Allison Margaret Zadanie milosci


Margaret Allison

Żądanie miłości

(A Single Demand)

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Cassie Edwards zanurzyła stopy w piasku i popijając colę, obserwowała mężczyznę za barem, nalewającego drinki. Przypominał jej królewicza z bajki o Kopciuszku. Wysoki, o królewskiej postawie, z ciemnobrązowymi włosami i oczami, przy których widoczne zmarszczki świadczyły, że często się uśmiecha. Miał postawę atlety. Ubrany był w miękką lnianą koszulę, wyłożoną na wyblakłe dżinsy.

Chociaż nie zamieniła z nim ani słowa, czuła, jak jakaś magnetyczna siła przyciąga ją do niego, nie pozwalając oderwać wzroku. Pomyślała nawet, że chciałaby być z takim mężczyzną. Czuć jego dotyk. Całować go. Należeć do niego.

Cassie rozejrzała się po restauracji. Była ona usytuowana bezpośrednio na plaży, z barem pod gołym niebem, obramowanym białymi światłami. Kelnerzy i kelnerki mieli na sobie oryginalne stroje hawajskie. To wszystko wydawało się Mekką romantyzmu. Wszędzie widać było zakochane pary, trzymające się za ręce, całujące się lub przytulone do siebie.

Cassie poczuła się bardzo samotna. Bahamy to nie jest miejsce dla złamanych serc, pomyślała.

Ale nie mogła myśleć o swoim byłym narzeczonym, czy też pozwolić sobie na niewinny flirt. Nie przyjechała tutaj szukać miłości.

Przyjechała, by spotkać się z Hunterem Axonem, jednym z najbardziej bezwzględnych biznesmenów i niegodziwców na świecie.

Było to dziwne zadanie dla kobiety niemającej biznesowego doświadczenia, pracującej jako tkaczka w starej, zabytkowej fabryce tekstylnej.

- Czy życzysz sobie jeszcze jedną colę?

Cassie uniosła głowę i poczuła mrowienie na całej długości kręgosłupa, gdy rozpoznała w pytającym mężczyznę zza baru, mężczyznę, którego przed chwilą podziwiała. Gdy spojrzała w jego brązowe oczy, odpłynął od niej cały świat. Co on robi przy jej stoliku? Nie jest przecież kelnerem. Cassie potrząsnęła głową.

- Nie, dziękuję.

Mężczyzna zawahał się przez moment. A potem wskazał na jej aparat fotograficzny.

- Dużo zrobiłaś zdjęć? Flirtował z nią.

Niestety, Cassie nie umiała flirtować. Nigdy nie miała nawet do tego okazji. Jej rodzina, podobnie, jak rodzina Olivera, przeznaczyła ich sobie od momentu, gdy się urodzili, w tym samym szpitalu, w odstępie dwóch dni.

Gdy dorastała, wszyscy chłopcy w Shanville wiedzieli, że jest dziewczyną Olivera Demiona, i była dla nich nietykalna.

Cassie poczuła zdenerwowanie. Jak ludzie to robią?

- Nie - mruknęła. - To znaczy tak.

Mężczyzna uśmiechnął się.

- Czy byłaś na dole, na rafach? Potrząsnęła głową.

- Robiłam zdjęcia na plaży. Lubię fotografię abstrakcyjną. Rodzaj uchwycenia istoty, a nie rzeczywistości. Wiesz, co mam myśli? Promieniowanie, ale nie koniecznie... - Co z nią? Dlaczego mówi, jak zwariowany profesor?

- Jesteś poważnym fotografikiem. Roześmiała się.

- Teraz już nie. Poszłam do szkoły, żeby studiować sztuki piękne, jak przerwałam studia. - Ponieważ rozchorowała się moja babcia i musiałam wrócić do domu, żeby jej pomóc. Poszłam więc do pracy do fabryki mojego narzeczonego, a następnie on zerwał zaręczyny tuż przed sprzedażą fabryki, w której zatrudniony był prawie każdy mieszkaniec miasta.

Na szczęście, wszystkie te detale zachowała przy sobie.

- Teraz to tylko moje hobby.

Milczał przez chwilę, patrząc na nią. Czuła, jak ją bada, prawie rozbiera oczami. Boże drogi, jaki on przystojny! Przełknęła ślinę i odwróciła od niego spojrzenie.

- Powiedz mi coś więcej o sobie.

- Dobrze - zgodziła się potulnie. Czy spodziewał się, że rzeczywiście powie mu coś więcej? Zaprosi go, żeby usiadł? Nie potrafiła. A może jednak potrafi?

W końcu nie była już zaręczona. Po raz któryś przypomniała sobie ten dzień. Ciągle czuła się winna. I to nie miało nic wspólnego z jej dawnym związkiem.

Znowu spojrzała na barmana. Jak mogła być wesoła, kiedy miała przed oczami zatroskane twarze swych przyjaciół?

Jak mogła się zrelaksować, kiedy wiedziała, że musi wrócić do Shanville i ich rozczarować?

Jak zakończy się to kłopotliwe położenie?

Jeszcze kilka miesięcy temu myślała, że zna siebie dobrze i widziała przed sobą przyszłość. Była zaręczona i miała wyjść za mąż. Miała pracę, którą kochała, i mieszkała w mieście, które lubiła. Ale w mgnieniu oka wszystko się zmieniło.

Z perspektywy czasu nie dziwiła się, że Oliver zerwał zaręczyny. W ich związku pojawiły się problemy, odkąd Oliver przejął fabrykę. Już kilka lat temu Cassie sama zerwałaby zaręczyny, gdyby nie obawa o zdrowie babci, która podkreślała, że ich narzeczeństwo jest jedyną rzeczą, która rozświetla jej ostatnie dni.

Chyba go nie kochała. Dorastali razem, chodzili razem do szkoły, a w wakacje pracowali w tkalni ramię przy ramieniu. Kiedy Oliver objął tkalnię, zmienił się. Jego obsesją stały się pieniądze. Było oczywiste, że Oliver śni o czymś wielkim, że nie zadowoli go mała fabryczka.

Po pewnym czasie stało się również jasne, że nie odpowiada mu ożenek z dziewczyną z małego miasta, która pracuje jako tkaczka w jego rodzinnej fabryce. Nie byłby szczęśliwy, żyjąc w Shanville. Był pewien, że jego przeznaczeniem jest szukanie miłości i fortuny gdzie indziej.

Cassie nigdy nie spodziewała się, że Oliver tak bardzo gardzi Shanville. Nigdy również nie przypuszczała, że jej ukochane miasto zostanie przez niego zniszczone.

A dokładnie tak się stało.

Oliver tak nieudolnie zarządzał tkalnią, że doprowadził ją do finansowej ruiny. Kiedy Cassie była pewna, że już gorzej być nie może, on zdradził Shanville i ludzi, którzy go kochali. Oświadczył, że chce sprzedać fabrykę Hunterowi Axonowi.

Hunter Axon. Drań. Był znany z tego, że zbił fortunę, skupując małe, upadające firmy, po czym zwalniał pracowników i przenosił produkcję za granicę.

Sprzedaż fabryki była dużym zaskoczeniem dla każdego, nawet dla Cassie.

Jak Oliver to zaaranżował? Jak przekonał Huntera Axona do kupienia fabryki, która od kilku lat nie przynosiła zysków?

W końcu znalazła odpowiedź.

Oliver natknął się na patent produkcji miękkiego i chłonnego materiału, odpowiedniego dla sportowców i ochroniarzy. Nie spożytkował tego patentu, by podźwignąć upadłą fabrykę, bo stał się zbyt zachłanny.

Toteż Cassie nie miała wyboru. Musiała spotkać się sama z Hunterem Axonem. Była przekonana, że fabryka jest do uratowania, gdyby zaczęła produkować ów materiał.

Cassie podjęła swoje oszczędności z banku i znalazła się tutaj. Ale jej misja nie była łatwa. Recepcjonistka Huntera odprawiła ją z kwitkiem. Zdesperowana, poszła do jego domu, ale i stamtąd została odprawiona.

Dzisiaj, w wigilię swojego powrotu do domu, zmuszona była spojrzeć prawdzie w oczy. Nic już nie uratuje zabytkowej tkalni. Stare krosna, zamiast trafić do muzeum, pójdą na złom.

Cassie spojrzała na rachunek. Dwadzieścia cztery dolary. Dwadzieścia dolarów więcej, niż powinna wydać. Spojrzała na wodę w kolorze akwamaryny i palmy poruszane ciepłą, lekką bryzą.

Postanowiła posiedzieć tu jeszcze chociaż parę minut. Podniosła do ust pustą szklankę po coli. Była w niej jeszcze na wpół rozpuszczona kostka lodu. Oparła się wygodnie o oparcie krzesła i zapatrzyła w czerwoną tarczę słońca zanurzającego się w Atlantyku.

- Czy mogę kupić pani drinka? - usłyszała tuż obok siebie chrapliwy głos.

Cassie aż podskoczyła. Niestety nie był to mężczyzna zza baru. Był to korpulentny blondyn ubrany w sportowe letnie ubranie. Od noszenia okularów przeciwsłonecznych miał wokół oczu owalne, jasne plamy, które upodabniały go do czerwonego szopa.

- Nie, dziękuję - odpowiedziała. Przełknęła kostkę lodu. - Właśnie wychodzę.

- Taka piękna dziewczyna jak pani nie może być sama.

- Słucham?

- To zbrodnia, że tak jest. Ale mam dobre wieści. Nie będzie już pani sama. - Podniósł do góry kciuk w kierunku jakichś mężczyzn, siedzących przy barze.

- Przepraszam - powiedziała Cassie. - Muszę już iść.

- Och, chodź - powiedział. - Pozwól, że kupię ci drinka.

- Nie, dziękuję.

Otworzyła portfel, żeby zapłacić za colę i zanim się spostrzegła, on chwycił jej paszport.

- Panna Edwards, zamieszkała przy Hickamore 345, Shanville, stan Nowy York.

- Proszę mi to oddać.

- Jest pani daleko od domu, panno Edwards.

- Proszę to zwrócić - Cassie wstała i rozejrzała się wokół. Wszystkie pary zajęte były sobą i nikt nie zwracał na nią uwagi.

Mężczyzna podniósł paszport do góry i trzymał go nad głową. Spojrzał na swoich przyjaciół przy barze. Uśmiechali się do niego zachęcająco.

- Oddam za całusa - powiedział. Zanim zdążyła się cofnąć, chwycił ją w talii i przyciągnął do siebie. - Jeden całus.

- Czy masz jakieś problemy? - odezwał się za nią głos. Mężczyzna opuścił rękę. Cassie odwróciła się i napotkała spojrzenie brązowych oczu mężczyzny zza baru.

- Żaden problem - powiedział blondyn. - Ta dama upuściła paszport. To wszystko. - Cisnął go na stolik. Rzucał nerwowe spojrzenia w kierunku kumpli, którzy dalej siedzieli przy barze, patrząc teraz w swoje szklaneczki i udając, że nie widzą, co dzieje się z ich kolegą.

Oczy barmana zapłonęły. Podszedł do intruza i powiedział groźnym głosem:

- Wynoś się stąd natychmiast. Nie chcę robić przedstawienia. Jednak - powiedział, rozkładając ręce - jeśli będzie to potrzebne...

Zanim skończył, intruz zniknął. Również jego przyjaciele z baru.

- Czy wszystko w porządku? - spytał łagodnie.

- Tak.

- Jeśli chcesz do kogoś zadzwonić, to masz do dyspozycji mój telefon.

- Zadzwonić do kogoś?

- Do kogoś, kto przyjedzie i zabierze cię do domu.

- Nie - powiedziała.

- Dobrze więc, zadzwonię po taksówkę. Przypomniała sobie, że nie ma pieniędzy.

- Dziękuję. Mieszkam niedaleko. Chętnie się przespaceruję.

- A gdzie mieszkasz?

Zawahała się. Zdała sobie sprawę, że nie może mu powiedzieć. Ani dlatego, żeby nie zobaczył, w jakim hotelu mieszka, ani dlatego, że go nie znała, chociaż kilka minut wcześniej marzyła o nim. Prawda była jednak taka, że Cassie Edwards była jeszcze dziewicą w wieku dwudziestu trzech lat. I była narzeczoną Olivera Demiona.

Byłą narzeczoną, uprzytomniła sobie.

- Jeszcze raz dziękuję. Patrzył na nią w milczeniu.

Cassie wzięła ze stolika aparat fotograficzny.

- Czy mogę cię prosić... - zawahała się.

- O co?

- Chciałabym zrobić ci zdjęcie.

Patrzył na nią tak, jakby taką prośbę usłyszał pierwszy raz w życiu.

- Zrobię bardzo szybko - powiedziała.

- Oczywiście. - Zgodził się i stał przez chwilę bez ruchu. Cassie szybko ustawiła odpowiednie parametry i pstryknęła zdjęcie.

- Wspaniale. Dziękuję.

- Nie ma za co.

Zastanawiała się, czy będzie stał tutaj, dopóki nie odejdzie. Wyjęła z portfela pieniądze i położyła na stoliku.

- Tak jak powiedziałam, jestem zapalonym fotografem - zaczęła. - Odkąd dostałam aparat...

Ale mówiła do powietrza. Barman zniknął.

Spojrzała w stronę baru, ale i tam go nie było.

Westchnęła. Miała szansę i straciła ją. Jeszcze raz spojrzała w stronę baru i odwróciła się, by odejść. Nagle zatrzymała się. Jej barman stał niedaleko od niej, oparty o pień palmy. Trzymał ręce w kieszeniach i patrzył na wodę.

Czy powinnam przyspieszyć kroku i udać, że go nie zauważyłam, czy zacząć z nim rozmowę, myślała zdenerwowana.

Ale on odwrócił się do niej i uśmiechnął, jakby na nią czekał.

- W którym kierunku idziesz?

- Tą drogą - wskazała w lewo.

- Ja też. Czy mogę iść z tobą?

Roześmiała się nerwowo.

- Oczywiście.

- Jesteś na Bahamach w interesach czy dla przyjemności?

- W interesach - odparła.

- Co robisz?

Zawahała się. Nie chciała mówić o tkalni. Nie dzisiejszego wieczoru. Nie w tym magicznym, pięknym miejscu. Dzisiaj była Kopciuszkiem na balu.

- Nie możesz mi powiedzieć czy nie chcesz?

- Przyjechałam tu na spotkanie.

- Spotkanie? To brzmi tajemniczo.

- Zapewniam cię, że nie. - Uśmiechnęła się do niego. - A ty, jak zauważyłam, pracujesz w barze. Jak długo tu mieszkasz?

- Około dziesięciu lat.

- Jakież to piękne miejsce!

- Chyba tak. - Zatrzymał się przy małej przystani. - Muszę sprawdzić łódź. Jeśli się nie spieszysz, to może pójdziesz ze mną? - poprosił.

Raz jeszcze zawahała się. Jedna jej część chciała spędzić z nim jak najwięcej czasu, a druga mówiła, że powinna go zostawić.

- Muszę przyznać się do oszustwa - powiedział nieznajomy. - Nie chciałem, byś samotnie wracała do hotelu. Na plaży po zachodzie słońca jest niebezpiecznie.

Cassie spojrzała wzdłuż plaży i wydało się jej, że słyszy męskie głosy, może nawet należące do jej prześladowcy i jego przyjaciół?

Rzeczywiście nie powinna wracać samotnie do hotelu, ale czy przyjęcie zaproszenia od nieznajomego nie będzie większym niebezpieczeństwem?

- Dobrze - powiedziała, nagle zdecydowana.

Poszła za nim, a kiedy doszli na miejsce, stwierdziła, że nie jest to łódź, ale duży jacht.

O jego rozmiarach przekonała się, kiedy przy pomocy nieznajomego znalazła się na pokładzie. Wnętrze wyglądało tak elegancko, że tylko brakowało lokaja w smokingu. Była to taka łódź, którą sprzedawało się i kupowało wraz z załogą.

- Należysz do załogi? Zawahał się.

- Kiedy zachodzi taka potrzeba.

- Mam nadzieję, że to przyjemna praca. Roześmiał się po raz pierwszy, odkąd opuścił bar.

- Gdzie są wszyscy?

- Teraz na jachcie mieszka tylko jeden człowiek, ale pojechał na tydzień do Ohio, żeby odwiedzić matkę.

- A właściciel nie mieszka na jachcie?

- Nie - odpowiedział, uśmiechając się ponownie.

- Mogę obejrzeć jacht?

- Oczywiście, będę twoim przewodnikiem.

Przeszła za nim przez mahoniowe drzwi do kuchni. Jej wnętrze musiało być zaprojektowane przez dobrego dekoratora. W drzwiach sypialni zatrzymała się. Sięgnęła do draperii, żeby sprawdzić materiał.

- Jedwabny żakard - powiedziała, nie zdając sobie sprawy, że mówi głośno.

- Co?

- Ten materiał jest tkany ręcznie. Jest bardzo drogi.

- Skąd to wiesz?

Zaczerwieniła się.

- Fotografowałam taki materiał.

- Rzeczywiście jesteś poważnym fotografikiem.

- Teraz już nie.

- Dlaczego nie?

- Wcześniej myślałam, że chcę zostać fotografikiem. Robiłam zdjęcia wszystkiego i wszystkim.

- Brzmi interesująco. Skinęła głową.

- Studiowałam sztuki piękne w college'u.

- Ale?

- Ale przeszkodziło mi życie. Zachorowała moja babcia.

- I nigdy już nie wróciłaś?

- Nie, ponieważ babcia mnie potrzebowała. I wtedy, kiedy ona nie... Wszystko się zmieniło.

- To niedobrze.

- Wcale nie - zaprzeczyła. - Jestem szczęśliwa i zadowolona z drogi, którą idę. Może to nie ta droga, którą kiedyś wybrałam, ale nie żałuję niczego. A ty?

- Czy żałuję? - potrząsnął głową. - Przynajmniej nie dzisiaj - uśmiechnął się. Wyszli na pokład.

- Nie ma tu basenu? - zakpiła. - Ani sali balowej?

- Obawiam się, że nie.

- Tak myślałam - powiedziała, wzruszając ramionami.

- Czy bardzo się spieszysz? - spytał. Potrząsnęła głową.

Wskazał jej wygodne krzesło.

- To może usiądź, a ja przygotuję drinka. Czy napijesz się szampana?

Skinęła głową.

Wrócił po chwili z butelką szampana i dwoma kieliszkami. Otworzył butelkę, nalał szampana do kieliszków i podał jej jeden z nich.

- Wszystkiego najlepszego - powiedział, unosząc swój kieliszek.

Cassie oparła się o krzesło i wdychała słone powietrze.

- Tak miło. Nawet nie chce mi się myśleć, że jutro wracam do domu.

- Gdzie jest twój dom?

- W Nowym Jorku - odparła.

- Tam mieszka twoja rodzina?

- Moi rodzice umarli, kiedy byłam jeszcze mała i wychowywali mnie dziadkowie. Dziadek umarł dziesięć lat temu, a moja babcia... - zawahała się - kilka miesięcy temu.

- Przykro mi - powiedział. Widziała w jego oczach czułość, aż zachciało się jej płakać. - To musiało być dla ciebie straszne.

- Tak - potwierdziła. Miała ochotę opowiedzieć mu całą swą historię, ale powstrzymała się.

- Jesteś zamężna?

Wypiła łyk szampana i powiedziała:

- Prawie byłam.

- Prawie?

- Byłam zaręczona, ale nic z tego nie wyszło.

- Więc to jest ta przyczyna.

- O czym mówisz?

- To dlatego byłaś dzisiaj taka smutna.

- Dzisiaj?

- Obserwowałem cię. Obserwował ją. Interesował się nią.

- Obserwowałeś mnie?

- Wyglądałaś tak, jakbyś miała ochotę się rozpłakać.

- Może myślałam o mojej babci, ale na pewno nie o nim.

- Przykro mi - powiedział.

- Dość mówienia: przykro mi. Zaczynam się czuć, jak jakiś wyjątkowy przypadek. W każdym razie skończyłam z nim. Myślę, że wszystko dzieje się z jakiegoś powodu.

- Zgadzam się, ale zawsze jest trudno powiedzieć komuś bliskiemu do widzenia.

- To prawda - westchnęła. - Ale niektóre rzeczy można przeżywać łatwiej, a inne trudniej.

- Jakie?

- Jak porzucenie cię dla innej kobiety. - Nie powinna o tym mówić. Nie potrafi trzymać języka za zębami.

Ale miała sposobność porozmawiania o tym z kimś, kto nie znał ani jej, ani jego, ani ich stosunków.

- Opuścił cię dla innej kobiety? - spytał z niedowierzaniem. Nazywała się Willa Forchee, była starsza o dziesięć lat od Olivera i pracowała jako wiceprezes w Axon Enterprises. Oliver twierdził, że zakochał się po raz pierwszy w życiu.

Ale Cassie nie rozczulała się nad sobą. Cały swój gniew wyładowywała w pracy, wykonując ją ze zdwojoną siłą.

- Przy... - zaczął, ale Cassie położyła mu palec na ustach.

- Proszę, nie mów więcej, że ci przykro.

Odsunął jej palec od ust, ale go nie puścił. Zaczął go głaskać a Cassie pomyślała, że jest to bardziej zmysłowe niż pocałunek. Było to bardzo intymne, a oni właściwie się nie znali.

- A co z tobą? Masz żonę czy może przyjaciółkę?

- Nie mam. Dużo pracuję.

- Pewnie wiele kobiet spotykasz w barze.

- Ale zazwyczaj nie umawiam się z nimi na randki.

- Zazwyczaj?

- Są wyjątki od reguły. - Uśmiechnął się. - Jesteś głodna? Widziałem, że w barze nic nie jadłaś.

Faktycznie, pomyślała. Pieniądze przeznaczone na obiad wydała na colę.

- Trochę - przyznała.

- Chodź do kuchni, zobaczymy, co jest do jedzenia.

Weszła za nim do obszernej kuchni.

- Ładna zmywarka - zauważyła.

- Dziękuję. Pierwszy raz to usłyszałem.

- Moja zmywarka się zepsuła i teraz zwracam na nie szczególną uwagę. - Mogłaby wymienić mu całą listę urządzeń, które jej się ostatnio zepsuły. - Gdzie są ludzie, którzy posiadają takie wspaniałe zmywarki? Spojrzał na nią z wahaniem.

- Stoją przed tobą. - Co?

- To moja łódź.

Zaczęła się śmiać. A więc był również zabawny. Elegancki i zabawny. Miła kombinacja.

- Wobec tego musisz dużo gotować w tej kuchni.

- Nie - odparł. - Zazwyczaj robi to mój kucharz. Znowu się roześmiała. Dawno nie było jej tak wesoło. Nie mogła sobie nawet przypomnieć, kiedy ostatnio ona i Oliver cieszyli się własnym towarzystwem. Od dziecka byli najlepszymi przyjaciółmi. Miasto, w którym mieszkali, uważali za piękne. W zimie chodzili na łyżwy, a w lecie pływali i łowili ryby w strumieniu.

Kiedy Oliver skończył college, zmienił się bardzo. Nie satysfakcjonowały go już spokojne obiady domowe, wolał jeść w restauracji. Chłopiec, który nosił dżinsy i podkoszulki, zaczął nosić garnitury szyte na miarę i robić sobie manicure. Rozmawiał zazwyczaj o pieniądzach albo o tym, kto dostał pracę i za ile, kto jeździł jakim samochodem.

Babcia broniła go. Mówiła, że mu to przejdzie.

Teraz Cassie zdała sobie sprawę, że jednak nie to było powodem, że oddalili się od siebie. Po prostu kochała go jedynie jak siostra brata. Ale była z nim szczęśliwa, chociaż w pierwszym momencie zakwestionowała ich młodzieńczą decyzję wzięcia ślubu. Oliver był jednak nieustępliwy. Tłumaczył, że są sobie przeznaczeni. Teraz, z perspektywy czasu, uważała, że wtedy desperacko pragnął przekonać sam siebie. Zaakceptowała jego plany. W końcu, babcia liczyła na to, a Cassie miała nadzieję, że po ślubie wszystko się jakoś ułoży. Kiedy Oliver zerwał zaręczyny, ulżyło jej, chociaż było to brutalne.

- Hej - zawołał barman. - Znowu jesteś smutna? - Dotknął czule jej policzka.

Spojrzała na niego, starając się wyczytać coś z jego oczu. Ileż to czasu minęło, odkąd mężczyzna dotknął jej tak czule. Nie mogę się rozpłakać, pomyślała. Nie teraz.

- On był głupcem - powiedział mężczyzna, przypuszczając, że ciągle żałuje swojego narzeczonego. - Zasługujesz na coś lepszego.

- Wcale mnie nie znasz.

- Jestem tu z tobą i to ma znaczenie.

Jak mogła być smutna, kiedy królewicz stał obok niej? Miała tylko jedną noc, zanim kareta zamieni się w dynię.

- A więc - powiedziała wesoło. - Co twój kucharz przygotował dzisiaj do jedzenia?

Wzruszył ramionami i otworzył lodówkę.

- To, co przygotował, należy tylko podgrzać.

- Jesteś pewien, że właściciele nie będą mieli nic przeciwko zjedzeniu ich obiadu?

Kiedy odwrócił się i spojrzał na nią, dodała:

- Nie chcę, żebyś miał przeze mnie kłopoty.

- Gwarantuję ci.

- Co gwarantujesz? Będziesz miał kłopoty czy nie?

- Czy mówimy o obiedzie? - spytał, zakładając za ucho kosmyk jej włosów.

Poczuła suchość w gardle. Uśmiechnął się i zaczął przygotowywać obiad. Gotowe dania wyłożył na talerze i zapalił świece. Cassie zajęła miejsce z widokiem na morze i rozejrzała się. Wszędzie było pusto.

- Gdzie się wszyscy podziali?

- To jest prywatna przystań - powiedział.

Jedzenie było znakomite. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak bardzo była głodna. Od śniadania nic nie jadła. Zajęta jedzeniem, nie spostrzegła nawet, że on na nią patrzy i uśmiecha się. Było w nim coś królewskiego, jakby rzeczywiście był księciem.

- Przepraszam - powiedziała.

- Za co?

- Za moje maniery. Okazało się, że byłam bardziej głodna, niż myślałam.

- Masz doskonałe maniery. - Dolał szampana do kieliszków.

- Skąd pochodzisz? - spytała.

- Urodziłem się w Maryland. Ale kiedy miałem dziesięć lat, mój ojciec stracił pracę i przeprowadziliśmy się na małą wyspę niedaleko stąd.

- To jak do raju.

- Być może, ale nie była ona dla mnie rajem, kiedy dorastałem. Ciężko zarabiać na życie jako rybak, a szczególnie wtedy, gdy nie ma się doświadczenia.

- Byłeś jedynakiem?

- Tak. Moja mama umarła, gdy byłem mały. Zostałem z ojcem i babcią.

- Babcią?

- Ojciec uważał, że potrzebuję kobiecej ręki, i sprowadził babcię z Francji. Nigdy nie nauczyła się mówić po angielsku.

- Uśmiechnął się. - A ty też jesteś jedynaczką?

- Tak - odpowiedziała. Ale nigdy nie czuła się samotnie. Shannille było małym miastem, z domami w stylu wiktoriańskim i krótką Main Street. Ona sama urodziła się i mieszkała w domu położonym kilka ulic od Main Street i niedaleko od tkalni. Jej współtowarzysze z pracy, jak również sąsiedzi, byli dla niej jak rodzina. Byli to ludzie, którzy od urodzenia ją znali, ludzie, którzy wspierali ją w dobrym i złym, ludzie, którzy jak ona pracowali w tkalni i byli z niej dumni.

- Zjadłaś już? - spytał spokojnie.

- Tak - odpowiedziała.

- Chodź ze mną. Teraz pora na deser - powiedział i wziął ją za rękę.

ROZDZIAŁ DRUGI

Cassie nie protestowała. Zanim zeszli z łodzi i wyszli z portu, mężczyzna zrzucił z nóg buty.

- Zrób to samo.

- Dokąd idziemy?

- Chcę ci dostarczyć prawdziwego tropikalnego przeżycia.

- Co?

- Zaufaj mi.

Zastanawiała się, dlaczego ma zdjąć pantofle, aleje zdjęła i poszła za nim w kierunku plaży.

