­chylił głowę i pocałował ją w policzek.

- Byłby zadowolony, mamo. Tego właśnie pragnął dla Jasmine - powiedział hrabia Lynmouth. - Chciał, żeby by­ła bezpieczna, a teraz jest.

- Wiem - odpowiedziała Skye.

- Ale? - dopytywał syn.

- Sama nie wiem - rzekła cicho. - Coś się szykuje, Ro­binie, czuję to. Jednak nie mam pojęcia co, i nic nie potra­fię sobie wyobrazić.

- Może to tylko urojenie, mamo. To był dla ciebie cięż­ki rok, począwszy od śmierci Adama, a potem ta podróż do Francji. Przecież nie jesteś już taka młoda, jak niegdyś.

- Mówisz jak Willow - zarzuciła mu.

- Boże uchowaj! - zawołał hrabia Lynmouth.

- Nie, Robinie, nad Jasmine wisi jakiś cień - powiedzia­ła Skye. - To nie są przywidzenia starszej pani.

- Jeśli więc coś się wydarzy, mamo, nasza rodzina zbie­rze się, jak to zawsze czyniła w takich razach i rozwiążemy problem - rzekł Robin Southwood.

Skye uśmiechnęła się do swojego trzeciego syna. - Tak, mój drogi, chyba będziemy musieli. Jednak póki co zamie­rzam cieszyć się latem, mając przy boku moją córkę i wnuczkę. A gdy nadejdzie jesień, z radością będę się przy­glądać, jak odjeżdżają do Szkocji, tak jak wcześniej cieszy­łam się ich przyjazdem do Queen's Malvern - zachichota­ła. - Potem wraz z Daisy przygotujemy się do spokojnej zi­my. Zawsze sprawiałam jej kłopoty, Robinie, i obawiam się, że za bardzo się zestarzała, żeby dać sobie ze mną radę - roześmiała się. - Bliżej jej do osiemdziesiątki niż mnie.

- Nigdy nie lubiłaś się nudzić, mamo - odezwał się. - Nie mam cienia wątpliwości, że znajdziesz sobie jakąś roz­rywkę.

Skye O'Malley de Marisco zaśmiała się, słysząc tę uwa­gę. - Masz rację - przyznała. - Pewnie coś sobie znajdę.


Jesień roku 1615

ROZDZIAŁ 13

Jasmine Leslie po raz pierwszy ujrzała zamek Glenkirk późnym popołudniem pewnego słonecznego, sierpniowego dnia. Zbudowany z szarego kamienia, był ufortyfikowany i miał cztery wieże z czterech stron świata. Usadowił się na szczycie wzniesienia, pośród porośniętych lasem wzgórz. Zwodzony most z dębowego drewna był opuszczony zapra­szająco i Jasmine Leslie z absolutną pewnością poczuła głę­boko w sercu, że oto przyjechała do domu. Dla księżniczki wychowanej na dworze indyjskiego władcy, przyzwyczajonej do budowli o wiele wspanialszych niż ten niewielki kamienny dom, zwieńczający zielone wzgórze, było to niezwykłe dozna­nie. Ale miała pewność - Glenkirk był jej domem! Jak długo na nią czekał? Serce jej zadrżało i zaczęło bić pospiesznie.

Nagle usłyszała jedno słowo, wypowiedziane przez Adalego.

- Tak.

Odwróciła się i zobaczyła, że Adali również poczuł ma­gię tego miejsca. Uśmiechnęli się do siebie.

- Co o tym myślisz? - nerwowo zapytał jej mąż. - Czy będziesz mogła być tutaj szczęśliwa każdego lata, przez co najmniej pół roku, najdroższa Jasmine?

Siedząca na ogierze Jasmine odwróciła się w jego stronę i kiwnęła głową.

- Tak, Jemmie, mogę być szczęśliwa wszędzie, jeśli tylko będę przy tobie. Zamek jest piękny. To wspaniałe miejsce dla dzieci.

- Widzisz go w najlepszym momencie - powiedział lord. - Uprzedzałem cię, że jesienią w Szkocji jest najładniej. Przez resztę roku jest bardzo szaro, ciągle mży i pada.

- Nie martwię się tym - stwierdziła Jasmine. - Ta ziemia, ten zamek i las śpiewają do mnie, milordzie. Nie dbam o to, czy będzie słońce, czy deszcz. Przybyłam do domu.

Przystojną twarz lorda Glenkirka okrasił szeroki uśmiech. Nic nie mogło go bardziej uradować. Zawsze ko­chał swój dom, ale po śmierci Isabelle i dzieci stał się tak pustym i nagle jakby obcym miejscem. Jednak było to miejsce, gdzie się wychował wraz z trzema młodszymi braćmi i pięcioma siostrami. Przez wiele lat było to miej­sce pełne ciepła i szczęścia. I teraz znów takim się stanie, dzięki Jasmine, jej dzieciom, a potem dzieciom, które im się urodzą. Humor mu się poprawił, a uśmiech stał się jeszcze szerszy.

- Na murach są zbrojni! - zawołał podnieconym głosem młody Henry Lindley. - Och, tato, ależ wielki zaimek! - Wierzchowiec chłopca tańczył nerwowo koło ogiera lorda. - Czy mogę pojechać przodem? - zapytał ojczyma.

- Nie, chłopcze - wtrącił Fergus More. - Po raz pierw­szy od wielu, wielu lat lord z powrotem przybywa do domu. To on musi wjechać na zamek jako pierwszy.

- Ale mógłbym pojechać przodem i dać znać, że przyjeż­dżamy - z nadzieją powiedział chłopiec.

- Już wiedzą, że przybywamy - rzekł Fergus More i po­kazał ręką w stronę zamku.

Wyłaniali się z zamkowego dziedzińca, przechodzili przez zwodzony most i szli drogą, wijącą się pomiędzy wzgórzami, w stronę zbliżającej się grupki jezdnych. Człon­kowie klanu Leslie. Konno i na piechotę, z trzepoczącymi proporcami, z grupą kobziarzy prowadzonych przez Alpina More, krewniaka Fergusa. Nieokrzesana, radosna mu­zyka niesiona była przez wiatr. Szkoci odruchowo prosto­wali się w siodłach. Tego dnia lord miał na sobie ten sam strój, który wkładał codziennie, odkąd przekroczyli grani­cę: bryczesy, wysokie buty, skórzany kaftan na lnianą ko­szulę i czapkę z klanową spinką. Jasmine pomyślała, że przepadł gdzieś tamten elegancki angielski dworzanin, ja­kim był kiedyś.

- Jasmine, przyjrzyj się tej zielono - białej chorągwi - po­wiedział, wskazując ręką. - To jest ród Lesliech z Sithean. Wszyscy pochodzimy od pierwszego lorda Glenkirka, ale drugiej siostrze lorda udało się zdobyć Sithean dla swojego syna i jego potomnych. Widzę też mojego wuja Patricka ja­dącego na czele swoich ludzi. Wraz z nim jedzie jego syn, a mój kuzyn. Pod czerwono - biało - zieloną flagą idą Leslie z Glenkirk. Znajdują się tam moi wujowie i moi bracia - mówił z wyraźną ekscytacją.

- Powinieneś był wrócić do domu dużo wcześniej, Jemmie - rzekła Jasmine i dotknęła dłonią jego ręki.

- Omal już tego kiedyś nie zrobiłem, ale król zaczął pła­kać, że po śmierci nieszczęsnego Cecila potrzebna mu moja przenikliwość, więc zostałem, żeby służyć Jakubowi Stuarto­wi. Ale nie sądzę, żebym jeszcze kiedykolwiek miał wyjechać ze Szkocji latem, kochana. Serce mi rośnie, gdy widzę to, co mnie tu otacza, i gdy słyszę powitalne dźwięki kobzy.

Gdy się zatrzymali, grupkę podróżnych otoczyli człon­kowie klanu lorda, wykrzykując z radości, że znów go widzą i że przywiózł ze sobą nową małżonkę. Wyciągali ręce, że­by dotknąć lorda i jego wybrankę. Jasmine, idąc w ślady męża, także wyciągnęła ku zebranym swoją śliczną rączkę, a radość bijąca z jej oczu wyraźnie świadczyła o przyjemno­ści, jaką odczuwa, znajdując się pośród nich. Gdy usłyszeli, że lord pojął za żonę Angielkę, spodziewali się wyniosłej damy, nerwowej istoty, która będzie się wzdragać przed ich zachowaniem. Ale ta kobieta nie była delikatną mimozą.

Lord Glenkirk i jego towarzysze zostali odprowadzeni na dziedziniec zamku. Zanim lord czy Adali zdążył pomóc Jasmine zsiąść z konia, została ściągnięta z siodła przez po­tężnego, zarośniętego członka klanu, który łagodnie posta­wił ją na ziemi i z uśmiechem skłonił się przed nią.

- Kim jesteś? - z błyskiem w oczach zapytała go Jasmine.

- Czerwony Hugh More, pani, syn i wnuk Hugha More - odparł, kłaniając się kolejny raz. - Jestem dowódcą two­jej straży.

- Jesteś dowódcą straży zamkowej - poprawiła go Jasmine.

- Nie, pani, twojej straży - usłyszała w odpowiedzi.

- Mam własną straż? - Jasmine była zaskoczona.

- Tak jak każda lady Glenkirk przed panią - powiedział. - To jest Szkocja, a Szkocja nie zawsze jest spokojnym miejscem.

- Tak właśnie mówił mi mój mąż - rzekła Jasmine, śmie­jąc się. - Cóż, Czerwony Hughu More, to jest Adali, który był odpowiedzialny za moje bezpieczeństwo od dnia moich narodzin. Będziecie współpracować, prawda?

Czerwony Hugh More obrzucił spojrzeniem pół - Hindusa, pół - Francuza, Adalego. Była to szybka, kompetent­na ocena, która spotkała się z podobną w odpowiedzi.

- Wygląda na takiego, który umie dawać sobie radę - stwierdził.

- Potrafię zadusić człowieka tak, że ten nawet nie usły­szy, jak wchodzę do pokoju - cicho powiedział Adali.

Leniwy uśmiech wypełzł na twarz Czerwonego Hugha More.

- Dogadamy się - zawyrokował. - Podoba mi się ktoś, kto potrafi zabić bez rozlewu krwi i hałasu. - Następnie ukłonił się Jasmine i z pełnym szacunku kiwnięciem głowy pod adresem Adalego oddalił się, pozwalając im wejść do zamku.

James Leslie zaskoczył żonę, chwytając ją na ręce i wno­sząc do budynku.

- To stary zwyczaj, żeby przenieść żonę przez próg, ko­chana - wyjaśnił, stawiając ją na nogach, po czym wziął ją za rękę i poprowadził w górę po schodach, na drugie pię­tro zamku. Dzieci, Adali, Rohana i Toramalli podążali tuż za nim, rozglądając się z ciekawością. Lord poprowadził ich do Wielkiego Holu zamku Glenkirk.

Jasmine szeroko otworzyła oczy. Było to wspaniałe po­mieszczenie. Ogromne kominki pomiędzy wysokimi, zwieńczonymi łukami oknami, znajdowały się przy prze­ciwległych ścianach. Z belek pod sufitem zwieszały się róż­nobarwne jedwabne proporce, pod którymi klan Lesliech brał udział w wielu bitwach w ciągu wieków. Na końcu komnaty stał stół w kształcie litery T. Po obu jego stronach znajdowały się okna. Nad każdym kominkiem wisiał duży portret. Obraz po prawej przedstawiał przystojnego męż­czyznę w najlepszych swych latach. Na obrazie na lewo widniała postać niezwykle pięknej młodej dziewczyny o niewinnym i uduchowionym spojrzeniu.

- Kto to? - zapytała zafascynowana Jasmine.

- To Patrick Leslie, pierwszy lord Glenkirk, ambasador króla Jakuba IV na dworze księcia San Lorenzo. Był moim praprapradziadkiem. A to jest jego córka, lady Janet Leslie, moja praprababka. Jest tu w swojej sukni ślubnej, bowiem miała poślubić następcę tronu księstwa San Lorenzo, lecz została porwana i stała się sułtańską faworytą i matką sułta­na. Opowiadałem ci o niej. Jej najmłodszy syn, książę Karim, jako mały chłopiec został potajemnie wywieziony z Im­perium Otomańskiego i został pierwszym hrabią Sithean.

- Jest piękna - westchnęła Jasmine.

- Tak mówiono. Mój ojciec jeszcze ją pamiętał, bo umarła dopiero wtedy, gdy doprowadziła do jego ślubu z moją mat­ką. Zawsze wszystko doprowadzała do końca - roześmiał się.

- To tak, jak moja babka.

- Tak, przypuszczam, że madame Skye i Janet Leslie do­skonale by się dogadywały.

- Witaj w domu, milordzie! - Głos należał do starszego mężczyzny.

- Dziękuję, Will. To jest twoja nowa pani, lady Jasmine Leslie. Jasmine, to jest Will Todd, zarządca zamku. Od dnia mojego wyjazdu wiernie dbał o zamek.

- A teraz jestem szczęśliwy, widząc jego lordowską mość z powrotem w domu - rzekł Will Todd. - Teraz, jeśli nie je­stem już potrzebny, milordzie, i jeśli wyrazisz swą zgodę, chciałbym wrócić do mojego małego domku i wyruszyć na połów łososia, który bardzo obrósł tłuszczem w czasie pańskiej nieobecności.

- Co? To jeszcze zostały jakieś łososie w moich strumie­niach? Sądziłem, że już wszystkie zostały wyłapane przez kłusowników, Will - żartował lord ze staruszkiem.

- Zostało jeszcze mnóstwo pięknych łososi dla waszej lordowskiej mości. Jeśli zaś chodzi o kłusowników, to trud­no powiedzieć, ile ryb wyłowili, bo nigdy ich nie policzyli­śmy - odpowiedział żartem zarządca.

- Oczywiście, Will, możesz wrócić do domu i obiecuję ci, że do końca twoich dni niczego ci nie zabraknie. Jednak za­nim mnie opuścisz, po raz ostatni poproszę cię o pomoc. - James Leslie pociągnął do przodu Adalego. - To jest Adali, który służy mojej żonie od dnia jej narodzin. Przejmie teraz zarząd nad zamkiem Glenkirk, ale przez parę najbliższych miesięcy będzie potrzebował twojej pomocy i rady, co ma robić, co gdzie jest i komu można ufać. Pomożesz mu, Todd?

- Oczywiście, milordzie! - rzekł zarządca i uścisnął dłoń Adalego, mierząc go jednocześnie spojrzeniem. - Czy kie­dykolwiek prowadziłeś duży dom, panie Adali? Mam na myśli tak duży, jak nasz zamek.

Adali powściągnął uśmiech i odparł z powagą.

- Owszem, panie Todd, prowadziłem. Dom mojej pani był bardzo duży.

- To świetnie. Świetnie. Nie będziesz miał problemu, że­by nauczyć się naszych sposobów zarządzania, a ja będę mógł szybciej zająć się połowem ryb - roześmiał się.

- Nigdy nie łowiłem ryb, panie Todd - stwierdził Adali.

- Will, mam na imię Will. Panie Adali, z przyjemnością nauczę cię tej sztuki. Nasze łososie i pstrągi to wyzwanie dla rybaka, że już nie wspomnę o ich niezrównanym sma­ku po ugotowaniu na wolnym ogniu - zaśmiał się.

- Będę czekał z niecierpliwością - odpowiedział Adali. - I proszę mnie nazywać Adali, Will, bo jesteśmy sobie rów­ni w tym domu.

Stary człowiek skinął głową. Podobały mu się dobre ma­niery Adalego i to, że ten cudzoziemiec nie starał się wy­wyższać. Dobrze wróżyło na przyszłość dla wszystkich słu­żących, że ich nowy przełożony był nie tylko uprzejmym, ale też najwyraźniej miłym człowiekiem.

Nagle jego spojrzenie padło na dzieci.

- Dzieci? - Przez chwilę wyglądał na skonfundowanego, ale lord szybko przystąpił do wyjaśnień.

- To są dzieci mojej żony z poprzednich małżeństw, lord Henry Lindley i lady India oraz Fortune Lindley. Najmłod­sze dziecko jest kimś bardzo specjalnym. - Skinął na pia­stunkę, trzymającą na rękach księcia Lundy, żeby podeszła bliżej. - Ten mały chłopczyk, Will, to syn księcia Henry'ego, Charles Fryderyk Stuart. Wołamy na niego Charlie. Król wyświadczył mi ogromny zaszczyt, dając mi jego mat­kę za żonę i powierzając mojej opiece swojego jedynego wnuka.

- Syn księcia Henry'ego? - Oczy Willa Todda wypełniły się łzami. - To takie smutne, milordzie. Smutne, ale u nas, w Glenkirk, mały będzie bezpieczny. Król nas uhonorował, ale czyż ród Lesliech nie był zawsze wierny Stuartom?

- Zawsze był, Will - przytaknął James Leslie.

- Dzieci są zmęczone po długiej podróży, milordzie - wtrąciła Jasmine. - Chyba powinny dostać kolację i iść spać. Jutro mogą zacząć zwiedzać i oglądać Glenkirk, ale na dzisiaj raczej wystarczy.

- Pokażę pani ich pokoje - pospiesznie powiedział Will Todd.

- Pójdę z nimi - rzekł Adali - a potem wrócę. Podróż by­ła długa także dla ciebie, księżniczko - zakończył znacząco.

Kiwnęła głową.

- Chodź, usiądziemy przy kominku - odezwał się Glen­kirk. - Toramalli, na stoliku pod ścianą jest wino. Nalej nam po kieliszku. Słyszę, jak nasza rodzina wspina się po schodach na górę. Przez następnych parę godzin nie bę­dziemy mieli spokoju, kochana Jasmine, ale musimy zna­leźć jakąś chwilę wytchnienia.

Gdy dzieci i ich służący wyszli za Adalim i Willem, do sa­li już wchodziła kolejna grupa ludzi. Choć Jasmine przyda­łoby się jeszcze trochę czasu na rozpracowanie wszystkich koneksji rodzinnych, potrafiła już odróżniać w tłumie członków rodu Lesliech. Do przodu wysunęli się stryjowie Jamesa Leslie: James, pan na Hay, Adam, najbliższy ojcu lorda, i najmłodszy Michael, duży, rumiany mężczyzna po pięćdziesiątce. Był też kuzyn, stary hrabia Sithean, żo­naty z siostrą ojca Jamesa, wraz ze swoim synem Charlesem, który ożenił się z siostrą Jamesa, Amandą. Oczywiście przybyli też jego dwaj bracia, Colin, pan na Greyhaven i Robert Leslie z Briarmere Moor. Poklepali lorda Glenkirka po plecach i uściskali go z radością.

- To moja żona, Jasmine - przedstawił ją, po czym pod­niósł i postawił na stole, żeby wszyscy mogli ją zobaczyć.

- Potrafiłeś znaleźć piękność jak twój ojciec - stwierdził stryj Adam, kłaniając się Jasmine.

- Owszem, jest całkiem niezła, chłopcze, ale czy da ci spadkobiercę? - zapytał śmiało kuzyn z Sithean.

- Mojemu drugiemu mężowi urodziłam syna i dwie cór­ki, a księciu Henry'emu dałam zdrowego synka, milordzie - broniła się Jasmine.

Mężczyźni byli zaskoczeni, ale w końcu roześmiali się, a Colin Leslie odezwał się z, podziwem:

- Jemmie, ona jest równie zuchwała jak nasza matka.

- Tak - przytaknął stryj Adam - jest zuchwała jak praw­dziwa Szkotka. Będziecie mieli silne i zdrowe dzieci.

- Ale kiedy? - hrabia Sithean nie dawał za wygraną. - Ożeniłeś się z nią parę miesięcy temu i jeśli jesteś podobny do innych męskich przedstawicieli naszej rodziny, sypiałeś z nią regularnie, kuzynie. Do tego czasu twoje nasienie po­winno się już dobrze zakorzenić.

- Czy zadowoli cię koniec zimy, stary capie? - zapytała go Jasmine, śmiejąc się na widok zdumienia, malującego się na ich twarzach, a zwłaszcza na twarzy męża. - A teraz postaw mnie na ziemi, Glenkirk! Twoi kuzyni już mnie wi­dzieli. Do diabła, gdzie są kobiety z tej rodziny?

Bracia Jamesa wybuchnęli głośnym śmiechem, do którego dołączyli pozostali mężczyźni, gdy ich zaskoczenie osłabło. Lord Glenkirk pospiesznie zdjął żonę ze stołu.

- Czemu mi nie powiedziałaś? - wyszeptał, nie mogąc pohamować uśmiechu, który okrasił jego przystojną twarz.

- Chciałam to zrobić dziś w nocy, w naszym małżeńskim łożu, ale kiedy ten starzec zaczął szydzić, doszłam do wnio­sku, że jest to tak samo dobry moment, jak każdy inny. Nie chciałam, by ktoś sobie myślał, że nie wypełniałeś swoich małżeńskich powinności.

- Krzesło dla milady - zawołał hrabia Sithean. Jego po­lecenie natychmiast zostało spełnione. - Usiądź, moja dro­ga - zachęcił ją. - Dźwigasz najcenniejszy ciężar. Musisz uważać na siebie, dziewczyno.

- Urodziłam już czworo dzieci, milordzie.

- Owszem, ale teraz jesteś troszkę starsza - rzekł z tro­ską. - Czy kiedykolwiek poroniłaś?

- Tak, za pierwszym razem - powiedziała. - Było to spo­wodowane szokiem po zabójstwie mojego męża. Miałam wtedy czternaście lat. Od tamtego czasu nie miałam żad­nych problemów, milordzie, a to dziecko dobrze się za­gnieździło.

Stary hrabia uśmiechnął się.

- Tak, to prawdziwy Leslie - powiedział.

- Wyjaśnij mi, panie, proszę, gdzie są wszystkie kobiety? - spytała Jasmine.

- Stawią się jutro, gdy już odpoczniecie - rzekł Adam Leslie. - Wszystkie ciotki i twoje szwagierki niecierpliwią się, żeby cię poznać. Moja Fiona jest całkiem niebrzydka - zaczął i ściszył głos - ale nie mogę tego samego powiedzieć o żonach moich braci. Kiedyś były śliczne, jak to zwykle młode istoty, ale czas im nie posłużył. Natomiast siostry Jemmie'ego są bardzo ładne.

- Jest pan bardzo złośliwy, prawda? - rzekła psotnie Ja­smine.

- To dlatego, że od tylu lat mieszkam z Fioną - odpowie­dział. - Kiedy ona i matka Jemmie'ego były młode, zawsze rywalizowały ze sobą, ale potem się zaprzyjaźniły. Obie by­ły samowolnymi i upartymi dziewczynami. Moja Fiona tro­chę złagodniała, a ja z wiekiem stałem się bardziej złośliwy. A ty bywasz złośliwa, Jasmine?

- Czasami - odparła. - Musisz zapytać Jemmie'ego. Na pewno ci powie. Wydaje mi się, że bycie złośliwym jest dużo zabawniejsze niż bycie dobrym, stryju Adamie, praw­da? - W jej oczach pokazały się ogniki.

- Owszem - zgodził się. - Cieszę się, że jesteś zadzior­na i odważna, dziewczyno. Pierwsza żona Jemmie'ego była słodkim dzieckiem, ale równie podniecającym, jak miska owsianki. Ty zaś sprawiasz wrażenie osoby, w której żyłach płynie gorąca krew i takiej właśnie żony potrzebuje.

- Flirtujesz z moją żoną, stryju? - zapytał lord Glenkirk.

- Nie, chłopcze - oświadczył Adam Leslie. - To ona ze mną flirtuje, śliczna bestyjka. Masz szczęście, chłopcze.

- Podbił moje serce, bo ma na imię tak, jak mój dziadek - odpowiedziała mężowi Jasmine. - Znasz moją słabość do mężczyzn o imieniu Adam.

- Może nazwiemy tak naszego syna? - zaproponował Ja­mes Leslie.

- Nie - zaprotestowała Jasmine. - Nasz pierworodny syn będzie miał na imię Patrick, jak ten przystojny diabeł nad kominkiem. Nasz drugi syn będzie się nazywał Adam, a trzeci James, milordzie.

- A niech mnie! - zawołał hrabia Sithean. - Co za am­bitna dziewczyna, która chce ci dać cały klan synów. Całko­wicie popieram! - Z zapałem stuknął laską o podłogę.

A później, kiedy wszyscy mężczyźni odeszli, James z Ja­smine zasiedli za stołem do prostego posiłku, składającego się z gotowanego pstrąga, zapiekanego sera i jabłek. James Leslie powiedział:

- Wywarłaś ogromne wrażenie na moich braciach, stry­jach i kuzynach, madame. Natomiast wszyscy członkowie klanu będą cię zawsze wielbili za sposób, w jaki przyjęłaś ich powitanie, kochana Jasmine.

- Często widziałam, jak mój ojciec wyciągał ręce do swo­ich poddanych, gdy przejeżdżał przez ich miasta. Tak bardzo pragnęli dotknąć Mogoła. Wiele to dla nich znaczyło. Dzi­siaj, gdy członkowie twojego klanu otoczyli nas, żeby nas go­rąco powitać, zrobiłam to, co czynił mój ojciec i wyciągnę­łam do nich ręce. Nagle zrozumiałam, Jemmie, że pośród tych wzgórz jesteś niczym król dla swoich ludzi. Może Szko­ci dlatego zawsze mieli wiele problemów, żeby służyć jedne­mu królowi, bo tutaj każdy przywódca klanu jest królem na własnej ziemi. Bardzo interesujące doświadczenie.

James pokiwał głową.

- Szybko nas zrozumiałaś. Niestety, żaden kraj nie przeżyje pomiędzy swoimi sąsiadami, jeśli nie będzie miał potężnego władcy. - Ujął jej dłoń. - Nie mieliśmy nawet jednej chwili, żeby porozmawiać, od momentu, kiedy wygłosiłaś swoje oświadczenie - rzekł. - A gdy w końcu pozbyliśmy się moich krewniaków, Adali i Will Todd już wzywali nas do stołu. - Odwrócił jej dłoń i po­całował wewnętrzną stronę nadgarstka, poprzecinaną błękitnymi żyłkami. - Kiedy planujesz wydać na świat mojego syna?

- Pod koniec zimy. Na przełomie lutego i marca. To się stało pierwszej nocy po twoim powrocie z tej głupiej wy­prawy do Edynburga. - Pogłaskała go po twarzy. - Nigdy jeszcze tak bardzo nie pragnęłam żadnego mężczyzny, Jemmie. Pożądam cię bezustannie, a podróż z Anglii zaję­ła nam tyle czasu... Od wielu dni nie byliśmy w prawdzi­wym łóżku. A ty nie jesteś spragniony mnie?

- Jestem! - udało mu się wykrztusić.

- Nie wiem, gdzie mamy iść.

- Ja wiem! - zawołał, ściągając ją z krzesła.

Przeszli przez główną salę zamkową i przylegający do niej przedpokój. Gdy dotarli do szerokich schodów, wziął ją na ręce i, przeskakując po kilka stopni, wspiął się na pierwsze piętro, gdzie znajdowały się pokoje lorda i la­dy Glenkirk. Kopnięciem otworzył drzwi i wpadł do środ­ka, nie wypuszczając jej z objęć.

- Nie każ mi długo czekać, madame - wyrzucił z siebie.

- Jezu! - szepnął Fergus More do Adalego. - Nigdy nie był taki przy lady Isabelle. Nie wiem, czy uda mi się przy­zwyczaić do tych wszystkich gorących spojrzeń, jakie sobie posyłają, i tego napięcia pomiędzy nimi. Przecież oni z naj­wyższym trudem trzymają ręce przy sobie.

- Namiętność pomiędzy kobietą i mężczyzną jest dobrą rzeczą - mruknął uspokajająco Adali. - Nigdy nie czułeś nic takiego do kobiety?

Szkot potrząsnął głową.

- Nie - odparł - ale odnoszę wrażenie, że może uda mi się wykrzesać coś podobnego wobec panny Toramalli. Gdy na nią patrzę, ciarki przebiegają mi po plecach - przyznał.

- Jak myślisz, Adali, czy ona mnie lubi?

- Spróbuję się dowiedzieć, czy twoje zabiegi spotkają się z życzliwym przyjęciem - odpowiedział dyplomatycznie Adali. - Teraz jednak zajmij się swoim niecierpliwym pa­nem, Fergusie More. - Sam skierował się do sypialni swo­jej pani, gdzie obie służące pomagały Jasmine się rozebrać.

- Będziemy mieli mnóstwo roboty na zamku, żeby dopro­wadzić go do stanu nadającego się do normalnego za­mieszkania - zakomunikował. - Właściwie był zamknięty przez wszystkie te lata, które lord spędził w Anglii. Will Todd starał się, jak mógł, ale jeszcze wiele pozostało do zrobienia.

- Nie jest tak okropnie, jak podczas mojej nocy poślub­nej w domu Dżamala - odparła ze śmiechem Jasmine. - Nigdy tego nie zapomnę. Miałam wielką satysfakcję ze sprzedaży tych wszystkich odpychających kobiet z jego ha­remu. - Naga weszła do czekającej na nią balii i szybko umyła się bez pomocy służby.

- Przy kominku jest dość drewna na całą noc i na rano - rzekł Adali. - Dopilnowałem, żeby zostawiono wino na sto­le w saloniku, a koło łóżka czeka miska z wodą, przygoto­wana przez Rohanę i Toramalli, milady. Będziesz się do­brze czuła, pani, a jutro postaramy się, żeby było jeszcze le­piej.

- To wspaniały zamek - rzekła cicho Jasmine. - W koń­cu znaleźliśmy się w domu, Adali. Też to czułeś, prawda?

Pokiwał głową, uśmiechając się.

- Owszem, księżniczko. Nigdy bym nie przypuszczał, że ten stos kamieni pośród szkockich wzgórz wywoła we mnie takie uczucia. A jednak... - Nagle oczy mu rozbłysły i zu­pełnie zmienił temat. - Czy miałabyś coś przeciwko temu, żeby Toramalli miała zalotnika? Fergus More dał do zrozu­mienia, że jest zainteresowany zabieganiem o jej względy, oczywiście jeśli Toramalli się zgodzi, a ty, pani, nie będziesz miała nic przeciwko temu.

- Toramalli? Decyzja należy do ciebie, dziewczyno.

- To istny policzek - zaczęła Toramalli, którą łatwo było wyprowadzić z równowagi.

- To miły człowiek - rzekła jej siostra, Rohana. - Masz szczęście. I poprosił o pozwolenie, zanim zaczął się o cie­bie starać. Go za delikatność uczuć, siostrzyczko.

- Pewnie ma na myśli ciebie, a nie potrafi nas odróżnić - burknęła Toramalli, wycierając swoją panią.

- Jeśli tak myślisz, powiedz Adalemu, żeby pozwolił mu się do ciebie zalecać - zaproponowała Jasmine, gdy wkładała nocną koszulę z białego jedwabiu, zapinaną pod szyję, z długimi rękawami.

- Doskonały pomysł - stwierdził Adali. - Chodźcie te­raz, wyniesiemy balię z pokoju.

Kiedy ją opróżnili do kamiennej rynny w garderobie, schowali ją i wrócili do saloniku. Fergus More, który właśnie wychodził z sypialni lorda, spojrzał z nadzieją na Adalego.

- Toramalli ma wątpliwości, czy naprawdę odróżniasz ją od jej siostry bliźniaczki, Fergusie More - powiedział Ada­li. - Potrafisz? Jeśli umiesz je rozpoznać, wyrazi zgodę, że­byś się o nią starał.

Bliźniaczki stały obok siebie. Jeśli nie liczyć jednego szczegółu, były identyczne - obie ciemnowłose i ciemnookie, o smagłej cerze, i obie miały w kąciku oka znamię w kształcie kwiatka. Toramalli miała je po prawej stronie. Znamię Rohany było przy lewym oku. Fergus More bez wahania podszedł do właściwej bliźniaczki.

- Oczywiście, że wiem, że to ty jesteś Toramalli - powie­dział spokojnie.

- Cóż - odparła śmiało - skoro jesteś dość sprytny, żeby zauważyć, czym się różnię od Rohany, to chyba możesz od czasu do czasu dotrzymać mi towarzystwa, Fergusie More.

- Chodź więc ze mną do kuchni, dziewczyno - zaprosił ją - to napijemy się piwa. Twoja siostra też może przyjść - dodał po chwili zastanowienia.

- Wy idźcie - powiedziała Rohana. - Jestem zbyt zmę­czona, ale dziękuję za zaproszenie, Fergusie More.

Dwójka służących opuściła pokoje Jasmine. Adali został chwilę dłużej, żeby zdmuchnąć świece i ugasić ogień na ko­minku. Rohana życzyła mu dobrej nocy i udała się do swo­jej sypialni, mieszczącej się w obrębie apartamentów Ja­smine.

James Leslie wszedł do sypialni żony przez drzwi łączące ich pokoje. Jasmine stała bez ruchu i wyglądała przez okno na oblane światłem księżyca wzgórza. Słysząc jego kroki, odwróciła się z uśmiechem i wyciągnęła do niego ręce.

- Milordzie - powiedziała łagodnym głosem i objęła go. Bez słowa głaskał jej twarz, jakby robił to pierwszy raz w życiu. Jego oczy były pełne uwielbienia. Potem wplątał obie ręce w jej włosy i pocałował ją mocno gorącymi, zde­cydowanymi wargami.

- Kocham cię - rzekł w końcu. - Pokochałem cię od pierwszego wejrzenia. Wiem, że już to mówiłem, ale bę­dę ci to powtarzał do końca naszych dni, żebyś nigdy nie pomyślała, że mi się znudziłaś. Zawsze będę cię kochał, najdroższa Jasmine.

- Och, Jemmie - odpowiedziała. - Ja też cię kocham. Musiałabym być najgorszą suką na świecie, gdybym ci nie odpłaciła miłością w zamian za całe twoje uczucie. Ale nie wiem, czy zasługuję na tak ogromne uwielbienie. Jestem szczęśliwa, nosząc dziecko, będące owocem takiego uczu­cia!

W odpowiedzi porwał ją na ręce i położył na łóżku, po czym ułożył się obok, otaczając ją ramionami.

- Dziękuję.

Rozwiązał tasiemki jej koszuli i wsunął rękę pod jedwab, żeby pieścić jej piersi. Jęknęła, gdy jego palce musnęły wrażliwe sutki.

Dotyk jego ust był niemal nie do zniesienia. Zadrżała z rozkoszy, czując bolesne mrowienie w piersiach. Gładziła jego ciemne włosy, skręcając palcami pojedyncze kosmy­ki. Zamknęła oczy i westchnęła głęboko, gdy oderwał się od jej piersi. Jego ogromne dłonie ściągnęły z niej koszulę i zaczęły głaskać jej nadal jeszcze smukłe ciało. Pochylił się i pocałował ją w brzuch, przyprawiając o dreszcz emocji.

- Chcę cię czuć blisko siebie - rzekła cicho.

W odpowiedzi Jemmie uwolnił się ze swojej koszuli noc­nej i ponownie wziął ją w objęcia. Stykali się ciałami, prze­kazując sobie nawzajem ciepło. Jasmine wyciągnęła rękę i delikatnymi dotknięciami zaczęła pieścić jego męskość. Pod jej dłonią był gorący i twardy. - Kochaj się ze mną, Jemmie - wymruczała.

- Nie chcę ci zrobić krzywdy.

Jasmine bez słowa wysunęła się z jego objęć i szybko usiadła na nim okrakiem.

- Nie musimy jeszcze pozbawiać się przyjemności, jakie dają nam nasze ciała, Jemmie, mój ukochany. Jeśli będzie­my ostrożni, czeka nas jeszcze kilka miesięcy igraszek. Wiem, co robić, a ponieważ mam w tej kwestii większe do­świadczenie niż ty, musisz stosować się do moich wskazó­wek. Rowan i ja nigdy nie zabranialiśmy sobie cielesnych uciech, gdy byłam w ciąży, - Łagodnie kręciła biodrami po­nad nim. Jęknął z rozkoszy. Wyciągnął ręce i zaczął pieścić jej piersi, półprzymkniętymi oczami obserwując jej ruchy. - Czy podoba ci się to, milordzie? - przekomarzała się z nim.

- Jędza!

Poczuła w sobie wybuch jego miłosnych soków. Łkając z ulgi opadła na jego pierś.

Boże, ależ czuła się bezpieczna! W końcu znalazła dom. Już nigdy więcej nie będzie musiała uciekać, tułać się po świecie. Glenkirk był jej domem. Teraz. I na zawsze.



ROZDZIAŁ 14

Następnego dnia koło południa rodzina lorda Glenkirk napłynęła do zamku, żeby poznać Jasmine. Przybyli jego stryjowie, James, pan na Hay i jego żona Ailis, Adam ze swoją żoną Fioną, Michael Leslie Brae ze swoją Isabelle. Stary hrabia Sithean przyjechał ze swoimi kobietami. Oczy­wiście stawiło się też rodzeństwo Jamesa Leslie: siostra Bess ze swoim mężem, Henrym Gordonem, obaj bracia, Colin, pan na Greyhaven i jego żona Euphemia oraz Ro­bert z Briarmere Moor, żonaty z siostrą Euphemii, Florą, druga siostra, Amanda, zamężna z synem hrabiego Sithean, i Morag, żona młodego Malcolma Gordona. Wszyscy oto­czyli lorda Glenkirk, ściskając go i zasypując pocałunkami.

W końcu Fiona Leslie zawołała:

- Wystarczy! Wystarczy! Wszyscy znamy naszego Jemmie'ego. Przyjechaliśmy zobaczyć jego żonę. Pokaż się, Ja­smine Leslie! - A kiedy Jasmine stanęła przed nią, przyj­rzała jej się krytycznie, po czym uśmiechnęła szeroko. - Witaj w Glenkirk, pani. - Spoglądając na swojego bratan­ka, powiedziała: - Twoja matka byłaby zadowolona, a twój wybór...

- Fiono! - rzucił ostrzegawczo jej mąż.

Fiona Leslie ze złością spojrzała na swojego małżonka.

- Zamierzałam tylko powiedzieć, że wybór Jemmie'ego wydaje się równie trafny, jak ten, którego wiele lat temu dokonała jego matka. - I uśmiechnęła się słodko.

Wszyscy się roześmiali. Chociaż wcześniejsze stosunki po­między Fioną Leslie i jej późniejszą szwagierką bywały bar­dzo burzliwe, to gdy dorosły, stały się najlepszymi przyjaciół­kami. Fiona była szczera i wszyscy wiedzieli, że uważała Isabelle Gordon za słodką laleczkę. Ponieważ jednak brat nie­szczęsnej dziewczyny ożenił się z siostrą Jemmie'ego, żad­na krytyka z jej strony nie byłaby publicznie tolerowana.

- Cieszę się, że spotkałam się z twoją aprobatą, pani - odpowiedziała Jasmine, z błyskiem w oczach spoglądając na Fionę, którą natychmiast polubiła.

- Słyszałam, że jesteś już w ciąży - rzekła Fiona. - Cóż, kiedy dziecko się urodzi, będziecie mieć wokół siebie całą rodzinę. Czy twoja matka wróciła już z Anglii?

Jasmine potrząsnęła głową.

- Jeszcze nie. Została dłużej, bo uważała, że po śmierci mojego dziadka babcia może się czuć samotna. Ja jednak jestem przekonana, że babcia nie marzy o niczym innym, jak tylko o odesłaniu mojej mamy jak najszybciej do Dun Broc, żeby mieć wreszcie trochę spokoju.

- Ha! - roześmiała się Fiona. - Chyba podoba mi się twoja babka. Ale twoja matka jest dobrą kobietą i chce jak najlepiej.

- Kto jest twoją matką? - zapytała Bess Gordon.

- Hrabina BrocCairn, naturalnie - Fiona niecierpliwie zwróciła się do swojej bratanicy. - Czy ty nigdy nic nie wiesz, Bess?

- Cóż, Jemmie wyjechał do Anglii, a ja też nic o tym nie wiedziałam - z ożywieniem odparowała Bess. Zwracając się do Jasmine, zawołała: - Nikt mi nigdy nic nie mówi!

Adali i Will Todd podawali wino zebranym gościom.

- Nie miałam jeszcze czasu, żeby się zająć skompletowa­niem służby na zamku - wyjaśniła Jasmine.

- Och, mam nadzieję, że doprowadzisz wszystko do ta­kiego stanu, jaki panował tutaj za czasów Patricka, a potem naszych rodziców, Jamesie Leslie - rozmarzonym głosem rzekł pan na Hay.

- O tak! - z entuzjazmem zawołała Fiona. - Wtedy było tak wspaniałe, Jasmine. - Zerknęła na swoich szwagrów, bratanice i bratanków. - Będziecie musieli pomóc Jasmine w tym wszystkim. Nie może się teraz przemęczać, gdy nosi pod sercem następnego lorda Glenkirka.

- Nie jestem słabeuszem - zaprotestowała Jasmine. - Mam już czwórkę zdrowych i całkiem silnych dzieci.

- Owszem, masz czworo dzieci, ale żadne z nich nie jest Lesliem z Glenkirk - powiedziała Fiona.

- Daj spokój, ciociu - wtrącił Jemmie. - Moja żona nie jest klaczą rozpłodową. Będziemy mieli dziecko, chłopca al­bo dziewczynkę, które z radością zostanie powitane w Glen­kirk, ale nie dlatego ożeniłem się z moją ukochaną Jasmine. Poślubiłem ją, bo ją kocham od wielu lat. Jestem jej wdzięcz­ny, że zechciała mnie na męża. A teraz uczcijmy fakt, że zno­wu jesteśmy wszyscy razem - zakończył lord Glenkirk.

- Tak! Tak! - chórem zawołali goście.

Nagle w głębi sali rozległ się jakiś hałas. Gdy się odwró­cili, ujrzeli dwóch chłopców pochłoniętych walką na pięści, z dzikim wrzaskiem tarzających się po podłodze.

- To Connor! - powiedziała przerażona Morag Gordon.

- I Henry! - zawołała Jasmine, patrząc na męża. Lord Glenkirk ruszył do przodu i siłą rozdzielił swojego pasierba i siostrzeńca. Mocno zacisnął ręce na kołnierzach obu chłopców, którzy wili się i wyrywali z jego uchwytu. - Co się dzieje? - James Leslie zażądał wyjaśnień od wino­wajców.

- On powiedział, że jestem dzikusem i śmiesznie mówię - oświadczył Connor Gordon, łypiąc wściekle na swojego przeciwnika.

- A ty powiedziałeś, że jestem maminsynkiem - bronił się Henry Lindley. - Wchodziłem z siostrami do sali, tato, gdy zaczepił nas ten chłopiec. Obraził Indię i Fortune.

- A co takiego powiedział, że poczułeś się zmuszony wdać się w bójkę? Nawiasem mówiąc, to jest mój siostrze­niec, Connor Gordon.

- Powiedział: spójrzcie na tego małego maminsynka z chudą, żółtooką dziewuchą i smarkulą z marchewkową czupryną - dźwięcznym głosem oświadczył Henry. - Ude­rzyłem więc tego małego, zasmarkanego dzikusa. Nie pozwolę dokuczać moim siostrom! - Z wściekłością łypnął turkusowymi oczami na swojego przeciwnika.

- Connor - odezwał się lord - czy wiesz, kim jestem?

- Tak, milordzie - odpowiedział chłopiec.

- A to jest mój pasierb, Henry Lindley, markiz Westleigh i jego siostry, lady India i lady Fortune. Przeprosisz swoich nowych kuzynów za swoje zachowanie. - Puścił chłopca.

Connor Gordon poprawił ubranie i ukłonił się grzecznie.

- Mam nadzieję, lady Indio i lady Fortune, że przyjmie­cie moje przeprosiny. Jeszcze nigdy nie widziałem dziew­czynki z żółtymi oczami.

- Moje oczy są złociste, tak jak oczy mojego ojca - wy­niośle odpowiedziała India.

- A moje włosy są złocistorude, a nie marchewkowe - zawołała Fortune.

Jemmie Leslie puścił Henry'ego.

- A teraz, panowie, podajcie sobie ręce na zgodę - roz­kazał chłopcom. - Jesteśmy rodziną i nie pozwolę na kłót­nie pomiędzy nami. Zrozumieliście?

Obaj chłopcy kiwnęli głowami. Connor wyciągnął dość brudną rękę do Henry'ego, który ujął ją i potrząsnął.

- Mam kucyka - powiedział Connor. - A ty masz?

- Tak - odpowiedział Henry i zapytał podejrzliwie: - A czemu pytasz?

- Możemy razem pojeździć - odparł Connor. - Ile masz lat?

- Sześć i pół - usłyszał w odpowiedzi.

- O Boże! - zawołał Connor Gordon. - Ja mam osiem, a ty jesteś prawie taki duży, jak ja! I nie bałeś się! Wcale nie jesteś maminsynkiem, ale nieustraszonym chłopcem, cho­ciaż jesteś Anglikiem!

Henry Lindley spojrzał na swojego ojczyma.

- Co to znaczy nieustraszony? - zapytał nieufnie.

- Connor powiedział ci komplement, Henry. Nieustra­szony oznacza odważny - wyjaśnił lord.

- Daj nam takiego, dziewczyno - rzekł hrabia Sithean, stukając laską o podłogę. - Anglik czy nie, ale to bardzo udany chłopak.

- Biegnijcie obaj się pobawić - poleciła chłopcom Jasmine. Potem wzięła za ręce Indię i Fortune i poprowadziła je na spotkanie z ciotkami i siostrami lorda, które narobiły wiele zamieszania wokół dziewczynek, podziwiając ich urodę i inteligencję.

- Mama będzie miała nowego dzidziusia - zdradziła Fionie Fortune.

- Wiem - odpowiedziała Fiona, uśmiechając się do dziecka.

Wśród kobiet z rodu Lesliech była jedyną bezdzietną. Wiele lat temu, jako żona pierwszego męża, urodziła nie­ślubnego syna. Natychmiast po urodzeniu niemowlę zosta­ło oddane na wychowanie do innej rodziny. Przeżyło trzy lata i umarło zimą z gorączki. Tamten poród był bardzo ciężki i Fiona nie mogła mieć już więcej dzieci. Adam Leslie wiedział o tym, ale ożenił się z nią, bo ją kochał. - Masz włosy tej samej barwy, co moja prababka - zwróciła się do Fortune. - To była wspaniała dama. - Żartobliwie po­ciągnęła dziewczynkę za pasmo włosów.

- Mama mówi, że jestem łobuzica - odpowiedziała For­tune.

- To tak, jak ja - rzekła Fiona i mrugnęła do dziewczyn­ki, natychmiast zdobywając sobie w niej przyjaciela.

Posiłek był prosty, gdyż Jasmine nie miała jeszcze czasu na wynajęcie służby i całe gotowanie spadło na Willa Todda i Adalego.

- Nie bój się - zabrał głos Adam Leslie. - Wieść o po­wrocie lorda już się rozniosła i pod koniec tygodnia bę­dziesz miała służących aż w nadmiarze. Stawią się i ci, któ­rzy tu pracowali kiedyś, a nie są jeszcze zbyt starzy, i nowi, przysłani przez tych, którzy są już za starzy na otrzymanie pracy na zamku.

Jego słowa okazały się prorocze i po kilku dniach roiło się już od służących. Will Todd pozostał na pewien czas, że­by pomóc Adalemu i doradzić przy wyborze właściwych lu­dzi.

- Zostanę przez zimę - oświadczył Will Todd. - Zimą za­mek jest przytulnym miejscem, ale z nadejściem wiosny udaję się do mojego małego domku, ślicznego strumienia i łososi, które się napraszają, aby je złowić. - Uśmiechnął się szeroko do Adalego. - Wszyscy zaczęli cię już poważać, a to doskonale, zważywszy, że jesteś cudzoziemcem. Nie będziesz miał z nimi kłopotu.

W ciągu paru następnych dni zamek został wysprzątany. Wyszorowano podłogi, ze schowków wyciągnięto dywany i kilimy, które rozłożono na podłodze i zawieszono na ścia­nach. Przeczyszczono i udrożniono kominy. Umyte okna błyszczały w pogodne, jesienne dni. Meble utraciły matowość i połyskiwały świeżym blaskiem. Na kredensie pojawi­ły się srebra. Piękne porcelanowe misy, które Adali znalazł w schowku w zachodniej wieży zamku, napełnione zostały pachnącymi ziołami. Koło kominków ułożono drewno na opał. Na kredensach we wszystkich pokojach rozstawio­no kryształowe karafki z winem. W całym domu stały w wa­zonach różnobarwne kwiaty, dzikie i ogrodowe. Ustalono nawet plan posiłków, które zaczęły być serwowane co dzień o stałej porze.

Jeden z ostatnich zakonników z opactwa Glenkirk przy­był do zamku, żeby uczyć dzieci. Opactwo, ongiś sławne centrum oświaty, coraz bardziej podupadało. W całej Szkocji zaczęto odprawiać potajemnie dawne praktyki reli­gijne. Wpływy prezbiterian i anglikanów były niepewne. Z trudem tolerowano obecność kościołów. Tymczasem ród Lesliech z Glenkirk zachowywał się tolerancyjnie wobec opactwa i jego mieszkańców. Ostatni opat był ich kuzy­nem. Teraz pozostało tam około dwunastu mnichów, w większości starych, tylko trzech było w średnim wieku. Kiedyś przy opactwie prowadzono szkołę, ale z braku stu­dentów przestała istnieć. Zakonnicy byli zadowoleni, mo­gąc wydelegować jednego spośród siebie, żeby nauczał pa­sierbów lorda.

Jasmine, sama wychowana przez księdza, powiedziała Adalemu:

- Dopilnuj, żeby posłano do spiżarni opactwa sarnę. A skoro Will Todd lubi łowić ryby, niech złowi coś dla mni­chów. I gdy będziemy piekli na zamku chleb, przynajmniej raz w tygodniu niech dostaną świeże pieczywo oraz krąg se­ra i koszyk jabłek i gruszek. Skinął głową.

- Brat Duncan będzie zadowolony.

Zapadła jesień. Czerwień dębów, złoto osik i brzóz mie­szały się z głęboką zielenią sosen. Czerwone borówki, orze­chy laskowe i ostrokrzewy o ciemnozielonych, błyszczących liściach i czerwonych jagodach ubarwiały jesienny krajo­braz. Na wzgórzach kwitły fioletowe wrzosy. Nastały chłod­ne, rześkie noce. Jasmine nigdy jeszcze nie widziała takich gwiazd na niebie, jakie mogła dostrzec z zamkowych mu­rów. Jej mąż nie kłamał, gdy mówił, że jesień jest w Szko­cji najpiękniejszą porą roku.

W połowie października matka i ojczym Jasmine wraz z jej przyrodnimi braćmi powrócili z Anglii. Hrabina BrocCairn przywiozła dość niepokojące wiadomości. Król za­praszał na swój dwór lorda i lady Glenkirkw okresie Boże­go Narodzenia.

- Nie było mnie, gdy posłaniec przywiózł zaproszenie - relacjonowała córce Velvet Gordon. - Byliśmy w Blackthorne Hall, gdzie żegnaliśmy się z Deirdre i Johnem.

- To dziwne - zauważył lord Glenkirk. - Jamie wiedział, że zamierzamy wrócić na północ w drugiej połowie lata.

- Babcia się tym zajmie - rzekła z przekonaniem Jasmine.

I rzeczywiście, Skye O'Malley de Marisco, która po szczęśliwym wydaniu za mąż Jasmine i powrocie naj­młodszej córki wraz z rodziną do Szkocji miała nadzieję na trochę spokoju, znalazła się w wirze wydarzeń godnych jej młodych lat. Odesłała królewskiego posłańca z powro­tem do królewskiej rezydencji w okresie jesiennym w Win­chesterze z notką informującą monarchę, że jej wnuczka razem ze swoim mężem wróciła do Szkocji, żeby tam spę­dzić jesień i zimę. Toteż przeżyła ogromne zaskoczenie, gdy kilka tygodni później najprzystojniejszy młody mężczyzna, jakiego widziała od czasu śmierci swojego trzeciego męża, Geoffreya Southwooda, pojawił się na progu jej do­mu i został wprowadzony do biblioteki, gdzie siedziała przy ogniu, czytając. Wstała, gdy się do niej zbliżył.

Młodzieniec ukłonił się elegancko i znów przypomniał jej Geoffreya.

- Wicehrabia Villiers do twoich usług, pani.

- A więc to ty jesteś George Villiers - rzekła Skye. - Mo­ja wnuczka mówiła o panu same miłe rzeczy. Proszę usiąść. Może wina? - Mówiąc to, nalewała mu już. Podała mu tru­nek i zapytała: - Czemu zawdzięczam pańską wizytę, mi­lordzie? Z pewnością pan wie, że Jasmine i Jemmie są w Glenkirk.

- Dlaczego wyjechali, skoro król jasno zakazał im opuszczać Londyn do czasu wyjaśnienia sprawy morder­stwa lorda Stokesa? - zdziwił się George Villiers. - Król jest na nich wściekły, a ten przeklęty Piers St. Denis naci­ska na jego królewską wysokość, żeby wystawił nakaz aresztowania lorda i lady Glenkirk. Do tej pory królowej udawało się powstrzymywać męża. Przysłała mnie do cie­bie, pani, żebym się dowiedział, czy znasz jakiś powód nie­posłuszeństwa Lesliech, żeby mogła ich bronić przed oskarżeniami markiza Hartsfielda. St. Denis utrzy­muje, że lord z żoną uciekli, bo wiedzieli, iż już niedługo wyjdzie na jaw ich udział w zabójstwie lorda Stokesa.

- Kiedy król nakazał Jasmine i Jemmiemu pozostanie w Anglii, milordzie? Nic mi o tym nie wspominali. James Leslie zawsze był lojalnym poddanym Stuartów. W żadnym razie nie lekceważyłby autorytetu króla, to nie leży w jego naturze. A ponadto wydawało mi się, że król jest przeko­nany, iż ani Jasmine, ani Jemmie nie mieli nic wspólnego z morderstwem tego biedaka - powiedziała Skye.

- St. Denis namówił króla, żeby wysłać posłańca do Queen's Malvern przed ślubem pani wnuczki, z zakazem opuszczania Anglii przez lorda i jego żonę. St. Denis nadal wierzy, że uda mu się jeszcze na nich zemścić i otrzymać prawo do opieki nad małym księciem Lundy. Król nie mo­że się pozbyć St. Denisa, dopóki nie znajdzie dla niego żony, a królowa, znając plotki krążące o jego zboczonych upodobaniach, nie potrafi się zmusić do oddania w jego rę­ce jakiejś niewinnej bogatej panny. Odnoszę wrażenie, że królowa ma nadzieję, iż St. Denis po prostu wyjedzie, ale oczywiście tak się nie stanie. Król zaś jest zbyt dobrotliwy, żeby go odprawić, boi się, że mógłby zranić uczucia swoje­go przyjaciela i wyjść na niewdzięcznika. Tak więc Piers St. Denis pozostaje na dworze, przysparzając wszystkim kło­potów - podsumował wicehrabia Villiers.

- Żaden posłaniec nie przywiózł wiadomości od króla do Queen's Malvern ani przed ślubem ani po ślubie mojej wnuczki. Prawdę mówiąc, było to niezwykle nudne lato, je­śli nie liczyć jednego wydarzenia. Późną zimą Jasmine spo­dziewa się dziecka - powiedziała Skye. - Gdyby posłaniec przyjechał, Leslie z żoną zostaliby tutaj, ale nie było żadnej wiadomości, więc zgodnie ze swoimi planami wyjechali do Szkocji.

Zamyślony George Villiers sączył wino. Wrócił myślami do tamtego dnia, kiedy markiz Hartsfield przekonał króla, aby zatrzymał lorda i lady Glenkirk w Anglii. Sam zaofero­wał, że przekaże królewski list posłańcowi, i wyszedł po­spiesznie, ściskając w ręce przesyłkę.

- Ale nie doręczył jej! - rzekł głośno wicehrabia. Spoj­rzał na Skye. - St. Denis zaproponował, że sam odda kró­lewskie pismo umyślnemu posłańcowi, pani. Najwyraźniej nie zrobił tego, wiedząc, że Jasmine i Jemmie wrócą na północ, tak jak zamierzali. Również jego pomysłem by­ło wezwanie ich na dwór na obchody świąt Bożego Naro­dzenia! Sam wszystko zaplanował, sprytny diabeł! Nie do­ceniałem go. Sądziłem, że go pokonaliśmy! Ależ ze mnie głupiec, przecież Jasmine mnie ostrzegała - z rozpaczą wy­krzyknął Villiers.

- Nie taki znowu głupiec, milordzie - pocieszała mło­dzieńca Skye. - Nie masz dość doświadczenia w dworskich intrygach, żeby wiedzieć, jak daleko może się posunąć zde­sperowany człowiek, by przetrwać. - Spojrzała za Villiersa, na ciemne niebo widoczne za oknem. - Jest już za późno, żeby dziś ruszać w powrotną drogę. Zostaniesz na noc, a rano oboje udamy się na dwór, aby wyjaśnić królowi, że jego posłaniec nigdy do mnie nie dotarł. Nie będziemy ni­kogo oskarżać, bo nie mamy dowodów, ale natychmiast po powrocie odszukasz szefa królewskich posłańców i do­wiesz się, czy od czerwca jakiś posłaniec zakończył służbę u króla. Jeśli nie, zapytasz każdego posłańca, czy otrzymał królewski list do dostarczenia do Queen's Malvern. Jeśli masz rację, to nikt się nie przyzna - powiedziała Skye - i będziesz miał swój dowód nieuczciwości St. Denisa i nie­chęci, jaką czuje wobec mojej wnuczki.

- A jeśli jakiś posłaniec opuścił służbę u króla od końca czerwca? - zapytał Villiers.

- Wtedy nie mamy ani jednego dowodu przeciwko St. Denisowi. Nie możemy zaplanować nic więcej, dopóki nie będziemy wiedzieli wszystkiego, co trzeba, drogi chłopcze, albo dopóki St. Denis nie wykona jakiegoś głupiego ruchu.

- Jesteś zupełnie zwariowana, milady! - oświadczyła gło­śno Daisy Kelly na wieść o tym, że Skye wybiera się rano do Winchesteru. - Od śmierci męża znów zaczęłaś przy­sparzać kłopotów jak za młodu, a tymczasem jesteśmy już za stare na twoje szalone wyczyny!

- Mów za siebie, głupia starucho! - warknęła Skye. - Uważasz, że powinnam pozwolić temu St. Denisowi znisz­czyć życie mojej ukochanej wnuczce? A poza tym ty nie je­dziesz ze mną do Winchesteru.

- Co? - krzyknęła Daisy.

- Zabieram ze sobą Norę, córkę Bramwella. Chcę, że­byś została tutaj i spakowała wszystko, co nam będzie po­trzebne, żeby spędzić zimę w Szkocji - spokojnie odrzekła Skye. - Na jutro nie potrzebuję zbyt wiele. Tylko jakieś ubranie na podróż i jedną przyzwoitą suknię na audiencję u króla.

Po raz pierwszy od ponad sześćdziesięciu lat ich znajo­mości Daisy straciła mowę. Mrucząc coś pod nosem, z cał­kowitą dezaprobatą zabrała się za wypełnianie poleceń swojej pani.

Następnego dnia rano, gdy żegnała się ze Skye, zapytała:

- Kiedy udajemy się na północ?

- Po powrocie z królewskiego dworu będę chciała mieć jeden dzień odpoczynku - odparła Skye. - Możemy wyru­szyć następnego dnia. Nigdy nie byłyśmy w Szkocji, Daisy. Zobaczysz Pansy i jej rodzinę. Nie chcesz ich odwiedzić? - starała się ułagodzić wierną służącą.

- Widziałam moją córkę latem - burknęła w odpowiedzi Daisy.

- Wrócę najszybciej, jak się da - zapewniła ją Skye, wsia­dając do dużego, wygodnego powozu.

- Nie wątpię - rzekła Daisy.

George Villiers był zdumiony, że powóz może dotrzymy­wać mu kroku w podróży na południe i że stara lady de Marisco okazała się niezmordowaną podróżniczką. Jechali aż do zmroku. Zjadła solidny posiłek i udała się na spoczynek, żeby następnego ranka o świcie być gotowa do drogi. Po­dróżowali z Queen's Malvern, położonego nieopodal Worcester, przez Glouster, Swindon i Andover, prosto do Win­chesteru. Nie było potrzeby zahaczać o Londyn. Jesienią król i królowa lubili polować w pobliskim New Forest.

- Nie znajdziemy ich w samym mieście - poinformował Skye Villiers - ale w domku myśliwskim pod miastem. Lu­bią nieskrępowaną atmosferę, która tam panuje. Niestety, stanowi to utrudnienie dla dworzan, którzy nie mają tam domów, nie mogą też nic wynająć. Wielu nocuje w stodo­łach i w stogach siana, a myje się w lodowatych strumykach - roześmiał się.

- To cena, jaką się płaci za bycie na dworze - cierpko od­parła Skye. - Czy mógłbyś znaleźć jakieś miejsce, gdzie starsza pani mogłaby przyłożyć głowę do poduszki, mój przystojny młodzieńcze?

- Pani, możesz zająć mój pokoik w domku myśliwskim króla - zaproponował z galanterią. - Jest bardzo maleńki, ale będziesz mogła się przebrać i normalnie wyspać.

- Gdybym była o dwadzieścia lat młodsza, nie musiałbyś odstępować mi swojego łóżka, chłopcze, tylko byś je ze mną dzielił - zażartowała.

- Pierwszy raz w życiu żałuję, że jestem taki młody - od­powiedział, a Skye roześmiała się na głos, zachwyco­na szybkością jego odpowiedzi i czarującym komplemen­tem, jakim ją uraczył.

- Odnoszę wrażenie, że jesteś bardziej niebezpieczny niż St. Denis - rzuciła.

Ciemne oczy Villiersa na moment rozbłysły, po czym powiedział:

- Chyba mnie przeceniasz, pani.

- Nie, Villiers, wydaje mi się, że jesteś niedoceniony, ale jeszcze nauczą się ciebie cenić - stwierdziła spokojnie Skye.

Pomyślała, że jest z niego niezwykle czarujący łajdak, a na dodatek bardzo ambitny. No, ale w ambicji nie było przecież nic złego. Sama była szalenie ambitna za młodu; ledwo mogła się doczekać, co przyniesie następny dzień.

Na audiencję u króla ubrała się na czarno. Przecież no­siła jeszcze żałobę po swoim ukochanym Adamie. Czarne włosy z dwoma pasmami srebrzystej siwizny na skroniach upięła w zwykły kok.

- Podaj mi róż na policzki - poleciła Norze, służącej, która podróżowała razem z nią.

- Proszę pozwolić mi to zrobić - rzekła Nora. - Ma pa­ni piękną skórę, jak na starszą kobietę, milady. Muśniemy ją tylko kolorem. Jeśli nałożymy za dużo różu, zepsujemy efekt. - Delikatnie nałożyła barwiczkę i rozprowadziła na policzkach Skye, nadając im lekko różowy odcień. - Do­skonale - oznajmiła i wyciągnęła niewielkie podróżne lu­sterko, żeby jej pani mogła się przejrzeć.

Skye spojrzała w lustro. Była zdumiona. Wyglądała bar­dzo krucho. Z lustra patrzyła na nią elegancka, delikatna, stara kobieta. Kim ona jest? Wcale nie czuła się stara. No, może stawy jej dokuczały.

Nic dziwnego, że w ostatnich latach życia Bess nigdy nie pozwalała na lustra w swoim otoczeniu. A jednak ona żyła dłużej niż Elżbieta Tudor i wyglądała o niebo lepiej od niej!

Król wpatrywał się w stojącą przed nim kobietę. Była ubrana zgodnie z najnowszymi trendami mody i nosiła wspaniałą biżuterię, zwłaszcza perły i brylanty. Na ułamek sekundy spojrzenie jej błękitnych oczu zwarło się z jego wzrokiem, po czym Skye dygnęła nisko, z prostymi pleca­mi, jakby połknęła kij, lekko pochylając głowę. Następnie podniosła się i czekała na pozwolenie, żeby przemówić.

- Steenie mówił mi, że bardzo dobrze go traktowałaś, pani - zaczął król. - Błagał mnie, bym cię wysłuchał, więc to robię. Jakie jest wytłumaczenie nieposłuszeństwa lorda i lady Glenkirk, madame? - Patrzył na stojącą przed nim elegancką staruszkę. Pomimo zaawansowanego wieku na­dal była piękną kobietą i nagle pomyślał, że to wręcz nie­właściwe. - Słucham, madame? - warknął.

- Wicehrabia Villiers opowiadał mi, że wasza wysokość wysłałeś wiadomość do mojej wnuczki i jej męża do Queen's Malvern. Jednak żaden posłaniec nie przybył do mo­jego domu w czasie całego lata. Lord Glenkirk wraz z żo­ną wyjechali, tak jak zaplanowali, pod koniec sierpnia. Wa­sza wysokość świetnie wie, że gdyby James Leslie otrzymał królewskie polecenie, nie wstawiałabym się za nim i za mo­ją wnuczką - rzekła zdecydowanie Skye.

- Nie otrzymał mojego listu? Chcesz powiedzieć, pani, że nie przybył żaden królewski posłaniec? Mam rozumieć, że to jest powodem ich nieposłuszeństwa? - Król sprawiał wrażenie skonfundowanego.

- Nie przybył żaden posłaniec - powtórzyła Skye.

- To bardzo dziwne - zadziwił się król.

- Może lady de Marisco nic nie wiedziała o przybyciu posłańca - odezwał się Piers St. Denis, wprawiając króla w jeszcze większe zmieszanie.

Skye lekko odwróciła głowę i przeszyła markiza Hartsfielda ostrym spojrzeniem.

- Nie znam cię, panie - rzekła lodowatym tonem - ale bądź pewien, że w moim domu nie dzieje się nic, o czym bym nie wiedziała. Skoro więc mówię, że w Queen's Malvern nie pojawił się żaden posłaniec od króla, oznacza to, że nie było tam żadnego królewskiego posłańca. Dalsze pytania w tej materii oznaczałyby, że zarzuca mi się kłamstwo. Czy to masz na myśli, panie? - zapytała z kamienną twarzą.

- W twoim wieku, pani... - zaczął markiz, ale mu prze­rwano.

- W moim wieku? Masz czelność, panie! - zawołała Skye. - Mój wiek nie ma tu nic do rzeczy. Kim jesteś?

- Markizem Hartsfield - odpowiedział, chociaż Skye już to wiedziała.

- Ja zaś, milordzie, jestem wdową, hrabiną Lynmouth i Lundy, i księżną Beaumont de Jaspre. Jak śmiesz kwe­stionować mój honor! Gdyby nie obecność władcy, sama wyzwałabym cię na pojedynek. Jestem doskonałym szer­mierzem i poderżnięcie ci gardła sprawiłoby mi ogromną przyjemność, ty arogancki szczeniaku! Nie dziwię się, że moja wnuczka wolała Glenkirka niż ciebie. Istnieje ogrom­na różnica pomiędzy wodą i przednim winem. - Zwróciła się do króla. - Panie, wiesz, że darzę najwyższym szacun­kiem waszą królewską mość, ale czy muszę tu przebywać i być narażoną na zniewagi tego człowieka?

Było to doskonałe przedstawienie. Królowa pochwyciła wzrok wicehrabiego Villiersa i zobaczyła, że jest on bliski utraty powagi. Markiz Hartsfield wyglądał na zaskoczonego atakiem ze strony zręcznej Skye O'Malley de Marisco. Król, pamiętając o wieku lady de Marisco, bał się, żeby nie dostała ataku w jego obecności, kiedy więc zachwiała się stojąc przed nim, a może tylko tak mu się zdawało, zawołał:

- Krzesło dla madame Skye! - używając imienia, które­go używali jej najbliżsi. Podbiegł lokaj z niewielkim krze­sełkiem i postawił je przed Skye.

Z wdzięcznością opadła na krzesło.

- Dziękuję, wasza wysokość - mruknęła słabym głosem, przykładając rękę do piersi.

- Wina! - krzyknął król. Przyniesiono je pospiesznie.

Sączyła je wolno, uśmiechając się słabo do monarchy i kiwając z wdzięcznością głową.

- Moja droga madame Skye - zaczął król. - Nie chcę, że­byś miała wrażenie, iż coś grozi twojej rodzinie, bo to nieprawda. Skoro mówi mi pani, iż żaden mój posłaniec do was nie dotarł, uwierzę pani słowom, bowiem nigdy od nikogo nie słyszałem, żebyś kłamała. Mówiono natomiast, że jeśli dajesz słowo, to go dotrzymujesz.

- Owszem, wasza wysokość - spokojnie odpowiedziała Skye.

To było cholernie proste. Bess Tudor nigdy nie dałaby się tak łatwo zwieść. Ale Jakub Stuart był łagodnym czło­wiekiem. Siedząc mogła lepiej przyjrzeć się Piersowi St. Denis. Markiz powoli dochodził do siebie po połajance i wyraźnie zaczynał się zastanawiać nad swoim kolejnym posunięciem.

- Jeśli wasza wysokość sobie tego życzy, poślę wiado­mość do Glenkirk i lord Leslie z żoną wrócą do Anglii. Wa­sza królewska mość powinien jednak wiedzieć, że moja wnuczka jest brzemienna. Po tych wszystkich latach James Leslie będzie miał wreszcie potomka.

- Ależ nie, nie! - zgodnie z jej przewidywaniami powie­dział Jakub Stuart. - Nie możemy pozwolić, żeby dziecku Jemmie'ego stała się jakaś krzywda, madame. Wierzę two­im słowom, pani, i uważam sprawę za zamkniętą.

- Dziękuję, wasza wysokość - słodko odparła Skye, za­dowolona, że tak zręcznie udało się powstrzymać marki­za Hartsfielda. Wstała z krzesła, oddała kieliszek paziowi i jeszcze raz dygnęła przed królem. - Mam nadzieję, że wasza wysokość mi wybaczy. Mam za sobą długą podróż i czuję się bardzo zmęczona. Rano muszę wyruszać z po­wrotem.

- Dobrze, madame Skye, masz nasze pozwolenie, żeby udać się na spoczynek. Jedź z naszym błogosławieństwem, a kiedy będziesz pisała do swojej wnuczki, napisz jej, że z radością usłyszeliśmy o spodziewanym dziecku. Steenie! Odprowadź panią!

Wicehrabia Villiers podszedł bliżej i podał ramię Skye. Przyjęła je i z pełnym godności wdziękiem ruszyła przez pokój ku drzwiom. Stał tam jednak markiz Hartsfield i blo­kował jej przejście. Wbił w Skye gniewny wzrok. Roześmia­ła się.

- Nie jesteś dość zręczny, żeby ze mną prowadzić grę, milordzie - powiedziała półgłosem. - Uczyłam się od sa­mej Bess Tudor.

- Ona już nie żyje - rzekł groźnie.

- Ale ja żyję - zuchwale odparła Skye i wyszła z komna­ty w towarzystwie George'a Villiersa. Gdy znaleźli się na korytarzu, Skye zwróciła się do niego: - Nie zdziwiła­bym się, gdyby lord Stokes zginął z rąk Piersa St. Denis. To niebezpieczny i zdesperowany człowiek.

Oczywiście! Czemu sam o tym nie pomyślał? St. Denis był najbardziej prawdopodobnym winowajcą, miał najwię­cej do zyskania, a przynajmniej tak mu się wydawało.

- Spróbuj znaleźć ślady łączące go z tą zbrodnią, a kło­poty króla się skończą, ambitny milordzie - powiedziała Skye. - Biedna królowa nie będzie już musiała szukać mu żony, a król będzie mógł go uwięzić, uwalniając się w ten sposób od męczącego towarzystwa.

- Ale jak? - zastanawiał się na głos Villiers. - Nie ma przyjaciół.

- Musi ktoś być - stwierdziła Skye.

- Tylko jego brat przyrodni.

- Czy dałoby się go przekupić, mój drogi wicehrabio? George Villiers potrząsnął głową.

- Nie wydaje mi się.

- Musi być coś, czego ten człowiek pragnie, a czego nie ma - rzekła Skye. - Każdy z nas ma jakąś słabość, mój mło­dy przyjacielu.

- A jaka jest twoja słabość, pani? - zapytał z uśmiechem.

Zachichotała. - Jestem już za stara na pokusy, George'u Williersie. Jestem bogata, zdrowa, mam dzieci, wnuki i prawnuki. Wyglądam młodziej niż na swoje lata, tak przy­najmniej utrzymuje moja najstarsza córka, a ona nigdy nie kłamie. Jest tylko jedno, czego mi brakuje, ale nikt mi tego nie da. Chcę powrotu mojego Adama! Nigdy jeszcze za ni­kim tak nie tęskniłam, jak za nim. Jakby był ze mną przez całe życie. Ale nie rozmawiamy teraz o mnie. Mamy poko­nać St. Denisa. Młodsi bracia zawsze zazdroszczą starszym i spodziewam się, że przypadek braci St. Denis nie odbiega od tej reguły.

- Nie jest młodszy, ale starszy od brata o parę godzin - powiedział wicehrabia. - To bękart, a prawnym dziedzicem tytułu i majątku jest Piers St. Denis. Ale jest bezgranicznie lojalny i nie zdradzi swojego brata.

- A gdyby mógł zostać uznany za potomka z prawego ło­ża i zostać markizem w miejsce brata? - zasugerowała. - Ten bękart jest tylko człowiekiem i choć może się wydawać, że w pełni pogodził się ze swoim losem, sądzę, iż gdyby po­jawiła się szansa jego odmiany, rzuciłby się na nią w pod­skokach. Zwłaszcza, gdyby w grę wchodziła również ślicz­na i zamożna młoda żona, co? Rozważ to, panie. Tylko nie­ślubne pochodzenie uniemożliwiło temu człowiekowi zo­stanie markizem Hartsfield. Myślisz, że w ciemnościach nocy nie rozmyśla nad tym?

- Madame, masz diabelskie pomysły - z podziwem rzekł George Villiers.

- Jestem kobietą praktyczną, drogi chłopcze - oznajmi­ła. - Kiedy pragnę czegoś, co wydaje się nieosiągalne, szu­kam sposobu, aby to zdobyć. Skłoń brata markiza do po­wiedzenia prawdy o śmierci lorda Stokesa, a zdobędziesz, czego chcesz. Pełen dostęp do króla i droga usłana bogac­twem i tytułami - a tego przecież pragniesz.

- Jasmine opowiadała pani o mnie - roześmiał się. - Twoje rady są słuszne, madame Skye, i zastosuję się do nich.

- Nie wątpię, że ci się powiedzie - odpowiedziała.

- Proszę przekazać Jasmine, że do niej napiszę, tak jak obiecałem - dodał.

To było jej ostatnie spotkanie z Villiersem przed odjaz­dem. Następnego dnia rano Skye wyruszyła z powrotem do Queen's Malvern, gdzie czekała na nią Daisy, nadal jeszcze obrażona z powodu wyjazdu.

- Skoro król przyjął twoje wyjaśnienia, to po co jedzie­my? - zapytała swoją panią po wysłuchaniu relacji z ostat­nich przygód Skye.

- Nie król stanowi problem - padło w odpowiedzi. - Bo­ję się markiza Hartsfielda. Nie zamierza się poddawać i pewnie nigdy tego nie zrobi, dopóki nie skończy w piekle. Sprawia wrażenie, że całkowicie zrezygnował z Jasmine, ale pragnie władzy, którą dałaby mu prawna opieka nad małym księciem Charliem. Udało mu się już usunąć jednego rywala i uniknąć sprawiedliwości. Teraz zaatakuje Jasmine i Jemmie'ego, muszę więc ich ostrzec - zakończy­ła Skye, kładąc się do łóżka.

- Może po prostu posłać wiadomość przez umyślnego? - zaproponowała Daisy.

- Pamiętaj, moja droga, że królewski posłaniec w ogóle tu nie dotarł - zauważyła Skye. - Dużo łatwiej jest usunąć posłańca niż pozbyć się mnie. Nie! Jutro odpoczywam, a pojutrze wyruszamy! Jeśli chcesz, najdroższa Daisy, oczy­wiście możesz zostać. Nie będę cię zmuszać do podróży, na którą nie masz ochoty.

Daisy westchnęła głęboko. - Nie zostawisz mnie tutaj - rzekła z rezygnacją. - Czyż nie stałam zawsze u twego bo­ku, milady? Lecz prawda jest taka, że odczuwam mój wiek bardziej niż ty. Zabierzmy też Norę, żeby mi pomagała.

- Świetny pomysł! - z entuzjazmem zawołała Skye, nie mając odwagi powiedzieć swojej starej służącej, że zdążyła już powiedzieć Norze, iż pojedzie z nimi, żeby służyć po­mocą Daisy.

- Dobrze! - rzekła w odpowiedzi Daisy. - A więc wszyst­ko jest ustalone. A teraz odpocznij, milady. Podejrzewam, że podróż będzie ciężka, bo nie będziesz chciała, żeby mar­kiz Hartsfield nas wyprzedził, prawda?

Układając się w pościeli, Skye pomyślała, że nigdzie nie jest lepiej niż we własnym łóżku.

- Owszem - zgodziła się z Daisy. - Nie mam pojęcia, co planuje, ale na pewno jeszcze nie uważa się za pokonane­go - powiedziała. - Czuję w kościach, że coś knuje.

Jak zwykle przeczucie nie myliło Skye. Piers St. Denis wiedział, że przestał być dobrze widziany na dworze, ale stale tam pozostawał, król bowiem nie mógł się zdobyć na zwolnienie go i odesłanie do domu. Królowa, która teoretycznie zajmowała się znalezieniem dla niego odpowied­niej żony, zwlekała w nieskończoność z wyborem. Zaś Villiers, wyniesiony do rangi wicehrabiego, był wobec niego bardzo niemiły.

- Myślałby kto, że jest jakimś księciem, a nie pryszczem na królewskim tyłku - skarżył się przyrodniemu bratu Piers St. Denis.

- Jeśli nie popełni poważnego błędu, pewnego dnia zo­stanie księciem - odrzekł Kipp.

Chociaż Villiers rzeczywiście okazywał pogardę Piersowi, to wobec Bękarta Hartsfielda, jak powszechnie zwano Kippa na dworze, zachowywał się uprzejmie. W jakiś dziw­ny sposób Kipp podziwiał George'a Villiersa. Wicehrabia nie pozwalał, aby coś stanęło mu na drodze, a jego niekła­many wdzięk zyskiwał mu wielu znaczących popleczników, odwrotnie niż w przypadku Piersa, którego arogancja przy­ćmiewała jego czar. Piers nie znosił przegrywać i naginał się jedynie do woli króla. Villiers był o wiele sprytniejszy i wdzięczył się do wszystkich na dworze, co zwracało mu się z nawiązką. Kipp chciałby, żeby jego brat był bardziej po­dobny do Villiersa. Ostatnimi czasy żądza zemsty i chęć zdobycia władzy górowała nad urokiem i zdrowym rozsąd­kiem Piersa. Kipp próbował go przestrzec.

- Nie potrzebuję twoich rad, jak mam postępować - warknął Piers. - Nadal w moich rękach spoczywają narzę­dzia, dzięki którym wygram tę rozgrywkę. Spakuj nasze rzeczy. Ruszamy do Szkocji.

- Co wymyśliłeś? - spytał zaintrygowany Kipp.

Piers St. Denis uśmiechnął się z okrucieństwem, sięgnął do kieszeni surduta i podał bratu zwinięty pergamin.

- To - powiedział.

Kipp rozwinął papier i przeczytał. Był zaszokowany.

- W jaki sposób skłoniłeś do tego króla? - zapytał.

- Nakaz aresztowania był już wystawiony i podpisany przez króla, ale in blanco. Ukradłem go z biurka królew­skiego sekretarza. Kiedy dotrzemy do Szkocji, zadecyduję, czy ma obejmować i Jasmine, i jej męża, czy tylko Jamesa Leslie. Roi mi się, że damusia stanie się moją własnością i zabawką w moich rękach, gdy będzie się targować o życie męża - rzekł z okrucieństwem. - A potem w imieniu króla dopilnuję, żeby James Leslie zawisnął i natychmiast poślu­bię wdowę po nim, zdobywając jej majątek i jej dzieci. To doskonały plan, Kipp. Nakaz aresztowania zostanie uznany przez Szkotów, którzy nie mają pojęcia, co się dzieje w An­glii. Stary królewski głupiec może sobie potem protestować i wylewać łzy, ale nie będzie mógł zaprzeczyć obecności swojego podpisu pod nakazem - roześmiał się zimno. - Po­wiedziałem, że Jasmine należy do mnie i tak jest, nawet je­śli muszę poczekać trochę dłużej na nagrodę. Nie powstrzy­ma mnie przed tym także ta starucha, która jest jej babką!

- Piers, Piers - mitygował go brat... - Zamierzasz się wdać w bardzo niebezpieczną grę. Ród Lesliech ma duże wpływy w Szkocji. Popełniłeś już jedno morderstwo. Bła­gam cię, nie planuj kolejnej zbrodni. Na pewno cię złapią!

- Musiałem zabić Stokesa - rzekł St. Denis. - Ty nie mógłbyś tego zrobić, mięczaku! Pierwszy raz w życiu nie po­słuchałeś mnie, ale wybaczyłem ci, Kipp. Nic nie możesz poradzić na to, że nie jesteś równie silny, jak ja, bo płynie w tobie wieśniacza krew twojej matki. Nie złapią mnie, star­szy bracie. Pamiętasz? Nigdy mnie nie złapali! Ile razy w dzieciństwie dostałeś baty za moje grzechy? - zaśmiał się.

- Nie możesz zawsze mieć szczęścia, Piers - ostrzegł go Kipp.

- Czemu nie? - zapytał markiz Hartsfield. - Może się z nią nie ożenię. Może powinienem ją także powiesić, ale dopiero później, gdy już się nią nacieszymy i nauczymy ją przyjemności z doznawanego bólu. I tak będę mógł spra­wować kontrolę nad jej majątkiem i dziećmi. Może pojmę za żonę jej najstarszą córkę. Tak! Możemy wykorzystać su­kę dla naszych potrzeb, ona zaś będzie się skarżyła, że za­biłem jej męża. Dużo lepszy plan, prawda, Kipp?

- Moim zdaniem zbyt niebezpieczny - odparł przygnę­biony Kipp. Był naprawdę przejęty. Wszystko zaczynało być zanadto niebezpieczne, a Piers zachowywał się jak fa­natyk. Uwodzenie szlachetnie urodzonych dam i gwałcenie chłopskich córek było zabawą, ale gdy Piers zaproponował morderstwo pomyślał, że brat nie może się pogodzić z pierwszą klęską w życiu. Brat uwielbiał mieć władzę nad innymi i stąd brała się jego namiętność do bicia swoich zdobyczy, aby błagały go o litość. Podniecało go to chyba bardziej niż piękne kobiety, które chętnie dzieliły z nim rozkosz.

Ale morderstwo? Kiedy Kipp usłyszał o nim po raz pierwszy, nie wierzył, że Piers kiedykolwiek zrealizuje swój plan, toteż jak zwykle wypełniał polecenia brata. Ale gdy Piers kazał mu zabić Stokesa, nie mógł tego zrobić. Toteż morderstwa dokonał Piers, zmusiwszy brata do przygląda­nia się temu. Nigdy w życiu nie zapomni zdumionego spoj­rzenia Richarda Stokesa, kiedy ten zrozumiał, że go zabi­jają. Piers wyraźnie czerpał przyjemność z wbicia wąskiego sztyletu głęboko w swoją ofiarę i powolnego przekręcenia go, żeby zadać większy ból i śmierć. Kipp odwrócił się i zwymiotował w krzakach, wstrząśnięty i pełen winy. Ale Piers nie czuł się winny. Pozbył się rywala i był uradowany.

A teraz brat rozważał możliwość kolejnego morderstwa, nie, dwóch morderstw. Wiedział, że powinien udać się do króla i błagać go o łaskę dla Piersa, ale jak mógł zdra­dzić brata? Najwyraźniej Piers był równie szalony jak jego matka po paru latach małżeństwa z jego ojcem. Piers mógł sobie drwić z matki Kippa, ale to na niej spoczął ciężar wy­chowania obu synów swojego kochanka i opieka nad jego delikatną żoną, która utraciła kontakt z rzeczywistością i nie odzyskała rozumu aż do samej śmierci w wieku trzy­dziestu lat.

Kipp westchnął. Będzie musiał pojechać z Piersem do Szkocji. Wiedział, co zrobi. Ukradnie bratu królewski nakaz aresztowania, aby nie można go było użyć do kolej­nych zbrodni. Kipp znów pomyślał, jak to często czynił w ta­jemnicy i z poczuciem winy, że to on powinien być marki­zem. Był przecież o wiele bardziej odpowiedzialny od bra­ta. Westchnął ponownie. Musi być lojalny wobec Piersa. Ta­kie było życzenie ich umierającego ojca i obiecał mu to.



ROZDZIAŁ 15

Powóz podróżny de Marisco wtoczył się z hałasem na dziedziniec zamku Glenkirk po południu w dniu świę­tego Andrzeja, który przypadał na ostatni dzień listopa­da. Słońce zachodziło właśnie wspaniale za góry na za­chodzie. Podróż z Queen's Malvern zabrała ponad trzy tygodnie i przez większość czasu panowała paskudna po­goda. Siedzący na koźle Thistlewood chyba jeszcze nigdy nie był równie szczęśliwy widząc koniec podróży, zwłasz­cza że wiedział, iż w powrotną drogę wyruszy najwcze­śniej późną wiosną lub na początku lata. Prawdą było to, co Daisy powtarzała żałośnie przez całą drogę, że żadne z nich nie było już młode. Potem spoglądała znacząco na Skye, która ignorowała ją i zachęcała ich do dalszej podróży. Widać było jednak, że jest zmęczona, ba, wy­czerpana.

- Dajcie znać jego lordowskiej mości - zawołał stangret do lokaja, zatrzymując konie. Po krótkiej chwili z zamku wyszedł James Leslie.

Poznawszy powóz, pospiesznie zbliżył się do niego i otworzył drzwiczki. Zdumiał go widok babki Jasmine, drzemiącej w rogu karety.

- Madame Skye - powiedział.

Otworzyła swoje niebieskie oczy, uśmiechnęła się i rzekła - Dzięki Bogu, że wreszcie dotarliśmy tutaj, Jemmie!

- Jest wykończona - z głębi ciemnego powozu rozległ się głos Daisy. - Nie chciała podróżować w rozsądnym tempie. Nie! Nie ona!

Lord Glenkirk wyciągnął ręce, otoczył Skye silnymi ra­mionami, wyniósł ją z powozu i zawołał, żeby Daisy szła za nim. Ostrożnie wniósł babkę Jasmine do zamku, wszedł po schodach prosto do głównej sali i posadził ją na fotelu, stojącym koło jednego z kominków, na których buzował ogień. Skye nie protestowała, co wskazywało na to, jak bardzo jest osłabiona. Lord podszedł do kre­densu, nalał pełen kieliszek czerwonego wina i wcisnął jej w rękę.

- To wino z Archambault. Proszę je wypić do dna - po­lecił łagodnym głosem. Dostrzegłszy Adalego, powiedział:

- Natychmiast zawiadom swoją panią. Powiedz, że przyby­ła jej babka. - Odwrócił się ponownie do Skye, która z wdzięcznością piła wino.

Kiedy skończyła, spojrzała na niego i rzekła: - Whisky byłaby lepsza. I nie mów mi, że nie masz własnej destylarni, bo nie uwierzę, drogi chłopcze.

Roześmiał się. - Będziesz żyła - powiedział, chociaż za­niepokoiły go sine cienie pod jej oczami. Musiała przyje­chać w konkretnej sprawie i przybyć pospiesznie, bo nie przysłała żadnego zawiadomienia o swoim przyjeździe. Nie zapowiadało to niczego dobrego, ale musiał poczekać, aż odzyska siły i sama mu o wszystkim opowie. Ujął jej dłoń i pocałował. - Jasmine tak się ucieszy na twój widok, pani.

- Potem usiadł obok niej, trzymając jej rękę i czekał, aż cie­pło znów rozgrzeje jej szczupłe ciało. Uświadomił sobie, że skoro kochał Jasmine, kochał również tę starą kobietę i jej błyskotliwą inteligencję, którą, miał nadzieję, odziedziczą jego dzieci.

- Babciu! - Jasmine wbiegła do pokoju i pospieszyła do Skye.

- Moja kochana dziewczynka - rzekła Skye, wyciągając ręce do Jasmine, która uklękła obok babki.

- Na Boga, dlaczego wyruszyłaś w tak daleką podróż przy takiej złej pogodzie? - zadała pytanie Jasmine, sadowiąc się na podłodze u stóp babki i patrząc na nią. - Cze­mu nam nie dałaś znać, że przyjeżdżasz?

- Nie było na to czasu - powiedziała Skye. - Musiałam dotrzeć do was zanim ten łajdak St. Denis napyta więcej biedy, kochanie.

- Markiz Hartsfield? A cóż on ma z tym wspólnego? - zapytała Jasmine.

- Może jeszcze trochę wina? - zaproponował lord. Skye spojrzała na niego kpiąco.

- Whisky? - zapytał, tłumiąc śmiech.

Skinęła głową, a kiedy wypiła nieco bursztynowego trun­ku, zaczęła swoją opowieść. Równocześnie Daisy i Nora opowiadały o wszystkim Adalemu. Adali słuchał obu ko­biet. Był zadowolony, widząc że madame Skye dodała do swojej osobistej służby Norę, aby pomagała Daisy. Dziewczyna była córką ochmistrzyni w Queen's Malvern i kamerdynera Bramwella. Była porządna i godna zaufa­nia. Adali pomyślał, że będą potrzebować każdej trzeźwo myślącej głowy, żeby raz na zawsze zakończyć sprawę z markizem Hartsfield.