- Co ty robisz? - spytała, gdy podszedł do palmy i potrząsnął nią.

- Nic takiego - powiedział, podnosząc orzech kokosowy. Wyjął nóż, zrobił nim otwór w skorupie i podał owoc Cassie.

- Napij się.

Przyłożyła orzech do ust i zaczęła pić słodki, przezroczysty płyn.

- Smakuje ci?

Skinęła głową i oddała mu orzech.

- Jeśli masz ochotę, wypij wszystko.

- Nie - powiedziała. - Jest smaczny, ale byłby lepszy z sokiem jabłkowym lub rumem.

Wtedy on podniósł orzech do ust i wypił resztę płynu.

- To był właśnie deser - stwierdził. Uśmiechnęła się.

- To było wyśmienite, ale dlaczego zdjęliśmy buty? Ponownie wziął ją za rękę i poprowadził w kierunku brzegu.

Ciepła woda wymieszana z piaskiem przepłynęła jej między palcami.

- Przyjemnie, prawda? - spytał, wskazując na stopy.

Roześmiała się. Podniosła orzech do góry, starając się zasłonić tarczę księżyca.

- Co robisz?

- Byłoby wspaniałe zdjęcie. Orzech kokosowy, zasłaniający księżyc i światło promieniujące zza niego.

- Czy chcesz, bym pobiegł po aparat?

- Nie - odpowiedziała.

- No to chodź - powiedział.

- Gdzie mamy iść? - spytała.

- Absolutnie nigdzie.

Ruszyli spleceni ramionami. Mijali podobne pary i uśmiechali się. Łatwo było uwierzyć, że oni też są parą, pomyślała Cassie.

Mąż i żona, narzeczeni, kochankowie.

- Tu jest mój hotel - stwierdziła.

- Ale twoje buty i aparat są na łodzi.

- Słusznie - uśmiechnęła się.

- Będziemy chyba wracać - zauważyła.

Nic nie odpowiedział, tylko wpatrywał się w nią z ogniem w oczach.

- Mój Boże, jaka ty jesteś piękna. Zaczerwieniła się i z trudem przełknęła ślinę.

- Mogę cię pocałować? - spytał miękko.

Skinęła głową i odwróciła do niego twarz. Przycisnął swoje usta do jej warg i pozbawił ją oddechu.

Automatycznie odpowiedziała na pocałunek i objęła go za szyję. Jego język wślizgnął się do jej ust, badając wszystkie ich zakamarki. Głęboko i zmysłowo. Ten pocałunek nie był podobny do żadnego z jej wcześniejszych pocałunków.

Co ona zrobiła? Prawie go nie znała. Było to przyjemne, ale dokąd ją to zaprowadzi?

Ale nie mogła teraz o tym myśleć. Chciała zamknąć oczy i cieszyć się obecnością tego przystojnego mężczyzny, który trzymał ją mocno przy sobie.

Zanim się spostrzegła, byli już z powrotem przy łodzi. Westchnęła z żalu, że to koniec ich spotkania. Podniosła pantofle.

- Potrzebuję jeszcze aparat fotograficzny.

- Dobrze - odpowiedział. Wdrapał się na pokład i podał jej rękę.

Wiedziała, że powinna iść już do domu. Ich wspólny wieczór dobiegł końca. Ale zanim zdążyła coś powiedzieć, powędrował delikatnie palcem wokół jej twarzy.

- Nie odchodź - powiedział, oddychając głęboko. Nic nie rzekła, tylko go pocałowała.

Odpowiedział powoli i delikatnie, jakby całowali się wcześniej co najmniej milion razy.

Poczuła, jak świat zawirował wokół niej.

Oderwała się od niego i wzięła kilka głębokich oddechów.

Czuła, że następny pocałunek sprawi, że nie będzie zdolna pójść już nigdzie.

- Mam... wczesny... lot i naprawdę powinnam pójść... Nie miała jednak szansy na dokończenie zdania, ponieważ pocałował ją znowu, tym razem mocniej.

Wszystkie jej zmysły oszalały. Chciała, żeby jej dotykał, trzymał przy sobie całą noc. Chciała czuć jego usta na swoich do końca życia.

W końcu przestał ją całować.

- Dokończ chociaż szampana - powiedział.

Spojrzała na stół. Butelka szampana stała w na wpół roztopionym lodzie.

- To byłby wstyd zostawić taki dobry szampan - powiedziała w końcu.

Uśmiechając się poprowadził ją do stołu. Przysunął swoje krzesło bliżej do niej i napełnił kieliszki szampanem. Siedzieli w milczeniu, ciesząc się swoim towarzystwem.

- Gdyby to była moja łódź, nigdy bym jej nie opuściła - powiedziała Cassie w zamyśleniu.

- Nie?

- Nie, ponieważ nie mogę sobie wyobrazić piękniejszego miejsca.

- Szczególnie w nocy - powiedział. - Rzadko jestem sam na łodzi, ale kiedy to się zdarzy, lubię tu siedzieć i patrzeć w gwiazdy.

- Kiedyś próbowałam sfotografować nocne niebo.

- I co?

- Stwierdziłam, że niektórych rzeczy nie można uchwycić.

Dotknął jej policzka.

- Zostań ze mną - poprosił cicho.

- Gdzie? - spytała. Przecież to nie była jego łódź. Czy ma pozwolenie na spanie tutaj? Musi wiedzieć wszystko, Panini podejmie decyzję.

- Tutaj, na łodzi. Nikogo więcej tu nie będzie. Nic złego się nie stanie.

Było to kuszące, ale...

- Jestem... nie jestem gotowy powiedzieć ci dobranoc. Ona też nie była.

- Dobrze - zgodziła się. Pocałował jej rękę.

- Dziękuję. - Wziął ją na ręce i zaniósł do sypialni. Pomyślała, że musi być doświadczony w takich sprawach.

W jakich sprawach? Czego się bała? Przecież zapewnił ją, że nic się nie stanie. Ale ona chciała, żeby coś się stało. Przełknęła ślinę.

- Hej - powiedział miękko. - Czy wszystko w porządku?

- Oczywiście - powiedziała. To ma się stać teraz lub nigdy.

Odgarnął włosy z jej twarzy.

- Jeśli wolisz, wrócimy na pokład.

Chyba nie powinna być dumna, że w wieku dwudziestu trzech lat jest jeszcze dziewicą. W przyszłym roku skończy dwadzieścia cztery lata. Może to rekord i powinna zostać wpisana do księgi Guinnessa?

- Chcę zostać z tobą.

Znowu pocałował jej rękę.

- Jesteś pewna, że tego chcesz?

- Tak.

- Chcę leżeć koło ciebie przez chwilę. Chcę czuć cię obok siebie.

Uśmiechnęła się, żeby ukryć zdenerwowanie.

Delikatnie masował jej ramiona i całował ją. Wydawał się czekać na jej przyzwolenie, zanim zrobi następny krok. Kiedy westchnęła z pożądania, dopiero wtedy zaczął odkrywać jej ciało. Jego ręce krążyły po niej, a każde ich dotknięcie wzmagało jej odczucia. Jednym ruchem zdarł z siebie ubranie i już po chwili czuła jego nagie ciało na swoim.

Ogarnęło ją szaleństwo. Krzyknęła z rozkoszy, ale on po chwili zatrzymał się.

- Przykro mi - powiedział. - Nie wiedziałem, że jesteś...

- Nie przerywaj - wyszeptała - proszę.

Zawahał się, jakby nie był pewny, co robić. Wtedy ona uniosła biodra i przyjęła go głębiej.

Ból otworzył jej drogę do przyjemności. Intensywnej i prymitywnej. Czuła, jak poruszał się w niej wolno i delikatnie. Cassie nie była przygotowana na tak intensywne przeżycia. Teraz obydwoje zależeli od siebie.

Kiedy nasycili się sobą, pocałował ją w policzek i palcem obrysował jej usta.

- Czy wszystko w porządku?

- Nawet lepiej - uśmiechnęła się.

- Jesteś dziewicą.

- Byłam.

Ponownie podniósł jej rękę do ust.

- Gdybym wiedział, nigdy nie prosiłbym cię o zostanie ze mną.

- Jestem zadowolona, że ci nie powiedziałam.

Uśmiechnął się, ale wyglądał na człowieka z poczuciem winy.

- Czekałaś, żeby kochać się po raz pierwszy po ślubie?

Skinęła głową.

- Czy myślałaś, że to wyleczy twoje złamane serce?

- Moje serce nie jest złamane. - Przynajmniej jeszcze nie teraz, pomyślała.

Obudziła się rano na kołyszącej się łodzi. Spojrzała za siebie i zobaczyła go śpiącego, na wpół przykrytego. Odwróciła się zawstydzona.

Jak mogła być zażenowana, kiedy byli ze sobą tak blisko, i to dwa razy.

Westchnął i poruszył się przez sen.

Zamarła.

Musi wyjść, zanim on się obudzi. W końcu co miałaby mu powiedzieć? Nie chciała słuchać obietnic, że zadzwoni i będzie z nią w kontakcie. To by wszystko zrujnowało, a tak będzie się jej wydawać, że miała piękny sen.

Wyskoczyła z łóżka. Do odlotu samolotu miała mniej niż godzinę.

ROZDZIAŁ TRZECI

Cassie patrzyła na zimną kawę w filiżance. Trudno było jej uwierzyć, że poprzedniego dnia była na Bahamach. Dwadzieścia cztery godziny wcześniej kochała się z mężczyzną, którego imienia nawet nie znała.

A teraz siedziała w sali posiedzeń naprzeciwko swojego byłego narzeczonego. Już samo spotkanie było dla niej niemiłe, a nieprzyjemność pogłębiał fakt, że Oliverowi asystowała jego obecna dziewczyna, nienagannie ubrana blondynka, Willa, która była popleczniczką Huntera Axona.

Jeśli Oliver czuł się nieswojo w towarzystwie byłej narzeczonej i kobiety, dla której ją porzucił, to nie dawał tego po sobie poznać.

- Willa powiedziała mi, co zrobiłaś.

- O czym ty mówisz? - spytała Cassie.

- Recepcjonistka Axona powiedziała Willi o twojej małej podróży na Bahamy.

To dlatego chciał ją widzieć. Kiedy przyszła do tkalni dziś rano, powiedziano jej, że Oliver chce się z nią zobaczyć.

- To nie był sekret - odpowiedziała. - Chciałam się spotkać z Hunterem Axonem.

- Wiem o tym! Myślisz, że możesz robić coś po kryjomu? Wiem wszystko, co się dzieje. - Nie wszystko, pomyślała, wspominając swoją romantyczną noc, której nie zapomni do końca życia.

- Jak mogłaś mi to zrobić? - spytał Oliver. - Wiesz dobrze, jak ważna jest dla mnie ta transakcja.

Czy on oszalał? Czy uważa, że to była jej osobista zemsta?

- To nie miało nic wspólnego z tobą - zapewniła go.

- Co więc?

- Chodzi mi o zachowanie sposobu na życie, zachowanie tradycji, która była przekazywana z pokolenia na pokolenie.

- Och, proszę cię, Cassie, mówisz, jak profesor historii. To jest biznes, który od wielu lat nie przynosi zysku.

- A czyja to wina? - powiedziała, patrząc na niego zwężonymi oczami.

- Czy wiesz, jaki jestem szczęśliwy, że mogę to sprzedać? I to takiej firmie, o znanej renomie? - Zaczerwienił się, a każde słowo pogłębiało jej frustrację.

Patrzyła na niego i zastanawiała się, jak mogła kiedyś myśleć o poślubieniu go. Siedział przed nią całkiem obcy człowiek.

- Powinieneś być szczęśliwy, bo nie spotkałam się z Axonem. Próbowałam, ale nie chciał mnie widzieć.

- Wiemy o tym - stwierdziła Willa.

Wyciągnęła wypielęgnowaną dłoń i oparła ją na ramieniu Olivera.

- Pozwól mi porozmawiać z Cassie sam na sam. - Uśmiechnęła się. - Prywatnie.

Oliver spojrzał na Willę rozmarzonym wzrokiem. Może rzeczywiście ją kocha, pomyślała Cassie. Na nią nigdy tak nie patrzył. Ale nie była zazdrosna.

Oliver wyszedł z pokoju.

- Słuchaj, Cass - powiedziała Willa protekcjonalnym tonem.

- Cassie - poprawiła ją.

- Cassie - powtórzyła Willa. - Wiem, co się z tobą dzieje.

Cassie spojrzała na nią zaskoczona.

- Co się ze mną dzieje?

- To rewanż. Czysty i prosty.

- Rewanż? - Cassie poczuła się tak, jakby ta kobieta ją uderzyła. Willa była tak samo zła, jak Oliver. - To nie miało nic wspólnego z rewanżem.

- To o co chodzi?

- O to, że miasto nie może pozwolić sobie na utratę tkalni. Willa westchnęła dramatycznie.

- Cass, Cassie, chcę prowadzić z tobą interesy. Rozmawiałam z Hunterem i zapewnił mnie, że nie każdy będzie zwolniony. Jestem w stanie zagwarantować ci pracę... ale pod jednym warunkiem.

- Jakim?

- Pomożesz nam przeprowadzić tę transakcję tak łatwo, jak to tylko możliwe.

- Jaką transakcję?

- Sprzedaż. Hunter Axon przyjeżdża tutaj, żeby ubić interes. Chcę, żebyś obiecała, że nie będziesz się... wtrącała.

Cassie siedziała nieruchomo. Nie obawiała się Willi. Była na nią zła. Zdała sobie sprawę, dlaczego nie mogła spotkać się z Hunterem Axonem. Jego asystentka, zgodnie z poleceniem Willi, nie dopuściła do tego.

- Czy uprzedziłaś swoich ludzi, że przejeżdżam i nakazałaś im, żeby nie dopuścili do mojego spotkania z panem Axonem?

- Pracuję dla niego. Moim zadaniem jest przygotowanie transakcji, żeby poszła gładko. Słuchaj, Cassie, jest mi przykro z powodu Olivera. Naprawdę jest mi przykro. Ale radzę ci przyjąć to, co oferuję.

Willa oferowała jednotygodniową odprawę pieniężną za każdy rok pracy dla każdego pracownika tkalni, ale to nie gwarantowało przetrwania fabryki. Była ona największym zakładem w Shanville. Jaki rodzaj pracy mogliby wykonywać ludzie, którzy całe życie spędzili przy krosnach? I gdzie mogliby znaleźć taką samą pracę?

- Mam zamiar zaryzykować.

- Nie masz pojęcia, z kim chcesz zadrzeć. Myślisz, że zainspirujesz pana Axona swoją małą, łzawą historią? On dba tylko o pieniądze. - Uśmiechnęła się, ale nie był to miły uśmiech. Był to uśmiech, który mógł spowodować więdnięcie kwiatów i zamarzanie wody. - Znam go od lat i wiem, że jest najlepszy w interesach, ale nie jest miły, gdy ktoś stanie mu na drodze.

- Chcę z nim tylko porozmawiać.

- Jeśli sprawisz mu kłopoty i zainteresujesz tym media, to zgniecie cię jak robaka. Rozumiesz mnie?

Ręka Cassie automatycznie powędrowała do dekoltu, gdzie zawsze znajdował się naszyjnik ze złotym serduszkiem, który nosiła od dziecka i który zgubiła na Bahamach. Był to zaręczynowy prezent ojca dla jej matki.

- Nie boję się go.

- Jesteś więc głupsza, niż myślałam. Pozwól, że będę szczera - powiedziała Willa, dotykając jej lodowatą dłonią. - Jeśli będziesz się upierała przy swoim, to cofnę obiecaną odprawę.

- Nie dbam o twoją nędzną odprawę.

- Jestem tego pewna. Ale co będzie z... - wzięła z biurka teczkę i wyjęła z niej listę pracowników - Luanną Anderson? Wiem, że jej córka ma problemy, czyż nie? Jaka to będzie szkoda, gdy zostanie bez pracy i bez odprawy.

- Straszysz, że nie zapłacisz odprawy Luannie?

- Nie tylko jej. - Willa spojrzała znowu na listę. - Może również Mabel, Larryemu. Tak - powiedziała, odkładając listę.

- Nie możesz tego zrobić - krzyknęła Cassie.

- Ja nie mogę, ale Hunter tak.

Cassie przełknęła ślinę.

- W tej szczególnej sytuacji zamierzam uchronić Huntera przed kłopotami. Jeśli spróbujesz spotkać się z nim, kiedy on tu przyjedzie, osobiście odwołam odprawy. Dlaczego nie chcesz pieniędzy? Mogłabyś pojechać do tej swojej szkoły artystycznej.

Cassie czuła, jak płoną jej policzki. Oliver rozmawiał o niej z tą kobietą.

- Czy zrozumiałyśmy się? - spytała Willa.

- Zrozumiałyśmy? Tu nie chodzi o mnie, o ciebie lub Olivera. Tu chodzi o łudzi, którzy tracą jedyne źródło utrzymania.

- Marnujesz tylko mój czas - powiedziała Willa. - Zaproponowałam ci interes.

- A ja mam stać spokojnie i patrzeć, jak niszczysz miasto i doprowadzasz do finansowej ruiny moich przyjaciół?

- Trochę dramatyzujesz, ale w zasadzie tak.

Cassie wstała.

- Już skończyłaś?

- Oczywiście. - Willa wyciągnęła do Cassie rękę. - Podziwiam cię jednak i mam nadzieję, że to, co łączyło cię w przeszłości z Oliverem, nie przeszkodzi nam w zostaniu przyjaciółkami.

Hunter spojrzał na zegarek. Jego lot opóźniał się z powodu szalejącej burzy. Ale się nie spieszył. Nienawidził opuszczać Bahamy i nienawidził myśli, że jest mała szansa na to, żeby odnaleźć dziewczynę.

- Nigdy jej pan nie znajdzie - powiedział detektyw, którego wynajął. - To jest tak, jak szukanie igły w stogu siana. Jak znaleźć kobietę, nie znając nawet jej imienia?

Ale Hunter nie chciał uwierzyć, że to beznadziejna sprawa. Sięgnął do kieszeni i wyjął z niej jedyną pamiątkę, która pozostała mu po cudownej dziewczynie. Naszyjnik, który znalazł na jej poduszce.

Zacisnął go w ręce i jeszcze raz stwierdził, że musi ją odnaleźć. Ale gdzie? Szukał jej wszędzie. Do diabła, dlaczego nie spytał jej o nazwisko?

Ona również nie znała jego nazwiska.

W barze, który był jego własnością, znalazł się przypadkowo. Poszedł tam, żeby porozmawiać ze swoim pracownikiem.

Zaintrygowała go Cassie samotnie siedząca przy stoliku. Była cudownie piękna ze swoją kremowobiałą skórą i zielonymi oczami. Burza rudawobrązowych włosów opadała jej na plecy. Figurę miała jak balerina, z długimi, smukłymi nogami.

Ale nie tylko uroda przyciągnęła jego spojrzenie, dziewczyna siedziała wpatrzona w wodę, jakby w niej pogrążył się cały jej świat. Kiedy podszedł do stolika i próbował z nią rozmawiać, zdał sobie sprawę, że bierze go za barmana.

W końcu to nie miało dla niego znaczenia. W miarę upływu czasu przekonał się, że jest bardzo samotna i ma złamane serce. Ale nie przyjechała tutaj, żeby zrelaksować się w ramionach innego mężczyzny. Nie szukała towarzystwa.

Była dziewicą.

Wiedział, że nigdy nie powinien z nią spać. Dlaczego zostawiła go, nie mówiąc nawet do widzenia?

Czy wybrała go z powodu samotności? Desperacji?

Ku swemu zaskoczeniu obudził się z nieprzepartą chęcią zobaczenia jej znowu. Kiedy stwierdził, że odeszła, wypełniła go rozpacz.

Od wielu lat żadna kobieta nie wywarła na nim takiego wrażenia. Miał wiele kobiet, ale nigdy nie był z nimi zbyt blisko. Kiedy był jeszcze młody i naiwny, zakochał się w Lizie. Planowali wspólną przyszłość. Ale kiedyś wrócił wcześniej do domu i zastał ją w łóżku z innym mężczyzną. Był to jego szef. Wyszła potem za niego, a Hunterowi powiedziała, że nigdy nie mogłaby poślubić biedaka. Jeszcze teraz brzmiały mu w uszach jej słowa. Wkrótce stał się bogatym człowiekiem, a jak słyszał, Liza nie była szczęśliwa w małżeństwie. Pieniądze nie dały jej szczęścia.

Samolot w końcu wystartował, a kiedy dotknął ziemi, Hunter zobaczył, że w Shanville leży śnieg.

ROZDZIAŁ CZWARTY

- Czy ciągle masz zamiar porozmawiać z panem Axonem? Cassie spojrzała na przyjaciółkę, którą znała przez całe życie. Nie mogła znieść rozczarowania Frances. Frances Wells miała sześćdziesiąt pięć lat i jak większość ludzi w Shanville, żyła od wypłaty do wypłaty. Gdyby straciła pracę w tkalni, nigdzie by już innej nie znalazła.

Niestety, Frances nie była jedyna. Większość pracowników miała około pięćdziesiątki lub więcej. Cassie była młoda, mogła się wyprowadzić z miasta, ale oni nie mogli.

- Nie mogę ryzykować waszej przyszłości.

- Ale jest Oliver. On ciebie kocha.

- Nie - powiedziała szybko Cassie. - Teraz myślę, że nigdy mnie nie kochał. Nawet gdybym na niego naciskała, to i tak na nic by się to zdało, ponieważ on nie ma już żadnego wpływu. Kierownictwo przekazał Axon Enterprises.

- Nie wiem, jak Oliver mógł do tego dopuścić.

- Myślę, że to dla niego żadna różnica.

Frances uśmiechnęła się.

- Przynajmniej jestem szczęśliwa, że tobie się ułożyło.

- Co masz na myśli? - spytała Cassie, - Możesz wziąć pieniądze i wyjechać do szkoły - powiedziała kobieta, uśmiechając się smutno. - Nie pasowałaś do tkalni, Cassie. Nigdy nie pasowałaś. Powinnaś robić zdjęcia. Pracować dla National Geographic lub w jakimś innym miejscu, gdzie mogłabyś realizować swoje marzenia.

- Och, Frances. Byłabym szczęśliwa, gdybyście wszyscy mogli zachować swoje miejsca pracy.

- Co ty mówisz? Już jako mała dziewczynka kochałaś aparat fotograficzny.

Cassie wzruszyła ramionami.

- Wszystko, o czym teraz myślę, to tkalnia.

- To i tak stałoby się wcześniej czy później. Wiara, że Oliver poradzi sobie z tkalnią, była głupotą.

- Myślę, że mógłby, gdyby chciał.

- Nonsens - powiedziała Frances. - Wiesz tak samo jak ja, że Oliver zawsze stawiał na swoim. - Objęła Cassie ramieniem i uścisnęła. - Przynajmniej mogę spać spokojniej, wiedząc, że twoje sprawy idą ku lepszemu.

- To znaczy?

- Zawsze uważałyśmy z twoją babcią, że Oliver nie jest odpowiednim mężczyzną dla ciebie.

- Co? A ja myślałam, że babcia go kochała.

- Kochała go, jak się kocha krnąbrne dziecko. Wiedziała, że przez całe życie byliście przyjaciółmi, ale poważnie martwiła się o twoją przyszłość.

Czy to była prawda? Czy było to kolosalne nieporozumienie? Obie, ona i babcia, usiłowały wierzyć w to, że Oliver jest odpowiednim narzeczonym.

Ale jakie to miało teraz znaczenie? Babcia odeszła, a Oliver był zaręczony z kim innym. A ona ruszyła się z miejsca przy pomocy barmana z Bahamów.

Minęło tyle dni, odkąd się rozstali, a Cassie nie mogła przestać o nim myśleć. Wszystko go jej przypominało. Tęskniła za nim.

Powinna to zwalczyć. Przecież to była tylko jedna noc z nieznajomym. Zbliżenie bez zobowiązań. Pożądanie bez miłości. Nawet nie znała jego imienia.

Więc dlaczego nie mogła o nim zapomnieć?

Gdy patrzyła na swojego eks-narzeczonego, nie czuła nic poza irytacją, ale kiedy patrzyła na zdjęcie barmana, które zrobiła mu na plaży, była bliska płaczu. Miała nadzieję, że jeszcze go zobaczy.

Ale czy on ją pamięta?

Chyba nie. Jego doświadczenie z kobietami rzucało się w oczy. Pewnie znalazł już sobie inną kobietę do łóżka. Weszła za Frances do stołówki. Pracownicy stali tam, upchnięci jak bydło. Przed tłumem znajdowały się trzy krzesła. Oliver i Willa siedzieli po bokach pustego krzesła, jakby czekali na króla. Po chwili Oliver wstał i powiedział:

- Pan Axon jest spóźniony, ale dzwonił do mnie, że wkrótce tu będzie. - Nagle twarz mu się rozjaśniła. - O, właśnie już tu jest.

Cassie odwróciła się. Nie kto inny, tylko jej barman, szedł w jej kierunku.

Hunter szedł przez salę, starając się nie dopuścić do kontaktu wzrokowego z obecnymi tu ludźmi. Wcześniej wiele razy był w takiej sytuacji. Wiedział, jakie pytania będą mu zadane i że ludzie nie otrzymają takiej odpowiedzi, jakiej by chcieli. Planował zamknąć tkalnię w ciągu sześciu miesięcy. Wszyscy otrzymaliby hojną odprawę pieniężną. Zgodnie z rozeznaniem Willi, w okolicy Shanville każdy miał szansę na znalezienie innej pracy.

Spojrzał na Olivera, który zerwał się na nogi i zaczął bić brawo.

Brawa? To była przesada.

- Powstrzymaj się, proszę - powiedział Hunter. Oliver był dziecinny, jeśli myślał, że ci ludzie będą go witali oklaskami. Willa powiedziała mu, że już zostali poinformowani o jego intencjach.

Twarz Olivera spoważniała i usiadł na krześle.

- Czy miałeś przyjemny lot?

- Nie - odparł Hunter.

Następnie odwrócił się w stronę tłumu.

- Przepraszam was za czekanie. Mój lot był opóźniony z powodu złej pogody. Wiem, że macie do mnie wiele pytań. Obiecuję, że na każde z nich odpowiem. - Rozejrzał się po sali. To nie będzie łatwe, pomyślał. Większość audytorium stanowili starsi ludzie. Tego się nie spodziewał. Młodsi zazwyczaj z ochotą przyjmowali odprawę pieniężną, bo dostarczała im środków do rozpoczęcia nowego, może lepszego życia. Ale ci będą mieli problemy ze znalezieniem nowej pracy. - Może na początek powiem wam kilka słów o mojej firmie...

Przerwał. Zobaczył ją. Stała na końcu sali i patrzyła na niego, jakby zobaczyła ducha. Była tutaj.

Uciekaj.

Cassie odwróciła się i pobiegła w stronę drzwi. Była to instynktowna reakcja. Uciekała tak szybko, jakby od tego zależało jej życie.

Spała z Hunterem Axonem. Kiedy to sobie uprzytomniła, poczuła następny przypływ energii. Ruszyła ku schodom, a serce waliło jej jak młotem. Straciła dziewictwo z Wrogiem Publicznym Numer Jeden. Z człowiekiem, który zamykał tkalnię i wyrzucał z pracy jej przyjaciół.

Zaczęła zbiegać po schodach.

- Poczekaj!

Brzmienie tego głosu zatrzymało ją w miejscu. Ale nie na długo. Zaczęła znowu biec.

- Poczekaj - krzyknął znowu, przeskakując po dwa stopnie na raz. Chwycił ją za ramię i zatrzymał. - Szukałem cię wszędzie.

Spojrzała na niego z wyraźną męką na twarzy, ale uwierzyła mu. Prawie.

- Hunter Axon? - spytała.

Uśmiechnął się i wyciągnął do niej rękę.

- Miło mi cię poznać. A ty jesteś... ?

Patrzyła w jego brązowe oczy i jej zdenerwowanie zaczęło ustępować.

- Cassie Edwards.

- Cassie - powiedział, patrząc z czułością w jej oczy. - Co tutaj robisz?

- Pracuję tutaj - powiedziała, opuszczając głowę.

- Nie rozumiem.

- Poleciałam na Bahamy, żeby się z tobą spotkać.