Skye zadomowiła się na zamku Glenkirk. Adali umieścił ją w apartamencie, znajdującym się w zachodniej wieży, który kiedyś był używany przez słynną Janet Leslie. Zajmo­wał trzy piętra. Na pierwszym piętrze znajdował się przed­pokój i dwie niewielkie sypialnie, które zajęły Daisy i No­ra. Na drugim piętrze usytuowana była jadalnia ze spiżar­nią oraz śliczny pokój dzienny, niegdyś używany do przygo­towywania posiłków dla milady Janet. Najwyższe piętro zajmowała śliczna, przestronna sypialnia i garderoba. Wszystkie pokoje, poza garderobą, miały kominki. Przy­wrócenie tych pomieszczeń do stanu używalności zajęło parę dni. Musiano odszukać, wytrzepać i powiesić zasłony oraz baldachimy nad łóżkiem. Z pięknych, dębowych me­bli zdjęto pokrowce, po czym je wypolerowano. Z zamko­wych schowków wyciągnięto wspaniałe, orientalne dywany i rozłożono je na podłodze. Należały do lady Janet, a po jej przeprowadzce do nowo wybudowanego zamku Sithean, z jakiegoś powodu pozostały w Glenkirk. Ubranie Skye zostało złożone w garderobie. Jej materac z pierza, poduszki i osobiste powleczenie ułożono na łóżku, zaś zapasową po­ściel umieszczono w dębowym kufrze, wyłożonym cedro­wym drewnem. Srebrne świeczniki i lśniące mosiężne lam­py oświetlały pokoje. Przy kominkach złożono zapas drew­na, uzupełniany każdego ranka i po południu. Na kreden­sie w pokoju dziennym pojawiła się kryształowa karafka z czerwonym winem i druga z whisky, wraz z czterema srebrnymi kielichami i miską ziół o korzennym aromacie.

- Jestem zdumiony, że opuściła Queen's Malvern - po­wiedział lord Glenkirk do żony, gdy leżeli wygodnie w swo­im łożu. Na zewnątrz wiał północno - zachodni wiatr, a zim­ny deszcz bębnił w okna.

- A ja nie - spokojnie stwierdziła Jasmine, przytulając się do ramienia męża. - Nie chce spędzać tegorocznych świąt w Queen's Malvern, Jemmie. Rozumiesz to? A nie pojedzie do żadnej mojej ciotki ani żadnego wuja, bo ci na­tychmiast zaczęliby się smucić i babce serce pękłoby na no­wo. Jestem jedyną krewną, której tam wówczas nie było, więc przyjechała do mnie. Cieszę się! Nigdy nie rodziłam dziecka bez babki, czuwającej przy moim boku.

Położył rękę na jej brzuchu i poczuł ruchy dziecka. - Sil­ny malec, Jasmine.

- Jesteś pewny, że to chłopiec? - przekomarzała się z nim.

- Tak - odparł z absolutną pewnością.

- Ja też - powiedziała cicho i przykryła dłonią jego rękę.

- Patrick, szósty lord Glenkirk. Będzie godnie podtrzymy­wał tradycję rodu Lesliech, prawda, Jemmie? I wyrośnie na wspaniałego człowieka.

- Tak jak nasi pozostali synowie - odpowiedział jej mąż.

- Z taką matką jak ty, Jasmine, nie będą mieli wyboru. - I ucałował ją czule. Nie mógł się z nią kochać w takim sta­nie, ale głaskanie jej i całowanie sprawiało mu przyjem­ność. Jej piersi były ogromne, ozdobione delikatnymi błę­kitnymi żyłkami. Niezwykle ekscytowała go myśl, że już wkrótce te piękne piersi będą karmiły jego dziecko. Znale­ziono też już mamkę dla mającego się urodzić malucha.

Wszystkie dzieci z łatwością zadomowiły się w Glenkirk, zawiązując przyjaźnie z dzieciakami z zamku i z wioski. In­dia, która w marcu miała skończyć osiem lat i siedmioletni Henry wraz z małą Fortune mieli codzienne lekcje z bra­tem Duncanem. Mały, trzyipółletni Charles Fryderyk Stu­art choć jeszcze za młody na naukę, był bardzo inteligent­ny i brat Duncan stwierdził, iż może na jesieni, po czwar­tych urodzinach chłopca, spróbuje zacząć go uczyć liter. Młody Stuart z nieprawego łoża nie sprawiał wrażenia, że przejmuje się czekaniem.

- Cały Stuart - zauważył Glenkirk o swoim pasierbie i podopiecznym. - Czarujący jak jego ojciec i ma uśmiech, który złamałby serce nawet anioła.

Dwunastego grudnia rodzina Lesliech zebrała się, żeby świętować siedemdziesiąte szóste urodziny Skye, która zdążyła już odpocząć po długiej podróży. Było to pierwsze spotkanie Lesliech ze Skye. Starsza pani została powita­na gorąco i szybko ją polubiono. Kobzy, które Skye znała w dzieciństwie w Irlandii oraz tańce w wykonaniu członków klanu uświetniały uroczystość, ku zachwytowi jubilatki.

- Lubię mężczyzn o zgrabnych nogach - zauważyła - a wy wydajecie się obdarzeni ładnymi kończynami.

- Innymi częściami ciała też - rozległ się śmiały kobiecy głos, wywołując wybuch śmiechu żeńskich członków klanu.

India Lindley o błyszczących, czarnych lokach skierowa­ła spojrzenie swoich złocistych oczu na prababkę i spytała: - Czy jesteś bardzo stara, prababciu?

Skye skinęła głową. - Jestem bardzo stara, Indio.

- Czy pradziadek Adam też był taki stary?

- Miał osiemdziesiąt cztery lata, Indio - rzekła cicho Skye. Cholera! Pomyślała ze smutkiem, że bardzo jej go brakuje.

- Czy ty też dożyjesz takiego wieku jak pradziadek Adam, prababciu? - drążyła India.

- Nie podoba mi się, że od nas odszedł.

- Mnie też się to nie podoba, Indio - rzekła dziecku Skye. - A jak długo będę żyła? Wszystko w rękach Boga.

- Mam nadzieję, że Bóg pozwoli ci żyć wiecznie, prabab­ciu! - oświadczyła India.

- Dziękuję ci, dziecko, ale nie chcę. Każdy rodzi się, że­by umrzeć, Indio. To nasz los. Nikt nie żyje wiecznie, zresz­tą nikt by tego nie chciał. Kiedy umrę, połączę się z tymi wszystkimi, których kochałam i którzy przeszli przez te drzwi, zwane śmiercią, do drugiego życia Nie będę się tym martwić.

- A ja będę - rzekła żałośnie dziewczynka.

Skye roześmiała się. - Będziesz o mnie pamiętała, dziec­ko i będziesz wiedziała to, co ci dziś powiedziałam, że je­stem szczęśliwa, bo znów mogę być z moim Adamem. Ale dość już, Indio! To są moje urodziny i jestem tu teraz z to­bą, żeby się bawić! Podaj mi jeszcze jeden kawałek tego ciastka z jabłkiem i z bitą śmietaną!

- To wspaniała kobieta - zauważył stary hrabia Sithean do swojego bratanka. - Czy zostanie tu?

- Nie wiem - odparł James Leslie. - Na pewno przez zi­mę i wiosnę. Jestem też pewien, że skoro tu przyjechała, rodzina BrocCairn będzie chciała, żeby ich odwiedziła. Od czasu ślubu Velvet z Aleksem Skye nigdy nie była w Szkocji. Jeśli nie spadnie zbyt dużo śniegu, zawitają do nas na Boże Narodzenie. Także stryj Adam i ciotka Ko­na przyjadą z Edynburga. Dom będzie pełny.

Dwudziestego grudnia Gordonowie z BrocCairn przy­byli z czterema spośród swoich pięciu synów. Najstarszy, Sandy, pozostał w Dun Broc ze swoją ciężarną żoną i jej ro­dziną. Dwudziestoletni Charlie, ulubiony brat przyrodni Jasmine, podniósł ją i ostrożnie okręcił dokoła przy akom­paniamencie radosnych okrzyków osiemnastoletnich bliź­niaków Roba i Henry'ego oraz piętnastolatka Neddy'ego.

- Puszczaj mnie natychmiast, ty wariacie! - Jasmine zła­jała ze śmiechem Charlesa Gordona.

Ostrożnie postawił ją na ziemi. - Jesteś duża jak rocz­na jałówka - zażartował. - Jak się miewa mój imiennik?

- Otrzymał to imię także po księciu Charlesie - przypo­mniała bratu Jasmine. Wypchnęła do przodu małego księ­cia Lundy, który zerkał zza jej spódnicy na czterech wiel­kich mężczyzn, według mamy - jego wujków. - Charlie, przywitaj się ze swoim wujem Charliem - zachęciła go.

- To ja mam na imię Charlie - gwałtownie zaprotestował książę Lundy, patrząc w górę na śmiejącego się młodzieńca.

- Ja byłem pierwszy - odpowiedział Charles Gordon, biorąc malca na ręce i łaskocząc go. - Podzielimy się imie­niem?

- Mam już wujka Charlesa - upierał się chłopczyk, chi­chocząc.

- Owszem, masz. Charlesa z królewskiego rodu, który pewnego dnia zostanie naszym królem. Niech Bóg mu bło­gosławi! Ale ja nie jestem Charles. Jestem zwyczajnym Charliem, tak jak ty, i cieszę się, mogąc dzielić imię z tobą, chłopcze - zakończył Charlie Gordon, z błyskiem w oczach patrząc na małego siostrzeńca.

- Nie jestem zwyczajnym Charliem - odparł mały Char­lie. - Jestem księciem.

- Co to znaczy? - droczył się z nim wujek. Chłopczyk potrząsnął głową.

- Nie wiem - odpowiedział ku radości swojej rodziny.

- No dobrze, masz mnóstwo czasu, żeby się nauczyć, co oznacza bycie księciem. Na razie jednak chyba będzie mi­lej być zwyczajnym małym chłopcem. Masz pieska?

- Nie. Wszyscy mamy Puszka mamy, ale to głupi stary pies. Charlie zwrócił się do swojego najmłodszego brata.

- Neddie, gdzie jest prezent, który przywieźliśmy dla na­szego małego siostrzeńca?

Neddie Gordon sięgnął za pazuchę i wyciągnął małego czarno - złotego szczeniaka, którego podał starszemu bratu.

- To dla ciebie, mały Charlie - rzekł Charlie Gordon, wręczając szczeniaka oniemiałemu dziecku. - To jest seter, który wyrośnie na świetnego psa myśliwskiego. - A kiedy siostrzeniec delikatnie wziął szczeniaka w objęcia, wuj po­stawił go z powrotem na ziemi. Odwrócił się i zawołał - Neddie! - Natychmiast zza poły surduta najmłodszego z braci Gordonów wyłonił się drugi szczeniak, który został wręczony Henry'emu Lindleyowi, patrzącemu z pewnym przygnębieniem na szczęście młodszego braciszka. - Nie zapomnieliśmy o tobie, Henry - powiedział Charlie Gor­don zachwyconemu siostrzeńcowi.

- A my? - zuchwale zapytała Fortune.

Robert i Henry Gordon wyciągnęli zza pazuchy kolejne dwa szczeniaki i wręczyli je uradowanym dzieciakom.

- To już wszystkie - powiedział Charlie. Jasmine westchnęła.

- To było bardzo miłe z waszej strony - powiedziała. Spaniel Jasmine, Puszek, powarkiwał groźnie zza jej spódnicy na nowych intruzów. Trzy szczeniaki, pospiesznie postawione na podłodze, zaczęły gonić jej dwa stare koty, Fu - Fu i Dżina, które z zadziwiającą zwinnością wskoczyły na kredens, skąd syczały na psy, gdy tymczasem jej pięk­na błękitno - złota papuga Hiraman trzepotała skrzydłami i skrzeczała dziko:

- Rabusie! Rabusie!

Dzieci wesoło pobiegły za swoimi szczeniakami, wpada­jąc na siebie, a dorośli zaczęli się śmiać.

- Co za porządek w domu - kpiąco odezwała się do cór­ki Velvet Gordon.

- To twoi synowie wprowadzili tu taki chaos - żywo od­powiedziała Jasmine. - Dopóki nie przyjechaliście, było bardzo spokojnie.

- Co będzie na obiad? - zapytał z uśmiechem jej ojczym, hrabia BrocCairn. - Mieliśmy piekielnie długą podróż z Dun Broc i było strasznie zimno. Za jakiś dzień czy dwa będziemy tu mieli solidną burzę, czuję, że wisi w powietrzu. Będzie ciężka zima.

- Mam nadzieję, że wuj Adam i ciotka Fiona dotrą bez­piecznie, zanim zacznie się burza - rzekł James Leslie.

- Chciałam, żeby mama przyjechała do Dun Broc i zo­stała z nami - powiedziała Velvet. - Alex i ja jesteśmy mał­żeństwem już ponad ćwierć wieku, a ty, mamo, nie widzia­łaś jeszcze naszego domu.

- Na wiosnę - obiecała Skye. - Tymczasem zakończyłam już wszystkie podróże, jakie zaplanowałam na teraz.

- Dzięki Bogu! - mruknęła Daisy, siedząca obok swojej pani.

- No, Daisy, przyznaj, że od lat nie miałaś tylu atrakcji, co teraz! Wasze życie było takie monotonne.

- Bardzo lubię tę monotonię, panienko Velvet - odpo­wiedziała Daisy.

- Cóż, nie ma już monotonii - wtrąciła Skye. - I daję sło­wo, że wyglądasz młodziej niż przez ostatnie dwadzieścia lat.

Dwudziestego drugiego grudnia, w szary poranek, Adam i Fiona Leslie przybyli z Edynburga. Koło południa zaczął padać śnieg i pod wieczór pokrywał już zbocza wzgórz, lasy, obwarowania zamku i parapety. Na zewnątrz panowała zupełna cisza, gdy płatki śniegu bez końca opa­dały w dół.

Tego wieczora Adam Leslie przekazał dość niepokojące wiadomości swojemu bratankowi.

- Zanim wyjechaliśmy, na High Street spotkałem Gordiego MacFie. Powiedział mi, że słyszał, jak mówiono, że po mieście kręci się jakiś Anglik, który cię szuka. Podobno ten człowiek twierdzi, że ma nakaz aresztowania ciebie, podpisany przez samego króla.

- St. Denis! - zawołała pobladła nagle Jasmine.

- Czy MacFie widział tego Anglika, poznał jego nazwi­sko i może widział sam nakaz aresztowania? - zapytał stry­ja lord Glenkirk.

Adam pokręcił przecząco głową.

- Nie. Pytałem go.

- To St. Denis! - powtórzyła Jasmine. - Czemu nie mo­że skończyć z tą bezcelową pogonią za mną? Przecież król dał słowo, i nam, i babci również, że jesteśmy wolni od markiza Hartsfielda i jego knowań. Skąd Piers St. De­nis wziął nakaz aresztowania, Jemmie? No skąd?

- To jakieś oszustwo, Jasmine - zapewnił ją.

- Skąd możesz wiedzieć? Wygląda na to, że jeśli chodzi o St. Denisa, król jest jak listek na wietrze.

- W Glenkirk jesteśmy bezpieczni - lord zapewnił żonę.

- Skąd ta pewność? - zawołała zaniepokojona Jasmine i położyła ręce na brzuchu, jakby chciała chronić dziecko.

- Dziewczyno, dziewczyno - odezwał się Adam, klękając obok niej. - Jemmie mówi prawdę. Zaczęła się zima i nikt aż do wiosny nie będzie jechać przez góry. Śniegi zasypały już drogi. Fiona i ja mieliśmy szczęście, że w ogóle tu do­tarliśmy, i nie wrócimy do domu do Edynburga, póki nie nadejdzie wiosna i drogi znów nie staną się przejezdne. Je­śli ów Anglik nie wyjechał z Edynburga i nie przyjechał tu­taj przed nami, to nie dostanie się tu przez kilka miesięcy. A jeśli już tu jest, co może zrobić? To terytorium Lesliech i Gordonów. Czy sądzisz, że pozwolilibyśmy mu zrobić krzywdę lordowi Glenkirk i jego rodzinie? Nie słyszę, żeby ten człowiek miał ze sobą armię. Jest sam. My mamy dwa klany silnych mężczyzn, gotowych bronić twojego męża. Nie bój się, dziewczyno. Ty i twoi bliscy jesteście w Glen­kirk bezpieczni.

- Nie będę uciekać! - zawołała gwałtownie Jasmine. - Nie tym razem!

- Nie musisz nigdzie uciekać - spokojnie powiedział Adam. - Ród Lesliech trzyma się razem i nie pozwolimy na nieczystą grę wobec naszego lorda.

W wigilię Bożego Narodzenia śnieg wreszcie przestał pa­dać. Wszyscy uczestniczyli w pasterce w zamkowej kaplicy. Anglikańskie nabożeństwo zostało odprawione przez la­na Leslie, kuzyna w średnim wieku, który mieszkał w zam­ku, utrzymywany przez lorda. Anglikanie mieli niewielkie wpływy w Szkocji, pomimo dominacji prezbiterian. Lord Glenkirk nie zaakceptowałby obecności w swoim domu prezbiteriańskich duchownych, bowiem uważał ich za od­powiedzialnych za śmierć swojej pierwszej żony i synów.

Główna sala zamku obwieszona była ostrokrzewem i in­nymi zielonymi gałęziami. Wtaszczono ogromne bożonaro­dzeniowe polano, które otoczyły dzieci i ich ujadające szcze­niaki. Podawano gorący jabłecznik i grzane wino, a sześciu mężczyzn na ogromnej srebrnej tacy wniosło pieczonego dzika z jabłkiem w ryju. Dzieci dostały torebki ze słodycza­mi i rodzynkami. Bawiły się w chowanego i w szukanie ukry­tych fantów, gdy tymczasem dorośli siedzieli za stołami, na­jedzeni chlebem, mięsem i serem, napojeni winem.

Tej nocy do zamku zawitał kobziarz, który po swoim wy­stępie dostał w prezencie srebrną monetę. Mężczyźni zaczęli tańczyć, tak jak na uroczystości z okazji urodzin Skye, a ich kilty poruszały się w takt muzyki, zaś przystojne twa­rze zaczerwieniły się od whisky i innych mocnych trunków. Pierwszego stycznia rodzina obdarowywała się prezen­tami. Wszystkie dzieci otrzymały kucyki, o które, jak oznaj­mił lord Glenkirk, miały same dbać, nawet mały Charlie. Henry'emu Lindley przykazano, żeby pomagał młodszemu bratu, dopóki mały książę Lundy nie podrośnie.

- Kiedy się coś ma - powiedział Glenkirk czwórce swo­ich pasierbów - jest się za to odpowiedzialnym. To samo będzie dotyczyć waszych posiadłości i waszych rodzin. Bę­dziecie odpowiedzialni za swoje ziemie i swoich ludzi. A wy, dziewczynki, gdy pewnego dnia wyjdziecie za mąż, będziecie odpowiedzialne za wasze gospodarstwo i za służ­bę. Będziecie musiały dbać o ich zdrowie i dobrobyt. Ła­twiej wam będzie wówczas spełniać te obowiązki, jeśli już dzisiaj zaczniecie się troszczyć o kucyka.

- Jest dobrym ojcem - zauważył hrabia BrocCairn do swojej żony. - Jestem przekonany, że naszym wnukom wyjdzie to na dobre. Nie można pozwolić dzieciakom bie­gać swobodnie.

James Leslie miał specjalny podarunek dla żony. Dał jej A - Cuil, niewielką posiadłość na wzgórzach ponad Loch Sithean, która kiedyś należała do jego matki.

- To nic wielkiego, to nie Maguire's Ford ze swoim ma­łym zamkiem i otaczającymi go ziemiami. Wybierzemy się tam na wiosnę, żebyś mogła obejrzeć dom. Będzie to two­je prywatne lokum, jeśli poczujesz ochotę, żeby być sama.

- Czy to nie były kiedyś ziemie Gordonów? - zapytała męża Velvet.

- Prababka Jemmie'ego była z Gordonów - przypo­mniał hrabia. - Zostawiła posiadłość Cat. Kiedy rodziny zawarły umowę, że Cat poślubi ojca Jemmie'ego, jej ojciec włączył A - Cuil do posagu córki. Cat odmawiała poślubie­nia wybranego dla niej męża, dopóki ten nie zwróci jej wy­łącznych praw do posiadłości, co podobno uczynił w dniu narodzin Jemmie'ego. Jemmie zna tę historię lepiej niż myślałem - powiedział do żony hrabia BrocCairn.

W wieczór Trzech Króli Skye nie opuściła swoich apar­tamentów w zachodniej wieży zamku. Nie mogła znieść wi­doku świętowania, a nie chciała zepsuć uroczystości dzie­ciom. Po południu odwiedziły ją córka i wnuczka i wspól­nie płakały z żalu za Adamem de Marisco, który odszedł od nich przed rokiem.

- Kiedy umarł ojciec Willow - powiedziała Skye - sądzi­łam, że nie przeżyję, ale musiałam być dzielna ze względu na Willow. Po śmierci Geoffreya Southwooda omal nie umarłam z żalu po nim i naszym synu Johnie. To Adam wy­ciągnął mnie z tego. Potem straciłam Nialla Burke'a, ale w tym czasie byłam już zahartowana na śmierć, no i jeszcze raz w pobliżu był Adam. Przysięgłam, że nigdy więcej nie wyjdę za mąż. Pochowałam już przecież pięciu mężów. Adam upierał się, że to wszystko dlatego, iż on sam jest dla mnie tym jedynym właściwym. Obiecał mi, że zawsze bę­dzie żył u mego boku, że mnie nie opuści, tak jak inni. - Westchnęła głęboko. - Ale nikt nie żyje wiecznie, prawda, moje drogie dziewczynki? A mnie dane było ponad czter­dzieści lat życia z tym wspaniałym człowiekiem u boku. Te­raz pozostało mi już tylko czekać na śmierć.

- Mamo! Nie mów takich rzeczy! - zawołała Velvet.

- Skoro nadal jesteś na tym świecie, babciu, to może dla­tego, że Bóg ma jeszcze co do ciebie jakieś plany - spokoj­nie powiedziała Jasmine. - Sama zawsze mnie łajałaś, że sprzeciwiam się swojemu przeznaczeniu. Nie walcz ze swo­im losem, bez względu na to, co przyniesie.

Na ustach Skye pojawił się lekki uśmiech.

- Bardzo sprytnie użyłaś przeciwko mnie moich własnych argumentów - powiedziała do wnuczki.

- Nigdy przeciwko tobie, babciu - odparła Jasmine. - Potrzebuję cię! - Wzięła rękę babki i położyła sobie na brzuchu. - Patrick Leslie też cię potrzebuje. I dzieci, które przyjdą na świat. Nie mogę mieć dzieci bez ciebie u mojego boku, babciu. Wracaj do Queen's Malvern latem. Zostań ze mną w Glenkirk.

- Glenkirk jest twoim domem, Jasmine. Moim domem jest Queen's Malvern. Wrócę do niego na wiosnę i już nigdy go nie opuszczę. Umrę w moim domu, tak jak Adam, i pochowacie mnie obok niego na wzgórzu. Velvet zaczęła chlipać żałośnie.

- Nie mów tak, mamo.

Skye z irytacją pokręciła głową, patrząc w oczy wnuczki. Jasmine rozumiała ją i pewnego dnia dopilnuje, żeby jej ży­czenia zostały zrealizowane. Biedna Velvet. W jej życiu by­ła tylko jedna przygoda. Jak więc mogła cokolwiek rozu­mieć? A jednak rezultatem tej jednej przygody była ta wspaniała wnuczka. Ujęła rękę Jasmine i mocno uścisnęła. W odpowiedzi Jasmine uśmiechnęła się.

Kilka dni później nadeszła chwilowa odwilż i Gordonowie z BrocCairn skorzystali z tej okazji, aby przejechać kil­ka mil, dzielących Glenkirk od Dun Broc i wrócić do domu.

- Wątpię, żebym dała radę tu wrócić, zanim nadejdzie wiosna. Nie jestem ci potrzebna przy rodzeniu dzieci, Ja­smine. Wydaje się, że sama świetnie dajesz sobie z tym ra­dę, no a poza tym będziesz miała przy sobie babcię - po­wiedziała Velvet córce. Siedziała opatulona wieloma lisimi i wilczymi skórami w ciężkich saniach, którymi przyjechali na święta Bożego Narodzenia. Trzech przyrodnich braci Jasmine siedziało w saniach obok matki, a Charlie zajął miejsce przy ojcu na koźle.

- Postaram się jakoś przesłać wiadomość - obiecał te­ściom James Leslie. - Rozpalę ogień na wzgórzu sygnaliza­cyjnym, żebyście mogli zobaczyć, kiedy Jasmine urodzi dziecko. Jeśli będzie się palił przez dwa dni, będziecie wie­dzieli, że to chłopiec. Jeden dzień oznaczać będzie dziew­czynkę.

- To chłopak - z uporem stwierdziła Jasmine.

W Glenkirk pozostali więc już tylko Adam i Fiona Le­slie. Jasmine była zadowolona z towarzystwa ciotki Jemmie'ego, która wiekowo sytuowała się pomiędzy nią i Skye. Była to mądra, niezwykle wesoła kobieta, dzięki której Ja­smine dowiedziała się wszystkiego o matce swojego męża. Żałowała, że nie dane jej było poznać Cat.

- Lubiłaby cię, chociaż jesteś zupełnym przeciwień­stwem kobiety, którą wybrała na żonę dla Jemmie'ego.

Zrobiła wszystko, co mogła, żeby związać go mocniej z po­tężniejszą gałęzią klanu Gordonów. Niestety, Isabelle mia­ła tyle rozumu, co paw - oświadczyła zuchwale Fiona. - Tylko kompletny głupiec wybrałby się owego dnia do klasz­toru Świętej Małgorzaty. W okolicy grasowali prezbiteria - nie, usuwając nieszczęsnych księży starego kościoła i ich wiernych. Była to szczególnie występna banda, która w imię Boga popełniła wiele zbrodni, wieszając księży do góry no­gami na krzyżach, łupiąc i paląc. Jemmie mówił jej, żeby nie jechała, ale ona się uparła, bo zakonnice ukończyły szycie dla niej bielizny i musiała ją odebrać. Pojechała więc, zabie­rając ze sobą obu chłopców. Resztę już znasz. - Fiona prze­żegnała się. - Niech Bóg ma w opiece ich dusze.

- Nigdy nie znaleziono winnych? - zapytała Skye. Fiona potrząsnęła głową.

- Kiedy zło już się stało, jakby zapadli się pod ziemię.

- Nie rozumiem ludzi, którzy są przekonani, że jedna re­ligia jest lepsza od drugiej, ale wychowałam się na dworze mojego ojca, który był człowiekiem tolerancyjnym, wolnym od uprzedzeń - rzekła Jasmine do Fiony.

Zima osiągnęła półmetek. Głęboki śnieg uniemożli­wiał jakiekolwiek podróże. Niekiedy nocą słychać było wycie wilków na wzgórzach. Tylko niewielkie wydłużenie dnia sugerowało, że kiedyś zima wreszcie ustąpi. Minął styczeń, potem luty. Wiedli spokojne, codzienne życie. Jasmine z pomocą Adalego nadzorowała funkcjonowa­nie domu. Rano i wczesnym popołudniem dzieci uczyły się z bratem Duncanem, a później bawiły się ze swoimi coraz większymi szczeniakami. Jeździły na kucykach po odśnieżonym dziedzińcu zamkowym. Jasmine nie przypominała sobie, żeby kiedykolwiek widziała je rów­nie szczęśliwe. W końcu miały normalne życie, dzięki Ja­mesowi Leslie.

Rano, piątego dnia marca Jasmine powiedziała swojej babce i Fionie, że chyba zacznie rodzić. Po południu była już zupełnie pewna, że akcja porodowa się zaczęła. Rohana, Toramalli, Adali i dwie starsze kobiety czekały w pogo­towiu.

- Co mogę robić? - zapytał Glenkirk żonę, całując jej wilgotną skroń. - Wiem, jak ciężki może być poród. Do­brze pamiętam, jak Isabelle rodziła Jamie'ego i George'a. - O ile Jasmine się nie myliła, po raz pierwszy słyszała, jak wspominał swoich zmarłych synów z imienia.

- Ty i stryj Adam zajmijcie czymś dzieci - powiedziała, przyciągając do siebie jego głowę i całując go delikatnie. - Babcia twierdzi, że w porównaniu z innymi kobietami mo­je porody są wyjątkowo lekkie.

- To prawda, z wyjątkiem Fortune, która postanowiła przyjść na świat nie od strony głowy. Jak wiesz, Jemmie, by­łyśmy wówczas w Irlandii, i gdyby nie moja nieżyjąca już siostra Eibhlin, która przybyła ze swojego klasztoru i obró­ciła dziecko we właściwą stronę, sytuacja byłaby bardzo po­ważna. Jasmine mogłaby umrzeć i dziecko. Oczywiście Fortune urodziła się zdrowiuteńka, dzięki Bogu! To dziec­ko ma prawidłowe ułożenie - pospiesznie uspokoiła wnuczkę Skye.

- I już niedługo się urodzi - z uśmiechem zapewniła mę­ża Jasmine. Skrzywiła się, gdy przeszył ją ból. - Mały dia­bełek jest bardzo niespokojny, milordzie. Następny Leslie, zdecydowanie rwący się na ten świat.

Patrick Leslie, który miał zostać szóstym lordem Glen­kirk, urodził się szóstego marca, trzy minuty po północy. Był wierną kopią swojego ojca, z ciemną czuprynką i gra­natowymi oczami niemowlaka, które już teraz zapowiada­ły, że ściemnieją do barwy złocistozielonej. Umyty i owinię­ty malec, przyłożony do piersi matki, od razu zaczął tak mocno ssać, że Jasmine nazwała go małą bestią. Gdy to mówiła, dziecko na chwilę przestało ssać i przez dłuższy moment patrzyło na matkę inteligentnymi oczami, po czym powróciło do piersi.

- A niech to! - cicho mruknęła Jasmine. Jej mąż roześmiał się.

- Prawdziwy Leslie! Przypomina mi mojego ojca, mały diabełek!

- To dziwne, bo mnie wydaje się podobny do mojego - odparta Jasmine.

Ponieważ kolejny lord Glenkirk miał otrzymać na imię Patrick, został ochrzczony siedemnastego marca, w dniu Świętego Patryka. Jasmine poprosiła Skye, żeby pełniła ro­lę matki chrzestnej małego, ojcem chrzestnym został Hen­ry Lindley. Gdy polano mu główkę wodą dziecko krzycza­ło jak należy, pokazując wszystkim zebranym, że diabeł uciekł z jego ciałka.

W połowie kwietnia małego Patricka powierzono opie­ce mamki, wybranej przez Adalego, który zawsze wybierał mamki dla dzieci Jasmine. Kiedy Jasmine zażartowała, że musi wiedzieć wszystko o wszystkich i o wszystkim wokół, tylko się uśmiechnął.

- Skoro mam chronić ciebie i twoich bliskich, muszę wiedzieć wszystko - powiedział. - Mary Todd jest bratani­cą Willa. Jej mąż zmarł niedługo po narodzinach ich dziec­ka. Will przywiózł ją do Glenkirk, żeby się nim opiekowa­ła. Wiedziałem, że odstawi dziecko od piersi w tym czasie, gdy ty będziesz rodzić. Ma dużo pożywnego mleka. To do­bra, zdrowa dziewczyna, która z chęcią pozostanie na zam­ku Glenkirk, dopóki lord Patrick nie zostanie odstawiony od jej piersi. A ty, księżniczko, nie musisz się rozstawać ze swoim synem. Doskonałe rozwiązanie, prawda?

- Ty też jesteś doskonały, Adali - rzekła ze śmiechem Ja­smine. - Nie poradziłabym sobie bez ciebie, mój stary przy­jacielu.

- Modlę się, żebyś nigdy nie musiała - odpowiedział z powagą.

W połowie kwietnia śniegi stopniały na wzgórzach i Adam z Fioną podjęli decyzję o powrocie do Edynburga.

- Dowiedzcie się, czy Piers St. Denis nadal jeszcze się tam kręci - poprosiła Jasmine.

- Jeśli to w ogóle był St. Denis - mruknął James Leslie.

- Wiesz, że tak! Wyprawię z wami człowieka z Glenkirk, stryju Adamie. Zabierze list do mojego przyjaciela na dworze, George'a Villiersa. Steenie będzie wiedział, co się dzieje, nawet jeśli nikt inny nie będzie miał pojęcia. Dopil­nuj, proszę, żeby bezpiecznie opuścił Edynburg.

Adam Leslie skinął głową. - Zrobię to, dziewczyno. Wszyscy musimy wiedzieć, czy nie grozi nam coś ze strony tego Anglika.

Wiosna pojawiła się na wzgórzach, które pokryły się świeżą zielenią. Drogi były przejezdne i Skye zaczęła roz­ważać złożenie wizyty w Dun Broc, u swojej córki Velvet.

- Zostanę u Velvet parę tygodni - oświadczyła - a potem wszyscy możemy wyruszyć na południe do Queen's Malvern, żebyście spędzili lato w Anglii. Dobrze będzie znów znaleźć się w domu.

Jasmine pomyślała, że babka wreszcie otrząsnęła się z szoku po śmierci Adama de Marisco. Wiedziała, że Skye będzie go opłakiwać do końca życia, ale najgorsze już mi­nęło i w końcu wróci do normalnego życia. Poczuła ulgę, bo teraz sama mogła zająć się własnym życiem. Nie wie­działa, czy zawsze latem będzie się wyprawiała na południe do Anglii, bo Glenkirk mocno zawładnął jej sercem, ale na pewno będzie tam jeździła, dopóki będzie żyła babka.

Zanim jednak służący Skye spakowali kufry podróżne swojej pani, przybył posłaniec od Adama Leslie z Edynbur­ga. Piers St. Denis, markiz Hartsfield, rzeczywiście przeby­wał w mieście i Adam osobiście widział nakaz aresztowania opatrzony królewskim podpisem, nakazujący zatrzymanie lorda i lady Glenkirk pod zarzutem zdrady.

- Zdrady? - James Leslie był zaskoczony. - Jakiej zdrady?

- Nakaz aresztowania tego nie podaje - powiedział po­słaniec - ale pan Adam mówi, że ten Anglik wybiera się na północ do Glenkirk i ma ze sobą grupę najętych ludzi.

- Nakaz aresztowania jest sfałszowany - rzekł lord. - Ale dopóki tego nie wyjaśnimy, będziemy musieli uciekać.

- To właśnie proponuje pan Adam - rzekł posłaniec. - Kazał mi powiedzieć milady, że jej posłaniec wyjechał bez­piecznie do Anglii i zmierza na południe.

- Nie będę uciekać! - zawołała Jasmine. - Nie tym ra­zem.

- Ależ będziesz! - odpowiedział James Leslie. - Czy zdajesz sobie sprawę z grożącego nam niebezpieczeństwa, Jasmine? St. Denis to szaleniec, który w jakiś sposób zdo­był albo sfałszował podpis króla na przeklętym dokumen­cie. Zresztą to nie ma znaczenia. Wszystkim wydaje się, że St. Denis jest po stronie prawa. Nie zamierzam siedzieć w Glenkirk i czekać, aż nas dopadnie.

- Ten zamek jest dość mocny, żeby wytrzymać oblężenie - powiedziała Jasmine.

- Owszem, jeśli uda nam się podnieść most zwodzony. Od tylu lat jest opuszczony, że wątpię, by mechanizm był jeszcze sprawny. Ponadto, jeśli nawet uda nam się odciąć w zamku, to mamy teraz zły czas na oblężenie. Nie ma zbiorów, które moglibyśmy spożywać. Zimowe zapasy wła­ściwie już się skończyły. A co z moimi ludźmi? Nie zamie­rzam ich pozostawić narażonych na działania St. Denisa i jego zaciężnych. W złości najemnicy mogą spustoszyć po­la i wyrżnąć bydło i owce. Nie pozwolę na to! Nie pozosta­ło nam nic innego, jak tylko ucieczka.

- Nie możemy zostawić dzieci - zaprotestowała. - Nie możemy też wziąć ich ze sobą, gdy będziemy uciekać, zwłaszcza niemowlęcia. Sądzisz, że St. Denis nie użyje ich przeciwko nam? Wiem, że tak zrobi!

- Tylko następny lord Glenkirk i twój mały Stuart mają dla niego wartość - odezwała się Skye. - Ukryjcie ich w opactwie, wraz z Mary Todd i Adalim. Mali Lindleyowie mogą pojechać ze mną do Dun Broc. Będą tam bezpieczni u swoich dziadków. Pozwoli wam to bawić się w chowane­go z St. Denisem. Tutaj, w górach, znajduje się w nieko­rzystnej sytuacji.

- Owszem - powiedział Glenkirk. - Mógłby mieć ze so­bą armię, a i tak nigdy by nas nie znalazł. Mam dużą rodzi­nę i możemy ich po kolei odwiedzać. St. Denis nie wie, kim oni są, a kiedy rozpuścimy wiadomość, że jest wrogiem, nikt nie udzieli mu żadnych informacji.

- Ale czy jego najemnicy nie zaczną łupić i palić, jeśli nas nie znajdzie? - martwiła się Jasmine.

Lord Glenkirk potrząsnął głową.

- Niezbyt prawdopodobne, moja droga - zapewnił ją. - Teraz może nas szukać, a nawet aresztować, kiedy nas znaj­dzie. Jeśli zaś w złości spustoszy nasze ziemie albo pozwo­li swoim żołdakom okradać naszych ludzi, może się znaleźć w poważnych kłopotach. Ponadto nie przyjechał tutaj, żeby grabić, przyjechał po nas. Możemy mu ukraść konie, pode­rżnąć komuś gardło pod osłoną nocy, utrudnić zdobycie je­dzenia. Możemy go kontrolować, kochanie, pomimo jego zbrojnej bandy.

- Pojadę na południe, do Anglii z Velvet i jej rodziną, kiedy wyruszą na swoją coroczną pielgrzymkę. Lindleyowie muszą spędzać lato w domu ojca - oświadczyła Skye.

- Powiedz mojemu bratu Charliemu, że chcę, aby był przy dzieciach w czasie pobytu w Cadby. Nie mogą pozo­stawać bez ochrony - rzekła Jasmine.

Skye rzuciła jej urażone spojrzenie.

- Doprawdy - powiedziała.

- Och, przepraszam, babciu - zawołała Jasmine. - Oczy­wiście nigdy nie pozostawiłabyś dzieci bez opieki.

- Bawiłam się już w takie gry wielokrotnie, moja droga - stwierdziła Skye. - Musisz jednak pamiętać o jednym. Nie możesz sobie pozwolić nawet na chwilę strachu. St. Denis rozgrywa bardzo niebezpieczną grę w rozpaczliwym wysiłku zdobycia znaczenia i władzy. Jego knowania są ska­zane na niepowodzenie, bo król nie ma z tym nic wspólne­go, a król jest wszechmocny. St. Denis zostanie zdemasko­wany jako podstępny i niebezpieczny oszust. Dzieci będą bezpieczne. Opactwo w Glenkirk jest chyba jeszcze bar­dziej odludnym miejscem niż ten zamek. Nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby tam szukać małego Charlie'ego i Patricka. Henry, India i Fortune będą bezpieczni ze mną. Nawet jeśli St. Denis dowie się, gdzie przebywają, co może zrobić? Nie ma żadnych praw wobec twoich dzieci - powie­działa Skye. - Zaś wy dwoje musicie bawić się z tym łajda­kiem w kotka i myszkę, żeby odwrócić jego uwagę od dzie­ci. Ani przez chwilę nie możecie sprawiać wrażenia, że się przed nim chowacie. Pojawiajcie się raz tu, raz tam i znikaj­cie, zanim zdoła tam dotrzeć. To powinno być całkiem zabawne, kochanie. Wszystko wskazuje na to, że markiz Hartsfield nie jest specjalnie cierpliwym człowiekiem i nie umie przegrywać. Człowiek w gniewie popełnia błędy, za­pomina o przebiegłości i ostrożności. Wy natomiast bę­dziecie przebiegli i ostrożni. Musicie tylko dbać o siebie nawzajem i o swoje bezpieczeństwo. I najważniejsza spra­wa: nie wierz żadnym pogłoskom, Jasmine. St. Denis może próbować wystraszyć cię, twierdząc, że dopadł twoje dzie­ci. Nie wierz mu. Będzie to jego kolejne kłamstwo. Dopó­ki nie usłyszysz ode mnie, że jest inaczej, twoje dzieci będą bezpieczne, bez względu na to, czego się dowiesz. Rozu­miesz?

Jasmine kiwnęła głową.

- Tak, babciu.

- Bardzo dobrze - rzekła Skye.

- Znam ten wyraz twarzy - szepnęła Daisy do Nory. - Mówię ci, dziewczyno, nadchodzi czas! Jestem przy niej niemal przez całe życie i daję słowo, że ten wyraz twarzy nie zwiastuje niczego dobrego.

- A co oznacza jej wyraz twarzy? - szepnęła w odpowie­dzi Nora.

- Oznacza, że jest gotowa do bitwy, a nie podejmuje wal­ki, żeby przegrać, zapewniam cię.

- Ale przecież wracamy do Anglii - powiedziała Nora.

- Ha! Ale zanim się tam dostaniemy, dziewczyno! Tym się martwię. Zanim się tam znajdziemy - rzekła Daisy.

- Co tam mruczycie? - warknęła Skye.

- Mówiłam właśnie Norze, że przypomina mi to stare dobre czasy - odparła Daisy.

- Prawda? - skomentowała Skye O'Malley de Marisco i się uśmiechnęła.



ROZDZIAŁ 16

Z zamkowych umocnień Adali obserwował, jak Piers St. Denis, markiz Hartsfield, jego brat Kipp i ze dwudziestu ludzi jechało drogą prowadzącą do zamku Glenkirk. Po­za St. Denisem i jego bratem jeźdźcy byli nędznie ubrani i wyposażeni. Adali pomyślał cierpko, że to typowe męty z zaułków Edynburga. Zostali zwerbowani obietnicą whi­sky i sztuką srebra i mogli zostać przekupieni przez każde­go, kto da im więcej alkoholu czy srebra. Ale St. Denis był niebezpiecznym człowiekiem i Adali nie mógł go lekcewa­żyć. Na odgłos pierwszych stuknięć kopyt końskich o drew­niany most zwodzony Adali pospieszył na dół na dziedzi­niec, żeby powitać gości.

Spojrzeniu jasnoniebieskich oczu Piersa St. Denis nic nie umknęło po wjeździe do Glenkirk. Zamek był stary, ale w doskonałym stanie. Ludzie na murach byli w pogotowiu i sprawiali wrażenie zahartowanych w walce. Ten lord Leslie najwyraźniej posiadał mnóstwo srebra i złota. Przez króciutką chwilę markiz pozwolił sobie na marzenia o przejęciu kontroli nad obiema fortunami, Jasmine i jej męża. Rowan Lindley także nie należał do biednych. Trzy majątki! A gdyby na dodatek któreś z dzieci nie dożyło peł­noletności, cóż, czy wówczas majątek nie przypadłby jemu? Cokolwiek by się stało, król na pewno mu wybaczy. Prze­cież pomimo królowej i tej żmii Villiersa, Piers St. Denis nadal zajmował swoją pozycję przy królu. Jakub Stuart ko­chał go. Chociaż ostatnio król traktował markiza Hartsfield z wyraźną obojętnością, to nadal darzył go uczuciem. Wybaczy mu wszystko, wbrew temu, co twierdził Kipp.

Ostatnimi czasy zaczął wątpić w lojalność brata. U Kippa pojawił się dość nieprzyjemny zwyczaj wypytywania o każdy krok Piersa. Nie podobali mu się ludzie, wynajęci przez Piersa w Edynburgu, twierdził, że są zbyt niedoświadczeni i uciekną przy pierwszych zwiastunach niebez­pieczeństwa. Skrytykował nawet to, że brat zapłacił tym miastowym szczurom z góry. Markiz wiedział jednak, że bez pieniędzy nigdy nie udałoby mu się zebrać tej bandy.

- Uczciwi ludzie mieliby do ciebie zaufanie - powiedział Kipp.

- Nie chcę uczciwych ludzi - odparł Piers. - Uczciwi lu­dzie mają wyrzuty sumienia. Niepotrzebne mi to. Te typy będą mnie słuchały tylko dlatego, żeby dostać resztę pie­niędzy.

- Równie dobrze pewnej nocy mogą ci poderżnąć gar­dło, żeby te pieniądze dostać - cierpkim tonem odrzekł Kipp. - Zmarnowałeś pieniądze, Piers. Wystarczyło pozo­stać w Edynburgu i w imieniu króla nakazać stawienie się lordowi Glenkirkowi. Gdyby tego nie zrobił, wówczas rząd szkocki wysłałby swoich własnych ludzi, żeby go schwytali. Poradziliby sobie z tą sprawą. Ty zaś wkroczyłeś na teryto­rium Jamesa Leslie z dwudziestką ludzi o wątpliwej repu­tacji i wierzysz, że go złapiesz? Gdybyś tylko pokazał kró­lewski nakaz aresztowania, lokalne władze same by zare­agowały.

- Nie mogę ryzykować, żeby ktoś zobaczył królewski podpis - tłumaczył bratu markiz Hartsfield. - Co by było, gdyby to był ktoś znający charakter pisma króla, Kipp?

Kipp St. Denis był wstrząśnięty słowami przyrodniego brata.

- Mówiłeś mi, że król wydał nakaz aresztowania, nie wpisał tylko nazwisk - rzekł. - Czy teraz chcesz powie­dzieć, że wcale nie podpisał tego dokumentu?

- Prosiłem go o to, ale nigdy nie miał czasu - padła za­skakująca odpowiedź. - Na tyle dobrze znam jego charak­ter pisma, że podpisałem za niego, tylko lekko rozmazałem litery. Potem wziąłem jego pieczęć i przystawiłem ją do do­kumentu, częściowo przesłaniając woskiem podpis. - Piers St. Denis roześmiał się niemal jak dziecko. - Sądzisz, że będzie na mnie zły, Kipp? Stary królewski głupiec zawsze mi przebacza, gdy jestem niegrzeczny. Lubi, gdy jestem niegrzeczny, bo może mnie wtedy pouczać.

Pełne znaczenie tego, co właśnie powiedział Piers, pora­ziło Kippa.

Przyrodni brat sfałszował królewski podpis na dokumen­cie, umożliwiającym mu zamordowanie dwojga niewinnych ludzi. To była zdrada! Czy Piers tego nie rozumiał? Nie. Nie rozumiał. Rozumiał tylko, że jeśli czegoś chciał, musiał to mieć za wszelką cenę. I zawsze unikał kary za swoje grze­chy. Ale nie tym razem, pomyślał Kipp. Niech Bóg ma go w swojej opiece. Tym razem brat posunął się za daleko i nie będzie mógł uciec przed odpowiedzialnością.

- Kiedy się wyda, że podpis króla jest sfałszowany, zo­staniesz oskarżony o zdradę, a także o zabójstwo, jeśli wy­rządzisz krzywdę rodzinie Lesliech z Glenkirk - powiedział do Piersa.

- A kto ma odkryć fałszerstwo?

- Nie możesz zabić lorda i lady Glenkirk i spodziewać się, że król nie będzie chciał pomścić ich śmierci. Na miłość bo­ską, Piers, James Leslie jest krewnym króla! Jego klan po­maszeruje na Whitehall, żądać zemsty! Przegrałeś. To ko­niec. Jasmine de Marisco Lindley wybrała Jamesa Leslie na męża i urodziła mu potomka. To koniec. Wracajmy do Anglii, zanim będzie za późno. Nikt nie musi wiedzieć o nakazie aresztowania. Powiemy, że to były jedynie plotki i jeszcze dzisiaj spalimy przeklęty dokument, zanim ktokol­wiek zdoła nam go ukraść i udowodnić, że było inaczej. Jeśli tak jak Villiers będziesz zabiegał o względy królowej, zmięk­nie i znajdzie ci żonę. Jest dumną kobietą, ale życzliwą in­nym. Nie stracisz łask u króla. Nie odrzucaj wszystkiego, co zdobyłeś, dla chęci zemsty. Nie warto, Piers. Stracisz wszyst­ko! Musisz pójść po rozum do głowy, bracie, błagam cię!

- Stajesz się męczący, Kipp - znużonym głosem odparł markiz. - O, popatrz. Ten jej Hindus, Adali, czeka na nas.

Adali zauważył gorączkową wymianę zdań pomiędzy braćmi. Żałował, że nie wie, o czym rozmawiali. Wierny pies markiza, Kipp, wyglądał na zmartwionego. Obaj zatrzymali się u podnóża schodów wiodących do zamkowych drzwi.

- Witaj, milordzie - miłym głosem odezwał się Adali. - Witajcie na zamku Glenkirk. Wasi ludzie zostaną zaprowa­dzeni do swoich kwater przez naszych zbrojnych. Dougie, chłopcze, zabierz konie panów do stajni - polecił chłopcu stajennemu. - A panowie pozwolą za mną, proszę. - Za­prowadził ich do głównej sali, klasnął w dłonie i polecił słu­żącemu, który podbiegł pospiesznie. - Wino dla lorda St. Denis i naszego drugiego gościa. Proszę usiąść przy ogniu, panowie. W taki ponury dzień wydaje się, że jest jeszcze zimniej niż istotnie. - Wziął tacę od służącego i osobiście podał im srebrne puchary z czerwonym winem.

Markiz Hartsfield powąchał z uznaniem.

- Och, francuskie wino. Najlepsze! - powiedział.

- To prawda, milordzie - przytaknął Adali i stał, czeka­jąc, aż wypiją Kiedy odstawili kielichy, rzekł: - Czym mo­gę panom służyć?

- Możesz poinformować lorda i jego żonę o moim przy­jeździe - odpowiedział markiz Hartsfield.

- Obawiam się, że nie mogę tego uczynić, milordzie. Lorda Glenkirka i jego małżonki nie ma w tej chwili na zamku.

- A gdzie są? Kiedy wrócą? - zażądał odpowiedzi Piers St. Denis.

- Nie jestem pewien, gdzie teraz przebywają, milordzie - powiedział wymijająco Adali - i zupełnie nie mam pojęcia, kiedy powrócą. Oczywiście w Glenkirk stale wszystko jest go­towe na ich powrót. Zwykle kilka godzin wcześniej przysyła­ją posłańca z informacją, żebym mógł przygotować posiłek.

- Kiedy wyjechali? - dopytywał markiz.

- Kilka dni temu. Tu jest tak spokojnie, że jeden dzień zlewa się z następnym i sam zapominam o upływie czasu - rzekł Adali.

- Nie rozumiem, jak to możliwe, żebyś ty, który tak się troszczysz o bezpieczeństwo swojej pani, nie wiedział, gdzie ona jest - sceptycznie zauważył Piers St. Denis.

- Nie boję się o bezpieczeństwo mojej pani, gdy jest w to­warzystwie swojego męża - odparł Adali. - Lorda przez kil­ka lat nie było w domu. Ma liczną rodzinę i duży klan, z nie­którymi członkami klanu jest spokrewniony. Przybyliśmy tutaj na jesieni i wkrótce potem nastała zima, śnieg zasypał drogi i blokował je aż do niedawna. Lord zaczął odwiedzać swoją rodzinę i członków klanu, żeby przedstawić im nową żonę i odnowić stare znajomości i przyjaźnie.

- A gdzie są dzieci? - podejrzliwie zapytał St. Denis.

- One również odwiedzają rodzinę - gładko odpowie­dział Adali.

- Mam królewski nakaz aresztowania lorda i lady Glen­kirk - rzekł markiz Hartsfield. - Jeśli nie powiesz mi, gdzie oni są, zatrzymam cię pod zarzutem sprzeciwiania się woli króla, Adali!

- Powiedziałem prawdę, milordzie. Nie mam pojęcia, gdzie oni są. Jestem obcy na tej ziemi i niewiele wiem o tym kraju i o krewnych lorda. Nie miałem czasu, żeby się dowiadywać. Szanuję króla, tak jak moja pani. Stary czło­wiek, który był zarządcą Glenkirk przede mną, mieszka w domku nieopodal. Może on potrafi powiedzieć, gdzie mógłby pan znaleźć milorda i milady. Chodźmy, zaprowa­dzę panów do niego.

Adali wyprowadził ich z głównej sali z powrotem na dziedziniec.

- Gdzie są moi ludzie? - nerwowo zapytał Piers St. Denis.

- Zostali zakwaterowani w barakach i nakarmieni - jo­wialnie odpowiedział Adali.

Przeszli pod spuszczaną żelazną kratą, przekroczyli zwo­dzony most i zeszli z głównej drogi do lasu, idąc ledwie wi­doczną ścieżką.

- Dlaczego idziemy tędy? - dopytywał się St. Denis. Adali zatrzymał się.

- To droga prowadząca do domu Willa Todda, milor­dzie. Mieszka w pobliżu górskiego strumienia i pewnie będzie łowił ryby, gdy do niego dotrzemy. Nie ma się czego obawiać, milordzie.

- Nie boję się, po prostu jestem ciekawy - warknął markiz. Adali uśmiechnął się do siebie. Prawdę mówiąc, istniała prostsza droga do domku Willa Todda, ale wybrał bardziej okrężną trasę, żeby pogłębić konsternację obu mężczyzn. Szli kamienistą ścieżką, wiodącą w górę i w dół, przez gę­ste, kolczaste krzaki. Słyszał przekleństwa podążających za nim mężczyzn, gdy ich ubranie zaczepiało się o ciernie. Sam poruszał się z taką zręcznością, że ani jego białe spodnie, ani biały kaftan nie rozdarły się. W końcu usłysze­li szum wody w strumieniu, płynącej po kamieniach. Adali powiedział im jednak, że to nie jest strumień Williego Tod­da, przeskakując z kamienia na kamień na drugą stronę. Znów słyszał ich przekleństwa, gdy podążali za nim nie­zdarnie, taplając się w strumieniu.

W końcu wyszli z lasu i przecięli łąkę, na której pasło się włochate, długorogie bydło.

- Proszę uważać na nogi - ostrzegł Adali, omijając na palcach krowie placki. Omal nie wybuchnął głośnym śmiechem, słysząc pełen obrzydzenia jęk markiza Hartsfield.

- Daleko jeszcze? - zawołał Kipp.

- Jesteśmy prawie na miejscu - spokojnie odpowiedział Adali.

Nagle dostrzegli na skraju łąki dom i usłyszeli szum wartko płynącej wody. Gdy się zbliżyli, ujrzeli postać czło­wieka z wędką w rękach, stojącego w strumieniu aż po uda.

- Hop, hop! - głośno zawołał Adali. - To ja, Adali, i przyprowadziłem ci gości.

Postać obróciła się powoli, wyraźnie zirytowana przerwą w rozrywce. Niechętnie przesunęła się w stronę brzegu, ale nie wyszła z wody i nie przerwała łowienia ryb.

- Czego szukacie? - zapytał Will Todd z miejscowym ak­centem, który zabrzmiał zgrzytliwie w uszach obu Angli­ków.

- Dzień dobry, Willu Todd - pogodnie zagaił Adali. - Ci dwaj dżentelmeni szukają jego lordowskiej mości. Nie wiedziałem, gdzie mogliby go znaleźć, ale jestem pewien, że ty możesz im pomóc.

- Trzymaj. - Will Todd zbliżył się do brzegu i rzucił węd­kę Adalemu. - Nie upuść tylko! Nie mogę rozmawiać z wędką w garści. - Obrzucił dwóch obcych przybyszów przenikliwym spojrzeniem. - A więc szukacie jego lordowskiej mości, tak? Cóż, nie mogę powiedzieć na pewno, ale czy szukaliście go w Sithean? Może tam być. Albo mógł po­jechać ze swoją panią do Hay Hoos albo Greyhaven, A mo­że jest w Briarmere lub w Leslie Brae. Czy szukaliście w tych miejscach, panowie?

- Co on mówi? - zapytał z napięciem St. Denis. Niemal nie rozumiał ani jednego słowa z tego, co mówił staruszek.

- Wydaje mi się, że mówił bardzo wyraźnie - odpowie­dział Adali - ale ja przysłuchuję się ich mowie już od kilku miesięcy i mam dość dobry słuch.

- Tak! Tak! - niemal krzyknął St. Denis. - Ale co on po­wiedział, do diabła? Dla mnie był to zwykły bełkot.

- Will Todd powiedział, że lord Glenkirk i jego żona mo­gą być albo w Sithean, z wizytą u hrabiego Sithean, który jest stryjem lorda Leslie. Może też być w Hay House lub w Leslie Brae, w gościnie u swoich wujów, albo w Greyhaven czy w Briarmere Moor, u któregoś z braci.

- Albo u Gordonów - znów zaczął mówić Will Todd. - Może być u Gordonów, bo nasza Morag poślubiła Gordona.

- Może też przebywać w gościnie u Gordonów, u rodzi­ny swojej zmarłej żony. Ich najstarszy syn ożenił się z naj­młodszą siostrą lorda - szybko przetłumaczył Adali.

- Lub na zawodach - dodał Will Todd. - Mógł pojechać na zawody, a tego lata będzie ich parę. Nie pamiętam, dwa czy trzy. - Wziął wędkę od Adalego i wszedł z powrotem w wartki nurt strumienia. - Więcej nie potrafię nic powie­dzieć - oświadczył zdecydowanie.

- Na zawodach? - zapytał zdziwiony markiz Hartsfield.

- Ponieważ zimy są takie długie i ciężkie - wyjaśnił Ada­li - w letnich miesiącach Szkoci lubią organizować zawody. Pozwala to klanom na spotkanie się, mężczyźni mogą wy­kazać się swoją sprawnością w rzucaniu sosnowym pniakiem czy dużymi kamieniami na odległość. Kobiety przyjeż­dżają, żeby poplotkować. Są też tańce, bardowie i kobziarze. Ale Will ma rację. Tego lata ma się odbyć parę zawodów i lord mógł się wybrać na którekolwiek z nich, bo przez po­krewieństwo ze Stuartami jest związany z mnóstwem ludzi.

- Co za barbarzyńskie zwyczaje - zaszydził St. Denis.

- Wracajmy do Edynburga - odezwał się Kipp. - Poszu­kiwanie tutaj lorda Glenkirk to jak szukanie igły w stogu siana. Jeśli wezwiesz go w imieniu króla, będzie musiał się stawić, żeby nie zostać posądzonym o zdradę.

- Och, jestem pewny, że możecie znaleźć lorda, jeśli na­prawdę tego chcecie. - Adali lekko prowokował marki­za Hartsfield, żeby sprawdzić, co ten uczyni, rozdarty po­między sugestiami brata i Adalego.

- Lepiej wracać do Edynburga - nalegał Kipp St. Denis.

- Nie! - rzekł markiz. - Skoro już tu jesteśmy, to chyba nie będzie trudno trafić w miejsca wymienione przez tam­tego starca.

- I proszę nie zapominać o zawodach, milordzie - gorli­wie podpowiedział Adali, sprawiając, że Kipp St. Denis łypnął na niego ze złością.

- Czy wiesz, gdzie się odbywają? - zapytał markiz.

- Cóż, wydaje mi się, że jakieś mają się rozegrać w Inverness i w Nairn, słyszałem też, że planowane są zawody w Loch Lomond, milordzie.

- Spisz je wszystkie ze wskazówkami, jak tam dojechać - polecił markiz Hartsfield. - Zatrzymamy się na noc, a rano wyruszymy w dalszą drogę. - Piers St. Denis był zbyt pod­niecony, żeby się zastanawiać nad gotowością Adalego do pomocy, ale nie Kipp.

- O co ci chodzi? - zapytał zarządcę, gdy markiz udał się do przygotowanego dla niego pokoju gościnnego i w koń­cu pozostali sami w sali.

Adali odwrócił ku niemu zdziwioną twarz.

- Słucham, panie St. Denis?

- Wiesz, o czym mówię - rzekł Kipp. - Dlaczego chcesz pomóc mojemu bratu? Jesteś sławny z lojalności wobec swojej pani.

Adali uśmiechnął się nieznacznie.

- Cóż, panie, twój brat ma nakaz aresztowania, wysta­wiony przez króla. Gdybym nie chciał pomóc, oskarżono by mnie o zdradę, czyż nie? Moja pani szanuje najwyższe prawo królewskie, więc ja też muszę. Nie mogę się sprzeci­wiać królowi Jakubowi, nawet dla mojej pani.

Kipp nie był zadowolony z otrzymanej odpowiedzi.

- Coś knujesz - rzekł podejrzliwie. - Wiem, że nie zdra­dziłbyś swojej pani!

Adali uśmiechnął się ponownie.

- Panie, gdybym sądził, że pański brat ma szanse złapać milorda i moją panią... - Dalsza część zdania zawisła w po­wietrzu.

- Wiedzieli, że przyjedzie? - wyjąkał zaskoczony Kipp.

- Wiedzieli, że przez całą zimę przebywał w Edynburgu - odpowiedział Adali. - Wygląda na to, że Szkocja to bar­dzo mały kraj, a poza tym przypominam panu, że lord Glenkirk jest spokrewniony z wieloma ludźmi. Otrzymali­śmy informacje już przed świętami, ale zaraz potem rozpo­częły się pierwsze zimowe nawałnice, które na parę następ­nych miesięcy zablokowały drogi. Powiedziano nam jed­nak, że gdy drogi na powrót staną się przejezdne, markiz Hartsfield nas odwiedzi. Niestety, lord i jego żona nie mo­gli czekać, bo sami mają wiele wizyt do złożenia tego lata.

- Będzie ich ścigał do samego piekła - z rozpaczą powie­dział Kipp.

- Zanim ich dogoni, jeśli w ogóle uda mu się ich dogo­nić, ani lordowi, ani mojej pani nie będzie już groziło żad­ne niebezpieczeństwo, natomiast pan i pański brat możecie mieć się czego obawiać.

- Posłali do króla - wyszeptał Kipp.

- Król jest uczciwym człowiekiem - oświadczył Adali. - Nie cofnąłby swojego słowa, które dał lordowi i lady Glenkirk.

- Ostrzegałem go - mruknął do siebie Kipp. - Ostrzega­łem!

- Jest więc pan mądrzejszy od swojego brata - powie­dział Adali, po czym dodał łagodnie: - Ma pan jeszcze czas, żeby się ratować.

- Przysiągłem naszemu ojcu, gdy leżał na łożu śmierci, że będę się opiekował Piersem - powiedział zrozpaczony Kipp, z którego uleciała cała chęć walki.

- Próbował pan uchronić swojego brata przed popełnie­niem tego szaleństwa, prawda? - łagodnie zapytał Adali. - Widziałem.

- Od wielu lat podążam za nim wszędzie. Był po prostu ambitny, ja zaś nie widziałem nic złego w tym, że starał się zwrócić na siebie uwagę króla. Przez lata chroniłem go przed szaleństwem, chociaż nie zawsze mi się udawało. Za­wsze jednak pilnowałem, żeby kobiety, które tak lubił wy­korzystywać, były doświadczone w miłosnej sztuce. Tylko trzy czy cztery razy wykorzystał niewinne dziewczyny, ale później byłem dla nich miły i zapłaciłem im sowicie, żeby nigdzie nie doniosły na Piersa.

- Mówiono mi, że towarzyszyłeś bratu w jego zboczo­nych praktykach - spokojnie stwierdził Adali, starając się, żeby Kipp odczuł krytykę.

- To prawda - przyznał Kipp. - Jednak robiąc to, uratowa­łem wiele kobiet przed znacznie większą krzywdą z rąk mo­jego brata. Przyznaję się do swoich win, Adali. Nasz ojciec za­chęcał nas za młodu do tych bezeceństw. Pamiętam, że po­wiedziałem o tym matce. Przestrzegła mnie, że dla własnego dobra muszę grać moją rolę, żeby nie stracić życzliwości ojca.

- Ale pański ojciec od dawna nie żyje. Pański brat prze­szedł całkowicie na ciemną stronę mocy. Nie ma dla niego powrotu, ale ty, St. Denis, jeszcze nie przekroczyłeś osta­tecznej granicy. Masz sumienie, a teraz nadarza ci się szan­sa ocalenia siebie, choć nie brata. Czy pański ojciec, gdyby teraz mógł podjąć decyzję, chciałby stracić obu synów? Czy chciałby, żeby jego znakomite nazwisko zostało wymazane z powierzchni ziemi?

- Jestem tylko jego bękartem - zwyczajnie powiedział Kipp.

- Ale dał panu swoje nazwisko, wychował w swoim do­mu i wyróżniał jak swojego syna z prawego łoża - argu­mentował Adali. - Jestem przekonany, że ojciec pana ko­chał.

- Jeśli nie pozostanę u boku Piersa - rzekł Kipp - będzie wyrządzał coraz więcej zła, Adali.

- I tak będzie to robił - powiedział Adali. - Nie jest pan odpowiedzialny za jego zachowanie. Niech się pan ratuje, póki ma pan okazję! Całe pańskie życie było związane z Piersem St. Denis. Niech pan zacznie żyć dla siebie. Jeśli popro­si pan króla o łaskę, wiem, że panu wybaczy. Król Jakub ma dobre serce. Może nawet wynagrodzi pańskie zachowanie.

Przypadek. Kipp pomyślał, że tylko przypadek przy naro­dzinach sprawił, że nie został markizem Hartsfield. Czy miałby odwagę próbować to zmienić? Czy było to możliwe? Czy mógłby zdradzić Piersa? Czy byłaby to istotnie zdrada? Owszem, obiecał ojcu, że będzie się opiekował młodszym bratem przyrodnim, ale Piers nie chciał już, żeby ktoś się o niego troszczył. Kipp w myślach zauważył, że właściwie Piers nigdy nie słuchał jego rad i że podążając za bratem sam staczał się w otchłań. Piers zostanie przyłapany na pró­bie zemsty na Lesliech i zagarnięcia ich majątku.

I skąd się wzięło przekonanie Piersa, że król powierzy mu opiekę nad tymi dziećmi? Królowa nie znosiła go tak otwarcie, że nie potrafiła się nawet zmusić do znalezienia mu żony! Na pewno nie pozwoli, żeby Piers St. Denis kon­trolował jej jedynego wnuka czy pozostałe dzieci. Kipp był przekonany, że prędzej osobiście zabiłaby Piersa, niż zoba­czyła dzieci w Hartsfield House.

A co z rodem Lesliech z Glenkirk i starą, ale potężną hrabiną Lundy? Czy zgodzą się na to, aby ich dzieci zosta­ły przekazane w ręce takiego człowieka, jak Piers St. De­nis? Szaleństwem było nawet myślenie o tym, tymczasem jego brat nie tylko tak myślał, ale i uważał, że tak się sta­nie, bo on tego chce. Tak jednak nie będzie. Nagle Kipp St. Denis uświadomił sobie, że jeśli teraz nie zacznie się rato­wać, będzie zgubiony tak jak brat, a wcale nie miał na to ochoty. Czemu miał dzielić los Piersa? Ile razy w dzieciń­stwie dostał lanie za brata i Piers uważał to za bardzo za­bawne, chociaż wcale zabawne nie było? Czasami Piers ce­lowo robił coś złego, żeby patrzeć, jak jego brat ponosi za niego karę.

- Nie mam własnych pieniędzy ani potężnych przyjaciół, którzy by się za mną wstawili - powiedział Adalemu, cze­kając, co usłyszy w odpowiedzi.

- Dam panu potrzebne srebro - cicho odparł Adali. - Co zaś do sojuszników, panie, udaj się do króla i powiedz prawdę o całej tej sprawie, a będziesz miał mnóstwo przy­jaciół, nie tylko na dworze, gdzie pański brat narobił sobie wrogów, ale i w rodzinie mojej pani. Jedno słowo szepnię­te do ucha króla i możesz otrzymać nagrodę większą niż mógłbyś się spodziewać, Kippie St. Denis.

- Skąd mogę wiedzieć, czy mówisz prawdę? - zapytał Kipp.

Adali wyprostował się i rzekł surowym głosem:

- Jestem Adali, zaufany sługa i przyjaciel księżniczki z rodu Mogołów, znanej jako Jasmine Leslie. Nie kłamię i nigdy gołosłownie nie oferuję swej pomocy. Jeśli mówię, że coś się stanie, to tak będzie! Zadecyduj, zanim będzie za późno, Kippie St. Denis, albo skończysz równie źle, jak twój brat. - Odwrócił się na pięcie i ruszył do wyjścia.

- Poczekaj! Adali odwrócił się.

- Jeśli mam odjechać, muszę mieć pieniądze - powie­dział Kipp.

Adali sięgnął do ukrytej kieszeni swojej białej szaty i wy­ciągnął stamtąd niewielką skórzaną sakiewkę.

- Jest tu srebro i złoto - rzekł spokojnie, wręczając ją Kippowi. - Aż nadto, żeby dojechać do Anglii.

Kipp powoli wyciągnął rękę i wziął pieniądze od Adalego.

- Jeśli zmienię zdanie, zwrócę sakiewkę, Adali - obiecał.

- Co z moim koniem?

- Dostaniesz swojego wierzchowca, kiedy tylko zechcesz - powiedział Adali.

- Dopilnuję, żeby nikt nie wyruszył za tobą, ale jedź szybko.

Obaj mężczyźni rozstali się. Adalego zaintrygowało, że Kipp zaoferował zwrot sakiewki z monetami w przypadku, gdyby jednak nie opuścił brata. Pomyślał, że Kipp St. Denis istotnie ma sumienie. Czy jednak jego lojalność wobec brata nie okaże się silniejsza niż instynkt samozachowaw­czy? Cóż, to się miało dopiero okazać.

Adali pospieszył do kuchni, dopilnować, żeby przygoto­wano przednią kolację. Markiz Hartsfield musi zostać po­rządnie nakarmiony i napojony czerwonym winem, do któ­rego domieszany zostanie środek usypiający, dzięki czemu Piers St. Denis obudzi się dopiero następnego dnia po po­łudniu. Następnie Adali udał się do stajni i kazał główne­mu stajennemu dopilnować, żeby koń Kippa St. Denis był wypoczęty, nakarmiony i dostępny na każde życzenie swe­go pana.

- Zgubił podkowę, panie Adali - powiedział stajenny za­rządcy. - Podkucie konia nie zajmie wiele czasu. Kowal dzisiaj pracuje.

- Niech wymieni wszystkie cztery podkowy - rzekł Ada­li. - Aha, Dugald, niech to pozostanie naszą tajemnicą, do­brze?

- Dobrze, panie Adali - odpowiedział Dugald, uśmie­chając się szeroko.

- Natomiast konie należące do markiza i pozostałych mężczyzn - ciągnął dalej Adali - mogą zostać zabrane na pastwisko w górach, żeby się tam pasły, dopóki nie oka­żą się potrzebne.

- Tak jest, panie Adali - powtórzył stajenny z uśmie­chem. Dugald pomyślał sobie, że chociaż nowy zarządca nie jest Szkotem, to jednak zachowuje się jak prawdziwy Szkot, przynajmniej w sprawach dotyczących Anglików.

Piers St. Denis rozkoszował się siedzeniem u szczytu stołu w głównej zamkowej sali. Jego wzrok wędrował leni­wie po chorągwiach zwieszających się z belek, które doku­mentowały liczne bitwy, w jakich walczyli mężczyźni Le­sliech, po wiszących na ścianach kobiercach, utkanych przez kobiety Lesliech. Podziwiał ciężką, srebrną zastawę stołową i dwa wspaniałe portrety, zawieszone ponad ko­minkami. Jego uwadze nie umknęło, że w lampach palił się najprzedniejszy, wonny olej, a świece zrobione były z wo­sku pszczelego, a nie z łoju.

Podany mu posiłek był wyśmienity: tłusta kaczka w sosie śliwkowym, niewielki pstrąg duszony w białym winie, na srebrnym półmisku przystrojonym rzeżuchą, drugi pół­misek z kotletami baranimi, karczochy duszone w winie, serwowane z topionym masłem, ciepły chleb prosto z pieca i doskonały ser. Na deser zaoferowano placek z jabłkami z bitą śmietaną. Adali zapytał uniżenie, czyjego lordowska mość miałaby ochotę na wino, piwo lub jabłecznik. Natu­ralnie markiz wybrał przednie wino, które zwykle podawa­ła Jasmine. Jadł tylko w towarzystwie swojego brata, Kip - pa, który był niezwykle milczący.

Z upływem czasu Piers St. Denis stawał się coraz bar­dziej senny. Nie było w tym nic dziwnego, zważywszy na długą podróż z Edynburga, jaką mieli za sobą. Ziewa­jąc, wstał od stołu, ale nogi ugięły się pod nim i opadł z po­wrotem na krzesło. Wybuchnął pijackim śmiechem.

- Pomogę ci - odezwał się Kipp, podchodząc do brata.

- Weźmy ze sobą dziewkę służebną dla rozrywki - wy­mruczał markiz. - Podoba mi się ta cycata, z dużym tył­kiem. Wygląda jak gołąbeczek, co? Możemy ją nadziać z obu stron, braciszku. - Zaśmiał się ponownie i oparł się o brata.

- Może później, Piers, kiedy trochę odpoczniesz - rzekł Kipp.

- Mam ochotę mocno ją wychłostać, tak jak potem Ja­smine. Wychłostać, poobracać, co, Kipp? - powiedział markiz. - Tak należy traktować kobiety. Ile lat ma jej cór­ka, Kipp? Ją też wychłoszczemy i nauczymy paru sztuczek. Jest jeszcze za mała, żeby ją posiąść, ale możemy ją pod­szkolić w innych rzeczach.

Kipp zaprowadził brata do sypialni, ściągnął mu kubrak i buty, co robił już tylekroć, i położył do łóżka. Piers był oszołomiony środkiem nasennym. Kipp nie miał co do te­go wątpliwości. Teraz nadeszła pora decyzji. Wiedział, że Piers nie panuje nad sobą. Rozmowa o deprawowaniu ma­łej Indii Lindley obudziła w nim wstręt. Nigdy nie skrzyw­dzili żadnego dziecka, ale wiedział, że jeśli brat coś zapo­wiadał, to realizował. Kipp pomyślał, że nie zniósłby tego.

Jeśli jednak zostanie, nie będzie mógł niczemu zapobiec. Wyjeżdżając, może ocalić siebie, a w ostatecznym rozra­chunku być może także brata. Odszukał Adalego.

- Domieszałeś środek usypiający do wina Piersa - po­wiedział.

- Będzie spał do jutra, do popołudnia - stwierdził obo­jętnym głosem Adali, nie próbując zaprzeczać. - A więc za­decydowałeś.

- Czy obudzisz mnie, żebym mógł wyruszyć o brzasku? Przede mną bardzo długa droga - poprosił Kipp.

Adali pokiwał głową.

- Co cię skłoniło do podjęcia takiej decyzji?

- Mówił o uwiedzeniu i skrzywdzeniu najstarszej córki lady Jasmine - wyjaśnił Kipp. - Na samą myśl o tym robi mi się niedobrze. Nie mogę dłużej pomagać bratu, który rozważa takie perwersje, jak zgwałcenie dziecka.

- Nie skrzywdzi ani jej, ani mojej pani, ani nikogo z jej rodziny - rzekł twardo Adali. - Sam zabiłbym go jeszcze dziś w nocy, ale lord nalegał, żeby rozwiązać tę sprawę zgodnie z prawem ustanowionym przez króla. Najlepiej bę­dzie, jeśli markiz Hartsfield zostanie zdemaskowany i wszyscy zobaczą, jakim jest nikczemnym człowiekiem. Rozsądnie postępujesz, St. Denis, uciekając od niego te­raz, kiedy nadarza się okazja.

Adali osobiście obudził Kippa na godzinę przed świtem. Zaprowadził go do kuchni, nakarmił i dał na drogę zapas owsianych ciasteczek, sera, solonego mięsa i wina. Opisał mu też skrót prowadzący przez góry, znany tylko okolicz­nym mieszkańcom. Dzięki temu St. Denis mógł zyskać dwa dni w podróży na południe. Potem Adali odprowadził go do stajni i pomógł osiodłać konia.

- Kazałem go podkuć - powiedział zaskoczonemu Kippowi. - Dzięki temu będziesz sprawniej podróżował. Nie obawiaj się, że któryś z ludzi twojego brata może zobaczyć, jak wyjeżdżasz. Dzisiaj będą dobrze spali, tak jak ich pan.

Śmiejąc się cicho, wyprowadził konia ze stajni. Przy bramie zamkowej Kipp St. Denis dosiadł swojego wierzchowca. Patrząc z góry na Adalego, powiedział:

- Jest mi smutno, Adali, ale wiem, że podjąłem słuszną decyzję, chociaż trudną. Mój brat jest dla mnie stracony.

- Jedne drzwi się zamykają, a inne otwierają szeroko - mądrze odrzekł Adali. - Niech Bóg ma cię w opiece pod­czas podróży, Kippie St. Denis. - Wsunął rękę do kieszeni swojego kaftana i wyciągnął stamtąd niewielki, zapieczęto­wany pergamin. - Jeśli zechcesz, przekaż to wicehrabiemu Villiersowi, a twoje bezpieczeństwo będzie zapewnione. - Adali klepnął koński zad i patrzył, jak Kipp wyjeżdża z zamku Glenkirk.

- Nic nie widziałeś - zwrócił się do uzbrojonego wartow­nika.

- Tak jest, panie Adali - odpowiedział żołnierz.

Noc zbladła i w Glenkirk rozpoczął się kolejny dzień. Wysłano posłańca do lorda z informacją o przybyciu St. Denisa i o sukcesie Adalego, któremu udało się przekaba­cić Kippa. Zdaniem Adalego, Kipp już od jakiegoś czasu musiał rozważać zakończenie usługiwania bratu. Po połu­dniu markiz Hartsfield wtoczył się do głównej sali zamko­wej i gromkim głosem zaczął wzywać brata, Adalego, kogo­kolwiek.

- Ach, milordzie, wreszcie się pan obudził - odezwał się przybyły na wołanie Adali. - Jest pan głodny? Czym mogę panu służyć?

- Gdzie, u diabła, jest mój brat? - zażądał wyjaśnień St. Denis.

- Pański brat? - Adali miał zdziwioną minę. - Czyż nie ma go z panem, milordzie? Sądziłem, że zawsze z panem przebywa.

- Nie! Nie pytałbym o niego, gdyby był ze mną - wark­nął markiz. - Przynieś mi wina! W ustach mam okropny smak!

- Ostatni raz widziałem pańskiego brata wczoraj wie­czorem, gdy kładł waszą lordowską mość do łóżka. Widzę, że nie jest pan przyzwyczajony do dalekich podróży, stąd zmęczenie. Życie dworskie nie przygotowuje do takich po­dróży, jaką ma pan za sobą. - Nalał St. Denisowi kielich wi­na i podał mu go. - Pańskie wino, milordzie. Markiz pospiesznie wychylił kielich.

- Która godzina?

- Dochodzi czwarta po południu - pogodnie odpowie­dział Adali.

- Gdzie są moi ludzie?

- Śpią jak zabici, podobnie jak pan - odparł Adali.

- Odszukaj mojego brata! - polecił markiz Adalemu, któ­ry ukłonił się uniżenie i opuścił komnatę. Wrócił po półgo­dzinie i poinformował:

- Wygląda na to, że pański brat opuścił zamek, milor­dzie, bo jego koń zniknął ze stajni. Musiało się to zdarzyć wcześnie rano, bo chłopiec stajenny nikogo nie widział. Po­dejrzewam, że opuścił Glenkirk w czasie, gdy dzienna straż zastępowała nocną wartę. Strażnikowi z nocy wydaje się, że widział wyjeżdżającego jeźdźca, ale nie jest pewien, zaś wartownik za dnia nie zauważył niczego. Przykro mi, ale nie mam dla pana więcej informacji.

Adali ukłonił się.

- Jeśli zrobiliście mu coś złego... - zaczął Piers St. Denis, ale Adali przerwał mu ostro.

- Milordzie, znajdujesz się pod ochroną lorda Glenkirka. Dopóki tu jesteście, nikt nie zrobi żadnej krzywdy ani panu, ani pańskim ludziom. Gdybyśmy chcieli zrobić wam coś złego, dziś w nocy poderżnęlibyśmy gardło panu, pań­skiemu bratu i pańskim ludziom, a teraz, gdy mówię te sło­wa, leżelibyście już zagrzebani pod domem. Nikt tutaj nie wyrządził najmniejszej krzywdy pańskiemu bratu. Nie wiem, dokąd wyjechał i dlaczego. Czy teraz chciałbyś coś zjeść, milordzie?

- Wróci - mruknął jakby do siebie markiz. Bolała go głowa i czuł się skołowany. Jadł sam, obsługiwany przez służących. Nigdzie nie było widać żadnej kobiety. W końcu markiz zawołał Adalego i zażądał: - Chcę kobiety, do cho­lery! Przyślij tę służącą, która ubiegłej nocy była w jadalni. Ruda dziewka z dużymi piersiami!

- Milordzie, żałuję, ale w Glenkirk nie mamy dziewek dla gości - odparł Adali spokojnie, zdecydowanym głosem.

St. Denis wypadł z sali i wrócił do swojej sypialni. Chociaż nie czuł się śpiący, zasnął i obudził się dopiero o świcie na­stępnego dnia. Ubrał się i powrócił do głównej sali zamkowej.

- Wyruszam dzisiaj przed południem - oświadczył Adalemu. - Czy spisałeś nazwy miejsc, gdzie mogą przebywać lord i Jasmine? I wskazówki, jak tam dojechać?

- Oczywiście, milordzie - zapewnił go Adali, który oso­biście usługiwał markizowi.

W sali nie było widać żadnego służącego. Adali postawił przed markizem miskę owsianki z kawałkiem chleba, se­rem i kielich jabłecznika. Gdy Piers St. Denis zjadł, zabrał pergamin z mapką i notatkami Adalego i wyszedł na dzie­dziniec, gdzie kręcili się jego ludzie.

- Czy któryś z was widział mojego brata? - zapytał, ale wszyscy pokręcili przecząco głowami. Przyprowadzono ko­nia. Markiz dosiadł wierzchowca i rozejrzał się. - Gdzie są konie moich ludzi, Adali?

- Nie pomieścilibyśmy tyle zwierząt w stajni, milordzie, więc popędziliśmy je w górę na pastwisko. Pastwisko jest po drodze do Sithean, milordzie. Jeśli pańscy ludzie ponio­są swoje siodła i bagaże na łąki, będą mogli sami schwytać konie i wtedy szybko wyruszycie w dalszą drogę. Gdybym teraz kazał je tu przyprowadzić, oznaczałoby to dla was utratę kolejnego dnia, a wiem, że nie chcecie tracić ani chwili i jak najszybciej rozpocząć poszukiwania mojego pa­na i pani. - Uśmiechnął się.

Piers St. Denis zaklął pod nosem. Podejrzewał, że uprzej­mym zachowaniem Adali maskował zadowolenie z tego, że udało mu się utrudnić pościg za lordem i lady Glenkirk. Jed­nak Adali okazywał gotowość do współpracy. Markiz Hartsfield nie mógł znaleźć niczego, co mogłoby uzasadnić jego podejrzenia, chociaż instynkt mówił mu co innego.

- Jeśli mój brat powróci - zaczął - powiesz mu, Adali, gdzie pojechaliśmy?

- Naturalnie, milordzie. Jeśli będzie pan się stosował do informacji, które dla pana spisałem: Sithean, potem Greyhaven, Hay House, Leslie Brae, Briarmere Moor i Huntley, główna siedziba Gordonów, zawsze będę wie­dział dokładnie, gdzie pan jest. Będę mógł posłać pana St. Denis prosto do pana, gdy tylko się tu pokaże.

- A co z tymi miejscami, w których odbywają się zawo­dy? - zapytał markiz.

- Powinien pan odnaleźć lorda i moją panią znacznie wcześniej, milordzie. Jeśli tak się nie stanie, będę mógł je­dynie wskazać Inverness, Loch Lomond albo Nairn. Nie wiem, które zawody wybiorą i kiedy. Sam będzie pan mu­siał się tego dowiedzieć.

Piers St. Denis szarpnął za cugle i bez słowa podzięko­wania czy pożegnania zaczął się oddalać z Glenkirk, dając znak swoim ludziom, by szli za nim.

- Szerokiej drogi - mruknął Will Todd do Adalego, wy­łaniając się z cienia.

- Rzeczywiście, głupiec - przyznał Adali - ale bardzo niebezpieczny, Willu. Jakie masz wieści o St. Denisie? Dawno wyjechał?

- Popędził przed siebie, jakby miał samego diabła za plecami - rzekł staruszek. - Wczoraj wieczorem opuścił ziemie należące do Lesliech. Wydaje mi się, że za parę dni dotrze do Edynburga. Kiedy Kipp przybędzie do miasta, pan Adam wyśle do nas gołębia, a potem dopilnuje, żeby młody St. Denis bezpiecznie przekroczył granicę z Anglią. Gdzie jest teraz lord?

- W Dun Broc, z krótką wizytą u swoich teściów - odpo­wiedział Adali. - Gdzie uda się później, będzie zależało od markiza i jego cierpliwości. Jeśli jest sprytny, wyśle swo­ich ludzi, żeby sprawdzili wszystkie miejsca, które mu po­dałem. Oszczędziłoby mu to czasu. Odcinając marki­za od brata, zabraliśmy mu jego jedynego prawdziwego so­jusznika. Te wynajęte męty nie sprawiają wrażenia lojal­nych i pomysłowych, a tylko chciwych.

- Nasi ludzie z klanu będą obserwować każdy ich krok, Adali. Obiecuję, że zawsze będziemy ich wyprzedzać. Kie­dy możemy dostać jakąś wiadomość od samego Jamie'ego Stuarta, jak sądzisz?

- Nasz posłaniec musiał już dotrzeć do króla - rzekł Adali. - A kiedy przybędzie tam Kipp St. Denis, mam na­dzieję, że król, znany ze swojego niezdecydowania, wresz­cie będzie musiał coś zrobić, Willu. Potem królewska decy­zja musi zostać przekazana do Szkocji, aby Piers St. Denis został złapany i oddany pod sąd.

- A więc do tego czasu trwa zabawa w kotka i myszkę? - zauważył Will.

- Owszem - przytaknął Adali.

- Och, dobrze mieć lorda z powrotem w domu - mruknął Will. - Kiedy go nie było w Glenkirk, panowała straszliwa nuda.

- Teraz już nie jest nudno - zaśmiał się Adali.

- To prawda - odpowiedział Will, marszcząc twarz w uśmie­chu. - Teraz jest jak za dawnych lat.

- Jak za dawnych lat?

- Kiedy obecny lord był małym chłopcem, jego matka, Catriona, była kochana przez swojego męża, przez hrabie­go Bothwell i przez tego samego Jamie'ego Stuarta, który teraz zasiada na angielskim tronie. Ach, ależ to były czasy! Wszyscy przyjeżdżali i odjeżdżali, król pragnął uczynić z niej swoją kochankę, jej mąż zaginął na morzu, a ona sa­ma była tak bardzo zakochana w hrabim Bothwellu, który był królewskim kuzynem. Nazywali go niekoronowanym królem Szkocji, a Jamie Stuart tak bardzo się go bał, że go osaczył i oskarżył o czary. Nie zdobył jednak w ten sposób panny Catriony. Wypełniła swoją powinność wobec klanu, znalazła mężów i żony dla swoich dzieci, a potem uciekła do swojej prawdziwej miłości. To były dni, Adali! Teraz za­czyna wyglądać bardzo podobnie. Ród Lesliech z Glenkirk nie należy do spokojnych klanów.

Adali roześmiał się.

- Chyba tak. Moja pani nigdy nie była osobą, którą moż­na określić mianem przewidywalnej dziewczyny. Zaryzyko­wałbym stwierdzenie, że tam, gdzie pojawiają się kłopoty, lord i jego żona doskonale do siebie pasują.

- I to jest następny powód, dla którego musimy trzymać ich z daleka od tego Anglika. Straciliśmy jedną lady Leslie, ale nie pozwolimy zabrać sobie następnej. Nie pozwolimy!



ROZDZIAŁ 17

Adali nie wyznaczył najprostszej drogi markizowi Hartsfield. Podczas gdy Sithean leżało nieopodal Glenkirk, to kolejny cel podróży, Greyhaven, był znacznie oddalony, potem zaś trasa zawracała, żeby znów powieść w inny, od­legły zakątek. Jednak nieznający tych okolic Piers St. De­nis nie zauważył podstępu. Brakowało mu towarzystwa brata, czuł się niepewnie pośród edynburskich rzezimiesz­ków. Musiał sobie sam z nimi radzić. Nie było Kippa, któ­ry by go zasłonił. Gdzie też się podział? Markiz pomyślał ze złością, że brat powinien być tu teraz i opiekować się nim, tak jak to obiecał ich wspólnemu ojcu. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że Kipp mógłby go opuścić na dobre.

W Sithean stary hrabia i jego żona powitali go serdecz­nie. Nakarmiono go i dano wygodne lokum, zaopiekowano się jego ludźmi i końmi. Ale w Sithean nie było Jamesa Leslie i jego małżonki. Czy byli tu wcześniej?

- O tak - odpowiedział stary hrabia. - Parę tygodni te­mu, milordzie. Prawda, moja droga? - zwrócił się do żony.

- Owszem - potwierdziła surowym głosem.

- Nowa lady Glenkirk jest śliczną dziewczyną. Zna ją pan? - Sithean uśmiechnął się przyjaźnie do Piersa St. Denis.

- Mam nakaz aresztowania pańskiego bratanka oraz je­go żony - rzekł zirytowany markiz Hartsfield. - Nie rozu­miecie, że przybyłem tu z rozkazu króla?