- Co? - spytał, a mięśnie jego szczęk się zacisnęły. Nie został poinformowany o jej wizycie. - Dlaczego?

- Chciałam porozmawiać z tobą o twoich planach co do tkalni. Przez dwa dni próbowałam się z tobą spotkać. Byłam u ciebie w biurze i nawet w domu.

- Więc, kiedy zobaczyłaś mnie w barze...?

- Nie wiedziałam, kim jesteś. Nigdy nie przypuszczałam... - przełknęła ślinę.

- Zbieg okoliczności - powiedział i zrobił krok do tyłu, jakby oblała go zimną wodą.

- Tak - powtórzyła spokojnie.

Usłyszeli otwieranie drzwi i po chwili stukot wysokich obcasów na schodach.

- Hunter? Hunter? - to był głos Willi.

Cassie natychmiast przypomniała sobie jej groźby. Jeśli zobaczy ją, rozmawiającą z Hunterem, wycofa odprawy pieniężne.

- Muszę już iść - powiedziała i odwróciła się, by odejść.

- Cassie! - krzyknęła Willa, zatrzymując ją. - Poczekaj. Hunter westchnął, jakby zniecierpliwiony jej ingerencją.

- Co się tu dzieje? - spytała Willa.

- Właśnie... - zaczął Hunter.

- Pan Hunter szuka męskiej toalety - powiedziała Cassie - i ja wyjaśniłam mu, że właśnie ją minął. Jest na górze, na prawo od drzwi.

Hunter spojrzał na nią dziwnie.

- Czy to prawda? - spytała Willa.

- Skąd mogłem o tym wiedzieć. Nigdy tu nie byłem - powiedział wzruszając ramionami.

Cassie pohamowała śmiech.

- Ulżyło mi, że wszystko z tobą w porządku - powiedziała Willa z promiennym uśmiechem. - Byłam zaniepokojona, kiedy opuściłeś audytorium w połowie zdania.

- Byłem do tego zmuszony przez nagłą potrzebę... - spojrzał na Cassie - skorzystania z toalety.

- Jak już powiedziałam, na górze i na lewo. Nie może pan jej przeoczyć.

- Dziękuję - odpowiedział. - Proszę przeprosić pracowników i wyjaśnić sytuację - zwrócił się do Willi.

- Oczywiście - odpowiedziała Willa. Hunter pobiegł w górę po schodach.

- Myślałam, że nie spotkałaś się z Hunterem na Bahamach.

- Zarzucasz mi kłamstwo? - spytała Cassie.

- Bo zdziwiło mnie to, co przed chwilą zobaczyłam.

- Nie rozmawiałam o tkalni, jeśli tak bardzo cię to niepokoi.

- Dlaczego miałoby mnie to niepokoić. W końcu doszłyśmy do ugody. Nie chciałabyś chyba zobaczyć ludzi bez pracy i pieniędzy.

- Tak - odpowiedziała Cassie. - Masz rację. Willa wahała się przez chwilę.

- Cassie - powiedziała w końcu. - Cieszę się, że przeprowadziłyśmy ze sobą tę rozmowę i chcę ci powiedzieć, że ci ufam. Oliver i ja urządzamy dzisiaj, w posiadłości Olivera, małe przyjęcie dla Huntera.

W posiadłości? Cassie nie mogła powstrzymać uśmiechu. Dom Demionów stał na wzgórzu, z którego rozciągał się widok na całe Shanville, ale trudno było nazwać go posiadłością. Został zbudowany przez jakąś bogatą rodzinę w połowie osiemnastego wieku. Składał się z dwudziestu dwóch przestronnych pokoi z dziesięcioma sprawnymi kominkami. Oliver sprowadził się do niego wiele lat temu, kiedy jego rodzice przenieśli się na Florydę, a jemu zostawili prowadzenie tkalni.

- Może przyjdziesz?

Cassie spojrzała na nią. Co to miało znaczyć? Czy zamierzała zachęcić ją do rozmowy z Hunterem?

- Będzie również gubernator.

Gubernator? Może on pomoże utrzymać tkalnię. Było to warte sprawdzenia. Willa zabroniła jej rozmawiać z Hunterem Axonem, ale nie z gubernatorem.

- Dziękuję - powiedziała Cassie. - Przyjdę z przyjemnością.

- No to dobrze. I wiesz Cassie, to będzie oficjalne przyjęcie, więc ubiór jest...

- Oficjalny - dokończyła Cassie.

- Właśnie - przytaknęła Willa z uśmiechem czyhającego kota.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Jeszcze nie jest za późno zrezygnować, pomyślała Cassie.

Spojrzała na „posiadłość” Demionów. Granitowy wiktoriański budynek nigdy nie wyglądał pogodnie, ale teraz w świetle księżyca wydawał się domem, w którym straszy.

Przez okna widziała sylwetki poruszających się ludzi.

Kim oni byli?

Po co przyjechali do Shanville?

Żeby spotkać bezlitosnego Huntera Axona?

Zbieg okoliczności, powiedział.

Nie powinien wyglądać i zachowywać się jak książę.

Wzięła głęboki oddech i zadzwoniła do drzwi.

- Cześć, Cassie - przywitała ją Willa. - Proszę, wejdź. Cassie weszła. Skrzywiła się, gdy spojrzała, w co ubrana jest Willa i nie tylko ona. Wszyscy goście ubrani byli w codzienne ubrania. Tylko kelnerzy nosili smokingi. I Oliver. Chociaż miał na sobie zwykłe spodnie i koszulę, to dla podkreślenia odświętności dnia, zawiązał na szyi krawat z Ascot. Otworzył szeroko oczy, kiedy ją zobaczył. Podszedł do niej ze szklaneczką martini w ręce.

- Cassie? - spojrzał na nią skonfundowany. - Co tutaj robisz? - Jego twarz wyrażała coś pomiędzy ciekawością a horrorem.

- Willa mnie zaprosiła - odparła Cassie niepewnie, - Tak - przyznała Willa. - Byłam w trudnej sytuacji. Cassie była tak miła, że zgodziła się mi pomóc.

- Nie nadążam - powiedział Oliver. - Dlaczego ubrałaś się w sukienkę, którą miałaś na balu szkolnym?

Cassie nagle zapragnęła zniknąć stąd i przenieść się do własnego domu.

- Jedna ze służących zachorowała. Cassie ma ją zastąpić - wyjaśniła Willa.

Było gorzej, niż myślała. Willa nie zaprosiła jej jako gościa, tylko jako służącą.

- Mam nadzieję, że nie zrozumiałaś mnie źle, Cassie. Wiedziałaś, że poprosiłam cię tu do pracy? - spytała Willa.

- Oczywiście - szybko potwierdziła Cassie. Nie pozwoli Willi, Oliverowi, czy Hunterowi pokazać, że coś się stało. Chociaż była tkaczką, to w każdym calu była od nich lepsza. Zdjęła palto i zaczęła zawijać rękawy.

- Jestem gotowa - powiedziała do Willi.

- Hej - usłyszała za sobą znajomy głos. Poczuła, jak oblewa ją fala gorąca. Chociaż robiła wszystko, by o nim zapomnieć, to całe jej ciało pamiętało jeszcze jego dotyk.

- Możesz rozpocząć pracę od wzięcia płaszcza od pana Axona - zwróciła się Willa do Cassie. - Witaj w skromnym domu Olivera - dodała, podając rękę Hunterowi.

Cassie odwróciła się do niego. Ubrany był w elegancki garnitur, wykrochmaloną koszulę i jasnoniebieski, jedwabny krawat. Jego ubranie emanowało pieniędzmi, potęgą i prestiżem. Patrzył na nią, a jego oczy pytały: Co tutaj robisz? Willa pomogła mu zdjąć płaszcz i podała go Cassie.

- Czy mogę ci zaproponować coś do picia? - spytała.

- Poproszę wodę - odpowiedział, patrząc ciągle na Cassie.

- Dzień dobry, panie Axon. Miło znowu pana widzieć - zwróciła się do niego Cassie.

- Mnie również - odpowiedział.

Ale to spotkanie nie było jej miłe. Było okropne.

- Słyszałaś, o co prosi pan Axon? Ja natomiast proszę trochę szampana - powiedziała, wręczając Cassie pusty kieliszek.

O co chodzi?

Hunter patrzył za odchodzącą Cassie, a potem ze złością spojrzał na Willę. Dlaczego traktowała Cassie jak służącą?

Chciał pobiec za Cassie, ale powstrzymał się. Nie znał przyczyny, ale się domyślił, że Cassie chce utrzymać w tajemnicy przed Willą ich wcześniejsze spotkanie.

- Co wiesz o tej kobiecie? - spytała Willa.

- O tej kobiecie? - powtórzył, jakby nie miał pojęcia, o kim Willa mówi.

- O tej, która przygotowuje nam drinki. O Cassie? To ta, z którą rozmawiałeś dziś rano na klatce schodowej.

- Och - powiedział Hunter. - To dlatego wydała mi się znajoma.

- Chyba pracuje przy krosnach, ale nie jestem pewna. - Willa uśmiechnęła się.

- Przy krosnach?

- Jest pracownicą fabryki. Ostatnio nastręcza nam trochę problemów. Próbuje rozpocząć rebelię, jeśli nie przystaniemy na jej żądania.

- Naprawdę?

- Obawiam się, że tak. Poleciała nawet na Bahamy, żeby się z tobą spotkać - uśmiechnęła się. - Ale ja wzięłam sprawy w swoje ręce i nie dopuściłam do tego. Jesteś za bardzo zajęty, żeby zajmować się takimi drobiazgami.

Drobiazgi? Cassie nie jest drobiazgiem.

Hunter poczuł, jak krew w nim zawrzała. Nie chciał, żeby Cassie była tak traktowana przez Willę ani przez nikogo innego. Ale Willa była bardzo dobrym pracownikiem. I chociaż jej metody były czasami okrutne i świadczyły, że nie ma serca, to odnosiła sukcesy. W większości przypadków doceniał umiejętności Willi, ale nie tym razem.

- Za to mi płacisz - powiedziała z uśmiechem - żeby likwidować problemy.

- Nie kłopocz się o to, Willa. W tej sprawie doskonale sam sobie poradzę.

- Oczywiście, że sobie poradzisz. W każdym razie mamy ważniejsze sprawy do omówienia.

Cassie zawiązała mocniej fartuszek. Twarz jej płonęła ze wstydu, gdy przypomniała sobie, w jaki sposób Willa rozkazała jej przynieść drinki. Ta kobieta zawsze potrafiła jej dokuczyć. Z pewnością powiedziała Hunterowi, że pracuje w tkalni, a on jest takim samym snobem, jak jej były narzeczony.

Szła przez hol, niosąc na małej srebrnej tacy zamówione drinki. Ale nie znalazła ani Huntera, ani Willi. Postawiła więc tacę na małym antycznym stoliku, zdjęła fartuszek i postanowiła od razu porozmawiać z gubernatorem, zanim przeszkodzi jej w tym Willa. Miała zamiar przekonać go o ważności tkalni dla miejscowego społeczeństwa i prosić, by obronił tkalnię przed Axon Enterprises.

- Proszę o wybaczenie, panie gubernatorze - powiedziała, podchodząc do niego. - Czy mogę zamienić z panem jedno słowo?

- O co chodzi? - spytał, odwracając się do niej.

Stojąca obok niego kobieta zesztywniała. Tak jak Cassie, nie była gościem. Należała do jego ochrony.

Cassie kątem oka zauważyła idących w jej kierunku Willę i Huntera.

- Przepraszam, że panu przerywam - powiedziała szybko. - Muszę z panem porozmawiać. Pracuję w tkani Demiona.

Myślę, że powinien pan wiedzieć, że ludzie w Shanville są przerażeni, że Axon Enterprises kupuje tkalnię. Gubernator spojrzał na nią zaskoczony.

- Więc, panno... - zawahał się.

- Cassie Edwards.

- Przykro mi to słyszeć, panno Edwards. - Ale w jego głosie było raczej znudzenie lub zmęczenie, ale nie przykrość. W każdym razie nie przeszkodziło mu to w nałożeniu na talerz wielkiej porcji pieczeni wołowej.

- On zamierza zamknąć tkalnię - powiedziała.

- Jestem pod wrażeniem. W ten sposób ochroni tkalnię przed bankructwem.

- To nieprawda - powiedziała Cassie. - Wszystko, czego nam trzeba, to zmiany dyrekcji.

- Obawiam się, że nie rozumiem...

- Proszę - przerwała mu Cassie. - Czy może pan zrobić cokolwiek, żeby wstrzymać tę sprzedaż? Hunter Axon zrujnuje miasto. Shanville nie może stracić tkalni.

Ale najpierw to ona straciła zainteresowanie gubernatora, który zwrócił teraz całą swą uwagę na zbliżającego się Huntera.

- Hunter - przywitał go z uśmiechem.

Hunter stanął obok Cassie, tak blisko, że prawie stykali się ramionami.

- Ta pani martwi się o tkalnię Demiona - powiedział gubernator.

- Czyżby? - Hunter spojrzał na Cassie. Zobaczyła w głębi jego zimnych, brązowych oczu płonący ogień.

Więc nie jest zadowolony, że rozmawiałam z gubernatorem. To źle, pomyślała.

Willa podeszła do niej i wzięła ją pod rękę.

- Axon Enterprises ma doskonały program dla Shanville - powiedziała. - Opowiem ci o nim po obiedzie. - Powiedziawszy to, odeszła, by dołączyć do innej grupy gości.

Cassie spojrzała na Huntera, przygotowując się do walki.

- Co ty robisz? - spytał spokojnie.

- Byłam ciekawa, czy gubernator wie o twoich planach, po kupieniu tkalni.

- I co, jesteś... zaspokoiłaś swoją ciekawość?

- Nie - odpowiedziała.

Popatrzył na nią badawczo. Jego spojrzenie złagodniało.

- Nie przyszłaś tutaj, żeby serwować jedzenie, prawda? - spytał, dotykając jej ramienia.

- Przyszłam, żeby porozmawiać z gubernatorem, żeby powstrzymał cię od kupienia tkalni.

Jego oczy znowu patrzyły na nią zimno.

- Mam więc dla ciebie złe nowiny. Kupiłem już tkalnię.

- Co takiego?

- Dziś po południu podpisałem papiery. Teraz jestem twoim szefem.

- Przykro mi to słyszeć - powiedziała słabo.

- Dlaczego? Cofnęła się o krok.

- Jak mogę być szczęśliwa, kiedy fabryka, w której pracowały całe pokolenia, zostanie zamknięta. Kiedy moi przyjaciele zostaną bez pracy.

- Teraz nie czas na dyskusję - powiedział, widząc zbliżającą się do nich grupę osób.

Kiedy zobaczyła kroczącą na przedzie Willę, wiedziała, że to jeszcze nie koniec konfrontacji. Wiedziała również, że nie może dopuścić do utraty odprawy przez jej przyjaciół. Spojrzała mu prosto w oczy.

- Żałuję, że nie powiedziałeś mi, kim jesteś.

- Zostawiłaś mnie, zanim miałem taką szansę - zauważył.

- Ciekawa jestem, czy tam na Bahamach, gdybyś wiedział, że przyjechała do ciebie tkaczka z Shanville i chce z tobą rozmawiać, to zgodziłbyś się na spotkanie?

Milczał przez chwilę.

To była wystarczająca odpowiedź. Hunter Axon nigdy nie traciłby czasu na rozmowę z tkaczką, pomyślała. I nigdy nie poszedłby z nią do łóżka.

- Tak - powiedział w końcu.

Odwróciła od niego spojrzenie. Czy to miało jakiś sens? To wszystko było beznadziejne. Hunter Axon kupił tkalnię. Wkrótce zostanie zwolniona z pracy. Nie była związana z Hunterem Axonem osobiście czy zawodowo. Interesowały go tylko pieniądze.

- Hunter? Czy coś się stało? - spytała zaniepokojona Willa, która w tej chwili do niego podeszła.

Cassie nie czekała na odpowiedź. Zanim zdążył odpowiedzieć, odeszła.

Cassie wjechała na drogę dojazdową i spojrzała na swój dom. Miesiąc temu przepaliła się żarówka na werandzie i Cassie do tej pory nie wymieniła jej na nową. Westchnęła, przypominając sobie, w jakim porządku utrzymywała ich dom babcia. Cassie nie miała na to czasu, szczególnie w ostatnim okresie. Miała wiele spotkań z pracownikami tkalni. Inna sprawa, że nie lubiła pracy domowej. W końcu nawet babcia dała za wygraną i Cassie mogła cały swój wolny czas poświęcać robieniu zdjęć. Babcia wieszała je na ścianach, jak jakieś dzieła sztuki. Gdy Cassie dostała stypendium w college'u, babcia powiedziała, że uczyniła ją najszczęśliwszą kobietą na świecie. I dlatego mocno protestowała, gdy Cassie wróciła do domu z powodu jej choroby.

Cassie wysiadła z samochodu i wyjęła pudełko z lodami.

Nagle kątem oka zobaczyła jakiś cień, który poruszył się pod okapem. Zatrzymała się. Chociaż Shanville było bezpiecznym miastem i większość ludzi nie zamykała nawet drzwi, to przecież zdarzały się wyjątki.

Cofnęła się do samochodu i chwyciła za klamkę u drzwi.

- Kto tam jest? - krzyknęła.

Wysoka, ciemna postać zatrzymała się w świetle księżyca.

- Musimy porozmawiać.

Serce zabiło jej na dźwięk głosu Huntera Axona. Stanęła, jak sparaliżowana.

Hunter podszedł do niej.

- To już drugi raz mnie zostawiłaś.

Stał przed nią, tak blisko, że prawie się dotykali.

- Co tutaj robisz? - spytała, idąc w kierunku domu.

Zatrzymał ją.

- Nie odchodź, Cassie. Miałaś wiele trudności, żeby porozmawiać ze mną. Teraz jestem tutaj. Sugeruję, żebyś wykorzystała okazję.

- Chciałabym porozmawiać z tobą, ale nie mogę.

- Nie rozumiem. Przyjechałaś nawet na Bahamy, żeby się ze mną spotkać.

- To było zanim... - jej głos załamał się.

- Zanim spędziliśmy razem noc?

- Nie - powiedziała, patrząc mu w oczy. - Zanim ostrzeżono mnie, że rozmowa z tobą może spowodować niewypłacenie odprawy pieniężnej moim przyjaciołom.

Zobaczyła wielkie zdziwienie w jego oczach.

- Co? - spytał.

- Willa powiedziała, że przy najmniejszej próbie rozmowy z tobą cofnie odprawy pieniężne.

- Posłuchaj, daję ci moje słowo, że ta rozmowa pozostanie między nami. Nie jestem przeciwko tobie ani pracownikom tkalni Demiona.

- Dobrze - zgodziła się.

Poszedł za nią do domu. Cassie zapaliła światło.

- Sadzę, że wiesz, co mam zamiar powiedzieć.

- Czy możemy gdzieś usiąść? - spytał.

Usiąść. Dobry pomysł. Zaprowadziła go do salonu.

- Tutaj - wskazała na fotel, zrzucając z niego stertę czasopism i robiąc mu miejsce, a następnie poszła do kuchni, żeby włożyć lody do zamrażarki.

Kiedy wróciła, on oglądał serię zdjęć, przedstawiającą kwitnące kwiaty.

- Czy to ty robiłaś te zdjęcia? - spytał.

Skinęła głową.

- Dawno temu.

- I to również? - spytał, wskazując na zdjęcie słonecznika.

- Babcia chciała mieć w tym pokoju zdjęcia kwiatów.

- Są dobre.

- Dziękuję.

- Naprawdę dobre. Jesteś profesjonalistką.

- Nie jestem - powiedziała szorstko.

- Twoja babcia nie była zadowolona, gdy przerwałaś szkołę, prawda?

Spojrzała na niego.

- Dlaczego nie usiądziesz - wskazała na opróżniony przed chwilą fotel.

Usiadł i rozejrzał się wokół.

- Miły pokój. Żartował sobie z niej?

Pokój był urządzony prosto, ale przytulnie. Meble były stare, ale wygodne.

- Babcia urządzała go czterdzieści lat temu i nie wiem, czy od tamtego czasu cokolwiek się zmieniło.

- Pewnie ciężko ci mieszkać bez niej.

- Tak - przyznała. - Ale teraz jestem zadowolona, że jej tu nie ma i nie musi patrzeć, co się dzieje ze społecznością naszego miasta.

Hunter westchnął.

- Cassie - powiedział delikatnie. - Powiedziałaś mi jasno, co myślisz o moich zamiarach co do tkalni, ale nic nie mówisz o tym, co wydarzyło się na Bahamach.

- O czym ty mówisz? To był błąd. Dziwaczne zrządzenie losu.

- Nigdy nie dopuściłbym do tego, gdybym wiedział, że będziesz u mnie pracować. Ale nie wiedziałem, że jesteś...

- Głos mu zamarł.

- Oczywiście - powiedziała zimno. - Gdybyśmy wiedzieli o sobie prawdę, nigdy by do tego nie doszło.

- Nie to miałem na myśli - zaprzeczył. - Chciałem powiedzieć, że gdybym wiedział, kim jesteś i dlaczego przyjechałaś na Bahamy, mógłbym zachować się zupełnie inaczej.

Milczała. Nie spodziewała się tego.

- Wszędzie cię szukałem.

- Dlaczego?

- Ponieważ chciałem... - zawahał się. - Musiałem cię znowu zobaczyć.

- Ty... ty chciałeś mnie znowu zobaczyć?

- I znalazłem cię - powiedział. - W ostatnim miejscu, o jakim bym pomyślał.

Poczuła nagle, jak cały świat znika, a oni znowu są na Bahamach i on nie jest Hunterem Axonem, tylko jej księciem. Ale jak wszystkie fantazje i ta musiała się skończyć.

- Powinieneś już iść - powiedziała.

- Miałem nadzieję, że moglibyśmy...

- Moglibyśmy co? - przerwała mu. - Nawet gdybyś nie kupił tkalni, to zawsze będziesz Hunterem Axonem, a ja zawsze będę tkaczką. Ale ponieważ jesteś Hunterem...

- Dlaczego ten fakt ma wszystko zmienić? - przerwał jej.

- To wszystko zmienia, ponieważ z twojego powodu będę zwolniona z tkalni.

- Ale dostaniesz odprawę i nie będziesz musiała pracować więcej jako tkaczka. Wrócisz do szkoły i zajmiesz się fotografią.

- Nie chcę wrócić do szkoły - powiedziała. - Dorastałam w tkalni i patrzyłam na pracę mojej mamy i babci. Pamiętam dobrze, jakie spod ich zwinnych palców wychodziły arcydzieła. - Potrząsnęła głową. - Był taki czas, kiedy chciałam wyjechać stąd do szkoły. Ale wtedy... - jej głos się załamał. - Ale wróciłam. - Spojrzała na Huntera. - I nigdy nie żałowałam tej decyzji. Chcę być częścią historii tego miasta i podtrzymywać rodzinną tradycję. Nie wstydzę się tego, co robię. Jestem z tego dumna.

- Nie powiedziałem, że nie powinnaś być dumna ze swojej pracy. Powiedziałem, że może mogłabyś spojrzeć na to trochę inaczej. To daje ci szansę, żeby się przewartościować.

- Ale ja tego nie chcę. Chcę pozostać tutaj i pracować w tkalni.

- Ale tkalnia nie radzi sobie. Od wielu lat nie przynosi zysków.

- Ale mogłaby, gdyby Oliver zrobił coś z patentem na produkcję nowoczesnego materiału dla sportowców i ochroniarzy.

- Rozpoczęcie takiej produkcji jest ryzykowne. A tkalnia nie ma pieniędzy, żeby ryzykować.

Cassie odwróciła się. Miał rację. Ale nie mogła przyznać się do porażki. Musi być jakiś sposób na zachowanie tkalni.

- Tkania była źle zarządzana. Oliver Demion prowadził ją bez zaangażowania. Ustalił dla siebie bardzo wysoką pensję i obrażał najlepszych klientów. Poza tym nigdy nie stosował żadnego marketingu czy reklamy. Jestem pewna, że przy dobrym zarządzaniu tkalnia zaczęłaby znowu przynosić dochody.

Potrząsnął głową.

- Przykro mi, Cassie.

- A więc, jesteś zdecydowany zamknąć tkalnię? - Odwróciła od niego spojrzenie. - Proszę, idź już.

Westchnął. Był wyraźnie zirytowany.

- Dobrze - powiedział. - Ale zanim wyjdę... - ruszył w jej kierunku. W pierwszej chwili pomyślała, że chce ją pocałować ostatni raz. Zamiast tego wyjął z kieszeni jej naszyjnik.

- Znalazłeś go - wykrzyknęła z ulgą. - To naszyjnik mojej mamy. Nigdy go nie zdejmuję. Jakiś czas temu zepsuło się zapięcie i naprawiłam je byle jak. Dziękuję - powiedziała, patrząc na niego.

Wzięła z jego rąk naszyjnik i próbowała zapiąć go na szyi.

- Pozwól, że ci pomogę - powiedział. Zanim zdążyła zaprotestować, już był za nią. Pod wpływem dotyku jego rąk poczuła dreszcz, który przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa i zupełnie pozbawił siły. Może mają jeszcze szansę. Może powinna przemówić mu do rozsądku.

- Nie możesz zamknąć tkalni - powiedziała, odwracając się do niego.

- Co?

- To zabije miasto. Nie spodziewam się, byś się martwił o to, ale ludzie... Większość z nich pracowała prawie całe życie w tkalni. Tylko to potrafią robić.

- Dostaną odprawę i to da im czas na znalezienie innej pracy...

- Jeśli nawet masz rację i oni znajdą inną pracę, to co upoważnia cię do myślenia, że oni tego chcą?

- To jest moja praca, Cassie. Gdyby Oliver nie sprzedał tkalni mnie, to sprzedałby ją komu innemu.

Podszedł do niej i dotknął jej policzka. Zamarła. Nie chciała dłużej rozmawiać. Chciała, żeby ją pocałował.

- A co będzie z ludźmi, którzy nie znajdą pracy? - spytała.

- Co masz na myśli?

- Ludzie tacy, jak Ruby Myers. Pracowała w tkalni czterdzieści lat. Gdy ją zamkniesz, z czego będzie żyła?

- Będzie miała zabezpieczenie socjalne i sowitą odprawę. Cassie cofnęła się o krok.

- To jest za mało. A na przykład Frances Wells nie może wyjechać z miasta, ponieważ ma chorego męża. Xavier Scott również nie może wyjechać, ani Miranda Peters czy Richard Smith.

- Być może będziemy mogli dać im więcej pieniędzy.

- To wielkoduszność z twojej strony, ale nie jestem zainteresowana w negocjowaniu odprawy pieniężnej.

- Co więc sugerujesz?

- Sprzedaj nam tkalnię.

- Czy jesteś przygotowana, żeby złożyć mi taką ofertę?

Cassie, co prawda, rozmawiała z wieloma bankami o pożyczce, gdy dowiedziała się, że Oliver chce sprzedać tkalnię, ale okazało się to beznadziejne.

- Cassie - powiedział Hunter. - Nie pracuję w biznesie, który wyzbywa się swoich własności. I nie mam zamiaru finansować operacji, która nie ma szans powodzenia.

Skinęła głową. Tak, to było beznadziejne. On nie zmieni swojej decyzji.

- Żegnam pana, panie Axon.

- Pomyśl nad tym, Cassie. Co zrobisz ty i twoi przyjaciele, gdy sprzedam wam tkalnię, a po jakimś czasie będziesz zmuszona ogłosić bankructwo? Nie będzie wtedy żadnych odpraw pieniężnych.

- Ale z góry nie można tego przewidzieć, prawda?

Rzucił na nią ostatnie spojrzenie i skierował się w stronę drzwi. Nagle zatrzymał się przy zdjęciu, które zrobiła mu na plaży, a które stało na stole. Odwrócił się i patrzył na nią przez chwilę, jakby chciał coś powiedzieć. Po chwili ruszył do drzwi.

- Hunter - zawołała. - Dziękuję ci za zwrot naszyjnika.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Cassie spojrzała na biały plakat. Wzięła czerwony marker i napisała: Strajk pracowników.

- Chodź tu, Mabel - powiedziała do siwowłosej kobiety. - Idź i przyłącz się do innych.

Dzień był zimny i mżysty, typowy dla wczesnej wiosny, ale nikt tego nie zauważał. Mieli ważniejsze sprawy na głowie.