- Tak, tak - powiedział stary hrabia. - Jak się miewa Ja­mie Stuart, milordzie? Stale wydaje nakazy aresztowania. Było z niego takie nerwowe dziecko. Nie kocha swojego kraju.

Markiz pomyślał ze złością, że nic podejrzanego nie mo­że się dziać w Sithean.

- Wyjeżdżam jutro rano - oznajmił swoim gospodarzom. James i Jasmine Leslie obserwowali wyjazd swojego wroga z Sithean. Zatrzymali się w domu A - Cuil w górach, ponad zamkiem Sithean. Podróżowali bez przerwy. Adali pozostał, aby doglądać Glenkirk i koordynować przepływ informacji. Rohana była w opactwie z Mary Todd, Charliem i malutkim Patrickiem. Toramalli wyjechała ze Skye i pozostałymi dziećmi do Dun Broc. Lordowi i lady Leslie towarzyszył jedynie Fergus More i Czerwony Hugh, co by­ło prawdziwym darem opatrzności, bowiem Jasmine nie miała pojęcia o kuchni. Na szczęście Czerwony Hugh umiał gotować.

A - Cuil nie był dużym domem. Położony na wzgórzach ponad Sithean, był zbudowany z kamienia i kryty dachów­ką. Na parterze znajdowała się kuchnia oraz niewielki sa­lonik. Na pięterku mieściła się sypialnia.

Ze stojącego nad urwiskiem, otoczonego sosnowym la­sem domu roztaczał się wspaniały widok na Glenkirk, Si­thean i okolice. Natomiast sam dom wtapiał się w krajo­braz i przejeżdżający w pobliżu zwykle go nie zauważali. Jasmine podobało się tam i pomimo obecności Fergusa More'a i Czerwonego Hugha pobyt w A - Cuil uważała za bardzo romantyczny. Lokaj i przyboczny spali w maleń­kich izbach przy stajni, należącej do domu.

- Mogłabym tu mieszkać do końca życia - oświadczyła Jasmine mężowi.

Roześmiał się.

- Gdzie ulokowalibyśmy dzieci, nie wspominając już o Adalim i bliźniaczkach?

- Gdybyśmy tu mieszkali, nie mielibyśmy dzieci ani służ­by - odpowiedziała z całkowitym przekonaniem, że mówi logicznie.

- Nauczyłabyś się gotować? - przekomarzał się z nią. - Te delikatne paluszki będą wyrabiać ciasto na chleb i obie­rać marchewki? - Pochwycił jej dłonie i ucałował, pieszczo­tliwie skubiąc wargami czubki jej palców.

- Drań! - Wyrwała dłonie. - Jeśli tylko zechcę, nauczę się gotować - oświadczyła mężowi.

James Leslie roześmiał się.

- Jasmine, najdroższa Jasmine, zupełnie nie masz talen­tu do sztuki kulinarnej, wykazujesz natomiast niezwykłe zdolności w innych sztukach.

Pociągnął ją na swoje kolana. Całując ją, radował się wi­dokiem rumieńca, który pojawił się na jej policzkach. Roz­wiązał tasiemki jej bluzki, wsunął dłoń pod miękki jedwab i zaczął pieścić cudownie okrągłą pierś.

Nagle drzwi domu otworzyły się gwałtownie i Glenkirk omal nie upuścił żony na podłogę, gdy do środka wtargnął uśmiechnięty od ucha do ucha Czerwony Hugh z naręczem królików.

- Obiad - powiedział, hamując śmiech. - Może powinie­nem je obedrzeć ze skóry, milordzie. - I udał się do kuchni.

Jasmine nie mogła opanować ataku śmiechu.

- Może zamieszkanie tutaj na zawsze nie jest takim do­skonałym pomysłem, Jemmie - powiedziała. - Nie mamy zbyt wiele prywatności, nieprawdaż?

- Owszem, nie mamy - burknął.

Cholera, ależ miał na nią ochotę! A - Cuil byłoby miłym miejscem kilkudniowego wytchnienia, gdyby mogli tu być sami. Naprawdę chciał już wracać do domu, do Glenkirk. Jego krewni na pewno już wyjechali do Anglii i do Queen's Malvern. Ale on i Jasmine byli zmuszeni przez całe lato przenosić się z miejsca na miejsce, a wszystko przez tego głupka i drania, Piersa St. Denis.

- Czemu nie wrócimy do domu? - nagle odezwała się Jasmine, jakby czytała w jego myślach.

- Nie możemy - powiedział.

- Czemu? St. Denis już tam był, a teraz szaleje po oko­licy, usiłując nas dopaść. Kazaliśmy go obserwować, więc będziemy wiedzieli, kiedy znów znajdzie się w pobliżu nas, Jemmie. Ale nie chcę sprowadzać dzieci z powrotem do domu, zanim sprawa nie zostanie do końca załatwiona. My jednak z łatwością możemy uciec, jeśli markiz Hartsfield kolejny raz wejdzie nam w drogę.

Zastanowił się i doszedł do wniosku, że miała rację.

- Spędzimy tu jeszcze jedną noc, ale wyślę Fergusa More'a i Czerwonego Hugha do Glenkirk, żeby poinformowa­li Adalego o zmianie naszych planów - powiedział.

- Ale dopiero po kolacji - zaśmiała się. Glenkirk przy­stał na to z uśmiechem.

Po kolacji, na którą składał się duszony królik, ciastecz­ka owsiane, ser i jabłecznik, posłali Fergusa i Czerwonego Hugha z wiadomością dla Adalego. Potem usiedli oboje na zboczu wzgórza, obserwując zachód słońca.

Jasmine westchnęła, szczęśliwa w objęciach męża.

- Tutejsze zachody słońca są tak inne niż w Indiach - po­wiedziała. - W Indiach kolory są egzotyczne i soczyste, ale nie tak wibrujące i bogate, jak tutaj, w Szkocji. Uwielbiam nasze szkockie zachody słońca, Jemmie. To jest mój dom! To jest mój pierwszy dom od czasu, gdy opuściłam Indie.

Pozostali leżąc na trawie, słuchając pisków drobnych nocnych zwierząt, aż słońce zaszło i niebo rozjaśniły tysią­ce gwiazd. Patrzyli, jak wschodzi księżyc.

- Pełnia - cicho powiedział James.

- Pełnia? Co to znaczy?

- Księżyc jest ogromny i okrągły, i to właśnie Szkoci na­zywają pełnią. Zawsze wyruszają konno, aby światło księży­ca w pełni rozjaśniało im drogę. Mój ojczym był takim jeźdźcem. Kiedyś zabrał moją matkę na taką przejażdżkę.

- Podobało jej się?

- O tak.

- Myślę, że też by mi się podobało - powiedziała Jasmi­ne mężowi.

W lesie za ich plecami odezwał się polujący na swoją ko­lację żbik. Lord Glenkirk podniósł się, pociągając za sobą żonę.

- Chodź - powiedział - położymy się do łóżka, kocha­na Jasmine.

Wspólnie sprawdzili, że drzwi do stajni zabezpieczono i konie nie są narażone na atak dzikiego zwierzęcia. Cięż­kim, dębowym balem zaryglowali wejście do domu, pogasi­li ogień w saloniku i w kuchni, i po wąskich schodach wspięli się na górę, do sypialni. Pokój skąpany był w księ­życowym świetle. James Leslie dorzucił polano do niewiel­kiego kominka przy drzwiach.

Po lewej stronie drzwi znajdował się rząd okien. Jasmine uchyliła je. Na prawo od drzwi, pod małym, okrągłym okienkiem, stał niewielki stolik. Na kawałku ściany koło kominka wisiało lustro, a obok stało krzesło. Łoże z balda­chimem oraz szafa na ubrania były jedynymi ważnymi me­blami w sypialni. Ściągnęli ubrania i wsunęli się pod koł­drę, a ich ciała natychmiast oplotły się nawzajem.

Otoczył ją ramionami i dużą dłonią począł głaskać jej twarz.

- Czy masz pojęcie, jak bardzo cię kocham? - zapytał ci­cho.

- Przynajmniej tak bardzo, jak ja ciebie - odpowiedzia­ła, zarzucając mu ręce na szyję.

Począł całować jej twarz. Powoli, czule. Od jego poca­łunków kręciło jej się w głowie.

Nie minęło kilka chwil, a poruszała się nad nim powoli i z ogromną rozwagą, ostrożnie rozpalając ogień namiętno­ści, aby mogli czerpać z siebie nawzajem jak największą sa­tysfakcję. W końcu jednak przetoczył się i wziął ją pod sie­bie, ani na chwilę nie przerywając kontaktu ich ciał. Roz­chylił bardziej jej nogi, żeby móc wtargnąć głębiej. Gdy za­czął się w niej poruszać, coraz szybciej i szybciej, zagłębiła zęby w jego ramię. Jej paznokcie przeorały mu plecy.

- Jemmie! Jemmie! Zabijasz mnie!

Wprowadzał ją na coraz wyższe szczyty. Czuła nadcho­dzącą falę wyzwolenia. Mocniej wbiła w niego paznokcie.

Napiął pośladki i mocno wdarł się jeszcze głębiej w jej ciało. Nie panował nad swoim pożądaniem. Jęknął zawie­dziony, że jeszcze nie może dać im obojgu satysfakcji, jed­nocześnie rozpaczliwie pragnąc zrobić to natychmiast. Gwiazdy zaczynały eksplodować pod jej powiekami.

- Jeeeeeemie! - Fala dosięgła ją i eksplodowała. Unio­sła Jasmine, a potem cisnęła ją w dół, w bezkresny wir cie­pła i spełnienia.

- O Boże! - wyjęczał, odnajdując zaspokojenie swoich pragnień. - Kobieto, omal mnie nie zabiłaś! Kocham cię, moja najdroższa Jasmine - powiedział, namiętnie całując koniuszki jej palców.

- Kocham cię, Jamesie Leslie - rzekła w odpowiedzi. - Nie daj się tylko zamordować, jak biedny Dżamal i Rowan! I ani się waż umrzeć niespodziewanie, jak mój słodki Hal! Kategorycznie ci zabraniam!

Roześmiał się cicho.

- Zgodziłaś się dzielić ze mną łoże, pani, i będziesz mu­siała na zawsze w nim pozostać. Nigdy cię nie zostawię, moja najdroższa żono. Potrzeba czegoś więcej niż ten głu­piec St. Denis, żeby nas rozdzielić. Zaczął mnie poważnie irytować ciągłym wtrącaniem się w nasze życie. Chyba w końcu będę musiał go zabić.

- Świetnie! - zawołała. - Pomogę ci!

- Rzeczywiście stałaś się już prawdziwą żoną szkockiego górala - zażartował.

Jasmine przytuliła się do niego.

- Twoja ciotka Fiona utrzymuje, że kobiety Lesliech są równie twarde i zawzięte, jak mężczyźni. A poza tym St. Denis naprawdę zasługuje na srogą karę za to, że nie umie przegrywać i przysparza tylu kłopotów - powiedziała.

- Zgadzam się. Będziemy jednak musieli przystać, aby król zadecydował o losie markiza, chyba że nie będzie inne­go wyjścia, jak zabić go w obronie własnego życia. Lecz mam nadzieję, że uda nam się teraz nie wchodzić mu w drogę.

Następnego dnia zjechali z gór i ponownie zamieszkali w Glenkirk. Regularnie otrzymywali informacje o miejscu pobytu swojego przeciwnika. Odwiedził wszystkie domy wymienione przez Adalego, w końcu dotarł nawet jeszcze bardziej na północ, do Huntley, siedziby Gordonów. W Glenkirk kwitło lato i mieli je dla siebie.

- Wybierzmy się do Edynburga - zaproponował pewne­go dnia lord. - Prowadzi tam tylko jedna droga, jeśli więc nie spotkamy na niej posłańca powracającego z Anglii, za­czekamy na niego w mieście.

- Może rzeczywiście powinniśmy pojechać - przyznała Jasmine. - Najlepiej będzie rozwiązać tę sprawę publicznie i jawnie, i wreszcie ją zakończyć, Jemmie. Niemal mi żal St. Denisa. Co zrobi, gdy nie będzie już miał kogo ścigać i nie­nawidzić? Już nigdy nie zostanie przychylnie przyjęty na dworze, który był dla niego całym życiem. I żadna przy­zwoita rodzina nie odda mu swojej krewniaczki za żonę. Równie dobrze mógłby nie żyć.

- Jego nienawiść w końcu go pożre - ponuro powiedział James Leslie.

Wyruszyli do Edynburga następnego dnia rano i po kilku dniach znaleźli się w mieście. Towarzyszył im Adali oraz młoda służąca Maggie, Fergus More i Czerwony Hugh. W Edynburgu były dwa domy należące do Lesliech z Glen­kirk. Leslie House został odziedziczony przez ciotkę lorda, Fionę. Ona i stryj Adam mieszkali w nim w czasie, gdy nie odwiedzali swoich licznych krewnych na północy kraju. Dru­ga rezydencja, Glenkirk House, należała do matki Jamesa Leslie, która otrzymała ją w podarku od ojca lorda. Leslie House stał przy High Street, natomiast Glenkirk House znajdował się przy Cannongate, w pobliżu Holyrood Palace.

Zbudowany z cegły, pięciopiętrowy budynek był głębo­ko podpiwniczony. W piwnicach znajdowały się kuchnie, spiżarnia, piwniczka, magazynek, umywalnia, jadalnia służ­by i pokoje służących. Przy otoczonym ogrodem domu znajdowała się stajnia. Glenkirk House miał wewnętrzne udogodnienia sanitarne, co było rzadkością w Edynburgu. Lord i lady Glenkirk rozlokowali się w domu i czekali, aż coś się wydarzy. Większość znamienitych rodów, mieszka­jących w mieście wyjechała na północ, do swoich wiejskich posiadłości, jak zwykle w środku lata. Było wilgotno i cie­pło, ale mgły słały się pomiędzy wzgórzami za miastem i spowijały mury obronne edynburskiego zamku.

Tymczasem w Queen's Malvern Skye cieszyła się z powro­tu do domu. Jej wnuk Charles Gordon zabrał małych Lin­dleyów do siedziby młodego Henry'ego w Cadby i czuwał nad nimi. Zniecierpliwiony hrabia BrocCairn wyruszył na dwór królewski, żeby się dowiedzieć, czy monarcha wysłał kogoś do Szkocji, aby zapobiec dalszemu złu, jakie mógł jeszcze wyrządzić markiz Hartsfield. Ze Skye pozostała tylko Velvet i jej trzech młodszych synów. Lecz Velvet była tak zajęta swoimi hałaśliwymi potomkami, że pozostawiła matkę jej własnym sprawom. Skye spędzała wiele czasu, siedząc na niewielkiej kamiennej ławeczce, którą kazała postawić przy grobie Ada­ma na wzgórzu. Było tam spokojnie i Skye czuła się wygod­nie, pomimo zamętu panującego tuż obok niej.

- Nie mogę już dłużej zajmować się innymi, Adamie. Czy w końcu się starzeję? - powiedziała głośno do kamie­nia, leżącego na jego grobie. Westchnęła głęboko. - Nasza kochana dziewczynka znajduje się w niebezpieczeństwie, a król najwyraźniej nadal się ociąga. Och, Adamie! Bess ni­gdy by nie tolerowała takiego zachowania, nawet u swoich faworytów, oczywiście z wyjątkiem Dudleya. Dudley mógł postępować tak, jak tylko chciał, i robił to. Pozostaje nam jedynie modlić się, żeby nasz zięć skłonił starego Jamiego Stuarta do działania, zanim będzie za późno.

Hrabia BrocCairn znalazł króla w jego myśliwskiej cha­cie koło Winchester i pospiesznie postarał się o audiencję. Gdy stał pośród wnoszących petycje dworzan, zauważył go George Villiers, którego zaciekawiło, kim może być ów wy­soki, elegancki mężczyzna w kilcie. Zapytał o to królową, z którą właśnie rozmawiał.

Królowa Anna odwróciła się i oczy jej rozbłysły.

- Ależ to kuzyn króla, hrabia BrocCairn. Ciekawe, co tu porabia. - Pochwyciła jego spojrzenie i pomachała, przy­wołując go do siebie.

Hrabia BrocCairn podszedł do niej, ukłonił się i ucało­wał jej dłoń.

- Pani, jakże miło mi cię znów widzieć.

- Co tutaj robisz, Alex? Sądziłam, że jesteś w Dun Broc, chociaż nie, jest przecież lato, więc powinieneś być w Queen's Malvern w odwiedzinach u rodziny swojej żony. Och! Ależ jestem nieuprzejma! To jest wicehrabia George Villiers, ale mówimy na niego Steenie.

Hrabia BrocCairn skłonił się grzecznie Villiersowi, po czym rzekł:

- Nachodzę króla, madame, bowiem markiz Hartsfield przebywa w Szkocji i sprawia wiele kłopotów. Czy mogła­byś wstawić się w tej sprawie u mojego kuzyna, pani? Twój wpływ na króla na pewno zostanie w pełni doceniony przez naszą rodzinę.

Zafascynowany Villiers podążył za królową, która wpa­dła do prywatnej komnaty króla ze słowami:

- Jest tu twój kuzyn BrocCairn, Jamie, który przywozi złe wieści. Natychmiast musisz go wysłuchać!

Wicehrabia Villiers przywarł do drewnianej ściany, żeby lepiej słyszeć.

- Alex! - Król poruszał się powoli. Miał stawy zesztywniałe z powodu panującej wilgotnej pogody. Z irytacją po­myślał, że jest tu jak w Szkocji. - Jakie wieści przywozisz? Bardzo rzadko pojawiasz się na dworze. Tylko coś bardzo poważnego przygnałoby cię tak daleko na południe, praw­da, chłopcze?

Alexander Gordon pokłonił się nisko królowi i ucałował wyciągniętą dłoń kuzyna.

- Sprawa jest wyjątkowo poważna, Jamie - powiedział.

- Siadaj! Siadaj! - zaprosił go król. Obaj zajęli miejsce na ławie przy kominku. - A teraz, chłopcze, opowiedz mi, co cię trapi?

- Od początku zimy markiz Hartsfield bawi w Szkocji. Ma królewski nakaz aresztowania z twoim podpisem, Jamie. Na­kaz dotyczy mojej pasierbicy i jej męża, z powodu zdrady sta­nu. Nie wierzę, że podpisałeś ten dokument i że masz złe za­miary wobec Lesliech z Glenkirk, ale jeśli sam nie zaprze­czysz, St. Denis będzie udawał, że ma twoje pozwolenie w tej nieczystej sprawie. Jeśli uda mu się schwytać Jasmine i jej Jemmie'ego, będzie wyglądało, że prawo jest po jego stronie.

- Co za podstępny diabeł! - zawołała królowa. - Natych­miast musisz coś z tym zrobić, Jamie! Biedna Jasmine i biedny Jemmie. Czy nie dość mieli kłopotów w ubiegłych latach?

- Nie podpisywałem żadnego nakazu aresztowania - po­woli rzekł król. - Oczywiście Piers wielokrotnie usiłował mnie do tego nakłonić, ale bez rezultatu.

- Ale kto ma powiedzieć w Szkocji, że to nie jest twój podpis, Jamie? - odpowiedział królowi BrocCairn. - Nie dostałeś informacji od Glenkirka? Sześć tygodni temu wy­ruszył posłaniec na południe i wiemy, że na pewno dotarł bezpiecznie do Queen's Malvern. Reszta podróży wydawa­ła się już prosta. Posłaniec wiedział też, gdzie cię szukać.

- Steenie, zawołaj mi tu Barclaya - rzucił król, a następ­nie zwrócił się do kuzyna: - To mój sekretarz, który będzie wiedział, jakie wiadomości nadeszły do mnie. Jednak od zabójstwa Stokesa praca nie jest taka efektywna, Alex.

Gdy tylko królewski sekretarz wszedł do komnaty, na­tychmiast został zapytany, czy nadeszły jakieś wiadomości od lorda Glenkirk.

- Ze Szkocji? - prychnął Barclay. - Jeden z moich asy­stentów powinien się tym zająć. Czy miała być odpowiedź? Jeśli tak, to posłaniec powinien otrzymać polecenie zacze­kania na dworze.

- Natychmiast znajdź tę wiadomość! - zagrzmiał król w niespotykanym wybuchu gniewu. - Jak śmiałeś trzymać to przede mną w tajemnicy! To sprawa życia i śmierci, Barclay. Tak nie można, o nie. Koniec z takim niedołę­stwem. - A kiedy Barclay popędził, żeby odszukać wiado­mość, król mruknął ponuro: - Widzę teraz, że trzeba bę­dzie przeprowadzić zmiany.

- Panie?

- Tak, Steenie, mój drogi.

- Wczoraj Kipp St. Denis prosił o spotkanie ze mną - rzekł wicehrabia Villiers. - Czy sądzisz, panie, że może to mieć coś wspólnego z tą sprawą? Nie widziałem się z nim, w obawie, żeby cię nie obrazić, milordzie, ale wiem, że przebywa na dworze. Czy mam go poszukać? - Na jego przystojnej twarzy malował się wyraz zaniepokojenia, jak­by bał się, że zrobił coś złego.

Król skinął głową.

- Co też mój biedny Piers zamierza osiągnąć, aresztując Lesliech z Glenkirk?

- Chce ich zamordować, kuzynie - zuchwale oświadczył BrocCairn. - Wierzy, że może dostać w ręce naszego ma­łego wnuka i w ten sposób zyskać władzę nad tobą. Głu­piec! A poza tym nie wybaczył Jasmine, że wybrała Glenkirka. Co też skłoniło cię do zaproponowania mu jej, ku­zynie?

- Bo jest starym, głupim manipulantem! - parsknęła królowa.

Król bezradnie wzruszył ramionami, jakby się zgadzał z ostrą oceną żony.

- To już przeszłość - powiedział.

- Nie dla markiza Hartsfielda - odpowiedział BrocCa­irn. - Jasmine została zmuszona do rozstania się z dziećmi, Jamie. Zabraliśmy małych Lindleyów do Cadby, mój Charlie jest z nimi. Natomiast nasz wspólny wnuk oraz dziedzic tytułu Glenkirk musieli zostać ukryci w opactwie Glenkirk w obawie przed St. Denisem. Malcy nie powinni być roz­dzieleni z matką, kuzynie, ale inaczej nie moglibyśmy zapa­nować nad sytuacją. Musisz powstrzymać St. Denisa, za­nim wyrządzi jakąś poważną krzywdę naszej rodzinie.

Barclay, królewski sekretarz, powrócił i z głupawym wy­razem twarzy wręczył królowi nieodpieczętowaną wiado­mość od Glenkirka. Patrząc na niego wściekłym wzrokiem Jakub Stuart przełamał pieczęć na piśmie, otworzył je i przeczytał. Zanim skończył czytać, pojawił się ponownie Villiers z Kippem, depczącym mu po piętach.

St. Denis ukląkł przed królem z nisko pochyloną głową.

- Mów - polecił monarcha.

- Błagam o wybaczenie, panie - spokojnie rzekł Kipp St. Denis, unosząc oczy na króla. - Chociaż jestem tylko nie­ślubnym dzieckiem mojego ojca, dał mi swoje nazwisko i wychował razem ze swoim prawowitym następcą. Przysią­głem ojcu, leżącemu na łożu śmierci, że zawsze będę się opiekować Piersem. Teraz jednak nie mam innego wyjścia, panie, jak tylko złamać daną wówczas obietnicę, bo mój nieszczęsny brat niewątpliwie jest szalony, skoro uczynił to, co uczynił. Miej dla niego litość.

- A co zrobił? - zapytał łagodnie król.

- Kiedy pojechaliśmy do Szkocji, nie wiedziałem, że podpis na nakazie aresztowania jest sfałszowany. Mój brat przyznał się do tego dopiero, gdy znaleźliśmy się w Glenkirk. Jego żądza zemsty na Lesliech jest tak wszechpotęż­na, że przyprawiła go o pomieszanie zmysłów. Wziął nakaz z biurka sekretarza waszej królewskiej mości, podpisał go, dodał nazwiska Jamesa i Jasmine Leslie, po czym przyłożył twoją pieczęć. Nie wiedziałem o tym wszystkim, wyruszając z nim do Szkocji. Pojechałem jedynie po to, żeby go ochra­niać, tak jak zawsze usiłowałem chronić go przed nim sa­mym. W Edynburgu dopadła nas zima i miałem nadzieję, że w tym czasie uda mi się go odwieść od powziętego za­miaru, ale nie powiodło mi się. Wynajął grupę rzezimiesz­ków i gdy na wiosnę drogi stały się znów przejezdne, wyru­szyliśmy wszyscy na północ. Gdy dotarliśmy do Glenkirk i okazało się, że nie ma tam lorda ani jego żony, uświado­miłem sobie, że nigdy ich nie znajdziemy, jeśli tego nie bę­dą chcieli. Pomyślałem, że z nadejściem lata mój brat się znudzi i zdecyduje się powrócić na dwór. Ale słowa Piersa stawały się coraz bardziej szalone i złe, a gdy zaczął mówić o powieszeniu Lesliech, wzięciu za żonę małej lady Indii Lindley i o tym, że jej brat mógłby nie dożyć pełnoletności, on zaś przejąłby wtedy jego majątek, zrozumiałem, że stra­ciłem już na niego jakikolwiek wpływ, że przekroczył gra­nicę obłędu i występku. Udałem się więc po pomoc do pa­na Adalego, zarządcy zamku Glenkirk, który dopilnował, bym bezpiecznie dotarł do waszej królewskiej mości. Nie możesz pozwolić, panie, żeby mój brat nadal podążał tą ścieżką szaleństwa. Nie możesz!

- Ach, mój biedny Piers - zasmucił się król. - Chociaż wydaje mi się, Kippie St. Denis, że trochę przesadzasz w swych obawach o dalsze poczynania brata. Tutaj, na dwo­rze, nie widziałem w nim takiej podłości i wariactwa. Nie mogę uwierzyć, żeby mój słodki chłopiec posunął się do morderstwa, nawet jeśli ma złamane serce.

- Panie - spokojnie odparł Kipp St. Denis - mój brat Piers własnoręcznie zabił hrabiego Bartrama. Wywabił go z domu i wbił mu sztylet w serce, gdyż bał się, że zechcesz przekazać lordowi Stokesowi opiekę nad swoim wnukiem, Charlesem Fryderykiem Stuartem. Z zimną krwią usunął swojego rywala, a winą usiłował obciążyć Lesliech z Glenkirk. Na szczęście, wasza królewska mość, byłeś zbyt mą­dry, żeby uwierzyć, iż są tacy źli. Potem dopilnował, żeby polecenie waszej wysokości, aby Leslie z żoną nie opusz­czał Anglii, nigdy nie dotarło do adresata. I dlatego nie by­ło ich w Anglii, gdy wasza królewska mość ponownie za­prosiłeś ich na dwór.

- Och, co za szczwany podlec! - zawołała królowa.

Tymczasem George Villiers słuchał wszystkiego spokoj­nie, nie bez pewnego podziwu dla machinacji marki­za Hartsfielda. Nikt, z wyjątkiem starej, mądrej madame Skye, nie podejrzewał go o zamordowanie lorda Stokesa. I upiekłoby mu się, gdyby nie wyznanie jego brata. Wszyst­kie jego plany powiodłyby się, gdyby nie był tak żądny ze­msty. Z tej lekcji należało wyciągnąć wnioski na przyszłość. Czasami zemsta musi poczekać, nawet bardzo długo.

- Kuzynie - odezwał się hrabia BrocCairn - musisz coś zrobić, żeby Jasmine i Jemmie nie zginęli z ręki Piersa St. Denis!

- Musisz napisać do swojego gubernatora w Edynburgu, że Leslie nie są winni żadnej zbrodni i że to markiz Hartsfield jest zdrajcą - nalegała królowa.

- A ja sam zawiozę tę wiadomość - zaoferował się Geo­rge Villiers. - Ta sprawa wymaga zaangażowania kogoś z większym autorytetem niż zwykły posłaniec, mój najdroż­szy panie.

- Będę mu towarzyszył - dodał Alexander Gordon. - W Edynburgu nie znają twojego ślicznego faworyta, Jamie, za to dobrze znają mnie.

- Barclay! - warknął król. - Gdzie się podziewasz, czło­wieku?

- Tutaj, miłościwy panie - odpowiedział sekretarz, szyb­ko wysuwając się do przodu.

- Słyszałeś - zwrócił się do niego król. - Napisz list, ale prosty, bo moi Szkoci są prostymi ludźmi. Zrób to teraz, a potem przynieś do mnie razem z królewską pieczęcią, że­bym mógł list podpisać. - Ciężko opadł na krzesło koło swojego kuzyna. - Jestem znużony, Aleksie. Nie zniosę dłu­żej tego podniecenia. Obawiam się, że mój wiek daje o so­bie znać. - Spojrzał na wciąż klęczącego Kippa St. Denis. - Możesz wstać, człowieku. Wiem, jak trudno ci było przyjść z tym do mnie, ale słusznie postąpiłeś, ponad wszystkim sta­wiając lojalność wobec króla. Nie pożałujesz tego, chłopcze.

- Proszę tylko o łaskę dla Piersa, panie - rzekł Kipp. - Pozwól mi zabrać go do domu i opiekować się nim. Jego matka była słabego umysłu i boję się, że odziedziczył jej skłonności.

Wstał i otrzepał kolana.

- Zobaczymy - odparł król. - Zobaczymy. Tymczasem zaś proszę pozostać na dworze, panie St. Denis, abym mógł znów z panem porozmawiać, gdy zajdzie taka potrzeba. Jednak zanim pan odejdzie, proszę mi odpowiedzieć na jeszcze jedno pytanie. Dlaczego nie zabił pan lorda Stokesa dla brata?

Kipp St. Denis aż się wzdrygnął, usłyszawszy pytanie.

- Nie mógłbym skrzywdzić niewinnego człowieka, wasza wysokość - powiedział. - Potem wymiotowałem, bo Piers uparł się, żebym mu towarzyszył. Nigdy nie zapomnę wyra­zu oczu hrabiego Bartrama, gdy zorientował się, co się sta­ło. - Ze wstydem pochylił głowę. - Niech Bóg mi wybaczy, że nie powstrzymałem brata przed tym złem.

Król pokiwał głową.

- Możesz teraz odejść - odesłał Kippa. Po jego odejściu mruknął: - Ciekaw jestem, czy mówi prawdę?

- Słyszałem, że kobiety ciągną do Kippa, a nie do Piersa - zauważył wicehrabia Villiers. - Podobno jest to porządny człowiek, w przeciwieństwie do jego brata. Jaka szkoda, że to nie on jest prawowitym dziedzicem. To smutne, że ród St. Denis teraz wymrze. Zdaje się, że to bardzo stare na­zwisko. - Nalał kieliszek wina i podał go królowi. - Wypij, miłościwy panie, wzmocnij się - powiedział łagodnie. Potem powrócił do królowej, gdy tymczasem król wdał się w rozmowę ze swoim kuzynem BrocCairnem.

- Jaki pomysł przyszedł ci do głowy, Steenie? - zapytała królowa.

Wicehrabia, z błyskiem w ciemnych oczach odgarnął z czoła niesforny pukiel kasztanowych włosów.

- Piers St. Denis może jest, a może nie jest szalony, ale gotów jestem się założyć, że nigdy nie zapomni o swojej po­zycji. Jednak nie jest zbyt prawdopodobne, żeby kiedykol­wiek się ożenił, więc ród wymrze wraz z nim i jego bratem.

- Chyba, że?... - Królowa się uśmiechnęła. - Co knujesz, drogi młodzieńcze?

- Kipp St. Denis urodził się pierwszy, pani, a całkiem niedawno ktoś mi zasugerował, że może istnieć coś, czego Kipp pragnie ponad wszystko, ale nie wierzy, że kiedykol­wiek to dostanie.

- Jest bękartem - cicho rzekła królowa.

- Tak samo jak twój wnuk, Charles Fryderyk Stuart - od­ważnie stwierdził Villiers. - A jednak książę Henry dopil­nował, żeby go uszlachcić i nadać tytuł książęcy. Czy nie są­dzisz, że Kipp St. Denis nie rozważał setki razy przypadku swoich narodzin? Musiałby być świętym, żeby o tym nie myśleć, a nie wydaje mi się, żeby był święty, madame.

- Sugerujesz, że król powinien odebrać Piersowi St. De­nis tytuł i majątek i przekazać jego przyrodniemu bratu?

- Markiz jest szalony i stanowi zagrożenie nie tylko dla samego siebie, ale i dla wszystkich dookoła. Jest obrazą dla króla. Musi zostać uwięziony albo skazany na śmierć, ma­dame. Król nie ma innego wyboru.

- Owszem - zgodziła się królowa Anna. - Piersowi St. De­nis nie pozostaje nic innego, jak tylko śmierć lub więzienie.

- Ale co z Kippem, miłościwa pani? Jeśli król uczyni z niego markiza Hartsfield, ród może nie wygaśnie. Mam nawet dla niego odpowiednią partię. Margaret Grey, owdowiała hrabina Holme. Ma zaledwie dziewiętnaście lat i skromny spadek po zmarłym mężu, który wniesie w posa­gu. Ma też dwuletnią córkę, co dowodzi, że jest zdol­na do rodzenia dzieci.

- Co za wielkoduszność, Steenie - mruknęła królowa. - Czemu tak się przejmujesz, co się stanie z Kippem St. De­nis i ich rodem?

- Bo nie wyobrażam sobie większej zemsty na Piersie St. Denis za jego arogancję i podłe zachowanie wobec mojego ukochanego władcy, niż spowodowanie, że będzie patrzył, jak jego tytuł, majątek, a nawet dziewczyna, któ­rą miałaś wybrać dla niego na żonę, pani, zostają mu ode­brane i przekazane jego przyrodniemu bratu z nieprawe­go łoża.

- Czy to pojmie, skoro jest wariatem? - zastanawiała się królowa.

- Może jest wariatem, wasza miłość, ale nie utracił świa­domości tego, co dzieje się wokół - powiedział George Villiers. - Będzie go to gryzło przez wszystkie dni, rok po ro­ku, i nie będzie mógł uczynić nic, aby zmniejszyć swoje cierpienie i odzyskać dawny status. To najgorsza rzecz, ja­ka może mu się przytrafić, pani. Kara śmierci to koniec dla Piersa St. Denis. Natomiast zabranie mu wszystkiego i od­danie Kippowi będzie subtelniejszą karą, która już zawsze przepalać będzie mu duszę.

- Jesteś okrutny - stwierdziła królowa.

- Owszem - nie próbował zaprzeczać.

- Zastanowię się nad tym - powiedziała królowa.

- Przekonaj naszego króla, pani, a nowy markiz na za­wsze pozostanie jego najwierniejszym sługą - sprytnie za­uważył wicehrabia Villiers.

Rozmowę przerwał im powrót Barclaya, który przyniósł królowi dokument do podpisu. George Villiers natych­miast stał się czujny. Król powoli, uważnie przeczytał per­gamin, po czym wziął pióro od sekretarza i złożył swój pod­pis. Gdy Barclay rozłożył dokument, król kapnął na perga­min ciemnoczerwony wosk, przyłożył królewską pieczęć, a następnie odcisnął swój pierścień. Barclay odczekał chwi­lę, aby wosk stwardniał, zwinął pergamin na stole i ponow­nie zapieczętował. Ponownie przyłożono królewską pie­częć, sekretarz uniósł wzrok i wręczył dokument wicehra­biemu Villiersowi.

- Jeśli tylko jesteś gotów, chłopcze, możemy jeszcze dzi­siaj rozpocząć podróż - zwrócił się hrabia BrocCairn do młodego Anglika.

Villiers kiwnął głową.

- Proszę mi dać pół godziny na przygotowanie się do drogi - powiedział. Potem przyklęknął i ucałował kró­lewską dłoń.

Jakub Stuart wyciągnął rękę i pogładził jedwabiste wło­sy młodzieńca.

- Ach, Steenie, czy musisz jechać? - zapytał. - Czy mój kuzyn BrocCairn nie mógłby sam zabrać tego pisma? Co zrobię bez mojego ślicznego chłopca?

- Obiecałem Lesliem przyjaźń - odpowiedział George Villiers. - Marna by to była przyjaźń, gdybym im nie po­mógł, gdy mogę, najjaśniejszy panie. Nie zatrzymam się dłużej w Szkocji i wrócę najszybciej, jak tylko można. - Po­nownie ucałował dłoń króla, wstał i opuścił prywatne po­koje monarchy.

- Jak na mój gust, jest odrobinę za ładny - bezceremo­nialnie zauważył BrocCairn - ale Jasmine i Jemmie twier­dzą, że jest dobrym człowiekiem. Powiedz mi teraz, kuzy­nie, co słychać u młodego Charlesa? Czy jest szansa, abym przed wyjazdem mógł go zobaczyć?

- Myślisz o przyszłości, Alex? - zażartował król.

Alex Gordon spojrzał na króla, zaskoczony jego uwagą, po czym roześmiał się.

- Chyba tak - powiedział. - Jak wiesz, Sandy jest już żo­naty, ale powinienem w końcu pomyśleć o przyszłości mo­jego Charliego. Miejsce przy twoim synu mogłoby być dla niego doskonałym rozwiązaniem. Poza tym teraz, gdy wy, Stuartowie, mieszkacie w Anglii, obawiam się, że nasza ogromna rodzina zacznie się rozpadać. Ze względu na do­bro mojej rodziny nie chcę tracić związków z królewskimi Stuartami. Potrzebny mi syn w Anglii, a Bóg wie, że Charlie niewiele ma do roboty w Szkocji. Żona jego brata już urodziła nam dziedzica.

- Uczciwy jak zawsze - odparł z uśmiechem król. - Znajdzie się chwila, żebyś przypomniał się młodemu Charliemu, zanim wyruszysz do Edynburga. Annie, zaprowa­dzisz naszego kuzyna do księcia? I nie martw się, Aleksie. Znajdziemy coś dla twojego syna, zanim skończy się lato. Zegnaj teraz i niech cię Bóg błogosławi. - Król wyciągnął rękę.

Hrabia BrocCairn ujął królewską dłoń i ucałował ją go­rąco.

- Zegnaj, kuzynie - zwrócił się do króla - i niech Bóg to­bie także błogosławi! Gdyby nie twoja interwencja, wyrzą­dzono by ogromną niesprawiedliwość w twoim imieniu.



ROZDZIAŁ 18

Klan Bruce'ów organizował skromne letnie zawody na brzegu Firth of Forth leżącym po przeciwnej stronie niż Edynburg. Pod koniec lata zrobiło się słonecznie i go­rąco.

- Pojedziemy - zadecydował James Leslie. - Widziałaś już wszystko, co ma do zaoferowania Edynburg, najdroższa Jasmine. Widziałaś zamek i kaplicę błogosławionej królo­wej Margaret. Zwiedziłaś bazary i King Cross, gdzie mój ojczym, Francis Stewart - Hepburn, lord Bothwell, wygnany przez swojego kuzyna, a naszego króla Jakuba, został nabi­ty na pal. Przepłyniemy na drugą stronę i obejrzymy igrzy­ska Bruce'ów, a potem wrócimy do Edynburga, żeby się spakować i pojechać z powrotem do Glenkirk.

- A co z St. Denisem? - zapytała Jasmine. - Nie mieli­śmy jeszcze żadnej wiadomości z Anglii, Jemmie. Czy roz­sądnie jest wracać już do domu?

- St. Denis jest na północy i poluje na cienie - odpowie­dział jej mąż. - Nie musimy się bać niczego z jego strony, kochanie. Natomiast kiedy posłaniec przybędzie z Anglii i zorientuje się, że opuściliśmy Edynburg, na pewno przy­jedzie do Glenkirk.

Przeprawili się przez Forth w towarzystwie ciotki i stry­ja lorda.

- Adam nadal uwielbia zawody - rzekła Fiona. - To on nauczył Jemmie'ego rzucania pniakiem. Kiedy staje do rywalizacji, zwykle wygrywa Spodobają ci się zawody. Potrwają jakieś cztery, pięć dni.

Służący wyruszyli przed nimi, żeby przygotować namio­ty, w których mieli zamieszkać w czasie trwania igrzysk. Na ich czubku powiewał gryf Lesliech, dzięki czemu łatwo mogli zlokalizować swoją kwaterę. Fiona pouczyła Jasmine, jak się ubrać, żeby nie wzbudzać zdziwienia zebranych Szkotów. Wszyscy mężczyźni owinięci byli kraciastymi der­kami, mieli lniane koszule, wełniane skarpety, szerokie, skórzane pasy i skórzane buty na nogach. Kobiety ubrane były w sięgające do kostek spódnice i białe bluzki. Miały narzucone szale w kratkę, spięte broszami z symbolami klanów, a na nogach wełniane skarpety i skórzane buty. Było to proste, wygodne ubranie.

Mieszkali równie skromnie, lecz wygodnie. W obozo­wisku spali na zrobionych z drewna i skóry pryczach przykrytych puchowymi materacami i pierzynami. Każdy namiot ogrzewany był własnym piecykiem z rozżarzonym węglem. Przed namiotem, pod markizą, stały dwa krze­sła. Służący mieli rozłożone sienniki wewnątrz albo na zewnątrz namiotów. Lord Glenkirk nie uważał za roz­sądne, żeby służąca jego żony spała na świeżym powie­trzu, gdzie mogłaby stać się łatwym łupem wszeteczników i pijaków. Maggie będzie spała w namiocie, nato­miast Fergus i Czerwony Hugh mieli nocować przy sa­mym wejściu do namiotu, strzegąc swojego pana i jego żonę.

Jasmine jeszcze nigdy nie brała udziału w niczym takim, jak igrzyska, a jedyny raz w życiu spała w namiocie w cza­sie podróży z dworu ojca do Cambay na wybrzeżu. Wtedy była to niebezpieczna przygoda. Teraz spanie w namiocie wydawało jej się przyjemną rozrywką. Bruce'owie, gospo­darze, zapewniali jedzenie i picie swoim gościom. Ogrom­ne ogniska, na których gotowano, paliły się dzień i noc. Wikt był niewymyślny. Rano gorąca owsianka, placki owsiane i jabłecznik. Po południu baranina, placki owsiane i piwo. Wielu gości przybyłych na zawody uzupełniało te dość spartańskie posiłki. Leslie przywieźli ze sobą pół kręgu sera, świeży chleb, ugotowanego, tłustego kapłona, wi­no, jabłka i gruszki.

- Od tego całego owsa mam wiatry - uskarżał się Adam Leslie. - Jeśli po tych pięciu dniach wszyscy wypniemy na­sze tyłki w stronę morza, zdmuchniemy francuską flotę na wybrzeże Normandii.

Jasmine nigdy nie widziała żadnych igrzysk. Mężczyźni zdejmowali koszule i biegali na różne dystanse. Były też za­pasy. Trzeba było pokonać najlepszego z klanu Erskinów, wysokiego, barczystego osiłka w czerwono - zielonym tarta - nie. Próbowali tego dokonać młodzi ludzie z klanu Bruce, MacDuff i Lindsay, lecz bez powodzenia. Czarny Ewen Erskine pozostał zwycięzcą również tych zawodów.

Był rzut kamieniem, polegający na ciskaniu na odległość ciężkich, okrągłych głazów. Szczęśliwie tę konkurencję wy­grali gospodarze. Potem rzucano drewnianym palem. Ociosano kłody drewna równej długości. Każdy zawodnik po kolei chwytał swój pniak, biegł parę kroków i pchał cięż­ki kloc jak mógł najdalej. Uważany niemal za starca przez młodszych członków klanu, Adam Leslie rzucił dalej niż którykolwiek z młodych. Pozostał mu tylko jeden rywal, je­go bratanek, lord Glenkirk. Naprężając muskuły spoconej, porośniętej ciemnymi włosami piersi, James Leslie z zażar­tym stęknięciem rzucił swój pniak. Kloc leciał przez powie­trze i opadł na ziemię dalej niż rzucona chwilę wcześniej kłoda Adama.

- Ogłaszam Jamesa Leslie zwycięzcą - rzekł Jock Bruce, gospodarz zawodów.

Lord się uśmiechnął.

- Przynajmniej tytuł zwycięzcy pozostał w rodzinie - przekomarzał się ze stryjem.

- Musisz mnie pokonać trzy razy z rzędu, chłopcze, za­nim uznam cię za zwycięzcę - rzekł ze śmiechem Adam Le­slie. - Uważam, że po prostu miałeś szczęście z tym rzu­tem, Jemmie. W przyszłym miesiącu są zawody w Sithean. Wtedy zobaczymy.

- Jeśli dalej będziesz się tak zachowywać, naderwiesz so­bie coś ważnego - mruknęła ponuro Fiona.

Adam Leslie otoczył żonę ramieniem.

- Nie martw się o to, kochanie - rzekł z galanterią. James Leslie startował także w turnieju łuczniczym. Jasmine stała koło niego, wiercąc się niespokojnie. Jej ojciec i bracia nauczyli ją strzelać z łuku.

- Dlaczego kobiety nie mogą brać udziału w zawodach?

- spytała męża. - Do licha, przecież jestem równie dobrym łucznikiem, jak każdy mężczyzna!

- Kobiety nie przyjeżdżają na igrzyska, żeby rywalizować z nami - powiedział Glenkirk.

- Cóż, wcale nie miałabym ochoty brać udziału w więk­szości waszych konkurencji - odpowiedziała Jasmine. - Są zbyt brutalne. Ale kobiety też polują i wiedzą, jak używać łuku. Uważam, że powinny móc brać udział w zawodach łuczniczych.

- Jeszcze trochę, a będzie chciała wziąć udział w tańcach - parsknął Adam Leslie. - Dziewczyno, dziewczyno, nie za­pominaj, gdzie twoje miejsce.

- Moje miejsce? - Turkusowe oczy Jasmine zabłysły i Ja­mes Leslie ujrzał nagle przed sobą córę Mogołów. - A gdzie jest to moje miejsce, drogi stryju?

Adam Leslie w tej samej chwili co bratanek dostrzegł w żonie Jamesa taką dzikość i władczość, że niemal się przeraził. Wziął jednak głęboki oddech i brnął dalej:

- Cóż, dziewczyno, twoje miejsce jest przy boku męża, jako dobrej i posłusznej żony Jemmie'ego Leslie, która da mu zdrowe dzieci.

Fiona zaczęła chichotać. Lord jęknął.

- Innymi słowy, stryju, mam siedzieć cicho, spełniać ży­czenia mojego pana i władcy, i spędzić życie w stanie nie­ustannej ciąży! - Porwała łuk męża i założyła strzałę. Na­ciągnęła cięciwę i wypuściła strzałę, która trafiła w sam śro­dek tarczy. Jasmine wyciągnęła z kołczanu drugą, umieści­ła w łuku i wypuściła. Ta strzała rozpłatała pierwszą, tkwiącą w celu. Cisnęła łuk mężowi i rzekła z sarkazmem: - Każ­dy mężczyzna, który dorówna tym trafieniom, dostanie ode mnie pięć sztuk złota. Czy jest tu ktoś, kto by chciał spró­bować? - Rozejrzała się po oniemiałych mężczyznach. - Nikt nie chce? - Jasmine Leslie odwróciła się plecami do zaskoczonych widzów i odeszła.

- Jezu! - zawołał z podziwem Jock Bruce. - Ta kobieta jest wspanialsza nawet od twojej matki, Jemmie Leslie!

Gdzie, u diabła, nauczyła się tak strzelać? I dlaczego chce strzelać?

- Była najmłodszym dzieckiem swojego ojca i urodziła się, gdy był już stary, więc oszalał na jej punkcie, podobnie jak jej najstarszy brat. Nauczyli ją strzelać, żeby mogła z ni­mi polować - wyjaśnił lord Glenkirk.

- Co za dzielna dziewczyna! Urodzi ci silnych synów - stwierdził gospodarz igrzysk - i może się przydać na wypadek jakiegoś oblężenia.

Jego uwaga rozładowała napięcie, które pozostawił wy­buch gniewu Jasmine, i mężczyźni roześmieli się serdecz­nie. Ale Glenkirk nie był rozbawiony. Jego żona publicznie postawiła go w kłopotliwej sytuacji nie tyle swoim zacho­waniem, które, oględnie mówiąc, było bardzo widowisko­we, lecz ostrymi słowami, słyszanymi przez wszystkich. Od­wrócił się i ciężkim krokiem ruszył do ich namiotu. Znalazł w nim Jasmine spokojnie popijającą wino z kieliszka.

- Czy kobiety w Indiach publicznie przynoszą wstyd swoim mężom, pani? - zapytał.

- Nie jesteśmy w Indiach - rzekła opanowanym głosem.

- Owszem, nie jesteśmy. To jest Szkocja! A w Szkocji ko­biety nie wprawiają w zakłopotanie swoich mężczyzn przy ludziach - oświadczył.

- Jesteś zły po prostu dlatego, że lepiej strzelam z dłu­giego łuku niż ty - stwierdziła swobodnie Jasmine.

Była już w dużo lepszym nastroju.

- To prawda, strzelasz lepiej - zgodził się - ale chodzi o twoje słowa, które były o wiele ostrzejsze niż strzały. Tu­tejsze żony nie przemawiają tak swobodnie do swoich mę­żów, jak ty mówiłaś do mnie na zawodach łuczniczych.

- Nie ty mnie zirytowałeś, lecz twój stryj Adam - odpo­wiedziała Jasmine. - On uważa, że wszystkie kobiety po­winny być potulne, łagodne i stale brzemienne - powie­działa, naśladując akcent Adama.

- Mój stryj jest starej daty. Wierzy, że kobieta win­na podporządkować się mężowi.

- Jak twoja ciotka Fiona? - zapytała zjadliwie Jasmine.

- Przecież ona owinęła go sobie wokół palca!

- Owszem, ale on o tym nie wie. Opowiem ci coś, o czym pamięta niewiele osób. W młodości Fiona była dziką istotą. Mówiono, że jej małżeńskie zapały przedwcześnie we­pchnęły do grobu jej pierwszego męża. Ale to był słabowity człowiek. Gdy owdowiała, zainteresowała się moim ojcem, bo dlaczegóż by nie? Jako córka hrabiego była mu rów­na urodzeniem. Pewnego wieczora, gdy ojciec wrócił do swojej sypialni, znalazł tam w łóżku nagą Fionę. Sądziła, że go skompromituje, zanim zdoła się ożenić z moją matką. Stryj Adam towarzyszył ojcu. Zawsze pożądał Fiony, więc owej nocy mój ojciec spał w pokoju swojego brata, podczas gdy Adam poskramiał swoją Fionę. W początkowym okre­sie ich małżeństwa Fiona była jego niewolnicą, ale pewne­go dnia dotarło do niej, że Adam potrzebuje jej tak samo, jak ona potrzebuje jego. Od tamtej chwili moja ciotka ma­nipuluje moim stryjem, ale robi to w taki sposób, żeby wie­rzył, iż nic nie uległo zmianie i że nadal jest panem w swo­im domu. Fiona jest bardzo sprytna, kochana Jasmine.

Jasmine odstawiła srebrny kielich z winem.

- Czyżbyś sugerował, że ja tobą manipuluję, milordzie?

- Uśmiechnęła się szelmowsko.

Roześmiał się wbrew sobie.

- Bądź poważna, moja droga - zbeształ ją. - Mój stryj jest człowiekiem z innej epoki i postrzega kobiety tak, jak mężczyźni widzieli je czterdzieści lat temu. I tak, jak więk­szość mężczyzn w Szkocji nadal je widzi. To nie jest Anglia, z jej bardziej liberalnym spojrzeniem na słabą płeć, kocha­na Jasmine. To, co jest między nami, jest naszą prywatną sprawą, ale chyba nie żądam zbyt wiele, prosząc, żebyś pu­blicznie uznawała moją męską wyższość. - Jego złocisto - zielone oczy zabłysły, gdy wypowiadał ostatnie słowa. - Musisz też znaleźć sposób na pogodzenie się z moim stry­jem, kochanie. - Ujął jej dłoń i pocałował.

Nalała mu i podała kielich wina, po czym zapytała:

- Co mam mu powiedzieć? Że może znów jestem w ciąży?

- A nie jesteś? - zapytał znacząco.

- Może jestem - rzekła. - Nie mam jeszcze pewności. Skąd wiesz?

Poderwał ją z krzesła, sam na nim usiadł, wziął ją na ko­lana i przytulił.

- Bo nie istnieje nic, najdroższa Jasmine, co dotyczy cie­bie, a czego bym nie wiedział, żaden szczegół twojego życia mi nie umknie. Jesteś moim oddechem, jesteś biciem mo­jego serca, częścią mojej duszy. - Pocałował ją mocno, wol­no, a jego ogromna dłoń ujęła jej ciemną głowę i poczęła ugniatać palcami jej czaszkę.

Westchnęła, moszcząc się wygodniej.

- Jemmie! Jemmie! - wyszeptała bez tchu, odrywając się od niego. - Cały obóz nas widzi! Nie jesteśmy sami. Co lu­dzie pomyślą?

- Pomyślą, że lord Glenkirk zwariował na punkcie swo­jej pięknej żony, która mówi o wiele za dużo - odpowie­dział, całując ją ponownie. - Pomyślą też, że lord Glenkirk od czasu do czasu powinien stłuc swoją piękną żonę, aby była posłuszna i uległa jego woli.

- Nigdy byś mnie nie zbił - stwierdziła Jasmine, lekce­ważąc jego słowa.

- To prawda, nigdy bym tego nie zrobił - przyznał. - Je­śli jednak nie będziesz się właściwie zachowywała w czasie naszego pobytu na zawodach, mogę nie wytrzymać i dać ci klapsa w twój śliczny tyłeczek!

Poderwała się z jego kolan.

- Nie ośmieliłbyś się!

- Kobieta, która wytyka mi brak śmiałości, chociaż choler­nie dobrze wie, że bym się odważył, albo sama się prosi o la­nie, albo jest głupia. Prosisz o lanie, madame? - wymruczał.

- Nie! Zachichotała.

- A więc jesteś głupia, najdroższa Jasmine - zażartował. Mówiąc te słowa, rozsznurował jej koszulę.

- Nie miałem pojęcia, czym może być szczęście, dopóki pierwszy raz cię nie ujrzałem. Jestem zazdrosny o każdego mężczyznę, który na ciebie spojrzy. Żałuję tych wszystkich lat, których nie spędziliśmy razem. Cała moja miłość jest przeznaczona dla ciebie.

- Och, Jemmie! Czasami myślę sobie, że nie zasłużyłam na miłość takiego mężczyzny, jak ty. Jestem bardzo roz­puszczona i władcza, i ranie ludzi, choć wcale tego nie za­mierzam. Ale kocham cię, najdroższy mężu! - oświadczyła z pasją Jasmine i pocałowała go.

- O, tutaj jesteście - usłyszeli nagle głos Adama Leslie, wchodzącego do namiotu. Glenkirk zerwał się na nogi i po­mógł wstać żonie. Oczy Adama zabłysły filuternie.

- Stryju - odezwała się Jasmine, strzepując źdźbła trawy ze spódnicy i próbując przygładzić włosy. - Chciałam prze­prosić za mój wcześniejszy wybuch.

- To nic takiego, dziewczyno - odpowiedział łaskawie. - Spodziewam się, że znów jesteś w ciąży, a brzemienne nie­wiasty bywają pobudliwe i trochę niespokojne. Wybaczam ci. A teraz chodź tutaj i pocałuj mnie na zgodę, dobrze? - Wyciągnął do niej ramiona.

Jasmine ze śmiechem rzuciła mu się w objęcia i cmoknę­ła w policzek.

- Czy w Szkocji nic nie można zachować w tajemnicy, stryju? - zapytała.

- Bardzo niewiele - odpowiedział i roześmiał się. Wieczorem mężczyźni tańczyli przy muzyce kobz. Była sierpniowa pełnia księżyca i ogień obozowych ognisk rzu­cał na wszystko dzikie cienie. Jemmie pokazywał jej różne kraty, noszone przez poszczególne klany. Tartan Bruce'ów był czerwony w białą kratę, a w środku każdego czerwone­go pola znajdował się mniejszy, zielony kwadrat, oddzielo­ny czerwonymi liniami. MacDufFowie nosili swoje barwy łowieckie, granatowo - niebiesko - zielono - czerwoną kratę. Tartan Erskine'ów był czerwony z czarnym, zaś Lindsayowie mieli podobny wzór, lecz czerwono - zielony. Szal Ja­smine prezentował barwy łowieckie Lesliech - niebieskie i zielone kwadraty miały szerokie, ciemnoniebieskie obra­mowania, przecięte wąskimi, czerwonymi i żółtymi liniami.

Ostatniej nocy igrzysk Jasmine stała z Fioną, przygląda­jąc się tańczącym mężczyznom. Tancerze z wdziękiem sta­wiali kroki pomiędzy skrzyżowanymi mieczami, nigdy na­wet nie poruszyli ostrzy stopami. Kobzy grały w dzikim tempie. Łagodny wiatr od wzgórz niósł zapach wrzosów. Płomienie ognia miotały się równie szaleńczo, jak tance­rze. Było w tym coś tak cudownie nieokiełznanego i prymi­tywnego, że poruszyło celtycką część duszy Jasmine.

Jednak z nadejściem świtu pogodne od kilku dni niebo zaciągnęło się, grożąc deszczem. Zaczęto zwijać obozowi­sko, a kiedy spakowali swoje rzeczy i przygotowali się do powrotu do Edynburga, łąka Bruce'a znów zaczęła wy­glądać jak dawniej.

- Zaoszczędzicie dzień drogi, jeśli wyruszycie prosto stąd - zasugerował bratankowi Adam Leslie. - Wyjedzie­my parę dni po was i zabierzemy ze sobą waszego służące­go Adalego. Może zamknąć Glenkirk House. Szybciej do­trzecie do domu bez wozów z bagażami.

Lord odwrócił się do żony.

- Jasmine?

- Tak byłoby prościej, ale muszę wrócić do miasta. Mam sprawę z moimi bankierami Kirami, którą muszę załatwić osobiście.

Ponownie przeprawili się przez Firth of Forth i skiero­wali do miasta. James Leslie pojechał prosto do swojego domu, natomiast jego żona, żeby jak najszybciej mogli opu­ścić Edynburg i powrócić do Glenkirk, udała się do swoich bankierów na Goldsmith Alley, odchodzącej od High Street. Kiedy po załatwieniu sprawy wyszła na ulicę, nagle została otoczona przez grupę podejrzanie wyglądających męż­czyzn. Powitał ją znajomy głos.

- A więc znów się spotykamy, pani - rzekł Piers St. De­nis, markiz Hartsfield. - Mam nakaz twojego aresztowania. Bierzcie ją i posadźcie na konia - polecił zbirom.

Schowana za panią i niedostrzeżona przez napastników Maggie cofnęła się pospiesznie w cień otwartych drzwi. Ku jej zaskoczeniu jakaś ręka chwyciła ją za ramię i powoli wciągnęła w głąb sieni. Przerażona, odwróciła się i zobaczyła Davida Kira, który przyłożył palec do ust, nakazując jej milczenie, po czym cicho zamknął za nimi drzwi. Pocią­gnął ją dalej przez sień, do jednego z pokojów.

- Czemu nie pomogłeś mojej pani? - zapytała Maggie.

- Jeden człowiek, a do tego Żyd? To by mnie kosztowa­ło życie, panienko. Ale ciebie udało mi się ocalić. Odpro­wadzę cię do naszych kuchennych drzwi, a ty musisz biec do swojego pana i opowiedzieć mu, co się stało. Po zmro­ku twój koń będzie odprowadzony do Glenkirk House - powiedział. Potem otworzył niewielkie drzwi w ścianie po­mieszczenia i wypchnął ją na zewnątrz. - Biegnij wzdłuż alei, dziewczyno, a znajdziesz się z powrotem na High Street. Trafisz chyba stamtąd, co?

Maggie kiwnęła głową.

- Dziękuję, panie - rzekła, przypomniawszy sobie w końcu o swoich dobrych manierach, i uśmiechnęła się.

- Pospiesz się! - zawołał. - Wydaje mi się, że trzeba się spieszyć.

Maggie zrobiła dokładnie to, co poradził jej bankier. Po­biegła wzdłuż alei aż do High Street. Nie skierowała się jednak prosto do Glenkirk House, stojącego przy Cannongate, lecz do Leslie House, znajdującego się przy małej uliczce, przecinającej High Street. Tu było bliżej, a ponad­to pan Adam mógł jej dać konia, żeby szybciej dotarła do Glenkirk House. Maggie biegła przed siebie, modląc się, żeby trafić na właściwą ulicę. Gdy ją rozpoznała, skrę­ciła i popędziła nią, aż dotarła do Leslie House i z całych sił zaczęła walić w drzwi.

Służący, który otworzył drzwi, spojrzał podejrzliwie na Maggie i jej ubranie w nieładzie.

- Słucham? - zapytał wyniośle.

Maggie minęła go i wepchnęła się do środka.

- Panie Adamie! Panie Adamie! - zawołała gorączkowo. Adam i Fiona wypadli z biblioteki. - Chodzi o moją panią - wystękała Maggie, oddychając z trudem. - Zabrano ją! - I Maggie wybuchnęła płaczem.

Fiona wzięła dziewczynę za ramię i zaprowadziła do bi­blioteki. Adam nalał mały kieliszek whisky i podał służącej.

- Wypij to, dziewczyno. Nie możesz teraz mieć napadu hi­sterii. Wypij do dna i opowiedz nam, co się stało - powiedział.

Kaszląc i krztusząc się Maggie udało się w końcu wypić mocny trunek. Przez chwilę stała w milczeniu, jakby zbie­rała siły, po czym głęboko zaczerpnęła powietrza i zaczęła mówić.

- Pojechałyśmy do pana Kira, a kiedy wychodziłyśmy, ten człowiek o dziwnym akcencie, na pewno nie był Szko­tem, powiedział, że aresztuje moją panią, a tamci ludzie wsadzili ją na konia i odjechali. Nie widzieli mnie, bo szłam za moją panią, a potem pan Kira wciągnął mnie z powro­tem do domu i wypuścił tylnym wyjściem, żebym wróciła i opowiedziała wszystko jego lordowskiej mości, ale stam­tąd było daleko do Glenkirk House, do was było bliżej, zresztą potrzebuję konia, bo mój tam został i pan Kira obiecał, że odeśle go do nas po zmroku, ale mnie jest po­trzebny koń teraz! - Przerwała, jakby dla złapania tchu.

- Do cholery! - zaklął Adam Leslie. - To ten przeklęty Anglik. Czemu, u diabła, nie wiedzieliśmy, że znów pojawił się w Edynburgu?

Maggie rozpłakała się na dobre, łzy płynęły jej strumie­niami po policzkach.

- Przestań zawodzić, dziewczyno! - ryknął Adam Leslie. - Muszę przecież pomyśleć.

- Trzeba zawiadomić Jemmie'ego - stwierdziła Fiona, otaczając ramieniem łkającą Maggie. - Cicho już, cicho, dziecko. Zrobiłaś bardzo dobrze, przychodząc najpierw do nas. - Odwróciła się do męża. - Adam, do diabła! Wskakuj na konia i znajdź lorda!

James Leslie miał wrażenie, że za chwilę głowa wybuch­nie mu z wściekłości. Zmusił się jednak do zachowania spokoju, głównie dzięki pomocy Adalego, który doprawił herbatę lorda whisky. Pijąc ją, James powoli odzyskiwał panowanie nad sobą.

- Oddychaj wolno, milordzie, tak jak pana uczyłem - po­wiedział Adali. - Gniew tylko wprowadzi dodatkowy zamęt w twojej głowie. Nie możesz pozwolić, aby wywołał chaos w twoich myślach. Mamy do czynienia z szaleńcem, który jest przebiegły i pomysłowy, czym mnie bardzo zaskoczył. Popijający gorącą herbatę James Leslie kiwnął głową.

- Nie ma co ględzić! - niecierpliwie zawołał Adam. - Musimy zebrać ludzi i odnaleźć drania, żeby go posiekać na strzępy za niezwykłe zuchwalstwo sięgnięcia po lady Glenkirk!

- Nie - spokojnie rzekł lord. - Musimy przechytrzyć te­go szaleńca, stryju, zanim zdąży wyrządzić Jasmine krzyw­dę. Straciłem już jedną żonę przez czyjś obłęd i nie mogę stracić drugiej.

- Gdzie markiz mógł zabrać moją panią? - zapytał Adali.

- Jeśli nadal ma ten przeklęty nakaz aresztowania, mógł pojechać do zamku. Mielibyśmy wówczas szczęście, bo znam tutejszego gubernatora. To rozsądny człowiek, który nie uczyni nic pochopnie, dopóki nie będzie zupełnie pe­wien - powiedział Adam Leslie. - Pójdę na wzgórze, ale ty zostań tutaj. Tamten nakaz aresztowania wystawiony jest także na ciebie, chłopcze. Do diabła, czemu nasz posłaniec nie wrócił z Anglii? Już dawno powinien tu być!

Adam Leslie wyruszył „na wzgórze", jak plastycznie opi­sał bratankowi zamek w Edynburgu. Tam odszukał swoje­go przyjaciela, Roberta Chrightona, który był aktualnym gubernatorem. Niestety, gubernator od wiosny nie widział Piersa St. Denis.. Był wstrząśnięty relacją Adama Leslie.

- O ile sobie przypominam, miał nakaz aresztowania - przyznał gubernator.

- Fałszywy - bezceremonialnie rzucił Adam Leslie. - Przyrodni brat Piersa St. Denis wyznał to zarządcy Glen­kirk zanim uciekł od markiza. Znasz podpis króla, Robbie.

- Wiele czasu upłynęło od ostatniej wizyty Jamiego - stwierdził gubernator. - Postarzał się i może już nie mieć tak pewnej ręki.

- A więc miałeś wątpliwości! - triumfalnie zawołał Adam Leslie.

- Pieczęć była autentyczna - gubernator pospiesznie za­pewnił swojego gościa.

- Ale nie podpis! Nie bój się, Robbie. Posialiśmy umyśl­nego do Anglii, żeby dać znać królowi, co się dzieje. Nie­długo tu wróci. Jeśli St. Denis przywiezie lady Glenkirk do zamku, powiadomisz nas, prawda?

- Oczywiście. I zapewnię lady Glenkirk wygody i bezpie­czeństwo.

- Po prostu oddasz nam ją! - ostro rzucił Adam.

- Nie mogę, Adamie, dopóki sprawa tego nakazu aresz­towania ostatecznie się nie wyjaśni - odparł jego przyjaciel.

Zanim Adam Leslie zdążył zaprotestować, rozległo się pukanie do drzwi gubernatora i do komnaty wszedł służą­cy, żeby zaanonsować:

- Hrabia BrocCairn i wicehrabia Villiers, milordzie.

- Na Boga! - głośno roześmiał się Adam Leslie. - A oto i odpowiedź na twoje wątpliwości, Robbie. W samą porę. Dobrze cię widzieć, BrocCairn. Czy masz jakieś papiery stwierdzające, że ten Anglik jest kłamcą i zdrajcą? Właśnie dzisiaj na ulicy Edynburga porwał Jasmine.

- Boże, jak dobrze, że Velvet tego nie słyszy - zawołał Alexander Gordon. - Panie gubernatorze, Adamie Leslie, pozwólcie, że wam przedstawię wicehrabiego George'a Villiersa, który ma wystawiony osobiście przez króla nakaz aresztowania markiza Hartsfielda. Sfałszowany do­kument pokazywany przez Hartsfielda, który ma zaszko­dzić Lesliem z Glenkirk, jest nieważny i nigdy ważny nie był, milordzie.

George Villiers wręczył Robertowi Chrightonowi zwi­nięty pergamin.

- Znajdzie pan tam również dołączony prywatny list od jego królewskiej mości - rzekł z ukłonem.

Adam Leslie ze zdumieniem wpatrywał się w Geor­ge^ Villiersa. Nigdy jeszcze nie widział równie pięknego mężczyzny. Był ciemnowłosy, bardzo męski, o czarnych, błyszczących oczach i falujących, kasztanowych włosach, ubrany zgodnie z najnowszą modą i z pewnością nie wyglą­dał na człowieka, który miał za sobą długą podróż. Ubra­nie nie było wygniecione, wszystkie kokardki i falbanki znajdowały się na swoim miejscu.

- A więc to ty jesteś ową nową miłością króla, o której słyszeliśmy - rzekł szczerze.

George Villiers wybuchnął śmiechem.

- Życzliwość i uczucie jego królewskiej mości to dla mnie największe szczęście - odpowiedział Szkotowi.

- Jego prapradziadek też lubił chłopców - beznamiętnie oświadczył Adam Leslie. - Władasz mieczem, chłopcze?

- Władam - odparł Villiers, po czym dodał przekornie: - Prapradziadek jego królewskiej mości musiał też bardzo lubić panie, bo inaczej naszego monarchy nie byłoby dzisiaj na świecie.

- Owszem, lubił, tak jak nasz Jamie - odpowiedział Adam, którego Anglik o anielskim wyglądzie nie wprawił w najmniejsze zakłopotanie.

- Gdzie jest Jasmine? - zapytał hrabia BrocCairn.

- Nie wiemy - odrzekł Adam. - Przyszedłem na zamek, bo pomyślałem, że może St. Denis przyprowadził ją tutaj z tym sfałszowanym nakazem aresztowania, ale Robbie twierdzi, że nie widział drania od wiosny.

- Gdzie jest Glenkirk? - zażądał odpowiedzi BrocCairn.

- U siebie w domu. Nie chciałem, żeby przychodził tu­taj, gdzie ten Anglik mógłby go schwytać, jak Jasmine.

- Teraz to jest sprawa wagi państwowej, sir Robercie - powiedział Alexander Gordon. - Musisz rozesłać ludzi na poszukiwania lady Glenkirk, która została porwa­na przez tego człowieka. Jest zdrajcą, ale jego zbiry szybko wam się podporządkują. Nie możemy tracić czasu. Ten człowiek jest niebezpieczny.

- Wyobrażam sobie, że nie sprowadził Jasmine na za­mek, bojąc się, iż prawda zdążyła już wyjść na jaw - powie­dział George Villiers. - Chyba nie przypuszczał, że dopad­niecie Jasmine zajmie mu niemal cały rok. Nie mógł ryzy­kować, że sir Robert otrzymał już od króla wiadomość, iż St. Denis wcale nie załatwia sprawy monarchy, lecz zaspo­kaja własną żądzę zemsty. Lord Gordon ma rację, twier­dząc, że markiz Hartsfield jest niebezpieczny. Właśnie nie­dawno dowiedzieliśmy się od jego brata przyrodniego, że Piers St. Denis własnoręcznie zamordował lorda Stokesa.

- Rany boskie! - zaklął Adam Leslie.

- Na pewno chciał opuścić Edynburg - powiedział lord Gordon. - Musimy się dowiedzieć, w jakim kierunku się udał wraz z Jasmine.

- Jak to zrobimy? - zapytał Villiers.

- Najpierw wybierzemy się do Kiry, rezydencji bankiera przy Goldsmith Alley. Bankier opowie nam wszystko, co wie, popytamy też jego sąsiadów, czy czegoś nie widzieli. Ktoś powinien coś widzieć, był przecież środek dnia - po­wiedział lord Gordon i zwrócił się do Adama Leslie: - Po spotkaniu z Kirą wrócisz do Glenkirk House i opowiesz mojemu zięciowi, co robimy. Przyjedziemy do niego, gdy tylko czegoś się dowiemy. Potem ruszymy śladem St. Deni­sa i nie spoczniemy, dopóki nie odzyskamy Jasmine. - Od­wrócił się ponownie. - Sir Robercie, czy dasz nam ludzi do pomocy w naszych poszukiwaniach?

- Dam - wolno odpowiedział gubernator, zastanawiając się, ile będzie go to kosztowało. Utrzymywał się bowiem częściowo z oszczędności, jakie pozostawały ze środków wy­płacanych z królewskiego skarbca dla zamku w Edynburgu.

- Król dowie się o pańskiej gotowości do współpracy - powiedział wicehrabia Villiers z czarującym uśmiechem. Instynkt podpowiadał mu, w którą stronę szybują myśli gu­bernatora. - Osobiście poinformuję go o pana pomocy. - Elegancko ukłonił się sir Robertowi.

Trzej mężczyźni opuścili prywatne pokoje gubernatora. Adam Leslie odezwał się z charakterystyczną dla siebie śmiałością:

- A więc nie jesteś takim głupim, miękkim szczeniakiem jak by się wydawało, panie.

- Istotnie, nie jestem - odparł George Villiers z uśmie­chem. Następnie zapytał starszego Szkota: - Zawsze jesteś taki bezpośredni, panie?

- Tylko tak umiem się zachowywać - odpowiedział mu szczerze Adam.

George Villiers potrząsnął głową.

- W pewien sposób zazdroszczę panu, ale z taką posta­wą nie da się odnieść sukcesu na królewskim dworze.

- Na tym gnojowisku? Nigdy! - rzucił z pogardą Adam. - Miałem dość królewskiego dworu, gdy Jamie był tutaj, w Szkocji. Kiedy z takim nieukrywanym entuzjazmem po­spiesznie odjeżdżał na południe, obserwowałem tych wszyst­kich całujących rączki i liżących dupy ambitnych przedstawi­cieli mojej nacji, pędzących za nim w nadziei na dzielenie je­go szczęśliwego losu. Mówiono, że w większości byli to młodsi synowie rodów, szukający szczęścia i bogactwa, ale ja także byłem młodszym synem. Mam wspaniałą żonę, nie­wielki dom w Edynburgu, a w górach moim domem zawsze będzie zamek Glenkirk. Nie jestem bogaty, ale mam więcej, niż mi potrzeba, bo mieszkam w mojej ojczyźnie. Urodziłem się Szkotem i umrę Szkotem, mój śliczny lordzie. Nie. Nie jestem dworakiem, ale uważam, że każdy człowiek sam mu­si obrać własną drogę przez życie. Ja wybrałem.

Trójka mężczyzn opuściła zamek edynburski i dojechała High Street do Goldsmith Alley. David Kira czekał na nich. Wprowadził ich do biblioteki. George Villiers był zdumiony bogactwem wnętrz budynku, który z zewnątrz sprawiał wrażenie domu biedaków.

- Spodziewałem się panów - oświadczył ze spokojem bankier i dodał: - Służebna dziewka widziała całe zajście z okna na piętrze. Markiz miał ze sobą ośmiu ludzi. Wyje­chali z lady Glenkirk z powrotem na High Street, ale ze swojego punktu obserwacyjnego dziewczyna nie widziała, w jaką stronę się udali. Lord prowadził konia milady, któ­ra miała ręce przywiązane do łęku siodła, żeby nie mogła im uciec i żeby nikt postronny nie zauważył, że jest więź­niem. Wszystko było sprytnie pomyślane.

- Czemu nie krzyczała? - zastanawiał się na głos Adam Leslie.

- Ponieważ, panie Leslie, miała wetkniętą w usta małą jedwabną chusteczkę, przewiązaną sznurkiem. Potem przy­kryli jej głowę szalem, żeby nic nie było widać - wyjaśnił David Kira.

- Dziękuję, panie Kira - rzekł lord Gordon, podnosząc się wraz ze swoimi towarzyszami. - Popytamy na High Street, czy ktoś nie zauważył grupy mężczyzn i kobiety.

Na High Street napotkali żebraka, który istotnie widział dziewięciu mężczyzn i kobietę.

- Skręcili w Leith Road, panowie - powiedział, wyciąga­jąc brudną rękę.

Hrabia BrocCairn cisnął mu sztukę srebra.

- Nie przepij wszystkiego - poradził, zanim podążył za swoimi towarzyszami. Zwrócił się do Adama Leslie: - Ruszaj teraz do Glenkirk House i powiedz Jemmiemu, że jedziemy Leith Road. Powiedz też sir Robertowi. My z Villiersem dalej będziemy podążać w stronę portu, chociaż nie mam zielonego pojęcia, czemu wybrał tę drogę.

- Pewnie dlatego, że jest to jedyne miejsce, gdzie nie przyszłoby ci do głowy go szukać - zauważył wicehrabia Villiers, gdy Adam Leslie zawrócił do Glenkirk House. - Nie odważył się udać do sir Roberta, podejrzewa bowiem, że to już koniec gry. Nie ma takiego miejsca w całej Szko­cji, gdzie byłby bezpieczny z uprowadzoną lady Leslie. Większość ludzi w jego sytuacji skierowałaby się do grani­cy. Ale on jest inny niż większość ludzi. Będzie próbował dostać się na pokład statku płynącego do Anglii i w ten sposób uniknąć pościgu. - George Villiers zaśmiał się pod nosem. - Będzie musiał poświęcić trochę czasu, żeby zmusić Jasmine do wejścia na statek, jeśli w ogóle mu się to uda.

Alexander Gordon roześmiał się.

- Tak, jest jak jej matka i ma gorący temperament, cho­ciaż Velvet utrzymuje, że Jasmine odziedziczyła charakter po swoim ojcu, Mughalu. Obawiam się, że Piers St. Denis ugryzł więcej, niż jest w stanie przełknąć, co już niedługo sobie z żalem uświadomi.

Śmiejąc się, obaj mężczyźni pokonywali krótki odcinek, dzielący Edynburg od miasta portowego Leith.



ROZDZIAŁ 19

Kompletnie ją zaskoczyli, gdy wychodziła z domu Davida Kiry przy Goldsmith Alley. Zanim zdążyła krzyknąć czy zaprotestować, wepchnięto jej do ust niewielki kawałek materiału. Głowę obwiązano wąską tasiemką, żeby unie­możliwić wyplucie knebla. Tak szybko wsadzili ją na konia i przywiązali ręce do siodła, że nie miała żadnej szansy, by z nimi walczyć. Zaciągnięto jej szal na głowę i ruszyli.

Jasmine natychmiast zorientowała się, kim jest jej pory­wacz. Gdyby tylko mogła wyładować na nim swoją wście­kłość, z radością by to uczyniła. Kiedy ją wiązali i kneblo­wali pilnowała się, żeby nie zerkać za siebie, na dom Kiry. Maggie szła ledwie pół kroku za nią, ale szybkie, ukradko­we spojrzenie na drzwi, przez które właśnie wyszła, pozwo­liło jej stwierdzić, że Maggie już tam nie ma. Jasmine po­myślała z ulgą, że z Maggie jest mądrą dziewczyną. Gdyby schwytano je obie, kto powiadomiłby Jemmie'ego? Ale Maggie musi się pospieszyć, bo inaczej stracą ślad!

Wjechali na High Street. Po chwili skręcili w inną drogę. Jasmine zauważyła drogowskaz z napisem Leith. Oczywi­ście! Tam znajdował się port dla Edynburga. Ale gdzie, na Boga, chciał ją zabrać z Leith? Z powrotem do Anglii? Nie, to nie mogła być Anglia. Teraz na dworze musiano już doskonale wiedzieć o oszustwie Piersa St. Denis i król na pewno postanowił go powstrzymać. Dokąd więc? Na to pytanie będzie mogła odpowiedzieć dopiero gdy się zatrzymają i nie będzie miała tego przeklętego knebla w ustach. Próbowała go wypchnąć językiem. Był zamocowany dość luźno, ale czuła w ustach coraz większą suchość. Żeby się uspokoić, Jasmine skoncentrowała się na swoim oddechu. Była nie tyle przestraszona, co zła.

Po przejechaniu kawałka drogi do Leith zatrzymali się przy przydrożnej gospodzie. Miejsce wyglądało dość nie­ciekawie. Jasmine słyszała pijackie okrzyki, dobiegające ze środka budynku. Towarzyszący jej mężczyźni zsiedli z koni, przeciągając się i drapiąc. Patrząc na markiza, uwiązali swoje chude wierzchowce.

- Tutaj was zostawiam - powiedział markiz. - Daję wam konie. Zróbcie z nimi, co chcecie.

- A nasze srebro? - huknął wysoki opryszek. - W za­mian za nasze usługi obiecałeś nam również pieniądze, mi­lordzie. Nie pozwolimy ci odjechać z damą, jeśli nie dosta­niemy naszych pieniędzy - dokończył z groźbą w głosie.

Piers St. Denis wyciągnął z juków torbę i cisnął ją pogar­dliwie opryszkowi.

- Masz - rzekł krzywiąc się szyderczo.

- To za mało - rzekł mężczyzna, ważąc torbę w dłoni. - Oszukałeś nas, Angliku. Czemu mamy żądać mniej od jednego ze ślicznych chłopców starego króla Jamiego? - Za­czął się niebezpiecznie przybliżać do markiza.

Hartsfield sięgnął po miecz. Spiął konia i zaatakował. Gdy jego ofiara padła na ziemię, St. Denis wyciągnął miecz z piersi zaskoczonego mężczyzny, wytarł go w jego ubranie i wsunął na miejsce.

- Czy jeszcze ktoś ma ochotę podyskutować ze mną w tej sprawie? - zapytał zimnym głosem. Potem zawrócił konia i wyjechał z dziedzińca, prowadząc za sobą wierzchowca Ja­smine, zaś siedmiu pozostałych opryszków rzuciło się na za­bitego, szarpiąc sakwę z pieniędzmi i kłócąc się o jego konia.

- Ummm! Mmmm! - zabełkotała Jasmine, starając się zwrócić na siebie uwagę markiza.

Odwrócił się do niej z uśmiechem.

- Chciałabyś, żebym wyjął ci knebel z ust, moja słodka? - zapytał z przesadną troską.

Z zapałem pokiwała głową.

- Obiecasz mi, że nie będziesz krzyczała, wołała i robiła niczego, żeby zwrócić na siebie czyjaś uwagę?

Znów kiwnęła głową.

- Mmmm! Mmmmmm!

- Nie - rzekł zimnym głosem. - To jest twoja pierwsza lekcja posłuszeństwa, moja słodka. Nie lubię krnąbrnych kobiet. Kiedy będę twoim panem, nauczysz się wreszcie, gdzie twoje miejsce. Naprawdę powinnaś była mnie wybrać, Jasmine. Teraz muszę ukarać ciebie i Jamesa Leslie za to, że mnie publicznie obraziliście. Wiesz dobrze, że mógłbym kazać was powiesić, bo mam królewski nakaz, ale najpierw wykorzystam cię, żeby zwabić lorda. Dziś wieczorem napi­szesz do niego list, w którym wyznasz, że popełniłaś błąd i że wolisz być ze mną. Ależ będzie cierpiał. Naturalnie przyjedzie do ciebie, żeby się przekonać, czy to prawda. A wtedy go zabiję i na zawsze będziesz moja! Powiedziałem ci, że pewnego dnia będziesz moja, i tak się stanie!

Jasmine pomyślała, że St. Denis jest zupełnie szalony. Kompletnie nienormalny, a przez to jeszcze bardziej nie­bezpieczny. Musi skorzystać z pierwszej nadarzającej się okazji, by mu uciec. Jemmie'emu na pewno już doniesiono, co się z nią stało, ale skąd mógłby wiedzieć, gdzie jej szu­kać? Tego przewidzieć nie mógł, musiała więc uciec Piersowi St. Denis, markizowi Hartsfield, zanim ten zabije ich oboje.

W miarę jak zbliżali się do portu, coraz wyraźniej czuła zapach morza. Nie wjechali jednak do miasta, lecz skręcili w ledwie widoczną, piaszczystą ścieżkę, która prowadziła na niewielki pagórek. Na szczycie wzniesienia znajdowało się coś, co okazało się opuszczoną chatą. Tam markiz za­trzymał się, zsiadł z konia i zdjął ją z wierzchowca. Przed nimi leżało Leith, za nimi było Firth of Forth i mo­rze. Pociągnął ją za sobą do chaty, chociaż opierała się, wbijając pięty w ziemię.

Ku jej zaskoczeniu uderzył ją.

- Nie będziesz mi się opierać, madame! - powiedział. - Jesteś tutaj, żeby nauczyć się posłuszeństwa, i nie opuścisz tego miejsca, dopóki się nie nauczysz. - Wepchnął ją do domku.

Gdy znaleźli się w środku, rozwiązał sznurek przytrzy­mujący knebel i wyjął jej szmatę z ust.

- Ty bydlaku! - udało się wykrztusić Jasmine. - Omal mnie nie udusiłeś tym kneblem!

Piers St. Denis znów ją uderzył.

- Podziękuj mi za moją wielkoduszność, że w ogóle go wyjąłem, ty suko, bo inaczej znów cię zaknebluję! - wrza­snął. - Postępuję nieracjonalnie, bo bardzo chcę słyszeć twój głos, ale jeśli nadal będziesz zwracała się do mnie bez należytego szacunku, pozostaniesz zakneblowana, dopóki się nie nauczysz odzywać do ranie grzecznie. - Zacisnął dłoń na jej ciemnych włosach i pociągnął, zmuszając ją do uniesienia głowy. - Rozumiesz?

- Robisz mi krzywdę - odpowiedziała przez zaciśnięte zęby.

- Rozumiesz? - powtórzył.

- Tak, rozumiem - odpowiedziała, tłumiąc gniew. Uświa­domiła sobie, że w każdej chwili mógł ją zabić.

- To dobrze - prawie zamruczał i przesunął ręką po jej piersi. - Chcę, żebyś się rozebrała - oświadczył. - Nigdy cię nie widziałem taką, jaką stworzyła cię natura.

Wzdrygnęła się z obrzydzenia, które wziął za strach, co sprawiło mu wyraźną przyjemność.

- Co chcesz przez to osiągnąć, milordzie? - zapytała. - Nadużyłeś królewskiego zaufania i Jakub Stuart na pewno każe cię za to ścigać.

Piers St. Denis roześmiał się.

- Nie, król mi wybaczy. Widzisz, stary głupiec mnie ko­cha, więc zawsze mi przebacza. Nigdy nie ponoszę kary za moje błędy. W dzieciństwie to Kipp zawsze dostawał la­nie za moje występki. Ponieważ kochałem brata, mój ojciec uważał, że będę się lepiej zachowywał, jeśli to Kipp ponie­sie karę, a nie ja. Tymczasem ja czerpałem przyjemność z widoku rózgi opadającej na siedzenie Kippa. Raz nawet sam go zbiłem, żeby zobaczyć, jakie to uczucie, i poczułem się taki potężny, moja słodka. Oczywiście nigdy mi nie było wolno zbić króla, ale od czasu do czasu mogłem na nie­go nakrzyczeć. Gdy go łajałem, płakał. Myślę, że w skrytości ducha król marzy, żeby go zdominować, tak jak ja zdo­minuję ciebie, moja słodka. - Przytulił ją do siebie, a kiedy usiłowała się wyrwać, mocniej zacisnął dłoń na jej włosach, a drugą uszczypnął ją w pierś.

Drgnęła i krzyknęła z bólu. Ku jej przerażeniu uśmiech­nął się.

- Czy kiedykolwiek dostałaś baty? - zapytał. - Szkoci mają cudowne narzędzie zwane batogiem. Jest to kawałek skóry o szerokości około piętnastu centymetrów, rozdzie­lający się na jednym końcu na centymetrowe paski o dłu­gości dziesięciu - piętnastu centymetrów, z kilkoma supeł­kami. Umiejętnie zaaplikowane, nadaje skórze pośladków piękną, różową barwę i ciepło, jakich jeszcze nigdy nie do­świadczyłaś. Pod moją czułą opieką dobrze zapoznasz się z batogiem. Nauczysz się lubić ciepło i ból. - Przysunął twarz tuż do jej twarzy. - Otwórz dla mnie usta, Jasmine, i przyjmij mój język - rozkazał.

Plunęła na niego.

Na chwilę twarz markiza Hartsfielda pociemniała z wściekłości. Starł plwocinę z policzka i uśmiechnął się niespodziewanie.

- Dasz mi mnóstwo przyjemności - oświadczył. - Nie podporządkujesz mi się łatwo, a to dobrze. - Ponownie z okrucieństwem uszczypnął jej sutek, zmuszając ją w koń­cu do okrzyku protestu.

Jasmine usiłowała kontrolować swoje emocje, ale tego było już za wiele.

- Ty głupcze! - wysyczała. - Naprawdę sądzisz, że zmu­sisz mnie do podporządkowania się? I naprawdę myślisz, że król wybaczy ci to, co w twoim przekonaniu jest jedynie małym grzeszkiem? Jesteś w ogromnym błędzie. Mój mąż i mój ojczym są spokrewnieni z królem Jakubem. Chociaż teraz to król Anglii, jest Szkotem. Przekonałam się, jak ważne są więzy krwi dla Szkotów. Uwolnij mnie, dopóki możesz, milordzie, a potem uciekaj, żeby uratować życie! Jeśli król cię nie złapie i nie straci, to mój mąż i jego rodzina będą cię ścigać aż do skutku, a gdy cię schwytają, zabiją bez litości!

W odpowiedzi złapał ją wpół i podniósł. Powiesił ją za związane ręce na haku sterczącym z belki w suficie do­mu. Jej stopy znalazły się parę centymetrów nad podłogą; była zupełnie bezradna.

- Teraz możemy zaczynać, moja słodka - powiedział. Ściągnął jej buty, wziął sznurek, który wcześniej przytrzy­mywał knebel, i spętał jej nogi, żeby nie mogła mu nic zrobić.

- Czemu jesteś ubrana jak wieśniaczka? - zapytał.

- Byłam na zawodach organizowanych przez lorda Bruce'a po drugiej stronie Forth - odpowiedziała. - Nawet szlachetnie urodzone damy tak się ubierają na igrzyska, ty ignorancie!

- Bardzo wygodne dla mnie - zakpił. - Łatwiej mi bę­dzie ściągnąć z ciebie ten prosty strój.

Rozwiązał tasiemki, przytrzymujące jej spódnicę i halki. Ściągnął je i cisnął na krzesło stojące w kącie. Obszedł ją dookoła, patrząc na wdzięczną linię pleców i zaokrągloną krzywiznę pośladków. Lekko, pieszczotliwym gestem musnął jej ciało. Z podniecenia serce biło mu jak młotem, gdy wpatrywał się w kremową skórę. Niemal słyszał miły dla uszu odgłos batoga opadającego na miękkie ciało. Piers St. Denis uśmiechnął się drapieżnie i oblizał wargi.