Po wyjściu Huntera Cassie zadzwoniła do wszystkich zainteresowanych. Jej informacja brzmiała jednakowo: Hunter „Axon nie chce słyszeć o sprzedaży tkalni.

Potrzebna jest natychmiastowa akcja.

Ale jaka?

Christine Humblegot, która pracowała jako sekretarka Olivera, podsłuchała, jak Willa go informowała, iż zakłady w Chinach nie mogą natychmiast rozpocząć produkcji, dopiero za trzy miesiące. Wobec tego uważa, że pracownicy tkalni Demiona powinni rozpocząć produkcję nowego materiału.

Innymi słowy Hunter ich potrzebował. Przynajmniej czasowo.

A to była okazja. Strajk mógł uczynić go bardziej skłonnym do negocjacji.

- To takie podniecające - powiedziała Mabel. - Przeżyłam sześćdziesiąt trzy lata i nigdy nie robiłam czegoś podobnego.

- Herb ma pełne ręce roboty - zauważyła Cassie, wskazując na Herba Blansfielda, szeryfa Shanville.

Chociaż Cassie ostrzegła wszystkich o ryzyku tej akcji, to nikt nie brał tego pod uwagę. Wręcz przeciwnie. Tłumnie przyłączali się do strajkujących.

Jeśli Hunter Axon myślał, że dadzą mu potulnie klucze do tkalni, to grubo się mylił.

Hunter opuścił dom Cassie i nawet jej nie pocałował, choć tak bardzo tego pragnął. Myśl, że mógłby nie zobaczyć jej więcej, doprowadzała go do rozpaczy. Ich spotkanie było krótsze niż przewidywał. Zamiast paść w jego ramiona, przekonywała go, by sprzedał jej tkalnię.

Jak mogła myśleć, że będzie finansował zakład, który jest na skraju bankructwa? Wcześniej czy później Cassie musi to zrozumieć. A on musi uczynić wszystko, żeby zapomniała o tkalni.

Ale jak? Dała mu jasno do zrozumienia, że nie jest nim zainteresowana, chyba że jeszcze raz rozważy swoje projekty co do tkalni.

Nie widział jednak takiej możliwości.

Musi ją przekonać, że kupienie przez niego tkalni jest dla tego zakładu najlepszą rzeczą. Wtedy mógłby zabrać ją na Bahamy. Znowu przypomniał sobie to wspaniałe uczucie, kiedy była obok niego. Jej ciepłą jedwabistą skórę...

Kwiaty... Mógłby zacząć od kwiatów. Tuzin róż każdego dnia i...

Wjechał właśnie na parking i od razu zwrócił uwagę na ludzi, znajdujących się przed tkalnią. Wysiadł z samochodu i zobaczył Willę i Olivera, którzy stali obok siebie i przyglądali się strajkującym.

- Nie mogę w to uwierzyć - mówił Oliver.

- Co się tu dzieje? - spytał Hunter, podchodząc do nich.

- Strajkują - odpowiedziała Willa.

- Znajdź mi tego, kto to zorganizował - zwrócił się Hunter do Willi.

- I?

- Przyprowadź go do mnie.

Cassie piła gorącą czekoladę. Widziała z daleka Huntera, a na widok niezadowolenia na jego twarzy, uśmiechnęła się. Przekonywał się właśnie, że robotnicy tkalni są twardzi i dobrze zorganizowani.

- Zobacz, kto idzie - powiedziała konspiracyjnym tonem Ruby, wskazując do tyłu. Cassie odwróciła się. To Willa szła w ich kierunku, a jej spojrzenie skoncentrowane było na Cassie.

Cassie wstała i wzięła kilka głębokich oddechów, jakby szykowała się do walki.

Willa zatrzymała się przed nią.

- Cassie - powiedziała - czy mogę porozmawiać z tobą chwilę?

Cassie skinęła głową. Przekazała swoją czekoladę Ruby i poszła za Willą do stołówki.

- Uważam, że należą mi się wyjaśnienia i przeprosiny.

- Niestety, nie mieliśmy innego wyboru, tylko strajk - wyjaśniła Cassie. - Próbowałam z tobą rozmawiać...

- Nie chcę rozmawiać o strajku. Chcę rozmawiać o ostatniej nocy.

Cassie przypomniała sobie nagle, że wyszła z przyjęcia natychmiast po konfrontacji z Hunterem.

- Szczerze mówiąc, Cassie, noszę się z zamiarem natychmiastowego zwolnienia cię. Jak śmiałaś molestować gubernatora. Nie myśl o tym, że twój... związek z Hunterem na coś ci się przyda.

Cassie zamurowało. Czy Hunter mówił coś Willi?

- Nie mam żadnych związków z panem Axonem - zaprzeczyła. I wcale nie kłamała.

- Jesteś głupia - powiedziała Willa. - Jeśli nawet jest cokolwiek między wami, to na nic się to zda. Rozumiesz mnie?

- Nie - powiedziała Cassie. - Nie rozumiem.

- Hunter Axon nie potrafi zaangażować się na dłużej. Może być zafascynowany tobą, ale to mu szybko minie, zwłaszcza gdy będziesz wścibiała nos w jego interesy.

- Mylisz się. Chcę tylko zachować tkalnię. Żadnego innego interesu w tym nie mam.

- Nawet jeśli będziesz musiała stracić z nim swoje dziewictwo?

- Co? - spytała zaskoczona Cassie. Skąd ona mogła o tym wiedzieć? Czy Hunter mógł rozmawiać z nią o tak intymnych sprawach?

- Nie myśl, że Oliver nie powiedział mi, jak przez długie lata chroniłaś swoje dziewictwo.

Oliver. Oliver powiedział jej, że była dziewicą, a nie Hunter.

- Czy to zaoferujesz Hunterowi? - spytała Willa. - Noc z dziewicą?

- Mam tego dość - powiedziała Cassie i odwróciła się, żeby odejść. Ale Willa zatrzymała ją słowami:

- Czy twoi przyjaciele wiedzą o twoich uczuciach do mężczyzny, który zniszczy ich tkalnię?

- Już ci powiedziałam, Willa, że jesteś w błędzie.

- Może. Ale ja nigdy się nie mylę.

Cassie chciała coś powiedzieć, lecz zrezygnowała.

- On nie będzie się tobą przejmował - powiedziała Willa. - Inne kobiety, podobnie jak ty, próbowały przyciągnąć jego uwagę. Doprowadzały go tylko do irytacji. Hunter nie lubi być odrywany od swojej misji.

- Jakiej?

Willa uśmiechnęła się.

- To oczywiste. Zarabiania pieniędzy.

Hunter podjął decyzję. Mógł zabrać jeden tydzień odprawy za każdą godzinę strajku. Osoba, która pracowała osiem lat mogła stracić odprawę w jeden dzień.

Było to drastyczne posunięcie, ale potrzebne. Nie miał cierpliwości do takiej gry.

Willa weszła do niego bez pukania i stanęła, skrzyżowawszy ręce na piersiach.

- Jakie są ich żądania? - spytał Hunter.

- Znalazłam organizatora strajku - powiedziała zadowolona z siebie. - Sadzę, że powinna powiedzieć ci to sama.

Cassie.

Weszła i stanęła sztywno pod drzwiami. Ubrana była w luźną bawełnianą koszulę z podwiniętymi rękawami i stare dżinsy.

- Ty? - usłyszał swój głos.

- Tak, to ona stoi za tym śmiesznym strajkiem - oznajmiła Willa. - Dzwoniła całą noc, organizując robotników. Oliver twierdzi, że nigdy nic takiego się nie zdarzyło.

- Dlaczego? - spytał, nie odrywając od niej wzroku.

- Nie pozwolimy zabrać nam tkalni. Nie bez walki - odpowiedziała.

- To nie ja odebrałem wam tkalnię - powiedział. - Zrobili to Demionowie.

- Ty jesteś właścicielem - powiedziała, mrużąc swoje zielone oczy, które teraz pałały. - Mam rację?

Gdy patrzył na tę stojącą przed nim kobietę, jego determinacja zaczynała topnieć. Jak mógłby jej powiedzieć, że znosi odprawę? Jak mógłby ją tak zranić?

Podziwiał jej odwagę. Ale jak mogła mieć nadzieję, że coś zyska? Na te trzy miesiące mógłby zatrudnić innych pracowników. Czy mógłby? Nie jest to typowa fabryka. Do tkania nie tylko potrzebne są krosna, ale i umiejętności. Gdzie znalazłby ludzi, którzy potrafiliby pracować na przestarzałych krosnach?

- To śmieszne - powiedziała Willa. - Traci pan tylko czas, panie Axon.

Podniósł do góry rękę, żeby ją uciszyć.

- Jakie są wasze żądania? - spytał Cassie.

- Nie lokować produkcji w Chinach. Wykonywać pracę tutaj.

- To niemożliwe.

- Więc sprzedaj nam tkalnię - zaproponowała Cassie.

- Co? - spytała Willa.

Hunter spojrzał na nią w skupieniu.

- Czy znalazłaś bank, który zechce finansować tę transakcję?

Cassie przełknęła ślinę.

- Znajdę.

Willa roześmiała się.

- Axon Enterprises nie jest bankiem.

- To nie jest w porządku - oburzyła się Cassie. - Nie tylko, że chcesz zamknąć tkalnię, to jeszcze nie doceniasz naszej pracy.

- Czy ją doceniam, czy nie, to nie ma nic do rzeczy - powiedział Hunter spokojnie. - Kupiłem tkalnię i jest teraz moja.

- Najbardziej pragniesz patentu na tę nową tkaninę - Więc weź go sobie, ale oddaj nam tkalnię.

Milczał przez chwilę.

- Sprzedać wam tkalnię, a zatrzymać patent?

- Tak. Możesz ten materiał produkować w Chinach, a my zostaniemy tu, tkając piękne i kosztowne tkaniny.

Westchnął. Chciał jej pomóc. Ale wiedział, że nawet przy najlepszych intencjach robotników nie udałoby się utrzymać tkalni na powierzchni. Przez lata trzeba by w nią inwestować.

- Będziecie ciągle na skraju bankructwa.

- Podejmiemy ryzyko.

- Cassie - powiedział Oliver, stając w drzwiach. - Co ty tu robisz?

- Rozmawiam z twoim nowym szefem - powiedziała po prostu.

- Dlaczego mi to robisz? - Podszedł do niej i wziął ją za ramię.

Krew Huntera zagotowała się, gdy zobaczył, że inny mężczyzna dotyka Cassie. Zabierz od niej ręce, chciał krzyknąć, ale zamiast tego powiedział:

- Pozwól jej mówić.

Cassie strząsnęła z siebie rękę Olivera.

- Nie zamierzamy wycofać się bez walki - powiedziała, patrząc na Huntera. - Nie wrócimy do pracy, póki nie zgodzisz się na nasze żądania.

Nie lubił być straszony.

- Mogę zaangażować innych robotników - powiedział.

- To zabierze ci dużo czasu, czasu, którego nie masz.

W każdym innym przypadku wpadłby w furię. A frustracja, którą odczuwał ze względu na tę sytuację, miała swe źródło w pożądaniu Cassie.

- Nie mamy zamiaru przerwać strajku. Zawiadomimy media, napiszemy do polityków...

- Media? - spytała Willa. - Jakie media?

- Stację Albany.

Willa roześmiała się.

- Uważasz, że zainteresuje ich stara tkalnia.

- Nie poddam się, dopóki mnie nie wysłuchasz - zwróciła się do Huntera. - Może nie osiągnę sukcesu, ale skomplikuję ci interesy.

Willa przystąpiła do Cassie.

- Jak śmiesz straszyć pana Axona. - Odwróciła się do Huntera i powiedziała: - Przepraszam za tę bezczelność. Sugeruję, żebyś pozwolił mi stłumić tę rebelię.

- Willa, zostaw mnie na chwilę samego z Cassie, proszę.

- Jeśli przyjmiesz te śmieszne żądania, to będziemy mieli kłopoty w załatwianiu innych spraw.

- Chcę zostać sam z Cassie - powtórzył Hunter przez zaciśnięte zęby.

- Sam. Oczywiście. Zrozumiałam - powiedziała, posyłając Cassie złośliwy uśmiech. - Chodź, Oliver.

Kiedy Willa i Oliver wyszli z pokoju, Hunter zrobił krok w kierunku Cassie.

- Usiądź - powiedział.

- Nie, dziękuję.

Podszedł do niej jeszcze bliżej.

- Nie prosiłem cię, tylko ci kazałem.

- Dziękuję za wyjaśnienie, ale nie jestem przestraszona.

- Myślę, że powinnaś być. Czy chcesz tego, czy nie, jestem twoim szefem. A ty kosztujesz mnie pieniądze.

- To wyrzuć mnie - powiedziała.

- Gdybym myślał, że nie ma innego rozwiązania, zrobiłbym to.

Teraz Cassie podeszła do niego, patrząc na niego pełnymi złości oczami.

- Nie dbam o to, kim jesteś. Nie boję się ciebie. Nie masz nade mną władzy.

To, co powiedziała było odważne i zdecydowane. Ale kiedy spojrzał w jej zielone oczy, nagle opuściła go cała złość. Nie miała racji. Nie był zdolny do kontrolowania jej umysłu, ale mógł władać jej ciałem. Zrobił to już raz i rozpaczliwie pragnął uczynić to znowu. Przytulić ją. Słyszeć jej westchnienie wywołane rozkoszą i czuć, jak płonie z pożądania.

- Rozumiem - powiedział. Przełknął ślinę i zmusił się do odwrócenia od niej oczu.

- Co więc oferujesz?

- Nie rozumiem.

- Jesteś mediatorem - powiedział, odwracając się ponownie w jej stronę. - Chcecie kupić tkalnię. Powiedz swoim ludziom, żeby przygotowali ofertę.

- Rozważysz ją?

- Tak.

Cofnęła się o krok. Widział zdumienie w jej oczach. Nie spodziewała się, że będzie z nią negocjować.

- Muszę porozmawiać o tym z moimi przyjaciółmi - powiedziała.

- Daję ci na to dwadzieścia cztery godziny. Po tym czasie musisz przedstawić zarządowi swoje propozycje.

- To znaczy jutro? Twój zarząd przyjeżdża tutaj?

- Nie - odpowiedział. - My do nich polecimy.

- Gdzie?

- Na Bahamy, Bądź jutro w południe na lotnisku - oznajmił. - Mój samolot będzie na ciebie czekał.

- Czy polecimy razem?

- Nie. Ja zamierzam zaraz wracać. Nie ma żadnego powodu, żebym tu został. Chyba że...

- Chyba że, co?

- Chyba że chcesz, bym został.

Objął ją spojrzeniem i napawał się jej pięknością. Przełknęła ślinę i sięgnęła do górnego guzika bluzki, jakby upewniała się, że jest zapięty.

- Nie - odpowiedziała po chwili.

Podszedł do drzwi i otworzył je przed nią. - Do jutra zatem - powiedział.

Cassie, przechodząc przez drzwi, otarła się lekko o jego ramię. Uśmiechnął się. W tym momencie był gotów sprzedać jej tkalnię za jeszcze jedną namiętną noc.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Kiedy Cassie wylądowała w Nassau, była prawie szósta. Ktoś z obsługi samolotu zaprowadził ją do czekającej limuzyny. Pokręciła głową ze zdumienia. Ona, Cassie Edwards, leciała prywatnym samolotem, a teraz będzie jechała limuzyną.

Zastanawiała się, jak to jest, gdy się jest tak bogatym jak Hunter Axon. Wiedziała, że niektórzy ludzie uważają, iż najważniejsza rzeczą w życiu są pieniądze, ale ona się z tym nie zgadzała. Pieniądze były według niej jak narkotyk. Odurzały i obezwładniały.

Na przykład Oliver. Najbogatszy człowiek w Shanville, a ciągle było mu mało pieniędzy. Wiedziała, że pewnego dnia Oliver przekona się, że za pieniądze nie można kupić szczęścia.

Nie mogła nic na to poradzić, że porównanie Olivera z Hunterem nasuwało jej się samo. Hunter był poważny i ambitny. Ale czy był szczęśliwy? Nie miał żony ani dzieci. A mógł wybierać między kobietami. Cassie oblizała nerwowo wargi. Musiała przestać myśleć o Hunterze w tak osobistych kategoriach. Był jej pracodawcą, jej szefem, i nie powinno mieć dla niej znaczenia, czy jest szczęśliwy, czy nie.

Kiedy wsiadła do limuzyny, natychmiast wyciągnęła notatki, które zrobiła podczas siedmiogodzinnego spotkania pracowników tkalni Demiona. Nie stać ich było na odkupienie patentu, ale mogli zaproponować Hunterowi uczciwą cenę za tkalnię. Zależało to jednak od jego współpracy. Mogliby mu zapłacić, gdyby zgodził się działać jak bank.

Wiedziała, że oferta nie była dla niego atrakcyjna, ale nie mieli wyboru. Żaden bank nie chciał udzielić im pożyczki, ponieważ jedynym zabezpieczeniem były ich własne domy, a gdyby tkalnia padła, automatycznie domy i ziemia stałyby się bezwartościowe.

Czy Axon Enterprises pójdzie na to?

Cassie miała taką nadzieję. Hunter był twardy i bezwzględny w interesach, ale ona poznała go jako wrażliwego i opiekuńczego mężczyznę. I taka opinia o nim dominowała w jej umyśle.

Z niechęcią przyznawała sama przed sobą, że jest z nim związana i że zawsze tak będzie. Był pierwszym mężczyzną w jej życiu, a to nigdy się nie zmieni.

Limuzyna nagle zahamowała i Cassie spostrzegła, że nie podjechali pod biuro, tylko pod dom Huntera, wybudowany w stylu hiszpańskim. Gdy Cassie wysiadła z samochodu, zobaczyła otwarte drzwi frontowe, w których stała kobieta w średnim wieku, ubrana w dżinsy i T-shirt.

- Proszę wejść - powiedziała. - Pan Axon jest w głębi budynku.

Cassie podążyła za kobietą, która poprowadziła ją na patio.

Widok, jaki zobaczyła, zaparł jej dech w piersiach. Bujna zieleń dochodziła do piaszczystej plaży, za którą widać było zielone wody Atlantyku. Po prawej stronie kamienne lwy strzegły ogromnego basenu. Hunter siedział na werandzie zwrócony do niej tyłem.

- Dzień dobry, panie Axon - powiedziała, podchodząc do niego.

Uśmiechnął się lekko na to oficjalne powitanie. Wstał i wyciągnął do niej rękę. Nie był ubrany na spotkanie biznesowe.

- Gdzie są wszyscy?

- Masz na myśli zarząd?

Skinęła głową.

- Musimy do nich pojechać. - Patrząc wciąż na nią spytał: - Jesteś gotowa?

Skinęła głową.

- Mam nadzieję, że tak.

- Dobrze. - Wskazał ręką na zachodzące słońce. - Miałem nadzieję załatwić to dzisiaj, ale ponieważ twój przyjazd się opóźnił, przełożyłem spotkanie na jutro rano. Zrobiłem ci rezerwację w hotelu i mam nadzieję, że znajdziesz tam wszystko, czego potrzebujesz.

Była pewna, że hotel wybrany przez niego będzie kosztował fortunę. Za ostatnią bytnością sprawdziła ceny we wszystkich hotelach. Najtańszy był Hotel Barter.

- Dziękuję - powiedziała. - Wolałabym jednak zatrzymać się w tym samym hotelu, co ostatnim razem.

- Och - westchnął. - Na Hotel Barter nie było żadnych szans.

- Skąd wiesz?

- Jest chwilowo zamknięty.

- Ale przecież tam mieszkałam.

- Teraz go remontują.

- Szkoda - powiedziała rozczarowana.

- Oczywiście, jeśli chcesz, możesz zostać tutaj. Mam kilka pokoi gościnnych.

Potrząsnęła głową.

- Nie, dziękuję.

Zobaczyła wesołe iskierki w jego oczach. Czy kpił sobie z niej?

- W takim razie - spojrzał na zegarek - trzeba się zbierać.

- Mam jechać?

Dlaczego o to spytała? Co się z nią dzieje? To zabrzmiało, jakby chciała tu zostać.

- Przykro mi, ale mam plany obiadowe na dziś wieczór. Wiadomość ta pozbawiła ją oddechu. Plany obiadowe?

Z kim?

Starała się zignorować zazdrość, która ścisnęła jej serce. Czego się spodziewała? Nie chodziła z nim na randki, tylko się z nim przespała. Ale jeśli ma plany obiadowe, to dlaczego prosił, żeby spędziła noc w jego w domu?

Czy poszedłby na obiad z inną kobietą, a potem wrócił do domu, żeby się z nią przespać?

- Niestety, jest to już dawno umówione spotkanie i nie mogę go odwołać - powiedział, odwracając się od niej, jakby ją odprawiał.

- Nie oczekiwałam tego od ciebie - powiedziała sucho. Odprowadził ją do samochodu.

- Mam nadzieję, że będziesz zadowolona z hotelu. Wszystko jest opłacone, więc możesz zamawiać, co tylko sobie życzysz.

- Nie było takiej potrzeby - odpowiedziała. - Mam własne pieniądze.

- Moja firma ma w tym hotelu zawsze zarezerwowany pokój dla gości. A gości nigdy nie obciążamy kosztami.

- Och - powiedziała. - Dziękuję więc.

- Spotkamy się jutro rano - powiedział, zatrzaskując za nią drzwi samochodu.

Kilka godzin później Hunter zapatrzony w wodę przypomniał sobie minę swojego księgowego, kiedy jedząc z nim obiad, poinformował go o zamiarze sprzedaży tkalni zatrudnionym tam pracownikom.

- Czyś oszalał? - spytał go.

Hunter, mimo że nie widział jeszcze oferty, miał świadomość, że trudno mu będzie przekonać do niej swój zarząd, ze względu na duże ryzyko finansowe.

- Ale dlaczego? - spytał go księgowy. - Dlaczego chcesz rozważać taką ofertę?

Hunter nie odpowiedział na jego pytanie. Co miał mu powiedzieć? Że jest oczarowany kobietą, której prawie nie zna, i dlatego chce jej sprzedać tkalnię? Jego fascynacja Cassie była oparta na czymś więcej, nie tylko na jej urodzie. Nie potrafił jednak tego sprecyzować.

ROZDZIAŁ ÓSMY

Cassie strzepnęła okruchy chleba ze spódniczki, widząc przez okno nadjeżdżającą limuzynę. Zazwyczaj nie jadała śniadań. Dzisiaj zrobiła wyjątek, obawiając się, że podczas przedstawiania oferty zacznie jej burczeć w brzuchu.

Kiedy limuzyna zatrzymała się pod czerwonymi światłami, Cassie wyjrzała przez okno. Zbliżali się do posiadłości Huntera. Przełknęła ślinę i zapatrzyła się na piękne drzewa palmowe rosnące po obu stronach ulicy. Nagle coś przykuło jej uwagę. Był to piękny, kolorowy ptak, jakiego jeszcze nigdy nie widziała.

Chciała utrwalić go na zdjęciu, ale uświadomiła sobie, że nie ma przy sobie aparatu.

Tymczasem wjechali przez żelazną bramę na teren posiadłości. Szofer zatrzymał limuzynę przed wejściem i pospiesznie otworzył drzwi przed Cassie.

Wysiadła i podziękowała. W drzwiach wejściowych pojawiła się kobieta, którą spotkała wczoraj. Z uśmiechem poprowadziła ją na drugą stronę domu. Hunter był na zewnątrz i rozmawiał przez telefon.

Nie był ubrany tak, jak mogła się spodziewać. Miał na sobie szorty i luźną, lnianą koszulę.

Co on zamierza? pomyślała.

- Czy spotkanie zostało odwołane? - spytała.

- Nie - odparł.

To znaczy, że na Bahamach strój nie ma znaczenia. Jeśli tak, to ona znowu nie jest odpowiednio ubrana.

- Ładnie wyglądasz - zauważył.

- Dziękuję.

- Chodźmy więc - powiedział i zaczął iść w kierunku wody.

- Nie pojedziemy samochodem? - spytała, idąc za nim.

- Nie - odpowiedział. - Popłyniemy łódką. - Wskazał na długą łódź, zacumowaną przy brzegu.

- Łódką? Myślałam, że spotkanie odbędzie się w twoim biurze.

- Mamy spotkanie na przybrzeżnej wyspie - powiedział, wskakując na pokład.

Podobnie jak jacht, łódź wyglądała na całkiem nową.

- Może masz ochotę zdjąć pantofle i pończochy. Spojrzała na niego zaskoczona.

Jakby czytając w jej myślach, dodał szybko:

- Pokład nieco przecieka i sądzę, że nie chciałabyś znaleźć się w wodzie przed prezentacją.

Spojrzała w dół. Jak miałaby zdjąć teraz rajstopy i nie stracić przy tym nic ze swojej godności?

- Wszystko w porządku - stwierdziła i przytrzymując się poręczy, skoczyła na pokład. Od razu przekonała się, że Hunter miał rację. Ale zanim dotknęła wody, Hunter chwycił ją, jakby była lekka jak piórko. Trzymał ją blisko siebie i patrząc jej w oczy powiedział:

- Może chciałabyś jeszcze raz rozważyć swoją decyzję.

- Moją decyzję? - mruknęła. O jaką decyzję mu chodziło? Czy o to, że wybrała hotel, zamiast spać przytulona do niego?

Pochylił się nad nią i przez chwilę myślała, że chce ją pocałować. Zamiast tego spojrzał na jej rajstopy i powiedział:

- Możesz je zdjąć pod pokładem.

Skinęła głową. Wolno wypuścił ją ze swych objęć. Kiedy odwrócił się, żeby włączyć silnik, Cassie zeszła pod pokład. Ściągnęła rajstopy i włożyła je do torby, a później zdjęła żakiet. Z gołymi nogami wyszła na pokład i usiadła obok niego.

- Gotowa? Skinęła głową.

- Trzymaj się - powiedział i ruszył ostro z miejsca.

- Gzy nie jest to trochę niekonwencjonalne?

- Co masz na myśli?

- Urządzać spotkanie na pokładzie łodzi.

- Nie lubię postępować konwencjonalnie - powiedział, wzruszając ramionami.

Kierowali się prosto na Atlantyk.

- Patrz - zawołała. - Tresura delfinów.

Zwolnił prędkość łodzi, ale zauważyła, że nie patrzy na delfiny, tylko na nią.

- Czy hotel był wygodny? - spytał.

Skinęła głową i znowu odwróciła się w kierunku delfinów.

- Wspaniałe - powiedziała z zachwytem.

- A co z tobą? - spytała.

- Co masz na myśli?

- Byłeś umówiony na obiad.

- Tak - skinął głową. - Trwał do późnej nocy.

No tak. Chciał jej przez to powiedzieć, że spał z tą kobietą, kimkolwiek ona była.

Łódź uderzyła o fale, a strumień wody zmoczył jej bluzkę, która przylgnęła do ciała.

- Przepraszam - powiedział. - Fala jest większa, niż myślałem. Z tyłu za tobą jest ręcznik.

Cassie owinęła się nim. Kiedy znowu usiadła, wskazał na wyspę, do której się zbliżali.

- Oto cel naszej podróży.

- Ale ona wygląda, jak wymarła.

- Bo prawie taka jest.

- To gdzie będzie to spotkanie?

- Tam. - Wskazał na rozwalający się dom, stojący na plaży.

- Tam? - spytała z przerażeniem w głosie. - W tej chałupie?

Hunter roześmiał się szeroko.

- Co to znaczy, Hunter? Jakie masz zamiary? To chyba jakiś żart. Gdzie jest luksusowa przystań? Gdzie są pokoje konferencyjne? Przyrzekłeś mi...

- Przyrzekłem ci możliwość spotkania się z moim zarządem. Mój zarząd składa się z jednej osoby, osoby, której rady zawsze przyjmuję. To jest mój ojciec. Tutaj mieszka. To ten człowiek zdecyduje o twojej przyszłości. - Wyciągnął rękę i wskazał na zbliżającego się do nich mężczyznę.

Mężczyzna ubrany był w jaskrawą koszulę hawajską i jasnoniebieskie dżinsowe spodnie. Jego siwe, bujne włosy przykryte były czapką. Szedł w ich stronę i uśmiechał się.