Znów znalazł się naprzeciwko niej, ukląkł i ściągnął jej podwiązki z obu nóg. Potem powoli zrolował w dół pończochę na prawej nodze, i zsunął ją z kostek dziewczy­ny pod lekko związanym sznurkiem. Następnie powtórzył to samo z drugą pończochą. Poluzował więzy na stopach i odciągnął jedną nogę, przywiązując ją do niewielkiego gwoździa, sterczącego ze ściany obok. Druga noga Jasmine zwieszała się swobodnie. Przesunął dłonie w górę nieprzywiązanej nogi, lekko uciskając.

Jasmine miała wrażenie, że po skórze przebiegają jej ciarki. Mogłaby tylko krzyczeć z obrzydzenia i wstrętu. Nie robiła jednak tego, wiedziała bowiem, że uznałby to za przejaw strachu, a przecież chciał, żeby się bała. Boże! Tak bardzo przypominał jej przyrodniego brata Salima, z jego miękkimi dłońmi i wstrętnym głosem. Lecz teraz nie była już oszołomioną, zawstydzoną trzynastolatką.

- Podoba ci się to? - zapytał, prowokacyjnie dotykając palcami jej najczulszego miejsca.

- Jesteś odrażający - odparła zimno.

- Twoja niechęć tylko mnie bardziej podnieca - oświad­czył i poluzował ubranie, które boleśnie uciskało jego na­brzmiałą męskość. Potem wstał i rozdarł jej koszulę na piersiach, odsłaniając jej biust przed swym rozpalonym wzrokiem. Ujął w dłonie jej miękkie ciało, prawie jęcząc z podniecenia. - Dobry Boże, jesteś taka piękna! - wystękał. - Ledwie mogę się powstrzymać, a nigdy mi się to do­tąd nie zdarzyło, moja słodka. Naprawdę jesteś wspaniałą nagrodą i należysz do mnie!

- Nie należę do nikogo, ty obrzydliwa, żałosna kreaturo! - zawołała. - Jestem żoną Jamesa Leslie, a nie jego własno­ścią, tak jak i on nie jest moją własnością.

- Zabiję twojego męża - rzekł Piers St. Denis, w podnie­ceniu gniotąc jej piersi. - Jak możesz mi się opierać? Zo­bacz zresztą, co się ze mną dzieje na samą myśl o tym, że cię posiądę. - Na dowód wyciągnął spod ubrania ogromny, w pełni gotowy członek.

Roześmiała się szyderczo.

- Nie jesteś lepszy niż zwyczajny, niedoświadczony chło­piec - powiedziała. - Całe twoje nasienie ścieknie na zie­mię, zanim zdołasz mnie nim zachlapać, milordzie. - Znów się zaśmiała, pomimo cierpienia, jakiego zaznawała, wisząc tuż nad ziemią.

- Nie mów tak! - wrzasnął. - Nie znasz mnie! Będę cię pieprzyć, aż postradasz zmysły, zanim stracę swe miłosne soki, ty dumna suko! - Uderzył ją kolejny raz.

Jasmine roześmiała się jeszcze głośniej.

- Popatrz! Kropelki wilgoci na czubku twojej lancy. Zbliża się powódź, ty żałosny słabeuszu! Nie możesz się powstrzymać, bo jesteś tak nienormalny, że nie wiesz jak!

- Suko! - na wpół zatkał, gdy okazało się, że trafnie przewidziała jego klęskę i jego nasienie wytrysnęło na kle­pisko chaty.

Jasmine głęboko odetchnęła z ulgą. Na chwilę zapobie­gła gwałtowi. Teraz powinna go jakoś skłonić, żeby ją opu­ścił na dół, uwalniając z tej bardzo niewygodnej pozycji.

- Ręce mi drętwieją - poskarżyła się. - Zaraz umrę. Je­śli mnie zabijesz, zginiesz w najgorszych męczarniach, gdy dopadną cię ludzie Lesliech!

Patrząc w dół na swój skurczony członek, Piers St. Denis czuł gniew, nie wspominając o wielkim rozczarowaniu. Podstępnie doprowadziła go do krępującego rozładowania żądzy. Była silniejsza, niż myślał. Na ogół sam widok jego męskości wystarczał, by ofiary zaczynały płakać i błagać o litość.

- Będziesz wisiała, dopóki nie przyjdzie mi ochota, żeby cię stąd zdjąć, suko! - zakomunikował, zbliżył się do niej od tyłu i ponownie związał jej obie nogi w kostkach. Wziął batog i rzekł zimnym głosem: - Zostaniesz teraz ukara­na za swoje brzydkie zachowanie, moja słodka. Nauczysz się, żeby w przyszłości mnie nie popędzać, - Skórzany pas śmignął i opadł na pośladki z głośnym plaśnięciem. Wąskie rzemyki rozdzieliły się, wbijając w ciało. Drugi raz. Trzeci.

Kiedy wspomniał o ukaraniu, Jasmine wiedziała, co ją czeka. Wzięła głęboki oddech i mocno zagryzła wargi, że­by powstrzymać się przed krzykiem. Pierwsze uderzenie zabolało, a z każdym następnym czuła, jak rozgrzewa się jej ciało. Cienkie, pełne drobnych supełków rzemyki parzyły w zetknięciu ze skórą, ale nie krzyczała. Usłyszała, jak mruknął pod nosem:

- Suka!

Piąte i szóste uderzenie. Jasmine uświadomiła sobie, że Piers St. Denis był absolutnie zdecydowany, by zmusić ją do krzyku. Gdyby zaczęła krzyczeć, być może poczułby się usatysfakcjonowany i zdjąłby ją z haka, na którym ją zawie­sił niczym tuszę sarny w spiżarni. Ręce drętwiały jej coraz bardziej, a poza tym zależało jej jedynie na tym, żeby prze­żyć jego bestialstwo. Jasmine otworzyła usta i wrzasnęła, dając upust bólowi, który jej zadawał.

Batog opadł na jej pośladki siódmy i ósmy raz. Markiz Hartsfield ciężko dyszał z wysiłku.

- Otóż to, ty dumna jędzo, błagaj mnie o łaskę! - Zadał dziewiąte i dziesiąte uderzenie. Żałosne krzyki Jasmine za­czynały poprawiać mu humor i na jego wargach pojawił się uśmiech. - Proś, żebym przestał, ty suko! - powiedział.

- Przestań! - Udawała, że płacze. - Proszę, przestań! Pali mnie!

Batog opadł po raz jedenasty i dwunasty. Potem Jasmi­ne usłyszała, jak bicz upada na ziemię. Markiz znów zna­lazł się tuż przed nią. Jasmine wycisnęła parę łez spod przymkniętych powiek. Gdy oprawca zaczął rozwiązywać jej nogi, dziewczyna powstrzymywała się, żeby go nie kop­nąć, gdzie tylko się da. Nie mogła przecież sama zdjąć się z tego przeklętego haka.

- Och, proszę, postaw mnie na ziemię, milordzie! - wyjęczała.

Jednak, ku jej przerażeniu, markiz klęknął przed nią i si­łą rozchylił rękami jej nogi. Przytrzymując je mocno, wsu­nął język, szukając wrażliwego klejnotu jej seksu. Zaczął drażnić to miejsce, ale chociaż był w stanie pobudzić je tak, że jej ciało dało mu miłosną rosę, jego działania fizycznie odpychały Jasmine. Dziewczyna wiedziała jednak, że mar­kiz oczekuje od niej przejawów emocji.

- Och! Nie! Nie! - zawołała.

Roześmiał się, odsuwając się od niej i patrząc na nią dzi­kim wzrokiem.

- Właśnie tak, ty suko! - wyszeptał. - Proś! Nie oszukasz mnie, moja słodka! Urodziłaś się dziwką jak wszystkie ko­biety. Jak moja matka, która sprzedała się temu, kto dawał najwięcej, i jak matka Kippa, która po prostu oddała się swojemu panu, żeby móc żyć jak dama. One przynajmniej nie lubiły, gdy mój ojciec je posiadał. Tymczasem wydaje mi się, że ty lubisz mieć mężczyznę pomiędzy swoimi noga­mi. - Wstał i odszedł od niej.

- Owszem, lubię - odpowiedziała mu zuchwale. Odwrócił się, patrząc na nią zdumiony. Nigdy dotąd nie słyszał, żeby kobieta przyznawała się, że to sprawia jej przyjemność. Wszystkie kobiety, które znał, skamlały, uża­lały się i szukały wymówek.

- Lubisz, gdy ktoś cię pieprzy? - zapytał zaintrygowany.

- Oczywiście - odparła Jasmine. - Tak jak większość ko­biet, jeśli się do nich właściwie podejdzie. Ale teraz opuść mnie na ziemię, milordzie. Możesz mnie trzymać związa­ną, ale już zupełnie nie czuję rąk, a to chyba niedobrze. Naprawdę nie ma potrzeby niewłaściwego wykorzystywa­nia kobiety, żeby cieszyć się jej wdziękami. Przecież dzisiaj podniecił cię sam widok mojej nagości, prawda?

Tak! Pierwszy raz w życiu nabrzmiał z żądzy od samego patrzenia na kobietę. Nie musiał jej bić. Uczynił to później, żeby rozładować rozczarowanie i chociaż wymierzanie jej batów sprawiło mu przyjemność, spostrzegł, że nie na dłu­go podnieciło go własne okrucieństwo. Zastanowił się przez chwilę.

- Opuść mnie - powtórzyła Jasmine.

Piers St. Denis bez słowa zdjął ją z haka. Poprowadził ją do ściany, podniósł z podłogi szeroki skórzany kołnierz i założył go jej na szyję. Kołnierz przymocowany był do ściany łańcuchem. Potem markiz rozwiązał jej ręce.

- Siadaj - rozkazał, zrzucając z krzesła na brudną pod­łogę jej spódnicę i halki.

Jasmine pospiesznie opadła na stos ubrań. Bolała ją pu­pa, a gdy dotknęła jej ostrożnie palcami, wyczuła pręgi, po­wstałe od uderzeń. Zaczęła rozcierać ręce, starając się przywrócić czucie.

- Zimno mi - powiedziała. - Rozpal ogień, jeśli potra­fisz, jeśli nie jesteś równie bezużyteczny, jak w innych kwe­stiach.

- Żadnego ognia! - warknął. - Ta chata uchodzi za po­rzuconą, a ogień mógłby sprowadzić do jej drzwi ludzi po­szukujących ciebie, moja słodka. To zaś byłoby niezwykle niewygodne, nie sądzisz?

- Pozwól mi więc przynajmniej się ubrać, bo inaczej umrę z zimna. Wiesz dobrze, jak bardzo jestem wrażliwa na wilgoć i chłód. - Kichnęła, dla zwiększenia efektu. - Nie będziesz miał zbyt wielkiej radości z chorej kobiety, milordzie.

W milczeniu, niechętnie, zgodził się.

- Dobrze - powiedział, podnosząc jej pończochy i ciska­jąc w jej stronę. - Ale żadnych butów, pani. Nie mogę prze­cież pozwolić, żebyś uciekła. - Uśmiechnął się do niej szy­derczo.

Jasmine szybko naciągnęła na nogi wełniane pończochy, mocując je podwiązkami. Potem założyła halki i spódnicę, wdzięczna za to, że jej bielizna była flanelowa. Usiłowała też naciągnąć na siebie koszulę i bluzkę, ale obie były bar­dzo podarte.

- Pozwól mi okryć się szalem - poprosiła. - Jeśli przezię­bię sobie płuca, umrę, ty zaś poniesiesz śmierć w jeszcze gorszych męczarniach niż te, które zaplanowali dla ciebie Leslie za moje porwanie.

Cisnął jej szal.

- Dlaczego zakładasz, że odnajdą cię, zanim doprowa­dzę do śmierci Jamesa Leslie i wrócę z tobą do Anglii, gdzie król będzie zmuszony oddać mi cię za żonę?

- Znajdą nas - z przekonaniem stwierdziła Jasmine. - A poza tym, ile razy mam ci tłumaczyć, milordzie, że król Jakub nigdy nie da ci mnie za żonę? Moja rodzina się na to nie zgodzi, ja zaś prędzej bym się zabiła, niż pozwoliła ci na jakąkolwiek dominację nade mną!

- Przecież już zapanowałem nad tobą, pieszczotko - oświadczył. - Czyż chwilę temu nie czułem na języku słody­czy twoich soków miłosnych? Czyż nie krzyczałaś z rozko­szy? - Roześmiał się. - Jesteś o wiele cenniejszą zdobyczą, niż myślałem, bo przekonałem się, że nie muszę cię batożyć, żeby podniecić się twoimi wdziękami. Jednak chyba nadal będę ci łoił skórę, z czystej przyjemności. A kiedy wrócimy do Anglii, mój brat Kipp też będzie się zabawiał pomiędzy twoimi mlecznymi udami, podczas gdy mój czło­nek znajdzie gościnę w twym drugim otworze. Czy kiedy­kolwiek przyjmowałaś w siebie dwa rozpalone ogiery, dzie­cino? Mówiono mi, że jest to niezapomniane przeżycie dla całej trójki. - Podszedł i przysiadł koło niej. - Jesteś taką silną kobietą, pieszczotko. Ja też jestem silny, ale Kipp jest słaby. Nauczę cię, jak go batożyć i chłostać rózgą. Podnie­cisz go swoim zmysłowym ciałem i ustami, a potem dokończymy tortury, parząc się przed nim, aż zacznie płakać z żą­dzy. Jeśli będzie potrafił powstrzymać się przed spełnie­niem, może potem zgodzę się, żeby on także nacieszył się twoim ciałem. Ponieważ jestem twoim panem, pieszczotko, pozwolę ci być panią Kippa. Podobnie jak ja jest wspania­le wyposażony i powinien ci dać wiele przyjemności.

Zaczął ją z zapałem gładzić.

Jasmine wpatrywała się w okno. Zrobiło się już ciemno. Zerknęła na swojego porywacza, ale z trudem dostrzegała je­go twarz. Zdawał się nie przejmować zapadającym zmrokiem.

- Jestem głodna i chce mi się pić - powiedziała.

- Ja też zgłodniałem - mruknął i, przyciągnąwszy ją do siebie, począł całować i ssać jej piersi.

Odepchnęła go ze złością.

- Zamierzasz mnie głodzić, milordzie? - warknęła. - W ten sposób okazujesz mi swoje uczucia?

- Muszę pojechać do miasta po jedzenie i picie - rzekł opryskliwie.

- Więc jedź! - władczo rozkazała Jasmine. - A potem, jeśli mnie zadowolisz dobrym obiadem, kto wie, co się sta­nie pomiędzy nami. - Teraz w jej głosie pojawił się suge­stywny, mruczący ton.

- Suka! - wrzasnął nagle, odsuwając się od niej i wstając. - Chcesz mnie wystrychnąć na dudka swoimi przymilnymi słowami? Jeśli chcesz, żebym ci uwierzył, musisz mi teraz dać trochę przyjemności.

- Co chcesz, żebym zrobiła? - zapytała, zastanawiając się, jaką ohydę ma na myśli.

Czy znów zamierzał wypróbować na niej batog? Nie wy­dawało jej się, żeby na tyle odzyskał siły, by ją posiąść, ale nie mogła być tego pewna.

- Na kolana - polecił jej zdecydowanym głosem. Potem wyciągnął spod ubrania swoją zwiotczałą męskość. Zaci­snął ręce na jej włosach i przyciągnął do siebie jej głowę. - Otwórz buzię, pieszczotko, i pokaż, ile prawdy było w two­ich słowach. A może kłamałaś, żeby mnie uspokoić?

Jasmine, kryjąc swoje emocje, wzięła go w usta. Przez chwilę nie mogła nic robić, ale potem zaczęła go mocno ssać, drażniąc językiem, lekko skubiąc zębami, byle go podniecić. Pomyślała, że jeśli to jest najgorsze, co ją czeka, to warto spróbować. Pracowała nad nim z zapałem, aż po­czął jęczeć, ugniatając palcami jej czaszkę i coraz bardziej przyciskając ją do swojego krocza. Boże! Czy nigdy nie da jej przestać? Za chwilę na pewno wybuchnie jej w ustach, a takiej tortury chyba by nie zniosła.

- Wystarczy! - wystękał w końcu i pozwolił jej przysiąść na piętach. Zdumiony spojrzał na swój członek. Był więk­szy niż kiedykolwiek. - Jesteś wiedźmą - powiedział ci­chym głosem. - Nigdy nie spotkałem kobiety, która by tak dobrze zadowoliła mężczyznę.

- Dotrzymałam umowy - rzekła. - Teraz jedź i przywieź nam jedzenie i wino, markizie, zanim skonam z głodu i zimna.

- Dobrze - powiedział, pochylił się i związał jej ręce. - Nie chcę, żebyś się podczas mojej nieobecności wpakowa­ła w jakieś kłopoty - wyjaśnił ze śmiechem.

- Jedź już - mruknęła. - Z każdą chwilą robię się coraz słabsza.

Pozostawił ją samą w ciemnościach, bez ognia, bez zła­manej świeczki. Po raz ostatni dostrzegła zarys postaci markiza wychodzącego przez drzwi. Potem zniknął, zamy­kając za sobą drzwi. Jasmine natychmiast zaczęła pracować nad poluzowaniem sznurka, którym skrępował jej ręce. Z dworu dobiegał stłumiony stukot kopyt konia Piersa St. Denis, zjeżdżającego ze wzgórza. Nie miała pojęcia, jak długo go nie będzie, więc ile ma czasu, by uciec. Więzy za­czynały być coraz luźniejsze. Jasmine oddychała głęboko i powoli, próbując uspokoić mocno bijące serce i opanować mętlik w głowie. W końcu udało jej się wyswobodzić jedną rękę z więzów. Szybko rozsupłała sznur na drugiej ręce i rozmasowała dłonie, żeby załagodzić otarcia, jakie po­wstały, gdy jechała przywiązana do łęku siodła, a potem gdy wisiała na haku. Skóra była zdarta do żywego.

Wyczulonymi palcami zaczęła obmacywać skórzany kołnierz, który ten szaleniec założył jej na szyję. Był spię­ty z tyłu małą kłódką, do której przytroczono łańcuch, z drugiej strony przyczepiony do ściany. Nie można go by­ło zdjąć bez kluczyka do kłódki. Jej jedyną szansą było wyrwanie w jakiś sposób łańcucha ze ściany. Zaczęła ma­cać w ciemnościach po murze. Był kamienny, co za pech. Jasmine omal się nie rozpłakała z rozczarowania. Powoli zaczęła przesuwać palce po ścianie w poszukiwaniu kół­ka, do którego przymocowany został drugi koniec łańcu­cha. Gdy natrafiła na kółko, zaczęła poszukiwać po omac­ku wokół niego i jej twarz rozjaśnił uśmiech. Kołek mocu­jący łańcuch tkwił w zaprawie, spajającej kamienie. Za­prawa była wyschnięta i stara, kruszyła się pod palcami. Szarpnęła za kółko, ale tylko okręciło się, trzymając się mocno.

Pomyślała, że musi mieć coś, czym mogłaby rozkruszyć zaprawę i natychmiast straciła entuzjazm. Nawet jeśli w domku znajdowało się coś użytecznego do tego celu, i tak nie mogłaby niczego dostrzec, nie wspominając już o łańcuchu, który pozwalał jej się przesunąć tylko o parę stóp. Nic nie znalazła w swoim zasięgu. Zadygotała i moc­niej okręciła szal wokół ramion. Robiąc to, natrafiła ręką na otrzymaną od Jemmie'ego klanową broszę, wpiętą w tartanowy szal Lesliech. Omal nie krzyknęła z ulgi.

Pospiesznie odpięła broszę i szpilką zaczęła dłubać w kruszącej się zaprawie. Musiała pracować ostrożnie, bo brosza była jej jedynym narzędziem. Miasto położone było w odległości co najmniej trzech kilometrów. Zanim Piers St. Denis dotrze do Leith, znajdzie gospodę, dostanie je­dzenie i wino i przyjedzie z powrotem, upłyną co najmniej dwie godziny. Miała więc czas, pod warunkiem, że nie wpadnie w panikę i nie zniszczy spinki. Jasmine odłupywała zaprawę, przerywając od czasu do czasu, żeby obrócić kółko. Wydawało jej się, że skrobanie szpilki było czasami bardzo głośne, bowiem poza jej niespokojnym oddechem nie słychać było żadnego innego dźwięku. Musi uciec St. Denisowi. Jasmine czuła, że to jest jej jedyna szansa. Gdy­by ją zgwałcił, już nigdy nie mogłaby spojrzeć w oczy Jemmie'emu. A gdyby w swej brutalności markiz skrzywdził dziecko, które nosiła?

Kiedy już myślała, że nigdy nie zdoła się uwolnić, kółko wypadło ze ściany i łańcuch z głośnym brzękiem opadł na ziemię. Jasmine zerwała się na nogi, trzęsąc się z pod­niecenia. Buty! Gdzie są jej buty? Ostrożnie poruszała się po izbie, szukając, macając. Najpierw natrafiła na jeden but, potem na drugi. Gdy udało jej się znaleźć krzesło, przysiadła na nim i pospiesznie założyła obuwie. Wstała i zaczęła się zastanawiać nad swoimi następnymi krokami. Oczywiście musi opuścić chatę, ale gdzie ma iść? Dojść do Leith Road? I co zrobić, gdy się już tam znajdzie? Skie­rować się do Leith czy z powrotem do Edynburga?

Najpierw jednak trzeba było opuścić domek, więc Ja­smine zebrała łańcuch, podeszła do drzwi, otworzyła je i wyszła na zewnątrz. Jej koń, rozsiodłany, znajdował się za niewielką szopą w kącie ogrodu, ale nie chciała go za­bierać ze sobą. Brak konia byłby pierwszą rzeczą, jaką mar­kiz zauważyłby po swoim powrocie. Jasmine pospiesznie zaczęła iść ścieżką, wiodącą do głównej drogi. Gdy znala­zła się na drodze, zawahała się przez chwilę. Jeśli skieruje się w stronę portu, może wpaść na Piersa St. Denis, powra­cającego ze swojej misji. Z drugiej strony jednak, jeśli mar­kiz wróci do chaty i zauważy jej zniknięcie, najpewniej po­myśli, że poszła drogą do Edynburga i ruszy w tamtym kie­runku, żeby ją znaleźć i sprowadzić z powrotem.

Jasmine wybrała Leith. Jeśli usłyszy zbliżającego się jeźdźca, schowa się w przydrożnym rowie. Noc była ciem­na, bezksiężycowa i mglista. Niezbyt prawdopodobne się wydawało, że ktoś ją zobaczy. Na pewno dotrze do miasta i otrzyma tam pomoc. Przede wszystkim chciała się pozbyć tego przeklętego skórzanego kołnierza. Bardzo ocierał de­likatną skórę na jej szyi. Idąc szybko rozważała, w jaki spo­sób zabije Piersa St. Denis, wiedziała bowiem bez cienia wątpliwości, że nie będzie bezpieczna, dopóki markiz nie znajdzie się w grobie.

Szkoda, że to nie Indie. Wtrąciłaby go do lochu z tuzi­nem kobr, żeby umarł od ich ukąszeń. Rozważała, jak by wyglądał z wyrazem przerażenia na swej przystojnej twa­rzy. Ale nie byli w Indiach. Może dałoby się odesłać go do Anglii i ciągnąć przywiązanego za jednym z wypływają­cych w morze statków handlowych babki. Byłaby to naj­straszliwsza, powolna śmierć. Całkiem odpowiednia dla człowieka, który zgwałcił córkę Mogoła. Lecz ród Lesliech najpewniej po prostu powiesi drania, tak jak ona powiesiła mężczyznę, który zamordował jej drugiego męża, Rowana Lindleya.

Światła miasta były coraz bliższe i musiała się zastano­wić, co począć dalej. Ze skórzanym kołnierzem wokół szyi, z którego zwieszał się łańcuch, stanowiłaby dziwny widok na ulicy. Przystanęła na chwilę i najlepiej, jak mo­gła, spięła bluzkę. Potem okręciła łańcuch wokół talii, wsunęła koniec pod spódnicę i zarzuciła szal na głowę, żeby ukryć skórzany kołnierz na szyi. Za dnia mogłoby się to nie udać, ale na ciemnych, kiepsko oświetlonych uli­cach Leith powinno wystarczyć. Gdy znalazła się w mie­ście, zaczepiła kobietę sprzedającą zioła i zapytała, jak dotrzeć do portu.

- East Street, pani - rzekła zielarka, pokazując kierunek. Jasmine pospiesznie skręciła w wąską uliczkę. Nagle przyszło jej do głowy, że w porcie może stać jeden ze stat­ków kompanii O'Malley - Small, a jeśli tak, to będzie tam bezpieczna. Dotarła do doków, gdzie na ogromnej tablicy, zawieszonej na kapitanacie portu, wypisane były kredą na­zwy statków zacumowanych w porcie. Płakała ze zdener­wowania i rozczarowania, dopóki nie dotarła do ostatniej nazwy na tablicy. „Lord Adam"! Mały, przybrzeżny frach­towiec, nazwany tak przez babkę dla upamiętnienia dziad­ka, który nie chciałby, aby jego imię nosiła jakaś duża jed­nostka. Adam de Marisco uważałby to za zarozumialstwo. Jasmine sprawdziła miejsce zacumowania i skierowała się do doków, gdzie zarzucił kotwicę niewielki stateczek. Kto był kapitanem frachtowca? Nie wiedziała. Jasmine ruszyła w stronę trapu. Na wachcie stał tylko jeden chłopak, ale w kabinie kapitańskiej paliło się światło. Na widok Jasmi­ne stojący na warcie chłopak podszedł do niej.

- Nie wpuszczamy na pokład kobiet - rzekł zdecydowa­nym tonem.

- Jestem Jasmine de Marisco Leslie, lady Glenkirk - po­wiedziała Jasmine. - Gdzie jest twój kapitan? Muszę się z nim natychmiast widzieć!

Chłopak obrzucił Jasmine krytycznym spojrzeniem.

- Nie wygląda pani na damę - rzekł zuchwale.

- Lecz nią jestem - odparowała Jasmine, prostując się dumnie. - A teraz zaprowadź mnie do kapitana, zanim na­trę ci uszu, bezczelny chłopcze! Powiem kapitanowi, że twoje maniery pozostawiają wiele do życzenia. I zwracaj się do mnie milady, a nie pani, rozumiesz?

- Tak, proszę pa... milady - powiedział chłopiec. - Pro­szę za mną.

Cóż, jeśli okaże się portową dziwką, to nie będzie jego wina. Kapitan sobie poradzi z tą zadzierającą nosa suką.

Jasmine ruszyła za chłopakiem przez pokład. Gdy otwo­rzył drzwi do kabiny, dał jej znak ręką, żeby weszła. Zna­lazłszy się w kabinie poczuła tak ogromną ulgę, że nogi zmiękły jej w kolanach i musiała przytrzymać się stojącego na środku pomieszczenia stołu.

- Geoffl - udało jej się wykrztusić. - Bogu dzięki, że to ty! Na dźwięk jej głosu kapitan Geoffrey O'Flaherty odwró­cił się. Wytrzeszczył oczy ze zdumienia.

- Jasmine? Boże! - Nagle dostrzegł jej stan i wziął ją w objęcia. - Co się stało, kuzynko? Skąd się tu wzięłaś? I co, u diabła, masz wokół szyi? Ewan! - zawołał na chłop­ca - przynieś wino dla milady. - Posadził ją na krześle i po­czekał, żeby zapanowała nad sobą. - Opowiadaj, kuzynko - zawołał, kiedy wychyliła przyniesiony przez chłopca kie­lich wina. - Ale najpierw pozwól, żebym ci zdjął z szyi to skórzane świństwo. - Ostrożnie rozciął nożem kołnierz, ściągnął z szyi Jasmine i cisnął razem z łańcuchem na pod­łogę.

Co się z nią działo? Była taka silna, dopóki nie ujrzała kuzyna.

- Myślałam, że wypłynąłeś w rejs do Indii Wschodnich - zaczęła, energicznie rozcierając szyję.

- Owszem, wypłynąłem - odpowiedział - ale kapitan tego statku przewrócił się i złamał nogę. Byłem właśnie w porcie, a „Róża Cardiffu" miała wypłynąć dopiero za pa­rę tygodni. Nie mieliśmy innego kapitana, a że mama nie pozwoliłaby mojemu ojcu popłynąć na „Lordzie Adamie" wzdłuż wybrzeża, więc podjąłem się tego zadania. To jest mój syn, Ewan. Jest to jego pierwsza wyprawa i jeśli mu się spodoba, w przyszłym roku popłynie ze mną do Indii. Ale nie przybyłaś z wizytą, kuzynko. Opowiedz mi, co się wyda­rzyło.

- Co słyszałeś o moim powrocie z Francji? - zapytała.

- Bardzo niewiele - odpowiedział. - Gdy wróciłem, do­wiedziałem się, że jesteś z powrotem w Anglii i poślubiłaś lorda Leslie.

Jasmine zaczęła opowiadać. Opowiedziała mu o głupocie króla i o uporze Piersa St. Denis, który nie chciał pogodzić się z porażką, co doprowadziło do zdrady i morderstwa.

- Spędziliśmy z Jemmiem całe lato podróżując po całej Szkocji, żeby się z nim nie spotkać, dopóki nasz posłaniec nie wróci z Anglii. Ostatnie parę dni spędziliśmy po dru­giej stronie Forth na zawodach u lorda Bruce'a i jutro za­mierzaliśmy opuścić Edynburg, żeby wrócić do Glenkirk. Przed wyjazdem musiałam jednak wstąpić do Davida Ki­ry, a kiedy opuszczałam jego dom, zostałam zaskoczo­na przez markiza i jego zbirów - wyjaśniła Jasmine. Po­tem opowiedziała o swoim porwaniu, pomijając bardziej drastyczne szczegóły, bo czuła się skrępowana nawet my­śląc o nich.

- Jemmie musi szaleć z niepokoju - zauważył Geoffrey OTlaherty.

- Moja służąca Maggie była ze mną. Napastnicy nie wi­dzieli jej i wiem, że pospieszyła prosto do mojego męża.

- Ale skąd St. Denis wiedział, gdzie cię szukać?

- Chyba po prostu miałam pecha - rzekła Jasmine. - Czysty przypadek, że opuszczałam Goldsmith Alley w tym samym momencie, gdy przejeżdżał tamtędy St. Denis. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby w porcie nie było żadnego statku babci, Geoff. Zaryzykowałam jednak i tym razem szczęście mi dopisało. Nie tylko statek, ale jeszcze kuzyn, który mnie zna.

- Tutaj będziesz bezpieczna - powiedział - nie sądzę bowiem, by temu markizowi przyszło do głowy, że znala­złaś takie dobre schronienie. I chyba słusznie założyłaś, iż spostrzegłszy twoje zniknięcie, pomyśli, że będziesz się starała wrócić do Edynburga. Gdzie może być twój mąż, Jasmine?

- Pewnie w Edynburgu, Geoff. Nie może wiedzieć, że St. Denis wywiózł mnie do Leith. Leslie będą myśleli, że skie­rowaliśmy się ku granicy. Zaalarmują tam swoich przyja­ciół.

- Zostanę tu z tobą - rzekł Geoffrey O'Flaherty - ale Ewan jest doskonałym jeźdźcem. Może pojechać do Edyn­burga i poinformować lorda o miejscu twojego pobytu i o tym, że St. Denis jest nadal w Leith.

- Jestem taka zmęczona - powiedziała Jasmine. Oczy same jej się zamykały.

Położył ją na swojej koi i cicho zwrócił się do syna:

- Idź do kapitana portu i powiedz mu, że kapitan O'Fla­herty potrzebuje konia. Dowiedz się też, jak dojechać do drogi z Leith do Edynburga. To niedaleko.

- Gdzie mam szukać lorda, gdy dojadę na miejsce? - za­dał pytanie młody Ewan.

- Pytaj o Glenkirk House - sennym głosem odezwała się Jasmine. - To jest boczna ulica, gdy będziesz jechał w stro­nę Cannongate.

Jej ciemna głowa ponownie opadła na poduszkę. Wypełniając polecenia ojca, Ewan O'Flaherty udał się do kapitanatu portu i poprosił o pożyczenie konia.

- Muszę pojechać do Edynburga, żeby się spotkać z lor­dem Glenkirk - powiedział kapitanowi z wyższością.

- Nie znajdziesz lorda w mieście - rzekł kapitan. - Jest w Leith, chłopcze. Dziś wieczorem przysłał do mnie umyśl­nego z pytaniem, czy jakieś statki nie odpływają jeszcze dziś albo jutro rano. Potem przyjechał ze swoimi ludźmi i przeszukali dwie łodzie, mające wypłynąć dziś z wieczor­nym przypływem - dokończył starszy mężczyzna.

- Czy może mi pan powiedzieć, gdzie teraz jest lord? Muszę go odnaleźć, to bardzo ważne - zawołał Ewan.

- Znajdziesz go w „Syrenie", tuż obok doków - poinfor­mował go kapitan portu, wskazując krzywym palcem kieru­nek.

- Dziękuję panu!

Ewan puścił się biegiem w stronę tawerny. Gdy wpadł do środka, krzyknął:

- Szukam lorda Glenkirka. Czy jest tu może?

James Leslie uniósł się znad stołu, przy którym siedział ze swoim teściem, stryjem i paroma innymi mężczyznami.

- Tutaj jestem, chłopcze. Czego chcesz?

Ewan OTlaherty pospiesznie podszedł do stołu i ukło­nił się, tak jak nauczyła go matka.

- Mój ojciec, kapitan OTlaherty, chciałby spotkać się z waszą lordowską mością w ważnej sprawie.

- Kim jest kapitan OTlaherty, który chce ze mną roz­mawiać? Nie znam go - powiedział chłopcu lord.

- Jest wnukiem mojej prababki - wyjaśnił chłopiec - a pan dobrze ją zna.

- Kto jest twoją prababką? - zapytał lord, uśmiechając się.

- Lady de Marisco - odparł Ewan i przerażony odsko­czył do tyłu, bo lord zerwał się na nogi.

- Jezu, chłopcze! Czemu od razu tego nie powiedziałeś! - delikatnie popchnął Ewana. - Prowadź mnie do swojego ojca.

- Pójdziemy z tobą, na wypadek gdyby to była jakaś pu­łapka - rzekł Adam Leslie, wstając i dając znak swoim to­warzyszom.

Prowadzeni przez chłopca mężczyźni wyszli z „Syreny" i skierowali się do doków, idąc za Ewanem tam, gdzie za­cumowany był „Lord Adam". Słysząc tupot ich butów na pokładzie, z kabiny wyłonił się Geoffrey OTlaherty, z mieczem w dłoni.

- Nie, tato! - zawołał chłopiec. - To jest lord Glenkirk. Był tutaj, a kapitan portu powiedział mi, gdzie go szukać!

Geoffrey OTlaherty schował miecz do pochwy i wycią­gnął rękę do Jamesa Leslie.

- Jasmine jest w mojej kajucie - rzekł bez dalszych wyja­śnień, wiedział bowiem, że nic więcej nie interesuje lorda.

Lord kiwnął głową, minął kapitana i wszedł do kajuty. Jasmine spała na pryczy kapitana. Podszedł do niej, ukląkł i delikatnie pocałował ją w policzek.

- Kochana Jasmine - wyszeptał. - Przyjechałem, żeby cię zabrać do domu.

Turkusowe oczy otworzyły się powoli i pojawił się w nich błysk rozpoznania.

- Jemmie! Wiedziałam, że mnie znajdziesz!



ROZDZIAŁ 20

Kiedy wrócili do zamku Glenkirk, wszystko było tak, jakby Piers St. Denis, markiz Hartsfield, zniknął z po­wierzchni ziemi. Nie można go było nigdzie znaleźć, ani w Anglii, ani w Szkocji. BrocCairn i Adam Leslie udali się do chaty, w której przez krótki czas była więziona Jasmine. Była pusta, jak w chwili, gdy ją opuszczała, jeśli nie li­czyć dzbana wina, bochenka czerstwego chleba i kawałka sera na stole. Karafka z winem była pełna, a chleb i ser - nietknięte. Najwyraźniej po powrocie do chaty St. Denis odkrył, że Jasmine nie ma, zostawił jedzenie i pospiesznie wyruszył na jej poszukiwanie. Gdy jej nie znalazł, sam zniknął.

George Villiers wrócił do Anglii, szczęśliwie zakoń­czywszy swoją misję i pozbywszy się swojego jedynego ry­wala o względy Jakuba Stuarta. Wkrótce po nowym roku król, popędzany przez królową, uczynił Villiersa hrabią Buckingham. Potem król ogłosił Kippa St. Denis prawowi­tym dziedzicem, ze względu na uczucia okazywane mu pu­blicznie przez jego ojca i fakt, że ojciec dał mu swoje na­zwisko. Później Kipp otrzymał tytuł markiza Hartsfielda, ponieważ to on był pierworodnym synem poprzedniego markiza.

Królowa uczyniła z Kippa swoją osobistą maskotkę i zna­lazła mu odpowiednią żonę, gdyż ten, idąc za radą Villiersa, poświęcał królowej mnóstwo czasu, szacunku i uwagi.

Królowa lubiła powtarzać, że Kipp ma dobre serce i że wie­le wycierpiał z rąk swojego brata. Panna młoda, ukochana, nieślubna córka jednego z ulubionych dworzan królew­skich, dostała solidny posag. Była zachwycona swoim losem i oddana mężowi, który był z niej równie zadowolony.

Król spędził zimowe miesiące osobiście przygotowując plany powrotu do Szkocji w lecie, gdyż rodzina i doradcy królewscy sprzeciwiali się temu pomysłowi. Polecił, żeby gruntownie odnowiono pałac Holyrood i posłał do Glenkirk umyślnego z informacją, żeby James i Jasmine Leslie oczekiwali tam na niego, gdy przybędzie do Edynburga. Miała to być wizyta państwowa, z udziałem królowej i księ­cia Charlesa.

- Kiedy przyjeżdża? - zapytała Jasmine.

- Spodziewam się, że w połowie lipca - odpowiedział jej mąż. - O ile znam ich królewskie mości, w sierpniu i we wrześniu będą chcieli popolować. Ale wyruszą z począt­kiem czerwca.

- I każda rodzina na trasie ich przejazdu będzie jedno­cześnie bała się i oczekiwała z przejęciem przybycia kró­lewskiego orszaku - roześmiała się Jasmine. - Zwłaszcza, że będą podróżowali z całym dworem. Goszczenie rodziny królewskiej, choćby tylko na jeden posiłek czy na jedną noc, jest potwornie kosztowne. Babcia opowiadała, że upłynęło wiele miesięcy, zanim łąki w Queen's Malvern powróciły do normalnego stanu po wizycie starej królowej. Ale kiedy król przyjechał po narodzinach małego Charlie - go, przybył jedynie w towarzystwie królowej i kilkorga słu­żących.

- Z ulgą mogę powiedzieć, że nie będziemy musieli za­pewniać rozrywek królewskiej rodzinie Stuartów. Nie bę­dzie ryzykował zapuszczania się w głąb gór - rzekł Jemmie.

- To gdzie zamierza polować?

- Ograniczy się do Holyrood. To dla niego najbezpiecz­niejsze - zaśmiał się Jemmie. Ujął jej dłoń i pocałował. - Jesteś cudowna, gdy zaokrąglasz się, nosząc moje dziecko - powiedział.

- Tylko w Holyrood? - dociekała Jasmine.

- Pewnie także w Perth - odpowiedział. - Czy to następ­ny syn, kochana Jasmine? Wydaje mi się, że obiecywałaś mi co najmniej trzech synów. - Położył dłoń na jej brzuchu, który zaczynał się zaokrąglać od noszonego w środku życia.

- Będzie, jak Bóg zechce - przekomarzała się z nim - choć muszę przyznać, że już teraz zachowuje się jak chło­piec. Przyjdzie na świat przed przyjazdem króla, więc będę miała czas na odzyskanie figury do nowych sukni, które za­mierzasz mi kupić, żebym nie sprawiła ci wstydu przed dworem.

- Sądziłem, że nie chcesz pokazywać się na dworze - po­wiedział.

- Nie chcę mieć nic wspólnego z dworem w Anglii - wy­jaśniła. - Ale król poprosił, żebyśmy dołączyli do niego w Edynburgu i nie widzę żadnego powodu, żebyśmy nie mieli tam na krótko pojechać.

- To oznacza, że stracisz swoje letnie wakacje w Anglii - zauważył.

- Tak jak mama i BrocCairn - odpowiedziała. - Zapro­simy babcię do Glenkirk. Podoba jej się tutaj, a tyją lubisz.

- To prawda - przyznał. Następnie dodał żartobliwie: - Wszystko już sobie obmyśliłaś, madame! Powiedz mi, czy te suknie będą kosztowne?

- Bardzo kosztowne - odparowała, a kiedy pociągnął ją w objęcia, całując głośno, pomyślała, że nigdy jeszcze nie była tak szczęśliwa. Po swojej ucieczce od St. Denisa drę­czyły ją koszmary senne. Z początku nie była w stanie opo­wiedzieć Jemmiemu o tym, co ją spotkało, i mogła tylko go zapewnić, że nie została zgwałcona. Wiedziała, że nie po­winna czuć się winna z powodu niegodziwego postępowa­nia St. Denisa, ale wstydziła się mówić o upokorzeniach, jakich doznała z rąk markiza. Siniaki i pręgi na jej ciele szybko się zagoiły, ale rany zadane jej dumie były głębsze. W końcu opowiedziała mu prawie wszystko, z wyjątkiem jednego szczegółu. Jasmine nie potrafiła opisać mężowi, jak St. Denis zmusił ją do klęknięcia przed nim i wzięcia do ust jego członka. James Leslie nie musiał wiedzieć, że coś takiego miało miejsce. A jeśli jeszcze kiedykolwiek staną twarzą w twarz z tym łotrem i St. Denis zacznie napo­mykać o tym wydarzeniu, zaprzeczy. Wiedziała, że James Leslie uwierzy jej, a nie St. Denisowi. Zrobiła to, żeby oca­lić życie, ale czy Jemmie mógłby to w pełni zrozumieć? Nie chciała ryzykować i zniszczyć największego szczęścia, jakie­go zaznała w życiu.

Adam John Leslie urodził się czternastego dnia maja ro­ku pańskiego tysiąc sześćset siedemnastego. Miał ciemne włosy swoich rodziców i oczy, które miały szansę pozostać granatowe. Otrzymał imiona po przedstawicielach obu ro­dów. Był tłuściutkim, rozkosznym bobaskiem, który w wie­ku jednego miesiąca bez kłopotów opuścił pierś matki na rzecz piersi swojej mamki, pulchnej wieśniaczki. Jego siostry, jedna dziewięcioletnia, druga siedmioletnia, oraz bracia, ośmioletni, pięcioletni i roczny zdawali się być za­dowoleni z nowego braciszka. Zaś James Leslie był wnie­bowzięty narodzinami kolejnego syna.

Jasmine urodziła szóste dziecko z taką samą łatwością, jak większość swojego potomstwa.

- Jesteś zadowolona i pozbyłaś się swojego wiecznego niepokoju - zauważył Adali. - Chyba jesteś jak twoja matka.

- Która? - zapytała go Jasmine z przekornym uśmie­chem. - Rugaia Begam czy lady Gordon?

- Obie - odpowiedział. - Begam byłaby taka szczęśliwa, widząc cię teraz, księżniczko.

- Ona nas widzi, Adali. Ona i mój ojciec.

W ubiegłym roku dotarła do nich wiadomość o śmierci żony ojca Jasmine, Akbara, matkującej Jasmine w Indiach.

Wzruszony Adali skinął głową. Szybko jednak zapano­wał nad sobą i rzekł:

- Musimy się skupić na twojej nowej garderobie, księż­niczko. Lada dzień król wyruszy na północ.

I wyruszył, chociaż angielscy doradcy błagali Jakuba Stu­arta, aby zrezygnował z dodatkowego obciążenia i tak prze­kroczonego budżetu. Chociaż ich rady były dobre, to w rze­czywistości po prostu lękali się długiej podróży do Szkocji i z powrotem. Nawet Villiers, teraz hrabia Buckingham, su­gerował, że być może ta ekstrawagancka wycieczka nie jest zbyt rozsądnym pomysłem.

- A więc co, Steenie? - warknął król na swojego fawory­ta. - Boisz się, że taki wydatek z mojego skarbca oznacza mniej prezentów dla ciebie? Nie bądź egoistą! Jestem jak łosoś, który musi jeszcze raz wrócić na miejsce tarła. Prze­stań mnie za to ganić i powiedz innym, że nie chcę więcej słuchać ich krytycznych uwag. Wyruszamy pierwszego lip­ca! - Tu król uczynił coś, czego nigdy dotąd nie robił. W złości cisnął wazonem w swego faworyta, który salwował się ucieczką.