- Uważaj na niego. Jest tak samo twardy jak ja.

- Twój ojciec?

- Tak.

- Dlaczego mi tego nie powiedziałeś?

- Gdybyś spytała mnie, kto jest w moim zarządzie, to bym ci powiedział.

Cassie spojrzała na torebkę i pomyślała, że głupio by wyglądała, biorąc ją na plażę.

- Dzień dobry - powitał ją ojciec Huntera i wyciągnął do niej rękę, pomagając wyjść z łodzi. - Ty musisz być Cassie. Hunter mówił mi o tobie.

- Naprawdę? - Cassie spojrzała na Huntera.

- Tak - odpowiedział jego ojciec. - Jesteś rzeczywiście tak piękna, jak mi cię opisywał.

Zobaczyła, że Hunter się skrzywił.

- Trzymajmy się tematu, tato. Pamiętaj, że nie jest to towarzyska wizyta.

Hunter opisał ją jako piękną? Sprawiło jej to przyjemność. Uśmiechnęła się do starszego mężczyzny.

- Miło mi, że pana poznałam, panie Axon.

- Phil. Mów do mnie Phil.

- Cześć, Phil - powiedział Hunter. - Będziemy rozmawiać w domu?

- W domu? W taki piękny dzień? Rzeczywiście było tu pięknie i dzień był prześliczny. - Miałem nadzieję - mówił Phil - że podyskutujemy o tym na łowisku.

- Słucham? - powiedziała Cassie.

- Nie sądzę, żeby Cassie interesowała się połowem ryb, tato.

- Właściwie, mogłabym to polubić - powiedziała Cassie. Ciągle nie była pewna, czy Hunter powiedział jej prawdę, twierdząc, że przyszłość tkalni spoczywa w rękach zarządu korporacji, czyli jego ojca, Phil uśmiechnął się i podał jej ramię, z czego z przyjemnością skorzystała. Poprowadził ją na nasyp przybrzeżny, na którego szczycie stały cztery krzesła.

Wkrótce Cassie zaczęła opowiadać ojcu Huntera o Shanville i tkalni Demiona i o tym, że tkalnia jest kotwicą dla miasta. Powiedziała mu o krosnach i jak się na nich tka materiały. Opowiedziała mu o ludziach, którzy tam pracowali i wyjaśniła, że ich przyszłość zależna jest od tkalni.

Ojciec Huntera słuchał cierpliwie. Kiedy skończyła, zadał jej prawie to samo pytanie co Hunter.

- Co daje ci pewność, że ją uratujesz? Spojrzała na Huntera.

- Nie mam pewności, ale wiem, że muszę spróbować. Wzruszył ramionami.

- Uczciwie powiedziane. - Spojrzał na Huntera - Ile chce za to?

- On zatrzymuje patent - powiedziała Cassie, zanim Hunter zdążył odpowiedzieć. - Właśnie chcemy go prosić, żeby sfinansował kupno tkalni.

Hunter uniósł brwi do góry.

- Tkalnia od pięciu lat nie przynosi dochodów.

Phil spojrzał na syna.

- Więc to nie jest biznesowa decyzja?

Cassie przełknęła ślinę.

- Wszystko zwrócimy, nawet jeśli będziemy musieli sprzedać nasze domy.

- Może porozmawiamy o tym później - Hunter zwrócił się do ojca.

- Nie ma o czym mówić.

- Co? - Hunter i Cassie spytali jednocześnie. Phil spojrzał na syna.

- Myślę, że jest to kobieta, która dotrzymuje słowa. Jeśli powiedziała, że zwróci ci pieniądze, to je zwróci.

Hunter spojrzał zdziwiony na ojca, ale zanim coś powiedział, zadzwonił telefon. Odwrócił się i zaczął rozmawiać cichym głosem.

Cassie spojrzała na Phila i uśmiechnęła się.

- Dziękuję - powiedziała.

- Tak, ale pamiętaj, że Hunter ma ostatnie słowo.

- Więc - powiedziała smętnie - nie wiem, czy mam jakąś szansę.

- Nie zgadzam się z tym. Spojrzała na niego zaskoczona.

- Wiem, że możesz tak myśleć. Ma opinię korporacyjnego rabusia, ale ja znam go z innej strony. Nie miał łatwego życia. Po śmierci jego matki przechodziliśmy trudny okres w życiu. A kiedy straciłem pracę, było jeszcze gorzej. Przyjechałem tutaj, żeby coś wymyślić. Moja matka, a babcia Huntera, była zaniepokojona, że mieszkamy tu sami. Uważała, że nie potrafię sam wychować dziecka. I chyba miała rację, bo ledwie radziłem sobie ze sobą.

Nigdy nie mieliśmy dość pieniędzy - kontynuował. - Robiłem, co mogłem, ale byłem zależny od morza. Czasami połowy ryb były obfite, a czasami nie. Nigdy nie mieliśmy ekstra pieniędzy na książki czy leki, na to, co najbardziej potrzebne jest dzieciom.

Jednego roku babcia Huntera zachorowała. Zawsze była słabego zdrowia, Wsadziliśmy ją na łódkę i zawieźliśmy do szpitala, ale nie mieliśmy pieniędzy i długo musieliśmy czekać, zanim ją zbadali. Ale wtedy było już za późno. Umarła. Hunter był przekonany, że gdybyśmy mieli pieniądze, wszystko mogło się inaczej potoczyć.

- Przykro mi - powiedziała Cassie. - A jak udało mu się skończyć Yale?

- Po śmierci babci Hunter poszedł do szkoły z internatem, a po jej skończeniu uczył się dalej i pracował. Wszystko osiągną) o własnych siłach.

Cassie zrozumiała, jak dumny jest z niego ojciec.

- Muszę ci powiedzieć, że kiedy Hunter oznajmił mi, że chce przywieźć tu kobietę, byłem pewny, że chodzi o randkę. Nieczęsto przywozi tu kogoś.

Cassie spojrzała na Huntera, który ciągle rozmawiał przez telefon.

- On jest dobrym człowiekiem, ten mój Hunter - stwierdził Phil z przekonaniem.

Dobrym człowiekiem? Był potężnym człowiekiem, który zarobił miliony, ale nie był znany z filantropii.

- Uważam, że jest jedna rzecz, której najbardziej potrzebuje. To dobra kobieta.

- Nie sądzę, żeby twój syn miał kłopoty ze znalezieniem kobiety.

- Ma kłopoty ze znalezieniem odpowiedniej kobiety. Kiedyś myślał, że taką znalazł.

- To znaczy? - spytała Cassie, czując w sercu ukłucie zazdrości.

- Chciał ją poślubić, ale zamiast tego musiał cerować swoje serce.

Cassie spojrzała na Huntera, który skończył rozmowę i podszedł do nich. Hunter cierpiał z powodu złamanego serca? Nie mogła sobie tego wyobrazić.

- O czym tak rozmawiacie?

- Właśnie poznajemy się wzajemnie. Prawda, Cassie? - powiedział do niej, mrugając porozumiewawczo.

Skinęła głową.

- Cassie - powiedział Phil - musisz koniecznie obejrzeć wyspę.

Spojrzała na Huntera.

- Nie jestem pewna, czy mamy czas.

- Hunter, Cassie przebyła długą drogę, a teraz jest pora lunchu.

- Dobrze - zgodził się Hunter.

Phil uśmiechnął się.

- Powinieneś zaprowadzić ją do handlarza ryb. Na wyspie jest tylko jedna przyzwoita restauracja. Idźcie tam sami. Ja mam bardzo dużo pracy.

- Dużo pracy? - spytał Hunter zdumiony.

- Nie jestem odpowiednio ubrana na zwiedzanie wyspy - zauważyła Cassie.

- Zostaw tu tylko buty. Oprócz nich wszystko jest w porządku.

- Zostawić pantofle? - spytała zdumiona.

- Tak, ponieważ na wyspie rzadko kto chodzi w butach.

- Zajmę się twoimi pantoflami - obiecał Phil. - Nie obawiaj się o nie.

- Nie pozwól mojemu ojcu zmuszać cię do czegokolwiek. Nie musisz tu zostawać, jeśli nie masz na to ochoty - szepnął Hunter, kiedy odeszli kilka kroków.

Cassie rozejrzała się dokoła. W powietrzu unosił się zapach jaśminu. W końcu, jak często miała okazję do przebywania w raju?

- Chcę zostać - powiedziała. - Jeśli oczywiście ty możesz.

- Dzisiaj mam cały dzień wolny.

Skinęła głową i jeszcze raz zastanowiła się, dlaczego Hunter przywiózł ją tutaj.

- Lubię twojego ojca - oznajmiła. - To miły człowiek.

- To prawda.

- Czy jego opinia rzeczywiście jest tak ważna?

- W nietypowych sprawach.

Po tym stwierdzeniu jej optymizm rozpłynął się bez śladu.

- Więc dlaczego tutaj jestem?

- Ponieważ to nie jest typowa sytuacja.

- Więc rozważysz moją propozycję?

- W innym razie nie przywiózłbym cię tutaj - powiedział. - A to jest nasz środek transportu po wyspie. - Wskazał na motorower, stojący obok domu.

- Co? - zapytała zdziwiona, patrząc na rower. Było tam miejsce zaledwie dla jednej osoby, na pewno nie dla dwóch.

Hunter wsiadł na rower i włączył stacyjkę.

- Siadaj. Chcesz zobaczyć wyspę? Tutaj tak ludzie podróżują.

Cassie uniosła sukienkę i usiadła za Hunterem, dotykając gołymi nogami do jego gołych nóg.

- Trzymaj się - powiedział.

Kiedy rower ruszył, instynktownie objęła go w talii.

Jechali wąską, piaszczystą drogą. Patrzyła na kolorowe ptaki i głęboki błękit Atlantyku. W końcu zatrzymali się na placu targowym. Płac zapełniali sprzedawcy egzotycznych owoców i ryb.

- Jest to wyspa, której nie odkrył jeszcze świat - powiedział Hunter i zatrzymał się przed małym budynkiem.

- Jestem zdumiona, że wyspa nie stała się jedną wielką miejscowością wypoczynkową.

- Tak nie może się stać.

- Czy ta wyspa jest twoja?

Roześmiał się.

- Chodźmy coś zjeść.

Więc posiada również wyspę.

- Jestem zdumiona, że nie sprzedałeś jej przedsiębiorcy budowlanemu. Założę się, że zarobiłbyś na tym dużo pieniędzy.

Zatrzymał się.

- Możesz wierzyć lub nie, ale pieniądze nie są dla mnie aż tak ważne.

- Udowodnij to.

- Gdyby tak było, nie zaprosiłbym cię tutaj. - Jego głos brzmiał głucho, a oczy patrzyły zimno.

Otworzył przed nią drzwi. Weszli do małego, ciemnego pomieszczenia z długim barem, za którym stał mężczyzna, doglądając ryb na grillu.

Hunter wskazał jej stołek.

- Zajmij miejsce - powiedział.

- Hunter! - wykrzyknął mężczyzna zza baru. - Co za niespodzianka!

- Byłem w sąsiedztwie - wyjaśnił Hunter.

- Rozmawiałem z twoim ojcem. Mówił mi, że jesteś ostatnio bardzo zajęty. - Mężczyzna spojrzał na Cassie i uśmiechnął się. - Teraz już wiem dlaczego.

Hunter uniósł brwi do góry.

- Obawiam się, że jesteś w błędzie - powiedział. Spojrzał na Cassie. - Ona myśli, że jestem aroganckim gnojem.

- Nigdy nie mówiłam... - zaczęła Cassie z zakłopotaniem. - Nie powiedziałem, że mówiłaś. - Cassie zobaczyła w oczach Huntera figlarne błyski. - Freddy, chciałbym ci przedstawić Cassie Edwards, wspólniczkę w interesach.

- Miło mi panią poznać, panno Edwards - powiedział Freddy z uśmiechem i serdecznie uścisnął dłoń Cassie. - Chciałbym powiedzieć, że myli się pani co do Huntera. Jest on najuczciwszym człowiekiem, jakiego do tej pory spotkałem.

- Obawiam się Freddy, że mnie przeceniasz.

Po obiedzie Hunter spojrzał na kobietę siedzącą naprzeciw niego. Cieszył się, że przedstawił ją ojcu i przyjacielowi oraz że pokazał jej wyspę, którą ciągle uważał za swój dom. Freddy'ego znał całe życie. Razem dorastali, chodzili do miejscowej szkoły, którą razem ukończyli. Hunter nigdy nikomu o tym nie powiedział, ale to on kupił Freddy'emu restaurację, o której ten marzył.

- A co z deserem? - spytał Freddy, kiedy skończyli jeść.

- Ja dziękuję - Cassie potrząsnęła głową. - Wszystko było wspaniałe.

Freddy uśmiechnął się i uniósł kciuk do góry. Hunter zobaczył, że Cassie zaczerwieniła się z zakłopotania.

- Lubię ją! - powiedział Freddy.

- Nie ekscytuj się tak. Powiedziałem, że to moja partnerka biznesowa.

- A może twoja biznesowa partnerka chciałaby zobaczyć Szczyt Ślepego Mężczyzny?

- Nie sądzę - odpowiedział Hunter, patrząc na Cassie. - Cassie musi wrócić na ląd.

- Co to jest Szczyt Ślepego Mężczyzny? - spytała.

- Tak nazwaliśmy szczyt starego wulkanu, kiedy byliśmy dziećmi.

- Brzmi interesująco.

Czy to znaczy, że chce go zobaczyć? - zastanawiał się Hunter.

- To trochę długa wędrówka, ponieważ na szczyt nie można wjechać rowerem.

Cassie odłożyła serwetkę na talerz.

- Poradzę sobie.

- Nie możesz iść tam boso.

- To wróćmy po moje pantofle.

- Nie możesz tam iść na obcasach, Cassie. Mogłabyś złamać sobie nogę.

- Pantofle? Ktoś potrzebuje pantofli? - spytał Freddy.

- Freddy ... - zaczął Hunter.

- Jaki rozmiar? - spytał Freddy.

- Dziewiątka - odpowiedziała Cassie z uśmiechem.

- Duża stopa - powiedział. - Zaraz będę z powrotem.

Po chwili Freddy wpadł do restauracji, podbiegł do grilla, położył na nim świeże ryby, a następnie podbiegł do Cassie.

- Przymierz te - poprosił.

Była to para miękkich pantofli, z wymalowanymi na wierzchu muszlami.

- One są zbyt piękne, żeby w nich chodzić - powiedziała Cassie i wsunęła je na nogi. - Są przepiękne, dziękuję.

- Wszystko dla przyjaciółki Huntera.

- Dziękuję, Freddy - powiedział Hunter.

Freddy mrugnął i wręczył podobną parę obuwia Hunterowi.

- Nie chcę, żebyś czuł się źle.

- Dziękuję, przyjacielu - powiedział Hunter z uśmiechem i odwrócił się do Cassie.

- Kiedy tylko będziesz gotowa...

- Już jestem gotowa. - Cassie stanęła przy nim. - Dziękuję bardzo za wspaniały lunch i pantofle - powiedziała do Freddy'ego.

Hunter poprowadził Cassie w stronę drzwi, ale zanim wyszli, Freddy ponownie uniósł do góry kciuk i uśmiechnął się. Hunter nie był zdziwiony opinią przyjaciela o Cassie, podobnie jak reakcją ojca. Uzyskał tylko potwierdzenie tego, czego oczekiwał.

Cassie nie była podobna do Lizy.

Kiedyś zabrał Lizę na wyspę. Mimo miłych słów i przyjemnego uśmiechu widać było, że chce jak najszybciej uciec z wyspy do luksusowego hotelu na stałym lądzie.

Znowu wsiedli na rower. Cassie usiadła za Hunterem, starając się nie dotykać piersiami do jego pleców i lekko trzymając go w pasie. Wyjechali na znajomą drogę, a po kilku minutach na następny plac, gdzie Hunter zaparkował rower.

- Od tego miejsca musimy iść już na piechotę.

Minęło wiele lat, odkąd szedł tą wąską ścieżynką. Kiedyś przemierzał ją przynajmniej raz na dzień, ale odkąd wyjechał z wyspy, przyjeżdżał tu bardzo rzadko.

- Wygodne buty? - spytał.

- Doskonałe - odrzekła.

Uśmiechnął się do siebie. Był pod wrażeniem. Większość kobiet nigdy nie zgodziłaby się na taką przygodę. Szczególnie gdyby były ubrane w spódniczkę i bluzkę, tak jak Cassie, ale ona nie przywiązywała uwagi do takich rzeczy.

Kiedy wdrapali się na szczyt, Cassie aż westchnęła z wrażenia.

- Jak tu pięknie - powiedziała, patrząc na niebieskozielone wody Atlantyku, upstrzone małymi wysepkami.

- Masz rację. Często tu bywałem.

- Wychowałeś się na tej wyspie?

- Tak, w tej chałupie, jak ją nazwałaś.

Cassie zaczerwieniła się.

- Przepraszam. Nie chciałam cię obrazić. Spojrzał na nią. Cassie nie była snobką.

- Wiem - powiedział.

- Twoja babcia również tam mieszkała?

- Tak. Zajmowała sypialnię, ojciec spał na kanapie, a ja na materacu na podłodze.

- Żartujesz?

- Nie. Nie mieliśmy pieniędzy, ale moja babcia świetnie gospodarowała. Nie uwierzyłabyś ile dań potrafiła ugotować z jednej ryby.

- Moja babcia była taka sama. Z garnka pieczeni umiała wyczarować jedzenie na tydzień.

- A ty?

- Ja? Nie potrafię gotować i nawet nie czuję potrzeby próbowania.

- Wolisz raczej fotografować. Skrzywiła się - Sądzę, że tak. - Milczeli chwilę.

- Co stało się z twoją mamą? - spytała Cassie. - Chciałabym wiedzieć.

- Umarła wkrótce po moim urodzeniu. Ojciec nie radził sobie sam, wobec tego przyjechała z Francji babcia, żeby mu pomóc. To ona mnie wychowała.

- Przypominam sobie teraz.

- Co?

- Powiedz coś po francusku.

- Tu es la femme la plus belle que j'ai jamais vue - powiedział, co znaczyło: jesteś najpiękniejszą kobietą, jaką spotkałem do tej pory.

- Co to znaczy? - spytała.

- To znaczy... - zawahał się i spojrzał w niebo. - Mam nadzieję, że nie będzie deszczu.

Pokręciła głową, jakby nie była przekonana, że powiedział jej prawdę.

- Masz jeszcze krewnych we Francji?

- Dalekich. Babcia chciała być tam pochowana, więc spotkałem niektórych z nich na pogrzebie.

- To musiało być interesujące.

- Raczej ogłuszające.

- Co?

- To bardzo głośna rodzina. Roześmiała się. Spojrzała znowu na wodę.

- Tu jest tak pięknie. Czuję się tak, jakbyśmy byli na czubku świata.

- Bo to taki widok. Dlatego tak bardzo lubiłem tutaj przychodzić. Potrafiłem pracować cały dzień, ale wystarczyło, że tu przyszedłem i wydawało mi się, że mogę objąć cały świat.

- Dlaczego mówisz mi to wszystko? - spytała delikatnie z wahaniem w głosie.

Dlaczego to mówił? Takie osobiste rzeczy? Bo podświadomie chciał otworzyć się przed nią, przekonać ją, że nie jest takim sukinsynem, za jakiego go uważała.

- Hunter? - odezwała się po chwili, czekając na jego odpowiedź.

- Cassie, muszę powiedzieć, że sprzedanie ci tkalni jest bez sensu.

Zobaczył, jak zesztywniała.

- Ale zamierzam przyjąć twoją ofertę.

- Naprawdę?

- Tak - potwierdził.

- Więc tkalnia nie będzie zamknięta?

- Nie będzie.

- Dlaczego?

- Dlaczego? Bo nigdy nie realizuję swoich planów pod groźbą strajku. To nie jest sposób na robienie interesów.

Cassie stała, bojąc się prawie oddychać.

- Ale ciągle masz zamiar produkować ten nowy materiał w Chinach?

Dlaczego podnosi sprawę patentu? Nie wspominała wcześniej, że chce również patent. Tkalnia takich rozmiarów nie poradzi sobie z masową produkcją.

- Taka była umowa - zauważył. Czuł, że zaczyna się bronić. Był zły. Czy ona nie rozumie, że to dla niego finansowe ryzyko, którego by nie było, gdyby nie jej oferta? Jego firma nie była przecież bankiem. - Chcę wiedzieć, że moja inwestycja się zwróci.

- Oczywiście - powiedziała Cassie, nie patrząc na niego. Czy nie powinna być szczęśliwa? Przecież oddał jej tkalnię.

- Chodź - powiedział. - Wracamy.

Po powrocie do domu ojca Huntera, Cassie zmieniła buty i zabrała żakiet. Była grzeczna i miła, ale milcząca. Nie wspomniała nawet, że Hunter zgodził się na sprzedaż tkalni. Nie odzywała się również do Huntera podczas drogi powrotnej.

- Chciałabym wrócić jak najszybciej do domu - powiedziała, widząc, że zbliżają się do lądu.

- Dobrze - zgodził się Hunter.

- Muszę wrócić i oznajmić wszystkim dobrą nowinę. Hunter był rozczarowany. Miał nadzieję, że to spotkanie będzie miało romantyczne zakończenie, ale tak się nie stało. Cassie cały czas utrzymywała między nimi dystans. Co stało się z tą spontaniczną kobietą, którą spotkał na plaży?

- Załatwię wszystko - powiedział.

- Dziękuję - odrzekła. - Czy wracasz ze mną?

- Nie. - Było więc oczywiste, że łączy go z nią tylko biznes. Lepiej więc, że będzie od niego daleko. Nie musi wracać z nią do Shanville. Prawnicy mogą wszystko załatwić bez niego.

- A więc, do jutra - powiedziała.

- Nie ma potrzeby czekać do jutra. Zawiozę cię do hotelu. Zabierzesz swoje rzeczy i za godzinę możesz odlecieć.

- Poczekaj - powiedziała, zatrzymując go.

Odwrócił się do niej.

- Chcę... chcę ci podziękować.

- Ale to tylko biznes, prawda?

- Nie, to nie tylko biznes. Byłeś bardzo uprzejmy. Bardziej niż uprzejmy. Zawsze będę ci wdzięczna.

Jej miękka, jedwabna bluzka łopotała na wietrze, a jej kasztanowate kędziory pod wpływem wiatru i wody wyglądały dziko i seksownie.

- Hunter - powiedziała. Jej szmaragdowozielone oczy błyszczały. - Myślę, że moje pierwsze wrażenie było prawidłowe.

- To znaczy?

- Że jesteś dobrym i łagodnym mężczyzną. Uśmiechnął się ze smutkiem i zaczął iść w kierunku domu.

- Nie chcę takiego zakończenia - zawołała. Zatrzymał się.

- Chcę zostać tutaj na noc. Z tobą.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Stało się. Już było za późno, żeby cofnąć wypowiedziane słowa.

Właściwie nawet tego nie chciała.

Była zdziwiona przebiegiem całego dnia. Spodziewała się sztywnego spotkania, a tymczasem poznała jego ojca i przyjaciół. Dowiedziała się również, że Hunter ma serce.

Ale gdy oddał jej tkalnię, myślała już tylko o powrocie do Shanville.

A dlaczego?

Ponieważ była przestraszona.

Bardziej bała się Huntera - mężczyzny, niż Huntera Axona, bezwzględnego magnata biznesu.

Ale nigdy nie uciekała przed wyzwaniem i teraz też nie chciała uciec.

Dlatego postanowiła zostać.

Więcej niż zostać.

Zaoferowała siebie.

I z jego reakcji wywnioskowała, że nie był przygotowany na przyjęcie jej propozycji.

Stał i patrzył na nią, jakby zastanawiał się, co z nią zrobić.

Prawdopodobnie zmienił zdanie, pomyślała. Może źle odczytała sygnały, subtelne oznaki jego zainteresowania nią. Może nie chciał jej więcej.

Sprawa została załatwiona, oferta zaakceptowana. Był gotowy odesłać ją do domu.

Skinął głową, ciągle na nią patrząc.

- Dobrze - powiedział. Odwrócił się i zaczął iść w stronę domu.

Dobrze? Co to znaczy?

Kiedy go dogoniła, zobaczyła, że rozmawia przez telefon. Polecał komuś zabrać jej rzeczy z hotelu. Był tak podniecony, jakby zaoferowała mu miskę zupy.

- Jeśli nie jest ci to na rękę, mogę zostać w hotelu - powiedziała, idąc szybko, żeby dotrzymać mu kroku.

Zatrzymał się tak nagle, że o mało nie wpadła na niego.

- Nie lubię gierek - powiedział. Stali naprzeciw siebie twarzą w twarz.

- Ani ja - odpowiedziała.

- Dlaczego więc tak postępujesz? Jeśli chcesz tu zostać, to będziesz więcej niż mile widziana w moim domu, a jeśli nie, to załatwię ci powrót do Shanville.

Dlaczego był taki zimny i obojętny? Nie chciał, żeby została?

- Jeśli mnie nie chcesz, to... - zamilkła.

Ale on spojrzał na nią czule.

Pogładził ręką jej policzek, a później jego palce powędrowały do podbródka. Delikatnie uniósł jej głowę do góry i pocałował w usta.

- Tak bardzo chciałem cię pocałować, odkąd zobaczyłem cię w stołówce na zebraniu..

Wziął jej rękę i wolno podniósł do ust.

- Niefortunnie się składa, ale mam zaraz spotkanie w interesach, ale nie powinno potrwać długo.

- Nie szkodzi. Chciałabym się tylko odświeżyć.

Dotknął jej włosów.

- Wyglądasz przepięknie - powiedział, pieszcząc ją spojrzeniem.

- Dziękuję, ale mimo wszystko chcę wziąć prysznic.

- Zaraz to załatwimy. - Weszli do domu i przechodzili przez szereg pokoi. Podziwiała po drodze obrazy wiszące na ścianach. Większość z nich studiowała w szkole.

- Czy to jest Kandinsky? - spytała, zatrzymując się przed obrazem przedstawiającym kolorowe sześciany.

Skinął głową.

- Lubisz modernistyczne malarstwo?

- Czasami - odpowiedziała uczciwie. - Ale bałabym się na twoim miejscu.

- Dlaczego?

- Co by się stało z takim skarbem, gdyby nadszedł huragan albo powódź?

- Tak, to jest pewna ryzyko. Mam zamiar przekazać większość obrazów do muzeum, ale tymczasem wybudowałem w piwnicy skarbiec, gdzie mogę ukryć obrazy podczas huraganu lub powodzi.

Wziął ją za rękę i poprowadził dalej, aż zatrzymał się w eleganckim apartamencie. Stało w nim łóżko królewskich rozmiarów, a przez francuskie okna można było podziwiać basen i dalej wody Atlantyku.

- Czuj się jak u siebie w domu. W łazience znajdziesz przybory toaletowe, szlafroki i ręczniki... wszystko, czego będziesz potrzebowała. - Podniósł raz jeszcze jej rękę do ust i ucałował. Było to rycerskie i wytworne. Czekała na więcej, ale on odwrócił się i wyszedł z pokoju.

Poszła do łazienki. Była wielka, elegancka i wyglądała na nowiutką, jak wszystko w tym domu. Wszystko, co znajdowało się łazience, było przeznaczone dla kobiety. Nie był to pokój gościnny.

Zaczęła się zastanawiać, ile kobiet „odświeżało się” w tej łazience.

Po wyjściu z niej znalazła na stoliku butelkę szampana i kryształowy kieliszek.

Nalała sobie trochę musującego płynu i wyszła na taras. Stały tam dwa wygodne fotele.

Z przyjemnością napawała oczy wspaniałym widokiem, dopóki nie usłyszała pukania do drzwi. Kiedy je otworzyła, zobaczyła Huntera z jej walizką w ręku.

- Jestem zdumiona, że sam się tym zająłeś.

- Dlaczego?

- Myślałam, że ktoś... z twojej służby to załatwi.

- Jedyną osobą, która u mnie pracuje, jest Gehta - powiedział, wchodząc do sypialni. Walizkę położył na łóżku.

- Czy smakuje ci szampan? - spytał miękko. Zobaczył, jak przełyka ślinę, gdy jego oczy omiatały spojrzeniem jej postać.

- Tak, dziękuję - powiedziała.

Zrobił krok w jej kierunku i dotknął jej policzka.

Jej ciało zareagowało natychmiast na jego dotknięcie.

Nie odrywając spojrzenia od jej oczu, rozwiązał pasek jej szlafroka. Zatrzymał się na chwilę, jakby czekał, że go powstrzyma, ale ona tego nie zrobiła.

Położył więc ręce na jej ramionach i zsunął z niej szlafrok. Stała teraz przed nim naga.

- Jesteś taka piękna - powiedział, dotykając delikatnie jej ramion. Jego oddech stał się nierówny i chrapliwy. Jego pocałunek pozbawił ją resztek tchu. - Jeśli jeszcze raz cię pocałuję - ostrzegł ją schrypniętym głosem - nie poprzestanę na tym.

Obserwował ją i czekał.

- Pocałuj mnie jeszcze raz - wyszeptała.

Pocałował ją, potem drugi raz, głębiej. Zsunął dłonie po jej plecach, zatrzymując się na pośladkach, przygarniając ją jeszcze bliżej. Na chwilę zanurzył twarz w jej włosach, i potem zaczął drażnić językiem brodawkę jej piersi.

Nie mogła się już powstrzymać. To, co robił, paliło jej wnętrze. Drżały jej kolana. Objęła go, bo bała się, że za chwilę upadnie.

Wówczas uniósł ją w górę i zaniósł na łóżko. Zaczął się rozbierać.

- Cassie - powiedział miękko.

Ale ona nie chciała z nim rozmawiać. Nie teraz.

Jego miłość była namiętna, prawie desperacka. Trzymał jej ręce, kiedy wchodził w nią głębiej i głębiej.

A później leżeli cicho spleceni w uścisku, patrząc z zachwytem na słońce, kryjące się w morzu.

- Czy chcesz popływać?

- Nie mam kostiumu.

- Nie potrzebujesz. Nikogo tu nie ma.

Wstał i podał jej ręcznik.

- Nikt nie będzie o tym wiedział. Jesteśmy sami - uspokoił ją, całując jej ramię.

Pozwoliła poprowadzić się do basenu. Zrzuciła ręcznik, ciesząc się chwilę tropikalną bryzą, owiewającą jej ciało. Hunter przepłynął już pół basenu i dawał jej znaki, żeby dołączyła do niego.

Wskoczyła. Złapał ją natychmiast i oplótł ramionami.

- Robisz to często? - spytała.

- Nawet nie wiem, czy pływałem tu kiedykolwiek.

- Co? A jak długo tu mieszkasz?

- Dobrych kilka lat, ale jestem pewny, że nie korzystałem z basenu.

- Dlaczego nie?

- Nie wiem - wzruszył ramionami. - Może dlatego, że zawsze pracuję.

- Ale wiem, że masz czas na randki. Nawet kobiety w Shanville wiedzą o tym.

- Naprawdę?

- Więc żadna z twoich kobiet nie chciała pływać?

- Z moich kobiet?

- Wiesz, co mam na myśli.

- Żadnej tu nie zapraszałem.

Nie wiedziała, czy może mu wierzyć, ale to nie miało znaczenia. Była z nim tutaj i czuła się tak, jakby była tą jedyną, wybraną.

- Dziękuję - powiedziała.

- Za co?

- Za to, że czuję się wyjątkowo.

- Bo jesteś wyjątkowa - powiedział, całując ją. Przez dłuższą chwilę bawili się w wodzie jak dzieci. A potem Hunter wyszedł z basenu i owinął się ręcznikiem. - Idę zamówić obiad. Zaraz wracam.

Cassie pływała na wznak i patrzyła w gwiazdy. Czuła się tak, jakby śniła cudowny sen. Kiedy Hunter wrócił, miał na sobie spodenki, a na ręku trzymał szlafrok.

- Zamówiłeś już pizzę?

- Nie. Lubisz homary?

- Wszystko lubię.

- Jestem zadowolony, że jesteś tutaj.

Spojrzała na niego z uśmiechem.

- Ja również.

Popłynęła w stronę drugiego końca basenu. Kiedy się obejrzała, stwierdziła, że Hunter stoi bez ruchu, patrzy na nią i uśmiecha się.

- Co cię tak śmieszy? - spytała.

- Nie śmieszy, tylko cieszy, że w moim basenie pływa piękna syrena.

- Gdyby ludzie z Shanville zobaczyli mnie teraz, nigdy by nie uwierzyli.

- Mnie też ciężko w to uwierzyć.

Usłyszeli dzwonek do drzwi. Cassie przestraszyła się.

- Spokojnie - powiedział Hunter. - Powiem im, żeby zostawili wszystko na werandzie. Kiedy Hunter zniknął w domu, Cassie wyskoczyła z basenu, włożyła szlafrok, przygładziła ręką włosy, a następnie usiadła na krześle. Kilka minut później w drzwiach pojawił się Hunter. - Już wszystko gotowe - oznajmił.

Weranda była najwyższą częścią posiadłości, z widokiem na Atlantyk. Cassie, zwrócona ku oceanowi, widziała zacumowane w porcie łodzie, połyskujące światłami.

Hunter uniósł do góry kieliszek szampana.

- Za ciebie - powiedział.

Homary były na wpół otwarte, ale Cassie nie wiedziała, jak je jeść.

Hunter musiał to zauważyć, ponieważ przygotował jej porcję i podał prosto do ust.

- Wspaniałe - powiedziała, smakując delikatne mięso. Jedli w milczeniu, zadowoleni, że są razem. Było to wspaniałe uczucie spokoju i relaksu, jakby byli ze sobą już od wielu lat. Cassie marzyła, by ta noc trwała wiecznie.

Czyż jej marzenia nie były śmieszne? Zaledwie go znała i nie było żadnej szansy, żeby taki wieczór mógł powtórzyć się kiedykolwiek.

- Twój ojciec wspomniał mi o kobiecie z twojej przeszłości.

- To brzmi tajemniczo - powiedział. - Jakiej kobiecie? Cassie przełknęła ślinę.

- Twój tata powiedział, że byliście zaręczeni.

- Nie - zaprzeczył. - Przez pewien czas myślałem o poślubieniu jej, ale nigdy nie byliśmy zaręczeni.

- Dlaczego? Odłożył widelec.

- Nie mów mi, jeśli nie chcesz.

- To było dawno temu. Spotkałem ją, kiedy byłem w college'u.

Mieliśmy takie same wykształcenie i chcieliśmy tych samych rzeczy.

- Zakochałeś się w niej.

- Tak myślałem.

- I co się stało?

Westchnął.

- Gdy stajesz się bogata i sławna, zmieniasz się. Ona nie mogła sobie z tym poradzić. Fakt jest taki, że poślubiła wyjątkowo bogatego człowieka, który był moim szefem. Zerwała ze mną i powiedziała mi szczerze, że nigdy by nie wyszła za biedaka.

- To wszystko wyjaśnia.

- Co?

- Twoje działania i ambicje.

- Zawsze miałem napęd do pracy. A wtedy przekonałem się, że nigdy nie można prawdziwie poznać drugiego człowieka.

- Co to znaczy? - spytała.

- To znaczy, że związek powinien dostarczać przyjemności.

Bardzo ją to zabolało. A więc była dla niego rozrywką. Ale co sobie myślała? Że wróci z Bahamów z mężem przy boku? Dlaczego uważała, że będzie ją traktować inaczej niż inne kobiety, z którymi spał?

- Co się stało? - spytał, patrząc na jej posmutniałą twarz.

- Nic - odpowiedziała, wpatrując się w pusty talerz. - Dziękuję ci za szczerość. Myślę, że większość mężczyzn w takiej sytuacji mówi to, co kobieta chce usłyszeć.

- Źle mnie zrozumiałaś. O wszystkim mówiłem w czasie przeszłym. Myślałem, że chcesz wiedzieć, dlaczego się nie ożeniłem.

Wziął jej twarz w dłonie.

- A co z tobą? Co stało się z twoimi planami małżeńskimi?

- Nie chcę o tym rozmawiać.

- Dlaczego nie?

Nie chciała mówić o Oliverze. Odepchnęła jego ręce.

- Dlatego, że wolę z tobą rozmawiać.

- Ale jak mogę cię poznać, skoro nie chcesz mi nic o sobie powiedzieć. Dlaczego? Znowu cię stracę.

- Nie - uśmiechnęła się smutno. - Cieszę się, że jesteśmy razem.

- Ja też - powiedział, dotykając jej policzka.

- Ja też.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Cassie otworzyła oczy. Cały pokój zalany był słońcem. Znajdowała się w olbrzymiej sypialni Huntera. Przez chwilę leżała bez ruchu, przypominając sobie ostatni wieczór.

Po obiedzie wrócili nad basen i siedzieli tam, trzymając się za ręce. A potem Cassie usnęła wsparta o jego ramię.

Obudziła się, kiedy niósł ją ostrożnie do swojej sypialni. Położył się obok niej i oplótł ją ramionami. Zasnęli przytuleni do siebie.

Teraz słyszała go rozmawiającego przez telefon z drugiego pokoju.

Stał tyłem do niej i miał na sobie tylko górę od piżamy.

- Rozumiem, Willa - mówił - ale to nie zmieni mojej decyzji.

Odwrócił się i zobaczył, że Cassie już nie śpi. Jego głos i wyraz twarzy natychmiast złagodniały.

- Muszę już kończyć - rzucił do słuchawki i odłożył ją, nie mówiąc nawet do widzenia.

Podszedł do niej i cmoknął ją w usta.

- Jak spałaś?

- Cudownie - odpowiedziała. - Słyszałam, że rozmawiałeś z Willą.

- Przykro mi. To niezbyt przyjemny sposób na budzenie.

- Czy wynikł jakiś problem? - spytała.

- Nie, nie ma żadnego problemu.

Wskazał na tacę stojącą przed nią.

- Śniadanie. Rogaliki, krem serowy i masło.

- Królewskie śniadanie - powiedziała.

Chwycił ją za ramiona.

- Myślałem...

- Co?

- Dziś po południu muszę wziąć udział w imprezie dobroczynnej.

Serce się jej zatrzymało. Chciał ją zostawić. Namiętna noc skończyła się. Teraz znowu miała przed sobą Huntera Axona.

- Dobrze - powiedziała. - I tak powinnam zbierać się do odjazdu.

- Nie o to chodzi - uśmiechnął się. - Chciałbym, żebyś poszła tam ze mną.

Chciał, żeby została? Z nim?

- Powinnam wracać - powiedziała szybko. - Wszyscy są ciekawi nowin.

- Zadzwoń i powiedz, że potrzebujesz więcej czasu, niż myślałaś.

Właściwie, co może zmienić jeden dzień, przyznała - Dobrze - zgodziła się - Dziękuję - uśmiechnął się do niej. Pocałowała go.

- Czy myślisz, że potrzebuję specjalnego stroju na tę okazję? Mam tylko to, w co byłam ubrana wczoraj.

Spostrzegła, że patrzy na nią, jak wygłodniały lew na swoją zdobycz.

- Bardzo podobało mi się to, co nosiłaś wczoraj - powiedział, idąc do niej.

Podciągnęła prześcieradło, którym była owinięta i roześmiała się, kiedy chwycił ją i zaczął nieść do sypialni.

- Co to za rodzaj akcji? - spytała, gdy byli już w sypialni.

- Typowa. Politycy szukają bogatych ludzi, a bogaci ludzie polityków.

- Czy korzysta na tym ktoś jeszcze oprócz polityków i bogaczy?

- Dzieci, będące w potrzebie.

- Gdzie to będzie?

- Na torze wyścigowym - powiedział, kładąc ją na plecach.

- Co za tor wyścigowy?

Zaczął ściągać z niej prześcieradło.

- Tor wyścigowy dla koni.

- Moje wczorajsze ubranie jest brudne.

Włożył ręce pod prześcieradło i zaczął pieścić jej piersi.

- Kupię ci nowe.

- Nie chcę nowego. Czy jest tu jakaś pralnia, piorąca na sucho?

Pocałował ją w kark.

- Myślę, że tak.

- Jak to, myślisz?

- Nie mam kontaktów z pralniami.

- Oczywiście - powiedziała z sarkazmem, odpychając go żartobliwie od siebie.

Po chwili leżeli, obejmując się ramionami.

- Nie mogę w to uwierzyć...

- W co?

- Że jestem z tobą. Że jesteś zupełnie inny od mojego wyobrażenia o tobie.

- Jestem lepszy, czy gorszy? - spytał, całując ją. Nagle zadzwonił telefon. Spojrzał na numer.

- To z mojego biura.

- Odbierz.

- Słucham - powiedział niechętnie. - Słuchał przez chwilę. - Nie - oznajmił w końcu. - Proszę nie zaczynać. - Odłożył telefon i odwrócił się do niej. Ale coś się zmieniło w jego zachowaniu.

- Czy coś się stało?

- Nie.

Ale czuła, że nie powiedział jej prawdy.

- Jakiś problem z tkalnią?

- Powiedz mi - dotknął dłonią do jej policzka - jesteś pewna, że chcesz tę tkalnię?

Skinęła głową.

- Ten zakup zwiąże cię z Nowym Jorkiem i z tkalnią na bardzo długi czas.

Dlaczego próbował wyperswadować jej podjętą decyzję?

- Do czego zmierzasz? - spytała, owijając się ponownie prześcieradłem.

- Mogę ci pomóc, Cassie. Mogę ci pomóc, żebyś żyła życiem, o jakim marzyłaś. Możesz wrócić do szkoły i zająć się fotografią.

- Ale ja nie chcę kariery fotograficznej.

Milczał przez chwilę.

- Chcesz powiedzieć, że będziesz szczęśliwa, pracując całe życie w fabryce... ?

- Właśnie. - Usiadła wyprostowana. Poczuła się tak, jakby dostała klapsa. - Jestem dumna z tego, co robię. I szczęśliwa. Czy to jest to, o czym śniłam będąc dzieckiem? Nie. Ale marzenia się zmieniają. Ludzie również. Może to trudne do zrozumienia dla takiego człowieka jak ty, ale ja jestem zadowolona z tego, kim jestem. Nie potrzebuję pieniędzy, żeby być szczęśliwa.

- Rozumiem to. Ale to, co zamierzasz zrobić, byłoby trudne nawet dla doświadczonego biznesmena. Nie chciałbym zobaczyć cię pokonaną.

- Nie dopuszczę do tego - zapewniła go.

- Widzisz... czuję, że moglibyśmy pomyśleć o wspólnej przyszłości tutaj. Chciałbym, żebyśmy mieli na to jakąś szansę.

- Ja również. Ale nie każ mi wybierać między tobą a tkalnią.

- Dlaczego myślisz, że chciałbym tego, Cassie? Martwię się o ciebie bardziej... niż martwiłem się do tej pory o kogokolwiek.

Złość, jaką Cassie czuła w sobie, znikła nagle. Mówił do niej, jak... przyjaciel. Podeszła i objęła go w pasie.

Kiedy się do niej odwrócił, zobaczyła w jego oczach ból.

- Muszę to zrobić, Hunterze. Nigdy nie byłabym szczęśliwa, gdym zostawiła teraz moich przyjaciół.

- Demionowie nie poradzili sobie z tkalnią.

- Ale ja nie popełnię ich błędów.

- Nie masz żadnego doświadczenia wprowadzeniu przedsiębiorstwa.

- To się nauczę. Wszyscy się nauczymy. Hunter patrzył na nią smutnym wzrokiem.

- Chcę, żebyś była szczęśliwa.

Przytuliła się do niego.

- Za ile powinniśmy wyjść? - spytała, patrząc na zegarek.

- Za godzinę.

- A co z moim ubraniem! - wykrzyknęła.

Otworzył książkę telefoniczną i po chwili oznajmił że znalazł pralnię, w której usługa trwa tylko godzinę.

- Zaraz wracam - powiedział, zabierając jej ubranie.

Wrócił po niecałej godzinie.

- Kochany jesteś. - Podziękowała mu całusem.

Po chwili była gotowa.

- Pięknie wyglądasz - powiedział z zachwytem.

- Dziękuję. - Pocałowała go w policzek.

Chwycił ją za rękę i wymaszerowali z domu.

- Nigdy jeszcze nie byłam na wyścigach konnych.

- Mam nadzieję, że się nie rozczarujesz - powiedział, otwierając przed nią drzwi limuzyny.

Jak mogłaby się rozczarować, będąc w jego towarzystwie? Limuzyna skierowała się w stronę lotniska.

- Dlaczego jedziemy na lotnisko?

- Ponieważ dalej musimy lecieć.

- Kiedy masz zamiar powiedzieć mi, dokąd lecimy?

- Nie mówiłem ci? Na wyścigi konne.

- Tak. Ale nie powiedziałeś mi, gdzie się one odbywają - Na Florydzie. Obok Miami.

Po kilkunastu minutach lotu helikopterem zobaczyła linię brzegową.

Wstrzymała oddech, gdy helikopter lądował na dachu wąskiego budynku hotelowego.

Hunter wziął ją za rękę i poprowadził w dół po schodach, prowadzących do hotelu. Przed hotelem czekała na nich limuzyna.

- Witam, panie Axon - powiedział szofer w uniformie. Jechali może pół godziny. W końcu szofer zatrzymał się przed wejściem do budynku, gdzie zawierano zakłady. Słyszała gwar otaczającego ich tłumu.

Kiedy spojrzała na kartę z imionami koni, od razu rzuciło jej się w oczy jedno imię.

- Hunter - wykrzyknęła i wyciągnęła książeczkę czekową.

- Stawiam sto dolarów na Huntera.

- Co? Czy jest koń o tym imieniu?

- Tak - oznajmiła Cassie ze śmiechem. - To znak niebios. Ten koń zwycięży.

- Nie bądź śmieszna - powiedział Hunter kładąc rękę na książeczce czekowej. - Ja zapłacę.

- Mam przeczucie - powiedziała. Ale zanim podała czek kobiecie w okienku, Hunter powstrzymał ją.

- Odłóż to, ja postawię tysiąc dolarów.

- To jest ryzyko.

- Mam przeczucie - powtórzył za nią.

Cassie schowała książeczkę do torebki, a Hunter podał kobiecie pieniądze i odebrał bilet, który oddał Cassie.

- Czy nie jesteś głodna? Na górze jest restauracja.

Potrząsnęła przecząco głową.

- Nie - powiedziała. Uśmiechnął się i poprowadził ją w stronę toru.

- Hunter! Och, mój Boże - zatrzymał ich nagle okrzyk blondynki z dużym biustem.

Hunter odwrócił się i Cassie zauważyła, że cały zesztywniał.

- Słyszałam, że będziesz tu dzisiaj. - Kobieta spojrzała na Cassie. - Cześć - powiedziała.

Hunter przedstawił ją.

- Cassie Edwards; a to jest moja przyjaciółka.

- Val Forbes - machinalnie powiedziała kobieta. - Dzwoniłam do ciebie, do biura, ale powiedziano mi, że wyjechałeś z miasta.

- Tak. Trochę podróżowałem - odpowiedział Hunter.

- Dobrze wyglądasz - zauważyła kobieta. - Naprawdę dobrze.

Cassie spojrzała uważnie na kobietę. Czy Hunter z nią spał? Czy może zamierzał to zrobić? Poczuła się chora.

- Idźcie naprzód. Spotkamy się na miejscu - oznajmiła. Jeśli chce porozmawiać z tą piękną kobietą, to pozwól mu na to. Cassie potrafiła spojrzeć na ich związek z odpowiedniej perspektywy. Podeszła do kiosku.

- Poproszę lody czekoladowe. Podwójne - powiedziała z determinacją.

- Pamiętam, że powiedziałaś, że nie jesteś głodna - usłyszała za sobą.

Odwróciła się gwałtownie.

- A ja pamiętam, że powiedziałeś, że ona jest twoją przyjaciółką.

- Bo jest.

- Hmm. Wszyscy powinniśmy mieć takich przyjaciół, jak ona.

- Co masz na myśli?

Poczuła ból głowy. Przyłożyła dłoń do czoła, jakby sądziła, że od tego ból minie.

- Co się dzieje? - spytał Hunter.

- Zamroziłam mózg.

- Zamroziłaś mózg?

- Zbyt dużo i zbyt szybko jadłam lody. - Podała mu na wpół rozpuszczoną porcję.

- Dziękuję - powiedział z sarkazmem. - Nachyl się.

- Co?

- Ze mną też tak się działo, kiedy byłem dzieckiem. Nachyl się. Wiem, że to działa.

Zaczął masować jej kark i po chwili ból głowy ustąpił.

- Znacznie lepiej - przyznała.

Uśmiechnął się.

- Chodź - wziął ją za rękę. - Idziemy na swoje miejsca. Chciała zadać mu kilka pytań, dotyczących Val, ale wiedziała, że nie może. W końcu, to nie był jej interes.

- Skąd znasz tę kobietę? - usłyszała nagłe swój głos. Hunter spojrzał na nią.

- Czy ty nie jesteś czasami zazdrosna?

- Zazdrosna? Dlaczego miałabym być zazdrosna? - spytała tak chłodno, jak tylko potrafiła.

- Miło mi to słyszeć, ponieważ wygląda na to, że mamy obok niej miejsca.

Cassie spojrzała we wskazanym kierunku. Siedziała tam Val, a obok niej jeszcze jedna bardzo piękna blondynka. Kobiety pogrążone były w rozmowie i nie od razu ich spostrzegły.

Po wzajemnym przedstawieniu się, Cassie usiadła obok Val.

Val i blondynka powróciły do rozmowy. Mimo że Cassie próbowała nie słuchać, o czym rozmawiają, to niestety w ciągu pięciu minut dowiedziała się, że Val zrobiła sobie pasemka za 300 dolarów, kupiła sukienkę za 800, a pantofle za dwieście. Blondynka natomiast poskarżyła się, że zapłaciła sto dolarów za manicure i już wyszczerbiła sobie jeden paznokieć.

W końcu Val odwróciła się do Cassie i spytała:

- Twoja twarz wydaje mi się znajoma. Czy nie spotkałyśmy się wcześniej?

- Tak, kilka minut temu.

- Nie, nie - kobieta roześmiała się. - Wcześniej.

Cassie potrząsnęła głową.

- Wątpię - powiedziała.

- Na imprezie u MS?

- Nie.

- To może na balu u gubernatora w Waszyngtonie?

- Nie.

- Hmm. Wiem, że przypomnę sobie wcześniej czy później... Czekaj. Pracujesz w departamencie senatora... jak on się nazywa...?

- Pracuję w fabryce.

Kobieta roześmiała się.

- Trafnie powiedziane. To prawdziwy dom wariatów.

- Nie - powiedziała Cassie. - Jestem pracownicą fabryki.

- Co? - powiedziała Val, pochylając się do przodu, jakby nie wierzyła w to, co usłyszała.

- Pracuję w fabryce - powtórzyła Cassie.

Kobiety popatrzyły na siebie, a Cassie była prawie pewna, co pomyślały.

Hunter Axon jest na randce z robotnicą fabryczną.

Początkowo była ciekawa, co Hunter czuje po jej rewelacyjnym oświadczeniu. Czy był zaambarasowany?

Ale po chwili uzyskała odpowiedź na swoje pytanie, gdy Hunter objął ją ramieniem i z dumą uścisnął.

- To jak się spotkaliście? - spytała blondynka.

- Hunter kupił fabrykę, w której pracuję.

- Tylko formalnie, kochanie. Nie wiedzieliśmy jeszcze o tym, kiedy się spotkaliśmy.

- Jakież to interesujące - zauważyła Val. - Nigdy jeszcze nie spotkałam nikogo... kto pracuje w fabryce.

- Ja także - dodała blondynka.

Krew w żyłach Cassie zawrzała. Nie miała jednak czasu na kontynuowanie dyskusji, ponieważ na torze pojawiły się konie.

- To twój koń - Hunter wskazał na długie, kasztanowate zwierzę.

- Myślę, że ma szansę - wyszeptała.

Koń płynął w powietrzu. Cassie zapomniała o kobietach, siedzących obok. Poderwała się z krzesła, widząc, jak koń biegnie po zwycięstwo.

I rzeczywiście jej koń wygrał.

Cassie krzyknęła triumfalnie i rzuciła się w ramiona Huntera.

On chwycił ją i obrócił się z nią kilka razy.

- Wygrałaś? - spytała Val. Cassie skinęła głową.

- Chodźmy - powiedział Hunter, stawiając ją na ziemi. Sto tysięcy dolarów na dobroczynność.

Była to dla niej wielka radość. Bez wahania zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała go.

Hunter wziął ją za rękę i poprowadził do wyjścia.

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Hunter obudził się wcześnie następnego ranka. Patrzył długo na śpiącą Cassie. Większość ranków rozpoczynał wyskakując z łóżka i spiesząc się do pracy. Ale nie dzisiaj. Kiedy obudził się dzisiaj i poczuł Cassie w swoich ramionach, stwierdził, że tak wspaniałego uczucia nie doświadczył jeszcze nigdy.

Cassie była wspaniała. Poradziła sobie z tymi zaczepnymi kobietami. To samo zrobiła z nim.

„Pracuję w fabryce…”

Co było złego w tym, że pracowała w fabryce. Pracowała z ludźmi, których kochała i którym ufała. Każdego dnia wracała do domu z przeświadczeniem, że stworzyła coś pięknego.

Jak wiele ludzi może tak powiedzieć o swojej pracy?

Z pewnością nie on. Axon Enterprises było machiną osiągającą profity. Pieniądze były celem nadrzędnym. Etyka nie istniała.

Sam powinien przyznać, że droga, którą wybrał, była trudna. Poza ojcem i garstką ludzi, których znał od dzieciństwa, nie mógł na nikogo liczyć. Przekonał się już dawno, że pieniądze nie dają szczęścia.

Chciał udowodnić Cassie, że nie jest bezdusznym człowiekiem, za jakiego go uważała.

Usiadł na brzegu łóżka i objął głowę dłońmi. Dlaczego nagle chciał udowodnić, że postępuje moralnie?

Cassie.

Wyprostował się i znów spojrzał na nią. Jej piękność była delikatna, prawie eteryczna. Miała twarz anioła. Grube, czarne rzęsy, zaróżowione policzki i smukłe ciało w kolorze kości słoniowej. Obecność Cassie inspirowała go do bycia lepszym człowiekiem.

Zastanawiał się, jak Cassie poradzi sobie z tkalnią bez patentu na nowy materiał. Tkalnia potrzebowała tego patentu. Bez niego w ciągu roku zbankrutuje.

- O czym tak rozmyślasz? - spytała Cassie, przecierając oczy. Jej piękne włosy leżały rozrzucone na poduszce.

- O tobie - powiedział.

Wyciągnęła rękę i uśmiechając się, dotknęła jego policzka.

- Która godzina? - spytała, wskazując zegarek.

- Blisko dziewiąta.

Usiadła natychmiast.

- Powinnam wracać do Shanville.

Skinął głową.

- Polecę tam z tobą.

- Do Shanville?

- Tak.

- Dlaczego?

- Ponieważ... - przerwał, bo nie chciał jej powiedzieć, że rozważa oddanie jej patentu, dopóki, nie będzie miał pewności, że tkalnia poradzi sobie z produkcją - są pewne rzeczy, o które muszę zadbać przed dokonaniem transferu.

- Czy ty znowu nie wymyśliłeś czegoś nowego?

- Czegoś nowego?

Czy to możliwe, że w dalszym ciągu mu nie ufa?

- Nie. Sprzedam ci tkalnię. Ale to ciągle jest skomplikowane. Nie chciałbym, żebyś zbankrutowała.

- Nie obawiaj się o to. Stawiamy nasze domy pod zastaw. Pamiętasz?

- Więc uważasz, że będę się cieszył świadomością, że będę mógł mieć własne miasto?

Zawahała się. Zobaczył na jej twarzy obawę.

- Chciałbyś raczej pieniądze - stwierdziła.

Myliła się. Nie chodziło mu o pieniądze. Chciał, żeby mu zaufała.

Pocałował ją w ramię.

- Ubierz się. Musimy wziąć się do pracy.

Cassie stała w hali fabrycznej. Nie było teraz wspaniałego świata Huntera. Zamiast tego ciężkie wiktoriańskie krosna pracowały z szumem, których muzykę opisała w wierszu jej babcia.

Wszyscy wokół niej byli jej przyjaciółmi, kobiety, które znała przez całe swoje życie.