Królewska wyprawa do Szkocji była ogromnym przed­sięwzięciem. Należało ustalić trasę podróży, która zależała od dużych domów po drodze, gdzie król mógłby zatrzymać się na dzień lub dwa. Dwór musiał radzić sobie sam, co oznaczało znalezienie gospody czy stodoły na nocleg, albo rozstawianie namiotów, gdzie nawet król mógłby spędzić noc, gdyby nie udało się znaleźć lepszej kwatery. Zabrano łoże królewskie z pełnym wyposażeniem, z materacem, pierzyną, kołdrą puchową, poduszkami i prześcieradłami. Miano je rozkładać na noc dla jego królewskiej wysokości, chyba żeby gospodarze zaoferowali łóżko odpowiednie dla króla. Dywany, woskowe świece, delikatna porcelana, ob­rusy i srebrna zastawa także zostały spakowane. Gdy tylko pojawiły się wiśnie, brzoskwinie, morele, winogrona i me­lony, pospiesznie zostały wysłane na północ, ponieważ król uwielbiał te owoce.

Król, który szybko i z radością opuścił niegdyś Szkocję, aby umknąć przed rywalizującymi wielmożami, teraz, z każdym przebytym kilometrem, stawał się coraz bardziej sentymentalny. Królowa z rozpaczą przewracała oczami. Dworzanie krzywili się na niewygody i wydatki, związane z wielką wyprawą na północ, w głąb lądu. W końcu prze­kroczyli granicę. Na powitanie królewskiego orszaku przy­byli przedstawiciele wielkich przygranicznych klanów. Naprzodzie stali Armstrongowie, Douglasowie, Eliotowie, Hamiltonowie, Haysowie, Johnsonowie, Lindsayowie, Homesowie i Hepburnowie, trzepoczącymi chorągwiami i ra­dosnymi, dzikimi dźwiękami kobz witając swojego króla wracającego do domu. Odziani w jedwabie i koronki an­gielscy dworzanie łypali podejrzliwie na bosonogich Szko­tów w kiltach i czapkach.

William Drummond z Hawthornden wystąpił naprzód i pokłonił się królowi. Dwie szkockie królowe pochodziły z Drummondow: Margaret, żona Dawida II i Annabella Drummond, małżonka Roberta III, matka Jakuba I. Drummondowie zawsze byli lojalni wobec Stuartów. Drummond z Hawthornden wygłosił szczególne powitanie.

Czemu tylko Isis ma widzieć ten blask? Czyż Forth nie jest tyle samo warta ? Choć Isis twierdzi, Że ma więcej bogactw, To Forth pokazuje, że bardziej kocha.

- Co to znaczy? - zapytał cicho książę Charles.

- Isis to Anglia, a Forth to Szkocja - odpowiedział Villiers, który był teraz bliskim przyjacielem księcia. - Chce powiedzieć, ze Szkocja kocha twojego ojca bardziej niż An­glia. To bardzo sprytne, wasza wysokość.

- Owszem - wtrąciła królowa. - Szkoci są mądrzy, ale też i uparci. Poczekaj trochę, synu. Nie minie wiele czasu, a zaczną się o coś kłócić z twoim ojcem. Dobrze ich zapa­miętaj, bo pewnego dnia sam będziesz miał z nimi do czy­nienia, a to dumni i trudni ludzie. I bądź pewny, że prezbiterianie przysporzą mu kłopotów.

Ale król był zachwycony z powrotu. Pochlebiały mu peł­ne miłych słów powitania przez wiele delegacji i pomnik, który mu wzniesiono nad rzeką. Jego panowanie przynio­sło Szkocji dobrobyt. Najważniejsze zaś, że w jego ojczyź­nie nadal trwał spokój i porządek, o które tak usilnie wal­czył, gdy był jeszcze królem samej tylko Szkocji.

Dwór miał się zatrzymać w Holyrood, niespełna dwa ki­lometry od edynburskiego zamku. W dwunastym wieku wybudowano tam opactwo, które wzięło swoją nazwę od relikwii krzyża świętego, swojej najcenniejszej własności. Dom gościnny przy opactwie stał się ulubionym miej­scem szkockich królów. Małżeństwa, pogrzeby, narodziny i inne państwowe wydarzenia miały miejsce właśnie w opactwie. W końcu Jakub IV zadecydował, żeby ten dom gościnny przekształcić w pałac królewski. Naturalnie nale­żało go powiększyć i lepiej wyposażyć.

Jakub IV wybudował ogromną, północno - zachodnią wieżę ze szpiczastymi wieżyczkami i karbowanymi gzymsa­mi, która przypominała Jasmine zamki nad Loarą koło Archambault oraz Belle Fleurs. Potem król dodał do wie­ży południowe skrzydło z głównymi drzwiami pomiędzy dwiema półokrągłymi wieżami o dachach niczym czapki czarnoksiężnika. Holyrood miało w sobie dyskretną ele­gancję. Było otoczone pięknymi ogrodami w pobliżu roz­ległego parku leśnego, którym zajmował się niejaki Tho­mas Fentoun, królewski gajowy i opiekun dzikich zwie­rząt: lwa, tygrysa, paru rysi i licznych ptaków myśliwskich. Jelenie i sarny pasły się swobodnie w parku.

Apartamenty królewskie znajdowały się w północno - za­chodniej wieży. Królowa została zakwaterowana na pię­trze, w pokojach, które kiedyś należały do nigdy jej nie­znanej, zmarłej teściowej, Mary, królowej Szkotów. Była tam komnata audiencyjna, obita czarnym aksamitem, z herbem francuskiej babki Jakuba, Marie de Guise, umieszczonym na suficie. Za nią mieściła się sypialnia królowej. Były też dwa mniejsze pokoje, jeden służący ja­ko gotowalnia, i drugi, udekorowany czerwonymi i zielo­nymi draperiami, pełniący rolę jadalni. Wąskie, prywatne schodki, zaczynające się w sypialni królowej, łączyły poko­je królowej ze znajdującym się bezpośrednio poniżej apar­tamentem króla. Te pokoje należały wcześniej do ojca kró­la, lorda Darnleya. Książę Charles i hrabia Buckingham zostali ulokowani w pomieszczeniach sąsiadujących z komnatami króla.

Gdy królewski orszak wjechał do parku Holyrood, na­potkał oczekujących ich członków góralskich rodów, a po­śród nich Lesliech z Glenkirk. Jasmine i Jemmie przybyli wcześniej. Gdy odszukali zarządcę pałacu, dowiedzieli się od niego, iż przygotowano już dla nich pokój. Król wydał bowiem wyraźny rozkaz, iż mają mieszkać w Holyrood w czasie jego tam pobytu.

- Parę ulic stąd mamy swój dom - powiedział Glenkirk pałacowemu zarządcy. - Proszę oddać nasz pokój komuś innemu.

- Przykro mi, milordzie, ale dostałem rozkazy. Jego wy­sokość życzy sobie, żebyś był w jego pobliżu podczas tej wi­zyty, panie - zdecydowanym głosem rzekł zarządca.

- To bardzo uprzejme ze strony króla - wtrąciła z uśmie­chem Jasmine. - Przebywanie w domu króla to wielki za­szczyt, milordzie.

James Leslie usłyszał ostrzeżenie w głosie żony.

- Doskonale, kochana Jasmine - powiedział. - Myśla­łem tylko, żeby pomóc królewskiemu zarządcy, który musi znaleźć lokum dla całego dworu, że nie wspomnę o tych, którzy przybyli tu z gór.

- Jego lordowska mość jest bardzo uprzejmy - odparł zarządca. - Proszę powiedzieć swoim służącym, że mogą spać w holu.

Skierowano ich do przeznaczonego dla nich pokoju w południowym skrzydle. Było to niewielkie pomieszcze­nie, z oknem wychodzącym na południe i kominkiem w ką­cie pokoju. Jedynym meblem było dębowe łoże.

- I gdzie mamy rozmieścić nasze bagaże? - jęknęła Ja­smine.

- To zaszczyt mieszkać w domu króla - przedrzeźnił ją mąż.

- Nie przyszło mi do głowy, że król może mieć tak ma­leńkie pokoje gościnne - burknęła Jasmine. I zaraz doda­ła: - Jeśli przesuniemy łóżko pod ścianę przy oknie, to pod przeciwległą ścianą uda nam się postawić dwie małe skrzynie z ubraniami. Ale nie ma miejsca na rozwieszenie moich sukien. Toramalli i Rohana będą musiały codziennie przynosić mi suknię z Glenkirk House, więc same też mo­gą tam spać. - Odwróciła się i wpadła na Czerwonego Hugha.

- Przepraszam, milady - powiedział.

- Czerwony Hughu, musisz przestać deptać mi po pię­tach - złajała go. - To przecież nie była twoja wina! Ile ra­zy mam ci to powtarzać?

- Zaniedbałem moje obowiązki, milady - powiedział. - Gdybym owego dnia był z tobą, ten angielski łajdak by cię nie porwał. Dzięki Bogu, że nic się pani nie stało, ale mo­gło, a wszystko to przeze mnie, bo zamiast pozostać przy pani, pozwoliłem się odesłać. Nigdy więcej do tego nie dopuszczę!

- Przy moim mężu jestem bezpieczna - stwierdziła Jasmine. - Wracaj więc teraz do Glenkirk House i powiedz Adalemu, że będą nam potrzebne zasłony i pościel. Potem wróć razem z nim i pokaż mu ten pokój. Słyszysz już okrzyki? Król wjechał do Edynburga. Zaraz tu będzie, a musimy być pośród tych, którzy pierwsi go powitają, Czerwony Hughu. Idź już teraz, a kiedy wrócisz i pokażesz wszystko Adalemu, możesz nas odszukać i znów deptać mi po piętach - podsu­mowała, łagodnie żartując z wielkiego górala. Naprawdę bardzo się przejął jej krótkotrwałym porwaniem.

Opuściwszy pałac, dosiedli koni i udali się do parku, gdzie wmieszali się między inne góralskie rodziny, oczeku­jące przybycia królewskiego orszaku. Wreszcie król z dwo­rem pojawili się, wszyscy na koniach, i powietrze wypełniło się powitalnymi okrzykami mieszkańców Edynburga. Król sprawiał wrażenie nieco zmęczonego długą podróżą, ale bardzo zadowolonego z przybycia do Szkocji. Zauważyw­szy Lesliech z Glenkirk, pochylił się najpierw do królowej, a potem do księcia Charlesa. Później pochwycił wzrok swo­ich kuzynów i kiwnął im głową na powitanie, a królowa po­machała energicznie ręką.

Szkocka szlachta zmieszała się z angielską i wszyscy ru­szyli przez park do pałacu, gdzie oczekiwał tłum chłop­ców stajennych, gotowych do zajęcia się ich końmi. Za­nim Leslie z żoną dotarli na pałacowy dziedziniec, król w towarzystwie najbliższych zdążył już wejść do środka. Ledwo jednak zsiedli z koni, podszedł do nich pospiesz­nie hrabia Buckingham, który ukłonił się przed nimi zamaszyście.

- Gratulacje, Steenie - odezwała się Jasmine. - Kolejny szczebel w górę, co? - Roześmiała się.

George Villiers uniósł brwi i pocałował dłoń Jasmine.

- Jesteś zachwycająca jak zwykle, pani. Życie w dzikiej Szkocji nawet odrobinę nie umniejszyło twej urody. Mó­wiono mi, że znów zostałaś matką. Które to już, madame, szóste? A jednak zachowałaś figurę. - Przyjrzał się jej z po­dziwem i roześmiał. - Żeby moja słodka Kate miała równe szczęście.

- Nie jesteś jeszcze żonaty? - zapytał Glenkirk.

- Jej ojciec twierdzi, że muszę się wspiąć jeszcze trochę wyżej - cichym głosem odparł George Villiers. - Obawia się, że jeśli za wcześnie ożenię się z jego córką, stracę łaski króla. Pragnie wydać Kate za mąż za kogoś znaczniejszego niż hrabia - Villiers jeszcze bardziej ściszył głos. - W przy­szłym roku powinienem zostać markizem. - Otoczył ich ra­mionami. - Chodźmy teraz do środka. Co za piękny pałac. Z przyjemnością go obejrzę dokładniej. Cieszę się, że przez jakiś czas nie ruszamy się z miejsca. Król zaprosił was dziś wieczorem na kolację w prywatnym gronie w swoich apartamentach. Seria oficjalnych przyjęć rozpoczyna się jutro, ale dzisiejszy wieczór król zarezerwował dla starych przyjaciół.

Ku zaskoczeniu Jasmine kolacja okazała się istotnie bar­dzo kameralnym wydarzeniem. Wielmoże musieli zająć się swoim wyżywieniem, a tymczasem król jadł skromną kola­cję, składającą się z łososia i królika w cieście, w otoczeniu najbliższej rodziny i paru kuzynów, wśród których znalazł się lord Glenkirk i jego teść, BrocCairn. Królowa wygląda­ła na zmęczoną i przyznała się do tego.

- Uwielbiam jeździć konno - powiedziała - ale przeby­łam na końskim grzbiecie całą drogę z Anglii i jestem straszliwie poobijana.

- Położymy owczą skórę na siodle, wasza wysokość, zgodnie z naszymi północnymi zwyczajami - rzekł lord Glenkirk z uśmiechem. - Przecież nie będziesz chciała, pa­ni, stracić sezonu łowieckiego. Wiem dobrze, że bardzo lu­bisz polować i musisz pamiętać, że w Szkocji mamy doskonałe sezony myśliwskie. Już niedługo sarny i głuszce będą gotowe do odstrzału, prawda?

Królowa obdarzyła go łaskawym uśmiechem.

- Istotnie, pamiętam polowania w Szkocji. Kiedy od­poczniemy, Holyrood Palace nam nie wystarczy. Będziemy chcieli się wybrać także do Falkland Palace i Perthshire.

- Dobry Boże - jęknął głośno Buckingham. - Jeszcze więcej podróżowania.

Królowa zignorowała go.

- Czy zobaczymy naszego wnuka? - zwróciła się z pyta­niem do Jasmine. - Jak się miewa mały Charles?

- Kwitnie, wasza miłość, i jest zachwycony, że wreszcie nie jest najmłodszym dzieckiem w rodzinie. Rozkoszuje się rolą starszego brata Patricka i Adama. Kiedy poznamy do­kładnie plany waszej królewskiej mości, poślemy po dzieci do Glenkirk, żebyś mogła je wszystkie obejrzeć, madame - zakończyła Jasmine.

Następnego dnia rozpoczął się cykl rozrywek. Król przy­jął głowy klanów, przybyłych z gór i znad granicy, żeby go powitać. Polował w pałacowym parku, a wieczorami prze­wodził na uroczystych kolacjach. Królowa zaprezentowała kilka eleganckich przedstawień maskowych, w których bra­li udział angielscy dworzanie. Szkocki dwór oglądał je z otwartymi ustami, gdyż królowa nigdy nie zajmowała się takimi rozrywkami, będąc tylko królową Szkocji. Zadziwia­ło ich wszystko: niezwykłe kostiumy, malowane i pozłaca­ne, przesuwane dekoracje, głośna muzyka. Nie byli pewni, czy podoba im się taka ekstrawagancka rozrzutność.

Jakub Stuart chciał wrócić do domu ze względów senty­mentalnych, ale miał też inny cel, a mianowicie oczyszcze­nie szkockiego kościoła z purytanów. Ponieważ pragnął jednej Wielkiej Brytanii, chciał, żeby i w Anglii, i w Szkocji była tylko jedna panująca religia. Należało dodać pięć za­sad, aby Kościół szkocki upodobnił się do anglikańskiego. Były to proste zasady, jak klęczenie podczas komunii czy celebrowanie świąt chrześcijańskich, ale prezbiterianie uparcie się temu sprzeciwiali. Król rozmawiał otwarcie o owych pięciu artykułach ze swoimi szkockimi dworzanami. Niektórzy gwałtownie się im sprzeciwiali. Byli wśród nich tacy, którzy traktowali to jedynie jako ingerencję An­glików w szkockie zwyczaje i inni, uważający, że jest to cof­nięcie się o sto lat, do czasów panowania w Szkocji Kościo­ła katolickiego, którego, generalnie rzecz biorąc, udało im się pozbyć. Ku rozbawieniu Anglików i rozjątrzeniu królo­wej rozpoczęły się swary.

- Czyż ci nie mówiłam? - królowa zwróciła się do syna. - Twój ojciec postawi na swoim. Zapomniał już, że Szkoci będą się z nim kłócić do upadłego, nie tak jak Anglicy, któ­rzy szanują jego władzę. Przyglądaj się i ucz, Charles.

Po paru tygodniach król przeniósł się do Falkland Palace, zbudowanego u podnóża Lomond Hills. Jakub podaro­wał ten majątek królowej w prezencie ślubnym. Często tam polowali. Był to ulubiony pałac jego matki. Rozciągające się wokół lasy były słynnymi terenami myśliwskimi, pełny­mi zwierzyny łownej i ptactwa. To tu właśnie Charles Fry­deryk Stuart świętował piąte urodziny, w obecności swoich królewskich dziadków. Przybył ubrany jak mały Szkot, w myśliwskim tartanie Stuartów, białej jedwabnej koszuli i zamszowym kubraku ze srebrnymi i rogowymi guzikami. Malec ściągnął z kasztanowych loków czapkę z czarnego aksamitu, ozdobioną piórami i ukłonił się najpierw Jaku­bowi, potem Annie, a na końcu swojemu wujowi, księciu Charlesowi.

- Cieszę się, widząc wasze królewskie moście - powie­dział, po czym dodał: - Czy przywieźliście mi może jakiś drobny upominek?

- Charlie! - Jasmine była zawstydzona. Ale król roześmiał się serdecznie.

- Daj spokój, pani, to jeszcze mały chłopiec. Co byś chciał dostać, Charlie?

Chłopczyk zastanowił się przez chwilę, po czym powie­dział:

- Coś należącego do tego, który mnie spłodził, abym ni­gdy o nim nie zapomniał, mój panie.

Król był zaskoczony, a królowa cicho westchnęła. Spoj­rzała na Jasmine, ale Jasmine potrząsnęła głową, wyglądając na równie zdumioną. Królowi na dłuższą chwilę ode­brało mowę i zdolność rozumowania. Nagle książę Charles wystąpił do przodu. Ściągnął z palca pierścień i podał mal­cowi. Na oprawnym w złoto rubinie wyryty był herb Henry'ego Stuarta wraz z jego mottem: Virescit Vulnere Virtus.

- Ten pierścień należał do tego, który cię spłodził, bra­tanku - powiedział książę małemu Charlesowi Fryderyko­wi Stuartowi. - Czy wiesz, co oznacza to motto, czy też nie zacząłeś jeszcze pobierać nauk?

- Odwaga hartuje się w cierpieniu - przetłumaczyło dziecko. - Rozpocząłem naukę w zeszłym roku, wasza wy­sokość. Dziękuję. - Ukłonił się.

- Bardzo dobrze - pochwalił go książę. - Pewnego dnia przyjedziesz i zaczniesz mi służyć. - Spojrzał na Jasmine.

- Świetnie się sprawiłaś, pani, i ty także, kuzynie z Glen­kirk. Mały jest wykształconym, dobrze wychowanym dzieckiem. Podziwiam. - To mówiąc, książę cofnął się i stanął koło ojca.

Król tymczasem zapanował nad sobą i przemówił:

- Od dwóch lat jesteś żonaty, Jamesie Leslie, a dotąd nie dostałeś od nas prezentu ślubnego.

- Sir, dając mi Jasmine, dałeś mi najwspanialszy prezent, jaki można otrzymać - odparł z galanterią lord Glenkirk.

- Bardzo ładnie, naprawdę bardzo ładnie - rzekł król z uśmiechem - ale musisz dostać od nas jakiś upominek. Ponieważ nie mogę pozwolić, aby ktoś niższy rangą niż książę Lundy wychowywał mojego wnuka, mianuję cię pierwszym księciem Glenkirk, Jamesie Leslie. To właściwy podarunek dla ciebie, a na dodatek nic mnie nie kosztuje, bo już masz i ziemie, i zamek - zakończył ze śmiechem.

- Ojej! - zawołała Jasmine, zaskoczona takim awansem.

- Tak, madame, wyszłaś za mąż poniżej swojego stanu, ale teraz to naprawiłem, prawda? Jesteś księżną Glenkirk!

- powiedział król, uśmiechając się do niej.

Jamesowi Leslie ze zdumienia odebrało mowę. Był księ­ciem Glenkirk! Na Boga, ależ dumna byłaby jego matka i ojciec! Upadł na kolana przed królem i ucałował królew­skie dłonie. Był zaskoczony, czując łzy w oczach. Książę Glenkirk! Nigdy w życiu nie spodziewał się takiego za­szczytu.

- Dziękuję, Jamie - rzekł cicho, tak żeby tylko król go słyszał, po czym dodał głośniej - dziękuję, wasza królewska mość. - Wstał i ukłonił się, a stojąca obok niego Jasmine dygnęła głęboko.

A później jego teść, stryjowie i bracia zebrali się wokół niego, składając gratulacje i poklepując po plecach. My­śli wirowały Jamesowi w głowie. Jego najstarszy syn Pa­trick zostanie pewnego dnia drugim księciem Glenkirk i, jeśli taka będzie wola Boga, jego linia będzie trwać przez wieki.

Małżonkowie Leslie opuścili Falkland Palace i kilka dni później powrócili do domu. Jasmine ledwie mogła się do­czekać, żeby napisać babce o zaszczycie, jaki spotkał Jemmie'ego. Chciała, żeby Skye przyjechała tego lata do Szko­cji, ale babka odmówiła, twierdząc, że ma już dość podró­ży. Jasmine tęskniła za Skye. Babka była jej najlepszą przy­jaciółką i miała tyle rzeczy, którymi chciała się z nią po­dzielić.

- Nie zamierzam znów tracić mojego lata w Anglii - za­komunikowała mężowi.

Na jesieni król wraz z dworem powrócił do Anglii. Zaczę­ła się zima. Skończył się jeden rok, zaczął następny. W koń­cu nadeszła wiosna, śniegi stopniały i Jasmine wyruszyła z rodziną na południe, do Anglii, do Queen's Malvern. Ulży­ło jej, gdy zobaczyła swoją siedemdziesięcioośmioletnią bab­kę krzepką i zdrową. Jasmine zeskoczyła z konia i padła w wyciągnięte ramiona Skye.

- No, kochana dziewczynko - powiedziała radośnie Skye - jestem równie szczęśliwa jak ty, że cię widzę. - Moc­no uścisnęła wnuczkę, a gdy ją puściła, zwróciła się do Ja­mesa Leslie. - Podejdź, książę, i pocałuj mnie. O ile sobie dobrze przypominam, ostatnim księciem, który mnie poca­łował, był mój nieszczęsny piąty mąż, niech Bóg ma w opie­ce jego duszę.

- Miałaś pięciu mężów, prababciu? - z niedowierzaniem zapytała dziesięcioletnia lady India Lindley.

- Sześciu, dziecko, a poza tym paru rozkosznych ko­chanków - rzekła Skye. - Wiem, że pozostanę w twoich wspomnieniach jedynie jako stara kobieta, ale niegdyś by­łam równie śliczna i kusząca jak twoja matka.

- Uważam, że nadal jesteś piękna, prababciu - powie­działa India.

- Cóż, dziękuję ci, dziecko - roześmiała się Skye. - Z pew­nością odziedziczyłaś urok po swoim pradziadku. Ale wejdźcie do domu, moi drodzy - zaprosiła ich. - Zaczyna padać, a ja chciałabym się dobrze przyjrzeć twoim malcom, Jasmine. Na Boga! Czy to Patrick? Wyrośnie na dużego chłopaka. - Spojrzała uważnie na dwulatka na rękach u niani. - Dzień do­bry, Patricku Leslie - odezwała się do małego. - Jestem twoją prababcią i pomagałam ci się urodzić. A gdzie jest drugi chłop­czyk? Ten, który dostał imię po moim Adamie. Ach - rzekła z uśmiechem na widok niemowlęcia. - Ma jego oczy, prawda?

- Od chwili narodzin, babciu - powiedziała Jasmine.

- Jutro, gdy przestanie padać, pójdziemy obejrzeć po­mnik, jaki wystawiłam na jego grobie - rzekła Skye.

Zostali na lato w Queen's Malvern. Po paru tygodniach pobytu Henry Lindley i jego dwie siostry zostali wysłani w towarzystwie Adalego do Cadby i pozostali tam do koń­ca lata. Przyjechać tam mieli ich dziadkowie z rodu Gordo­nów. Jednak James Leslie uparł się, żeby osobiście odwieźć pasierbów do Cadby.

- Wreszcie mamy czas tylko dla siebie - powiedziała Skye do Jasmine po ich wyjeździe.

Był wieczór i siedziały obie przed kominkiem, na którym palił się ogień, łagodzący chłód czerwcowego wieczoru. Naj­młodsi Leslie smacznie spali w kołyskach. Małemu Charliemu, który nie chciał się rozstać ze starszym rodzeństwem, pozwolono pojechać z księciem. Chłopczyk czuł się bardzo dorosły. - Oczywiście, jesteś szczęśliwa - rzekła Skye - więc i ja jestem szczęśliwa, kochana dziewczyno. Będziesz miała więcej dzieci?

- Obiecałam Jemmiemu trzech synów - powiedziała z uśmiechem Jasmine. - A ja, jeśli Bóg pozwoli, chciała­bym jeszcze jedną córkę.

- Zażywasz środek, który ci dałam? Jasmine kiwnęła głową.

- Dwaj synowie w ciągu dwóch lat to na razie wystarczy. Muszę trochę odpocząć, żeby nie być wyczerpana, jak tyle kobiet.

- Bardzo słusznie - przytaknęła starsza kobieta. - Zro­biłam to samo po urodzeniu Ewana i Murrougha. Podob­no jego syn ocalił cię w ubiegłym roku.

- Udałam się do doków w Leith z nadzieją, iż znajdę w porcie któryś z twoich statków. I rzeczywiście. Miałam szczęście, że statkiem dowodził Geoffrey O'Flaherty. Nie mam pojęcia, czy ktoś obcy uwierzyłby w taką nieprawdo­podobną historię. Jego syn z pewnością uważał mnie za wa­riatkę albo za dziwkę, próbującą wśliznąć się na pokład, że­by coś zarobić. Byłam ubrana jak prosta Szkotka, bo wła­śnie wracaliśmy z igrzysk organizowanych przez klan Bruce.

- Nie znaleźli Piersa St. Denis? - spytała Skye. Jasmine potrząsnęła głową.

- Ciągle się boję, że pewnego dnia wróci i znów będzie chciał mnie porwać. To szaleniec, babciu.

- Niepotrzebnie się lękasz, kochanie. Zapomnij o tym, bo z pewnością już dawno uciekł z kraju.

- Strach, madame, jest doskonałym bodźcem w przypad­ku krnąbrnych kobiet - rozległ się znajomy głos i z cienia wynurzył się Piers St. Denis.

Był ubrany w prosty strój mieszczanina. Mała biała kry­za podkreślała surowość czarnego odzienia.

- O Boże! - szepnęła Jasmine na myśl o tym, że kolejny raz będzie musiała zmierzyć się z szaleńcem.

- Jak dostałeś się do mojego domu? - zażądała wyja­śnień Skye, bez cienia strachu.

Chociaż nie miała wątpliwości, że mężczyzna jest obłą­kany, przypominał jej pierwszego męża, Dorna O'Flaherty, którego przecież nigdy tak naprawdę się nie bała, gdyż był tylko silny.

- Drzwi frontowe stały otworem, madame, i żadnych służących, którzy mogliby mnie zatrzymać. Cóż za nie­ostrożność - padła szydercza odpowiedź.

- Wyjdź stąd! - ostro poleciła Skye.

Piers St. Denis roześmiał się autentycznie rozbawiony. Szkoda, że była taka stara i sucha. Jeśli wierzyć plotkom, w młodości była świetną kochanką. Ale jej wnuczka zapo­wiadała porównywalne rozkosze.

- Skąd wiedziałeś, że tu jestem? - Jasmine w końcu od­zyskała głos, a gdy minęło zaskoczenie, spostrzegła, że strach też ustąpił. Była tylko wściekła.

- Wszyscy wiedzą, że ty i twoja matka lubicie latem wra­cać do Queen's Malvern. Nie przyjechałaś tu w ubiegłym roku, zrozumiałe, bo król gościł w Szkocji. Wiedziałem jed­nak, że będziesz tu teraz. Musiałem tylko zaczekać, aż twoi rodzice i mąż zabiorą młodych Lindleyów do Cadby. Je­stem bardzo cierpliwym człowiekiem, mój skarbie, a ty je­steś bardzo mądrą kobietą. Drugi raz nie zlekceważę twe­go sprytu. Byłem zaskoczony, gdy po powrocie do naszego miłosnego gniazdka odkryłem, że zniknęłaś. I jakże spryt­nie z twojej strony, że skierowałaś się do Leith, wiedząc, że będę przekonany, iż spróbujesz uciec do Edynburga. Bar­dzo zręczne posunięcie, mój skarbie.

- Czego chcesz? - rzuciła pytanie Skye.

- Cóż, madame, sądziłem, że to oczywiste. Zabiję was obie, a potem zaszlachtuję dwójkę dzieci Lesliego, które są w domu. Żałuję jedynie, że nie mogę zniszczyć małego bę­karta Stuartów i złamać serca starego, głupiego króla, tak jak on uczynił z moim sercem. Widzisz, pani, pozbyłem się nadziei, że kiedykolwiek będziesz moja. Przez ciebie stra­ciłem wszystko. Gdybyś mnie nie odtrąciła, dzisiaj byłbym markizem, miałbym bogatą żonę, wybraną dla mnie przez królową, a król nadal byłby moim przyjacielem. Ty, i tylko ty jesteś odpowiedzialna za nieszczęścia, które mnie spo­tkały i zapłacisz za swoją zdradę.

- Nie! - Jasmine prawie krzyczała. - To ty jesteś odpo­wiedzialny za swój zły los, sir. Od początku ci mówiłam, że kocham Jamesa Leslie i tylko z nim mogę się związać. Nie chciałeś słuchać! Bez względu na moje słowa, uparcie utrzymywałeś, iż będę twoja. Pojechałeś za mną do Szkocji po moim ślubie i po narodzinach mojego syna i miałeś czelność mnie porwać. To nie ja, ale twoja uparta natura spowodowała, że wszystko straciłeś. Teraz więc idź sobie, dopóki jeszcze masz szansę, albo zawołam służących, któ­rzy cię zatrzymają i oddadzą miejscowemu szeryfowi. Wy­znaczono cenę za twoją głowę i wielu z radością otrzyma tę nagrodę.

Przeszedł przez komnatę i zatrzymał się na wprost obu kobiet.

- Tym razem nie dam sobie pokrzyżować planów, mada­me - powiedział. - Pamiętaj o tym i nie zapominaj o mojej sile. Mój zdradziecki brat przyrodni stał się wdowcem. Gdyby nie był w Londynie w chwili, gdy przybyłem do Hartsfield, zabiłbym także i jego. Jego żona była cał­kiem ładną kobietą. Chłostałem ją aż do krwi, aż zaczęła błagać o litość. Wtedy zmusiłem ją do tego samego, do cze­go zmusiłem ciebie, ale jej ustom i językowi daleko było do zręczności twoich, mój skarbie. A kiedy skończyła, po­folgowałem sobie w normalny sposób. Ależ krzyczała, ale chyba jeszcze głośniej, gdy wtargnąłem w nią z drugiej stro­ny. Widać mój brat nigdy tego nie robił. A kiedy nacieszy­łem się już jej wdziękami, poderżnąłem jej gardło i zosta­wiłem, żeby skonała w kałuży krwi. Ostatnią rzeczą, jaką uczyniłem przed opuszczeniem mojego domu, było udu­szenie jej maleńkiego synka. Nie pozwolę, żeby potomko­wie mojego brata bękarta skalali dom St. Denis.

- A gdzie była służba, kiedy robiłeś to wszystko, panie? - zadała pytanie Skye, niepewna, czy ma mu wierzyć.

- W wiosce na targu - odpowiedział. - Pozwoliła pójść wszystkim, głupia, łagodna istota. Ale i tak zmarnowałem tu dzisiaj zbyt wiele czasu. Muszę dopełnić zemsty, a po­tem zniknąć na dobre. Biżuteria, którą masz na sobie, ma­dame Skye, na pewien czas zapewni mi wszelkie wygody. - Uśmiechnął się i przysunął bliżej, wyciągając rękę, by za­brać jej ciężki, złoty łańcuch z szafirowym wisiorem.

Jasmine była oszołomiona po wysłuchaniu historii opo­wiedzianej przez Piersa St. Denis. Usłyszała głos babki.

- Powiedziałam ci kiedyś, panie, że nie jesteś dość spryt­ny, aby mierzyć się ze mną - rzekła Skye i jej ręka wykonała tak szybki ruch, że Jasmine nie mogła uwierzyć w to, co widzi. Sztylet, który pojawił się nie wiadomo skąd, wbił się prosto w serce Piersa St. Denis. Skye uśmiechnęła się do niego, jednocześnie przekręcając ostrze, aby dokonać jak największych szkód i zapewnić szybką śmierć ofiary. - Nie pozwolę ci zniszczyć życia mojej ukochanej dziewczyn­ki - stwierdziła twardo Skye.

Osunął się na podłogę z wyrazem zdumienia. Potem ży­wy blask zgasł w jego jasnoniebieskich oczach i Piers St. Denis wydał ostatnie tchnienie. Nie żył.

Jasmine głośno wypuściła powietrze.

- Babciu! - udało jej się wykrztusić.

Czerwony Hugh wpadł do pokoju i zaklął na widok ciała.

- Jezu! Dlaczego zawsze, kiedy jesteś w niebezpieczeń­stwie, milady, nie ma mnie w pobliżu? - Na chwilę przy­klęknął koło ciała.

- Nie żyje - potwierdziła Skye. - Dostał się tutaj, bo otwarto drzwi, żeby przewietrzyć dom, a w holu nie było służących. Od dzisiaj zawsze ktoś musi tam czuwać. - Usia­dła ciężko. - Przynieś mi trochę wina, człowieku. Właśnie zabiłam syna samego diabła.

Czerwony Hugh podniósł się.

- Whisky będzie lepsza, madame - rzekł, nalewając jej troszkę trunku. - Proszę to wypić do dna, a potem naleję pani więcej.

Skye zastosowała się do jego zaleceń. Z ulgi zrobiło jej się słabo.

Wziął od niej kieliszek i nalał drugą porcję.

- Jeszcze jeden - powiedział. Starsza pani była blada. - Świetnie to zrobiłaś, madame. Nie miał najmniejszych szans, kiedy ugodziłaś go swoim ostrzem. Nie wiedziałem, że nosisz przy sobie broń - dodał.

- Ciężko się pozbyć starych nawyków - zauważyła Skye. - Zawsze, od czasów dzieciństwa w Irlandii, mam przy so­bie sztylet. - Spojrzała beznamiętnie na ciało Piersa St. Denis. - Pozbądź się tego, Czerwony Hughu. Zabierz zwło­ki na plebanię i każ pochować w niepoświęconej ziemi. To był zły człowiek i nawet jeśli Bóg mu wybaczy, my nie wybaczymy. - Wstała. - Chodź, kochane dziecko, pomóż mi wejść po schodach. Mam dość emocji na jeden dzień. Czy przyjdzie kiedyś taki czas, żebym miała zupełny spokój? Nie. Znam odpowiedź na to pytanie i słyszę śmiech twoje­go dziadka, wykpiwającego moją głupotę. Nie ma spokoju dla Skye O'Malley, dopóki nie umrze i nie zostanie pocho­wana.

- Jesteś pewna, że wtedy znajdziesz wreszcie spokój? - zapytała żartobliwie Jasmine, gdy wchodziły po schodach.

- Pewnie nie, moja droga księżno, pewnie nie - rzekła Skye i roześmiała się razem ze swoją ukochaną Jasmine.


Queen's Malvern

Noc Świętojańska, rok 1623

EPILOG

Stara kobieta umierała. Oczywiście nie powiedzieli jej tego, ale z jakiego innego powodu zebrałyby się teraz w Queen's Malvern wszystkie jej dzieci ze współmałżonka­mi, potomstwem i wnukami? Nawet jej najstarszy syn, Ewan, mający już sześćdziesiąt siedem lat, przybył z Irlan­dii, żeby ją godziwie pożegnać. Na Boga! Czyż to było tak dawno, kiedy rodziła go w owym pełnym przeciągów wa­rownym budynku, który O'Flaherty'owie zwali domem? Pomagała jej tam wówczas jej siostra Eibhlin, a po kolej­nych dziesięciu miesiącach na świat przyszedł Murrough.

Minęło tyle lat. Tyle wspaniałych przygód. Przeżyła wszystkich. Swoich mężów. Swoich kochanków. Bess Tudor. Królowa była jej wielkim przyjacielem. I zaciekłym wrogiem. Skye doszła do wniosku, że nie żałuje niczego. Przeżyła w pełni swoje życie, dobrze wychowała dzieci, stworzyła przedsiębiorstwo handlowe, które zapewniło im wszystkim bogactwo. I kochała. Poczynając od pierwszej, niewinnej miłości do Nialla Burke'a, ojca Deirdre i Padraica, po ostatnią do Adama de Marisco. Tak! Kochała moc­no i była kochana przez nich wszystkich.

Na jej prośbę zasłony przy łóżku zostały odsunięte, żeby mogła wyglądać przez otwarte okna. Oczywiście Willow chciała, by okna były pozamykane, a zasłony zaciągnięte, ale Skye protestowała. To Robin, jej kochany Robin, uchy­lił zarządzenia swojej najstarszej siostry, dodając reszcie rodzeństwa odwagi, aby stanęli po jego stronie. Willow za­czynała siwieć. Stara kobieta pomyślała, że nie powiedzia­ła córce prawdy o ojcu i że oszczędzi jej wiedzy o tym, iż ów „szanowany hiszpański kupiec" z Północnej Afryki, które­go uważała za sprawcę swojego poczęcia, w rzeczywistości był renegatem, znanym pod imieniem Khalida el Beya, Króla Dziwek Algieru. Na chwilę staruszka zatrzęsła się ze śmiechu. Ale taka wiedza zniszczyłaby biedną Willow, a Skye nie chciała mieć nic takiego na swoim sumieniu w chwili, gdy wybierała się, żeby stanąć przed Stwórcą. Nie było nic złego w nieświadomości córki, zresztą udało jej się utrzymać ten sekret przez sześćdziesiąt trzy lata. Nawet Daisy nic nie wiedziała.

Daisy Kelly, jej wierna garderobiana i najdroższa, zaufa­na przyjaciółka i powiernica. Niewiele ponad rok temu umarła nagle i odtąd nic już nie było takie, jak dawniej. Po prostu pewnego wieczoru położyła się do łóżka i już się nie obudziła. Młoda Nora była wielką pomocą dla starej kobiety, ale to nie było to samo. Nora nie spędziła młodo­ści ze swoją panią, nie dzieliła z nią przygód ani sekretów. Nie. To nie było to samo i już nigdy nie będzie. Jej czas dawno minął. Spojrzenie Skye powędrowało ku oknu. Zbliżał się zachód słońca. Na niebie zaczynały się pojawiać złote, lawendowe, różowe, szkarłatne i pomarańczowe smugi. Pomyślała, że to najpiękniejszy zachód słońca, jaki widziała w życiu. Niedługo na wzgórzach pojawią się ognie świętojańskie. To była najbardziej magiczna noc.

- Babciu? - Jasmine złożyła pocałunek na czole starusz­ki. - Jak się czujesz?

- Zmęczona - odpowiedziała.

Jasmine. Najdroższa Jasmine, jak nazywał ją mąż. Jej ulubiona wnuczka. Ani trochę się nie wstydziła, że kocha Jasmine bardziej niż inne wnuki. Przybyła miesiąc temu, żeby spędzić w Anglii lato ze swoim ukochanym Jemmie'em i ośmiorgiem dzieci. India, mająca teraz już piętna­ście lat, była wielką pięknością, czternastoletni Henry sta­nowił wierną kopię swojego ojca, trzynastoletnia Fortune wyrosła ze swojej źrebięcej niezgrabności i wyglądało na to, iż wkrótce będzie rywalizować urodą z Indią. Charlie, nie do końca królewski Stuart, miał już jedenaście lat i tak jak starszy brat był wykapanym obrazem swojego ojca. I w końcu czwórka małych Lesliech: Patrick, Adam, Duncan i najmłodsza latorośl, Janet Skye, która przyszła na świat sześć miesięcy temu, dokładnie w dniu osiemdzie­siątych drugich urodzin Skye.

Znów odwróciła się do okna i wtedy ich zobaczyła, zbli­żających się do niej od strony zachodzącego słońca. Niall Burke wyglądał tak jak w chwili, gdy go po raz pierwszy uj­rzała, z gładko wygoloną, ogorzałą twarzą i krótko obcięty­mi włosami, równie czarnymi, jak jej własne. Był jej ojciec i Eibhlin, która się do niej uśmiechała. I Khalid el Bey, z pociągłą twarzą i dobrze utrzymaną czarną brodą, z tymi swoimi bursztynowymi oczami osłoniętymi nieprzyzwoicie gęstymi rzęsami, których mu zawsze zazdrościła. Był też Geoffrey Southwood, szczupły, jasnowłosy, arogancko przystojny, z zielonymi śmiejącymi się oczami. I jej ukocha­na Daisy! Nie stara i zasuszona, jak w zeszłym roku, ale z rumianymi policzkami, wszystkimi zębami, znów młoda. Skye wysilała się, żeby widzieć wszystkich, ale kogoś brako­wało.

- Chodź, malutka, czas już na nas.

Otworzyła szeroko oczy. Stał tuż przed nią i wyciągał do niej rękę.

- Adam! - szepnęła, sięgając po jego dłoń. Jasmine spoglądała na nią z niepokojem.

Skye wstała z łóżka, rozkochanym spojrzeniem obejmu­jąc ich wszystkich, z promiennym uśmiechem. Jej serce przepełnione było głęboką, czystą radością. Naturalnie bę­dzie tęskniła do swoich dzieci i wnucząt, ale pewnego dnia spotka się z nimi. Teraz jednak otwierały się inne drzwi. Wzywała ją nowa, wspaniała przygoda. Nigdy nie bała się nowych wyzwań, więc z zapałem przyjęła zaproszenie.

- Panowie, prowadźcie! - zawołała, wzięła pod ramię Adama de Marisco i Geoffreya Southwooda i pospiesznie ruszyła w stronę zachodzącego słońca, drogą ku wieczno­ści, bez cienia żalu, nie oglądając się wstecz.

- Jemmie! - Jasmine przyłożyła rękę do serca, czując ból rozłąki. Przejęta spojrzała w górę na męża.

- Tak, odeszła, najdroższa Jasmine - rzekł łagodnie, ota­czając ją ramionami. - Odeszła od nas. Nie płacz, kocha­nie. Nie życzyłaby sobie tego. Chciałaby, żebyś była tak dzielna, jak ona.

- Mówią, że jestem do niej podobna - łamiącym się gło­sem powiedziała Jasmine. - Chciałabym, żeby to była prawda, ale to niemożliwe. Nigdy nie będzie drugiej takiej kobiety, jak Skye O'Malley, Jemmie. Nigdy!

James Leslie, książę Glenkirk, pochylił się i łagodnie za­mknął niewidzące, błękitne oczy staruszki. Dostrzegł na jej twarzy ślad uśmiechu. Pomyślał, że musiała być szczęśliwa, odchodząc. Tak. Nigdy nie będzie drugiej takiej kobiety, jak Skye O'Malley. Niech cię Bóg prowadzi, Skye, rzekł w myślach. Niech cię Bóg prowadzi, dopóki się znów nie spotkamy!


Wyszukiwarka

Podobne podstrony:
Small Bertrice Dziedzictwo Skye 01 Prawdziwa milosc
Small Bertrice Dziedzictwo Skye 02 Urzeczona
Small Bertrice Dziedzictwo Skye 05 Nazajutrz
Small Bertrice Dziedzictwo Skye 02 Urzeczona
Small Bertrice Dziedzictwo Skye 06 Złośnice
Small Bertrice Dziedzictwo Skye 05 Nazajutrz
Small Bertrice Dziedzictwo Skye 05 Nazajutrz
Small Bertrice Dziedzictwo Skye 04 Królewska intryga
Small Bertrice Dziedzictwo Skye 03 Pod naporem uczuc
Bertrice Small Dziedzictwo Skye 05 Nazajutrz
PRAWDZIWA MIŁOŚĆ NIE WYCZERPUJE SIĘ NIGDY REFLEKSJE NA PODSTAWIE LEKTURY MAŁY KSIĄŻE
Prawdziwa miłość, S E N T E N C J E, E- MAILE OD PANA BOGA
Prawdziwa milość
kolokwium 19 01 11, Zaliczenie poprawkowe z materiałoznawst

więcej podobnych podstron