- Cassie - podeszła do niej Luanna. - Zrobiłaś dobrze. Wszyscy jesteśmy ci wdzięczni.

- Luanna ma rację - dołączyła Ruby. - Ocaliłaś naszą tkalnię. Twoja babcia byłaby z ciebie dumna.

- Ale nie mamy patentu - powiedziała Luanna.

- Nie - przyznała Cassie. I nigdy nie będą mieli. Hunter sfinansuje pożyczkę na fabrykę, ale patent jest dla niego zbyt cenny.

Luanna wzruszyła ramionami.

- Uważam, że Oliver zrobił to, co musiał. Trudno obwiniać człowieka, że chce zarobić pieniądze.

- Dlaczego nie? - powiedziała Priscilla, która całe swoje dorosłe życie przepracowała w tkalni. - Dlaczego nie należy go winić?

Cassie rozumiała ich gniew, ale ona sama nic nie czuła do Olivera.

Jej myśli były zajęte wyłącznie Hunterem. Co powiedział, co zrobił, jak ją dotykał, jak ją całował.

Czuła, że nie tylko posiadł jej ciało, ale również i duszę.

I to ją niepokoiło.

Przez całą drogę powrotną prawie nie rozmawiali ze sobą. Hunter zajęty był pracą przy komputerze.

- Nie rozumiem, dlaczego on ciągle tu jest - zastanawiała się Priscilla.

- Kto?

- Hunter Axon.

Cassie zarumieniła się.

- Chce z niektórymi z nas porozmawiać o produkcji.

- Ale co go to obchodzi, jeśli sprzedał nam tkalnię.

- Bo ją finansuje - wyjaśniła Luanna.

- I nie chce, żebyśmy zbankrutowali - dodała Cassie. Jak miała wyjaśnić swym przyjaciółkom, że zakochała się w człowieku, którego uważała za wroga?

Priscilla uśmiechnęła się do niej.

- Czy boisz się, że to wszystko może skończyć się dla ciebie boleśnie?

- On jest uczciwym człowiekiem... on jest...

- My wszystko rozumiemy, Cassie. On daje nam tkalnię.

- Nie mogłabym być bardziej szczęśliwa - przyznała Luanna z uśmiechem. - Miałam nadzieję, że po Oliverze spotkasz wkrótce kogoś innego. - Wszystkie kobiety potaknęły z akceptacją.

Cassie westchnęła.

- Nie wiem, czy to, co jest pomiędzy mną i Hunterem, nie spowoduje jakichś komplikacji.

- Nie mówisz chyba tego poważnie - powiedziała Willa, siedząc naprzeciw Huntera przy drewnianym stole.

Hunter właśnie skończył przedstawiać Willi swój plan.

- Mówię poważnie.

- Czy wiesz, ile czasu spędziłam, przygotowując tę całą transakcję?

- Zostaniesz za to wynagrodzona, Willa. Tak jak zwykle.

- To nie była dla mnie typowa transakcja.

- Rozumiem to.

- Oliver liczył na to, że na Dalekim Wschodzie ruszy produkcja.

- Oliver otrzymał już obiecane odszkodowanie.

- Nie bądź głupi, Hunter. Możesz stracić miliony. Hunter doceniał obawy Willi, ale nie powiedziała mu nic, o czym by nie wiedział. Nie miał wielkiego wyboru. Nie mógł zostawić Cassie w Shanville z tkalnią, która zmierzała ku bankructwu.

- Zapominasz, że będę miał procent z zarobków uzyskanych z patentu.

- Patent jest bezwartościowy, jeżeli nie wiedzą, jak go sprzedać.

- Więc musimy im pomóc.

- Dlaczego sami tego nie zrobią?

- Oni stawiają więcej niż pieniądze. Ci ludzie inwestują całe swoje życie w tkalnię.

- No i co z tego? - Willa wzruszyła ramionami. - Czy wcześniej przejmowałeś się takimi rzeczami?

Co miał powiedzieć? Willa miała rację. Ale ludzie z Shanville nie byli teraz dla niego anonimowymi robotnikami.

- Zamiast pojechać na Daleki Wschód, wrócisz na Bahamy - powiedział do niej.

- Hunter, proszę. I to wszystko dla robotnicy?

Hunter nie mógł uwierzyć, że Willa mogła być taką snobką.

- Ona nie jest robotnicą - powiedział. - Jest tkaczką, która ratuje swoją tkalnię.

- To nie ma nic wspólnego z ratowaniem tkalni. To tylko rewanż. Jasny i prosty.

- Rewanż?

Willa milczała przez moment.

- O niczym nie wiesz?

- O czym?

- Cassie i Oliver byli zaręczeni.

Hunter zawahał się. To niemożliwe. Cassie i... Oliver? Mężczyzna, od którego kupił tkalnię? Mężczyzna, który krążył wokół Willi jak szczeniak?

- Z Oliverem Demionem? - usłyszał swój głos pełen zdumienia.

- Zakochała się w nim, gdy byli jeszcze dziećmi. Ale on nigdy jej nie kochał. Zaręczył się z nią, ponieważ czuł się do tego zobligowany.

Hunter milczał. Dlaczego Cassie nie powiedziała mu, że Oliver był jej narzeczonym?

- Kiedy mnie spotkał, zerwał zaręczyny. Cassie była zrozpaczona. - Willa potrząsnęła głową i westchnęła. - Biedny Oliver, miał poczucie winy, przynajmniej dotąd, dopóki Cassie nie przysięgła mu rewanżu.

Hunter nie mógł uwierzyć w to, co słyszał. Czy to mogła być prawda?

- Oliver przewidywał, że Cassie skieruje się ku tobie. Ale ja w to nie wierzyłam, a z pewnością nie sądziłam, że sprzedasz jej tkalnię.

Hunter już dość usłyszał.

- Nie mam czasu na słuchanie plotek, Willa.

Wyszedł do holu i poszedł do swojego biura. Czy pomylił się w osądzie Cassie? Czy grała z nim przez cały czas, żeby zrealizować to, co chciała?

Czy przeoczył jakiś sygnał? Czy był tylko pionkiem w jej grze?

Ale to nie miało znaczenia. Jest człowiekiem honorowym i powinien dać Cassie tkalnię razem z patentem, ale od tej chwili ich kontakty będą tylko służbowe.

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Cassie patrzyła na telefon. Była blisko dziewiąta i Hunter do tej pory nie zadzwonił. W miarę upływu czasu, coraz bardziej stawało się oczywiste, że już nie zadzwoni.

Co to znaczyło? Czy tak bardzo był zajęty? A może rozmyślił się co do tkalni. Ale przecież powiedział, że ją sprzeda, i ona mu wierzyła.

Słyszała, że następnego dnia wyjeżdża i ostatnią noc spędzi w hotelu.

Podeszła do okna. Zimny i ostry wiatr dzwonił o szyby. Mimo ciepłego swetra, Cassie zadrżała.

Aż trudno było jej uwierzyć, że poprzedniej nocy spała naga przy otwartym oknie francuskim, a jeszcze trudniej, że mężczyzna, z którym się kochała, nie dbał już o nią.

Był to scenariusz, który również rozważała.

Wyobrażała sobie wszystko, co najgorsze. Może doszedł do wniosku, że miedzy nimi istnieją zbyt duże różnice? Może już się nią zmęczył, a może nigdy o nią nie dbał? Może... to już koniec ich znajomości?

Jeśli wszystko się skończyło, nie powinna być zdziwiona. Od samego początku wiedziała, że ryzykuje.

Odwróciła się od okna.

Dlaczego tak dramatyzuje? Może wytłumaczenie jest bardzo proste. Może jest bardzo zapracowany?

Spojrzała ponownie na telefon. Sprawdziła godzinę.

Hunter zdjął z ręki zegarek i położył go na nocnym stoliku. Zaczął rozpinać koszulę, ale cały czas myślał o Cassie.

Całe popołudnie i wieczór spędził w biurze, starając się pracować, żeby nie czuć bólu w sercu.

Do diabła. Jak mógł być tak naiwny. Prawdziwa miłość nie jest dla niego.

Nagle usłyszał pukanie do drzwi.

- Proszę - burknął, nie mając ochoty na żadne towarzystwo.

W drzwiach stanęła Cassie.

Na jej widok wstrzymał oddech. Musiał się uspokoić. Skoncentrować. Odwrócił się od niej, nie przerywając odpinania guzików.

- Co tutaj robisz?

Usłyszał, jak zamyka za sobą drzwi.

- O co chodzi? - spytała spokojnie.

- Co masz na myśli?

- Właśnie sposób, w jaki mnie witasz. Coś się stało, tak?

- Jestem zmęczony, Cassie.

- Czy tylko o to chodzi?

- Dlaczego mi nie powiedziałaś?

- O czym ty mówisz?

- O wyrachowaniu - powiedział, robiąc krok w jej kierunku.

- Może jest tak z tobą.

- A nie z tobą? - spytał, stając przed nią.

- Nie - odpowiedziała. - Ja nie myślę o pieniądzach jako o najważniejszej rzeczy w życiu.

Do diabła, jaka ona jest piękna, pomyślał.

- Powiedz mi, co było motywem twojego działania?

- Co masz na myśli?

- Dlaczego tak bardzo chciałaś mieć tkalnię?

- Mówiłam ci. Tkalnia jest naszą krwią. Większość pracujących w niej ludzi, pracowało w niej całe swoje życie. Nie mogą ot, tak po prostu, odejść i rozpocząć życia w innym miejscu.

- Ale ty mogłabyś, prawda? Czy masz... jakiś osobisty powód, żeby odzyskać tkalnię?

- Oczywiście. Kocham tkalnię i lubię tkać materiał.

- A Oliver? Jego również tak bardzo kochasz? Cassie przełknęła ślinę.

Zobaczył, jaka zmiana w niej zaszła na dźwięk tego imienia. A więc była to prawda.

- Dlaczego nie powiedziałaś mi o nim?

- Nie miałam zamiaru trzymać tego w tajemnicy. Nie powiedziałam ci o nim, bo nie było to dla mnie ważne.

- Ty i Oliver kochaliście się od dziecka?

- Tak. - Wzruszyła ramionami. - Wszyscy uważali, że powinniśmy się pobrać. Ja też tak uważałam.

Poczuł, jak serce rozdziera mu się na dwoje. Nienawidził tego uczucia.

- Zerwanie musiało być dla ciebie bolesne - powiedział sztywno.

- Nie z tego powodu, co myślisz. Po prostu trudno było pogodzić się z myślą, że osoba, która była ci bliska, już nią nie jest. Ale z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że było to dla nas najlepsze rozwiązanie. Nie było pasji w naszym związku.

To chyba prawda? Cassie była dziewicą.

Cassie nie spodziewała się takiej reakcji Huntera. Co się stało? Dlaczego Hunter był niezadowolony, że nie powiedziała mu o swoim byłym narzeczonym?

- Hunter... przykro mi. Czy jest coś, co cię niepokoi? Czy może fakt, że byłam zaręczona z Oliverem?

- Oczywiście, że nie. - Jego oczy były ciemne i niebezpieczne. - Dlaczego miałaby mnie obchodzić jakaś stara, romantyczna historia?

Jeśli chciał ją zranić, to mu się to doskonale udało.

- Moje zainteresowanie tkalnią jest czysto biznesowe - powiedział chłodno. - Nie chcę, by Axon Enterprises zostało wciągnięte w jakieś miejscowe spory.

Miejscowe spory?

- Czy myślisz, że chciałam kupić tkalnię z powodu Olivera?

- A nie?

Zaniemówiła zaskoczona. Dlaczego nie powiedziała mu wcześniej o Oliverze?

- Hunter - powiedziała, robiąc krok w jego kierunku, ale on odsunął się od niej.

Wszystko więc stracone. Co może mu więcej powiedzieć? Nic.

Odwróciła się do drzwi i wzięła za klamkę.

- Zrobiłam błąd, przychodząc tutaj. Przepraszam, że cię niepokoiłam.

Zanim zdążyła wyjść, chwycił ją za ramię i przyciągnął do siebie.

- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie. Czy kupiłaś tkalnię, żeby odegrać się na Oliverze?

- Nie. - Spojrzała mu prosto w oczy. Były ciemne i pełne złości.

Spędziła z nim kilka dni i kochała go. Ale to koniec.

- Dlaczego przyszłaś tu dzisiaj? - spytał.

- Przyszłam, żeby cię zobaczyć. Nie mogłam przestać myśleć, że jesteś w mieście, a nie jesteś ze mną.

Nagle zdał sobie sprawę, że był po prostu o nią zazdrosny. Zazdrosny o Olivera.

Czy to możliwe?

Jak mógł być zazdrosny o człowieka, którego ona nigdy nie pragnęła? A dowodem na to było jej dziewictwo.

- Nigdy nie kochałam Olivera. Nigdy. Troszczyłam się o niego jak siostra o brata.

- Ale chciałaś go poślubić. Westchnęła.

- Zaręczyliśmy się, gdy byliśmy w wyższej szkole. Byliśmy najlepszymi przyjaciółmi. Nigdy nie myślałam, że stanie się kłamliwy i tak łasy na pieniądze. Dawno powinnam zerwać z nim zaręczyny.

Podeszła do niego.

- Przepraszam, że nie powiedziałam ci o nim. Ale czas spędzany z tobą był specjalny, taki... magiczny i taki dla mnie cenny. - Zawahała się. - Nie chciałam go tracić, rozmawiając o Oliverze. Chcesz, żebym odeszła? Wstrzymała oddech, czekając na jego odpowiedź.

- Nie - potrząsnął głową. - Jego oczy błyszczały.

Zaczął ją całować. Usta, oczy, włosy, policzki i znowu usta. Cassie sięgnęła rękami pod jego na wpół rozpiętą koszulę i przytuliła się do jego nagiej piersi.

Spojrzała na niego, gdy zatrzymał jej ręce.

- Chcę patrzeć na ciebie.

- Co? - spytała.

- Chcę cię widzieć. Całą.

- Chcesz, żebym się rozebrała? - spytała i spojrzała w kierunku łazienki. - Okay, za chwilę będę.

- Nie - powiedział, przyciągając ją do siebie. - Tutaj. Chcę patrzeć, jak to robisz.

Chciał... patrzeć?

Poczuła trzepotanie serca. Jak striptiz?

Na tę myśl zaczerwieniła się.

Dlaczego była zakłopotana?

Przecież już widział ją nagą.

Patrzył na nią intensywnie. Czy to miał być rodzaj jakiegoś testu? Cokolwiek by to było, mogła sobie z tym poradzić. Zaczęła się rozbierać, kiedy została tylko w staniku i skąpych majteczkach, jego oczy pociemniały, a oddech stał się chrapliwy. Rozebrał ją do końca i zaniósł na łóżko. Kochali się, patrząc sobie w oczy.

A potem, gdy trzymał ją mocno w ramionach, powiedziała:

- Chciałabym, żeby ta chwila trwała wiecznie.

Nic na to nie odpowiedział. Udawał, że śpi, i we śnie odwrócił się od niej.

Kilka godzin później Cassie jeszcze nie spała.

Dlaczego nie zareagował na to, co powiedziała? Dlaczego się od niej odwrócił? Po prosta jej nie kochał.

Jak mogła myśleć, że Hunter jest zazdrosny o Olivera?

Ale kiedy chciała wyjść z łóżka, chwycił ją w żelazny uścisk.

- Dokąd idziesz?

- Do domu.

- Dlaczego? - spytał.

- Bo właśnie... powinnam wrócić do domu. Nie mam ubrania na jutro.

Spodziewała się, że zaprotestuje, ale on powiedział tylko:

- Okay - i wrócił do łóżka.

A więc zgadzał się na to. Musi wziąć torebkę i wyjść, zanim się rozpłacze.

- Zaczekaj - zawołał w tej samej minucie. - Odwiozę cię do domu.

- Nie - powiedziała szybko. - Wracaj do łóżka, jest późno.

- Przyjechałaś samochodem? - spytał, ignorując jej protest.

- Porozmawiamy jutro - powiedziała, biorąc płaszcz. Nagle zdała sobie sprawę, że zabrzmiało to tak, jakby spodziewała się jego telefonu. - Albo kiedy indziej - dodała.

Otworzyła drzwi, ale on był szybszy.

- Jesteś samochodem? - powtórzył pytanie. Poddała się. Był taki uparty.

- To śmieszne - powiedziała. - Będziesz jechał za mną drugim samochodem?

- Nie mam samochodu. Ten, który wynająłem, został już zwrócony. Podrzucę cię do domu i wrócę twoim samochodem.

A więc, nie zamierzał spędzić z nią reszty nocy.

- Dlaczego to robisz? - spytała.

- Nie pozwolę ci wracać samej do domu w środku nocy.

- To jest Shamille. Tu jest bezpiecznie. Otworzył drzwi.

- Chodźmy - powiedział.

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Hunter zawsze lubił spędzić noc razem z kobietą, z którą się kochał. Uważał, że ten akt snu jest bardziej intymny niż samo zbliżenie.

Rzadko jednak zapraszał kobietę do swojego łóżka. Wolał takie sytuacje, kiedy mógł pożegnać się i wyjść, gdy tylko chciał.

Kiedy kobieta proponowała mu, by poznał jej rodzinę, szybko się wycofywał. Ale zawsze postępował uczciwie. Nigdy nie obiecywał trwałego związku. Aż do teraz. I co się stało? Prawie popełnił błąd.

Cassie twierdziła, że nic już nie czuje do Olivera. Przekonywała go, że jej wola uratowania tkalni nie miała nic wspólnego z rewanżem.

Szli przez parking, a ich kroki odbijały się głuchym echem.

- To mój samochód - wskazała na zielonego forda LTD.

- Ja poprowadzę - powiedział Hunter.

Podała mu kluczyki. Hunter przekręcił kluczyk w stacyjce i... nic.

- Czasami trzeba przekręcić kilka razy - poinformowała go Cassie i rzeczywiście silnik po chwili zaskoczył.

- Nie jestem ekspertem od samochodów, ale wydaje mi się, że silnik potrzebuje naprawy.

- Najbliższy punkt naprawy jest o pół godziny drogi stąd. I jest bardzo drogi.

- Ja się tym zajmę.

- Nie - powiedziała stanowczo.

- Dlaczego nie?

- Ponieważ mogę zrobić to sama.

W samochodzie zapanowała niezręczna cisza. Cassie była obezwładniona przeczuciem, że go traci.

Co się stało? Jak mogli być ze sobą tak blisko, a po chwili tak daleko.

Hunter podjechał pod dom i zatrzymał się. Jeszcze raz nadeszła pora pożegnania.

- Dziękuję - powiedziała.

Popatrzył w jej oczy, błyszczące w świetle księżyca. Otwarte i ufne... i zranione. Nie, nie mógł wrócić do hotelu. Bez niej.

Wyłączył samochód i oddał jej kluczyki.

- Nie wracasz? - spytała.

- To zależy od ciebie.

- Hunter, ja nie chcę, żebyś tylko dlatego został, że czujesz się w jakiś sposób zobowiązany.

- Zobowiązany?

Czy błędnie odczytywał jej zachowanie? Czy może jego narcystyczny umysł nie zauważył, że Cassie nie chciała niczego więcej, tylko jego? Może Willa myliła się. Może Cassie nie chodziło o rewanż?

Domyślał się, dlaczego Cassie chciała w środku nocy opuścić jego przytulny pokój hotelowy. Po prostu uważała, że on tego pragnie.

Słyszał oczywiście, gdy powiedziała, że chciałaby pozostać na zawsze w jego ramionach. Nie mógł jednak na to odpowiedzieć. Nie chciał uwierzyć, że Cassie go wykorzystała, ale nie mógł też tego zupełnie zignorować. Wiedział jednak na pewno, że nie chce zrobić jej przykrości.

- Je suis désolé - mruknął.

- Co to znaczy?

Nagle zdał sobie sprawę, że powiedział do niej po francusku.

- To znaczy, że jest mi przykro.

Wahała się przez chwilę, ale w końcu spytała.

- A co powiedziałeś, kiedy byliśmy na urwisku?

- Tu es la femme la plus belle que j'ai jamais vue. To znaczy, że jesteś najpiękniejszą kobietą, jaką do tej pory spotkałem.

- Czułam, że to nie miało nic wspólnego z pogodą. - Uśmiechnęła się. - Dziękuję. - Zaczerwieniła się lekko i spojrzała przez okno. Stawała się nerwowa w jego obecności. Położyła ręce na kolanach.

- Czy wiesz, że założycielem tkalni był Francuz? Nazywał William Demion.

Hunter potrząsnął głową.

- Wyemigrował z Francji w dziewiętnastym wieku. Skierował się do Shanville, ponieważ słyszał, że wydobywa się tu łupki. Ale gdy tu przyjechał, zobaczył ciężarówki wyładowane krosnami, zmierzające na wysypisko i kupił cały zestaw za dziesięć dolarów.

Hunter odwrócił głowę.

- Właściciel krosien był tkaczem, więc zatrudnił go i tak powstała tkalnia Demiona.

Ale Hunter nie chciał teraz dyskutować o tkalni Demiona ani o jej dawnym właścicielu - Czy chciałbyś się trochę przespacerować? - spytała go nagle Cassie.

- Spacer? W środku nocy?

- Jest coś, co chciałabym ci pokazać.

- Oczywiście - powiedział. W końcu wyjeżdżał jutro do Francji.

Wyciągnęła do niego rękę.

- Chodź - powiedziała.

Poszła w kierunku lasu. Księżyc był w pełni i oblewał swym blaskiem ścieżkę, którą go prowadziła. Kiedy po dłuższym marszu wyszli na otwartą przestrzeń, okazało się, że stoją na wzgórzu.

- To jest mój czubek świata - powiedziała.

Poniżej ich stóp rozpościerało się Shanville, oświetlone blaskiem księżyca. Widział dokładnie fabrykę i nawet swój hotel.

- Zaczęłam tu przychodzić po śmierci rodziców. Wydawało mi się, że tutaj jestem bliżej nieba.

Przyciągnął ją do siebie.

- Co się z nimi stało?

- Był to wypadek samochodowy. Miałam wtedy pięć lat. Wychowała mnie babcia.

- Czy twoi rodzice również pracowali w tkalni Demiona?

- Tak. Spotkali się w college'u. Po jego ukończeniu mama chciała wrócić do Shanville. Tkalnia była jedynym miejscem, gdzie mogli znaleźć pracę.

Dotknął jej policzka, jakby chciał zetrzeć z niego niewidzialne łzy.

- Jaki college skończyli?

- College Michigan. Ja też tam poszłam i studiowałam... dopóki nie zachorowała babcia.

- Studiowałaś fotografię? - Tak.

Nie mógł się powstrzymać, by nie spytać o Olivera.

- Trudno musiało ci być z dala od Olivera.

- Nie - powiedziała z wahaniem. Spotkała spojrzenie jego oczu i dodała: - Przypuszczam, że już wtedy wszystko wskazywało na to, że miedzy nami nie jest w porządku. Właściwie trudno mi wyjaśnić, dlaczego ja i Oliver byliśmy ze sobą tak długo. Tak sobie myślę, że chyba dlatego, że znałam go całe życie, a i nasz związek był wszystkim znany - Westchnęła. - Teraz, gdy spotkałam ciebie, to nie jestem pewna, czy kiedykolwiek go kochałam. Może to była tylko przyjaźń. Ale w tej chwili jestem pewna jednej rzeczy. Nie kocham tego człowieka, jakim się stał.

- Nie kochasz?

- Zniszczył tkalnię. A następnie sprzedał ją komuś kto... - zawahała się.

- Planował ją zamknąć.

- Ona jest jego krwią, podobnie jak naszą. Tu się wychowywał.

- Nie demonizowałbym tego tak bardzo, Cassie.

- Był nieodpowiedzialny - powiedziała bez wahania.

Hunter zastanawiał się, czy Cassie byłaby tak samo zła na Olivera z powodu sprzedania tkalni, gdyby nie porzucił jej dla innej kobiety.

Cassie wzięła go za rękę i stali tak przez chwilę, a później zaczęli iść w stronę miasta.

Ale nie prowadziła go w stronę domu, tylko w przeciwnym kierunku.

- Czy idziemy do tkalni? - spytał Hunter.

Skinęła głową.

- Chcę ci coś pokazać.

- Czy masz klucz?

- Do tego nie jest potrzebny klucz.

Doszli do tkalni i zatrzymali się na wprost niej.

- Poczekaj tutaj - powiedziała Cassie.

- Nie pozwolę, żebyś chodziła gdzieś sama po ciemku.

- Dlaczego? Robiłam to milion razy. Poza tym, nie chcę zdradzić mojego sekretu.

- Jakiego sekretu? - spytał.

Roześmiała się i poprowadziła go do starego wejścia. Zeszli w dół po zniszczonych stopniach.

- Czy ktoś wie o twoim sekretnym wejściu?

- Tylko ja.

Zapaliła światło. Była to stara, ceglana piwnica. Na jej ścianach znajdowała się galeria fotografii. Hunter przespacerował się wzdłuż wiszących na ścianie zdjęć.

Cassie wskazała na jedno z nich.

- To jest oficjalne prezydenckie krzesło, używane przez Cartera. - Za krzesłem stały dwie uśmiechnięte kobiety. - Kobieta, która znajduje się tuż za krzesłem, to moja mama, a po jej prawej stronie stoi moja babcia. To one utkały ten materiał, którym obite jest krzesło. Tysiąc dolarów za jard.

Kobiety miały takie same kasztanowate włosy i zielone oczy. Wyglądały jak siostry, a nie jak matka i córka.

- Widzę silne podobieństwo rodzinne. Cassie uśmiechnęła się miękko.

- Moja babcia była bardzo dumna tego dnia, ponieważ wtedy została mianowana mistrzem tkalniczym.

- Czy to trudno osiągnąć?

- Uczyła się zawodu przez dziesięć łat, pracując jako praktykantka. Była pierwszą kobietą, którą zaszczycono takim tytułem. Do tej pory honorowano tylko mężczyzn.

Cassie wskazała następną fotografię.

- A oto materiał, z którego uszyto suknię koronacyjną królowej Elżbiecie.

I tak po kolei obejrzeli wszystkie fotografie, a Cassie każdą z nich mu objaśniała.

- Robi wrażenie - powiedział.

- A teraz zamknij oczy.

- Co?

- Zamknij. - Wzięła go za rękę i gdzieś poprowadziła. Słyszał, jak otworzyła drzwi, i natychmiast zorientował się, że znajdują się w sercu tkalni. - Czujesz?

Czuł słodki zapach, podobnie jak wtedy, gdy znalazł się w tkalni po raz pierwszy.

- Co to jest?

- Zapach historii. Zapach starych maszyn i świeżego jedwabiu.

Otworzył oczy. Podprowadziła go do starego krosna.

- Widzisz te nitki? Jutro, pod koniec dnia, z tych nitek powstanie materiał.

Wskazał na jedną z maszyn.

- Ale to krosno nadaje się chyba wyłącznie do muzeum.

- Jest to urządzenie do skręcania nitek we frędzle. Maszyna ta została wymyślona przez Leonarda da Vinci. A to poznajesz?

- Wzięła go za rękę i dotknęła nią do jakiegoś materiału. - Z takiego materiału masz zasłony w sypialni na jachcie.

- To, że nie rozpoznałem materiału, nie znaczy, że go nie doceniam.

- To nie jest sprawa oceny, tylko tego, że nie zauważasz pewnych rzeczy, ponieważ zajęty jesteś pomnażaniem pieniędzy. I to dotyczy mnóstwa ludzi. To dlatego jestem tak przywiązana do tego miejsca. Ono przypomina mi prostsze czasy. Czasy, kiedy życie z pracy własnych rąk nie było wstydem.

- I dalej nie jest.

- Wszystko jest identyfikowane z pieniędzmi. Nie masz pieniędzy, nic nie znaczysz.

- W jakimś sensie jest to prawda - przyznał. - Ale, Cassie, nie możesz zatrzymać postępu. I nie możesz cofnąć czasu.

- Niestety - powiedziała ze smutkiem.

Teraz Hunter wiedział, że Willa nie miała racji. To nie rewanż kierował działaniami Cassie, tylko miłość do tkalni.

Było już koło drugiej, kiedy wrócili do domu Cassie. Mimo późnej godziny nie byli gotowi na zakończenie tego wieczoru. Rozpalili w kominku i usiedli obok siebie na kanapie, trzymając w rękach filiżanki z gorącą czekoladą.

Cassie oparła głowę o ramię Huntera. Po raz drugi miała ochotę powiedzieć głośno, że chciałaby, by ta noc trwała wiecznie.

Ale już raz przerobiła taką lekcję, więc teraz milczała.

- Tak przyjemnie - powiedział Hunter, pocierając jej policzek. - Nie chce mi się wyjeżdżać.

- Wracasz na Bahamy? - spytała tak chłodno, jak tylko potrafiła.

Spojrzał na nią.

- Nie, jadę do Paryża.

- Och - powiedziała wyraźnie rozczarowana. - Jak długo tam będziesz?

- Słuchaj, Cassie...

Poczuła się winna. Nie powinna go o to pytać. Nie ma do tego prawa.

Położyła palec na jego ustach.

- Hunter, nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało. Cieszmy się obecną chwilą, okay?

- Cassie, muszę porozmawiać z tobą o tkalni. Pewnie zmienił zdanie, pomyślała w popłochu.

- Zdecydowałem dać ci patent. Siedziała długą chwilę bez ruchu.

- Patent na ten nowy materiał? - spytała w końcu.

- Tak.

- Ale my nie możemy pozwolić sobie...

- Ja zatroszczę się o pieniądze.

- Ty?

Było lepiej, niż mogła się spodziewać.

Uścisnęła go.

- Dziękuję.

- Ale i tak potrzebujesz dużo szczęścia, żeby sobie poradzić.

W tym momencie Cassie zdała sobie sprawę, że teraz może myśleć tylko o nim. Że nie chce się z nim żegnać. Przynajmniej nie teraz. Właściwie nigdy.

- Mam jednak pewne żądanie - powiedział po chwili. Czy to jest jakaś pułapka?

- Jakie?

- Pojedź ze mną do Paryża.

- Do Paryża? - Od dziecka marzyła o zobaczeniu Paryża.

- Mam do załatwienia pewną sprawę w mieście pod Paryżem, ale to nie zajmie mi dużo czasu.

- Nie wiem, co powiedzieć.

- Powiedz, że się zgadzasz. To tylko tydzień. Za tydzień będziesz z powrotem. Dobrze?

Spojrzała mu w oczy. Były to oczy człowieka, który ją kochał.

W tej chwili nie miał dla niej znaczenia brak pewności, czy ich związek przetrwa i czy nie wróci z Paryża ze złamanym sercem.

- O której wylatujemy? - spytała.

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Cassie przebiegła wprawnymi palcami po krośnie. Rozejrzała się dokoła. Ludzie normalnie pracowali, a na ich twarzach widać było spokój. Od dłuższego czasu Cassie nie widziała ich tak szczęśliwych.

Dlaczego więc nie skakała z radości? Miała przecież powody do zadowolenia. Tkalnia była bezpieczna, patent zwrócony. Obudziła się w ramionach mężczyzny, którego bardzo kochała. Tego wieczoru mieli lecieć do Paryża.

- Kiedy wracasz? - spytała Luanna.

- Za tydzień.

- Wykorzystaj ten czas - powiedziała Ruby.

- Zasłużyłaś na to - dodała Luanna.

Cassie próbowała się uśmiechnąć. Czy coś było z nią źle? Dlaczego czuła się tak bezbronna? Czy dlatego, że Hunter nie powiedział, że ją kocha? Dlaczego właściwie miał jej to powiedzieć? Znają się tak krótko.

Nagle zdała sobie sprawę, że w tkalni zapanowała cisza.

- Cassie? - usłyszała głos za swoimi plecami. Odwróciła się. Za nią stała Willa.

- Czy mogę z tobą przez chwilę porozmawiać?

- Jest zajęta - powiedziała Luanna.

- W porządku - przerwała jej Cassie. Uśmiechnęła się uspokajająco do przyjaciółki.

Wyszła za Willą do pustego holu. Willa zamknęła za sobą drzwi i odwróciła się twarzą do Cassie.

- Zamierzam wkrótce wyjechać. Chciałam ci przed wyjazdem pogratulować.

Cassie była pewna, że Willa szykuje jakąś następną sztuczkę.

- Dziękuję - odparła.

- Mam nadzieję, że nie żywisz do mnie niechęci.

- Ani trochę.

- Doskonale - powiedziała Willa.

Wskazała na fotografię znajdującą za Cassie. Fotografia była czarnobiała i przedstawiała zbliżenie nitek zebranych w koński ogon.

- To ty zrobiłaś to zdjęcie, prawda?

Cassie odwróciła się. Zrobiła to zdjęcie, kiedy była jeszcze w szkole.

- Tak - przyznała.

- Rzeczywiście jesteś bardzo dobra. To wstyd, że przerwałaś naukę, nie dając sobie szansy na osiągnięcie sukcesu.

- Jestem szczęśliwa, pracując tutaj - stwierdziła Cassie.

- Tak tylko mówisz. Ale to wstyd, że twój talent się marnuje. Myślę o twojej nowej odpowiedzialności i o reszcie. Nie będziesz miała nawet czasu na wymycie zębów, a co mówić o zgłębianiu sztuki.

- Czy jest coś, co na to wskazuje, Willa?

- Masz zamiar złapać go, prawda? Cassie popatrzyła na nią z wściekłością.

- Tego chcę ci również pogratulować. Wyjechać z Hunterem Axonem. To robi wrażenie. Romans z mężczyzną takim, jak on... no, no.

- Do widzenia, Willa - powiedziała Cassie, biorąc za klamkę.

- Wszystko, co możesz z nim osiągnąć, to przelotny romans - powiedziała Willa.

Cassie zawahała się, ponieważ i ona miała podobne myśli. Willa podeszła do niej krok bliżej.

- Wiesz, po co on jedzie do Francji?

- Ma tam interes.

- Kupuje wytwórnię win. To jest małe miasteczko niedaleko Paryża. Wiele rodzin pracowało tam od pokoleń. Kupujemy ją za bezcen. Oni nie chcą jej sprzedać, ale muszą. Mają długi.

- Dlaczego mi to mówisz?

- Bo znam Huntera od lat. Cassie otworzyła drzwi.

- Z tego nic nie wyjdzie. I ty wiesz o tym dobrze. Odraczasz tylko to, co jest nieuchronne. A mówiąc uczciwie, masz zbyt dużo pracy, żeby się rozpraszać. Wiesz, jak to jest z takim mężczyzną. Od jednej kobiety do drugiej. Ostatnia rzecz, której teraz potrzebujesz, to powtórnie złamane serce.

- Powiedziałam: do widzenia.

- Och, zanim pójdę... Jeśli będzie ci dokuczała samotność, możesz zadzwonić do Olivera. Zerwałam z nim i biedaczek cierpi.

- To źle. Wydawało mi się, że bardzo pasujecie do siebie - powiedziała i zatrzasnęła za sobą drzwi.

Gdy weszła do tkalni, czuła, że wszystkie oczy skierowane są na nią.

- Kochanie - powiedziała Luanna. - Czy dobrze się czujesz?

Nie, nie czuła się dobrze. W jednej chwili zawalił się jej cały świat.

Hunter jechał do Francji, żeby zamknąć następną fabrykę. Jechał, by siać spustoszenie wśród innych istnień ludzkich.

I dlaczego? Dla pieniędzy? Czy nie ma ich dość?

A ona myślała, że się zmieni? Że po tak krótkim czasie, jaki z nim spędziła, ocknie się nagle i zobaczy, że kroczy złą drogą?

- Dlaczego nie usiądziesz? - spytała Mabel.

Ale Cassie prawie jej nie słyszała. Jak Hunter mógł to zrobić? Trudno było zrozumieć, że ten sam człowiek w jednym momencie był miły i czuły, a w następnym stawał się istotą bez serca.

Był człowiekiem, który zagrażał jej tkalni i uwielbiał pieniądze.

Mężczyzną, który nigdy jej nie kochał.

I Willa miała rację, chociaż trudno było jej to przyznać. Cassie była zbyt zajęta, żeby pozwolić sobie na rzucenie wszystkiego i wyjazd do Paryża.

Hunter skończył czytać kontrakt, który dotyczył szczegółów transferu tkalni Demiona jej pracownikom.

Był zadowolony, że pomógł społeczności miasta, że ludzie będą mu dziękować, zamiast go przeklinać.

Faktycznie po raz pierwszy od wielu łat był szczęśliwy.

Czy to możliwe?

Oczywiście powodem jego dobrego samopoczucia nie była tylko tkalnia. Główną przyczyną była oczywiście Cassie.

Od pierwszego momentu spotkania z nią zdawał sobie sprawę, że jest to coś niezwykłego. To było wprost nieprawdopodobne, że kobieta mogła dać mu tak wielką satysfakcję seksualną, będąc jednocześnie tak niewinną istotą.

Ale nie chodziło mu tylko o seks. Cassie była najbardziej uczciwą, oddaną i lojalną osobą, jaką do tej pory spotkał.

Jego decyzja zabrania jej do Paryża była spontaniczna. Zazwyczaj nie lubił zabierać kobiet, gdy wyjeżdżał w interesach. Rozpraszały go, kiedy chciał być skupiony. Ale Cassie była inna. Z Cassie chciał spędzać cały swój czas. Nie chciał być z dala od niej. Ani teraz, ani kiedykolwiek.

Usłyszał pukanie do drzwi i uśmiechnął się, zobaczywszy wchodzącą Cassie.

- Chciałem właśnie zobaczyć się z tobą - powiedział. - Rozmawiałem przed chwilą z agentką z biura podróży i zarezerwowałem dla nas miejsca w starej Gospodzie w Loiret. Winnica, którą kupuję, jest bardzo blisko. Będziesz miała parę dni na zwiedzanie, ale będę zawsze wracał na obiad. Potem zabiorę cię do Paryża. Chcę pokazać ci wszystko, czego tylko zapragniesz.

Cassie zagryzła dolną wargę, a jej oczy, zazwyczaj jasne i pełne życia, były teraz zdesperowane.

- Co się stało? - spytał zaniepokojony.

Spojrzała mu w oczy.

- Nie mogę jechać do Paryża.

- Dlaczego nie?

- Mam tutaj odpowiedzialne zajęcia, które nie mogą czekać.

- Cassie - powiedział spokojnie. - To jeszcze dwa tygodnie, zanim wszystko będzie oficjalnie załatwione. A moi pracownicy od marketingu przyjadą dopiero za tydzień. Będziesz miała mnóstwo czasu.

Odwróciła wzrok.

- Powód, dla którego nie chcę jechać, nie ma nic wspólnego z tkalnią.

- Z czym więc?

- Dlaczego nie powiedziałeś mi, że jedziesz do Paryża, żeby przejąć następne przedsiębiorstwo?

Poczuł się winny. Ale dlaczego czuł się winny?

- Nie myślałem, że to dla ciebie ważne.

- Kupujesz winnicę i pozbawiasz ludzi pracy.

- To nie takie proste - powiedział. - Nie zawsze tak jest jak w Shanville, Cassie. W pewnych sytuacjach robotnicy są bardzo zadowoleni, dostając odprawy pieniężne, bo ich przedsiębiorstwa bankrutują, więc i tak zostaliby bez pracy.

- Wyrzucasz ludzi z pracy. Zamykasz zakłady pracy, w których ludzie pracowali przez lata. Zarabiasz pieniądze na krzywdzie innych.

Jego spojrzenie stwardniało.

- Czy rzeczywiście tak o mnie myślisz? Uważasz, że jestem pewnego rodzaju... potworem?

- Nie, ale... - jej głos się załamał.

- Te przedsiębiorstwa, które przejmuję, są na drodze do upadku. Zabezpieczam to, co pozostało, i przekształcam w zakłady przynoszące dochód.

- Komu? Przecież nie rodzinom, które oddały im swoje życie.

- Cassie, nie wykorzystuj rodzaju mojej pracy, jako wykrętu, żeby nie być ze mną. Jeśli masz coś do mnie lub do tego, co robię, to najpierw porozmawiajmy, zanim podejmiesz decyzję.

- Rozmowa nic tu nie zmieni. Jesteś, kim jesteś. Jesteś, kim jesteś.

To było bardzo osobiste.

- Rozumiem. Już zdecydowałaś? Skinęła głową i odwróciła się, żeby odejść.

- Cassie... - zaczął Hunter. Ale co mógł jej powiedzieć, skoro miała rację? Nie zasługiwał na nią.

Położył papiery na biurku.

- To twój kontrakt.

Wróciła po niego. Kiedy podawał jej kontrakt, ich ręce się dotknęły.

Hunter chciał coś powiedzieć, cokolwiek, żeby zmienić jej decyzję. Ale nie wiedział co.

- Jestem ci bardzo wdzięczna za wszystko, co dla mnie zrobiłeś - powiedziała.

- Życzę ci szczęścia, Cassie - odrzekł.

Kiedy spojrzała na niego, zobaczył, że jej oczy wypełnione są łzami.

Sięgnęła do zapięcia naszyjnika i odpięła go.

- Chcę ci go ofiarować - powiedziała.

- Nie. Nie mogę tego przyjąć.

- On nie jest wartościowy, ale dla mnie znaczy bardzo wiele. - Położyła naszyjnik na biurku. - Nigdy cię nie zapomnę - powiedziała miękko.

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

Cassie stała przy swoim krośnie, mimo że wszyscy już wyszli.

Była sama.

Robiło się późno i wiedziała, że powinna pójść do domu, tam gdzie dziś rano kochała się z Hunterem. Zamknęła oczy i jeszcze raz zadała sobie pytanie, które prześladowało ją przez cały dzień. Czy słusznie postąpiła? Czy może popełniła największy błąd w swoim życiu? Wiedziała na pewno, że już nigdy nie spotka takiego człowieka jak Hunter. Ciągle czuła na swym ciele jego dotyk. Przy nim czuła się wyjątkowo.

Podeszła do okna i spojrzała na gwiazdy. Hunter był bardzo daleko od niej. Jego samolot leciał do Francji. Czy żałuje, że wszystko się miedzy nimi skończyło? Nigdy nie będzie tego wiedziała. Miała wątpliwości, czy kiedykolwiek będzie miała okazję z nim rozmawiać.

Hunter siedział na lotnisku już blisko dwie godziny. Normalnie poruszyłby niebo i ziemię, żeby jak najszybciej dostać się do miejsca przeznaczenia.

Ale nie dzisiaj. Prawdę mówiąc, opóźnienie samolotu wcale go nie zdenerwowało. Nie chciało mu się wyjeżdżać z Shanville.

Opuszczać Cassie.

Minęło już kilka godzin, kiedy widział ją ostatni raz, a czuł się tak, jakby nie widział jej całe życie. Dręczył swój mózg, próbując znaleźć jakieś rozwiązanie. Według Cassie, jedynym rozwiązaniem było rzucenie firmy i zajęcie się bardziej humanitarną pracą.

Wyciągnął jeszcze raz jej naszyjnik. On nie jest wartościowy. ..

Jak mogła tak powiedzieć? To był naszyjnik jej matki. Nosiła go codziennie. Wiedział, ile dla niej znaczył. Wiedział też, że kiedyś jej go zwróci. Ale jeszcze nie teraz.

Nie był w porządku, że przyjął taki prezent.

- Rozmawiałam właśnie z Jackiem - powiedziała Willa, siadając obok Huntera. - Samolot zaraz powinien być. Nie mogę powiedzieć, żeby było mi przykro z tego powodu, że wyjeżdżam. Im szybciej zapomnę o Oliverze, tym lepiej.

- Przykro mi, że wam nie wyszło. Wzruszyła ramionami.

- Mnie nie. Stracił dla mnie cały swój urok.

- Przy okazji stracił pracę - zauważył Hunter.

- Trochę zwycięstwa, trochę klęski.

- Zastanawiam się - powiedział, patrząc na nią badawczo - dlaczego nawet nie pytasz, gdzie jest Cassie.

- Och, Cassie. Słusznie. Przypuszczam, że dołączy do ciebie.

Hunter spojrzał na nią przez zwężone oczy. Zaczął podejrzewać, że Willa musiała maczać palce w tym, że serce Cassie nagle się odmieniło. Jej reakcja potwierdzała jego podejrzenia.

- Och, mój drogi - powiedziała Willa i westchnęła współczująco. - Macie jakieś problemy?

- To ty powinnaś o tym wiedzieć - powiedział spokojnie.

- No - wzruszyła ramionami - tak jest prawdopodobnie lepiej. Cassie należy do tego miejsca z racji swojego pochodzenia.

- Swojego pochodzenia? - spytał z pobladłą ze złości twarzą.

Uśmiechnęła się na jego reakcję.

- Wiesz, co mam na myśli. Jest wśród ludzi z tej samej klasy.

- Rozumiem - powiedział z pogardą w głosie. Willa spojrzała na zegarek.

- Czas już na mnie - powiedziała, poprawiając spódniczkę. - Na ciebie chyba też.

- Co jej powiedziałaś? - Jego głos był spokojny, ale zimny i smagający.

- Co?

- Co powiedziałaś Cassie? Willa skrzyżowała ręce na piersi.

- Nic, czego nie mogłabym powiedzieć tobie.

- Co?

- Czy to ma znaczenie? - potrząsnęła głową. - Myślę, że to bardzo honorowo z twojej strony, że dałeś jej tkalnię. Ale co zrobisz, gdy przy każdej twojej transakcji będzie broniła biednych ludzi, których będziesz musiał wysiedlić. A ty nie jesteś przecież filantropem.

Nie. Nie był. Ale to wcale nie znaczy, że nie mógłby być.

Nagle przypomniał sobie twarze robotników, kiedy poinformował ich o zamknięciu ich zakładu pracy. Jedyna praca, którą znali, została im odebrana na zawsze. Rzadko kiedy taka wiadomość przynosiła zadowolenie, najczęściej widział łzy. Robił wszystko, żeby to ignorować, wyrzucić z pamięci.

Przypomniał sobie własnego ojca, kiedy stracił pracę. Czy ojciec był wdzięczny człowiekowi, który kupił zakład pracy, w którym pracował?

Jak to się mogło stać, że tak się zmienił?

- Jesteśmy, kim jesteśmy, Hunterze - położyła mu rękę na ramieniu. - Czy idziemy?

To dotknięcie napełniło go odrazą. Nagle zobaczył, kim ona jest. Mierną, mściwą i małostkową kobietą. Strząsnął jej rękę z ramienia.

- Jakie są ich szanse?

- Ich?

- Cassie i reszty ludzi, próbujących poprowadzić tkalnię.

- Ludzie od marketingu im pomogą. Ale mimo wszystko myślę, że to stracone pieniądze. Są głupi i zapłacą za to właściwą cenę.

Jeszcze raz Hunter włożył rękę do kieszeni, żeby poczuć naszyjnik Cassie.

Nagle przyszła mu do głowy pewna myśl. Co będzie, jeśli zapewni im finansowe poparcie, dopóki tkalnia nie zacznie przynosić dochodów?

Poczuł, jak wszystkie chmury rozpłynęły się nagle. Zamiast kupować przedsiębiorstwa bliskie upadku, mógłby je wspierać, żeby przynosiły zyski.

Wstał. Wziął swoją aktówkę i skierował się w stronę wyjścia.

- Hunter - zawołała Willa. - Gdzie ty idziesz? Kolejka już się ustawia.

Wrócił do niej.

- Czy myślisz, że odprawa pieniężna, którą mieli dostać pracownicy tkalni Demiona była uczciwa?

- Tak, oczywiście. Sama ją obliczyłam.

- Dobrze. Wobec tego i ty dostaniesz dokładnie tyle samo. Kiedy wrócę do biura, wystawię ci czek. Teraz możesz wsiąść do samolotu i lecieć, dokąd tylko chcesz.

- Wyrzucasz mnie z pracy?

- Podobnie jak ty robotników z tkalni. Ale spójrz na to pozytywnie. Masz szansę na ponowny start. Do widzenia, Willa.

ROZDZIAŁ SZESNASTY

Była już prawie północ, a Cassie, pomimo zmęczenia, nie była zdolna opuścić tkalni.

- Cassie.

Odwróciła się. W drzwiach stał Hunter. Cassie patrzyła na niego, niezdolna do wypowiedzenia jednego słowa.

- Czy mogę z tobą porozmawiać - poprosił.

Wyglądał na zmęczonego. Miał na sobie garnitur, ale krawat był poluzowany a koszula pod szyją rozpięta. Włosy miał w nieładzie i cienie pod oczami.

- Co ty tu robisz? - spytała. - Myślałam, że poleciałeś do Francji.

- Nie poleciałem.

- Co... dlaczego? Zaczął iść w jej kierunku.

- Dziś po południu miałaś rację. Jestem, jaki jestem. I moja praca jest taka, że nie pozwala na filantropię.

- Przykro mi, że tak powiedziałam.

- Nie. Nie wróciłem tu po przeprosiny. - Przerwał na chwilę. - Przynajmniej nie od ciebie. Chciałem ci wyjaśnić, że moje przedsiębiorstwo nie jest takie, jak pierwotnie zakładałem. Zawsze lubiłem wyzwania. Pociągała mnie myśl, że mógłbym wejść w biznes, w którym trzeba walczyć. Ignorowałem fakt, że krzywdzę ludzi. Mówiłem sobie, że biznes to walka, a ci ludzie tak czy owak stracą pracę.

- Prawdopodobnie tak jest.

- Ale to nie znaczy, że to, co robię, jest dobre. Patrzyła na niego, a serce zaczęło jej bić jak oszalałe.

- Co ty mówisz?

- Powiedziałem, że nadszedł czas na zmianę.

- To znaczy?

- To znaczy, że muszę rozważyć, czy zamiast kupować upadające firmy, nie skierować swej energii, żeby takie firmy zachować, by dawały zyski.

Czy ona dobrze słyszała?

- Tak jak pomogłeś tkalni Demiona?

- Właśnie tak - I po to wróciłeś, żeby mi to powiedzieć? - spytała cicho.

- To nie wszystko. - Podszedł do niej jeszcze bliżej. - Chciałem ci jeszcze powiedzieć, że zakochałem się w tobie.

On się w niej zakochał. Kocha ją.

- Jeśli dasz mi szansę, spróbuję stać się lepszym człowiekiem.

Cassie nie była pewna, czy nie śni. Pewnie zasnęła przy krośnie i za chwilę obudzi się w zimnej i ciemnej sali.

- Daj mi możliwość udowodnienia, że jestem wart twojej miłości.

Otworzyła oczy i patrzyła na niego bez słowa. Hunter wyjął z kieszeni naszyjnik Cassie i zapiął go jej naszył. - Czy dasz mi tę szansę? - wyszeptał jej do ucha. Odwróciła się do niego i pocałowała go.

EPILOG

Było to otwarcie Galerii Shanville, bezpłatnego centrum, w którym prace wystawiali miejscowi artyści. Otwarcie było sukcesem, sądząc po dumie ludzi zebranych w małym odrestaurowanym budynku w centrum miasta.

Dzięki koneksjom jej męża wśród zebranych znalazły się nie tylko miejscowe gwiazdy. Był tu gubernator Nowego Jorku z wieloma politykami i osobistościami. Wszyscy włączyli się do popierania Shanville, które stało się Mekką artystów.

Cassie była już trzy lata mężatką, ale zawsze, gdy patrzyła na Huntera, jej serce biło mocniej.

Przez ten czas Hunter stał się ważną osobą w Shanville i tkalni Demiona oraz przyzwyczaił się do życia w małym miasteczku.

- Jestem z ciebie bardzo dumny - powiedział, przytulając do siebie żonę.

- Dlaczego?

- Za pracę, jaką włożyłaś w otwarcie Galerii.

- Nie ja, tylko my. Razem ciężko pracowaliśmy.

Przez pierwsze kilka miesięcy Cassie i Hunter spotykali się w Galerii po pracy, remontując własnoręcznie poszczególne pomieszczenia. Hunter nauczył się posługiwać młotkiem i całkiem sprawnie wbijał gwoździe. Niektóre przyjaciółki Cassie były rozbawione, widząc, jak człowiek posiadający miliony pracuje w pocie czoła. Ale Cassie była z niego dumna, a Hunter cieszył się, że pracuje fizycznie. Stał się doskonałym rzemieślnikiem.

- Cassie?

Cassie odwróciła się. To była Luanna.

- Masz gości - powiedziała, wskazując na drzwi. W drzwiach stała Willa i Oliver.

- Co oni tu robią? - wyszeptała Ruby. Ale Cassie nie była zdziwiona. Byli przecież zaproszeni.

Wkrótce po tym, jak ona i Hunter pobrali się, Hunter zachęcił ją do odnowienia przyjaźni z Oliverem. Uważał, że był on jej najstarszym i najbliższym przyjacielem. Cassie posłuchała rady męża. Wkrótce Oliver zwierzył się Cassie, że nigdy nie otrząsnął się po zerwaniu z Willą i Cassie poradziła mu, żeby spróbował ponownie nawiązać z nią kontakt. Nie dość, że mu się to udało, to pewnego dnia oznajmił Cassie, że żeni się z Willą.

Niefortunnie dla Olivera, Willi nie satysfakcjonowało bycie panią „posiadłości” Demiona. Zadufana w sobie i wyniosła, była nadzwyczaj irytująca. Mimo to stała się jednak barwną postacią Shanville i trudno było wyobrazić sobie miasto bez niej. Jednak większość mieszkańców odnosiła się do niej chłodno.

Willa i Oliver ubrani byli bardzo oficjalnie, jakby przyszli na bal. Willa wyglądała oszałamiająco w udrapowanej, czerwonej sukni. Oliver był w smokingu.

Cassie spostrzegła, jak oczy Willi otworzyły się szeroko na widok innych gości ubranych zwyczajnie. Rzuciła Oliverowi nieprzyjemne spojrzenie i pacnęła go w żołądek.

- Czy był jakiś powód, żeby mogli pomyśleć, że na przyjęciu będą obowiązywały oficjalne stroje? - spytała Cassie.

Luanna wzruszyła ramionami.

- Może.

Cassie wzniosła oczy do góry, a Hunter próbował powstrzymać śmiech.

Niemniej serdecznie powitali przybyłych gości i skierowali ich do bufetu.

- Ty naprawdę jesteś zdumiewająca. Zachowałaś się tak, że mimo wszystko czuli się wyśmienicie. To było bardzo łaskawe z twojej strony.

- Jak dotąd, wszystkie moje życzenia się spełniły.

- Również rewanż na Willi?

- Nie - powiedziała, śmiejąc się.

- Pozwól mi zgadnąć. Zachowanie tkalni Demiona było życzeniem numer jeden...

- Nie - powiedziała. - Ty byłeś numerem pierwszym. Tkalnia była numerem drugim.

- A Galeria numerem trzecim?

- Chciałam Galerię, ale to nie było życzenie.

- To może twoja nominacja na mistrzynię tkalnictwa.

- Również nie - odpowiedziała.

Nagle spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami, kiedy dotknęła się do brzucha. Uśmiechnął się. Teraz pognał życzenie numer trzy. Wkrótce będą rodziną. Chwycił ją i zakręcił się z nią dokoła.

- Ale... mam jedno żądanie.

- Wszystko, co zechcesz - powiedział. - Jak wiesz, nigdy nie byłbym zdolny oprzeć się tobie.

- Żądam, byś mnie kochał.

- Tego nigdy ci nie odmówię - powiedział, całując ją gorąco.



Wyszukiwarka

Podobne podstrony:
GRD0787 Allison Margaret Zadanie milosci
Allison Margaret Żądanie miłości
787 Allison Margaret Żądanie miłości
Allison Margaret Żądanie miłości(1)
0787 Allison Margaret Żądanie miłości
811 DUO Allison Margaret Upragniony pocalunek
561 Way Margaret Odzyskana miłość
Way Margaret Gwiazdka miłości 01 02 Gwiazdkowe prezenty
GRD0811 Allison Margaret Upragniony pocalunek
1037 Way Margaret Młodzieńcza miłość
Allison Margaret Upragniony pocalunek
McPhee Margaret Zemsta i miłość
0811 DUO Allison Margaret Upragniony pocałunek
Miłość w utworach literackich, WYPRACOWANIA, ZADANIA
EGOIZM I EGOCENTRYZM, POKOCHAC SAMEGO SIEBIE, Naszym zadaniem jest pokochać samego siebie taką wycho

więcej podobnych podstron